niedziela, 20 grudnia 2020

Meybona Organic 72 % Dark Chocolate ciemna

O marce Meybona przed zakupem ich tabliczki właściwie nie wiedziałam nic. Po zakupie... nie uległo to zmianie. Na potrzeby recenzji trochę poszukałam i tyle. Nawet zdążyłam zapomnieć, że jedną już jadłam (ale opakowanie, że kupowałam to pamiętałam): Ecuador 72 %. Niemiecka marka pracująca z ekologicznym kakao z określonych plantacji, ponoć ze stuletnią tradycją. Ciekawe, że jak się czyta prawie wszystkie kompanie są rodzinne, mają gdzieś koło 100 lat doświadczenia itp. Nie krytykuję ani nic (żeby nie było!), a to takie luźne myśli. Tak samo jak to, że aż do znalezienia strony producenta i swojej recenzji podlinkowanej byłam pewna, że to marka włoska. Nie wiem, dlaczego.

Meybona Organic 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Już rozchylając sreberko poczułam mocno palony zapach zestawiony z intensywną soczystością owoców leśnych, czerwonych. Na pewno czułam dojrzałe maliny i jeżyny, ale także kwaśniejsze czerwone porzeczki. Wszystko to opiewała waniliowa, wręcz trochę miodowa słodycz.

Sucha w dotyku tabliczka wydała mi się niecodziennie twarda. Łamała się z głośnym trzaskiem, ujawniając ziarnisty przekrój, a przy odgryzaniu kawałka wydało mi się, że jest w niej coś kruchego, mimo wręcz kamienności.
W ustach rozpływała się straszliwie długo (uwielbiam, jak czekolada rozpływa się długo, ale ta... robiła to jakby wcale rozpływać się jej nie chciało, a to męczyło); niechętnie, z oporem, który z czasem trochę słabł. Potem było aż ślisko, bardzo tłusto. Kawałek mimo to zachowywał kształt i formę, a znikał na tłusto-żadne smugi. Nie było to wyjątkowo tragiczne, ale nieprzyjemne. Mnie już przy pierwszej kostce przeszkadzała tłustość, ale dałam radę zjeść całość.

Wgryzając się w czekoladę poczułam smak surowego, waniliowego ciasta - takie coś lekko zakalcowego, bardzo słodkiego. Słodkiego... wręcz trochę miodowo. Delikatna maślaność związana z tym wydawała się tworzyć bazę, a w tle szybko zaznaczyła swoją obecność owocowa rzeskość.

Poprzez miód wkroczyła subtelna cierpkość. Wymieszała się ze smakową suchością kakao, niosącego nieśmiałą gorzkawość. Nagle wzrosła paloność, a jasne, maślane ciasto trochę się przypaliło. Poczułam się, jakbym jadła lekko przypalone ciasto... kawowo-miodowo-waniliowe? Słodkie, tłusto maślane, a jedynie z sosem kawowym? Z naciskiem na ten sos! Jeden z głównych wątków tej czekolady był właśnie niczym słodko-cierpkawy sos / syrop kawowy i / lub kakaowy. Bez dwóch zdań miodowy charakter słodyczy się do tego dołożył.

...Ciasto... z warstwą owoców, bo te jako delikatny kwasek szybko wgryzły się w kawę i rozkręciły soczystość. Poczułam kwaskawe czerwone porzeczki, a zaraz za nimi całą niezbyt jednoznaczną kompanię owoców leśnych i działkowych. To też słodko-kwaśne maliny, coraz słodsze maliny i jeżyny. W końcu może i jagody. Wszystkie one ze zdarzającymi się kwaskawymi. Aby temu zaradzić, posłodzono je jasnym miodem. Waniliowa nuta to skojarzenie starannie pielęgnowała, aby kompozycja nie stała się nazbyt owocowa.

Paloność bliżej końca wzrosła raz jeszcze. Tym razem plątała się pomiędzy łagodną kawą, przypalonym ciastem maślanym, dodając do nich wyraźniejszą kakaową cierpkawość (która w zasadzie przez cały czas pobrzmiewała w tle, ale jako taka leciuteńka)... A jednak i czymś wilgotniejszym, a więc może jakąś dziwaczną ciastową masą? Maślaność zdawała się odgrywać ogromną rolę, choć nie była smakiem przewodnim (na szczęście). Coś z orzechów... ale zbyt ulotnego, by nazwać? Te ostatnie zaczęły o siebie walczyć. Wraz z delikatną, paloną gorzkawością zrobiło się jakoś "cieplej". Nagle pojawiły się wyraziste, ale łagodne w wydźwięku orzechy laskowe. Prosto z jakiegoś... ciasta świątecznego lub czekolad z okienkiem?

W posmaku zostały orzechy oprószone kakao, maślaną czekoladowością i soczyste owoce, chyba głównie czerwone porzeczki i jeżyny z jasnym miodem. Takie... cierpkawo-kwaskawe, a jednak delikatne, bo sowicie dosłodzone. Czułam w ustach pewną suchość i cierpkość od kakao, ale także zatłuszczenie - nawet fizyczne na ustach.

Jedzenie tej czekolady było oczekiwaniem. Oczekiwaniem, że wreszcie ciekawy smak się rozkręci, że wreszcie zacznie się porządnie rozpływać, że wreszcie pojawi się mocna, główna nuta. A tu niestety. Leniwie płynęły delikatne smaki, niczym niezrażona tłustość męczyła. Wyszła jakby... przygłuszona w smaku właśnie tą tłustością. Nie była gorzka, kwaśna, a mimo że nie przesłodzona, to... to wyszła właśnie jako miodowa słodycz z maślanością, w nieco ciemnawym wydaniu (dałabym jej jakieś 50 % kakao), bez polotu. Nie mogę powiedzieć, by była zła, już jak kupiłam, to zjadłam (choć pod koniec tłuszcz na ustach mnie odrzucał, no, ale nie chciałam wyrzucić - tata już mi jakiś czas temu zadeklarował, że ciemnych czekolad "jednak nie lubi chyba")... Nie ukrywam jednak, że końcówkę bardzo na siłę. Nie było w niej nic wartego uwagi by kupić.

Podobną konsystencję miała Ecuador 72%, ale współpracowała chętniej i... ewidentnie miała głębszy smak.
W smaku skojarzyła mi się z nijaką wersją Cachet Uganda 80 %: też była ciastowo-maślana, palono-orzechowa i z podobnymi owocami, ale jednak Cachet to brownie, dużo dymu i soczyste czerwone, wyraziste owoce (wiśnie). Meybona bowiem męczyła konsystencją i smakową nudą.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 3,99 zł
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

sobota, 19 grudnia 2020

Vosges Raw Honey Cacao 100 % ciemna z surowym miodem

Ta czekolada, mimo całego mojego doświadczenia, wydała mi się bardzo dziwna. Tak bardzo, a przy tym uwielbianej przeze mnie marki, której wszelkie dziwactwa wychodzą obłędnie, że po prostu musiałam ją zdobyć. W zasadzie 100 % kakao, tylko że z miodem, i to w dodatku surowym. I bez żadnego oszustwa, tylko wszystko tak opisane... Najpierw więc byłam pewna, że to zwykła czekolada, którą posłodzono miodem, no ale skoro miała być setką... To może jednak dali miód-posypkę? To było bardziej prawdopodobne, niż tabliczka nadziana miodem, choć czysty miód wewnątrz byłby bardzo atrakcyjny... Byłby, gdyby się nie scukrzył, a czy by tego w czekoladzie nie zrobił? I tak też pojęcia nie miałam, co twórczyni Vosges, Katrina, wykombinowała, ani też co ujrzę po otwarciu, bo czekolady Vosges przyleciały do mnie ze Stanów, czego np. Vosges Pink Salt Caramel nie zniosła najlepiej.

Vosges Raw Honey Cacao 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao (miazga i tłuszcz) z surowym miodem z dzikich kwiatów.

Czekolada miała mocno palony charakter; pachniała niczym chrupko-kruche, suche z wierzchu brownie o tłusto-wilgotnym, lepkim środku. Silne palenie kojarzyło mi się też z kawą. Całość nie była bardzo gorzka, a zaskakująco słodka, przy czym miód... pozostawał odległą sugestią. Do głowy przyszedł mi raczej jakiś waniliowy karmel. Co ciekawe, słodyczą pachniał bardziej wierzch. Oczywiście nasiliła się po przełamaniu.

Czekolada łamała się łatwo. A po tym... odkryłam dziwną formę. Albo raczej utwierdziłam się, że taka miała być, a nie że z moją tabliczką stało się coś dziwnego. Otóż miód dodano pod postacią kropelko-kulek blisko wierzchu, w efekcie czego aż trochę wydzielił się na zewnątrz. Przez to góra trochę się lepiła (w momencie gdy spód cechowała idealna gładkość).
Tabliczka lekko trzaskała. Przekrój ujawniał lśniące, miękkie kulki. Wydała mi się nieco krucha przez dodatek, zaś gdy robiłam kęsa - miękkawa. Miodowe kulko-kropelki raczej nie przylepiały się do zębów, zostawały w czekoladzie. Potem odkryłam, że wierzch rzeczywiście był dość miękkawy, ale już reszta zacnie zbita.
Od momentu robienia kęsa zaczynała się rozpływać.
Robiła to powoli, ale z ochotą, do złudzenia przypominając środek tłusto-mokrego, zbitego, a jednocześnie lekko mazistego brownie. Stawała się bardzo gęstą i wilgotną, zwartą, nieco tylko miękkawą masą. Okazała się dość tłusta, ale nie ciężka. Poczucie to osłabiało wiele elementów. Początkowo miód wywoływał skojarzenie z drobinkami cukru bez smaku, nadawał ziarnistość, a potem (rozpuszczający się już) rzadkawość. Dołożyła się również wysoka pylistość. Wilgoć napędzały kulki miodu, które rozpływały się spójnie z resztą, przybierając postać gęstych, lepkich kropelek. Wyskubane, zaraz płynęły. Nie gryzę czekolad, ale na podstawie odgryzania kęsa stwierdziłam, że niektóre wtedy lekko skrzypiały, a potem... były już miodem. Wprowadziło to lekką wodnistość, ale ogółem struktura wydała mi się dobrze wyważona.W formie gęstych, prawie stałych, ale miękkich kulek parę czasem zostawało jeszcze chwilę po czekoladzie. Z mięciutkich kulek robiły się... kropelkami. Dziwne uczucie.

Wgryzając się, poczułam wysoką słodycz. Wydźwięk przybrała słodziutko-słodziuteńki, sugerując jakiś wanilio-miód, wanilio-karmel. Początkowo słodycz wydała mi się zaskakująco waniliowa. Szybko zaskoczyła na nią paloność, toteż wydała mi się podkarmelizowana i na pewno szlachetna.

Poprzez szlachetność weszła delikatna gorzkawość. Zaczęła... robić zadymę. Otóż dym otulił kompozycję, chwilami sugerował lekkie wędzenie, ale zaraz podkreślił gorzkość, kojarzącą się z mocno kakaowym brownie i kawą. Dym nakreślił mocno palony charakter, przywołał też lekki kwasek spalenizny. Oczami wyobraźni ujrzałam przypalone z wierzchu i po bokach brownie, mazisto-mokre, maślane wewnątrz. Także bowiem lekka maślaność zaznaczyła się w pewnym momencie.

Maślaność, drobna tłuszczowość czy raczej... neutralnawość? Miejsce styku słodyczy i gorzkości, żadnej z nich nazbyt mocnej. Z czasem słodycz nieco wzrosła, na języku czułam zmianę struktury na lepko-mokrzejszą (rozpływały się kropelki miodu?). Albo gdy kawałek umieściłam wierzchem na języku... Wzrosła wtedy jakby wanilio-karmelowa, rześka i nie do końca wyraziście miodowa słodycz. Owszem, czułam miód, ale delikatny, chwilami aż sugestywny. Obstawiałabym raczej wanilię. Obok trwał leciutki kwasek, co wyszło rześko, trochę owocowo... Jak "miodowe" figi? Dym podyktował jakiś konkretniejszy, ciemniejszy owoc... daktyle? Takie jakby dymno-karmelowe?

Bliżej końca dym znów odegrał solówkę, zabawiając się kawą, maślaną ciastowością i stonował słodycz. Słodkie elementy zrobiły się bardziej słodko-cierpkie, a zasadnicza słodycz miodu... niemalże uleciała - dosłownie! Zrobiła się leciuteńka i jakby odpłynęła (pozostawiając smakową lukę na chwilę). Wkradła się tu odrobinka pikanterii.

Gorzkawość dymu, palona gorzkość oraz snujący się przy nich wędzony motyw,  a także cierpko-kwaskawy, rześki motyw (ni słodyczy, ni owoców) zostały w posmaku. Oprócz tego na ustach czułam lepkość miodu i drobną tłustość. Nic mnie jednak nie przytłoczyło.

Całość była dziwna. Nie mogę powiedzieć, by mi nie smakowała, ale... to taka dziwność, którą można spróbować i raz zjeść z przyjemnością, ale do której nie chce się wracać, bez której można się obejść. Ogólna gorzkość nie była wysoka, lecz smak to głównie dym, paloność-wędzoność, brownie; wymieszane to zostało z pewną tłuszczowością, neutralnością, w co z kolei weszła słodycz. Lekka, nieuchwytna i prezentująca wanilio-miodo-karmel; znalazła się też owocowa sugestia. Obok konkretu pojawiła się więc rześkość. Było jednocześnie i przyciężko, i zbyt ulotnie, ale również... ani za ciężko, ani nijako. Wyważenie... chyba idealne przy tym zestawieniu. Struktura bardzo mnie zaskoczyła. Takie dziwo, jakich mało.
Nigdy-przenigdy nie powiedziałabym, że to setka z miodowym kropelkami. Udawała... 70%tkę.

Poczytałam o tym, jak smakuje surowy miód, bo tabliczka była mało miodowa. Otóż ponoć jest o wiele delikatniejszy i wodnisty w smaku od zwykłego - to by wiele wyjaśniało.
Nie jestem więc przekonana do samego zamysłu. Łączenie samego kakao z takim miodem? Chyba wolałabym zwyklejszą czekoladę z dodatkiem wyrazistego, np. gryczanego, by było go czuć. Do setki też by pasował na smak, ale nie wiem, jak rozwiązać sprawę struktury. Dlaczego by po prostu nie posłodzić czekolady miodem?


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy miód, tłuszcz kakaowy

piątek, 18 grudnia 2020

wafelki Loacker Gran Pasticceria Coconut

Te... cosie (wafelki? ciastka?) trafiły do mnie jakoś dziwnie, bo... dosłownie "między"... Czym? Wszystkim! Już wyjaśniam. Otóż kiedyś szukając ciastek dla Mamy, zachciało mi się jakiś - czegoś innego niż czekoladę. Marka Loacker po doświadczeniu z tabliczkami Dark-Noir i Neapolitaner wydawała mi się właśnie dobrą marką słodyczy innych niż czekolady (bo za mało mi czekolady w czekoladzie przy podlinkowanych było). Miałam już kupione wafelki Loacker, toteż uznałam, że i ciastka fajnie będzie sprawdzić. Było to zanim zaczęłam kolejno otwierać (Hershey's Cookies ’n’ Creme Rounds, bananowych jaffa cakes Delisana) i utwierdzać się w przekonaniu, że od ciastek to lepiej trzymać się z daleka. Zanim doszło do otwarcia dzisiejszych, przeszła mi na nie ochota, tym bardziej, że już nie byłam pewna, co to właściwie jest: ciastko czy wafel? Bo "wafer biscuits" trzymało w niepewności (mimo nalepki z tłumaczeniem i "ciastka waflowe"). Mimo w sumie braku ochoty, trochę mnie dlatego ciekawiły, co to. I też, jeśli miałyby być ciastko-wafelkami, to takie z wiórkami, w mlecznej czekoladzie... wydawały się raczej niespotykane. Z kokosowych ciastek to kojarzyłam tylko z wyglądu kokosanki i Kruche Krakuski - a ze smaku? Czyżbym nigdy żadnych kokosowych ciastek nie jadła? Na to wyglądało.


Loacker Gran Pasticceria Coconut to oblane mleczną czekoladą (30%) wafle z kremem kokosowym (44%), obsypane wiórkami kokosowymi; wyprodukowane we Włoszech.
Paczka zawiera 100 gramów; 12 sztuk.

Po otwarciu poczułam zapach wyrazistego kokosa, podprażonych wiórków kokosowych i bardzo słodkiej czekolady mlecznej. Wydały mi się splecione mlecznością i uroczą, niby milkową (?) słodyczą, ale też podkreślone nutką wypieczonego wafelka. Ten nasilił się dopiero przy podziale. Muszę też przyznać, że nie był to czysty cukier, a słodycz trochę ambitniejsza.

Wafelki wyglądały na dość delikatne, ale w sumie takie nie były. Średnio podzielne, współpracowały przy dzieleniu, ale na moich warunkach - same z siebie się nie rozwalały. Napisałam, że średnio podzielne, bo... niby dało się je rozwarstwić, ale i krem, i czekolada były tak mięciutkie, że niemal półpłynne, przez co miejscami nawet się mieszały. Zwłaszcza na górze, bo - i to mnie zdziwiło - pod czekoladą na górze od razu dali pierwszą warstwę kremu. Znalazł się także pod czekoladą po bokach. Ogólnie go nie pożałowali, tak samo jak wiórków dobrze trzymających się czekolady (być może dlatego, że topiąc się, zrobiła się miękko-lepiąca).
Czekolada była gęsta i tłusta, rozpływała się szybko i zalepiała. Grubawa warstwa czekolady skrywała grube, ale delikatne, bo bardzo napowietrzone wafle i miękki krem. I to, i to rozpływało się w ustach, acz wafle oczywiście najpierw lekko chrupnęły-skrzypnęły, zatrzeszczały. Przy niemal płynnym otoczeniu, wyszły szokująco chrupko-świeżo. Dopiero potem rozpływały się na gęstą papkę, spójną z mięciutko-mazistym, wręcz półpłynnym, tłustym kremem. Przypominał topiące się, pełne lody śmietankowe, acz i lekką proszkowość zawarł.
Wiórki odpowiednio podprażono, dzięki czemu twardawo chrupały.

W smaku sama czekolada to przede wszystkim słodycz pełna uroku, z waniliowym echem. Wyszła łagodnie maślano-mlecznie, lekko orzechowo i jakby przesiąkła resztą. Oprócz dużej ilości cukru (co zaraz zaznaczyło się w gardle), było w niej coś ambitniejszego.

Krem to także ogrom cukru, ale z wyraźnym smakiem śmietankowo-mlecznym i przełamany leciutką goryczką. Bez problemu zarejestrowałam w nim kokosowy smak. Był jednak przesłodzony do bólu, że aż chwilami w tym mdły. Gdy trochę oswoiłam się z porażającą słodyczą, doszukałam się w nim dziwnej sztucznosci i kwasku... przypominającego zacukrzony twarożek (?).

Wafelki okazały się prawie niesłodkie, a mocno pieczono-prażone. Podkreśliły skojarzenie z orzechami, a potem... sprawiły, że całość zaczęłam postrzegać jako kokosowo-śmietankowe lody w grubych, wyrazistych waflach duńskich (podchrupywane) albo zacukrzone naleśniki (papuciejące) z kokosowym twarożkiem. Gdy wafle mieszały się z kremem, ich wypieczoność splatała się z cukrem, śmietanką i kokosem, skojarzenia te umocniły się.

Czekolada mleczna świetnie zgrała się z tym podpieczeniem, a prażenie znów trzymało spółkę z wiórkami. Ich intensywny, wyrazisty smak sprawił, że mimo przecukrzenia, kokos znalazł się na przedzie. Wszystkie nuty dzielnie napierały na cukrowość, ale ta szybko i tak męczyła.

Po zjedzeniu raptem sztuki w gardle czułam drapanie, na ustach tłuszcz, ale też wyrazisty posmak kokosa i mleka wkomponowanych czekoladkowo-pieczone, wafelkowo-orzechowe realia.
Przy drugiej doszukałam się echa sztuczności i kwasku kokosa, ale było do zniesienia. Potem cukrowość już to znów zabijała. Po zjedzeniu większej ilości wyszło już po prostu nieprzyjemnie (zjadłam 9 z 12 sztuk, z czego 6 - jak widać za dużo - przy pierwszym podejściu).

Całość wyszła ciekawie, smacznie na swój sposób do pewnego momentu. Ta mazistość, lepkość i wysoka słodycz odpychały, ale wyrazisty smak wiórków kokosowych, śmietankowość i pyszny sam, wypieczony w punkt wafelek wraz z różnymi skojarzeniami ratowały sytuację. W zasadzie... także ta płynność kremu i czekolady była w pewien sposób intrygująca. I nie mogę się nadziwić, jakim cudem nie zawilgociło to genialnych wafli. Dzięki temu nie było nudno.
Trzy dałam Mamie i zgodziła się ze mną, że to bardzo ciekawe wafelki. Zachwyciło ją połączenie delikatnej chrupkości i świeżości z natychmiastowo topiącym się kremem i czekoladą. "Wreszcie coś wyraźnie kokosowego, pysznie mlecznie czekoladowego. Kokosowy wafelek dokładnie taki, jaki każdy kokosowy wafelek powinien być, tylko że o niespotykanej, ciekawej konsystencji". Wprawdzie tak barwnych skojarzeń jak ja nie miała, jednego sobie schłodziła w lodówce, by właśnie nie płynął (zobaczyć, jak taki wychodzi), ale... nastał wyjątkowy dzień, w którym zgodziła się co do mojej oceny ("bo jednak za drogie").


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan (Mama płaciła)
cena: 7,20 zł (za 100g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g; 1 sztuka - ok. 47
czy kupię znów: nie

Skład: wiórki kokosowe 33%, czekolada mleczna 30% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), syrop glukozowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, olej kokosowy, cukier, mąka sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, odtłuszczone mleko w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, środki spulchniające: wodorowęglan sodu, difosforan disodowy; lecytyna sojowa, sól, ziarna wanilii, przyprawy

czwartek, 17 grudnia 2020

Cachet Uganda 80 % Dark Chocolate ciemna z Ugandy

Nie da się ukryć, że w ciągu ostatnich lat przejadłam naprawdę mnóstwo rozmaitych czekolad. Mimo to, Uganda wciąż pozostawała nieodkrytym lądem. Stamtąd jadłam tylko (Vanini) Tesco finest Uganda 78 % i całkiem dobrze ją wspominałam, więc do dzisiaj prezentowanej też podchodziłam raczej pozytywnie. Raz, że lubię Cacheta, a dwa... nie liczyłam na nic wybitnie głębokiego. Wprawdzie nie zawierała odtłuszczonego kakao jak podlinkowana (choć muszę przyznać, tak szczerze-szczerze, że nie zawsze mi ono przeszkadza - owszem, to oszukiwanie, sztuczne podbijanie zawartości kakao, ale nie zawsze wychodzi fatalnie w smaku), ale obawiałam się, że coś innego stanie mi na drodze do pełnego poznania nut regionu.

Cachet Uganda 80 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ugandy.

Rozrywając sreberko, poczułam delikatny, ale wyraźnie mocno palony zapach. Skojarzył mi się z młodymi orzechami. Mimo mocnego prażenia, było w nim życie i jakby tłusta soczystość tychże. Doszukałam się czegoś wręcz kwiatowego. Pomyślałam o krzakach leszczyny, a potem, głównie w trakcie degustacji, też o kawie... nie za mocnej, a ze słodko-cierpkim syropem? Orzechowym?

Ciemna tabliczka była matowa i sucha w dotyku
Łamała się z głośnym trzaskiem, niezbyt równo. Odebrałam ją jako sucho-kruchą.
W ustach rozpływała się powoli, ale bez oporu. Potrzebowała trochę czasu, nim z suchością przemieszała się jej gęsta tłustość. Wydawała się nieidealnie przemielona, ale kremowa i dość ciężka w tym. Wydawało się, że kryje trzeszczący efekt, a pod koniec... o dziwo nabierała soczystości i aż otłuszczała usta. Soczystość próbowała ratować sytuację podchodząc pod młode orzechy, lecz dalej nieco męczącej tłustości się trzymała.

W smaku przywitała mnie słodycz miodu i rześko-roślinny wątek... Roślinny, bo w końcu miód - to od razu i myśl o kwiatach, ale też jakby sugestia owoców? Wyszedł cierpkawo, drapiąco i charakternie, niczym kropelka ciemnego miodu...

Skapująca do gorzkawo-palonej toni. Ta nie była zbyt mocna, ale wszechobecna. Pomyślałam o kawie i palonych orzechach. Orzechy laskowe były młode i takie aż tłusto-wilgotne w naturalny sposób. Paloność opiekowała się nimi, do czasu gdy ich tłustość i soczystość zmieszały się ze słodyczą. Orzechy wypełniały przypieczone na chrupko z wierzchu i po brzegach jakieś... kawowo-miodowe brownie. Było lepiszczo-gęste od masła i aż lepkie od miodu. Osnute dymem, bo w końcu przypalone.

Cierpkawy miód i orzechy zmieniły się w słodką, a jednocześnie palono-goryczkowatą konfiturę. Zrobiona była z wiśni: ciemnych, jędrnych, ale tu już... farfoclowych. Lekko przypalone, konfiturowe wiśnie wnosiły soczystość, a nie pełnię swego smaku. W tle za nimi coś mi mignęło... może odymiona ziemia?

Bliżej końca ta soczystość wróciła na bardziej orzechowy tor, a ja wciąż myślałam o krzewach leszczyny. Właśnie o żywych, pełnych liści krzakach i drzewach. Paloność nie wlazła w nie, trzymała się obok, ale była wysoka i dymna. Ten dym... dodawał ciężkości, która jakby walczyła z kwiatami z zapachu. A te... nie chciały odpuścić. Trochę się przepychały, przykrywając i tak dość tłuste w smaku laskowce.

W posmaku została właśnie pewna zwiewność kwiatów, soczystość, ale też ciężka maślaność, palona kawa i orzechy młode, tłuste (wraz z poczuciem tłuszczu na ustach), trochę ukryte w dymie. Tu już czerwone owoce odrobinkę kwaskawe mi się wydały.

Smakowała mi, choć umiarkowanie. Męczyła mnie jej tłustość i czekanie na to, aż zacznie się rozpływać. Lubię, gdy czekolada rozpływa się długo, ale... ta właśnie potrzebowała czasu, by zacząć, a to fajne nie było. Nuty były zacne, ale niestety trochę przytłumione maślanością: a to tłuste brownie, a to soczyście-tłuste orzechy - przy każdej nucie się pojawiała. Mimo to wyszła zadowalająco gorzkawo, czymś smakowała i nie była nazbyt słodka czy kwaśna (w ogóle nie była kwaśna).

Podobne nuty były w Tesco finest Uganda 78 %: czerwone owoce, tłuste, młode orzechy i czekoladowe wypieki, dym. Cachet wyszedł jednak głębiej, bo to kolejno: wiśnie, laskowce, brownie, dym. Tesco rzeczywiście była spłycona odtłuszczonym kakao, co przejawiało się jako skojarzenia z kakaowymi rzeczami (wypiekami, Nesquikami). Cachet jednak też była gorzkawa, a nie mocno gorzka, zdecydowanie tłustsza, co mi niestety przeszkadzało. Była to bowiem ciężka tłustość (na szczęście jednak tłustość suchego kremu z budzącą się soczystością, a nie jak np. Ritter Sport 74 % Peru jedzony dnia poprzedniego). Przez to, jak czuła na konsystencję jestem, ogólnie z dwóch z Ugandy, wolę Tesco.
Dość podobna była do sąsiadki (bo i zawartość podobna, i kraje pochodzenia: leżące obok Uganda i Tanzania) Cachet Bio Organic 85 % Extra Dark, bo i orzechowa, kawowa, palona... ale  podlinkowana jednak charakterniejsza, bo jak wino czy ocet winny, z owoców to śliwki (Uganda wiśnie) chwilami niemal nibsowa, węgielna; w dodatku kupił mnie wydźwięk masła orzechowego. Osobiście zdecydowanie wolę podlinkowaną Organic z Tanzanii.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,99 zł (promocja)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

wtorek, 15 grudnia 2020

Duffy's Panama Tierra Oscura 40 % Milk mleczna z Panamy

Ostatnio mleczne i bardziej wydziwiane czekolady, czyli wiele nadziewanych i z dodatkami, jakoś mnie nie cieszą. Czy dołączyły do grona słodyczy innych niż czekolady, od którego coraz bardziej stronię? Ta myśl w pewien sposób mnie smuciła. W takim układzie nie wiedziałam, czy na zjedzenie tej czekolady wybrałam dobry moment. Może z tą miało być inaczej, może miała usatysfakcjonować? Przez miłość do marki z kolei strasznie się bałam, że będzie mi w niej czegoś brakowało.
Nie bardzo też wiedziałam, jak odnieść się do opakowania, aż po prostu przeczytałam na nim i w internecie, że to na obchody dziesiątej rocznicy tego, że jakiś samochód JCB Dieselmax pobił rekord prędkości w 2006 roku. Aczkolwiek dalej nie wiedziałam, co to niby z czekoladą (no, oprócz regionu pewnie) ma mieć wspólnego. Nic?

Duffy's Panama Tierra Oscura 40 % Milk to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z Panamy, z okolic miasta Tierra Oscura.

Po rozchyleniu sreberka poczułam wyrazisty zapach mleka z zapędami trochę roślinnymi, o chłodnym wydźwięku. Pomyślałam o słodko-chłodzącej lukrecji, a od niej było już blisko do skojarzenia z Zotterem Labooko Soy White. Od roślinności odchodziła pewna siebie słodycz, przywodząca na myśl wanilię. Przy niej plątał się też wątek kory (oczami wyobraźni widziałam laski wanilii i ciemną korę), drzew. Do głowy przyszła mi myśl o "jakimś roślinnym karmelu". Całość opiewała jeszcze silna soczystość owoców leśnych i... leśnych w kontekście egzotycznym. Słodkich, pochowanych w krzaczkach, smakowitych i harmonijnie zgranych.

W dotyku tabliczka wydawała się proszkowo sucha, przy łamaniu zaś udawała ciemną swoją twardością i głośnymi trzaskami.
Mimo ziarnistego przekroju i skrzypienia, gdy odgryzałam kawałek, w ustach rozpływała się gładko i kremowo. Zajmowało jej to dość długi (jak na mleczną) okres czasu; początkowo sprawiała wrażenie opornej. Zaraz jednak miękła i przez większość degustacji gięła się i zalepiała usta swą gęstwiną. Nie była tłusta, a lżejsza (od np. śmietanki) jak mleko i nieco gęsto-soczysta jak gęste soki.

Robiąc kęsa, poczułam smak... dość proszkowy, który skojarzył mi się jakoś roślinnie, ale i sugerujący owoce, z których wyłapałam banany, ananasy, zagubione w... "czymś". Jak białkowe rzeczy kokosowe, jakiś kurz czy... słodki puder? Nie umiałam tego zaklasyfikować i nim się zorientowałam, kolejna sekunda należała już do fali mleka. Było to mleko wyraziste i w pełni naturalne; orzeźwiające, niczym chłodne pite w upalny dzień. Wydało mi się naturalnie słodkawe, czym chwilami kojarzyło się z mlekiem kokosowym.

Pite... na egzotycznej wsi, pośród ukwieconych drzew, ogrodów, z dala od cywilizacji. To drzewa owocowe, jak i z lasku, za którymi łatwo dostrzec małe polanki pełne owoców leśnych. Te szybko zaznaczyły swoją obecność. Były to ciemne, drobne owoce. Może lekko podfermentowane, słodkie jagody? W tle doszukałam się też nut kwiatowo-krzaczkowych, aż drapiących w gardle i nosie lekką pikanterią... Gęste mleczko kokosowe sprawiło, że pomyślałam o jakiś... gęstych sokach / shake'ach. Zrobionych ze zmiksowanych bananów? W pewnym momencie banany były bardzo dobrze - niemal na przodzie - wyczuwalne.
Początkowa roślinność, pudrowość zasugerowała czerwonawe... maliny... poziomki? Takie niedojrzałe, ale nie kwaśne, a jakieś... białe? Mdłe? Po chwili coś zaskoczyło. To na pewno były jakieś białe i żółte owoce egzotyczne. Obok bananów pojawiły się jakieś bardziej soczyste, rześkie i... niemal chłodzące? Słodkie lychee albo wręcz miękkie i płynące kaki? Ananas bez kwasku?

Od tych ostatnich rozpływała się wysoka słodycz. To kolejna fala bananów, ale czułam też wanilię, oczami wyobraźni widziałam jej laskę, a zaraz też jakieś... drzewa, korzenie, korę. Korzeń lukrecji? Sproszkowany, a więc pylisty, wdzierający się do nosa i chłodząco-drapiący w nim. Zarówno słodyczą, jak i ostrością. Drzewa i chłodek przejęły rześkość owoców. Zrobiło się bardzo słodko, jak... jak cukrowo-toffi twarde cukierki. I znów z naciskiem bardziej na taki ich "chłód" (?).

Bliżej końca mleczność znów zrobiła się bardziej roślinna, wręcz papierowa. Odebrałam ją jako słodką, ale i naturalnie słonawą. W pewnym momencie zaskakująco słoną, co jednak nie trwało długo. Czułam kokosa, mleczko kokosowe jako... shake z banami i innymi owocami egzotycznymi? Zasłodzone co niemiara, ale nie zasładzające, bo jednocześnie... chłodno-piekące lukrecją.

W posmaku właśnie one, drzewo-lukrecje, słodycz wanilii i egzotycznych, biało-żółtych (chyba głównie bananów) owoców pozostały. Dołączyło do nich mleko, tworząc z tego chłodny shake.

Z zaskoczeniem uznałam, że nutami zbliżyła się do Duffy's Panama Tierra Oscura 100 %: mleko (w 100% bardziej śmietankowe, tu bardziej roślinne), z ogromem lukrecji i słodko-słonawym aspektem oraz owocami (setka to wiśnie i cytrusy) niż do Duffy's Panama Tierra Oscura 72 % słodziutkiej w karmel, figi i kaki. Ta też była bardzo lukrecjowa i drzewna, ale... 72 % miała po prostu ciepły wydźwięk, a mleczna to chłód od początku do końca. Wprawdzie setka to oczywiście moc dymu, orzechów, ale wydźwięk podobny.
Miała charakter egzotycznych owoców Zottera Labooko Panama 72 % - choć bardziej chodzi o klimat, niż konkretne smaki.

Z tym, że czuć, że tu wykorzystano potencjał mleka i to, jak miesza się z nutami regionu. Roślinno-kokosowa, mleczna baza i słodka ostrość, chłodek lukrecji idealnie pasowały do delikatniejszych nut owoców (banany, egzotyczne inne jasne i jakaś ciemno-czerwona drobnica) i drzew.
Osobiście jednak żałuję, że wyszła aż tak słodko... gdyby tak dać np. mniej cukru, a 50 % kakao to chyba bym umarła z zachwytu.
Wprawdzie był z nią problem taki, że trudno poszczególne smaki i wątki połapać, uporządkować, bo dosłownie nimi uderzała: jedna nuta nie zdążyła się rozwinąć, a już pchała się kolejna. Jedna na drugą! Mieszały się, będąc chwilami trudnymi do określenia.

Producent wypisał nuty owocowe i "butterscotch" z lukrecją i ciemnymi wiśniami, z czym poniekąd się zgadzam, ale... Najciekawsze to te butterscotch, czyli holenderskie twarde cukierki maślane toffi. Hm, zgoda, ALE właśnie bardzo by pasowały, gdyby... wyciąć maślaność, haha. Bo co jak co, ale maślana na pewno ta tabliczka nie była.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £5.65 (za 60 g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 14 grudnia 2020

A. Morin Nicaragua Nicalizo Noir 70 % ciemna z Nikaragui

Przy Morinie Nicaragua Chuno 70 % postanowiłam, że mimo długiej daty na dniach zjem drugą tabliczkę tej marki z tego regionu. Przypomniało mi się, jak fajnie było móc doszukiwać się różnic między czekoladami Manufaktury Czekolady: Nicalizo 70 % a Chuno 70 %. Ten sam region, ale odmiana kakaowców inna - ot, gratka się trafiła znowu, co? Cóż miała mi pokazać północ Nikaragui w wykonaniu Morina?

A.Morin Nicaragua Nicalizo Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao odmiany Nicalizo (nazywanego też Trinitario-Acriollado) z Nikaragui.

Po rozerwaniu sreberka poczułam paloną korę drzew oraz czarną, zaparzoną kawę, jak i jej mocno palone ziarna. Wysoki stopień prażenia łączył gorzko-duszne, prażone fistaszki z soczystą ziemistością. Plątała się w niej kwasowość, która ziarnom kawy narzucała nibsowo-słodowy klimat, ale też do całości wnosiła sporo soczystości. Na pewno czułam cytryny, ale także kwaśno-słodkie suszone owoce: rodzynki, podkwaszone daktyle. Może też podsuszone, a wilgotne śliwki... Te znów były aż... podfermentowaną papką, mieszającą się z kwaśną ziemią. Lekka pikanteria zasugerowała cynamon, a fistaszki szły w parze z prażono-gorzkimi migdałami. Może właśnie w cynamonie albo... takimi, którymi daktyle były nadziane?
Kwaskawość łączyła z delikatniejszymi motywami, właśnie słodyczą, fistaszkami i migdałami, pewną nabiałowością... twarogu, śmietanki albo... tłustego twarogu ("śmietankowego")? Pomyślałam nawet o jakimś... likierze zabajone? Czymś jajecznym? Palonym creme brulee?

Ciemna tabliczka z przebłyskiem jak z mlecznej była bardzo twarda i trzaskała, wydając się przy tym kamienną i gęstą.
W ustach rozpływała się bardzo łatwo, choć długo i w pełny, gęsty sposób. Kojarzyła się przy tym z tłusto-suchawym masłem orzechowym, które nie wyszło ciężko-tłusto, acz konkretnie. Nie przytłaczała. Była raczej gładka, choć nieidealnie, bo jak gładki krem, który posypano np. cynamonem.

Gdy kawałek wylądował w ustach, rozeszła się po nich dość wysoka, szlachetna słodycz karmelu. Opiewała go żywa soczystość. Najpierw był delikatny, wręcz maślany. Obok takiego stanęły suszone, złote figi, by w kolejnej sekundzie uciec, zostawiając miejsce karmelowi bardziej palonemu i... daktylom. Pojawiła się silniejsza kwaskawość tychże, podkręcona cynamonem i alkoholową nutą słodkiego sosu / likieru (karmelowego? zabajone?).

Powoli, ale konsekwentnie, docierając wszędzie, rozlała się gorzkość kawy. Kawy bardzo czarnej, osnutej dymem. Palony karmel podkręcił jej smak, a ja po chwili poczułam soczyste, acz mocno prażone ziarna kawy. Mieszały się z ziemią, która wyszła trochę goryczkowato-pikantnie. Niczym sowicie posypana ostrym cynamonem. Cynamon... był korą, ale wyłapałam nie tylko go, a właśnie też korę-korę. Drzewną, paloną.
Cynamon niewątpliwie okrywał też migdały. Były to dokładnie migdały w mlecznej czekoladzie i pikantnym cynamonie. Nie tylko jednak; "pewniakiem były" migdały gorzko-podprażone, mieszające się z fistaszkami. Również bardzo prażonymi. Jedne i drugie wypełniały daktyle. Te połączyły kwaskawość i paloność z owocową rześkością.
W pewnym momencie do głowy przyszła mi też myśl, że... dawno nie jadłam tak czekoladowej czekolady. Tak mocno... kakaowo-mlecznej.

W tle, od tej początkowej maślaności, migdałów w mlecznej czekoladzie i "poniuchu" zabajone obracała się śmietanka... Jako coś gęstego i słodkiego. Palony creme brulee? Jajeczny likier?
A zaraz potem mignęła mi wizja gęsto-mulistego, rozpływającego się w ustach do potęgi czekoladowego, tłustego brownie. Być może brownie z nutą kawy; na pewno z nutą alkoholu.

Rześkość snuła się cały czas, ale dopiero mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wytoczyła konkretniejszy smak: cytrynę. Nie była jednak mocno kwaśna, a też trochę goryczkowata. Zaraz potoczyły się wokół niej jasne rodzynki i śliwki... suszone, a wciąż soczyste i wilgotne. To znów daktyle, które trochę wśród nich namieszały. Z drugiej strony dopływała do mnie nuta czerwonych owoców i śliwek. Miałam dziwną wizję rodzynek zmieniających się w różowe winogrona (proces odwrotny do suszenia?). Większość tych owoców miało właśnie... soczyście-mdławy wydźwięk różowo-fioletowych winogron. Kwasek tych wpływał w ziemię.

Jednocześnie w tle słodycz daktyli i karmelu mieszając się z orzechami pilnowała, by aż tak mrocznie się nie zrobiło. W pewnym momencie uchwyciłam nawet nabiałową neutralność. Twaróg... czy może lekka śmietanka? Jakby ktoś zapytał, czy dodać ją do kawy, na co rozmówca odmówił.

A ziemia, im bliżej końca, tym wyrazistsza i charakterniejsza, wręcz pikantna od przypraw korzennych (?) się robiła. Poczuła się uprawomocniona do tego przez kawę. Do tej dodano chyba trochę procentów, ale pozostała czarną. Nie tyle ziarnistą przez większość degustacji, co po prostu gorzką, rozgrzewającą kawą, ale pod koniec znów trochę i do ziarniście-nibsowej się schyliła. Spodobały jej się kwasko-nabiałowe sugestie? Dym i pikantny cynamon opadł na to niczym kurtyna.

Dym oraz mocne palenie, prażenie pozostały na koniec w posmaku. Niczym głośny aplauz zabrzmiała kwaśność ziemi, jednak zaraz ucichła na rzecz cytrynowo-śliwkowopodkwaszonej kwaskawości owoców. Czułam też złagodzenie, słodycz "rzeczy szlachetnych" i bezkresną czekoladowość po prostu. Wszystko to podkreślone prażeniem i korzennością.

Ta tabliczka to mnóstwo kawy i ziemi, migdałów i fistaszków, doprawionych cynamonem, skropionych alkoholem. Nie brak przy nich słodyczy karmelu, daktyli, zabajone. Przełożyło się to na wielopoziomową czekoladowość, której rześkości dodały cudowne cytryny, winogrona, śliwki i po prostu owocowa rześkość, bez mocnego smaku / kwaśności wymienionych.

Tę czekoladę odebrałam jako Morina Nicaragua Chuno 70 % z domieszką nut Ritter Sport 61 % Nicaragua, ale wykonanych perfekcyjnie i szlachetnie (cała palona kawowo-orzechowość z ogromem śmietanki i zabajone zapędy; RS był o wiele bardziej jajeczny).
Podobnie wyszła Manufaktura Czekolady Nicalizo 70 %, bo nuty miały niemal identyczne, ale jakby obie położyły nacisk na zupełnie coś innego. Morin to kawa z orzechami, daktyle, cytryna, winogrona z czerwonymi owocami, a Manufaktura orzechy z kawą, głównie winogrona i czerwone owoce (truskawki konkretnie) z cytryną. Kakaowa mleczność była wysoka w obu, aczkolwiek... Morin wyszedł bardziej pikantny, czekoladowy (nie owocowy) dzięki mocnemu prażeniu.
Morin Nicaragua Chuno 70 % był bardziej miodowy, drzewny (w Nicalizo rządziła kawa) i czerwonoowocowy. Podobna z kolei była mleczność, prażenie i wręcz pikanteria.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,49 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 13 grudnia 2020

baton Milky Way

Nigdy nie lubiłam Milky Wayów. Kojarzyły mi się z najgorszą, puszyście piankowo-ciężką czystą słodyczą cukru, podobnie jak Ptasie Mleczko z bonusową gumiastością. Lubiłam jednak opakowanie (a już wersji Midnight w ogóle kocham - acz nigdy jej nie jadłam), bo i zawsze do wszystkiego, co z kosmosem związane miałam słabość. W obecnym wyglądzie opakowania coś mi nie pasuje (wydaje się inna, ale nie umiem określić, co niby miałoby się zmienić - może chodzi o to, że teraz jest dłuższy i chudszy?), ale całościowo nadal wydaje się uroczy. Chciałabym, by coś tak fajniusiego było również fajniusie w smaku i w strukturze... a niestety, to mój koszmar. Dlaczego więc zawitał na blogu? Z prostej, a głupiej przyczyny. Wiele osób zaczęło zwracać mi uwagę, że jak porównuję coś do niego, to nie mam do końca racji, bo "Milky Way nie jest ciężki". Według mnie to ciężka pianka, zawsze to tak postrzegałam i dlatego nie lubiłam, ale w końcu aż zaczęłam wątpić. A może rzeczywiście pamiętam go źle? Nie łudziłam się, że mi posmakuje, ale chciałam sprawdzić, jaki to on obecnie jest (czy możliwe, że w czasach dzieciństwa był bardzo inny?).


MilkyWay to "batonik z mlecznej czekolady z puszystym nadzieniem (61%)", produkowany przez Mars.
Na opakowaniu / stronie bywa opisywany też jako: "białe puszyste nadzienie oblane czekoladą mleczną" lub "batonik z mleczną czekoladą z puszystym, piankowym nadzieniem".

Od razu po otwarciu poczułam głównie czekoladę jednoznacznie kojarzącą się z marsowymi batonami, którą ja postrzegam jako cukrowo-mleczną polewę z odrobinę zaznaczonym "kakałkiem", a nie czysto czekoladową. Obok była cukrowa, specyficzna piankowo-mleczna słodycz, aż o swej piankowości i uroczo-dziecięcym zacukrzeniu krzycząca.

Baton nie topił się w rękach i nawet bardzo miękki mi się nie wydał. Przy krojeniu... pozował na dość zwartego. Przy łamaniu już trochę się rwał, a czekolada łamała i ciskała w uginające się wnętrze.
Kolejna rzecz, jaka mnie zaskoczyła to kolor nadzienia. Najwidoczniej żyłam w będzie, bo nie wiem, jak wygląda biel. "Białe nadzienie" było bez wątpienia beżowe. Pamiętałam je jako białe, ale już swojej pamięci nie ufam.
Czekolada na wierzchu była miękkawo-polewowa. Tłusta, rozpływająca się gęsto i łatwo, szybko. Zalepiała i odsłaniała nadzienie, które...
Wcale się aż tak szybko nie rozpływało. Było piankowo-puszyste, ale nie wiem, czy lekkie. Kojarzyło się z gumiastą chmurką, której płaty można odrywać i które kulkują się i trochę się ciągną. Miękkie i plastyczne do granic możliwości, a jednak rozpuszczające się i zbijające w... we wciąż miękką, ale gumiastą masę.  Zupełnie jakby uchodziło z tego powietrze jak z balona. Nie było wprawdzie ciężkie, ale zalepiające. Nie jak mordoklejka, a jak guma rozpuszczalna z obłoczka. Według mnie to okropna struktura. Mniej więcej taka, jaką pamiętałam.

W smaku błyskawicznie poraził mnie cukier.

Czekolada okazała się jednak dość mocno mleczna, mimo że to słodycz stała na pierwszym miejscu. Zacukrzała, drapiąc w gardle już ona sama. Była wyrazista, a przy tym tanio-polewowa.

Nadzienie to czysty cukier, zwłaszcza w pierwszej chwili. Doszła do tego dziwna wręcz cukierkowo-piankowa słodycz. Zaraz potem odebrałam to jako trochę mleczne... nawet jak takie mleczne toffi. Palony cukier... puder? Odrobinę mleczna pianko-wata cukrowa? Coś z tego rodzaju. Zwłaszcza mieszając się z czekoladą sugerowało "dziwne toffi" (sama siebie zaskoczyłam tą myślą).

Nie zbiło to z tronu cukrowości ani trochę. Po prostu cukier usunął się jeszcze innemu, cukierkowo-sztucznemu czemuś, równie (a może bardziej?) słodkiemu.

Po zjedzeniu raptem gryza paliło w gardle, a ja w ustach czułam cukier i tandetny, kakałkowo-polewowy, cukrowy posmak wraz z nutą mlecznej pianki z cukru. Wykończyły mnie dwa gryzy. Słodycz poszła mi aż w zęby, które zaczęły boleć (mimo że nie mam żadnych problemów z nimi).

Resztę oddałam Mamie. Wypytywała mnie, jaki to Milky Way, czy karmelowy. Upierała się, że jest inny niż zwykły, że gorszy. "Z białym środkiem nawet kiedyś lubiłam, ale ten jest inny. Gorszy. Podobnie cukrowy, ale gorszy." Jak mówiłam, że to klasyk, machała mi przed nosem kawałkiem z beżowym środkiem i tłumaczyła, że chyba coś pomylili. Karmelu czy toffi nie czuła, a i sama jadła ostatnio "chyba z 10 lat temu", ale zjadła i jej aż tak nie przeraził mimo wszystko.

Nie wiem więc, co myśleć. Wiem jedno: to paskudny słodycz. Wiem, że dobrze kojarzyłam nadzienie jako gumiastą piankę. Może jednak minimalnie bardziej obłoczkową, niż pamiętałam, ale wcale nie było w tym przyjemnie lekkiego elementu. Miękki? I to bardzo, ale nie leciutki. To na pewno nie mousse czy coś, a gumiasta pianka. Paskuda. Zapach przynajmniej miało to względnie ok, uroczy, taki, co to może się podobać. Za to nie mogę sobie wyobrazić, by ktoś bezproblemowo był w stanie zjeść go w całości (a takie maleństwo!).


ocena: 2/10
kupiłam: Biedronka
cena: 0,99 zł (za 21,5g)
kaloryczność: 450 kcal / 100 g; baton 21.5g - 97 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, olej słonecznikowy, tłuszcz mleczny, tłuszcz palmowy, laktoza i białko z serwatki, serwatka w proszku, jęczmienny ekstrakt słodowy, lecytyna sojowa, sól, białko jaja w proszku, białko mleka, naturalny ekstrakt z wanilii

sobota, 12 grudnia 2020

Tibito Chocolate Meta 80 % ciemna z Kolumbii

Na koniec przygody z Tibitó umyślnie zostawiłam najwyższą zawartość kakao. Po jednej, dwóch liczyłam, że ta wreszcie pokaże, co kakao potrafi, ale jakoś zwątpiłam. Czytając potem o regionie, naczytawszy się, że rosną tam naturalnie bardziej słodkie ziarna, zrozumiałam, że zabieg z zawartością pewnie nie miał przełożyć się na "kakaową moc", a po prostu pokazać specyfikę. Ogólnie jednak bardzo cieszyłam się, że już żadna więcej mnie nie czekała. Dawno nie spotkałam się z marką, której wszystkie czekolady mimo nawet wielu fajnych nut, miały tak nudny, bezpłciowy klimat, osnute były taką nudą, że aż szkoda gadać. Jak dobry film z wyłączonym głosem w najniższej możliwej rozdzielczości.

Tibitó Chocolate Meta 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Kolumbii z regionu / departamentu Meta.

Po otwarciu poczułam kwaśny zapach kolejno limonki i grejpfruta / pomelo, osnuty nabiałowym, konkretniej twarogu, którego jednak po chwili tłustość jakby się skumulowała, wyciszając kwasek. Był niemal śmietankowy w trakcie degustacji. Zaraz i w trakcie degustacji, nachylając się nad czekoladą, wyraźniej niż cytrusy czułam znacznie słodsze nuty zacukrzonych wiśni w czekoladzie i alkoholu oraz śliwek w tłusto-maślanej, delikatnej czekoladzie i również z kropelką alkoholu. Twaróg chwilami robił się tak tłusto-niewyrazisty, że aż kojarzył mi się z ugotowanym ryżem (bo jednak wciąż z pewną wilgocią). Wydźwięk soczysty, ale przygłuszony.

Tabliczka koloru mlecznej była twardo-krucha; trzaskała, kojarząc się z taflą szkła. Przekrój ujawnił lśniący cukier.
W ustach rozpływała się niechętnie, jakby nie miała zamiaru. Pozostawała zbita i chłodna, jak właśnie tafla szkła, choć z czasem robiła się trochę bardziej wodniście-ulepkowa. Brak jej tłustości, a soczystość była znikoma. Wydała mi się gładka i lekko śliskawa jak trufla. Pojawiał się za to motyw, który ściągał i wysuszał.

Robiąc kęsa poczułam wyrazistą, kwaśną wiśnię, która po chwili przybrała nieco na słodyczy. Była cierpka, w którą to cierpkość wstrzelił się słodko-kwaśny grejpfrut.

Bardzo delikatna gorzkość rozeszła się niepewnie. Była lekko owocowa... ale nie do końca grejpfrutowa, bardziej jak... podgniłe owoce? Trochę palona... Jak owoce palone? Nagle pomyślałam o palonej śliwce, śliwce... kalifornijskiej suszonej? Była goryczkowata, a jednocześnie mdląco słodka. W tle wyłapałam ziarnistą kawę. Zaraz zalało ją jednak słodkie, czerwone wino. To wino wiśniowe i trochę śliwkowe albo... winne już, przegniłe wiśnie, więc i pikanterii w tym nie zabrakło. Korzenna, soczyście czerwona jak chili? Powoli szala smaku przesunęła się w stronę alkoholowej śliwki w jakimś maślanym nadzieniu i czekoladzie... polewie? Może to coś truflowego? Zrobiło się bardzo słodko. Czerwone wino... wciąż bez dwóch zdań słodkie, acz kontynujące ostre rozgrzewanie. Suszone śliwki kalifornijskie i maślany karmel w połowie rozpływania się kęsa wyszły na przód.

Mimo to w tle kwaśność wiśni i grejpfruta zebrała się całkiem nieźle. Czułam tam ściągające cytrusy i twaróg. Kwaskawy, coraz tłustszy... z czasem, jak i w zapachu, zmienił się w śmietankę. Śmietankowo-maślane tło zaczęło przygłuszać gorzkość i mieszać się ze słodyczą. Z owoców ostała się pewna roślinność, żywotnośc - może lekka rześkość. Pomyślałam o wilgotnym, ugotowanym białym ryżu i... ryżu nieco doprawionym (jak do sushi) czy... risotto z winem?

Bliżej końca wciąż było "biało". Oto wszystko przyprószył cukier puder, taki trochę... palony? Klimat był bowiem opalany, a i karmel, i kawa coś tam ugrać próbowały. Cukier puder mieszał się ze śmietanką i masłem, więc pomyślałam o delikatnym, alkoholowym śliwkowym kremie... W jakimś tłustym, kawowo-czekoladowym torcie, który może i jakieś twarogowo-serkowe warstwy miał. Dosłownie sama końcóweczka zrobiła się kawowo-nibsowo ziarnista, charakterniejsza.

Po zjedzeniu został posmak winnych, niemal pikantnych wiśni, albo właśnie alkoholu, śliwek, mdlącej słodyczy podrasowanej goryczką i pikanterią. To też cytrusy nieco żywsze, grejpfruty, wyrazistsza limonka i znów śliwko-wiśnia - te podkreślone alkoholem. Oprócz tego czułam suchość w ustach: trochę kakaową, a trochę "zalepiającą" jak po cierpko-słodkim nabiale.

To kolejna Tibito, która miała nuty na dziesiątkę (wiśnie, śliwki w alkoholu, wino, twaróg i grejpfrut oraz odrobinka kawy oraz interesująca roślinność, pikanteria i alkoholowość wypływająca raz po raz), ale niestety w wydźwięku jakby chciała, a nie mogła. Cukry pudry, za tłusty nabiał, maślaność po prostu zbytnio hamowały to, co dobre. Także pod względem struktury nie podobał mi się opór.

Wydała się podkręconą, bardziej wiśniowo-cytrusową wersją truskawkowo-winnej i pikantnej Putumayu. Twarogowo-ryżowa nuta przywołała z kolei wspomnienie kaszowo-nabiałowej Arauca, też korzennie przyprawionej.
Gdy chodzi o odbiór, była prawie tak niezła jak nabiałowa, cytrusowo-bananowa i ziarnista, przyprawiona Choco czy bananowo-roślinnie-miętowa Tumaco. W życiu bym jednak nie powiedziała, że miała więcej od nich kakao.

Wszystkie Tibitó łączy "element stopujący". A szkoda, bo nuty prezentują obłędne. Gdyby więc miały przyjaźniejszą konsystencję, a smaku nie powstrzymywały nuty cukru pudru, mogłyby to być same 9 lub 10. Tak zmarnowany potencjał... to aż boli.


 ocena: 7,5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,59 zł (za 80g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 357 kcal* / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

*Naprawdę nie mam pojęcia, czy się nie pomylili i np. nie jest to wartość porcji / opakowania.

piątek, 11 grudnia 2020

Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection 74 % Intense from Peru ciemna z Peru

Na koniec ritterowej linii, w którą weszły trzy czekolady o określonym kraju pochodzenia kakao, zostawiłam tę o najwyższej, licząc, że posmakuje mi najbardziej. Niestety jednak, po Cocoa Selection Ghana 55 % Smooth, a już na pewno po Cocoa Selection 61 % Fine from Nicaragua straciłam nadzieję. Oczywiście z rezygnacją w końcu się po nią zabrałam, ale jak najpierw przychylniej spojrzałam na producenta, tak cały zapał opadł mi kompletnie. Czy w dzisiejszych czasach naprawdę aż tak trudno o normalną, smaczną czekoladę w przystępnej cenie? Najwidoczniej.

Ritter Sport Kakao Klasse 74 % Die Kraftige aus Peru / Cocoa Selection Intense from Peru to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Peru.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam mocno palony zapach, kojarzący się z węglem i dymem. Na tyle jednak słodki i niesiekierowaty, że w głowie miałam raczej słowo: "węgielek". Był złagodzony pewną maślanością, nutą śmietankowego likieru czy kawy ze słodkim, śmietankowym likierem. W tym likierze przewijała się lekka cierpkość, mieszająca się z ciężkawą nutą czerwonych owoców. Dominowała wśród nich żurawina, ale plątały się też śliwki, a oczami wyobraźni zobaczyłam jakiś czerwony żelko-kisiel... Albo glutowaty pudding roślinny, którego kwasek został podkręcony cytrynowym...? Czymś kwaskawym, ale mniej spożywczym? Z czasem też ten węgielek zaczęłam postrzegać jako kwaskawy.

Tabliczka w dotyku wydawała się dość sucha, ale konkretna i zwarta.
Do przełamania potrzeba naprawdę sporo siły, by wreszcie usłyszeć porządny trzask. Przekrój także wydał mi się zbity. Niestety dostrzegłam połyskujący cukier.
W ustach potrzebowała trochę czasu nim zaczęła się rozpuszczać, a gdy już to nastąpiło, obrała... dość leniwą, nawet nieco oporną taktykę. W końcu jednak minimalnie miękła i zmieniała się w zbity maso-krem. Był bardzo, przytłaczająco wręcz, tłusty jak zimne masło czy niedojrzałe awokado i suchy jednocześnie, jakby miał zaraz zacząć trzeszczeć od pyłku kakao i cukru. Mimo otłuszczania, czekolada wydawała się... po prostu znikać.

Umieściwszy kawałek w ustach poczułam zdecydowany motyw dymu i węgla, które jednak nie były jakoś specjalnie mocne. Ich gorzkość natychmiast równoważyła lekka maślaność. Zaraz rozpędziła się, stając się coraz bardziej "maślaną" śmietanką, aż w końcu pomyślałam o kawie z syropem alkoholowym... albo likierze śmietankowym z kawą. Takie trochę irish coffee? Na pewno coś poważniejszego, ale i dość słodkiego.

Szybko smaki te złamała kwaśność. Początkowo dymno-węgielna, mało spożywcza. Mignęły mi apteczne klimaty, ale zaraz pomyślałam też o mdławym roślinnym puddingu, czymś glutowatym... Węglu roślinnym? Może też tłuszczowym? Pewna nijakość wkradła się w kwaśność, lecz obok wskoczyła też cierpkość.

Kwaśność zrobiła się cytrynowa, a w połowie rozpływania się kęsa pojawiły się czerwone owoce. Pomyślałam o żurawinie. Suszona żurawina przytoczyła więcej czerwonych owoców. Likierowość zmieniła się w czerwone, słodko-wytrawne wino. Pojawiła się słodka soczystość, dojrzałe czerwone porzeczki. Zrobiło się trochę wędzono śliwkowo i... coraz bardziej żelkowo-gorzkawo. Mimo bowiem całej gorzkości i powagi kompozycji, czuć także prostą, lekko cukrową słodycz.

Bliżej końca do gorzkawości wrócił dym. Mocne palenie było wyczuwalne cały czas, pod koniec jednak owoce podsyciły dym i węgiel. Te wydały mi się aż odrobinę smoliste, ale... delikatne, jak doprawione słodkim likierem czy winem. Alkoholowe rozgrzewanie... na dobrą sprawę mogło też być słodko-pikantną korzennością.

Po zjedzeniu pozostała cierpkawość, goryczka likieru, węgla i przypraw korzennych, a także kwaśność cytrynowo-żurawinowa wymieszana z "węgielkiem", lekami i okryta dymem na tłuszczowo-śmietankowo-maślanym tle.

Całość wyszła z potencjałem, ale kiepsko. Gorzkość była mocno palona, ale złagodzona tłuszczem i bez dwóch zdań z zachowawczą, prostą słodyczą. Węgielne nuty mieszały się z alkoholem i czerwonymi owocami, cytrusami i śliwkami, co było zaskakująco wyraziste, ale... właśnie niestety i tak schowane za hamującym, tłuszczowo-cukrowym motywem. Strasznie to uładzone. To jak zwiedzanie... online w Google Maps zamiast na żywo.
Odpychała mnie tłustość, także ta smakowa, ale... potencjał dostrzegłam, bo nuty czuć, tylko... tylko miazga kakaowa potrzebowałaby tu innego towarzystwa - mniej tłuszczu i np. cukier trzcinowy? Albo chociaż to pierwsze. Chciałam już po kostce / dwóch ją olać, ale też miałam poczucie, że głupio tak i przymusiłam się dalej... Odpadłam po 5-ciu. To dla mnie za dużo tłuszczowości, oddałam resztę tacie. Tak narzekałam do Mamy, że aż z ciekawości spróbowała, bo nie wierzyła: "Myślałam, że jak zwykle przesadzasz, a tu rzeczywiście, fu... jaka tłusta! I nawet jak jadłam to nie taka gorzka, tylko jak zjadłam to ta gorzkość została. Na smaku się przez tę tłustość nie skupiłam, straszna, rzeczywiście." A Mama lubi tłuste rzeczy...


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 4 zł
kaloryczność: 627 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 10 grudnia 2020

Marou Tien Giang Vietnam 80 % ciemna z Wietnamu

Tę czekoladę planowałam zdobyć właściwie odkąd poznałam markę Marou. Lubię zawartość kakao 80 %, a niestety ten wietnamski producent trzyma się raczej 70 (jak na złość!). Jednak to Tien Giang 70 % zawładnęła mym sercem. Pamiętałam dobrze, jak z każdym kęsem zakochiwałam się coraz bardziej. Nie dziwi więc fakt, że perspektywą - wreszcie! - zjedzenia potencjalnie jeszcze bogatszej w sadystyczną moc tego kakao, byłam wręcz niezdrowo podniecona.

Marou Tien Giang Vietnam 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao (miazga + tłuszcz) trinitario z Wietnamu z regionu Tien Giang (położonego w delcie Mekongu).

Już w trakcie rozchylania złotka uderzyły mnie rozgrzane słońcem i ciepłymi przyprawami drzewa. Wyraźnie poczułam soczyście-ostre chili, ale także podsuszone zioła, w których obecna była pewna rześkość. Rześkość, soczystość... a jednak o wytrawnym charakterze. Niepewnie snuł mi się po głowie podwędzany ser, przyszły prażone orzechy... zmielone na miazgę? Miazgom nie było końca, ponieważ drugą składową były lżejsze nuty: dżem morelowy (gęsty i jędrny) oraz... suszone jabłka? W otoczeniu wielu innych suszonych owoców, jakby miodowo słodkich fig i... w ogóle bakalii.

Ciemna, lśniąca tabliczka okazała się twarda i głośno trzaskająca. Odebrałam ją jako bardzo pełną.
W ustach rozpływała się w pełny sposób z racji gładko-kremowej tłustości. Zalepiała i pozostawiała jeszcze bardziej zalepiające smugi, z czasem przerzedzające się soczystością. Też jednak specyficznie gęstą jak jakieś masy / miazgi / dżemy.

Gdy tylko kawałek znalazł się w ustach, rozbrzmiały w nich drzewa i soczystość. Były to drzewa żywe, rozgrzane słońcem i przyprawami. Drzewa... z młodymi liśćmi, częściowo ukwiecone. Zaraz rozeszła się od nich lekka ziołowość i pikanteria chili. Graniczyło między przyprawą, a świeżą papryczką. Tak samo było z innymi. Pomyślałam o podsuszonej, kwaskawo-soczystej trawie cytrusowej i innych "orientalnościach".

Przez to do głowy przyszło mi jakieś orzechowe curry, masło orzechowe i orzechy prażone. Wniosły wyraźniejszą, wręcz lekko podwędzoną gorzkość. Masło orzechowe... nie było jednak tym popularnym, amerykańskim smarowidłem, a zmielonymi orzechami... może też jakimiś pestkami (dynia / słonecznik?). Snuł się w tym dym i "podwędzony ser", który z kolei w istocie był jedynie... maślano-soczystym wątkiem? Na pewno wytrawnym i smakowitym. Wiązało się to z drzewami i stanowiło przejście do bakalii. Płynęło jednak z wolna, jako baza.

W tym czasie w kompozycję wstrzeliła się kwaśna wiśnia, igrając z soczystością chili. Kwaśność owoców mniej więcej w połowie na dłuższą chwilę przybrała postać cytryny, zarówno soku jak i skórki, a następnie... jakbym rozgryzła winogrono i zajęła się jego grubą, kwaśną skórką. Po chwili zaś jak gryz chrupkiego, zielonego jabłko. Jabłko jednak uległo otoczeniu. Czy było suszone? A może to coś innego słodko-gęstego? Bakaliowa masa albo po prostu bakalie?

Te już odpowiadały za słodycz, która w drugiej połowie rozpływania się kęsa przybrała na znaczeniu. Wydała mi się niemal miodowa, miodowo-pikantna i goryczkowata. Ogrom roślinności zasugerował figi i inne suszone owoce. Może trochę kwaśno-słodkich rodzynek, może jabłka. Ogólna ostra soczystość zasugerowała masę makowo-bakaliową z orzechami, a po chwili...

Tak, słodką, owocową masę - dżem morelowy. Skropiony cytrynką, w towarzystwie lekkiej wiśni i chili, dzięki któremu wróciły przyprawy i ich goryczka. Raz po raz odlegle mignęła ziemistość.

Smak na końcówce znowu zrobił się bardziej gorzki w sposób ciepły, drzewno-ziołowy i ostry. Tu już pikanteria rozgrzała język całkiem mocno. Znów pomyślałam o orzechowym curry-miazdze i masie makowej.

Orientalne przyprawy, orzechy i drzewa, wonne drewno, pozostały w posmaku wraz z ziołową rześkością, dziwnie ziołową cytrusowością i słodziutkimi bakaliami. Przy wszystkim stała soczystość, która jednak nie reprezentowała już niczego konkretnego. Poczucie to towarzyszyło mi jeszcze jakiś, średnio długi okres czasu.

Ta czekolada miała dla mnie wydźwięk "przyprawowo"-drzewnych kadzideł i słodko-gęsto-soczystych owoców. Zachwyciła mnie. Wytrawnie-podwędzone nuty cudownie zgrały się z orientalną pikanterią, serwując sporo soczystych, mimo że suszonych, owoców.

To w sumie zdarza się rzadziej, niż mogłoby się wydawać, ale okazała się po prostu wzmocnioną Tien Giang 70 %. Również czułam dym, drzewa, wytrawność i bukiet przypraw, a także tak dziwne rzeczy jak miazga z orzecho-pestek (słonecznik, dynia), masa makowa. Figi, rodzynki, miód, prażone orzechy - te same!
Z tą różnicą, że 80 % wyszła bardziej gorzko-kwaśno (więcej w niej drzew i pojawiły się cytrusy), roślinnie (w 80 % wiśnie, dżemy morelowe, a w 70 % alkoholowo-owocowe syropy, karmel z owocami), "przyprawowo"-wytrawnie niż korzennie słodka, bardziej miodowa i wręcz karmelowo-bananowa 70 %.
Lepszej nie wybiorę oczywiście, bo każda to mistrzostwo w swojej zawartości.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £6.95
kaloryczność: 605 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy