czwartek, 22 listopada 2018

Katy nadziewana o smaku Miętowym mleczna z nadzieniem o smaku miętowym

Kupienie tej czekolady było błędem, którego nie żałuję. Gdyby nie to, jak bardzo Mama lubi wszelkie mleczne nadziewańce, oczywiście na tabliczkę nawet bym nie spojrzała, ale w momencie, gdy "jakby co", miałam kogoś, kto z przyjemnością ją zje, kupienie nie było bez sensu. Co jeszcze zadziałało? Że wszystkie dotąd próbowane miętowe z niższej półki były ciemne. Mnie ciekawiło, jak w tym połączeniu sprawdzi się mleczna. Ostatecznie jednak z otwarciem zwlekałam bardzo długo, bo... nie bardzo wiedziałam, na jaką porę to jest i kiedy tak naprawdę będę miała na taką czekoladę ochotę. Mleczne nadziewane to cukrowe tłuściochy, które w upale zdychają, a takie mnie obrzydzają, ale z kolei mięta widzi mi się jako orzeźwiająco-chłodzący dodatek. Na ratunek przyszedł mi jednodniowy spadek temperatury do 18 stopni pośród 30-paro stopniowych upałów.
Swoją drogą, w kwestii nazwy czekolady (?) - ten co pod marką... ktoś chyba naprawdę ma problemy z językiem polskim. Nadziewane co? Co jest o smaku? To coś, co jest nadziane? Nadzienie?

Katy nadziewana o smaku Miętowym to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z nadzieniem o smaku miętowym (50%).

Po otwarciu poczułam szokująco (jak na czekoladę tej klasy) smakowity zapach. Była to słodka, delikatna mięta złączona z cukrową słodyczą łagodnej czekolady, kojarzącej się z batonikami z mlecznym nadzieniem dla dzieci.

Tabliczka nieco zatłuściła-zaolejkowała mi kartkę (nie wiem w końcu, co się z niej wydzieliło), ale przy łamaniu... No właśnie, wciąż jakoś się tam łamała. Co prawda tak miękko i łatwo, ale jednak. Nadzienie już na pierwszy rzut oka było bardziej plastyczne.
Sama czekolada wyszła bardzo tłusto, rozpływała się szybko, ale wydaje mi się, że raczej za sprawą ogromnej ilości cukru niż samego tłuszczu, choć i tego było dużo.
Nadzienie też nie wyszło jakoś straszliwie tłusto, choć było o wiele margarynowo tłustsze od czekolady. Nie kojarzyło się przynajmniej z obleśną grudą tłuszczu, bo było raczej rzadkawe i maziste, ale mój poziom zatłuszczenia i tak został przekroczony.

W smaku czekolada przesiąkła troszeczkę miętą, co wyszło korzystnie. Sama w sobie była bowiem cukrowo-mleczna. To najzwyklejsza czekolada, której cukrowość dość szybko zaczynała podrapywać w gardle, ale której nie można odmówić wyrazistego smaku mleka.

Gdy kawałek miękł na lepiące bagienko nasilał się słodziutki smak mięty niemającej nic wspólnego z ziołami, a w pełni słodko olejkowo-czekoladkowy oraz smak mleka, które wyszło zaskakująco wyraziście. Mięta cały czas była łagodna i smakowicie spożywcza (a nie chemiczna / pastodozębna itd.). Wzrosła jednak i słodycz, choć z racji miętowości dało się wytrzymać. W drugiej połowie mięta splatała się z mlekiem i to one dominowały nad czekoladą.

Pod koniec w tle chyba prześlizgnął mi się jakiś posmak margaryny, ale cukier i mięta były znacznie wyraźniejsze.

Zjadłam 7 z 18 kostek, resztę oddałam rodzicom. Po tym wszystkim czułam się zatłuszczona i zalepiona, bo ogólnie nie lubię takiej miękkości i przecukrzenia, mimo że tabliczka czystym cukrem nie była. Nie odnotowałam żadnych poważniejszych nieprzyjemnych posmaków. Jak na tego typu czekoladę wyszła dobrze, bo rzeczywiście miętowo, choć delikatnie (przystępnie, to nie "uderzenie mięty"). Zaskoczył mnie poziom jej mleczności, ale słodycz zdecydowanie była za silna. Całość można uznać za plebejsko smaczną i bezpieczną. Widzi mi się jako mleczna wersja Terravity 70 % Mint Chocolate. Mama ucieszyła się, bo dla niej ciemna = nie do zjedzenia, a mleczna jest jak najbardziej "jej".


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1,69 zł (promocja, ale normalnie są po 2,19, więc to i tak śmieszna cena)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz roślinny (palmowy), słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; tłuszcz mleczny, aromaty

4 komentarze:

  1. Mięta w czekoladzie.... nie, zdecydowanie nie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój opis konsystencji + uciecha mamy = z przyjemnością bym tę czekoladę zjadła. No właśnie, tylko czy aby na pewno "czekoladę"? Zwracając uwagę na brak tego słowa w nazwie i analizując elegancki skład, możemy przyjąć cukro-tłuszczoladę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, małym druczkiem, na dole (obok gramatury) napisali łaskawie, haha. Można by jednak i Twoją nazwę spokojnie zastosować. Co nie wyklucza przyjemności z jedzenia.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.