poniedziałek, 10 lutego 2020

Terravita Jogurtowo-Malinowa mleczna z nadzieniem jogurtowo-malinowym

Połączenie truskawka-jogurt wydaje mi się o wiele bardziej pospolite niż malina-jogurt, ale pewna nie jestem (nie rozglądam się za takimi rzeczami). Śmiało mogę za to powiedzieć, że mi wydaje się smakowitsze. Uwielbiam słodkie maliny, ale... świeże owoce nawet w sezonie prawie zawsze trafiają mi się kwaśne (i nie, nie chodzi mi o te marketowe sprowadzane, a ze straganów / bazarków) i mają irytujące pestki. Żeby było śmieszniej, kwaśne maliny postrzegam jako kiepskie, ale np. połączenie słodkich malin i kwaśnego jogurtu... Mniam! Rzeczy malinowe przemawiają do mnie bardziej niż np. truskawkowe też dlatego, że... truskawki na surowo kocham o wiele bardziej. Ważne, że się w tej mojej logice nie gubię. Zdradzę, że z całej serii jogurtowo-czerwonoowocowych nadziewanych tabliczek, obstawiałam, że ta posmakuje mi najbardziej (że może nawet Mamie nic nie wpadnie?).

Terravita Jogurtowo-Malinowa Czekolada mleczna nadziewana to czekolada mleczna o zawartości 30 % kakao z nadzieniem o smaku jogurtowo-malinowym, które stanowi 50 % całości.

Już rozchylając sreberko poczułam słodki zapach pudrowych malin. Nienapastliwe, zarysowały się na cukrowo-mlecznoczekoladowym tle. W tym momencie trudno orzec, czy będzie dobrze, czy źle.

Tabliczkę odebrałam jako konkretną, acz miękką. Z jednej strony gruba czekolada lekko pykała, ale miękko-plastyczne nadzienie aż się rwało.
W ustach czekolada rozpływała się chętnie, zalepiając w kremowo-tłusty sposób. Była gładka w przeciwieństwie do nadzienia, które wydawało się gładkie z pyłkowym efektem (cukru pudru?). Również tłusty, ale w sposób mokro-rzadszy, środek wyciskał się spod czekolady dość szybko. Lepił się i upuszczał lekką soczystość. Odebrałam go jako nieco gumiasty (co nasilał smak).

W smaku już za sprawą czekolady od samego początku było bardzo słodko, choć tak mlecznie-waniliowo, w miarę przyjemnie. Dopiero po chwili cukrowość wzrosła, zabijając jakąkolwiek waniliowość. Mieszała się z mlekiem. Ogromem mleka, ale i tak porażała.

Nadzienie nasiliło cukier i pewną mdłość. Oprócz słodyczy niosło delikatność / nijakość, ale najpierw zawahało się, jakby miało pójść ku słodziuteńko-naturalnym malinom (mleku malinowemu? konfiturze?). Słodkie maliny szybko wskoczyły na tor gumy rozpuszczalnej. Chemią nie szarżowały, ale nie były smakowite. Dosłownie jakbym jakąś czerwoną Mambę jadła. Chwilami nawet nie tak jednoznacznie malinową. Wysoka słodycz uplasowała się w pudrowym klimacie.

Z czasem pojawiła się odległa, leciuteńka kwaśność. Podkreśliła maliny - i to takie jak suszone, bardziej soczyście owocowe. Przy wysokiej, wyrazistej mleczności całości gdzieś tam odlegle rzeczywiście także o jogurcie pomyślałam, ale raczej nikł w ulepkowatej, gumowo-malinowej i cukrowo-mlecznej toni. Czułam za to mdławy, margarynowy posmak, nasilający ogólną pudrową delikatność.

Po wszystkim pozostało przesłodzenie; posmak należał zarówno do malinowej gumy, lekkiej, trochę jogurtowej kwasowości, jak i odrobinki naturalnawych, niewyrazistych malin, mleka i nijakiej tłuszczowości.

Tabliczkę odebrałam jako przerysowaną. Może nie paląco-chemiczne, ale w nieudany sposób. Naturalna (choć na pewno nie świeża, raczej mleczno-konfiturowa) malina przegrała z gumą rozpuszczalną. Jogurt nie pomógł, bo się prawie nie pojawił. Mleczność, i to zadowalająco dużo, na szczęście trochę tak. O przecukrzeniu już nie wspomnę. Zdecydowanie w nadmiarze - tylko wzmocniło przerysowanie.

Wyszła gorzej od truskawkowej siostry, bo bardziej gumowo-pudrowo, niż owocowo (i nawet chyba odrobinę wyrazistsza kwaśność nie pomogła). Mnie od czego takiego odrzuca zdecydowanie. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, by była bardzo zła. Szkoda, że jogurt czuć tak słabo. Może on by pomógł?
Po kostce sobie darowałam, bo leciało to prosto do przystanku końcowego "słodki ulepek". Nie wątpię, że znajdzie amatorów, tylko właśnie... to jednak tabliczek "nie dla każdego". Oddałam Mamie. Ona nie wiedziała, co ja się tak czepiam, bo: "Słodko, malinę czuć, jogurt jakoś też, a i pewnie tania... Dobra taka".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyny sojowa, ekstrakt wanilii), nadzienie (cukier, tłuszcz palmowy, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, proszek jogurtowy 2% (mleko odtłuszczone, kultury bakterii jogurtowych), proszek malinowy 2% (koncentrat maliny 58%, koncentrat buraka, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), lecytyna sojowa, aromaty, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromat)

niedziela, 9 lutego 2020

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee ciemna 60 % ze skórką pomarańczową, imbirem i cynamonem

Jakiś czas po Pacari Orange przyszła pora na pomarańczową propozycję innej marki. Od dłuższego czasu bowiem sprawdzam sobie, jakie to pomarańczowe czekolady mogłyby mi pasować. Pierwsze miejsce zajmują bezsprzecznie ciemne o nutach pomarańczy, ale gdy chodzi o dodatki - z tym już trudniej. Kandyzowanych nienawidzę - to wiem. Ktoś mógłby zapytać, po co tyle zachodu... Po prostu lubię pomarańcze, ale nie lubię obierać, a jak już się za nie wezmę, trafiam na suche / kwachowate / zgniłe.
Z tą było tak, że jak zobaczyłam, że zimowo-świąteczna limitka, że z przyprawami, wiedziałam, że chcę. Zawsze bowiem bardzo mi odpowiada ilość przypraw w Dolfinach (Hot Masala, z cynamonem czy z anyżem). Jakoś na dalszy plan zeszło, jaką to pomarańczę dodano. Pewnie przez Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate jak przyprawy piernikowe, to od razu w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że obok będzie olejek. Podlinkowaną uważam za niewypał, ale po Dolfinie spodziewałam się czegoś lepszego. Dzień przed degustacją ze smutkiem odkryłam, że... kandyzowana! Dobra tam, oszukam mózg: crystallized - krystalizowablabla... kryształowana? Kryształowa! Na bogato, zacnie. Starałam się nie nastawiać negatywnie.

Dolfin Noir Orange & Spices Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kandyzowaną skórką pomarańczową i przyprawami: imbirem i cynamonem.

Otworzywszy opakowanie, poczułam jednoznaczną woń do granic możliwości czekoladowego piernika. Piernika przez duże "P" z całą gamą palonych, w tym kakaowych nut, i subtelnymi przyprawami korzennymi. Ewidentnie czuć skórkę pomarańczową, która przy łamaniu nawet zyskała na pewnej soczystej świeżości. Imbir i cynamon wydobyły pierniczkowość i orzechowość czekolady, która dzięki temu wyszła tak... właśnie palono-piernikowo przede wszystkim, mimo że słodycz okazała się wysoka.

Przy łamaniu czekolada pykała, w przekroju nie ujawniając skórki. Mimo to wydała mi się nieco krucha i ogólnie delikatna, mająca tendencję do miękkości (nie "tłusta" - to niezbyt mi do niej pasuje).
W ustach rozpływała się łatwo i chętnie, nie ociągając się, choć też nie szybko. Zmieniała się w gładko-tłustą, miękką grudkę. Z czasem odsłaniała drobinki przypraw, dodających pylisty efekt (ale sama czekolada nadal wydawała się gładka). Trochę kremowo-lepiąco, trochę wodniście.
Zatopiona w niej średnia, a więc odpowiednia, ilość skórki pomarańczowej okazała się jędrna, minimalnie gumiasta i dość... żujna. Miękła i sprawiała wrażenie lekko soczystej. Koło suszonej nie stała, ale i zbyt kandyzowana nie wydała mi się... raczej jak wyjęta z zacukrzonej konfitury, z czasem trochę farfoclowata. Prawda, trzy-cztery kawałki były jakby twardsze i suchsze, bardziej grudkowato-scukrzone, ale w całości uszły.
Trafiłam na parę twardych drobinek, ale szczerze, nie wiem co to. Niektóre wydawały się słodko-ostre, inne jakby "pomarańczowawe"... Trafiłam też na dwa nieco większe "suche coś", co nazwałam sobie "suszcem", a przypominało ususzone włókno (imbir? pomarańcza?).

W smaku od pierwszej chwili poczułam silną słodycz. Chwilę później przedstawiła się jako cukrowe ciastka imbirowe. Takie jasne, mocno maślane, wręcz z kryształkami cukru i... sowicie przyprawione imbirem.

Przyprawy piernikowe dały znać o sobie szybko; pierwszy imbir. Rozgrzał atmosferę spływając do gardła i tam też nieco grzejąc. Wydał mi się ostrawy we wręcz pieprzny sposób, acz niepozbawiony imbirowego posmaku. Głównie rodem wyjęty z ciastek imbirowych. Natężenie jego pikanterii ani na chwilę nie zagłuszyło innych smaków, nie przesadzono z nim. Rozgrzewał, nie palił.

To rozgrzanie zwróciło uwagę na to, jak palona była czekoladowa baza. Palono-gorzkawy motyw prezentował pierniczki w polewie kakaowej w towarzystwie czarnej kawy z pianką (konsystencja optowała za rozpuszczalną creme). Gorzkawa paloność... także wiele z piernikiem miała wspólnego. To jednak nie dość, że mocno czekoladowy piernik, to jeszcze... taki jak ciasta / ciastka maślane (nigdy nie jadłam prawdziwego piernika, więc to luźne wyobrażenia) oraz... maślano-mulista masa (krem / trufla). Czekoladowo-maślany, bardzo wilgotny piernik, o słodyczy rosnącej od samego początku.

Słodycz mieszała się z maślanym wątkiem. Wtedy to dołączył słodki cynamon. Zmieszał imbir z prawie cukrowością i w kwestii przypraw przejął ster od imbiru. Cynamon podkreślił skojarzenie z kawą z pianką i ciasteczkami, może też pierniczkami, nie zaś piernikiem. Wyszedł bardzo wyraźnie, ale nienachalnie. Im bliżej końca, tym bardziej podkręcał paloność i cierpkość samej czekolady. Kakao oprócz pierniczków i kawy chyba skrywało orzechy.

Słodycz ogólnie układała się w jakiś likier (czekoladowy?), sos... może i pomarańczowy... goniła ją z oddali pomarańcza naturalna i bardzo słodka, choć z leciutkim kwaskiem. Pomarańczę dało się uchwycić także przy kęsach, w których nie było ani kawałka. Lekka słodko-kwaśna soczystość nawilżała piernik i kręciła z imbirem.
Słodycz nasilała się przy kawałkach pomarańczy, choć wtedy przyjmowała jej smak, nie cukru. Wydały się idealnie wpasowane w delikatnie czekoladowo-przyprawowe otoczenie.

A smak pomarańczy na dobrą sprawę wyeksponował się dopiero gdy nadgryzałam i podsysałam lub rozgryzłam kawałki dodatku bliżej końca. Była to pomarańcza słodko-kwaskawa, dość cierpka, ale nie gorzka. Cierpkość mieszała się z kakao, więc w naturalny sposób wzrosła, a sama pomarańcza smakowała mi bardziej jak sok pomarańczowy, a nie skórka. O kandyzowanej raczej nie myślałam (może raz czy dwa), gdyż była zbyt... soczyście orzeźwiająca.

W posmaku pozostała właśnie słodko-cierpka pomarańcza i maślany piernik, maślane ciasteczka. Z przypraw wrócił imbir, mieszający się z cukrowo-kakaowym wątkiem. To znów niemal likierowo-palona ciemna czekolada z zasładzającą ilością cukru.
Oprócz tego czułam za silną tłustość... ciastek maślanych itd., którą starała się rozbić lekka soczystość pomarańczy.

Całość wyszła niezwykle spójnie i jednoznacznie. Maślane ciasteczka, piernik z nieprzesadzoną ilością imbiru i cynamonu w towarzystwie palonej kawy i nuty naturalnej pomarańczy wyszły łagodnie. Wszystko świetnie wyczuwalne, ale przystępne, bo niekłócące się, nie zabijające nawzajem. Z jednej strony może się to wydać nudne, ale też proste i przyjemne. Przyjemna nuda? Tak. W dodatku dla każdego, bo i lekko wytrawna (choć prawie niegorzka), słodko-maślana, przyprawiona, ale i niemal orzeźwiająca.
Dla mnie zdecydowanie to za maślane, wolałabym niższą słodycz, ale... podobała mi się ilość przypraw i skórka niekojarząca się z kandyzowaną. Mało kakao aż tak bardzo nie dawało się we znaki. W sumie ta tabliczka mogłaby być definicją "czegoś czekoladowego" (kremu, ciasta - jako przykład, że nie chodzi o samo kakao).


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kandyzowana skórka pomarańczy 3% (skórka pomarańczy, cukier, syrop glukozowy), imbir 1%, cynamon 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

sobota, 8 lutego 2020

Scholetta Strawberry Yoghurt mleczna z nadzieniem jogurtowo-truskawkowym z kawałkami o smaku truskawkowym

Powodem mojego zadowolenia z otrzymania Terravity Jogurtowo-Truskawkowej było to, że miałam do porównania analogiczny smak Scholetty. Dawno, dawno temu obstawiałabym, że to tabliczka z Aldiego będzie miała u mnie większe szanse, jednak z każdą kolejną próbowaną utwierdzałam się, że Scholetty są niewarte uwagi. Ot, może jakaś się uda, ale większość nie dla mnie. Nie martwiło mnie to jednak, bo tabliczki kupiłyśmy z Mamą, przewidując, że raczej dla niej. Porównanie jednak nie mogło mnie ominąć (choć przyznaję, że w trakcie zwątpiłam w... misyjność tego, czego się podjęłam).

Scholetta Strawberry Yoghurt in finest milk chocolate with a delicious yoghurt filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z "nadzieniem jogurtowo-truskawkowym", które stanowi 38 % a dokładniej jest kremem jogurtowym z kawałkami truskawkowymi.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko trafiłam na bardzo słaby zapach głównie mleka, a jedynie z motywem truskawek. Wydanie ewidentnie bardzo słodkie i kiepskie, bo zarejestrowałam, że to mleko w proszku. Przez to i truskawki wyszły pudrowo-cukierkowo. Po przełamaniu, a już w ogóle przy rozkrojeniu kostki odezwał się jogurt (mieszający się z mlekiem w proszku).

Tabliczka wydawała mi się konkretna i krucha zarazem. Lekko pykała z racji grubości czekolady. Nadzienia koloru ecru nie pożałowano, ale ono było już plastyczne, maziste i miękkie. Okazało się wypełnione drobinkami i małymi kawałkami koloru czerwonego.
W ustach czekolada rozpływała się w kremowo-tłusty sposób, leniwie zalepiając; w zasadzie aksamitnie, ale chwilami ujawniając proszkowy motyw.
Nadzienie wyciskało się szybko, ponieważ było tłusto-miękkie i o wiele bardziej od czekolady mazisto-lepiszcze. Oblepiało, przy czym jego rzadkość dziwnie się wyeksponowała. Widziało mi się jako śliskawa, "gładko-oleista masa wymieszana z proszkiem", odsłaniało kawałki...
Kawałki nie wiem czego. Skrzypiały i rozpuszczały się szybko. Niektóre próbowały udawać farfocle, ale wyszły raczej jako cukro... nie wiem co. Dziwne (nazwałam je sobie "cukroskrzypkiem").
Średnio to wszystko spójne. Takie... Rozrzedzone, wybrakowane bagienko, do którego wpadło dziwne coś.

Czekolada przywitała mnie na starcie o wiele za cukrowym i zarazem mlecznym smakiem. Wręcz śmietankowe, może i kakaowe sugestie nie pomogły jej, gdyż wyraźniejszy od nich był jakiś sztuczny / plastikowy motyw. Szybko ujawniło się mleko w proszku.

Za sprawą plastiku przeniknęła do niej lekka cukierkowa nuta. Nadzienie podkręciło mleczność. Przez moment byłam pewna, że czuję stare, zjełczałe mleko w proszku. Starło się z cukrem w boju o dominację. Mniej więcej w połowie poczułam kwaśność... jogurtową? Smak jogurtu przejął kontrolę i mleko odeszło na o wiele dalszy plan. Osadziło się przy mdławym motywie margaryny. Jogurt mieszał się z cukrem, jakby trochę pudrowym...

Aż nagle w tej pudrowości, bardziej sztucznej, poczułam kwasek czerwonoowocowych landrynek. Smak kwaśno-truskawkowych cukierków nakręcał się przy kawałkach dodatków i tonął w kwaśności (już nie tylko jogurtowej).

Rozpuszczające się kawałki dodatku prezentowały smak głównie kwaśny i trochę cukierkowy, truskawkowy, ale w sposób mało jednoznaczny. Powiedziałabym, że to takie dżemowo-cukierkowe truskawki w ogromie słodyczy i z zaleciałością chemii.

W posmaku pozostała kwaśność jogurtowa, trochę owocowa i poczucie przesłodzenia bez smaku cukru w ustach. Mleczna czekolada bez impetu, a truskawki tylko jako element echa sztuczności.
Do tego miałam nieprzyjemnie wrażenie umazania ust olejem, mimo że całość nie była bardzo tłusta.

Czekolada nie odpowiadała mi, acz nie miała elementów, które uczyniłyby ją wyjątkowo okropną wśród jej podobnych. Mimo że zdecydowanie przesłodzona, to wyraźnie jogurtowa. Jogurt wprawdzie potrzebował chwili, ale jak już się wyłonił, był. Tylko bez tych wszystkich sztucznych nut by się obyło. O truskawki z kolei naprawdę tu ciężko. Dziwne kawałki nie smakowały zbytnio nimi.
Nawaliły po całości, bo także ich struktura to jakaś pomyłka. Konsystencja całości mi się nie podobała. Strasznie miękko-mazista, lepiąca w rzadko-oleisty sposób, a z ogromem proszku.

Poniżej przeciętnej, to pewne. Przynajmniej nie była aż tak napastliwie chemiczna jak Wedel. Kiedyś Scholetty (a'la Spekulatius i Orangen Creme) to była prawdziwa taniocha o nienagannym smaku. Cena wzrosła, jakość spadła... Smutne. Rozumiem, że wszystko drożeje, ale niech sobie drożeje, zachowując jakość. Tu, w przeciwieństwie do Terravity, jogurt czuć. Zawiodła jednak reszta. Tej nie dałam rady zbyt wiele zjeść, oddałam więc Mamie, która tak je skomentowała: "Razem trzeba jeść" - no jasne. Ta Scholetta najpierw i jej nie smakowała, bo Mama specjalnie nie przepada za jogurtowymi słodyczami, a tu liczyła na truskawki... no właśnie... których prawie nie czuć. Przy drugim podejściu wczuła się i uznała, że całość jest w porządku, gdy "człowiek nie zagłębia się, co to ma być". Podtrzymała jednak, że truskawek mogłoby być więcej, bo pestki (kawałko-kryształki?) to nie wszystko.


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczony jogurt w proszku 7,4%, miazga kakaowa, dekstroza, laktoza, przecier truskawkowy 0,7%, tłuszcz mleczny lecytyny (sojowa, słonecznikowa), skrobia kukurydziana, śmietanka w proszku, pasta z orzechów laskowych, naturalny aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, ekstrakt wanilii, sól

piątek, 7 lutego 2020

Zotter G.Nuss.Tafel Erdnusse in Milchschokolade mleczna 40 % z nugatem z orzechów ziemnych i czekolady białej bananowej oraz całymi orzechami ziemnymi

Od dawna marzy mi się jakiś mocno masłoorzechowy Zotter, ale w przypadku zarówno Nougsusów, jak i dzisiaj przedstawianej nie łudziłam się. To słodkie nugaty i tyle. Niemniej, jako że z ich podrasowanej linii G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss i Mandel bardzo mi smakowały, jako wielbicielka nerkowców i fistaszkowych rzeczy (same fistaszki też lubię, ale teoretycznie, bo w sumie ich nie jem), postanowiłam także te tabliczki zakupić. Cashew była pyszna, dzisiejsza wydawała mi się nudniejsza... do momentu, gdy zrobiłam małe, przeddegustacyjne rozeznanie i okazało się, że to nie po prostu fistaszkowy nugat, ale... takowy z czekoladą bananową. W Mitzi Blue Oranges + Bananas bananowa część była pyszna, a jak doczytałam opis, że to to, co Amerykanie lubią najbardziej... Nie umiałam opanować rodzącej się nadziei, że może to jednak coś choćby pseudomasłoorzechowo-bananowego.


Zotter G.Nuss.Tafel Erdnusse in Milchschokolade / Whole Nuts Peanuts in Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z nugatem (27%) z orzeszków ziemnych i czekolady białej bananowej z całymi fistaszkami (19%).

Tabliczka o rdzawym kolorze mlecznej czekolady pachniała głównie fistaszkami, przy czym był to zapach złożony, bo zarówno jako orzeszki w najprostszej postaci, orzeszki snickersowe, jak i odlegle kojarzące się z masłem orzechowym. Na zwykłe zwracała uwagę wyrazista, mleczna czekolada, a ostatnie z wymienionych podkreślała niemal ulepokowato-słodka nuta świeżo-pudrowego banana (prawie jak z ranceschi 60 % Venezuela Rio Caribe). Przy podziale / łamaniu na wzmocnił się soczysty banan.

W dotyku tabliczka nie wydała mi się jakoś specjalnie tłusta. Przy łamaniu za to trochę krucha, acz bardzo twarda z racji grubości i formy. To tabliczka Nougsus oblana dodatkową warstwą, więc wiadomo. Ta warstwa nie była najgrubsza, mimo że w miejscu linii kostek na taką wyglądała. Wnętrze (nugat) to "tabliczkowy" nugat, nie zaś krem, a orzechy - obiecane całe sztuki oraz połówki.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, dość tłusto i idealnie gładko. Lekko zalepiała usta, odsłaniając nadzienie spójne z nią. Przypominało tłustą, niemal ślisko-zbitą czekoladę, która długo pozostawała twarda, jedynie opływa maziście-gładkimi smugami. Nieco oblepiały podniebienie. Wnętrze kryło parę drobnych kryształków soli.
Orzeszki to z kolei zacne, świeżo-chrupiące sztuki. Odebrałam je tak prażone, że aż suchawe, choć zachowały poczucie świeżości. To jednak pasowało do tłustego otoczenia, bo je przełamywało.
Dodano ich średnią, czyli w tym przypadku odpowiednią ilość, bo to pozwoliło wczuć się też w sam nugat.

Czekolada przywitała mnie silną, wręcz lekko karmelową słodyczą oraz falą wyrazistego mleka, nieodzownie złączonego z orzechową nutą. Wysokie prażenie złączyło naturalnie orzechową nutkę płynącą z czekolady z arachidami, którymi odrobinę przesiąkła. Kojarzyła mi się tak jakoś naturalnie wiejsko, z sianem i słońcem.

Nugat podnosił słodycz, choć wydał mi się jakby przymglony i pudrowy. Mimo to, wciąż trzymał się smaku mlecznej czekolady, właśnie poprzez mleczność wtłaczając jej coraz więcej fistaszkowości. Smak orzeszków wydał mi się w dużej mierze ciężkawo-duszny. Świeżo-wyrazisty, a jednak... taki właśnie mieszający się z pudrową nugatowością. Prażona nuta była i zdawała się nieść ciepło. Odnotowałam przyprawienie, lecz nic konkretnego.

Mniej więcej w połowie słodycz wydała mi się przesadzona, ale pożądana, gdyż wtedy to przez nią wkradała się soczysta nuta. Również nie odłączyła się od pudrowo-słodkich klimatów, ale zaserwowała wyraźnie bananowy motyw. Mieszał się z mlekiem i fistaszkami. Banany w dziwny sposób zostały podkreślone tym rozgrzaniem. Pojawiła się sugestia chili i świetnie tu wyszła - niby ukryta, ale dodająca charakteru. W ogóle w pewnym momencie banany wydały mi się zaskakująco wyraziste (takie... świeże po prostu, tylko trochę podliofilizowano-pudrowe).

W drugiej połowie rozpływania się kęsa swój charakter w pełnej okazałości pokazały fistaszki, kiedy to epizodycznie zaczęłam trafiać na sól. Wiele razy się to nie zdarzyło, ale czuć ją wyraźnie. Podkręciła smak masła orzechowego. Wydało mi się lekko mdławe, ale masłoorzechowe bezsprzecznie. Fistaszków nie musiałam rozgryzać, by wyraźniej poczuć ich prażony smak.

Przy rozgryzaniu orzeszków (co robiłam prawie pod koniec), oczywiście to ich smak dominował. One same nie były ani trochę solone czy karmelizowane. Czyste, tylko że mocno prażone i intensywne, niektóre wręcz gorzkawe. Nugatowy wątek podrzucił odległe skojarzenie z tymi ze Snickersa, ale znów osnuwająca je sól z nugatu dobijała się o masło orzechowe.

Na sam koniec powróciła lekka soczystość i silna słodycz bananów z wyraźną solą, która wzajemnie nakręcała się z prażeniem.

Posmak należał do silnej słodyczy nugatowo-bananowej, która połączyła soczystość z ciężkością i oczywiście fistaszków w wydaniu mdławego masła orzechowego, za to sowicie doprawionego solą. Czułam też lekkie rozgrzanie.

Wszystko w tej czekoladzie było... Dość dziwne, bo "niby dobre, ale..." i zarazem "niezbyt, ale wciągające". Silna słodycz i chwilami mdły wydźwięk może nie brzmią dobrze, ale to była silna słodycz bananów i mdłość... jednak masła orzechowego. Jakby masłoorzechowego nugatu? Nie było to do końca ono, ale i czysty nugat nie. Pudrowość czułam, jednak banany sprawiły, że była jakoś tam smakowita. Czekolada pasowała jak najbardziej, odrobinka soli też. W ogóle przyprawienie było subtelne, ale właśnie nadające jakiegoś wyrazu zgłuszonym smakom. Podobało mi się też rozmieszczenie orzeszków: w jednej części sporo, w drugiej wcale, ale! Widać, co gdzie i można sobie przegryzać, jak się chce.
To czekolada słodko-tłusta, ale z pazurkiem. Albo raczej nudny nugat z boskimi nutami masła orzechowego, bananów i zacnymi orzechami.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 65 g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki ziemne, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, suszone banany, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), chili Bird's eye

czwartek, 6 lutego 2020

Terravita Jogurtowo-Truskawkowa mleczna z nadzieniem jogurtowo-truskawkowym

Zawsze szłam pod prąd, nawet w kwestii rzeczy błahych. W odróżnieniu od innych dzieciaków, nie lubiłam słodyczy truskawkowych. Do tych dobrych przekonałam się dopiero z czasem. Klasyka smaku, a więc wszelkie nadziewane czekolady truskawkowe czy truskawkowo-jogurtowe w zasadzie są dla mnie terenem niezbadanym (i w większości przypadków badania niewartym). Nie jadam truskawkowych jogurtów, truskawki w sezonie jem w 99 % przypadkach osobno (bo za bardzo kocham surowe, by coś z nimi kombinować), ale samo połączenie wydaje mi się pasujące. Z tego typu zwykłych czekolad dotąd jadłam tylko Wedla jogurtowo-truskawkowego i był niesmaczny, ale do Terravity mam większe zaufanie (choć miłością nie pałam) i cieszę się, że w ramach współpracy tę czekoladę otrzymałam. Cieszyłam się jeszcze z jednego powodu, ale na razie chciałam spróbować "produktu najbardziej bazowego".

Terravita Jogurtowo-Truskawkowa Czekolada mleczna nadziewana to czekolada mleczna o zawartości 30 % kakao z nadzieniem o smaku jogurtowo-truskawkowym, które stanowi 50 % całości.

Po rozchyleniu sreberka poczułam wyraźny zapach słodkich truskawek w mlecznym, lekko waniliowym otoczeniu niemal dziecięcej czekolady. Po przełamaniu nasiliły się truskawki i kwaskawa soczystość, ale także "słodziuteńkość".

Tłusta tabliczka łamała się łatwo. Mimo grubej, nietopiącej się w rękach warstwy czekolady, wydała mi się nieco miękkawo-rwąca. To za sprawą nadzienia biegnącego przez całość. Ewidentnie było rzadsze od wierzchu.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto-kremowo, stając się gęsto-zalepiającą, gładką masą.
Nadzienie wyciskało się spod niej z ochotą i szybko rozchodziło się, rozpuszczając, ale tak błyskawicznie nie znikając. Odebrałam je jako miękko-gumiasto margarynowe, przez co średnio spójne z czekoladą. Podpięło się pod zalepianie, mimo że tak gęste nie było. Cechowała je rzadka tłustawość i cukrowa pyłkowość, przez którą miałam wrażenie, że zacznie trzeszczeć.
Całość wyszła tłusto-miękko, ale nie do przesady, a w sposób pasujący do takiego "uroczego" wariantu.

Czekolada przywitała mnie mieszaniną cukru oraz głębokiego, wyrazistego mleka. Leciutka nutka wanilii pojawiła się, ale szybko została zagłuszona przez rosnącą do przesady słodycz.

W słodycz i mleczność wpisało się nadzienie. Odebrałam je jako przede wszystkim słodkie i delikatne, mleczne. Akcent truskawki mignął dość szybko. Od samego początku były to słodkie truskawki. Truskaweczkowy dżemik - chciałoby się powiedzieć. Snuła się też pewna mdłość, przez co wydały mi się trochę pudrowocukierkowe albo jak guma Mamba, ale po chwili już zagrały trochę  naturalniej.

Na pewno nie były to jednak świeże truskawki, a... jako mleko truskawkowe. Takie z kartonika dla dzieci, bardzo słodkie, przy którym stało coś truskaweczkowego i... właśnie przy tym "czymś" pojawił się leciutki kwasek. To już bardziej słodko-kwaskawa konfitura / dżem, ale nie tylko. Trochę to owocowe, na pewno rześkie... Przemieszało się z mlekiem i mdławym posmakiem (margaryną?), a bliżej końca przedstawił się jako jogurtowy posmak.

Delikatniusie truskawkowe mleko przemieszało się z jogurtem, kryjąc go prawie zupełnie. Miało to delikatny, bo bardzo słodki, ale wciąż w miarę naturalny wydźwięk.

Przecukrzona, do potęgi mleczna czekolada idealnie łączyła się z truskawkowym, uroczym smakiem, nie wyszła zbyt kontrastowo do jogurtu. Pozostała z nim i z echem truskawek w posmaku.

Całość wyszła całkiem nieźle. Może i o wiele za słodko, ale przyjemnie nienapastliwie, choć nie wiem, czy już nie mdło. Czuć truskawki, ale raczej mleko niż jogurt. Cukrowa miękkość akurat do tego pasowała. Nie było to straszliwie ciężko-tłuste. Rześkie specjalnie też nie, ale znośne. Podobała mi się konsekwentność smaku i struktury, mimo że to nie mój typ. Przeszkadzało mi poczucie zalepienia tłuszczem, mimo że właśnie to nie było aż tak przesadnie tłuste. Jestem natomiast entuzjastką jednolitego nadzienia dla tego smaku (a nie np. jogurtowe nadzienie + truskawkowe kawałki).
Wyważona i dziecięca, na pewno może kogoś zachwycić, ale gdy szuka się jogurtowej czekolady... to już gorzej. Szkoda też, że truskawkę trochę przerysowano, zamiast postawić na naturę.

Cała ta łagodność, delikatność wyszła przyjemnie, ale to jak "mleczne czekoladki truskawkowe dla dzieci", a nie czekolada truskawkowo-jogurtowa. Nie mogę tu przeboleć braku jogurtu.
Mimo wszystko ze dwie kostki zjadłam prawie z przyjemnością, acz z lekkim "poczuciem »meh«". Resztę oddałam Mamie, na której czekolada też wrażenia nie zrobiła. Również nie czuła jogurtu, a nie lubi jogurtowych czekolad, bo przeszkadza jej kwasek. Skoro więc nawet ona go nie wykryła... No, uboga w jogurt ta tabliczka, nie da się ukryć. A szkoda, bo mógłby dodać jej charakteru.
Niedługo po niej jadłam propozycję Aldiego: Scholettę Strawberry Yoghurt, która z kolei była bardziej jogurtowa, a słabiej truskawkowa (i ogólnie gorsza).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: w przypływie chcicy na coś bardzo słodkiego, truskawkowego mogłabym część zgarnąć

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyny sojowa, ekstrakt wanilii), nadzienie (cukier, tłuszcz palmowy, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, proszek jogurtowy 2% (mleko odtłuszczone, kultury bakterii jogurtowych), proszek truskawkowy 1,5% (truskawka 40%, maltodekstryna, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), naturalny aromat truskawkowy, lecytyna sojowa, barwniki (E120, E160c), regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromat)

środa, 5 lutego 2020

Domori Land Organic Costa D'Avorio 70 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Raczej nie zdarza mi się podejmować spontanicznych decyzji na temat tego, co akurat będę degustować. Lubię sobie wcześniej to zaplanować, wiedzieć jaki region itd. Tym razem jednak, gdy otworzyłam szufladę i spojrzałam na dwie drobne bidulki na dnie, wiedziałam, że mam przeogromną ochotę na Domori, jakąś lepszą czekoladę tak ogółem. Czułam, że musi być to jakaś z tej linii (Organic Line), jednak na Brazylię się nie zdecydowałam, bo raptem dzień wcześniej jadłam Cluizela Riachuelo 70 % Bresil. Zupełnie nie skojarzyłam, że mam też nowość Domori stamtąd! Nie mniej, to chyba niezbyt w moim stylu, że nie urządziłam sobie porównania...? No nie wiem, nie w tym przypadku. Tym razem wygrało "potencjalnie najlepsze na koniec", bo jakoś nie wierzyłam w Wybrzeże Kości Słoniowej, a Brazylię milo wspominam niezależnie od marki.

Domori Land Organic Cocoa Costa D'Avorio 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej z regionu między wioskami Oulaidon i Lilebe.

Po rozcięciu sreberka w pierwszej chwili zaskoczył mnie intensywny, ale zaskakująco mało wykwintny jak na Domori, zapach. Wiedziałam, że skądś go znam, ale nie umiałam nazwać. Nie mniej, poczułam znikomą owocowość, ale chyba... malinową konfiturę czy żelowate nadzienie jakiegoś wypieku. W pewnym momencie wydał mi się zaskakująco wytrawny (wręcz pikantny?), a wspomniana konfitura... malinowo-pomidorowa?!
Pieczony motyw wydawał się tu bazą. Gdy zapach nieco się rozszedł, okazał się bogatszy, niż mi się wydawało na początku. Otóż to jakieś... bardziej ciastkowate brownie, przypalono-murzynkowe coś albo i mocno maślane... Nie wiem, wypieczone na chrupko ciasto...? Murzynek z orzechami? O tak, mnóstwem orzechów, przechodzących we wręcz nibsowo-słodowe, palono cierpkawe nuty. Lekka sucha ziemistość mieszała się ze słodko-kwaskawymi owocami.

Wręcz nieprzyzwoicie ciemna (nie wiem, ale tak o niej myślę) tabliczka była bardzo twarda, głośno trzaskała, choć już w dotyku wydawała się tłusta.
Po zrobieniu kęsa, w ustach roztoczyła swe tłuste smugi, nieco zalepiając w mocno kremowy, idealnie gładki sposób. Rozpływała się powoli, ale nie opornie z racji dość silnej tłustości tafli dopiero ocieplającego się masła.

Jako pierwsza popłynęła palona nuta, niebezpiecznie granicząca z cierpkim przypaleniem. Wtedy to jednak wbił się słód i kawa, przekierowując paloność ku smakowitej gorzkości. Niespodziewanie słód wzbił się na wyżyny i zaczął dominować. Poczułam drewniano-drzewne, żywe nuty (zmieszane z rozgrzewającymi przyprawami?) i mnóstwo orzechów. Palenie osłabło, a w jego miejsce weszła lekko kwaskawa soczystość.

Słodycz nie pozostała bierna, bo wymknęła się paloności. Oczami wyobraźni zobaczyłam palony miód, poprzypalane plastry miodu, gęste, lepiące, ciągnące się...

...Ciągnący się ser! Otóż miód był tak podrasowany wytrawnymi nutami płynącymi od słodu, że dosłownie poczułam roztopiony i znów zastygający, ciągnący się, delikatny ser żółty lub... tłusto-kremowy, też już płynny, camembert / brie. Prezentowały się tak na chlebie grillowanym lub pieczonych tostach. Najważniejszą rolę odegrała tu ich skórka. Pieczywo przypieczone po bokach na chrupko, a miękkie po środku za sprawą sera.
Sery mniej więcej w połowie rozmyły się na rzecz maślaności.

Maślaność wyszła na pierwszy plan, a po chwili przywołała do siebie słodycz. Pomyślałam o wypiekach miękkich i tłusto-maślanych. Nieoczywiste ciasta / babeczki przewijały się w oddali, jednak jeśli one, to tylko takie bogato wypełnione orzechami. W dużej mierze uchwycone "wypieki" (ta nuta umacniała się z każą sekundą) to grzanki / tosty. Czułam jakby ziarna... ziarna słodu? Zboże? i... coraz mniej maślaność, a coraz bardziej jak... orzechowy / sezamowy olej? Druga połowa była mocno ziarniście-zbożowa, orzechowa właśnie.
Wszystkim tym tworom towarzyszyła czarna, ziarnista kawa.

Kawa nieco rozgrzewała, chleb był na ciepło, orzechy... oprószono przyprawami. Bliżej końca rosło poczucie rozgrzania, wyłoniły się z niego przyprawy, wręcz pieprznie pikantnawe.

Po chwili pojawiły się też rodzynki. Kwaskawo-słodkie, jakby lekko podfermentowane. Łączyły wytrawność i słodycz, by otworzyć drogę też innym nieśmiałym, kwaskawym owocom. Przypalonej konfiturze malinowej? Przez moment pomyślałam o grzance z czymś malinowym i ciągnąco-lepiącymi serem i miodem, ale zaraz zagłuszył to słód i kawa.

Właśnie głównie słód, grzanki (głównie ich skórki) i kawa pozostały w posmaku, wychodząc bardzo nibsowo. Czułam też delikatną, acz jakby podrapującą słodycz czegoś jasnego i rzadkiego (miody / syropy itd.).

Czekolada była naprawdę niecodzienna i głęboka, zachwycająco obrazowa, ale jakoś mi nie podeszła. Wydała mi się dziwnie "zupełnie niesłodka" i bardzo słodka jednocześnie. Słodycz jakby płynęła obok wszystkich smaków. Te zaś były... bardziej wytrawne niż np. gorzkie, raczej niekwaśne. Owoców w zasadzie brak, ale do tej kompozycji mało co by pasowało.
Wolałabym, by jej nuty poszły w nieco innym kierunku. Wolałabym, by była bardziej jak ciemny chleb, nie zaś grzanki / wypieki - takie jak zapach sugerował, a nie maślane i z serową nutą. Za nibsami nie przepadam, ale kawa i przyprawy / drzewa, orzechy były zacne. Aksamitna struktura zachwycała bez dwóch zdań.

Nuty zboża, orzechów, dżemowych czerwonych owoców i nibsowo-piwne klimaty czułam też w JPCzekoladzie Wybrzeże Kości Słoniowej 65 %, która w dodatku też była dziwnie wytrawna (pieczarkowa; tu bardziej ser). Tamta wprawdzie zawierała nibsy, ale sama czekolada rzeczywiście może się kojarzyć. Czerwone owoce, ale głównie ogrom maślaności kojarzy się raczej z Morin Cote d'Ivoire Guemon Noir 100 %. I tu jestem trochę skołowana, bo... setka Morina wydała mi się łagodniejsza.
Zaskoczyło mnie też, że wyszła zaskakująco podobnie do jedzonej w ostatnim czasie Libeert Vietnam 73 %. Wytrawne nuty (i tu ser, i tu, acz ogólnie o innym wydźwięku), mnóstwo słodowej kawy... i palony motyw przy każdym smaku. Domori jednak znów pokazała klasę, co nie zmienia faktu, że z racji niezbyt moich nut (grzanki, maślaność) moje serce jest przy JPCzekoladzie (mimo nielubianych nibsów).


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,25 zł (za 25 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 563,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 4 lutego 2020

Odra Chałwa sezamowa z czekoladą i skórką pomarańczową

Chałwy w swoim życiu za wiele nie przejadłam, ale teoretycznie bardzo lubię jej smak. Realnie jest mi za słodka i zbyt zalepiająca. Normalnie, żeby nie psuć sobie myślenia o niej, raczej żadnej bym nie kupiła... Moje Tesco jednak zostało zamknięte. Gdy ogłoszono tę decyzję, z Mamą ruszyłyśmy się zaopatrzyć w produkty marki własnej, które lubiłyśmy. Wiedziałam bowiem, że nie będzie mi się chciało jeździć na drugi koniec miasta po pojedyncze rzeczy. Od wielu lat miałam zamiar spróbować chałwę z Tesco z fistaszkami i zawsze stwierdzałam: "poczeka", "kiedyś tam". Znalazłam się jednak pod murem! Musiałam ją kupić. Jak więc już miałam chałwę z dodatkiem, niestandardową...
Gdy Mama kupiła limitowane, dość dziwne jak na chałwy, smaki Odry... byłam mięciutka i plastyczna na sugestie, że "może jeszcze takie, też z dodatkami do porównania". Jak ta kobieta mnie zna! Nie byłam przekonana ani do smaku karmelu w chałwie, ani tym bardziej do soli. Patrząc na skład, bałam się... W zasadzie planowałam oddać ją Mamie z powrotem, nie próbując. Pomyślałam jednak, że to chyba za dziwne smaki, by miały mnie ominąć. I tak zdecydowałam się na zaczęcie od wariantu bezpieczniejszego, choć trochę kojarzącego mi się z niezłym pomysłem Wedla: pomarańczowo-piernikową. A decyzję przyspieszyłam, bo mimo jeszcze obiecanych 5 miesięcy ważności, chałwa trochę popuściła - opakowanie było mokre od oleju! Całe szczęście, że trzymałam ją ze słodyczami "potencjalnie dla Mamy".


Odra Chałwa sezamowa z czekoladą i skórką pomarańczową to chałwa sezamowa z czekoladą ciemną o zawartości 70 % kakao i kawałkami kandyzowanej skórki pomarańczowej; edycja limitowana na zimę 2019/20.

Już otwierając poczułam smakowite połączenie goryczki sezamu i skórki pomarańczowej, bardzo znaczących dla bardzo słodkiej chałwowej bazy. Była przy tym zaskakująco soczysta, a ogół jak najbardziej kuszący.

Niestety jednak... z chałwy coś aż się lało ( to z kolei odrzucało): lepiąca wydzielina z... oleju, słodkiego syropu i jakby czegoś wodnistego? Odsuszałam to ręcznikami papierowymi bez końca. Ze zdziwieniem odkryłam, że nie był to sam tłuszcz. I tu po raz pierwszy pomyślałam, że dodatki chyba zmielono / stopiono i wmieszano w masę chałwową, a nie że dosypano kawałki. Nawet kolor wydał mi się dość ciemnawy jak na chałwę.
dowody zbrodni
Mała chałwa okazała się bardzo twarda. Przełamywana szła w strzępy, a kroić... było ciężko. Spróbowałam, ale nóż udało mi się wbić do połowy, reszta ułamała się. Te strzępy jednak też nie były takie, jak w normalnej chałwie. Kryły dziwne białe włókna - w pierwszej chwili wystraszyłam się, że patrzę na robaka, ale to chyba "coś", co się zrobiło z cukru i syropu glukozowego.
Mimo tłustości i pewnej soczystości, okazało się to zaskakująco kruche. Kruche i twarde, więc jedzenie widelczykiem było prawie niemożliwe.
Właśnie już przy jedzeniu spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Oto chałwa była twarda, a w ustach niemal natychmiast częściowo się rozpuszczała, wykazując lekką soczystość. W ciągu następnej sekundy pozostała już tylko twarda, cukrowa gruda i dziwne włókna jak z plastiku (z czasem też się powoli rozpuszczały). Te jej strzępy... nie były chałwowe, a... dziwne (jak kamienne cukierki?). Przypominała... kawałek Daima albo wyjątkowo spory dodatek z Toblerone. Przylepiała się do zębów, w inny sposób niż zwykłe chałwy. Typowego dla chałwy skrzypienia prawie nie uświadczyłam; o delikatności mowy nie ma. Może tylko złudna suchawość.
Skórek przeciętnej wielkości znalazłam w niej zaskakująco sporo. Okazały się miękkie, nasączone i lekko cukrowe. Z jednej strony złe, z drugiej nie aż tak jak chałwa.

W smaku od początku poczułam wysoką słodycz i soczysty smak soku pomarańczowego.
Zaraz jednak pomarańcza zrobiła się bardziej goryczkowata, odsunęła się na tył. Wyraźniej rozszedł się smak bazy.

To wyrazisty sezam o zadowalającym poziomie gorzkości, wymieszanej z mnóstwem słodyczy. Nie odebrałam jej jako czysto cukrowej, acz niestety coś mi właśnie w niej nie grało. Pobrzmiewała czymś sztucznym, bliżej nieokreślonym, ale na szczęście nie stało to na pierwszym planie.
Goryczka sezamu mniej więcej w połowie wzrosła, dołączyła do niej nutka kakao. Lekko goryczkowato-cierpkie, dodatkowo osłabiło słodycz.

Po wszystkim pozostał posmak głównie pomarańczy, obrzydliwe zasłodzenie spowodowane nie tylko cukrem oraz goryczkowaty motyw sezamu. W gardle paliło, a usta wydawały się straszliwie otłuszczone.

Po pierwszym, malutkim skubnięciu-kęsie obrzydziło mnie to do tego stopnia, że chciałam wszystko szurnąć do śmieci i mieć spokój, ale jak już poznałam, z czym mam do czynienia, jak powiedziałam sobie, że taka struktura - choć tragiczna! - nie zabije mnie... Próbowałam to rozwalać widelczykiem i pozwalać temu rozpuszczać się w ustach, bo pogryźć się nie dało. No, a jednak chciałam coś tam zjeść, by zrecenzować... I tak zmęczyłam połowę.
Zaskakująco nie przesłodzona, niestety mająca dziwny wydźwięk słodyczy. Czekolada (rozpuszczona?) wzmocniła goryczkę sezamu, ale jako czekoladowej chałwy tej nie odebrałam. Skórka w zasadzie wyszła znośnie... Gdyby tak zamiast syropu był tylko cukier, obstawiam, że byłaby to chałwa świetna. A tak nie dość, że popsuł smak to jeszcze sprawił, że konsystencja to jakaś kpina.
Drugą połowę oddałam Mamie. Według niej to nie chałwa, a jakaś tragedia: "Tego się pogryźć nie dało! To ma być chałwa? To jakiś dziwny kamień i tak dziwnie się utwardzało." Żeby powiedziała coś o smaku, aż musiałam cisnąć, bo przez strukturę chyba prawie nie zwróciła uwagi: "No smak jak smak, wolę te zwykłe chałwy". Drugi wariant postanowiłam oddać. Ta i tak była obrzydliwa, więc jak jeszcze pomyślałam o dodatku cukru z masłem i solą, byłam pewna, że to nie dla mnie.
(Btw, utwierdziłam się w tym, powąchawszy, gdy Mama jadła. Poczułam bowiem maślaną krówkę i palone masło. Od razu pomyślałam, że ni jak nie chciałabym tego mieszać z chałwą. Potem... zobaczyłam, jak Mama wyciąga z ust karmel (a uwielbia karmel!). Tłumaczyła, że "Tego się pogryźć nie da... a i chałwy przez to nie czuć. Ale chyba sama chałwa lepsza niż ta czekoladowo-pomarańczowa.")


ocena: 2/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: mówiła coś o 2,50 zł (za 40g)
kaloryczność: 526 kcal / 100 g; sztuka (40g) 210 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga sezamowa 41 %, syrop glukozowy, cukier, czekolada ciemna o 70% zawart. kakao 4% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa), kandyzowana skórka pomarańczy 4% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), olej rzepakowy, tłuszcz palmowy, aromaty, białko jaja w proszku

poniedziałek, 3 lutego 2020

Studentska Hruska mleczna z kawałkami o smaku gruszki, galaretkami gruszkowymi i orzeszkami arachidowymi

Na zakupy do pewnych miejsc wybywam bardzo rzadko ze względu na np. odległość. Przez to, gdy rzucą jakieś limitki albo macham na nie ręką (co obecnie zdarza się często), albo kupowałam od razu kilka smaków. Ta była ostatnią z trzech w ten sposób zakupionych w ciemno Studentskich z Aldi, po tym jak naiwnie uwierzyłam po smacznej z solonym karmelem, że tego typu tabliczki mogą mi smakować. Tak patrząc jeszcze przed otwarciem, zrobiłam się sceptyczna - wyglądała bowiem na tę gorszą linię, jak ta z kokosem, którą jednak całymi dwoma procentami zawartości kakao przebiła (wow!), mogąc "pochwalić się" całymi 27 % kakao.


Orion Studentska Mlecna S Chuti Hrusek / Mliecna S Chutou Hrusiek / Hruska to mleczna czekolada o zawartości 27 % kakao z orzeszkami ziemnymi, cząstkami gruszkowymi i galaretkami (gruszkowymi?).

Od razu po rozerwaniu sreberka poczułam intensywny aromat prażonych, charakternych fistaszków na delikatnym tle cukrowej czekolady. Mieszała się z nią słodko owocowa nuta gruszki podchodzącej pod cytrusy.

Gruba tablica już w dotyku zdradzała swą ulepkowatość, wydając się miękko-kruchą. Wprawdzie nie topiła się w dłoniach, dodatki dobrze się jej trzymały, acz wpłynęły na jej łamliwość. Miałam wrażenie, że jest proszkowo-tłusta.
W ustach całość rzeczywiście okazała się zlepkiem-ulepkiem wielu dodatków. A baza... to ulepkowata, szybko rozpuszczająca się czekolada, zalepiająca trochę tylko. Stawała się bowiem kremowo-tłustą masą, która jakby chciała być gęsta, ale własna wodnistość pokrzyżowała jej plany.
Za ogromną wadę uważam, że kawałków gruszek nie dodano wcale. Była za to raczej drobna (w porównaniu do innych dodatków) kostka koloru białawo-żółtawego. Na dotyk i z wierzchu niemal żelkowo-twarda. Rozpuszczała (albo raczej rozpadała) się z ochotą, kojarząc mi się z twardą galaretką w cukrze. Zrobiona jakby z grudek rzężącego cukru, trochę jakby zagęszczono-przecierowa. Dziwna, właściwie idzie pomylić ją z galaretko-żelkami, tylko jakby stwardniałymi.
Galaretko-żelki były jednak wielkie i okrągłe, białe. Wyróżniały się na oko. Miękkie, szybko miękły jeszcze bardziej, minimalnie oblepiały zęby, by już po chwili odpuścić. Przyjemnie soczyste, wewnątrz idealnie gładkie, tylko na wierzchu suchsze. W zasadzie trudno im coś zarzucić.
Orzeszkom też nic do zarzucenia nie mam oprócz tego, że było ich za dużo w stosunku do pozostałych. Porządne, konkretne sztuki, które chrupały przednio, zachowując zarówno świeżość, jak i motyw prażenia.

W smaku czekolada okazała się bardzo, bardzo cukrowa i dość mleczna. Znośna, mimo że już nieco polewowo-mleczna. Trochę przesiąkła dodatkami, a więc orzeszkami i owocową nutą.

Galaretko-żelki podbijały cukrowość, by zaraz tchnąć namiastkę soczystości. Była to odrobinka cytrynowego kwasku, który podkreślił owocową zaleciałość. Wydały mi się odlegle gruszkowe, ale w sposób bardzo, bardzo cukierkowo-żelkowy. Cukierkowo-cukrowe i mało wyraziste, mimo wszystko nie były tragiczne.

Gruszkowa kostka w pierwszej chwili uderzała cukrem, by po chwili w swej słodyczy nieco złagodnieć i wyeksponować smak słodkich, delikatnych gruszek. Były na tyle niewyraziste, że można by mi wmówić że to połączenie gruszka-jabłko, ale zaskakująco przy tym naturaln...awe. Zacukrzone do bólu, ale w miarę autentyczne. Niestety, galaretko-żelki naturalność tłamsiły, a fistaszki zagłuszały je całościowo.

Wspomniane fistaszki zabijały smak kostki, a do galaretek o mdłym, cukrowym smaku nie pasowały. Przy nich wydawały się dziwne, staro-mdłe, a jednak arachidowe bez dwóch zdań. Przy ich rozgryzaniu zagarniały sobie scenę, acz... ta scena była z cukru zrobiona. Impet dobrych orzeszków został więc popsuty ogólnym natężeniem cukrowości.

Po wszystkim, oprócz przesłodzenia, pozostał cukrowo-cukierkowy posmak sztucznych... gruszko-galaretek? Motyw niby cytrynowej soczystości? Na pewno ogrom cukru, sztuczność i orzeszki.

Kolejny studentski śmietnik. Bezsensowne połączenie, wszystko mało wyraziste. Kostkę gruszkową idzie pomylić z galaretkami. Powinni dać porządną, galaretkową gruszkową kostkę i kawałki prawdziwej gruszki, a nie jakąś badziewną kostkę i galaretko-żelki o smaku bliżej nieokreślonym. Czuć gruszkę, chwilami nawet naturalnie, ale całość i tak wyszła głównie cukrowo, niskobudżetowo. A ja głupia i naiwna myślałam, że to z galaretkami gruszkowymi i kawałkami (suszonej / kandyzowanej - nad tym już się nie zastanawiałam) gruszki.
Większość trafiła do Mamy, która lubi galaretki w Studentskich, więc i tym razem jej smakowały. Uznała, że "no tak, trochę gruszkowe", ale bardzo się zdziwiła, gdy powiedziałam jej, że galaretki są swoją drogą, a kostka swoją. Zgodziła się ze mną co do proporcji dodatków i tego, że przełożyło się to na efekt śmietnika, w którym gruszka była za słabo wyczuwalna. Przez to całość jej niezbyt smakowała ("a takie to, żeby sobie dogryźć bezmyślnie, jak się jeszcze czegoś chce, a już nie ma co wieczorem").


 ocena: 4/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 180 g)
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, 13% galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, substancja żelująca: pektyny; kwas: kwas cytrynowy; regulator kwasowości: cytrynian sodu, naturalny aromat, substancja żelująca: wosk carnauba), 13% orzeszki ziemne, tłuszcz kakaowy, 10 % kawałki o smaku gruszek (koncentrat gruszkowy 51%, cukier, mielone cytryny, substancja żelująca: pektyny; naturalny aromat), pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), emulgatory (lecytyny, rycynolan poliglicerolu), tłuszcz mleczny, laktoza, serwatka w proszku, ekstrakt waniliowy

niedziela, 2 lutego 2020

Ambiente Panache ciemna 53 % z nadzieniem o smaku pomarańczowo-rumowym i rodzynkami

Za tą serią Ambiente objechałam wszystkie trzy Aldi i... Nic, "nie dojechały". Dla pistacjowej byłam gotowa rajd powtórzyć. W następnym tygodniu już w pierwszym najechanym je znalazłam. I co? Cały karton z waniliowym nadzieniem, a pozostałe smaki po jednej. Miałam kupić tylko pistacjową, ale to na mnie podziałało. Równie chyba mocno, co poczucie, że wreszcie mam w rękach rumowo-rodzynkowego nadziewańca w ciemnej czekoladzie z Aldi - przy Moser Roth Malaga właśnie na ciemny wierzch się napaliłam. A i było to dosłownie kilka dni po zjedzeniu smacznej Ambiente Truffle Negro Sabor Naranja - o tak, pokładałam nadzieję w pomarańczowych nadzieniach. Wszystko to w przypływie entuzjazmu do Ambiente, który gwałtownie opadł po Truffle Con Leche Speculoos. Obstawiałam bowiem, że będzie najciekawsza i najpyszniejsza z serii - niestety, tego drugiego punktu nie spełniła. Do kolejnych byłam bardziej sceptyczna, ale odzyskałam wiarę w markę. Nie ukrywam, że w przypadku dzisiaj prezentowanej w pierwszej chwili wystraszył mnie też producent, bo skojarzył mi się z Baronem, ale to zupełnie coś innego: nieznane mi Baronie Belgium NV. I dopiero w domu (po spróbowaniu) do mnie dotarło, że no tak, marka Aldiego = marka ta sama, ale... producenci różni. Za truflową linią stała Natrajacali.
Naszło mnie na otwarcie jej niedługo po rumowo-kokosowej Weinrich.


Ambiente Panache to ciemna czekolada o 53 % zawartości kakao z nadzieniem o smaku pomarańczowo-rumowym z rodzynkami (46%), wyprodukowana w Belgii dla Aldi przez Baronie Belgium NV.
Edycja limitowana na zimę 2018.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, poczułam intensywną gorzkość soczystej pomarańczy wkomponowanej w palony, korzenno-piernikowy klimat sowicie zaprawiony likierem. Wszystko to było cukrowo-słodkie, acz dość poważne. Na myśl przyszedł mi grzaniec.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała. Odznaczała się twardością, bo warstwy czekolady były nadzwyczaj grube i nadziano poszczególne kostki, nie zaś całą tabliczkę.
Nadzienie też się poniekąd w twardość wpisało, acz ono chyliło się ku plastyczności. Już na oko wilgotne, udawało coś grudkowego, niemal marcepanowego. Pełno w nim dużych, na oko jędrnych rodzynek, jakby w czymś mokrym.
W ustach czekolada rozpływała się aksamitnie kremowo, dość powoli. Pozostawiała na podniebieniu i języku nie za tłuste smugi.
Nadzienie okazało się gęstawe, miękko-margarynowe i plastyczne. Wilgotne, nasączone i soczyste wydawało się dość lekkie. Siliło się na gładkość, ale z czasem zaczynało coraz bardziej przypominać gumę rozpuszczalną z silnym proszkowym motywem. Bliżej końca odebrałam je jako trzeszczące od cukru.
Rodzynki to zwarte sztuki, ale nie jędrne czy soczyste, a twardo-scukrzone. Powiedziałabym, że w środku aż zgrudkowane od cukru, z zewnątrz zaś w cukrowym syropie. Aż mało rodzynkowe.

W smaku czekolada przywitała mnie cukrem i mocno palonym smakiem, któremu przypisałam tanią, czarną kawę. Szybko dołączyła do niego za silna, słodycz likieru (rozwinięta kontynuacja cukru). Gorzkawość i cierpkawość nadały jej wytrawniejszego charakteru. Po chwili ułożyły się w smak złego i taniego piernika / pierniczków w czekoladzie.
Miejscami czekolada nieco przesiąkła pomarańczową nutą nadzienia, przez co wydało mi się to jeszcze bardziej piernikowo-korzenne.

Pomarańczowa nuta odezwała się szybko (acz jako wątły akcent), jednak nadzienie jako ono samo - trochę z opóźnieniem. Gdy jednak wycisnęło się choćby częściowo spod czekolady, zepchnęło ją zupełnie.
Poczułam cukierkowo-pomarańczowy motyw. Przed oczami wyobraźni rozsypały się rozpuszczalne gumy i cukierki o tym smaku. Po chwili nasiliła się po prostu pudrowość. Zrobiła to poprzez słodycz błyskawicznie rosnącą do poziomu grubej przesady. Ewidentnie sztuczna słodycz, mieszała się z nijakością pudru... cukru pudru. Wyobraziłam sobie syrop z wody z cukrem, który już nawet nie chce się rozpuszczać. Cały czas trzymała się tego pseudopomarańczowa nuta, w której było coś obleśnego. W tym "czymś" pobrzmiewał pseudolikier. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam pewna, że czuję zwietrzały z procentów cukrowy likier pomarańczowy, ale goryczka z tła poddawała to w niepewność.

Pomarańczowy smak chwilami robił się bardziej soczysty... Albo raczej mokry - przez syropowy klimat nadzienia. To słodki, lekko tylko sztucznie goryczkowaty owoc. Wraz z kakao dobijającym się z oddali (zza jakiejś dziwnej, pudrowej nijakości nadzienia), w drugiej połowie zaserwował mi posmak sztucznie rumowy, bezalkoholowo go udający. Mieszał się z goryczkowatym aromatem pomarańczowym, by następnie utonąć w cukrowo-drapiącej pudrowej cukierkowości.

Rodzynki tylko dorzucały cukier i chyba trochę podkreślały rumowo-owocowe skojarzenie, ale... raczej z obleśnie, sztucznie słodkim... syropo-likierem o smaku... cukru?

Jeszcze zanim pierwszy kęs rozpłynął się do końca, od słodyczy aż drapało w gardle. Po wszystkim pozostał posmak przesłodzonego likieru bez alkoholu (?) czy raczej syropu i soczyście-słodkiej pomarańczy, jak również pudrowo-cukierkowej pomarańczy. Czuć, że to aromat, ale nie goryczkowaty. W posmaku na powrót doszukałam się lekko kawowo-pierniczkowej czekolady z cierpkim motywem. Pomyślałam o grzańcu... ale chyba w wersji, której nie tknął by nawet pan spod monopolowego po tygodniowej abstynencji.

Całość była tragiczna. Do bólu przesłodzona - normalnie od razu mi wnętrzności od tej żrącej słodyczy zaczęły się skręcać. To było jeszcze słodsze niż marcepanowe Magnetic (razem wzięte), sztuczne. Sztucznie pseudolikierowe i sztucznie pomarańczowe w sposób dla mnie niewybaczalny. Goryczkowaty aromat pomarańczowy (a'la galaretki) mogłabym uznać za pyszny... Nie, tu zdecydowali się na cukierkową Mambę. Rodzynki? Na tak tragiczne chyba jeszcze nie trafiłam. Kiepska czekolada mimo że przesłodzona, nie była aż tak tragiczna jak środek: na tyle osadzona w likierowym klimacie i kawowo-czekoladowopierniczkowa, nie za tłusta, że przypominała po prostu polewę.

Pasek miał jakieś 30 gramów, z czego połowie nie podołałam. To było takie słodkie w tak irytująco sztuczny sposób, że... nie dało się. Alkohol (prawdziwy, nie udawany) mógłby pomóc, choć z cukierkowym smakiem to już w ogóle mogłoby być okropnie groteskowe połączenie. Ta tabliczka pozostawiła mnie nie tylko z nieprzyjemnym posmakiem, ale też ze smutkiem. Mamie, która lepiej mogłaby znieść nadzienie, nie odpowiada, bo czekolada ciemna... A tylko co odzyskałam wiarę w Ambiente.
Gdy wspominam smakowitą pomarańczową Ambiente Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja... Ech, różnica jest gigantyczna. Nawet sama czekolada nie była tak pyszna (acz trudno to stwierdzić przez nadzienie), jak podlinkowana - i to dało mi do myślenia (patrzcie: we wstępie o producencie).
Resztę dałam Mamie (z ciekawości) i zgodziła się ze mną, że to jakaś przesłodzona tragedia. "Nadzienie jakby z cukru" i nawet uznała, że czekolada "niby ciemna, a też słodka jak..." (i wytrzeszczyła oczy). Mama też nie czuła rumu, a w kwestii pomarańczy: "może coś tam było", ale tak skrajnych skojarzeń (mdła, sztuczna Mamba) nie miała. Mamie po prostu było za słodko, mnie powalił ogół wnętrza.
Tak swoją drogą, rzadko studiuję tabelki wartości, wiem, że to nie oznacza, ile tu cukru dodano, ale może jakiś obraz da: węgle to 67 g, a "w tym cukry" 62 - nie kojarzę, bym takie coś widziała.


ocena: 2/10
kupiłam: Aldi
cena: 7,99 zł (za 210g)
kaloryczność: 451 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, dekstroza, syrop z cukru inwertowanego, rodzynki 0,9%, lecytyna sojowa, aromat, barwnik (ekstrakt z papryki)