niedziela, 25 listopada 2018

Stainer 70 % Limone e Papaia / Lemon and Papaya ciemna z papają i cytryną

Papaję raz czy dwa kupiłam z czystej ciekawości, by wiedzieć, jak to smakuje. Nie wyobrażam sobie, by np. miał to być czyjś ulubiony owoc, no ale dobrze wiedzieć, co to. Czekolada jak najbardziej mnie zainteresowała, choć do końca nie byłam pewna, w jakiej formie zrobiono dodatek (bałam się kandyzowanych kawałków, ale wątpiłam, by właśnie coś takiego dali). I dopiero w dniu otwarcia odkryłam, że to duet dodatków. Niestety jakiś nieokreślony - "mixture" niewiele mówi, w tłumaczeniach jest cytryna, na opakowaniu limonka, a o podaniu proporcji już nawet nie mówię.

Stainer 70 % cocoa Limone e Papaia / Lemon and Papaya to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z papają i cytryną (cytrusami?).

Po otwarciu poczułam cytrynowy zapach, mający jak na mój gust zbyt napastliwy charakter, będący konkretnym cytryniskiem z przyjemnie gorzkawą skórką oraz mocno palony zapach czekolady o kawowych zapędach i pudrowo-lukrowej słodyczy. Połączenie tego wszystkiego strasznie mi się gryzło.

Niemal czarna tabliczka była bardzo twarda, trzaskała głośno, ujawniając w przekroju jasne drobinki. Ciemne kropki przebijały spod czekolady na wierzchu (ale może to te jasne tak wyglądały - po prostu pokryte warstewką czekolady).
W ustach rozpływała się powoli i tłusto. Kawałek cały czas wydawał się zbity, pozostawiał leciutko pyliste poczucie, ale z czasem odsłaniał wyczuwalne językiem drobinki, które też się rozpływały stając się sokiem i bardzo silnie nakręcając soczystość.

W smaku jako pierwszą zarejestrowałam słodycz, która wydała mi się pudrowo-lukrowa. Zaraz jednak dopuściła również waniliową nutę, a sama stała się bardziej pudrowo-cukierkowa.

Usta wypełniła jednak i subtelna gorzkawość o zdecydowanie kawowym, mocno palonym wydźwięku. Kawa jako główny smak utrzymywała się dość długo. Potem łączyła się ze słodyczą, tworząc bardzo słodki, ale wytrawny duet.

Parę chwil od zrobienia kęsa duet przekuł kwasek. Poczułam kwaśny sok cytryny, który jednak uplasował się w pudrowej słodyczy tak, że oprócz soczystego owocu, z którego lał się sok, oczami wyobraźni zobaczyłam cytrusowe, ale zarazem cukrowo słodkie cukierki. Ogólna soczystość i świeżość jednak w drugiej połowie rozpływania się kęsa przeważyła.

Przy palonokawowych, takich wytrawniejszych nutach zaplątała się również gorzkość skórki cytrynowej, a potem ogólnie goryczka jakby nabrała pewności siebie. To z kolei zaczęło mi sugerować, że te słodkie cukierki... nagle przestały być takie cukierkowe. Bliżej końca rozpływania się kęsa słodycz stawała się bardziej owocowa, egzotyczna. Cytryny zrobiły się z kolei mniej cytrynowe, a bardziej... bliżej nieokreślone. Wskazałabym limonkę, ale może sugeruję się obrazkiem (skład w sumie też nie jest zbyt oczywisty).

W posmaku pozostała palona nuta, goryczka cytrusowej skórki, poczucie pudrowej słodyczy i lekkie poczucie pylistości. Co więcej czułam, że jadłam coś dość kwaśnego, ale wcale nie było jakiejś specjalnej kwaskowatej rześkości.

W sumie czekolada mi nawet smakowała, kojarzyła się trochę z gładką wersją Libeert Lemon & Ginger o lepszej jakości, ale nie wydaje mi się specjalnie ciekawa. Słodka i mocno palonokawowa, niezbyt gorzka, bo wszelkie jej goryczki wyszły raczej cytrusowo, a kwasek niby wyszedł dobrze trafiony, ale coś mi w nim nie pasowało. Może przez słodycz i silne palenie zabrakło mu rześkości, przez co nie wyszedł tak naturalnie, jak powinien? Na pewno nie grał mi chwilami wydźwięk słodyczy, ale na szczęście nie była napastliwa.
Nie umiem też powiedzieć, na co wpływ miała papaja (i czy w ogóle jakiś miała). Niezła cytrusowa czekolada i tyle. Wydaje mi się, że jak robi się czekoladę z tak specyficznym dodatkiem jak papaja, to warto się skupić właśnie na niej, jako na jednym dodatku...


 ocena: 6/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 8,75 (dostałam rabat -50%) za 50g
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, mieszanka papai i cytryny 0,4%, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, wanilia

sobota, 24 listopada 2018

lody Gelatelli Premium Kruche Ciasteczko Cookie

Lidl i Aldi w tym sezonie letnim zrobiły coś, za co wściekałam się na nie i utwierdziłam się w przekonaniu, że je uwielbiam. Otóż wypuściły mnóstwo interesujących smaków lodów o dobrych składach. Jem lody dość rzadko, bo męczą mnie duże pudła, a patykowce itp. to nie moja bajka. Nowościami, w tym lidlowymi bardzo podobnymi do smaków Haagenów, zupełnie zawaliłam sobie zamrażarkę. Dzisiaj prezentowany smak (zamysł na niego) bardzo mi się podoba, a o takich pełnowymiarowych Haagenach marzyłam od lat, bo jadłam tylko miniaturkę (HD Cookies and Cream).
Jako ciekawostkę dodam, że lody wypadły mi w tym samym tygodniu, co czekolada Wedel Cookie o smaku Cheesecake - przez taką kumulację dziwnych polsko-anglojęzycznych połączeń w nazwach ręce mało, że mi opadły... one mi prawie odpadły "kruche ciasteczko cookie" - serio?

Gelatelli Premium Kruche Ciasteczko Cookie lody waniliowe z kawałkami ciasteczek kakaowych zawierają 6 % tychże ciastek. 
Zawartość pudła to 416g / 500 ml.

Lody pachniały bardzo słodko, niewątpliwie dużo w nich śmietanki i mleka, choć nie zabrakło wyraźnej wanilii oraz goryczkowato kakaowych nut.

Masa była średnio twarda, mniej twarda od np. Haagen-Dazs, ale wciąż konkretna i zbita, gęsta. W konsystencji czuć, że bazą jest śmietanka i mleko, dzięki czemu lody wyszły kremowo, ale nie za tłusto. Ciastka zajęły całą masę, bo część z nich była przemielona do wielkości kropek wanilii. Aż wierzyć się nie chce, że to tylko 6 %. Duża część jednak wciąż była kawałkami i kawałami. Miały one wilgotną, a więc dość miękkawą strukturę. Za jej sprawą cudownie rozpływały się w ustach. Na szczęście nie miały w sobie nic z kruchości czy chrupkości. Przypominały wspaniałe, zawilgocone ciacho.

W smaku same lody okazały się bardzo, bardzo słodkie, ale równie mocno śmietankowo-mleczne. Wanilia zaznaczała swoją obecność w tej słodkiej toni, lecz nie była mocnym smakiem - jedynie nadała słodyczy zacniejszego wydźwięku (dzięki czemu nie wyszło cukrowo).

Wyraziście śmietankowo-mleczna masa była jakby leciutko nasiąknięta kakaowo-ciasteczkowym smaczkiem, co ją automatycznie przełamywało. Skojarzyło mi się to trochę z mlekiem, które nasiąkło cukrem i kakao od jakiś płatków kakaowych (smak ten pewnie pochodził od drobinek ciastek). Prawdziwe przełamanie następowało jednak oczywiście przy kawałkach ciastek. Te bowiem smakowały gorzko. W dużej mierze odebrałam to jako gorzkość przypalonych, prawie spalonych kakaowych ciastek, ale i samo kakao czuć.

Goryczkowate kakao świetnie zrównoważyło słodycz i smakowicie złączyło się z waniliowo-śmietankowo-mleczną bazą.

Po lodach pozostało poczucie silnej słodyczy, ale nie przesłodzenie. Kakaowe ciastka naprawdę świetnie się sprawdziły, mimo że niestety ich gorzkość nie była czysto kakaowa, a przypalona. Lody okazały się zaskakująco waniliowe, a całość wyszła przyjemnie śmietankowo-mlecznie (czuję, że do tej słodyczy sama śmietanka mogłaby wyjść zbyt ciężko).

Lody nie smakowały mi aż tak, jak Haageny z racji bardziej niż kakaowych, to przypalonych ciastek i ogólnej silniejszej słodyczy, ale to Gelatelli wyszły zacniej waniliowo (Haageny były bardziej tylko "waniliowate").

PS Dla "zbłąkanych", którzy weszli tu po 2020, zamieszczam link do zmienionej wersji lodów, która od właśnie 2020 zawitała do marketów Lidl, a więc do Gelatelli Premium Cookies & Cream.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (promocja)
kaloryczność: 275 kcal / 100 g
czy kupię znów: bardzo możliwe

Skład: 39% śmietanka, mleko odtłuszczone, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, żółtko jaja, mąka pszenna, olej słonecznikowy, ekstrakt wanilii Bourbon, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu, węglany potasu, sól

piątek, 23 listopada 2018

Dolfin Brownies souffles mleczna 38 % z kawałkami brownie

Pewnego podłego dnia poczułam, że chcę zjeść coś do granic możliwości czekoladowego i słodkiego, ale nie po prostu "bardzo słodką czekoladę". To nie była chęć na cukier, tylko na czekoladę czekoladowo-czekoladową, acz nie po prostu z dużą zawartością kakao (nie chciałam np. mniej czekoladowych, a bardziej owocowych nut). Dobrze, że miałam akurat tę tabliczkę, bo wydała mi się odpowiednim "zakończeniem ciastowej linii" i przejściem do kolejnego Dolfina, który czekał (co zatytułowałam "specyficzne twory".) Brownie to coś właśnie bardzo specyficznego, więc byłam ciekawa, jak też taka tabliczka może być zrobiona.

Dolfin Brownies souffles to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao z "chrupiącymi kawałkami ciasta typu brownie" (ja powiedziałabym, że z ciastkami kakaowymi).

Od razu po otwarciu poczułam obłędnie czekoladowy zapach. Miał mokry wydźwięk, w dużej mierze stworzony przez wyraziste mleko, ale i rzeczywiście może trochę ciastowy, oraz słodycz na wysokim poziomie, która jednak złączona z odważnie zaznaczonym kakao, wydala mi się bardzo przyjemna.

Tabliczka przy łamaniu nie sprawiała wielkiego oporu, była zwarta, dość twarda i nie kruszyła się. Dodatek wtopiono porządnie. To kulki, wyglądające jak miniaturowa wersja płatków typu Nesquik (wiem, że takie bawienie się jedzeniem i jeszcze fotografowanie tego może jest trochę nie ten-teges, ale nie mogłam się powstrzymać).

Czekolada w ustach rozpływa się leniwie, powoli w tłustawo kremowy sposób, stając się gęstym bagienkiem wypełnionym kuleczkami. Okazały się bardzo leciutkie, trochę napowietrzone jak połączenie chrupek ryżowych i płatków zbożowych, które leciutko chrupały, gdy przegryzłam parę dość wcześnie lub cudownie nasiąkały i miękły pozostawione same sobie. Miękły, gęstniały i na koniec były już tylko lekko skrzypiąco-trzeszczące i oblepiające zęby . Podobała mi się ta struktura, bo nie wyszła chrupaczowo, a właśnie mięknąco.

Gdy tylko kawałek trafił do ust, zaczął je zalewać wyrazisty, zachwycająco naturalny smak pełnego mleka. Zaraz doszła do tego nasilająca się słodycz oraz solidny akcent kakao.

Słodycz i kakao najpierw jakby trochę walczyły, słodycz trzymała się raczej mleka, zahaczając o lekką przesadę, ale w końcu smaki te doszły do porozumienia, tworząc złudzenie... czekoladowego ciasta z czekoladowym kremem, popijanego mlekiem. Przy kakao wkradała się bowiem lekko "przypieczona nutka".

Był to moment, w którym zaczął przebijać się smak przełamującego dodatku. Na pewno nakręcał kakao, leciutką gorzkawość i dodawał odrobinkę soli. Kulki nie były jednak bardzo gorzkie. Owszem, smakowały intensywnie kakaowo, ale jak płatki zbożowe (tylko że tak kakaowo, jak pewnie żadne istniejące).
Gdy tak powoli miękły w czekoladowej toni, ogólna słodycz pierzchła, pozwalając dominować mleku, a kakao odsłonić lekko orzechową nutkę.

W posmaku pozostało właśnie kakao w wydaniu zacnie "orzechowawym", mlecznoczekoladowym, ale i o słonawo-zbożowym zabarwieniu i mleczna słodycz.

Tabliczka wyszła... rzeczywiście bardzo czekoladowo-kakaowo, bardzo smacznie, ale z brownie mi się nie kojarzyła w smaku. Struktura? Może tak, tu coś chrupnie, tam coś chrupnie, a jednak całość była gęsto-mięknąco-zalepiająca. W smaku to bardziej po prostu dobra mleczna z kakaowymi chrupkami zbożowymi, co kojarzyło mi się raczej z wyidealizowanymi kakaowymi płatkami rozmiękłymi w mleku. Gdyby to była po prostu "mleczna z kakaowymi kulkami" to miałaby 9.


ocena: 7/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, kawałki brownie 5% (mąka pszenna, cukier, kakao w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, proszek do pieczenia E530ii węglan magnezu?, sól, naturalny aromat waniliowy), lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 22 listopada 2018

Katy nadziewana o smaku Miętowym mleczna z nadzieniem o smaku miętowym

Kupienie tej czekolady było błędem, którego nie żałuję. Gdyby nie to, jak bardzo Mama lubi wszelkie mleczne nadziewańce, oczywiście na tabliczkę nawet bym nie spojrzała, ale w momencie, gdy "jakby co", miałam kogoś, kto z przyjemnością ją zje, kupienie nie było bez sensu. Co jeszcze zadziałało? Że wszystkie dotąd próbowane miętowe z niższej półki były ciemne. Mnie ciekawiło, jak w tym połączeniu sprawdzi się mleczna. Ostatecznie jednak z otwarciem zwlekałam bardzo długo, bo... nie bardzo wiedziałam, na jaką porę to jest i kiedy tak naprawdę będę miała na taką czekoladę ochotę. Mleczne nadziewane to cukrowe tłuściochy, które w upale zdychają, a takie mnie obrzydzają, ale z kolei mięta widzi mi się jako orzeźwiająco-chłodzący dodatek. Na ratunek przyszedł mi jednodniowy spadek temperatury do 18 stopni pośród 30-paro stopniowych upałów.
Swoją drogą, w kwestii nazwy czekolady (?) - ten co pod marką... ktoś chyba naprawdę ma problemy z językiem polskim. Nadziewane co? Co jest o smaku? To coś, co jest nadziane? Nadzienie?

Katy nadziewana o smaku Miętowym to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z nadzieniem o smaku miętowym (50%).

Po otwarciu poczułam szokująco (jak na czekoladę tej klasy) smakowity zapach. Była to słodka, delikatna mięta złączona z cukrową słodyczą łagodnej czekolady, kojarzącej się z batonikami z mlecznym nadzieniem dla dzieci.

Tabliczka nieco zatłuściła-zaolejkowała mi kartkę (nie wiem w końcu, co się z niej wydzieliło), ale przy łamaniu... No właśnie, wciąż jakoś się tam łamała. Co prawda tak miękko i łatwo, ale jednak. Nadzienie już na pierwszy rzut oka było bardziej plastyczne.
Sama czekolada wyszła bardzo tłusto, rozpływała się szybko, ale wydaje mi się, że raczej za sprawą ogromnej ilości cukru niż samego tłuszczu, choć i tego było dużo.
Nadzienie też nie wyszło jakoś straszliwie tłusto, choć było o wiele margarynowo tłustsze od czekolady. Nie kojarzyło się przynajmniej z obleśną grudą tłuszczu, bo było raczej rzadkawe i maziste, ale mój poziom zatłuszczenia i tak został przekroczony.

W smaku czekolada przesiąkła troszeczkę miętą, co wyszło korzystnie. Sama w sobie była bowiem cukrowo-mleczna. To najzwyklejsza czekolada, której cukrowość dość szybko zaczynała podrapywać w gardle, ale której nie można odmówić wyrazistego smaku mleka.

Gdy kawałek miękł na lepiące bagienko nasilał się słodziutki smak mięty niemającej nic wspólnego z ziołami, a w pełni słodko olejkowo-czekoladkowy oraz smak mleka, które wyszło zaskakująco wyraziście. Mięta cały czas była łagodna i smakowicie spożywcza (a nie chemiczna / pastodozębna itd.). Wzrosła jednak i słodycz, choć z racji miętowości dało się wytrzymać. W drugiej połowie mięta splatała się z mlekiem i to one dominowały nad czekoladą.

Pod koniec w tle chyba prześlizgnął mi się jakiś posmak margaryny, ale cukier i mięta były znacznie wyraźniejsze.

Zjadłam 7 z 18 kostek, resztę oddałam rodzicom. Po tym wszystkim czułam się zatłuszczona i zalepiona, bo ogólnie nie lubię takiej miękkości i przecukrzenia, mimo że tabliczka czystym cukrem nie była. Nie odnotowałam żadnych poważniejszych nieprzyjemnych posmaków. Jak na tego typu czekoladę wyszła dobrze, bo rzeczywiście miętowo, choć delikatnie (przystępnie, to nie "uderzenie mięty"). Zaskoczył mnie poziom jej mleczności, ale słodycz zdecydowanie była za silna. Całość można uznać za plebejsko smaczną i bezpieczną. Widzi mi się jako mleczna wersja Terravity 70 % Mint Chocolate. Mama ucieszyła się, bo dla niej ciemna = nie do zjedzenia, a mleczna jest jak najbardziej "jej".


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1,69 zł (promocja, ale normalnie są po 2,19, więc to i tak śmieszna cena)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz roślinny (palmowy), słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; tłuszcz mleczny, aromaty

wtorek, 20 listopada 2018

Montezuma's Sea Dog Dark Chocolate with Lime and Sea Salt ciemna 70 % z Peru z solą morską i limonką

O istnieniu brytyjskiej marki Montezuma's dowiedziałam się w dniu, kiedy zupełnie niespodziewanie trafiła do mnie jedna ich czekolada. Dostałam ją jako gratis do zamówienia ze sklepu internetowego, który chyba niestety już zakończył działalność - a szkoda, bo mieli w ofercie czekolady marek niespotykanych w Polsce. Z tą np., jak już pisałam, się nie spotkałam. Przeczytałam, że istnieje od 2000 roku, prowadzą ją ponoć ludzie z pasją - patrząc na różne smaki, limitki itp. nie mam powodów, by w to wątpić. Otrzymaną postanowiłam otworzyć jakoś niedługo po niesatysfakcjonującym, również cytrusowym i również 70%-wym Stainerze.

Montezuma's Sea Dog Dark Chocolate with Lime and Sea Salt to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru z solą morską i limonką (olejkiem).

Po otwarciu sreberka poczułam głównie naturalny zapach limonki ze wszystkimi jej rześko-kwaśnymi i gorzkawymi ekscesami. Nieco wycofana czekolada podrzuciła jej słodko-kwiatowy motyw oraz parę wędzonych, niemal soczyście-mięsnych akcentów.

Do łamania musiałam użyć sporo siły, by usłyszeć piękny, pełny trzask, gdyż ciemna i soczyście-lśniąca, z miedziano-ceglastymi przebłyskami (specjalnie googlowałam odcienie) tabliczka była bardzo twarda.
W ustach rozpływała się powoli, tworząc smugi i jakby stając się... rzadkawym kremem, przypominającym trochę topiące się lody śmietankowe. Była tłusta, ale w śmietankowo-kremowy sposób, przy czym nie wydawała się ciężka, a soczyście-rześka. Pozostawiała również trochę pylisty efekt (jak naturalne lody z dosypanym kakao?). Raz po raz językiem trafiałam na mikroskopijne drobinki soli.

Po umieszczeniu kawałka w ustach, delikatna nutka limonki od razy zaznaczyła swoją obecność, ale pozwoliła popłynąć smakowi wysokiej jakości czekolady.

Delikatna, przystępna gorzkawość o niewątpliwie wytrawnym wyrazie skojarzyła mi się z jakąś łagodniejszą kawą. W tej toni kryła się również odrobinka dymu, a z czasem wydźwięk zrobił się zdecydowanie podwędzany.

Słodycz zdawała się faworyzować kawę, trzymała się jej. Czekolada miała w sobie coś kawowo-śmietankowego, ale również słodko-śmietankowego, co bardzo szybko skojarzyło mi się ze słodkim, śmietankowym karmelem o palono-poddymionym smaczku i... z solą. Słodycz była znacząca, ale dzięki ogólnemu poprzełamywaniu, uplasowała się na odpowiednim poziomie.

Oto sól pojawiała się już po paru chwilach od rozpoczęcia rozpływania się kawałka, a potem jej smak powracał epizodycznie. Raz i drugi poczułam solony karmel, przy czym kręciły się kwaśne zapędy napędzane przez limonkę.

Limonka bowiem cały czas pobrzmiewała, ale nie wychodziła na prowadzenie. Wyraźnie czułam naturalny smak owocu, który ogólnie jednak złączył się ze słodyczą na tyle, że nie ma co mówić o mocniejszym smaku kwaśnym czy gorzkim. Wniosła jednak swoją rześkość, dokładając ją do rześkości nieśmiałej, kwiatowej nutki. Goryczka i kwasek przewijały się, smakowicie nakręcając się wzajemnie z odrobinką soli.

Kwaskowatość wyszła soczyście i spójnie z czekoladą. Wraz z solą wpisała się w jej dymno-wędzone nuty, by pod koniec pozwolić na powrót poddymionej kawie ze śmietanką.

Po wszystkim pozostał posmak podwędzano-czekoladowy, goryczkowato-limonkowy i troszeczkę cierpko-kakaowy oraz poczucie "kwaskowatej soli". Było tak... wytrawnie słodko, choć nie jakoś bardzo.

Czekolada wyszła bardzo przystępnie i spokojnie. Miała w sobie głębię i pewną dostojność, choć gorzkość kakao naprawdę była niska. Mimo to, słodycz też nie wyszła nachalnie. Dodatek, a więc limonka ucieszyła mnie tym, jak autentycznie wyszła, a dzięki temu, że to jedynie nutka, nie zagłuszała czekolady. Wyraźnie wyczuwalna sól skupiła się z kolei na podsycaniu poszczególnym kwestii. To taka... głęboka delikatność. Niecodzienny smak bez przegięć i szaleństwa, ale nie bez charakteru. Pozytywnie zaskoczyła mnie jakością (ponieważ o aż taką zacną jej nie podejrzewałam).

Od razu przypomniała mi się Seed and Bean Cornish Sea Salt and Lime Rich Milk Chocolate 37 % i mimo że nie mam zamiaru porównywać (mleczną do ciemnej? po co? to dwie różne bajki), to muszę nadmienić, że właśnie tamta była "z przegięciami", figlarna (ale mimo to bardzo dobra!), Montezuma's to propozycja poważniejsza i dostojniejsza, do której z chęcią mogłabym wracać (bo baza to wciąż przede wszystkim bardzo dobra czekolada).


ocena: 9/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: -
kaloryczność:  580 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: czekolada 99% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia, lecytyna sojowa), sól morska, naturalny aromat (olejek limonkowy)

poniedziałek, 19 listopada 2018

lody Mancuso Gelato al Pistacchio

Latem 2017 w Neuhausie zjadłam lody pistacjowe i bardzo, bardzo mi smakowały. Spodobało mi się to, jak były zrobione - poprzez dodanie pyłku z pistacji, dzięki czemu wyszły naturalnie i wyraziście. Normalnie do lodów pistacjowych i orzechowych jestem sceptycznie nastawiona, bo rzadko wychodzą, jak lubię, a często sztucznie albo np. kawałki orzechów mają dziwną strukturę. Haagen-Dazs Hazelnut Crunch też były odkryciem tamtego sezonu (do teraz to jedne z moich ulubionych lodów tak ogółem), a w tym... chodziły za mną właśnie dobre pistacjowe w wersji pudłowej. Na przeciw wyszła mi zupełnie nieznana włoska marka. Marka, która chyba podpadła tłumaczowi, który z mleka pełnego (z oryginalnego składu po włosku - tłumaczyłam ze słownikami internetowymi) zrobił odtłuszczone.

Mancuso Gelato al Pistacchio to lody włoskie (tzw. gelato - na bazie mleka) pistacjowe z kawałkami pistacji.
Masa to 340 g / 473 ml.

Po odkręceniu opakowania i zerwaniu folii poczułam naturalny zapach pistacji i słodkiego mleka.

Lody okazały się zbite, ale nie twarde. Cechowała je gęstość i proszkowość, choć gdy z czasem rozpuszczały się, wydały mi się przyjemnie lekkie, mleczne. Warto zauważyć, że to proszkowość pozytywna, bo sprawiała wrażenie jakby takiej tylko od pyłku / miazgi z pistacji. Tłustość lodów była odpowiednia, bo jedynie mleczna. Pistacje na wierzchu wyszły miękko-świeżo, bardzo zacnie, więc  trochę żałowałam, że znalazły się tylko tam.

Kawałki pistacji w smaku, jak i w strukturze, w pełni zachowały swój świeży smak.
Masa lodowa od samego początku raczyła przede wszystkim słodyczą i smakiem mlecznych lodów. Bardzo szybko dołączał do tego smaczek pistacji, nasilający się wraz z rozpływaniem się zagarniętej części. Delikatny, autentyczny jak... jak pistacje w łupinkach po prostu, które według mnie mają taki specyficzny, naturalnie słodko-słonawy smak. Idealnie wkomponował się w delikatne, mleczne otoczenie. Specyficzny smaczek poradził sobie ze słodyczą, zrównując się z nią. Oba wątki były silne, ale taka harmonia przełożyła się na to, że lody nie były napastliwe. Z czasem, po co prawda większej ilości, w gardle zaczynało mnie drapać od słodyczy, ale cudna pistacjowość nie została zaburzona, więc z przyjemnością jadłam dalej.
A jaki posmak po nich został! Normalnie, jakbym się pistacji najadła (i poczucie zacukrzenia, ale ono jakoś zniknęło szybciej).

Bardzo słodkie, aromatyczne lody o naturalnym smaku, w których pistacje czuć wyraźnie i to w bardzo przyjemnej, prawdziwej formie. Osobiście wolałabym niższą słodycz, no ale efekt i tak satysfakcjonujący (choć gdyby nie słodycz, mogłaby być i dycha).
W tej cenie, w jakiej je kupiłam to istna perełka, ale jak patrzę na cenę niepromocyjną i myślę o tej słodyczy, to wiem, że nie w promocji żadnych już nie kupię (a i inne smaki jakoś mało interesujące... może gdybym na solony karmel trafiła?)


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 14,99 zł (promocja)
kaloryczność: 260 kcal / 100 g
czy kupię znów: w promocji może mogłabym

Skład: pełne mleko w proszku, cukier, pasta pistacjowa 10%, śmietanka, białka mleka, stabilizator: guma karobowa, posiekane pistacje 1%

niedziela, 18 listopada 2018

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu ciemna z Ekwadoru

Nie cierpię Barona i będę to powtarzać przy każdej możliwej okazji, ale nie mogę też pominąć, że akurat nienadziewane czekolady z dodatkami spod szyldu Luximo im wychodzą. Przykładami są ciemna z granulatem miętowym i biała z jagodami. Obecnie sama nie kupiłabym czekolady z karmelem, który nie ma być słony, ale przygarnęłam od Taty (kupił mi, bo myślał, że to limitka). J.D.Gross z karmelem mi smakowała... co prawda w górach, no ale. Podobny los miał i tę spotkać, ale termin kończył się wcześniej, a ja się rozchorowałam i wyjazdu zaniechałam.

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z kawałkami karmelu produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki. Występuje jako 126-gramowa czekolada podzielona na 6 mini-tabliczek.

Po otwarciu ze zdziwieniem odnotowałam smakowity zapach palony, przejawiający się jako połączenie kawy i karmelu. Wisiała nad tym waniliowa i pudrowo-kwiatowo (trochę rzeczywiście ekwadorska) słodycz.

Małe tabliczki (jak ja nie lubię takiej formy!) łamały się z lekkim, suchym pyknięciem, ale wcale nazbyt suche się nie wydawały. Tłuste też nie, a zwyczajne.
W ustach rozpływały się trochę opornie, bo szybko miękły na plastelinę i długo takie zostawały. Tłustość raczej niska, suchość wisiała w powietrzu, ale te czynniki nie pomogły. Wewnątrz znalazło się sporo kawałków karmelu średniej wielkości. Był chrupiący, wolno się rozpływał, do zębów lepił się minimalnie i na szczęście nie próbował ich złamać, bo nie wyszedł nazbyt twardo.

W smaku od pierwszej chwili poczułam gorzkość o palonym klimacie. Dym... nagle opadł, odsłaniając kawę. Świeżo, mocno palona kawa tworzyła bazę wraz ze słodyczą.

Słodycz początkowo nie była wszechobecna, ale wyszła dość ordynarnie. Od razu wydała mi się trochę pudrowa, co uznałam za tragiczne, a potem dołączył do niej waniliowy posmak i jakaś bardziej mleczna nutka.

Palona kawa wciąż trwała, ale połączyła się ze słodyczą, która mocno wzrosła zwłaszcza, gdy z czekolady zaczęły wyłaniać się kawałki karmelu. Ten okazał się karmelowy w jedynie słodko-słodki sposób, minimalnie palony, że aż prawie wcale, a sprawiający wrażenie mleczno-maślanego toffi.

Bliżej końca słodka kawa raz i drugi zbliżyła się do jakiegoś kawowego piernika... spod niemal cukrowo-pudrowej słodyczy wyjść próbowała... ni to taka soczystsza nutka, ni "nuta taniości", ale na koniec słodki karmel i tak to wyzerowywał.

W posmaku pozostawała ogólna paloność, lekka tania sucha cierpkawość i poczucie silnej, cukrowo-karmelowej słodyczy, niepozbawionej jednak smaku słodkiego toffi-karmelu.

Całość wyszła łagodnie gorzko i słodko karmelowo, ale nie zacukrzająco. Wydaje mi się, że to bardzo, bardzo przystępna, wyważona czekolada.

Mimo że nie w moim guście, zdziwiła mnie, że w sumie mi smakowała. Wyraźny kawowy smak i niezły karmel dobrze współgrały - do tego stopnia, że czekolada wyszła o wiele lepiej niż wersja czysta (Millano-Baron Luximo Premium Ekwador 72 %). Obstawiam, że karmel i silniejsza słodycz po prostu zagłuszyły najgorsze nuty, choć taniość trochę i tak się wychylała. Osobiście i tak wolę J.D.Gross 70 % z karmelem o o niebo lepszej strukturze i głębszym, nietanim smaku, ale to kolejna tabliczka, która się Baronowi udała.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 508 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki karmelu 15% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, aromat naturalny, lecytyna sojowa), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

sobota, 17 listopada 2018

Stainer Cacao 68 % con Olive Verdi / with Green Olives ciemna z zielonymi oliwkami

Tę tabliczkę zamówiłam głównie dla opakowania z lemurem (mam na ich punkcie obsesję), a trochę dla zgrywu. Owszem, lubię czasem sięgnąć po czekoladę z dziwnym dodatkiem, często bardzo mi smakują, ale z samymi oliwkami mam bardzo różnie. Gdy są w coś dobrze wkomponowane, to lubię je, ale tak ogólnie czy całkiem same to niespecjalnie. Po paru zjedzonych Stainerach trochę się bałam.

Stainer Cacao 68 % con Olive Verdi / Chocolate with Green Olives to ciemna czekolada o zawartości 68 % kakao z zielonymi oliwkami.

Po otwarciu poczułam niewiarygodną soczystość. Taką świeżą, niemal kwiatowo-owocową i zarazem pudrowocukierkową, słodziutką (co pewnym osobom może wydać się urocze) i zestawioną z mocno palonym aromatem kawy. Po przełamaniu przy palonej nucie zaplątała się soczystość... poważniejsza, dość wyraźny akcent oliwek.

Ciemna tabliczka przy łamaniu ładnie trzaskała, odsłaniając... niezbyt ładne, pojedyncze jaśniejsze "dróżki" stworzone z drobinek oliwek w przekroju. Zastosowano takie maleństwa, że właściwie trudno wyczuć wyraźnie same oliwki, choć dodatek wyraźnie czuć.
W ustach rozpływała się dość powoli, ale bardzo łatwo, bo tłusto jak masło, a więc dla mnie zdecydowanie za tłusto. Bardzo zbity kawałek roztaczał też pewne poczucie pylistości, ale w sprawie tłustości to nie pomogło.

Od pierwszego kęsa poczułam przewagę pudrowej słodyczy. Była bardzo silna i przez pierwsze parę sekund kojarzyła mi się z jakimiś bezami, lukrem itp., co nadało czekoladzie charakteru "typowej deserówki" (nie stosuję podziału na deserowe i gorzkie, ale ta miała po prostu taki charakter). Jak to w przypadku deserówek jest, czuć kakao, ale nie gorzkość. Jakby za jego sprawą pojawiała się również pewna rześkość, soczystość.

Wraz z rozpływaniem się kęsa w ustach rozszedł się łagodny smak palonej kawy. Palona i zaparzona, ewidentnie czarna - ta nuta była bardzo wyraźna, chwilami dominująca.

Wspomniana wcześniej soczystość przy kawie stworzyła obraz... pralinek / czekoladek z soczyście wiśniowymi, bezalkoholowymi, a słodko-pudrowymi nadzieniami.

Nagle jednak ta wiśnia...? Nie, nie, nagle, niespodziewanie stało się jasne, że poczułam coś kwaskowato-słonego. Albo nawet słonego i trochę kwaskowatego, a przy tym soczystego, ale w nie rześki, owocowy sposób, a ciężki i... podkreślający kakao, jego lekką cierpkawość i gorzkawość. Raz trafiła mi się nieco większa drobinka, to przy niej byłam w stanie powiedzieć, że to rzeczywiście oliwka, ale tak... to raczej kwasek i słonawość, niż oliwki czuć.

W posmaku z kolei pozostał taki smaczek... specyficznie konkretnie-soczysty i słodko-kawowy. Całość wyszła ciekawie i zarazem jakoś bez polotu. Mi tu coś nie grało - świadomość, że to oliwki? (że oliwki próbują udawać moje kochane wiśnie?), sama czekolada... byłaby ok tak obiektywnie, ale za bardzo skupiałam się na jej tłustości i mi za bardzo bezowo-pudrowo i pralinkowo zalatywała.
"Dziwny dodatek" czuć, ale że to akurat zielone oliwki to już niezbyt, więc też tu nie ma za co chwalić. W dodatku musieli wybrać jakieś w mocnej w smaku zalewie (o czym w składzie nie ma)... Niby nie była zła, ale było w niej coś takiego, że nie mogłam jej dużo zjeść (nazwałabym ją "słodkie imieniny ciotki i dziwny dodatek") i prawie połowa powędrowała do rodziców. Mama nie cierpi oliwek i ciemnych czekolad, ale ta bardzo jej smakowała (stwierdziła, że "było w niej coś takiego fajnie kwaśnego").


 ocena: 4/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 8,75 (dostałam rabat -50%) za 50g
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, zielone oliwki 2%, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 15 listopada 2018

Manufaktura Czekolady House Blend Dark 70 % ciemna

Po nieprzyjemnej szorstkości Mesjokke Natural Blonde, naszło mnie na szorstkość, jaką lubię. Taka cechuje tabliczki Manufaktury Czekolady, więc na rękę było mi sięgnięcie akurat po ich nowość: blend. Chyba jedyny taki w ich ofercie, choć występujący w różnych opakowaniach. Od razu kupiłam też wersję mleczną, ale uznałam, że ona sobie poczeka na otwarcie.

Manufaktura Czekolady House Blend Dark 70 % cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao (blend).

W pierwszej chwili po otwarciu hermetycznie zamkniętego sreberka poczułam intensywny zapach, który jednak po chwili złagodniał. Najpierw byłam pewna, że trafiłam na tabliczkę pachnącą rozgrzanymi słońcem drzewami, ale później na myśl przyszły mi bardziej drzewno-chlebowe, jakieś rogalikowe ("croissantowe" - niechaj będzie ekskluzywniej) rzeczy. Obok tego czułam dużo owoców, rześkości i róż (kwiatowo-perfumowych). Czerwone owoce wkradały się w klimat wina, a pomarańcza z goryczką robiła jakieś wybiegi do ziemistości.

W dotyku i przy łamaniu tabliczka wydawała mi się sucha, głośno i "pusto" trzaskała, choć była bardzo twarda.
W ustach rozpływała się łatwo i dość szybko. Tłustość odebrałam jako znikomą, szorstkość... bardziej ziarniście-kryształkową, niż po prostu szorstką. Nie wyszło to ani dobrze, ani źle, a neutralnie.

Gdy tylko odgryzłam kawałek, moje usta zalał ziemiście-winny smak. Leciutka goryczka pędzona głęboką słodyczą czerwonego, niemal kwiatowego wina nierozerwalnie splatała się z przyjemną, leciutką taninową cierpkawością i jakby wręcz pieprznością.

To wino bardzo lekkie i soczyste... do którego już po chwili doleciały nuty innego napoju: soku z pomarańczy. Słodki, a jednak z lekkim kwaskiem i goryczką - taak, znowu te pomarańcze z zapachu.

W tym czasie jednak w siłę rosła gorzkawość taka... esencjonalnie czekoladowa. Czułam się, jakbym jadła gęsty, obłędnie czekoladowy krem. O ile zapach nie mógł się określić, tak smak to były (moje wyobrażenie) przypieczone niemal na chrupko z wierzchu, mięciutkie w środku, wyidealizowane croissanty nadziane przepysznym kremem czekoladowym. Najpierw to on dominował, ale z czasem chyba uznał, że pomarańcza to dobra partnerka i przed oczami zaczęły mi się pojawiać rogaliki z konfiturami z pomarańczy z gorzkawymi skórkami, a od złocistej kolorystyki (rogaliki, żółte konfitury) i kryształkowej struktury poszło dalekie skojarzenie z miodem.

Konfitury, konfitury takie też odważniej przyprawione... i nagle pojawiła się wyraźniejsza różaność. Różane nadzienie - bardzo słodkie i specyficzne, wyidealizowane. Wcześniej tylko zaznaczyła, że jest, a dopiero, gdy większość kęsa się rozpływała, wysuwała się na prowadzenie. Za jej sprawą słodycz rosła.

Pod koniec jednak zebrały się wszelkie "gorzkawości", większą rolę chyba odegrał akcent przypieczenia (ale nie palenia, całość była znikomo palona) i sprawiły, że znów to wykwintny, czekoladowy... a może właśnie bardziej truflowy (bo taki... czekoladowo-kakaowy z nutami wina) krem pozostał w posmaku.

Całość była dość słodka, ale... w tej słodyczy doszukałam się naturalnego przełamania, bo była jakby wpisana w gorzkie i kwaskowate nuty. Wino i kwiaty... no, ale jednak wino... rogaliki - jak mocno przypieczone i z jakimi wykwintnymi, gorzkawymi nadzieniami! Ta czekolada widziała mi się trochę jak niezależna kobieta, która nic nie musi, wszystko może i sączy jakieś łagodne wino do słodkiego śniadania, bo nikim się nie przejmuje, prawdopodobnie jest na urlopie...

Czekolada bardzo mi smakowała. Jej smak był stateczny, raczej prosty, ale jakże udany. Uwielbiam, gdy czekolada jest wyważona, ale właśnie w kontekście: niczego jej nie brak, a nie "wszystkiego tylko odrobinkę". Same rogaliki (nuta zupełnie nie w moim typie) na szczęście stanowiły tylko tło dla owocowo-kwiatowych, zabarwionych winem ekscesów kakao, które i ziemistości nie pożałowało. Zdobyło mnie połączenie pomarańczy i róż - chyba jeszcze na nie nie trafiłam (obstawiam połączenie kakao z Ekwadoru i Madagaskaru).
Podoba mi się też to, że mimo iż w zdecydowanie niższej cenie, marka nie przestała przykładać się do swoich wyrobów również w tej serii.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 12,90 zł (za 50g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier

środa, 14 listopada 2018

wino śliwkowe chińskie Guangzhou Conghua Shunchangyuan Ume [18 LAT+]

Na wstępie pragnę przeprosić i wyprosić wszystkich, którzy nie ukończyli jeszcze osiemnastu lat, gdyż wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale wraz ze wzrostem temperatury paradoksalnie miewam ochotę na słodsze alkohole. Zamiast o moich ulubionych czerwonych winach czy dobrym whisky zaczynam myśleć o... no, właśnie sama nie wiem o czym. I nie wiedziałam, przemierzając alejki Piotra i Pawła. Przypomniałam sobie smaczne Umeshu Choya... a potem zobaczyłam butelki z azjatyckimi znakami. To nie mógł być przypadek. Z japońskich było tylko sake, ale nie zmartwiło mnie to, bo po raz pierwszy zobaczyłam chińskie wino śliwkowe. Kiedyś czytałam, że jest lepsze jakościowo od likierowych japońskich umeshu, wykorzystywane w medycynie chińskiej, ale i słodsze... Suma summarum, stwierdziłam, że można spróbować.

Guangzhou Conghua Shunchangyuan Winery Ume to białe słodkie śliwkowe wino chińskie, zawierające 13 % vol.
Z tego co patrzyłam w internecie, trafiłam na wersję "dla plebsu", bo taką bez pływających w butelce owoców ume, ale mi to tam... :P

Po odkorkowaniu i zbliżeniu nosa do butelki zaskakująco (jak na taki twór) ordynarny zapach słodkiego alkoholu podkradający się wręcz pod coś wódkowego (myślę tu bardziej o drinkach czy słodyczach). Gdy się trochę rozszedł albo gdy nachylałam się nad kieliszkiem był o wiele bardziej nalewkowo-brzoskwiniowy. Odrobinka owocowej soczystości, a obok mocny motyw cukrowo-alkoholowy.

Wino miało kolor porannego moczu (wybaczcie porównanie, potraktujcie to jako żarcik, zapisany w degustacyjnych notatkach pod koniec "części już nie degustacyjnej, a dla siebie" :P to też żart, żeby nie było). Nie no, tak serio było głęboko żółto-złote. Kolor był o wiele intensywniejszy od Choya. Jak się okazało, konsystencja była ogólnie zupełnie inna. Wino wydało mi się gęste i oleiste - prawie jak niektóre czerwone. Co więcej, pijąc je miałam wrażenie, jakby było zagęszczone np. miodem i za jego sprawą wręcz lepiące. Utrzymało to poczucie nawet z dodatkiem lodu.

Pite w temperaturze pokojowej w smaku wyszło bardzo ciężko. Czysta alkoholowa słodycz, ale też słodycz brzoskwini i ume w jakiejś cukrowo-alkoholowej zalewie - tak bym to określiła. Słodycz porażała od początku łyczka, potem wraz z rozgrzaniem języka i gardła przenosiła się właśnie tam, aż drapiąc. Widziało mi się to jako bardzo podkręcona słodycz owocowa - najbardziej kojarzyło mi się to z moim wyobrażeniem o brzoskwiniach z puszki. Alkoholowość tego wina w temp. pokojowej była rozgrzewająca i zaskakująco silna. Rozgrzanie co prawda szybko opadało, pozostawiając jedynie słodycz owocu, do której pod koniec dołączała cierpkość. Posmak już był bardziej kwaskowaty, brzoskwiniowo-śliwkowy, dzięki czemu trochę orzeźwiający  ale wciąż zbyt ciężki 

Alkoholu z lodem nie lubię (w sumie ogólnie nie lubię zimnych rzeczy, ale z lodem to już w ogóle), ale to wino z lodem smakowało lepiej - wyraźniej owocowo, ze wskazaniem na cierpkie skórki owoców. Czułam brzoskwinie, ich słodycz i mocniejsze skórki, ale i jakieś ciemne. Być może to tylko wmówienie sobie, ale lód za bardzo rozmywał mi sam smak tych owoców.

Najbardziej smakowała mi wersja po prostu lekko schłodzona. Słodycz rozchodziła się na wszystkie strony, dzięki czemu inne smaki zadebiutowały. Brzoskwiniowe skojarzenia były bardziej świeżoowocowe. O wiele szybciej dobiegała do mnie cierpkość śliwek ume. Gdy alkoholowość cudnie zaczynała gościć się w gardle, poczułam jakby cierpko-gorzkawe skórki brzoskwiń, a z czasem ogólnie jakby smak skórek ciemnych, kwaskowatych śliwek. Ume (które są właśnie kwaśno-cierpkie) wychwyciłam, ale ich smak został jakby wyidealizowany skojarzeniami z innymi owocami. Cierpkość była tu w pełni soczysta, choć nie aż tak bardzo owocowa . Przy kolejnych łykach, pewnie gdy już nieco przyzwyczaiłam się do słodyczy, tu i ówdzie przyjemnie mocno zaznaczał się rześki owocowy kwasek.

W posmaku pozostała alkoholowa słodycz, słodycz "podalkoholowanych brzoskwiń", ale i mnóstwo cierpko-kwaśnych niuansów.

Wino wyszło ciężko i bardzo, bardzo słodko, ale ewidentnie ume czułam w nim wyraźniej niż w Choya Umeshu (nie jestem jednak aż taką fanką ume, więc ich mniejsza wyrazistość mi nie przeszkadzała). Zwłaszcza posmak chińskiego wina niósł orzeźwienie, bo całość była właśnie ciężko-orzeźwiająca. Ciężka struktura nie pomogła, ale jak już pisałam, wersja trochę schłodzona mi smakowała. Ja lubię ciężkie wina, ale czerwone... coś tak słodkiego i dość oleistego to dla mnie nowość. Niektórym pewnie może nie podejść, ale i tak polecam... w sumie wszystkim ciekawym wina śliwkowego, a szukającym tańszych propozycji.


ocena: 7/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 22,99 zł za 0,5l
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie