sobota, 25 lipca 2015

Lindt Hello, My name is Dark Chocolate Cookie ciemna z kremem czekoladowym i kawałkami ciemnego ciasta czekoladowego

Po moich pierwszych "randkach" z uwodzicielską serią Lindta pewnie ktoś o zupełnie innym charakterze stwierdziłby, że więcej nie próbuje, z prostego powodu: tabliczki te rozczarowują mnie. Za każdym razem spodziewam się, że wystawię 10, a kończy się o trzy, dwa oczka niżej. Niby jest smacznie, ale to nie to, czego pragnę. Mój charakter, jak i moje myślenie, jest dość pokrętny. Powiedziałam sobie, że przetestuję całą serię, nie wcześniej, to później. Nawet wezmę się za sernik z truskawką, której to dodatku w czekoladach wręcz nienawidzę. Nie wiem, dlaczego tak się uwzięłam. Chyba nie mogę uwierzyć w to, że nie mogę Lindtowi wystawić dziesiątki. Prezentowany wariant stał się w moich oczach dla Lindta ostatnią deską ratunku. Pomyślałam, że jak nie da rady, to do reszty "paluchów" z serii będą podchodzić bardzo sceptycznie i nieprędko na którykolwiek się zdecyduję. Można powiedzieć, że uratowanie dobrego imienia Lindta leży w kostkach ciasta czekoladowego.

Lindt Hello, My Name is Dark Chocolate Cookie to ciemna czekolada o zawartości 45 % kakao nadziewana kremem czekoladowym (35%) z kawałkami ciastek czekoladowych (3,5%).


Gdy rozerwałam folię i zbliżyłam nos do czekoladowego paluszka, poczułam rewelacyjny wręcz zapach, co w sumie nie zszokowało mnie - poprzednie także bardzo ładnie pachniały. W tym wypadku czekoladowe nuty ujawniają się jako zapach ciemnego, kakaowego, wilgotnego ciasta. 

Pierwsza kostka z uroczym grawerem powędrowała do moich ust. Lekko tłustawa (ale pozytywnie) czekolada zaczęła powoli się rozpuszczać. Silnie wyczuwalna goryczka kakao rozpoczęła swój taniec, łącząc się z subtelną słodyczą. Oba smaki splotły się w jedno, gładko, wręcz kremowo rozlewając się po ustach. Goryczka i słodycz są doskonale wyważone, wspólnie tworzą głębię, w której z chęcią bym utonęła na wieki.
W końcu, czekolada odsłania wnętrze, którym jest aksamitny krem czekoladowy. Jest on oczywiście jeszcze bardziej gładki, niż sama czekolada. To jedna z tych czekolad, w których kiedy trafiamy na nadzienie czekoladowe, nie mamy żadnych wątpliwości, że to już nie wierzchnia czekolada. Jest ono zupełnie inne od samej czekolady, jednak równie smaczne.
"Krem" to doskonałe określenie, bo to nie jest zbite nadzienie, czy napowietrzony mousse, tylko, doskonały wręcz, właśnie krem, kojarzący się z dobrej jakości deserami, czy także co lżejszymi ciastami. 

Jest on silnie maślany, co ujawnia się jako przyjemna tłustawość i delikatny maślany posmak. Oprócz tego, nadzienie jest wyraziście czekoladowe. Delikatna słodycz w pełni okiełznana przez kakao. Świeże masełko z konkretną czekoladą - pyszności. 
Nadzienia tego nie pożałowano, jednak w końcu i ono zanika, odsłaniając kawałki ciasta. 
Jest ich całkiem sporo, choć wielkości raczej małej. Są lekko chrupiące, ale nie ma w nich nic z ostrości, czy twardości. Można powiedzieć, że delikatniejsze od tych, które były w uprzednio próbowanych Hello... Nie to, żeby były mięciutkie i wilgotne, jakbym sobie tego życzyła, ale na ich dodatek się nie uskarżam - ani język, ani podniebienie nie ucierpiały, za to zęby miały co chrupać.
W smaku okruszki te są silnie kakaowe, z naprawdę mocną goryczką. Jest to goryczka zarówno samego kakao, jak i dobrze wypieczonych ciastek. Napędzają kakaową wyrazistość całej czekolady i wnoszą do jej odbioru pewne urozmaicenie, żeby nie było zbyt kremowo i żeby nie powiało nudą.

Ta czekolada jest całościowo kakaowa, jednak nie wykwintnie gorzko-kwaśna, a słodko kakaowa, niczym przepyszny, ciemny deser. Smaczna deserowa czekolada, z delikatnym, ale wyrazistym w smaku, kremem czekoladowym i lekko chrupiącymi kawałkami ciasta. 
Jest ona jakby... może nie ciastem, a deserem, czekoladowym zamkniętym w czekoladzie.
Lindt tym razem odwalił kawał dobrej roboty.
Za jakiś czas może kupię 100-gramówkę i zaktualizuję z jej zdjęciami i ewentualnie kilkoma zdaniami porównania.


ocena: 10/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: 5 zł (za 39 g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak i to 100-gramową tabliczkę

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, laktoza, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, olej palmowy, lecytyna sojowa, kakao w proszku, wanilina, sól, dwuwęglan sodu, wodorowęglan amonu, węglan potasu

piątek, 24 lipca 2015

serek Bakoma Bakuś puszysty biszkoptowy

Mama od lat uwielbia jogurty Danone biszkoptowe, ja zaś odkąd pamiętam, trzymałam się od nich z daleka. I nawet małej mnie nie kusiły serki biszkoptowe, Bakusie. Wolałam - jak już - czekoladowe. Po latach jednak uznałam, że jak Bakusia czekoladowego sobie przypomniałam, to wreszcie spróbuję wszystkich. A może i na biszkoptowy jogurt się zdecyduję? W każdym razie, szukając zamienników deserów z Lidla jakoś błędnie założyłam, że odpowiednik Deluxe Creamy Mousse Amaretti bakusiowy to "jasny", a więc waniliowy. Ciasteczkom bardziej chyba odpowiada biszkopt, prawda?


Bakoma Bakuś puszysty biszkoptowy to serek twarogowy, który waży 90 gramów i zawiera 1 % biszkoptów we wsadzie biszkoptowym.

Serek pachniał kwaskawo-twarogowo, trochę śmietankowo i dusznie biszkoptowo. Ta ostatnia nuta niezbyt mi się podobała, od dawna takie kojarzą mi się z rozmiękłymi, skarpetowymi biszkoptami.

Konsystencja wydaje się chmurkowo-puszysta, mousse'owa, ale w trakcie jedzenia okazuje się okropnie tłusta. Lekko ściągnęła mi zęby jak to odtłuszczony nabiał, a jednocześnie aż oleiście zatłuszczyła usta. Deser wyszedł więc niby lekko, a tłusto. Do tego, doszukałam się w nim obleśne śliskich drobinek (chyba).

Smak stanowi zagadkę. Wyraźnie czułam kwasek tego typu serków, ale był leciutki. Śmietanka i sztuczna waniliowość, taka duszna i ciężka przypominały wariant waniliowy, ale ten serek był zupełnie inny. Czułam w nim ciężką ciasteczkowość, biszkopt...? Chemicznie-duszny, kojarzył mi się z babko-biszkoptami gotowcami z octowo-ciężką słodyczą, a jednocześnie nie był mocno słodki.

Dziwny deser. Niby dość obrzydliwy, ale taki, że jednorazowo można się wciągnąć i bez kręcenia nosem zjeść. Niedookreślony, a w sumie chyba faktycznie biszkoptowy. Utwierdziłam się jednak, że to wariant nie mój. Mało tego! Tracę pewność, czy lubię mousse'y!
Wiem, że na pewno nie lubię nabiału odtłuszczonego i tłustego, a Bakusie to łączą (JAK?! PO CO?!).


ocena: 4/10
kupiłam: Lewiatan
cena: jakieś 1,20 zł (za 90 g) 
kaloryczność: 104 kcal / 100g 
czy kupię znów: nie

czwartek, 23 lipca 2015

Dove cookies&creme biała z kakaowymi ciasteczkami

Wariant Cookies&Cream może być albo bardzo, bardzo rewelacyjny, albo bardzo, bardzo zły. Wiem to z własnego doświadczenia i powiem Wam, że tyle, ile ja nadziei nad tym smakiem straciłam, i tyle, ile pysznych rzeczy pożarłam... to aż strach wyliczać. Nie wiem, czy jest inna kombinacja, która jest aż tak ryzykowna, a prosta zarazem. Nie mówię tu o wymyślnych smakach, a właśnie takich zwyczajnych, wydawać by się mogło, łatwych. 
Po ostatnich tabliczkach z kremem mleczno-śmietankowym i kakaowymi ciasteczkami, prawie zwątpiłam... Na szczęście, układając na nowo tabliczki w mojej szufladzie, odkryłam Dove cookies&creme, czyli białą czekoladę z ciasteczkami kakaowymi. Jest to bliźniacza czekolada Nestle do Cookies&Cream Hershey's, którą kiedyś już jadłam i zakochałam się w niej (recenzja... kiedyś tam; tabliczka zakupiona ostatnio ma datę do 2016). 


Po rozerwaniu opakowania, a jeszcze przed wyjęciem czekolady, poczułam dobrze znany zapach białej czekolady. Słodziutka śmietanka - znak, że będzie smacznie. Wreszcie i sama miniaturowa (38 g) tabliczka ujrzała światło dzienne, a także zetknęła się z moim krytycznym okiem. 
Otóż nie podoba mi się jej wygląd. Straszliwie małe kostki jakoś nie wzbudziły we mnie pozytywnych emocji. Ciasteczka przebijały się, jednak nie do końca. Od spodu trochę bardziej, niż z wierzchu, ale raczej ukrywały się. 
Po włożeniu dwóch kostek do ust (takie maleństwa... przy jednej jeszcze bym nic nie poczuła!), od razu uderzyła mnie śmietankowa słodycz. Głównie sama słodycz, cukier konkretnie, ale taki mleczno-śmietankowy, jak w dobrych białych polewach, ewentualnie - nie najgorszych (ale i nie najlepszych, delikatnie mówiąc) białych czekoladach. Na waniliowy posmak chyba też trafiłam, ale to akurat mogłam sobie wmówić.

Kiedy tak rozpuszczała się z prędkością światła (cukier rozpuszcza się bardzo szybko), gładko i kremowo, w końcu tłuszczyku nie mogło zabraknąć (wiadomo, to w końcu biała czekolada), zaczęłam trafiać na ciasteczkowe kuleczki. Całkiem spore, biorąc pod uwagę wielkość całej czekolady. Było ich multum! ...W niektórych kostkach. W innych - ze dwa małe ciasteczka. Rozmieszczone nierównomiernie, ale przynajmniej bardzo smaczne. Z całkiem silną goryczką, minimalnie słodkie. Był w nich także słonawy akcent i taki posmak dobrze wypieczonych ciasteczek. Na swój sposób były kruche i chrupiące, jednak ani trochę ostre. Z czystym sumieniem mogę je nazwać delikatnymi i przyjaznymi dla podniebienia. 
Przy ostatniej kosteczce, czułam, jak słodycz drapie mnie w gardle. Dobrze, że czekolada była taka malutka, bo dotarła do granicy "przecukrzenia totalnego". Całkiem smaczna, jednak nie wygrała z Hershey's, którą pamiętam jako jedną z lepszych, a jadłam ją... tak dawno, że już nie pamiętam kiedy. Nie wiem, jaką bym teraz miała o niej opinię, na recenzję będziecie musieli pewnie trochę poczekać. 

Dove Cookies&Cream jest za słodka. Dla mnie, troszeczkę, była, a i do wyglądu tabliczki mam małe zastrzeżenia, ale ogólnie nie są to wielkie wady. Dobra na raz, na spróbowanie.


ocena: 7/10
kupiłam: Coś Słodkiego
cena: 5.69 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g, 210 kcal / 38 g
czy kupię znów: nie

Skład: biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalne i sztuczne aromaty, polirycynooleinian poliglicerolu, sól, substancja utrzymująca świeżość: tokotrienol), czekoladowe ciasteczka (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, odtłuszczone kakao, sól, naturalny aromat, soda do pieczenia)

wtorek, 21 lipca 2015

Zotter Tequila with Salt and Lemon ciemna z solą, nadzieniem cytrynowym oraz z mlecznej czekolady z tequilą

Czasem się zastanawiam, co mną kieruje, podczas wybierania czekolad? Impuls? Właściwie nie mogę tego tak nazwać, bo robię sobie listy "must try", planuję, szukam promocji. Dziwaczne połączenia smakowe? To na pewno! Nie musi być smacznie, ważne, aby wszystko było dobrej jakości oraz nietypowe. Dziwne, że za takimi czekoladami także się oglądam? No cóż, ja już do siebie samej się przyzwyczaiłam i mniej więcej poznałam swój gust, często nazywany dziwnym. Czym jest dziwność? Połączenie sól + czekolada może się dla kogoś wydać dziwne, dla mnie to zapowiedź czegoś pysznego. Jak możemy zdefiniować słowo "dziwny"? 

Czy czekolada z nadzieniem z tequilą oraz nadzieniem cytrynowym i solą jest dziwna? 
Może. 
Dla mnie, wygląda to na potrójnie, albo i poczwórnie pyszną tabliczkę. 
Zotter Tequila with Salt and Lemon to czekolada ciemna (70 % zawartości kakao) z ganache z mlecznej czekolady z tequilą i z ganache cytrynowym oraz solą.


Ganache to rodzaj kremu, który podchodzi prawie pod polewę, więc już wiedziałam, że będę mieć do czynienia z czymś delikatnym o... nie całkiem delikatnym smaku, łagodnie mówiąc. 

Wydobyłam tabliczkę owiniętą w złotko z żółtego, przyjemnego dla oka, papierka i już to czułam. Zapach gorzkiej czekolady wysokiej jakości. Złocony papierek odwinęłam i oto w moich rękach znalazła się 70-gramowa ciemna czekolada z kilkoma, ogromnymi kryształkami soli. Przełamałam ją na pół. Cudny, głośny trzask. To lubię!

Próbowanie zaczęłam oddzielając poszczególne części od siebie. Najpierw wyodrębniłam samą czekoladę. Cóż mogę o niej powiedzieć? Gorzka z orzechową nutą pochodzącą z cukru trzcinowego. Wydała mi się odrobinę śmietankowa, z drzewno-jagodowym posmakiem i waniliową mgiełką. Znalazł się tu także kwaśny akcent, ale nie potrafię powiedzieć, na ile pochodził z czekolady, a na ile z wierzchniej części nadzienia, czyli tego cytrynowego. 
Ogólnie sama czekolada nie ma w sobie nic drastycznie gorzkiego, czy siarkowego. Jest raczej delikatna, kakaowo tłustawa, mimo, że z charakterkiem.

Wierzchnia warstwa nadzienia jest koloru żółtego i jest jej zdecydowanie mniej od tej jasnobrązowej. Gdy tylko zbliżałam kawałek czekolady do ust, czułam intensywny cytrynowy zapach. A co dopiero mówić o części samego kremu? Pachniał nieziemsko! Zaraz... właśnie, kremu, ponieważ był on bardzo delikatny, plastyczny. Gdy umieściłam kawałek w ustach, wydał mi się zbity oraz kremowo-gładki i maślano tłusty, mimo, że ewidentnie chropowaty. W niczym nie przypominał typowego nadzienia z czekolad marketowych. W smaku tym bardziej. Intensywnie cytrynowy i oczywiście soczyście kwaśny. Sam w sobie w dużej ilości na pewno spowodowałby wykrzywienie twarzy od nadmiaru kwasku, jednak świetnie pasował do gorzko-słodkiej czekolady, co dało całą paletę smaków.

Jednak to jeszcze nie koniec! 
Na dole znalazło się nadzienie z mlecznej czekolady z tequilą. Konsystencję ma prawie identyczną, co część cytrynowa, może tylko minimalnie bardziej miękkie i gładkie, aczkolwiek również z elementami chropowatej proszkowatości. Jest go znacznie więcej, niż cytrynowego, ale ma łagodniejszy smak. Śmietankowo-kakaowe, przypomina najdelikatniejszą mleczną czekoladę, jaką można sobie wyobrazić. Może nawet taką odrobinę rozpuszczającą się. Ganache było bardzo słodkie, jednak nutka kakao nie pozostawała za bardzo w tyle. To, co również było co najmniej interesujące to smak tequili. Czysto, silnie alkoholowy motyw. Łączył się ze słodyczą w bardzo udany sposób. 

W połączeniu wszystko dziwnie przyjemnie współgrało. Najpierw gorzka słodycz czekolady, za chwilę wybijała się cytryna i alkohol, podkreślony przez mleczno czekoladową słodycz, a w pewnym momencie... słona eksplozja, czyli chyba najlepszy moment. 
W momencie, gdy natrafiłam na duży kryształek soli (swoją drogą, są nierówno rozmieszczone i jak dla mnie jest ich za mało), poczułam z początku intensywny słony smak, a później silny smak słodkiej wódki, który został jakby wydobyty przez sól. 

Wszystko było tak interesujące, tak drinkowo-czekoladowe, że w pewnym momencie aż się zapomniałam, że to czekoladę jem. Mimo słodyczy jednej z warstw, nie ma tu mowy o zasłodzeniu, gdyż inne części skutecznie tę słodycz przełamują.


ocena: 9/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 16,50 zł
kaloryczność: 539 kcal / 100 g 
czy znów kupię: z chęcią

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, masło, tequila (6%), syrop fruktozowo-glukozowy, mleko, koncentrat cytrynowy (1%), mleko odtłuszczone w proszku, sól (0.2%), pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon

poniedziałek, 20 lipca 2015

lody Bracia Koral Lody Jak Dawniej chałwowe

Jeszcze rok temu, jakby mi ktoś powiedział o chałwowych lodach, wytrzeszczyłabym tylko na niego oczy. Nie wiem, jak mogło się stać, że ja, wielka miłośniczka chałwy, odkryłam ten lodowy smak dopiero stosunkowo niedawno, przy lodach Grycan chałwowych. Umysł przyćmiony testowaniem lodów Grycana oraz Haagen-Dazs (także odkryte dopiero w tym roku), ograniczył mnie do jedzenia wyrobów tylko tych firm. Wciąż mam jeszcze sporą listę smaków do wypróbowania, jednak gdy tylko przeczytałam komentarz Marcina o analogicznym do wyżej podlinkowanych lodów smaku, wiedziałam już, że wszystko inne może zaczekać. 
Rozpoczęłam poszukiwania chałwowych lodów Braci Koral z serii Lody Jak Dawniej. W moim mieście - nigdzie nic, nikt nic nie słyszał. 
W końcu jednak pojechałam na kraniec Polski, gdzie lody udało mi się kupić.


Otworzyłam wielkie pudło, które pod względem gramatury zawiera jedynie ........ i od razu zauważyłam, że już na samym początku wita nas coś ładnego (powiedzmy), producent się postarał itp. Nie wiem, do mnie wszelkie takie "fale" nie trafiają, nie wpływają na to, że powiem "o, to muszą być dobre lody".
Dla mnie liczy się smak, zapach, konsystencja... Zapach? Taki jak przy mlecznych lodach z lekką sezamową nutką. Całkiem przyjemny.
Żeby zbadać dwa kolejne czynniki, musiałam już zanurzyć łyżeczkę w beżowej masie. Tak, jak się w sumie spodziewałam, jest ona miękka i delikatna. W smaku... gładka i niestety delikatna także w smaku. Chałwę było czuć, jak nic, ale na przód często wybiegał sam cukier. Przynajmniej na początku zapoznawania się z lodami. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale te lody były słodsze, niż te Grycana. Wiem, że chałwa jest słodka, zasładzająca i te Grycana takie były, ale chałwowe Koral są już słodkie w mniej chałwowy sposób.

Z kolejnymi łyżkami odkryłam w tych lodach także ewidentną mleczność. Były one nieco rzadkie (nie mylić z rozwodnieniem), a także wydały mi się dość tłustawe. Znalazł się w nich trochę maślany posmak, dla mnie raczej zbędny.
Tak, czy inaczej, z każdą kolejną łyżeczką było coraz bardziej słodko, ale sezamowi także udało się swoje pokazać. Niby nie było żadnej sezamowej goryczki, tylko taki jego słodkawy smak.

Przyznam, że mam problem z oceną tych lodów. Gdyby nie gęste, słodkie chałwowe Grycan, tym dałabym mocną dziewiątkę, jednak porównując te lody, zauważyłam, że Koral są już po prostu za słodkie (bardzo łatwo tę granicę przekroczyć, szczególnie w lodach chałwowych, bo chałwa prawie z definicji jest straszliwie słodka). Dla mnie wydały się też nieco za rzadkie, bo chałwa kojarzy mi się z czymś gęstym, solidnym.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 13.99 zł
kaloryczność: 250 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, śmietanka, cukier, chałwa 9,1% (sezam), masło, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, glukoza, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma celulozowa, karagen, barwnik: annato

niedziela, 19 lipca 2015

Milka Daim

Czym jest karmel? Zwykłym, palonym cukrem. Chociaż nie brzmi to jakoś szczególnie smakowicie, podbił on serca wielu osób. Często bywa mylony z toffi, co mnie osobiście irytuje, gdyż to właśnie karmel według mnie zasługuje na wyróżnienie. Najlepiej w formie twardych kawałków, nie zaś lejącej się masy. 
Batonik Daim takim właśnie karmelem jest. Czy mi smakował? O tym możecie przeczytać tutaj. Dzisiaj mam dla Was recenzję trochę podobną, ponieważ Daim odegra w niej całkiem sporą rolę. Wpis dzisiejszy jest wykańczaniem tego, co udało mi się kiedyś uszczknąć od mojej mamy. Muszę Wam zdradzić, że jeszcze wtedy strasznie cieszyłam się na tę tabliczkę, dziś mina trochę mi zrzedła. Mam zaszczyt zaprezentować Wam (wszystkim chyba już znaną) Milkę z Daim. 

Otworzyłam, a moim oczom ukazała się 100-gramowa tabliczka podzielona na maleńkie kostki. Osobiście wolę większe, które można rozgryzać i oglądać ich wnętrze, jednak po wyczuciu słodkiego czekoladowo-karmelowego zapachu, przestałam rozwodzić się nad wyglądem czekolady i spróbowałam ją.


Pierwszym, co poczułam była bezgraniczna słodycz. Potem doszła do tego tłustawość (i to ta nieprzyjemna - zalatująca starym, zjełczałym tłuszczem) oraz mleczność. Ta "mleczność" jest już trochę naciągana, bo jedząc tę czekoladę wcale nie myślę o naturalnym, świeżym mleku, a jakimś proszkowatym, udającym mleko tworze.
Przede wszystkim jednak słodycz, która aż drapała w gardle. Nie oszukujmy się, Milka to czekolada, delikatnie mówiąc, nie najwyższych lotów, jednak nie ukrywam, że mam do niej słabość i akceptuję jej tłustą cukrowość. Szczególnie wersji na niemiecki rynek.
Przynajmniej akceptowałam... teraz coraz bardziej mi ona przeszkadza.

W miarę, jak czekolada się rozpuszcza (a robi to dość wolno, jak na Milkę), zaczęłam natrafiać na twarde i chrupiące kawałki karmelu, które to już rozpuszczały się bardzo powoli. Ogromną przyjemność sprawiło mi chrupanie ich, przy czym trochę, ale nie nazbyt, przyklejały się do zębów.
W smaku były karmelowo słodko-gorzkie. Tak, smak, który od nich bije to właśnie charakterystyczny smak palonego karmelu, który dodawał czekoladzie odrobinę goryczki i słonawy posmak. Po paru kostkach przez pewien moment czułam tu odrobinę margaryny, ale nie potrafię stwierdzić, czy bije on od drobinek, czy od samej czekolady.

W połączeniu mamy bardzo słodką czekoladę z nawet smacznym, słonawym karmelem. Nie mogę nie wspomnieć, że to jedno z moich ulubionych zestawień smaków, jednak trochę mi brak nutki kakao w samej czekoladzie, a i od karmelu oczekiwałabym (gdyby to nie była Milka) znacznie więcej. Po może dwóch kostkach w samej czekoladzie zaczęłam wyczuwać stęchłą nutę, czego w sumie jeszcze parę miesięcy temu w Milce nie wyczuwałam.
Powiem tak: wersja na polski rynek jest po prostu obrzydliwa, ta natomiast, jak na tę kategorię czekolad, jest nawet smaczna.
Biorąc pod uwagę cenę, smakowe zestawienie i przede wszystkim milkowatość (kupując Milkę chyba się na to godzimy, prawda?), wystawiam ocenę, która niektórym może wydać się niedorzeczna, oburzyć ich, a inni pewnie mi przyklasną. 


ocena: 7/10
kupiłam: sklep z niemiecką żywnością (moja mama kupiła)
cena: 3.50 zł (chyba, po tyle tam chodzą)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku (z mleka), olej palmowy, tłuszcz mleczny, migdały (1%), pasta z orzechów laskowych, odtłuszczone mleko zagęszczone słodzone, emulgator (lecytyna sojowa), sól, częściowo demineralizowana serwatka w proszku (z mleka), aromaty

sobota, 18 lipca 2015

lody na patyku Magnum Almond

Lody na patyku w polewie mają to do siebie, że najlepiej smakują, kiedy je się je po kolei, zaczynając od polewy, na lodzie kończąc. To jest właśnie powód, dla którego, od tych lodów szczególnie, oczekuję pewnej jakości. Czekolada musi być dobra, bo zgryzając ją, chcę czuć, że to właśnie czekolada, a nie chrupiące czekoladopodobne coś. Lód, który potem pozostaje, także nie może być "śmietankowym chłodzidłem". Ma mieć smak, który by ładnie komponował się z czekoladą. 
Wymagania wydają się całkiem przyziemne, jednak możecie mi wierzyć, że mało jest lodów, które potrafią im sprostać. Klasyka Magnuma może służyć za przykład takiego loda doskonałego. 

Co jednak, kiedy zwykła czekolada i zwykły lód to za mało? Ja postanowiłam sięgnąć po wersję z migdałami, jako, że te bakalie wręcz uwielbiam. Magnum Almond, to lód waniliowy w polewie z mlecznej czekolady z migdałami. Połączenie wciąż proste, jednak tu sprawy zaczynają się gmatwać. 


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, oburzyło i od razu zadziałało na niekorzyść dla oceny loda, była jego wielkość. Wszystko jest niby tej samej wielkości, co klasyk, ale... 

Migdały swoje ważą (rozwinę tę myśl w dalszej części, na razie pozostanę przy nich) i jest ich całkiem sporo. Nie obraziłabym się, gdyby było ich jeszcze więcej, ale taka ilość w sumie wystarczy. Kawałki posiekanych migdałów są słusznych rozmiarów, czuć ich wyrazisty, jakby lekko prażony smak. Są wtopione w grubą warstwę mlecznej czekolady, chociaż trochę przebijają się. Chrupiące i niezbyt twarde. Są ciekawym dodatkiem, jednak tylko i wyłącznie dodatkiem, biorąc pod uwagę ich ilość. Może to i dobrze, bo miałam okazję delektować się pyszną, mleczną czekoladą. Przeważał w niej smak mleczny właśnie, z dodatkiem kakao, a słodycz była bardzo zrównoważona. Gdy warstwę czekolady zgryzałam, oddzielała się z charakterystycznym chrupnięciem i była dość twarda, a w ustach stawała się gładka i powoli rozpuszczała się. Była to właśnie kremowo rozpuszczająca się czekolada, która w lodach często bywa zastąpiona tłustą i pozbawioną, nieroztapiającą się polewą. Magnum pod tym względem zdecydowanie przebija konkurencję, o ile o jakiejkolwiek konkurencji można mówić. 

Kiedy już po czekoladzie nie zostało ani śladu, zabrałam się za waniliowego loda, w którym jakieś tam czarne, waniliowe kropki można było spotkać. Lód jest gęsty i idealnie gładki, choć także bardzo tłusty. 

W smaku dość słodki, lecz nie mogę go nazwać przesłodzonym. Ta słodycz wydała mi się w dość sporej mierze waniliowa, a zarazem całość masy była jakby mniej waniliowa od wersji podstawowej. Zdecydowanie smak wanilii mógłby być jeszcze silniejszy. 
Tak jak w czekoladzie, wyraźnie czuć tu mleczność, co działa na korzyść. 
Niestety, nie zdążyłam się wczuć tak, jakbym chciała, a już natrafiłam na patyk. Właśnie, migdały nieco dla siebie od gramatury uszczknęły, w efekcie czego mamy mniej loda w lodzie. 
Szukając czegoś waniliowego, dla ochłody, trafiłam na, jak to się mówi, figę z makiem.

Magnum Almond to smaczny lód, który jednak wydaje się być nieco gorszy od wersji classic, z pyszną, mleczną czekoladą, w której kakao nie pożałowano i dodatkiem migdałów. Polewa jest tu według mnie smakowym ośrodkiem, gdyż samego loda, w stosunku do tego wszystkiego, jest dziwnie mało. 


ocena: 7,5/10
kupiłam: osiedlowy sklep
cena: 4.99 zł
kaloryczność: 330 kcal / 100 g, (lód 120 ml, 86 g) - 280 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, masło kakaowe, preparat serwatkowy (mleko), migdały, olej kokosowy, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, emulgatory (E 471, E 442, E 476), stabilizatory (E 410, E 412, E 407), kawałki wanilii, aromaty, barwnik (E 160a)

piątek, 17 lipca 2015

Lindt Exotic Papaya mleczna z kremem mlecznym i papają

Jakiś czas temu trzymałam w rękach lindt'owskie nowości, przy firmowym stoisku Lindt'a w złotych Tarasach. Nie mogłam zdecydować się na jakiś jeden konkretny smak,  ale w końcu stwierdziłam, że jagody acai smakują pewnie w jakimś stopniu jagodowo i ten właśnie smak kupiłam. Później jednak, czytając komentarze o nowych smakach, wyłapałam że chyba jeszcze nikt ich nie próbował, a przynajmniej nie ma recenzji tych smaków. Dlatego wydały mi się tajemnicze, a co za tym idzie, od razu o wiele bardziej interesujące. Nie na tyle, żeby samej kupić, ale na tyle, żeby pomęczyć nimi tatę, do którego przyjechałam na początku lipca.
Nie musiałam długo czekać na to, żeby kupił oba pozostałe smaki.

Lindt Exotische Fruchte Papaya, czyli czekolada mleczna z nadzieniem z papai i kremem mlecznym, poszła pod lupę jako pierwsza, dlatego, że... sama nie wiem, zobaczyłam w składzie 3%papai i 1% koncentratu z niej, czyli owoców było więcej, niż w wariancie z mango.

Papaje jadłam góra dwa razy w życiu i pamiętam, że była ona słodko-mdła, ale może trafiłam na niedojrzałą, czy coś. Smakowała mi w zasadzie, ale chyba nie ma owocu, który by mi nie smakował.

Kiedy otworzyłam zgrabne opakowanie, utrzymane w wakacyjno-egzotycznych klimatach i słonecznych barwach, i wzięłam się za sreberko, poczułam bardzo smakowity zapach. Była to niewątpliwie mleczna czekolada, taka z kakaową nutką i ogromną ilością świeżego mleka. Był to zapach podobny do kinderek, albo raczej zapach starszego, dostojniejszego ich brata.

Połamałam podłużną tabliczkę na kostki (zdjęcie jednej zadebiutowało nawet na instagramie) i przegryzłam na pół, by przyjrzeć się przekrojowi. Oczywiście: gruba warstwa czekolady, sporo białego nadzienia i trochę ciemnożółtego nadzienia płynnego z papai. Zauważyłam przy tym, że czekolada jest dość miękka, nieprzesadnie, ale wiadomo - trzasków tu nie znajdziecie. 

Gdy czekolada zaczyna się rozpuszczać, to już wiemy, z czym mamy do czynienia. Krótko mówiąc: lindt'owska jakość, a trochę dłużej - doskonała, kremowa i bardzo słodka czekolada, z wyrazistą i  silną mlecznością, a także z solidnie wyczuwalnym kakao. 
W końcu kostka "załamuje się", a bokami wypływa nadzienie, wraz z owocowym, dość orzeźwiającym, smakiem. Uświadczymy tutaj silną słodycz, ale i równie silny kwaskowaty posmak. Nie jest to nic sztucznego i obrzydliwego, a wciąż przyjemna kwaskowatość owoców. Z początku jakby nuta dojrzałej pomarańczy, a potem, to na co liczyłam, czyli właśnie papaja. Jeszcze w sklepie byłam pełna obaw, że ten smak będzie przytłumiony, ale wręcz przeciwnie, wydał mi się wzmocniony. Ten egzotyczny owoc, a raczej jego smak, był podbijany przez cukier i cytrynowy posmak. Wypadło to bardzo pozytywnie, bo z tego co pamiętam, papaja (którą ja jadłam przynajmniej) była bardziej nijaka. Tej części nadzienia nie jest zbyt dużo, więc w końcu tropikalny smak zanika, a nasila się mleczność. Połączenie tego skojarzyło mi się z mleczno-owocowymi koktajlami, które schładzają równie dobrze jak lody.

Mleczny smak wydaje się być mlekiem, zamkniętym w kostce, właśnie mlekiem, a na pewno nie śmietanką. Ta warstwa jest gruba i kremowa, tłustawa, przy czym zaczęłam się trochę zastanawiać, czy nie zbyt tłustawa. Pojawiło się tu coś, co zidentyfikowałam jako mikroskopijne kropeczki, jednak ich pochodzenia dalej nie znam i wolę nie znać (mleko w proszku?).Trzeba brać namiar, że krem mleczny jest straszliwie słodki i nie ma tu już owocowego kwasku. 
W końcu mleko z nadzienia łączy się z charakterną czekoladą, również bardzo słodką, ale ze smakiem podbijanym przez wcale niemałą dawkę kakao.

Całość odebrałam jako smaczną, w końcu wiadomo, to Lindt. Wydała mi się bardzo słodka, na tyle, że cała tabliczka byłaby chyba nie do zjedzenia na raz (nie wiem, nie próbowałam zjeść całej), pod koniec którejś tam kostki z kolei czułam się nieco zasłodzona i słodycz wydała mi się wręcz odrobinę muląca. Owocowy smak jest dość orzeźwiający i przyjemny, ale papaję wolałabym chyba w nieco innej formie, niż to płynne nadzienie. Mimo to, warta spróbowania.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ale tata kupił chyba w Carrefour)
cena: 
kaloryczność: 507 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku (15%), cukier inwertowany, miazga kakaowa, papaja (3%), odtłuszczone mleko w proszku (3%), olej palmowy, koncentrat soku z papai (1%), syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, pektyny (substancja zagęszczająca), wanilina

czwartek, 16 lipca 2015

Primavika pasta sezamowa słodzona syropem z agawy

Jak już pisałam wiele razy - uwielbiam masło orzechowe. Nie znaczy to jednak, że do innych tego typu past mnie nie ciągnie. Tahini również często gości w mojej kuchni, jednak przeważnie używam je do dań ze słodką, a dokładniej miodową, nutą. 
Jest to spowodowane tym, że tak samo, jak masła orzechowe lubię słone, tak pasta z sezamu zdecydowanie bardziej smakuje mi trochę słodka.
Ostatnio, gdy znalazłam przepis na kurczaka w tahini i miodzie, przypomniałam sobie o kilku słoikach (no dobra, pamiętałam o nich, ale najpierw skrupulatnie wyjadałam masła orzechowe z Lidla), które dostałam w związku ze współpracą z firmą Primavika. Wybrałam niepozorny, 185-gra,owy słoiczek.

Primavika masło sezamowe słodzone syropem z agawy wydało mi się wręcz doskonałe. Co prawda, nie wiem, jak smakuje syrop z agawy, chociaż słyszałam, że jest on dość słodki.
Patrząc na skład, mogę stwierdzić, że w zasadzie jest w porządku. Nie jest to naturalna, domowa pasta, ale 60 % sezamu i 36 % syropu z agawy dla mnie wystarczy. Jednak ja nie jestem surową maniaczką zdrowego odżywiania.

Po odkręceniu wieczka, poczułam bardzo przyjemny, wyrazisty zapach. Był to sezam, wraz ze swoją goryczką (w mojej głowie od razu padło pytanie: "czy będzie wyczuwalna też w smaku?"), przytłumioną nieco przez słodycz.

Zlałam olej, który wytworzył się na wierzchu (to naturalne, można do czegoś użyć lub wymieszać, ja jednak wolę mniej tłuste pasty) i nabrałam pierwszą łyżeczkę. 
Pasta jest bardzo plastyczna i taka twardo-miękka, nie ma doskonale kremowej struktury, mimo tego, że jest dobrze przemielona.

Wreszcie spróbowałam. W pierwszej chwili pomyślałam tylko, że nie ma tu jednej wiodącej nuty. Czułam bowiem sezam i dziwną, straszliwą wręcz, słodycz. Nie było to nic cukrowego, trochę taki jakby trochę sztuczny miód z roślinną (dosłownie roślinną, skojarzyło mi się to z łodygą, a nie np. - kwiatową) nutą. Nie wiem, jak smakuje syrop z agawy, ale myślę, że to właśnie jego smak. Słodycz była silna, nawet jak na moje kubki smakowe, przyzwyczajone do tahini dosładzanego miodem.
Wydaje mi się, że tego syropu było po prostu za dużo. Wyeliminował on prawie całkowicie sezamową goryczkę.
Smak sezamu, mimo słodyczy, wciąż pozostał silny, jednak bardzo okrojony z goryczki właśnie. Dla wielu osób może to być minus, jednak ja nie miałam nic przeciwko temu.

Pasta ta wydała mi się chałwą w formie pasty. Bardzo, bardzo sezamowa i bardzo, bardzo słodka. 

Pasta sezamowa smakowała mi, ale smakowałaby jeszcze bardziej, gdyby ten syrop z agawy był zastąpiony miodem.
Trzeba wziąć pod uwagę to, do czego taką pastę się używa. Ja na razie przetestowałam cztery opcje:
-łyżeczką ze słoika (po łyżeczce było już o wiele za słodko!) - na łyżeczce się skończyło, a i tak myślałam, że nie wytrzymam przez tę słodycz
-w owsiance z truskawkami - pychota, ale tylko łyżeczka, - zniknął ten dziwny posmak łodygi (?)
-do kurczaka jako marynata z sosem sojowym - to było wręcz boskie
-na chlebie razowym z dżemem wiśniowym - całkiem niezłe, kwaśne wiśnie poradziły sobie z przełamaniem słodyczy, ale.. wolę masło orzechowe do takich kanapek
Tak też stwierdzam, że pasta jest dobra, jednak chyba nie do wszystkiego. Dla mnie smakowała w konkretnych daniach, mimo, że sama jest o wiele za słodka. Gdyby zamiast tego syropu był miód - byłabym w niebie! Za nadmierną słodycz obniżam ocenę o punkt, a kolejny za cenę (około 7.50 zł), bo taki mały słoiczek za tyle powinien być doskonały.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam, ale produkty Primaviki można znaleźć między innymi na stronie: sklepvita.pl
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: pasta sezamowa 60%, syrop z agawy 36%, lecytyna sojowa, wanilina

środa, 15 lipca 2015

A. Morin Panama noir 70 % ciemna z Panamy

Z czekoladami francuskiej manufaktury A. Morin miałam już styczność kilka razy i za każdym razem, po skończeniu czekolady, mogłam powiedzieć z czystym sumieniem, że w pełni mnie usatysfakcjonowała. Co prawda, każdej z próbowanych, brakowało "tego czegoś". Sięgając po tę czekoladę pomyślałam, że pewnie nie będzie specjalnie odmienna od tamtych, bo, w gruncie rzeczy, czekolady bez dodatków rzadko kiedy potrafią mnie w sobie rozkochać, że tak powiem. Uwielbiam je, ale żebym miała za nimi stracić rozum, to raczej nie. Tak więc, mimo wielu nut smakowych, do 10-tki prawie zawsze trochę brakuje. 

Do 100-gramowej czekolady A. Morin Panama noir 70 %, czyli ciemnej z Ameryki Środkowej, z Panamy dokładniej, o zawartości kakao równej 70%, podeszłam z przekonaniem, że to kolejna bardzo dobra czekolada, a więc z ogromną ochotą, ale także z nastawieniem, że czeka mnie coś poniekąd niezbyt "dynamicznego". Czy liczyłam się z tym, że np. może mi kompletnie nie posmakować? Nie, bo z ręką na sercu mówię, że każda czekolada ciemna, z krótkim, dobrym składem, mi smakuje.

Rozerwałam papierek, który przy każdej czekoladzie Morin wygląda tak samo, a mimo to zawsze mnie oczarowuje swoją prostotą. Po prostu uwielbiam stare mapy, albo różnego rodzaju zwoje, pergaminy. Mają swój urok, a ten papierek coś takiego właśnie przypomina pod względem graficznym. 

Gdy wzięłam do rąk tabliczkę, okrytą już tylko sreberkiem, poczułam zapach bardzo ciemnej czekolady z kwaśnymi nutami czerwonych owoców. Obok tego, zaistniał także karmel, więc trochę mnie to zbiło z tropu. Zapach wydał mi się co najmniej intrygujący.

Wydobyłam wreszcie samą tabliczkę i jeszcze bardziej mnie zainteresowała. Była dość ciemna, ale jeszcze nie czarna, bardzo błyszcząca i idealnie gładka, niczym metal szlachetny. Ułamanie rządziku kostek sprawiło mi duży problem: czekolada była bardzo twarda. W końcu udało mi się, przy czym rozległ się bardzo głośny, jakby pusty trzask. Zaczęłam łamać pasek na kostki i wtedy jedna kostka wyskoczyła mi w powietrze i upadła na resztę czekolady z dźwiękiem, który skojarzył mi się z uderzaniem drewnianą pałeczką pustą w środku o drugą, taką samą. Ta czekolada była po prostu... akustyczna! Samo łamanie jej sprawiło mi wiele przyjemności. A przy tym ten silny, ciekawy zapach... zapowiadało się naprawdę ciekawie.

Pierwsza kostka wreszcie wylądowała w ustach. W pierwszym momencie ogarnęło mnie uczucie, że jem coś przypalonego. Gdy tylko ta myśl przemknęła mi przez głowę, poczułam nieśmiałą, karmelową, ale wciąż jakby lekko przypaloną, słodycz. 
Czekolada zaczyna się powoli i gładko, chociaż trochę topornie, rozpuszczać. W sposobie rozpuszczania się było coś gęstego. 
Tak, jak się spodziewałam po jej wyglądzie, nie w niej pylistości, sprawia raczej wrażenie wilgotnej, ale nie jak wilgotne ciasto, a wilgotna po deszczu gleba. 
Momentalnie nadchodzi lekka cierpkość, ale nawet wtedy czekolada zachował pierwotną słodką nutę. W tym momencie było w niej coś, co skojarzyło mi się z zapachem palonych ziaren kawy.
Teraz nie była to jednak delikatna, karmelowa słodycz, a słodycz zniekształcona, niczym w hali luster w wesołym miasteczku, przypalona i "ciemna". To był smak przywodzący na myśl przypaloną, czekoladową polewę, ale taką z naprawdę dobrej czekolady. 

Czekolada przybrała postać bardzo gęstego tworu, dla mnie skojarzyło się to z kaszą manną, lub budyniem, a w kwestii smaku, w mojej głowie zaświtało pytanie: niedojrzałe owoce? Po ułamku sekundy, albo i jeszcze szybciej, przeszło to w bardzo dojrzałe, miejscami czarne, banany. Ah, jak one szybko dojrzewają! To było dość dziwne doświadczenie - to niesamowite przejście, aż miałam dziwne uczucie: "jakim cudem zdążyłam tę nutę wyłapać?". Bananowa słodycz potrwała już dłużej, jednak także dość szybko, przeszła, albo tylko wmieszała się, w coś innego. Gorzkawy posmak trochę się nasilił i smak wydał mi się bliźniaczo podobny do czegoś, co jadłam ledwie kilka dni temu... Co to było? Przypalone kakaowe gofry. Popijałam je wtedy mocną kawą, żeby zabić ten posmak spalenizny. Właśnie to wspomnienie przywołała ta czekolada. 
Przy kolejnych kostkach wyczułam bardzo delikatny posmak świeżych, ale leciutko kwaskowatych owoców, było to jednak jakby chciały, ale nie mogły - kwaskowatość w końcu nigdy nie nadeszła, ale wisiała nad wszystkim, niczym burza, wisząca w powietrzy w duszny, upalny dzień. 
Nie, żadnego kwasku tu się nie doczekałam, ku mojej uciesze, bo niezbyt by to pasowało do karmelowo-palonych nut. 
Za to goryczka pod koniec stała się silniejsza. Była jakby ostatnią literą, zamykającą alfabet. Na końcówce pokazała w pełni swoją stanowczość, ale mimo to czekolada nie była całkiem gorzka. 
Pod koniec w ustach pozostawiła po sobie lekko ściągającą pamiątkę, pozostającą przez krótki czas, po rozpuszczeniu się ostatniego kawałka. 

Muszę powiedzieć, że mimo, iż czekolada nie jest całkiem gorzka, a z gorzkawą nutą i w dodatku karmelowo-słodka, to na pewno nie należy do tych z gatunku delikatnych. Ma charakterek, objawiający się w postaci odrobinę przypalonego posmaku, co czyni ją naprawdę ciekawą i... po prostu przepyszną.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail
cena: 20 zł
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: zrobiłabym to z ogromną ochotą

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna

wtorek, 14 lipca 2015

lody Carte D'Or Cheesecake with Raspberry Cream

Moim ulubionym ciastem zdecydowanie jest sernik. W ogóle jestem osobą, że tak powiem, "nabiałową", bo nabiał, czy to w formie sera, mleka, czy czegokolwiek innego, jest codziennie obecny w moim życiu. Uwielbiam także słodycze z takim dodatkiem. Te z sernikiem odkryłam stosunkowo niedawno, czy to jeśli chodzi o sernikowe czekolady, czy sernikowe lody Haagen-Dazs, które zdobyły moje serce. Wcześniej nie miałam żadnego zdania o sernikowych lodach, po tamtych jednak naszła mnie ogromna ochota na kupienie jakiś innej firmy i porównanie.

Padło na Carte D'Or Cheesecake with Raspberry Sauce, czyli lody twarożkowe z sosem malinowym (16 %) i kawałkami biszkoptów (6%). Trochę obawiałam się tego sosu malinowego, jednak po dłuższych namyśleniach - skoro sos truskawkowy nawet mi smakował, mimo mojej nienawiści do rzeczy truskawkowych, z malinami nie może być aż tak źle.
W dodatku słyszałam dobre opinie o lodach Carte D'Or, więc 450 mililitrowe (245 g) opakowanie powędrowało do sklepowego koszyka, a potem do mojej zamrażarki, z której...

...w końcu je wydobyłam i otworzyłam. Dobiegł mnie dziwaczny zapach. Składały się na niego dwie główne, wiodące nuty: twarogowa i buraczano-jagodowa. O tyle, o ile ta pierwsza byłaby smakowita, tak ta druga... do najmilszych nie należała. Przyjrzałam się lodom krytycznie. Sztucznie różowo-czerwony sos, białe lody i kawałki biszkoptów w ilości zadowalającej. Od nich właśnie zaczęłam próbowanie.

Kawałki ciasteczek okazały się trochę twardymi biszkoptami (jak na biszkopty w lodach), wcale nie rozmiękłymi i odrobinę słodkimi. Nie były chrupiące, co chyba oczywiste. W smaku... no, taki słodki biszkopt. Niezbyt słodki, ale jednak.
Potem wzięłam się za same lody. Były bardzo miękkie, chociaż jadłam je prawie od razu po wyjęciu z zamrażarki (no ok, może zrobienie zdjęć zajęło mi jakieś 5 minut). Gdy wielka łyżka lodów znalazła się w ustach, dotarła do mnie ich lekkość i puszystość. Nie bardzo mi to odpowiadało: lody twarogowe powinny być według mnie o wiele bardziej zbite, gęste. Te ocierały się o zbytnie rozwodnienie. Trochę zbyt tłuste, ale w sposób bynajmniej nie naturalnie nabiałowy. Oprócz tego, zabrakło w nich kremowości, bo były lekko "proszkowate", ale w sposób porównywalny do mleka w proszku, bądź cukru.
Właśnie: były bardzo słodkie. Może nie nazwałabym ich najsłodszymi lodami, jakie jadłam, ale były przecukrzone. To jest właśnie dziwne: nie wydały mi się przeraźliwie słodkie, a po prostu cukrowo słodkie. Przez słodycz przebijała się kwaskowatość: po części typowo twarogowa, albo i minimalnie jogurtowa, a po części sztucznie cytrynowa. W dużej mierze była także po prostu mleczna. Mimo tego wszystkiego, masa lodowa była niezła. Nie, nie "dobra", a tylko "nie-taka-strasznie-zła".

Ostatnią rzeczą, za jaką się wzięłam był sos, który wcale sosu nie przypominał. Był gęsty i trochę żelowaty. Kiedy całkiem sporą ilość tego czegoś umieściłam w ustach, poczułam niegładką strukturę, chropowatą proszkowatość, albo i cukrowość (czułam się jakbym chrupała cukier) i sztuczność. To ostatnie odnosi się i do konsystencji, i do smaku. Masa udająca sos była bowiem słodko-kwaśna, ale za sprawą syropu glukozowo-fruktozowego i regulatorów. To było czuć: cała gama aromatów, nie zaś naturalne owoce (mimo, że przeciery są w składzie). Smak owocowy pojawił się, ale nie były to soczyste, świeże maliny, a stare jagody, silny smak chemicznej truskawki i bardzo wyraźny smak botwiny, albo i starych buraków. To ostatnie (truskawki i buraki) w ogóle obrzydziły mi ten sos i spowodowały, że dalej jadłam lody, omijając go. Niestety, graniczyło to z cudem, bo akurat tego sosu nie pożałowali.

Co więcej, kiedy raz i drugi zagarnęłam łyżką i masę twarogową i sos, czuć było tylko te sztuczne owoce i cukier, jakakolwiek nuta sera zanikała w tym wszystkim.
Biszkoptów w całej masie w ogóle nie było, oprócz tego, co na wierzchu.
Na końcu buraczano-truskawkowo-jagodowy zapach się nasilił i twarogu w ogóle nie było czuć. W smaku było bardzo podobnie. Im więcej jadłam, tym mniej serowe mi się wydawały. Cukier i nuty wcześniej wspomniane. To tyle.
Chciałam zjeść je na raz, ale tylko dlatego, że chciałam mieć je już za sobą, bo wiedziałam, że jak odłożę, to już nie dam rady do nich wrócić, ale po paru chwilach jadłam, omijając część z sosem.
W końcu i tak nie dałam im rady. Są to lody, do których nigdy nie chcę wracać. Nastawiłam się na coś pysznego, a było... niesmacznie. Mogli sobie chociaż ten sos darować, który jest jak wyjęty z najtańszych lodów z pseudo-owocowym sosem.

Początkowo chciałam im podciągnąć na 4, ale jednak były za obrzydliwe i miałabym wyrzuty sumienia w stosunku do czwórkowych produktów.


ocena: 3/10
kupiłam: Tesco
cena: 8.99 zł
kaloryczność: 210 kcal / 100 g,  110 kcal / 100 ml
czy znów kupię: nie

Skład: twaróg (26%), cukier, woda, odtworzone mleko odtłuszczone, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, olej kokosowy, mąka pszenna, przecier malinowy (2,5%), przecier truskawkowy, masło, preparat serwatkowy (mleko), sok jeżynowy z soku zagęszczonego, sok jagodowy z soku zagęszczonego, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar, karagen), kwas cytrynowy, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), zagęszczony sok z czerwonego buraka, aromaty (w tym mleko), węglany sodu, proszek jajeczny, odtłuszczone mleko w proszku, karoteny, sól

poniedziałek, 13 lipca 2015

Lindt Creation Chocolate Cake / Fondant mleczna z czekoladową truflą i sosem czekoladowym 150 g / 100 g

Czasem nachodzi mnie chęć na coś czekoladowego i nie mam tu na myśli "jakiejś czekolady", ani np. budyniu czekoladowego. Są dni, w których mój organizm domaga się czegoś podwójnie, albo i potrójnie czekoladowego. Czekoladowego w 300 %. Jakiś czas temu obiektem moich westchnień stały się lody Haagen-Dazs, które można określić właśnie czekoladowo-czekoladowymi z czekoladą. 
A cóż miałam począć, gdy zachciało mi się czegoś czekoladowego w sposób bezpieczniejszy na tylko-co-wyjście-z-przeziębienia? Może sięgnąć po czekoladę, czekoladową do granic możliwości, na której opakowaniu widnieje słynne lava cake, w którym jestem wręcz zakochana? To zdecydowanie jeden z moich lepszych pomysłów.?

Lindt Creation Chocolate Cake to czekolada mleczna z ciemną truflą i sosem czekoladowym.

Rozpieczętowaniu tekturowego opakowania towarzyszył silny, czekoladowy głód. Zachowując się niczym narkoman po odwyku, czym prędzej rozerwałam także pazłotko i poczułam cudowne uniesienie. 
Otóż do moich nozdrzy dotarł cudny zapach mlecznej czekolady. Taki, który mówi nam, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym produktem. Duże, przyozdobione skromnie i elegancko zarazem, kostki koloru jasnego brązu wręcz krzyczały "zjedz nas". Czy miałam jakiś wybór? 

Pierwszy kęs. 
Czekolada mleczna firmy Lindt ma dość charakterystyczny smak. Jest to bezkresna mleczność, przełamana nutką kakao. Daje to efekt przyjemnej i silnej słodkości, w której jednak czai się mały kakaowy diabełek, lekko dźgający język goryczkowymi widełkami. Dzięki temu czekolada nie jest dziecinnie słodka, jak wszystkim znane kinderki, a raczej wykwintnie słodka, gdzie kakao ma wiele do powiedzenia. 
Czekolada rozpuszcza się w umiarkowanym tempie, jest nieco tłusta i tutaj muszę zauważyć, że jedyne użyte tłuszcze to kakaowy i mleczny, więc jest to przyjemna tłustość.

W końcu dochodzi do momentu, gdy w ustach rozlewa się czekoladowy sos. A rozlewa się powoli, jakby nieco ociężale, gdyż jest dość gęsty. Smak ma  o wiele wytrawniejszy od czekolady i znacznie bardziej kakaowy, bez wątpienia deserowy wręcz. Lekko drapie w gardle. Kojarzy mi się z czekoladowymi deserami z sosem, podawanymi w drogich restauracjach, z przyciemnionym oświetleniem. 
Kostka, kończąc się rozpuszczać, wydaje się bardziej kremowo-proszkowa, w pozytywnym znaczeniu, i znów usta zostają zalane mleczną słodkością.

Drugi kęs, tym razem skupiam się nad tym, co ukryte zostało pod sosem.

Oprócz czekoladowego smaku samej czekolady, wyczułam smak, którego najpierw nie rozpoznałam. Jest on lekki, jakby wręcz napowietrzony (nie w konsystencji, a właśnie w smaku), czekoladowy, w sposób w jaki czekoladowe jest kakao rozpuszczalne. Jeśli o tę warstwę chodzi, jest ona nierównomierna. Momentami grubsza, momentami cieńsza, lecz zawsze kremowa i tak minimalnie, w tej swojej kremowości, proszkowata. Nie umiem tego za dobrze opisać, ale to kojarzy mi się jednoznacznie: trufle czekoladowe (i nie mówię tu o cukierkach, które z truflą nie mają nic wspólnego). Ten smak ukrywa się czasem w czekoladowej otchłani, jednak rozdzielając w ustach kostkę na części, nie da się nie odróżnić go od samej czekolady. Jest od niej delikatniejszy, mniej słodki i bardziej kakaowy, chociaż nie czuć w nim goryczki.

Ta czekolada jest czekoladowa w bardzo szerokim zakresie tego słowa. Mamy tutaj pyszną mleczną czekoladę, kakao, wykwintność sosu i czystą truflę (no, dobra, nie taką najprawdziwszą truflę, ale jak na truflową warstwę w czekoladzie jest świetna). W Lindt Chocolate Cake  jest wiele do odkrycia, mimo tak prostego trio (czekolada-czekolada-czekolada), co kompletnie mnie oczarowało. 


ocena: 10/10
kupiłam: Tesco
cena: 11.99 zł
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, cukier inwertowany, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, laktoza, syrop glukozowy, migdały, sorbitol, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, orzechy laskowe, ekstrakt słodowy jęczmienny, wanilina, naturalna wanilia burbońska

-----------
Aktualizacja z dnia: 24.03.2016

Dzisiaj znowu przyszło mi spróbować "tę" czekoladę... dokładniej to jej nową wersję o zmienionej gramaturze, formie i kaloryczności. Forma i kaloryczność? Ktoś tu w proporcjach mieszał, co mi się już na wstępie nie spodobało. Właściwie, bojkotuję zmianę Creation, ale co zrobić, kiedy ktoś uznał, że taka czekolada będzie doskonałym prezentem dla mnie?
Szybko potwierdziły się moje obawy. Sama czekolada była w porządku, jak to mleczny Lindt: słodka, tłusta i bardzo mleczna, ale smaczna. Kiedy jednak ujawniało się nadzienie... tak pięknie i smakowicie jak na zdjęciach już nie było.
Trufla była tłustą grudką o mdłym smaku podjeżdżającym pod niby-mleczne kremy, tylko że o czekoladowym zabarwieniu smakowym.
W sosie czekoladowym kakao odtłuszczone dawało się we znaki.
To odtłuszczone kakao i tłusta trufla w zwiększonej ilości znacznie pogorszyły całość. Nowej wersji nie polecam - nie jest paskudna, ale to bardzo przeciętna czekolada, a poprzednia... była moim ulubionym Lindt'em Creation.

ocena: 7/10
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: takiej nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, laktoza, cukier inwertowany, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, migdały, stabilizator (sorbitole), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, orzechy laskowe, ekstrakt słodowy jęczmienny, wanilina, naturalna wanilia bourbon

-----------
Aktualizacja z dnia: 30.12.2018

Przy Lindcie Creation Pistachio Delight with Almond Pieces wspomniałam, że gdy tylko zobaczyłam nowe wydanie serii Creation, byłam prawie pewna, że producent zrezygnował z podziału na kostki i zrobił coś a'la nadziewane tabliczki Zottera. Ciekawiło mnie, jak w takiej formie wyjdzie niegdyś jeden z bardziej lubianych smaków Lindta, ale odkryłam, że podział jednak jest, ale... zmiany też. Dotyczące składu, wartości, proporcji (?), stąd aktualizacja. Nowej recenzji nie chciałam dodawać, bo w sumie czekolada niby ta sama.

Mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z "ciemną czekoladową truflą i sosem czekoladowym"; wersja, która pojawiła się w roku 2018.

Przy rozrywaniu sreberka poczułam intensywny i smakowity zapach słodziutkiej, mocno mlecznej czekolady. W trakcie jedzenia doszła do tego wytrawna, taka truflowo-sosowa nutka kakao.

Czekolada łamała się z łatwością, ale miękką nie można jej w żadnym razie nazwać, mimo niezwykle mazistego, plastycznego sosu wewnątrz, którego naprawdę nie pożałowano. Gruby wierzch lekko trzaskał. Gęsty sos lekko ciągnął się, ale zachował zwartość i nie lepił się denerwująco, a warstwa na dole wydawała się podobna do czekolady.
Kremowa, tłusta i zalepiająca w śmietankowy sposób czekolada powoli wypuszczała spod siebie mazisty, również zalepiający sos. Był gładki, dość śliski, minimalnie oleisty. Było go więcej, niż kremu. Krem na dole również był dość tłusty, ale już zbity. Mimo pewnej kremowości, wydał mi się bardziej pozytywnie pylisty. Wszystko to rozpływało się w jednakowym tempie, środek stawał się miękki i przyjemnie mokry. Mieszało się to i zalepiało usta kremowym bagienkiem. Podoba mi się spójność tej tabliczki.

W smaku czekolada to typowy, a więc smakowity, bardzo słodki i głęboko mleczny Lindt z nutką kakao, z sosem, który ewidentnie smakował tak... wytrawniej kakaowo. Nie wydał mi się co prawda gorzki, ale minimalnie cierpkawy i sugerujący alkohol.
Krem wyszedł bardzo słodko i czekoladowo-kakałkowo. Czuć w nim nasilenie kakao, ale nie ambitną ciemnoczekoladowość. Określiłabym go jako umleczniony i maślany, znacząco waniliowy.
Wraz z sosem kojarzył się trochę z mulistym, tłusto-zakalcowo-mokrym brownie z dużą ilością kakao, ale przesłodzonym. Między te warstwy wkradła się lekka nutka taniości (nawet nie wiem, czy kakao odtłuszczone, mdława mleczność czy co), ale wszystko to w ryzach trzymała czekolada mleczna, z którą stały krem w dużej mierze się zlewał. To ona rządziła i w oczywisty sposób umacniała słodko-mleczny smak. To jednak pasowało.
To taka... mleczna, strasznie słodka maziaja, ale z wytrawniejszymi, kakaowymi ambicjami.

Tłusto-mlecznie, bardzo czekoladowo do zawrotu głowy, z sugestiami wytrawności i alkoholu - o tak, Lindt wrócił na dobrą drogę. Po pogorszeniu jakim była 100gramowa wersja z wysokimi kostkami wypchanymi mdłymi grudkami, tej było o wiele bliżej pierwotnej wersji. Przesłodzenie i nutka taniości wprawdzie mogłyby spadać, ale i tak jestem zadowolona.


ocena: 9/10
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak, w promocji

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, cukier inwertowany, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, laktoza, syrop glukozowy, migdały, stabilizator (sorbitole), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, orzechy laskowe, ekstrakt słodowy jęczmienny, aromat waniliowy, naturalny aromat waniliowy