sobota, 22 lutego 2025

Soar 80 % Belize Dark Chocolate / Темний шоколад ciemna z Belize

Uwielbiam odkrywać nowe marki czekolad, acz najchętniej zamawiałabym je po 2 tabliczki w ramach większych zamówień ze sklepów z czekoladami. Zamawianie większej ilości bezpośrednio od producenta jest bardziej ryzykowne, jednak gdy przypadkiem znalazłam na Instagramie ciekawą ukraińską markę Soar, uznałam, że dam im szansę. Mając już tabliczki u siebie, nie bardzo wiedziałam, od której zacząć, aż w końcu drogą eliminacji padło na tę.

Soar 80 % Belize Dark Chocolate / Темний шоколад to ciemna czekolada o 80% zawartości kakao z Belize; słodzona cukrem kokosowym.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach różnych, cierpko-goryczkowatych ziół. Świeżych i suszonych, a niektóre mogły być palone. Wybijał się z nich na przód tymianek. Osłodził go niedookreślony, miodowo-drożdżowy wypiek. Pieczonością umocnił myśl o ziołach palonych. Czułam też paloną kawę, acz złagodzoną i osadzoną w orzechowe realia, że pomyślałam o kawowym maśle orzechowym. W orzechowości, oprócz niego, pojawiły się charakterniejsze orzechy włoskie i pekan, chyba też brazylijskie. W oddali przemknęły mi soczyste, ale słodkie tak, że chyba w miodzie... brzoskwinie? I... pomarańcze miodowo-kandyzowane?

Choć na pierwszy rzut oka tabliczka wyglądała może i ładnie, forma takich kulek mnie wydała się niewygodna.
Dziwnie lśniąco-matowa tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu adekwatnie głośno trzaskała. Czasem jakby wierzch którejś z wypukłości dziwnie odpryskiwał.
W ustach rozpływała się maziście i powoli, konsekwentnie pokrywając podniebienie nieco lepkawymi smugami. Te jednak zaraz odpuszczały za sprawą soczystości. Czekolada była tłusta w sposób maślany, ale od tego odwracała uwagę nie tylko soczystość, ale też lekka pylistość, wyłaniająca się z czasem. Końcowo wydała mi się trochę ściągająco-taninowa.

W smaku pierwsza rozeszła się średnio wysoka słodycz. Miała chłodno-rześki charakter, przez który pomyślałam o jasnym, słodkim... syropie z brzozy? Dziwnie chłodno-rześkim, niemal słodzikowym miodzie. Miodzie akacjowym?

Bardzo daleko wychwyciłam obietnicę gorzkości i taninową cierpkość... i drożdże? Pomyślałam o wyrabianym właśnie winie albo winie, w którym one jakoś wybiły.

Słodycz wzbogaciła się o soczystość. Rosła, idąc w kierunku żółtych owoców, ale przerobionych na nadzienie... jakiś sowicie wypieczonych, kruchych rogalików? Rogaliki wprowadziły karmel. Był palony, ale wciąż łagodny. Znacząco podniósł słodycz do poziomu średnio-wysokiego, pochłaniając drożdżową nutkę. Stała się drożdżowym, słodkim wypiekiem.

Poprzez palono-pieczony wątek odważnie wkroczyła gorzkość. Miała ugodowy, ale wyrazisty charakter. Pomyślałam o czarnej kawie, zaparzonej na świeżo zmielonych ziarnach, przyprawionej w nieoczywisty sposób... Tymiankiem? Tymianek sam w sobie mógł być nieco palony, acz to na pewno on. Kawa połączyła się dzięki niemu i paloności z ziołami.

Zioła w pierwszej chwili wydały mi się palone, jednak zaraz z mojej głowy wizja palonych, suchych gałązek umknęła na rzecz ziół... zawilgoconych? Rosnących gdzieś w cieniu, wilgotnych od chłodnego otoczenia.

Soczystość i tanina podchwyciły te leśne klimaty, serwując mi trochę jeżyn i czarnych porzeczek. Odnotowałam też wiśnię, która zmieszała się z nimi w lekkim, cierpkawym kwasku i specyficznej słodyczy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za sprawą tej wilgoci ziół wrócił chłodek, a wraz z nim miodowa nutka. Tym razem jednak mniej oczywista, idąca w kierunku... miodowo-kawowego masła orzechowego? Gorzkość zmalała, a kawa się nieco rozmyła. Ciemne owoce podobnie, zamieniając się w niemal cukrowe "jelly" - galaretkę do masła orzechowego.

Raczej fistaszkowe masło orzechowe przywołało jednak więcej charakterniejszych orzechów włoskich. Chyba czułam też tłustsze pekany i orzechy brazylijskie. Przejęły pieczoną nutę rogalików i zmieniły ją w prażenie. Karmel, już odrobinę bardziej palony, podkradał się pod nie raz po raz.

Kontrastowo owoce wyrwały do przodu (choć na pierwszym planie tylko zaznaczyły się grzecznie obok ziół i kawy z drożdżowymi wypiekami). Te kwaskowate i ciemne jednak nie dogoniły mknących żółtych. Czułam brzoskwinie i mango, ogólnie jeszcze coś egzotycznego - jakby spieszyło im się pokazać przed końcem jak najwięcej. Słodycz chwilowo przełamał lekki kwasek limonki.

Zaraz jednak słodycz wróciła z nową siłą, znowu zamykając żółte owoce w jakiś wypiek owocowo-drożdżowy. Z odrobiną skórek cytrusów? Kandyzowanych, niedookreślonych? Może pomarańczowych? Słodki wypiek spróbował jeszcze przełamać tymianek. Poczułam się, jakbym go przepiła kawą, a zaraz władowała do ust kolejny kęs.

Po zjedzeniu został posmak żółtych owoców, przeplecionych cierpkimi jeżynami oraz orzechów. Masła orzechowego fistaszkowego z dodatkiem włoskich? Pojawił się też kruchy wypiek o karmelowo-drożdżowych zapędach, a także cierpkość kawy z ziołami. Słodycz wydała mi się chłodna, rześka i miodowo-słodzikowa, trochę gryząca w język. Mieszało się to z taninowo-drożdżowym odczuciem.

Czekolada była bardzo, bardzo ciekawa, acz mnie brakowało trochę wyrazistszej gorzkości i może kwasku. Wyszła dość łagodnie. Miała jednak intrygujące nuty kawy z tymiankiem, drożdżowo-miodowych wypieków nadzianych owocami żółtymi. Czułam brzoskwinie i mango, przeplecione ciemnymi owocami, trochę leśnego chłodu i dużo orzechów. Przede wszystkim fistaszkowe masło orzechowe i orzechy włoskie, ale też różne orzechy po prostu. Paloność kawy, ziół, pieczenie zacnie wszystko zgrały tak, że mimo tej łagodności, nie było nudno. Chłodny wydźwięk słodyczy zapewne pochodził od cukru kokosowego. Jestem zaskoczona, że tak dobrze to wyszło, bo zazwyczaj wydaje mi się za intensywny, tłamszący samo kakao. Tu się sprawdził!

Pol Contreras Vilaprino Belize 80 % Cosecha 2019 Chocolate negro / Dark Chocolate serwowała mokre kamienie, skały i ziemię z czarną herbatą, kremem orzechowym i orzechami włoskimi, mieszające się ze złożonym, niejasnym splotem owoców (placki malinowe, różowe winogrona, porzeczki i bez jako syropy). Ją posłodzono cukrem panela, przejawiający się jako mocny, przypalony karmel - stanął nieco obok tych wszystkich nut i to mi trochę przeszkadzało. Ogólnie bowiem nuty kakao były cudnie mocarne. Soar wydała mi się lepiej posłodzona też trudnym cukrem, ale ogólnie łagodniejsza, więc ciutkę mniej zachwycająca.


ocena: 9/10
cena: 5€ (około 21 zł; za 80g)
kaloryczność: 538 kcal / 100g
czy kupię znów: chciałabym móc do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier kokosowy

piątek, 21 lutego 2025

Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao mleczna z nadzieniem waniliowym z kawałkami karmelizowanego kakao / nibsami

Ta czekolada wydaje się tak nie moja, że wciąż się dziwię, że w ogóle tu trafiła. Dostałam ją od ojca, ale zamiast od razu mu ją zwrócić czy oddać Mamie, przyjęłam ją, myśląc, że w sumie mogę spróbować. Pomyślałam o niej jako o tabliczce ni cookies&cream, ni stracciatella i się zastanowiłam, czy coś takiego jako czekolada w ogóle mogłoby się udać. Tknęło mnie, że już w sumie może się to okazać bardziej funkcjonalne niż lody czy jogurty w tym wariancie, w których kawałki czekolady zazwyczaj wychodzą jak blaszki bez smaku (zazwyczaj? tu z kolei zastanowiłam się, kiedy coś takiego ostatnio jadłam... że już nawet nie pamiętam, a od wielu osób słyszałam, że w tych wariantach czekoladowe kawałki wychodzą smacznie). A jednak mimo wyglądu, to nie miała być tabliczka stracciatella, a z nibsami, o czym dowiedziałam się, już ją mając. Nibsów nie lubię nawet w ciemnych, a białe z nimi lepiej nie wychodzą. Na co więc się porwałam? Sama nie wiedziałam. Obstawiałam, że spróbuję, a reszta pójdzie do Mamy.

(Côte d'Or) Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao to mleczna czekolada z (39%) nadzieniem waniliowym z (4%) kawałkami karmelizowanego kakao / nibsami; produkowana przez Mondelez.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach wanilii, wpisanej jednoznacznie w lody śmietankowe o smaku waniliowym. Wysoka słodycz tego splotu mieszała się z cukrowością samej czekolady, która stanęła tuż za nimi. Chyliła się trochę ku plastikowi.
Po podziale na znaczeniu jeszcze przybrały lody waniliowo-śmietankowe, ujawniając mocno wanilinowe skłonności. Czekolady jednak nie zagłuszyły,

Wielka i gruba tabliczka w dotyku wydała mi się bardzo tłusta. Była masywna ze względu na grubość, ale nie twarda. Nie trzaskała i wydawało się, że najchętniej to by się w ogóle rwała. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz zacznie rozpuszczać się w dłoniach (realnie tego nie robiła).
Przekrój ujawnił, że miękkie i plastyczne nadzienie w zasadzie idzie po całości, a nie tylko wypełnia wybrzuszenia kostek. Gdy zaś połamie się czy przegryzie kostkę, widać, że nie pożałowano go. I pokazały się też pojedyncze drobne punkciki kakao. Sama czekolada też stanowiła grubą warstwę - da się ją zdjąć nożem jako tako z kremu ze względu na miękkość, co zrobiłam, by popróbować tych części osobno.
Robiąc kęsa, stykałam się z ogólną miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w tempie szybko-umiarkowanym. Była kleista i maziście-kremowa, a także bardzo tłusta w śmietankowy sposób. Szybko ujawniała nadzienie, łącząc się z nim spójnie.
Krem był jeszcze tłustszy. I to o znacząco, w śmietankowo-oleisty sposób. Okazał się też o wiele bardziej miękki, a do tego plastyczny. Wydał mi się gładki i lepki. Znikał szybciej niż czekolada. Nibsy zaznaczały się na języku po pewnym czasie, ale nadzienie mocno je otulało, więc łatwo nie zwracać na nie uwagi, aż reszta się rozpłynęła. Od niektórych rozchodziła się pewna wodnistość - obstawiam otoczkę z cukru ("karmelizowanie").
Nibsy gryzłam na koniec, tylko na próbę może ze dwa gryząc wcześniej "obok czekolady" - oddzielenie ich od reszty stanowiło wyzwanie ze względu na bagnistą kleistość całości. Przy tych o wiele bardziej zaznaczała swoją obecność cukrowa otoczka - jakby po prostu były obklejone drobnym cukrem. Przez niego aż trudno było skupić się na samych nibsach.
Gryzłam je więc na koniec, gdy wszystko się rozpłynęło. Były wówczas średnio twarde i krucho-chrupiące; suche. Niektóre jeszcze potrafiły bardziej rzężąco-chrupnąć ze względu na cukier, który zdążył zniknąć tylko częściowo.

W smaku mleczna czekolada przywitała mnie mocno mlecznym smakiem. Już sekunda-dwie później wysoka słodycz wyprzedziła mleko. Cukrowość szybko zaczęła dominować, spłycając smak czekolady do cukrowo-plastikowej polewy, w której mleko nie nadążało.
Spróbowana osobno jakby próbowała udawać Milkę, ale w jeszcze bardziej budżetowej wersji.

Nadzienie jednak trochę podbiło mleczny wątek, umacniając go nie tylko mlekiem, ale też wręcz śmietanką. Ta zabrzmiała  równocześnie z waniliową nutą. Skojarzyło mi się to z lodami o smaku waniliowym na bazie mleka i śmietanki. Wyraźnie "o smaku", bo wanilia zdradzała pochodzenie z aromatu. Słodycz rosła nieubłaganie, a nadzienie w dodatku podyktowało jej ciężki, wręcz wanilinowy charakter.
Na czas debiutu nadzienia czekolada trochę się wycofała. To nadzienie stanowiło o mleczności ogółu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się za słodko i aż drapało w gardle. Powodowała to głównie cukrowa czekolada. Mimo ogólnej cukrowości i tego, że nadzienie choć starało się być po prostu waniliowym, jawiło się jako wanilinowo sztuczne. Wyłaniające się, niegryzione nibsy za sprawą karmelizowania jeszcze podwyższyły cukrowość.
Za nieubłaganą słodyczą cukru i waniliowo-wanilinową ciężkością odnotowałam też mglistą oleistość. Nadzienie zaczęło robić się trochę bardziej mdławe, niby było mleczne, ale jakby mleko i śmietanka osłabły z sił. Wykorzystała to sztuczność waniliny i plastikowość czekolady.

Końcowo czekolada wydała mi się bowiem jeszcze bardziej plastikowa i wręcz czysto cukrowa.

Nibsy gryzione na koniec jeszcze pamiętały cukrowość otoczki - przy niektórych zaplątały się drobne kryształki białego cukru, który wyraźnie czuć. Nibsy same w sobie okazały się palone i gorzkie, nawet sporadycznie lekko kawowe. Po kumulacji słodyczy i ciężko-plastikowym echu, wyszły jednak zgaszone, bardzo delikatne. Trochę tonowały słodycz, ale tylko tę smakową - w gardle drapało i tak.
Gryzione obok czekolady w zasadzie prawie nic nie wniosły. Otoczenie bardzo je stłamsiło, zgubił się smak nibsów, za to bardzo dobrze czuć po prostu cukier.
Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Po zjedzeniu został posmak cukru i sztucznej wanilii, przywodzącej na myśl lody śmietankowo-waniliowe, ale rozrzedzone wodą. Czułam też leciuteńką goryczkę nibsów oraz cukrową, lekko mleczną plastikową polewę, która udaje czekoladę.

Całość była mocno kiepska - nie tylko dlatego, że nie w moim typie. Cukrową, tandetną czekoladę wypełniało przesłodzone, oleiste nadzienie. Oddawało tanie lody waniliowe na śmietance i mleku. Tak, było mocno waniliowe, ale wyszło dość sztucznie, wanilinowo. Mimo że krem napędzał mleczność, była to mleczność stłamszona słodyczą, z tandetną naleciałością. Nibsy wyszły zaskakująco niewyraźnie. Mimo że gorzkawe, to zagubione. Dodano ich chyba za mało i za bardzo je podrobiono, by mogły pomóc reszcie. A w ogóle ich "karmelizowanie", czyli jakieś oklejenie cukrem uważam za kpinę. Po co?
Zjadłam kostkę, a resztę oddałam Mamie. Opisała: "No strasznie słodka całościowo była. Ta czekolada na wierzchu taka polewowa trochę, a nadzienie niezbyt waniliowe. Powiedziałabym, że śmietankowe. Najfajniejsze to w niej były takie kawałki chrupiące. Karmel? Bo chrupały fajnie i przebijały resztę. To były karmelizowane nibsy?! Nie zgadłabym, ale ja się nie znam. Taka tania, ale zwyczajna".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, rzepakowy), odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, laktoza, serwatka w proszku, kawałki kakao / nibsy 2%, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat

czwartek, 20 lutego 2025

Honeymoon Chocolates 77 % Semuliki Forest Dark Chocolate ciemna z Ugandy z miodem

Gdy stanęłam przed okazją wybrania do kupienia czekolad z amerykańskiej strony internetowej, celowałam w te niedostępne i/lub nieznane w Europie, kierując się opisami nut, wypisanymi przez producentów. Układając czekolady do komody, na nazwę tę firmy uśmiechnęłam się, ale jeszcze niczego nie podejrzewałam. Dopiero przygotowując posta pod recenzję zobaczyłam skład i rozjaśniło mi się, że nie chodzi o miesiąc miodowy, czas potencjalnie przyjemny, intymny... a miód po prostu. Władowałam się w degustacyjną czekoladę z miodem?! A przecież wystarczyło wejść na stronę producenta... Dlaczego tego nie zrobiłam?! Żeby nie było: miód uważam za zacną, szlachetną rzecz, ale już parę razy przekonałam się, że jest zbyt intensywny do czekolady i potrafi zagłuszać jej nuty, sam też nie prezentując się tak, jak mógłby. Acz czy z tą będzie tak samo, było tylko moimi domysłami. Co wiedziałam na pewno? Honeymoon powstało w 2016 roku w akademikowej kuchni w Stanach. Cam i Haley bardzo rozwinęli swoje hobby, obecnie mają całą fabrykę i wspierają małe, rodzinne gospodarstwa oraz lokalnych pszczelarzy (kupują od nich, ale także łożą pieniądze na badania nad pszczołami). Cenią sobie walory smakowe, ale też zdrowotne, dlatego używają surowego miodu, nie cukru. Ich hasło to: "Honey, Meet Chocolate". Ich pomysł na siebie mi się podoba, ale... czy czekolada z miodem nie będzie mi za bardzo miodowa, a za mało bogata w nuty kakao? 

Honeymoon Chocolates 77% Semuliki Forest Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ugandy, z lasu Semuliki, słodzona surowym miodem.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach pikantnego miodu na ciemnym chlebie, być może chlebie zrobionym na miodzie oraz piernika ze śliwką. Śliwka trochę wymykała się z niego, sugerując też wątek świeżo owocowy. Czułam mnóstwo kwiatów w różnych wydaniach: ciężkawe, cmentarne, którym towarzyszyła ziemia połączyły się z niemal kwiatowym, rześkim melonem miodowym. Do tego pojawiły się migdały w miodzie. Słodycz nie była wysoka, ale wydawała się wszechobecna. Kompozycja wyszła poważnie, gorzkawo, i szlachetnie niczym mousse czekoladowy.

Tabliczka wydała mi się średnio masywna i trochę lepkawa w dotyku. Przy łamaniu okazała się... ani twarda, ani zupełnie nietwarda, trochę krucha. Robieniu kęsa za to już towarzyszyło poczucie zawilgocenia i pewnej prawie miękkości. Wydawała z siebie niezbyt głośne chrupnięcia. W przekroju pokazały się jakieś białe drobinki.
W ustach potrzebowała chwili by zacząć się rozpływać, a potem robiła to w miarę łatwo, przyspieszając do tempa średniego. Choć zbita, brakowało jej czekoladowej gęstości. Była trochę maziście i niby tłusta niczym masło, ale z przełamaniem, na które przełożyła się piaszczystość, ziarnistość. Do tego doszła lekka lepkość miodu. Mimo to, jakby próbowała zdobyć się na trochę bazowej kremowości. Drobinki rozpuszczały się wraz z nią integralnie i w zasadzie nie czuć ich. Początkowo myślałam, że to scukrzony miód, ale zachowywały się jak niewymieszany tłuszcz. Końcowo czekolada znikała wręcz wodniście.

W smaku pierwszą poczułam lekką goryczkę oraz pikanterię miodu, początkowo jedynie z nieśmiało zaznaczoną słodyczą. Ta zaraz wzrosła, acz w sam miód wkradła się wtedy lekka goryczka właśnie jakby miodowa. Zaraz gorzkość ogólna ją wchłonęła, dając się poznać jako dosadna niczym woń skórzanej odzieży.

Miód zaskoczył na słodszy tor i zapewnił lekki wzrost słodyczy oraz wizję piernika przyprawionego do ostrości i wilgotnie-lepkawego od miodu. Pomyślałam o dzikim, leśno-kwiatowym, ostrym miodzie. Niby był drapiący, ale nie zasładzający.

Miód i piernik mieszały się z ziemią. Pomyślałam o czarnej, na skraju lasu, gdzie padają promienie słońca i rozgrzewają ją. Ziemię urozmaiciły migdały z zaznaczonymi, gorzkawymi skórkami. Gorzkość wydała mi się wiodącym motywem. Cały czas trwała na pierwszym planie.

Słodycz zaserwowała odrobinkę soczystości, ale zero kwasku. Pojawiły się wielkie, słodkie śliwki o jasnofioletowym kolorze. Dołączyły do nich idealnie dojrzałe, słodkie i w pewien sposób kwiatowe melony miodowe i bardzo dojrzałe gruszki. A jednak takie, które... lekką aluzję do kwasku potrafią jeszcze zrobić?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowość przycichła, zmieniając się w miodowy chleb ze śliwką. I piernik z odrobinkę kwaskawą śliwkową warstwą? Owocowy wątek zaczął cichnąć.

Gorzkość osłodziła się. Nie osłabła, ale dopuściła do siebie słodycz. W pewnym sensie miodowość wydawała się sama w sobie lekko goryczkowata. Ta jednak gorzkość ogólna ułożyła się w mousse czekoladowy. Słodki, ale niekoniecznie miodowy. Miód bowiem stał się nieoczywisty, wręcz ukryty.

Owoce pouciekały, ostało się ich tylko cichuteńkie, ledwo uchwytne echo.

Po moussie czekoladowym w gorzkości właśnie wzrosła palona nuta. Piernik zupełnie ustąpił ciemnemu chlebowi. Ten zawarł leciutki kwasek. Może... właśnie i miód poszedł w kwaskawym kierunku? Na końcówce wyłonił się wyraźniej wraz z... pikanterią?

Po zjedzeniu został posmak piernikowo-chlebowy i lekko śliwkowo-melonowy. Niby rześki i słodki, ale jednocześnie ciężki. Czułam motyw mousse'u czekoladowego oraz dzikiego, pikantnego miodu.

Całość wyszła bardzo ciekawie i zaskakująco czekoladowo. Wizja mousse'u była bardzo jednoznaczna i zarysowana na porządnie gorzkiej bazie. Skórzana odzież, ziemia i ciemny chleb mieszały się ze słodszym piernikiem. Słodyczy towarzyszyła miodowo-piernikowa pikanteria, co nadało mu szlachetności. Mimo że słodycz cały czas miała wiele do przekazania, nie było bardzo słodko, a już na pewno nie słodziaśnie. Kwaśność nie wystąpiła, ale nie pasowałaby tu, więc nie narzekam. Akcenty śliwek oraz melonów i gruszek ciekawie urozmaiciły bardzo czekoladową bazę, acz ogół był owocowy w minimalnym stopniu. Miód niewątpliwie czuć, ale nie przeszkadzał czekoladowości.
Zastrzeżenia mam tylko do takiej... nietwardej, piaszczystej i dziwnej struktury. Smakowo było zacnie, ale cały czas miałam wrażenie, że mimo iż nie przesadzona, słodycz, a w zasadzie nawet nie sama słodycz, co motyw miodu za bardzo się rządził.

Melona, miodowe przebłyski czułam w Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale też wiele czerwonych owoców. Takie kompozycje wychodzą cudnie, gdy miód jest tylko nutą, przebłyskami. W dziś przedstawianej miał za wiele do powiedzenia jak dla mnie, acz nie znaczy to, że to było złe.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $12.00 (za 62g; około 46 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, surowy miód, tłuszcz kakaowy

środa, 19 lutego 2025

krem Grizly Brownie by Grizly

Lubię kremy czekoladowo-orzechowe, ale tylko te mało słodkie, ciemnoczekoladowe i wręcz gorzkie od kakao, więc wiem, że jestem w mniejszości. Mam wrażenie, że większość świata preferuje słodkie, miękko-lejące, w których z kolei mnie wiecznie coś nie pasuje. Niedziwne, że wkręciłam się w kremy inspirowane brownie, skoro brownie to jedno z nielicznych ciast, jakie lubię (drugie to sękacz i na tym koniec). Nie ma jednak ich jakoś specjalnie dużo. A już na pewno dobrych oddających brownie. Po wycofanym rewelacyjnym MixIt Mixitella Brownie był jeszcze co prawda NUTREND Denuts Cream Brownie flavour, ale mam wrażenie, że już lata świetlne nie jadłam dobrego kremu tego typu. Ucieszyłam się więc ogromnie, że taki krem pojawił się w ofercie jednej z moich ulubionych marek od kremów orzechowych. Mały sceptycyzm budziło, że krem wyglądał trochę jak z linii jakiejś influencerki MamaDomisha, z którą Grizly czasem współpracuje. Acz pocieszający był fakt, że na słoiku nigdzie nie było o niej mowy.

Grizly Brownie by Grizly to krem czekoladowy z orzechów laskowych i nerkowca z ciastkami kakaowymi, stylizowany na ciasto brownie.

Po odkręceniu słoika poczułam intensywny splot orzechów laskowych z nerkowcami. Przeważały te pierwsze. Zapewniły prażony motyw i naturalną słodycz, do której dołączyła mleczna czekolada o lekko karmelowym odcieniu słodyczy i czekoladowa masa na ciastka lub ciasto. Miała w sobie nieco truflowe zacięcie, ale właśnie mleczność była ogólnie bardzo istotna. Przewinęła się też ogólna maślaność, a ja pomyślałam o jakiś bułeczkach czy chałce z kremem czekoladowo-orzechowym. Gdy uporałam się z olejem i już w trakcie jedzenia, przemykała myśl o brownie, ale właśnie takim bardziej mlecznoczekoladowym i dopiero za masą na ciasto (możliwe, że autosugestia, w końcu wiedziałam, że jem krem stylizowany na brownie). W trakcie jedzenia raz po raz wyłaniał się też akcent kakaowych ciastek.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam 2,5 łyżeczki. Część zabarwiła się na brąz i mieszała z bardziej ruchomą częścią kremu na wierzchu, więc to - na oko łyżeczka? - już przemieszałam.
Krem mieszał się łatwo, mimo że był konkretny i masywny. Gęstość jednak uważam za średnią. Czynności towarzyszył cukrowy chrzęst, a choć łatwo uzyskać jednolitość bazy, na pewno nie był to krem gładki. Widać w nim pełno drobinek i chyba kryształków, a łyżeczka skrobała o ciastka. Co i raz trafiałam na sporo małych kawałków ciastek kakaowych. Krem wyglądał trochę zawiesiniwo, acz ciągnął się i trochę lepił, tak jak i te kawałki mocno oblepiał.
W ustach jakby nieco gęstniał i zalepiał je, acz nie na długo. Czuć w nim czekoladowe zagęszczenie. Krem rozpływał się średnio powoli, kojarząc się trochę z maziście-masywną masą ni truflową, ni ciastową. Szybko zaczął wykazywać proszkowość, przechodzącą w ziarnistość i lekką kryształkowość. Nie był gładki, a drobnica zaznaczająca się na języku to raczej kryształki i proszek - zepchnęły miazgowość na dalszy plan. Ta była znikoma. Kryształki rozpuszczały się częściowo, rozrzedzając bazę, która przechodziła w proszkową zawiesinę. Bardzo często trafiałam na średnie i małe kawałki ciasteczek, które do końca zachowywały twardość i suchość. Okazało się, że w kremie były też zmielone ciastka, nie tylko jako kawałki i kawałeczki - to one odpowiadały za ziarnistość.
Ciastka zostawiałam sobie na koniec, tylko trochę gryząc na próbę, obok masy. 
Kawałki ciastek okazały się twarde i sucho-chrupiące. W większych czuć nawet pylistość. Niektóre miały nieco ostre brzegi, a po długim czasie, na sam koniec nie tyle rozpuszczały się, co rozchodziły na piaszczyste drobinki i kawałki. Rzęziły i chrupały do końca.
Sporadycznie zaplątały się przy nich mikroskopijne drobinki miękkich orzechów - raczej nerkowca, które w sumie nikły w tym wszystkim. Już więcej, acz w sumie też niewiele, na koniec czasem zostawało kryształków. W kontakcie z zębami dziwnie trzeszcząco-miękkawych.

W smaku pierwszą poczułam niby stonowaną, ale intensywną słodycz o lekko karmelowym zabarwieniu, mieszającą się ze słodyczą prażonych orzechów laskowych. Te okazały się bardzo wyraziste.

Już po chwili do orzechów laskowych dołączyła nutka kakao, nawet pewna gorzkość. Poprzez nią polało się tsunami kakaowości - to ją bardziej niż ciemną czekoladę czuć. Gorzkość uderzyła, a przez moment nawet orzechy trochę ją podchwyciły, acz zaraz przybrała bardziej truflowy charakter.

Orzechy laskowe rozgościły się na pierwszym planie, lecz odezwały się też łagodniejsze nerkowce. To spowodowało osłabienie gorzkości. Wycofała się trochę na tyły, a nerkowce otworzyły drogę maślaności. Za orzechami podążała zwykła, nieorzechowa, maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach rozbrzmiała mleczna czekolada, podnosząca słodycz. Mleczność przemieszała się z nutą maślaną i łagodnie orzechową, a mi do głowy przyszła chałka wysmarowana kremem kakaowo-czekoladowo-orzechowym i podana do mleka. Poprzez bułeczkowatość w kompozycję wkradła się ciastowość i ciasteczkowość.

Orzechy laskowe, wciąż grające wiodącą rolę, i nerkowce ustanowiły obraz czekoladowego ciasta zrobionego z mąk orzechowych, wróciła truflowość, a ja pomyślałam o masie na ciastka czekoladowe i brownie. Wtłoczyły kakaową cierpkość. Czasem, zwłaszcza gry zagarnęłam kawałek ciasteczka, także wręcz nutkę prawie spalenizny. Ją zapewniły kawałki, zaznaczające się na języku i wyłaniające z masy. Im bardziej wyłaniały się kawałki, tym bardziej kakaowo ciasteczkowo, nie ciastowo się robiło.
Ogólnie jednak krem też sam w sobie zawarł trochę motywu ciasteczek (ze względu na zmielone ciastka). Brownie, czekoladowa masa na ciasto nie były jakoś bardzo jednoznaczne - dużo przewijało się tu bowiem i gorzkości, i mlecznej czekolady i ciastkowości. 

Gdy po ciastku zagarnęłam samą masę, wydawała się nieco bardziej słodko-mleczna, choć wciąż z echem kakaowych ciastek. Stały jednak obok siebie, kontrastowe.

Słodycz cały czas trzymała się średniego poziomu, ale była intensywna. Od ciasteczek też się trochę rozchodziła. Gryzione "obok" masy, podkręcały kakaowo-cierpką nutę ciasteczkową, acz ja wolałam nacieszyć się bardziej truflowo-ciastowym, orzechowym smakiem bazy, a ciastka gryźć na koniec, gdy zniknęła.

Końcowo ciastka okazały się mało słodkie, a przede wszystkim gorzko kakaowe za sprawą zwykłego kakao w proszku, choć chwilami zahaczały o spaleniznę, jak to takie niemal czarne kakaowe ciastka.
Wśród tych mniejszych kawałków, kawałeczków i dosłownie ziarenek ciastek pokruszonych i częściowo zmielonych raz po raz zaplątywały się drobinki orzechów (raczej tylko nerkowca) - były delikatne, w zasadzie nic nie wnosiły.

Posmak zależał od tego, czy akurat trafiło się ciastko, czy nie. Gdy się trafiło, dominowało swoim goryczkowatym smakiem kakaowych ciastek o lekkiej, ale jawnie cukrowej słodyczy. Kiedy akurat zagarnęłam masę bez kawałków, kakaowa ciasteczkowość stawała się echem, a posmak należał do orzechów laskowych i nerkowca, ale zatopionych w realiach masy czekoladowej na ciasto / ciastka i mlecznej czekolady. Słodycz podbiła ją znacząco.

Krem był dobry, ale mam sporo zastrzeżeń. Na pewno ucieszyło mnie, że tak dobrze czuć samą orzechową bazę. Przeważały laskowce, ale i nerkowce się nie ukryły. Całość miała ciekawy wydźwięk mlecznoczekoladowej masy na ciastka i ciasta, była trochę truflowa i kakaowo gorzka, a jednocześnie też słodka. Nie za mocno jednak, co jest niepodważalnym plusem. Jakoś jednak nie do końca przekonały mnie te ciastka. Były za sucho-twarde i trochę przesadzono z ich ilością. Jakbym już tu coś dodała, to bardziej ciastowe kawałki, coś jak w lodach, co rozpuszczało by się w ustach. A takie mocno chrupiące kawałki i ziarnistość spychająca na margines potencjalną miazgowość mnie nie chwyciły. Krem połączył kakaowość z mleczną czekoladą, nie wyszedł ciemno czekoladowo, ku mojemu zaskoczeniu. Z brownie kojarzył się odlegle, był bardziej kakaowo ciasteczkowo-ciastowy. Przyjemny, nie żałuję kupna, ale nie by znów kupić, to pewne. Nie dorównał kremom wspomnianym we wstępie.


ocena: 8/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 34,99 zł za 250g
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone blanszowane orzechy laskowe 27,3 %; prażone orzechy nerkowca 22,7 %; czekolada mleczna 9,25 % (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), ciemna czekolada 9,25 % (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), odtłuszczone mleko w proszku, kawałki bezglutenowych ciastek kakaowych (cukier, oleje i tłuszcze roślinne: rafinowany olej kokosowy, olej słonecznikowy, słonecznikowy o wysokiej zawartości kwasu oleinowego; kakao, mąka ryżowa, odtłuszczone mleko w proszku, kakao w proszku, pełne mleko, syrop glukozowy, naturalny ekstrakt z oliwek), kakao w proszku, cukier kokosowy 4,5 %, masło ghee

poniedziałek, 17 lutego 2025

Beskid Chocolate Kostaryka Nahua Upala Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % ciemna z Kostaryki; nowa 2024

Nieźle pamiętałam Beskid Costa Rica Nahua 70 %. Gdy Beskid zmienił jej opakowanie, uznałam, że to dobry pretekst, by do czekolady wrócić. Czy zmieniła się wraz z nim? Ponoć nie, bo dostawca Nahua ten sam, acz to na pewno inna partia (jednak profil smakowy ten sam), ale co to szkodzi się upewnić i zaktualizować odczucia?


Beskid Chocolate Kostaryka Nahua Upala Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Kostaryki, z regionu Upala; konszowana 72h; wersja od roku 2024.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach sernika bananowo-brzoskwiniowo-nektarynkowego. Sernika wręcz trochę serkowego? Wyobraziłam sobie sernik na konkretnych herbatnikach... Nasączonych kawą? A jednocześnie wkradła się do niego pewna wytrawność, kierująca trochę myśli ku... sernikowi bananowo-dyniowemu? Oprócz tego z owoców czułam nieco kwaskawe pomarańcze i soczyste egzotyczne, mieszające się z zielonymi winogronami. Bananowego wątku trzymała się pieczona nuta - czy ciasta, czy po prostu pieczonych bananów...? Ogólną słodycz trochę tonowała kawa, ale ta i tak była wysoka. Do głowy przyszła mi też papaja, z pieprznymi pestkami.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała z głośnym trzaskiem. Była twarda.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanie-wolnym. Dała się poznać jako zbito-gęsta i maślana, maziście-soczysta. Znikała rzadko, ale z poczuciem konkretu.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz owoców. Pierwsze do głowy przyszły mi nektarynki i banany, będące bazą jakiegoś wyjątkowo soczystego sernika. Sernika na spodzie z charakternych, karmelowych herbatników?

Owoce rozwijały się. Banany przytoczyły też trochę przecierową nutę, ale wciąż także sporo soczystości w nich czułam. Nektarynki, brzoskwinie już o to zadbały.

Swoją obecność zaznaczyła delikatna gorzkość, lecz słodycz mknęła przed siebie. Pomyślałam o owocach prosto z jakiegoś owocowego ciasta ucieranego, a potem z nową siłą wróciła wizja sernika bananowego. Banany ogólnie zaczęły się obracać w bardziej pieczonym klimacie. Brzoskwinie z kolei przywołały egzotykę.

Przy niej popłynęło więcej kwasku pomarańczy. Nie był wysoki, ale wiele wniósł, przekierowując uwagę od słodyczy, podkręcając kwasek twarogu.

Kwasek mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaprosił i podkreślił gorzkość. Była średnio mocna, ale znacząca. Zaserwowała kawę i ziemię. Pieczonej nucie zaś zasugerowała dym... i ognisko?

Gorzko-palony wątek umocnił też karmelowy motyw w słodyczy, ale ten nie odłączył się od sernika. Owoce żółte zaczęły zmieniać się w konfitury, wręcz powidlaność. Zarówno je, jak i ciasto-sernik, urozmaiciła skórka pomarańczy. Taka świeża i nieco soczysta.

Zza nektarynek i bananów wyłoniła się zwiewna, bardzo, bardzo rześka nuta... bardzo słodkich, niemal zasładzających gruszek i winogron zielonych. Inne owoce, głównie nektarynki i cytrusy (pomarańcze, ale... nie tylko?), poczuły się więc zobowiązane zapewnić więcej kwasku. Egzotyka też cały czas przewijała się, ale nie pchała się na pierwszy plan. Była bardziej... nieodgadniona?

Końcowo ciepło, wcześniej związane głównie z pieczeniem, przybrało na znaczeniu. Pomyślałam o ognisku i korzenności... jakby korzenno-dyniowego sernika? Z dynią i soczystszymi bananami, a także nutką pomarańczy?

Przyszły mi do głowy też pestki dyni - może wieńczące ten sernik. Przypomniały o goryczce kawy i ziemi, a ja wyobraziłam sobie kawę wylaną na czarną ziemię.
W owocach, tuż za ziemią, doszukałam się jeszcze jakiejś sugestii... cierpkawej konfitury z czerwonych owoców z nutą winogron i czegoś egzotycznego? Papai z goryczkowato-pieprznymi pestkami?

Po zjedzeniu został posmak sernika z żółtymi owocami: bananami, brzoskwiniami i nektarynkami, ale też zaznaczone motywy pomarańczy, winogron i egzotyki. Soczystość mieszała się z lekką ziemistością i ciepłem. Może pikanterią ziemi i ciepłem korzennego... spodu sernika?

Całość to w zasadzie Beskid Costa Rica Nahua 70 % z 2022, acz znając ją, udało mi się przeżywać ją, że tak to ujmę, w nieco innym kontekście. Wciąż uważam ją za pyszną, choć ciutkę za słodką, czekoladę.


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 25 zł (za 70 g)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 16 lutego 2025

Schogetten Dark Chocolate with Hazelnuts ciemna 50 % z kawałkami orzechów laskowych

Czekoladę dostałam od znajomego, który uważa, że Schogetten to jedne z lepszych czekolad, jakie zna ("bo dobre i tanie!") i trzymałam ją, by zgarnąć na wspólną trasę, ale tabliczka leżała i czekała, aż wreszcie jakoś ot, przyszło mi do głowy, że czas na nią. Czułam, że będzie średnio-kiepska, więc chyba nie chciałam, by mi zawalała komodę. Po Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao jednak naszła mnie optymistyczna myśl, że czasem niepozorne czekolady potrafią zaskoczyć. Z Małołączniaka poszłam przez Krzesanicę, gdzie był tłok, na Ciemniak. Tam już łatwiej przyszło mi znalezienie miejsca na sesję zdjęciową czekoladzie (i... wszak czekolada ciemna, więc tematycznie, ha!). Po niej czekał mnie już tylko zielony szlak do schroniska na Hali Ornak i przez Dolinę Kościeliską z powrotem przez Przysłop Miętusi do Kir.


Schogetten Dark Chocolate with Hazelnuts to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z kawałkami prażonych orzechów laskowych; wyprodukowana przez Ludwig Czekolada / Ludwig Schokolade.

Po otwarciu poczułam orzechy laskowe i wysoką, cukrową słodycz, wpisaną w definicyjnie "deserówkowy", trochę polewowy klimat. Słodycz dominowała, mimo że podkradła się do niej lekka goryczka, sugerująca kakaowy syrop lub sos właśnie może z nutą laskowców. Czuć w goryczce lekką paloność i ledwo uchwytne, waniliowe echo.

Kostki o polewowym, miejscami matowym jakby od dodatku, wyglądzie były twarde i masywne. Przy odgryzaniu kawałka, słychać było głośne, jakby pełne chrupnięcia. Pełno w nich małych i średnich kawałków orzechów laskowych, z których tylko nieliczne przebijały i były widoczne już przed ugryzieniem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i tłusto-maziście. Momentami wydawała się wręcz trochę śliskawa, a jednocześnie jakby z domniemaniem pylistości. Bazowo była gładka i coraz bardziej mięknąca jak czekolada niby śmietankowa, ale też trochę wodnista. Kształt zachowywała jednak długo. Rzedła właśnie w sposób wodniście-polewowy, okrojony z gęstości. Po paru chwilach odsłaniała całe mnóstwo średnich i małych kawałków orzechów. Z czasem zmierzało to w ryzykownym kierunku zlepka dodatków.
Orzechy zostawiałam na koniec, aż czekolada się rozpłynęła. Tylko na próbę pogryzałam obok czekolady w jednym kęsie.
Orzechy gryzione okazały się chrupkawo-miękkie, delikatne. Istotnie były to małe i średnio-małe kawałki bez skórek.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz. Doskoczył do niej cierpkawy akcent kakao, tworzący klimat syropu / sosu czekoladowo-kakaowego. W nim cukier sam w sobie ujawnił się dopiero po chwili. Zaraz zaznaczyło się też nieśmiałe, niemal jedynie sugestywne, echo orzechów.

Słodycz gnała przed siebie. Była przesadzona. Cukier przemieszał się z wanilią, umacniając jej deserowy, syropowo-sosowaty charakter. Słodycz rozgościła się na pierwszym planie i dopuściła do głosu maślaność, co stanęło na drodze gorzkości.

Cierpkość i goryczka były dosłownie znikome. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa syrop / sos czekoladowo-kakaowy zmienił się w sos czekoladowo-orzechowy. Laskowce delikatnie zaznaczyły swoją obecność. Ich smak trochę rozchodził się od kawałków. Baza nie wydawała się nimi przesiąknięta - może minimalnie? Nie miało to jednak dużego znaczenia, bo praktycznie nie da się ugryźć tak, by o orzecha nie zahaczyć zębem. Między cierpkością, a nutką orzechów doszukałam się jednak też czegoś metalicznego.

Z czasem słodycz znów nieco wzrosła w ciężkim kontekście, osiągnęła apogeum (jeszcze trochę, a zrobiłaby się mdląca) i trochę drapała w gardle. Orzechy trochę rozbijały tę smakową, ale w gardle i tak ją czuć. Orzechy rozproszyły niestety też czekoladowość, że całość szła w polewowym, maślano-wodnistym, ale jeszcze nie tandetnym kierunku.

orzechy z 1/3 kostki
Gryzione na koniec kawałki orzechów laskowych okazały się delikatne, choć wyraźnie orzechowe. Czuć, że to laskowce prażone, w których pobrzmiewała goryczka. Nie w każdym kęsie, ale w większości.
Te, które spróbowałam pogryźć w trakcie rozpływania się czekolady obok niej, w ogóle wyszły nijako. Orzechowo, ale bez siły przebicia. Osłabiały tylko smakową słodycz.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych z lekką goryczką i cukrowo-cierpkiego syropu kakaowego, polewy kakaowej z echem wanilii i wręcz maślanym zatarciem. Wyszło to polewowo-deserówkowo.

Wyszła zdecydowanie lepiej od Moser Roth Prażone Orzechy Laskowe - orzechów w dzisiaj przedstawianej nie przeprażono, a przeciętna czekolada jako baza się spisała. Kojarzyła się z Schogetten Dark, ale nie upierałabym się, że to ta sama baza (co by się zgadzało z napisem "New recipe"). Na plus także grubość kostek i rozmieszczenie kawałków, bo dzięki temu nie było wrażenia przeładowania dodatkami i nie zrobił się zlepek-ulepek, mimo że było blisko. Nie ma tu też jednak czego szczególnie chwalić - czekolada jest, czym powinna być, smakuje nieźle jak na swoją półkę. W górach pociamkać można. Trochę mi zostało, więc kończyłam w domu i też przeszła, bo już była. Choć nie moja bajka, bo nie jestem fanką siekanych orzechów, muszę przyznać, że ta była, czym miała być.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 10 %, tłuszcz mleczny, emulgator lecytyny z soi; aromat

piątek, 14 lutego 2025

Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao mleczna z kawałkami banana

Tę czekoladę, choć wydaje się nie w moim stylu, sama chciałam. Poprosiłam o nią ojca, czy by nie kupił przy okazji, władowując się tym samym nieświadomie także w Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos (którą zjadła Mama). Do końca nie wiem, czy sama bym kupiła dziś prezentowaną. Jakoś latami brakowało mi bananowych słodyczy, więc tu dałam upust swojemu chciejstwu sprzed wielu lat. To nic, że jak takie słodycze zaczęły się pojawiać, odkryłam, że zazwyczaj są nieprzyjemnie sztuczne i niesatysfakcjonujące, a mi zwyczajnie nie po drodze ze zwykłymi słodkościami. Gdy o czekolady z bananami chodzi, jadłam parę dobrych. Pytanie tylko, czy takie lidlowe cuś mogło być dobre? Przed otwarciem zdążyłam już ze dwa razy zwątpić. A jednak nawet wspomnianej już biało-owocowej Fin Carre musiałam przyznać, że zrobiona została porządnie. I ona też utwierdziła mnie, że czekolada nie musi siedzieć w lodówce. No, trochę postanowiłam i tak spróbować, ale obstawiałam, że większość zjem w górach. Bo miałam nadzieję, że będzie co jeść, a nie z Torras 0% Sugar Added / Bez dodatku cukru Dark & Banana Czekolada gorzka z bananami, która okazała się ogólnie bardzo kiepska. Z Przysłopu Miętusiego obrałam niebieski szlak na Małołączniak, a więc drogę wiodącą przez las i kamienie, potem zacienione skały i kamienie, aż wreszcie w pełnym słońcu po kamieniach na sam szczyt. Sam Małołączniak na szczęście jest dość rozległy, więc mimo że sporo było tam ludzi, jakoś się rozeszli i nie miałam problemu ze znalezieniem sobie miejsca na zdjęcia.

Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao "o smaku bananowym z 2,5% kawałkami liofilizowanego przecieru z banana"; edycja limitowana na lato 2024 "jedz schłodzoną"; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach bananów, na który złożył się głównie trochę sztuczny aromat bananowy, ale też naturalny przecier. Dominowały nad cukrowo słodką, ale jednocześnie mocno mleczną, czekoladą. Nie zagłuszyły jej jednak zupełnie.

Tabliczka w dotyku zdradzała tłustość i wyglądała jak polewa. Przy łamaniu wydawała ciche chrupnięcia i sprawiała wrażenie trochę kruchej. Była twardawa na przeciętnym poziomie.
Na jej spodzie i w przekroju widać sporo małych i średnich bladożółtych kawałków.
Gdy robiłam kęsa i zahaczyłam o kawałek banana (o co nietrudno), chrupko trzeszczał.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Dała się poznać jako miękka i gęsta, a także maziście-lepka. Tłustość była znacząca i miała maślano-śmietankowy charakter. Chwilami wydawała się wręcz kleista. Bazowo była gładka, a z czasem wyłaniały się z niej kawałki bananowe. Nasiąkały i częściowo się rozpuszczały obok czekolady, niosąc lekką soczystość.
Mimo że to tylko 2,5%, wydawało się, że kawałków dodano naprawdę sporo. 
Kawałki bananowe zostawiałam na koniec, tylko w przypadku chyba ze dwóch czy trzech kęsów pogryzłam je na próbę obok czekolady.
Gryzione kawałki bananowe okazały się początkowo jeszcze w porywach skrzypiące i lekkie. Szybko jednak wilgotniały i przedstawiały się jako soczyste i rozchodzące, jak to glutkowaty przecier. Trafiłam też na parę bardziej zawartych, pojedynczych nieco gąbczastych, ale też nie twardych, kawałków banana.
Gryzione obok czekolady po prostu trochę więcej skrzypiały, acz tak zachowywały się tak samo.

W smaku przywitały mnie banany i bardzo wysoka słodycz, częściowo związana z bananami, ale jednocześnie nieco cukrowa. Bananowość okazała się trochę sztuczna, jak to aromat bananowy, ale nie była napastliwa. Wysoka i wciąż rosnąca słodycz odebrała jej dosadność, więc nie denerwowała za bardzo. Nuta aromatu bananowego ewidentnie płynęła z samej bazy, niezależnie od kawałków. 

Zaraz pomogło mleko. Ono miało sporo do powiedzenia i bez trudu znalazło się na pierwszym planie. Podkręciło naturalny wydźwięk, a ja pomyślałam o mleku bananowym.

Pokazała się też nutka przecieru bananowego, walcząca o naturalniejszy wydźwięk. Wydaje mi się, że czekolada miejscami przesiąkła też trochę przecierem. Wyraźnie jednak jego smak wyłaniał się wraz z kawałkami.

Słodycz rosła i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaczęła trochę drapać w gardle. Smakowo jednak nasilająca się bananowa nuta starała się ją tłumaczyć. Przy pomocy mleka, trzymała się owocowego, naturalnego tonu.

Wraz z wyłanianiem się kawałków, na znaczeniu przybierał ich smak - naturalnego, słodkiego przecieru bananowego. Chwilami wychodził na przód, zagłuszając prawie zupełnie aromat, i aż wychylał się przed samą mleczno czekoladową bazę, nie zabijając jej. Pojawiła się słodka soczystość, a przecier jeszcze podkręcił samą mleczno czekoladowość. Nie była bierna!

Słodycz cukru z czasem zupełnie uległa bananowej, lecz wciąż czułam drapanie w gardle. Mleko nic sobie nie robiło ze słodyczy, było bardzo wyraziste. Jakbym jadła jakiś czekoladowo-mleczny deser bananowy z bananów.

Kawałki bananowe na koniec zaprezentowały się jeszcze odważniej, a bardzo mleczna czekolada tylko pobrzmiewała jako echo. Gdy się nimi zajęłam, serwowały 100% smaku przecieru i stonowały smakową, ryzykowną słodycz ogółu. Po ogromie słodyczy, w kawałkach raz po raz przemknął lekki kwasek.

Po zjedzeniu został posmak przecieru bananowego, ale wrócił też akcent sztucznego aromatu. Mieszał się z intensywnym mlekiem i ogólną, wysoką słodyczą. Drapanie w gardle także czułam.

Do lodówki na próbę włożyłam dwie kostki. Wersja lodówkowana pachniała podobnie, ale znacznie słabiej.
po prawej z lodówki
Czekolada w tej formie wydawała mi się ciemniejsza i na pewno była twardsza, więc przy przełamaniu usłyszałam masywne chrupnięcie - jakie wydałaby z siebie każda czekolada trzymana w lodówce.
W ustach rozpływała się wolniej. Potrzebowała chwili, a potem już zaraz odrzuciła twardość i zmieniła się w aksamitnie-mazistą, gęstą i miękką masę. Kawałki dodatku zachowywały się tak samo, co w wersji nie z lodówki.
W smaku w zasadzie wyszła bardzo podobnie do wersji nie z lodówki, tylko, że poszczególne nuty wolniej się rozchodziły, a aromat bananowy trochę ociągał się z wyłonieniem. Acz czułam go i tak, tylko może z sekundowym opóźnieniem.
Wersja z lodówki wydawała mi się zachowywać dokładnie tak, jak zachowywałaby się każda inna czekolada włożona do lodówki. Nic w niej specjalnego nie było.

Czekolada bardzo mnie zaskoczyła, bo okazała się autentycznie smaczna. Wyraźnie bananowa, niemęcząco sztuczna, a do tego intensywnie mleczno czekoladowa. Słodycz aż drapała w gardle, ale poniekąd wydawała się uzasadniona. Ze względu na nią obniżyłam ocenę, bo w sumie, patrząc na cenę i skład, mogłaby być ogólnodostępną czekoladą bananową idealną, przykładową. Aromat miejscami mógłby się bardziej chować, ale na szczęście przecier dobrze sobie z nim poradził. Kawałków wydawało się, że było o wiele więcej, niż w rzeczywistości i była czekolada z dodatkiem (a nie zlepek-ulepek). Przyjemnie jadło mi się ją w górach, jako trochę zbyt zasładzająca ciekawostka, ale też to, co kończyłam w domu sprawiało mi przyjemność (choć okupioną drapaniem w gardle).
Wyszła o wiele lepiej niż Terravita Czekolada Mleczna + Banan / Milk Chocolate with pieces of Banana Chips. Wystawiłam jej to samo, co smaczniejszej i szlachetniejszej Beskid Chocolate Czekolada Mleczna Banan, bo raz, że Fin Carre miała lepiej rozegrany dodatek (kawałki zatopione w środek, nie poprzyklejane wielkie plastry), a dwa - cena robi różnicę.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam (a ojciec kupił w Lidlu)
cena: sprawdziłam: 4,99 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, przecier z banana, miazga z orzechów laskowych, emulgator: lecytyny; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat

czwartek, 13 lutego 2025

J.D. Gross Czekolada Deserowa Mięta 56% Cacao ciemna z miętą

Przysłop Miętusi to niepozorna polanka i rozejście szlaków, przy której jednak pomyślałam, że koniecznie muszę na nią zgarnąć kiedyś jakąś miętową czekoladę. No nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła! Padło akurat na Grossa, który ostatnimi laty mocno stracił w moich oczach, acz wciąż miałam te czekolady za nawet ok, przystępne. Bez większych emocji skusiłam się na nowość, licząc tylko, by nie była aż tak miętowa jak np. Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Bardzo wcześnie rano wyruszyłam z parkingu w Kirach i po szybkim marszu znalazłam się we wspomnianym miejscu i zabrałam za zdjęcia.

J.D. Gross Czekolada Deserowa Mięta 56% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 56 % z miętą, a dokładniej olejkiem miętowym.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach olejku miętowego, wkomponowanego w cukrową, przesłodzoną, ale wyraźnie cierpkawą, ciemną czekoladę. W oddali pojawiło się skojarzenie z czekoladkami nadziewanymi białym kremem miętowym.

Tabliczka wyglądała na raczej suchą, lecz w dotyku przypominała tłustawą polewę, a przy łamaniu trzaskała głośno i głucho.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Miękła z łatwością, po czym pokrywała podniebienie tłustawo-zawiesinowymi smugami. Miała w sobie maślany element i coś z leciutko lepkawej czekolady nie tylko maślanej, ale wręcz śmietankowej. Cechowała ją gładkość, acz z echem, wręcz tylko sugestią, pylistości.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, splecioną na dobre z miętą. Mięta pokazała się od olejkowej strony, jednak nie była napastliwa. Zawarła w sobie chłodek i niosła orzeźwienie. Pojawiła się też subtelną cierpkość.

W oddali, za miętą zaznaczyła swoją obecność maślaność, stojąca na straży gorzkości. Zaraz jednak jakoś zgubiła się w miętowo-olejkowej toni.

Miętowość rosła wraz ze słodyczą, mocno zabarwiając jej charakter. Cukier się jej podporządkował. Czuć go, ale nie miał imperatywnych zapędów i choć ogólnie było trochę za słodko, nie denerwował.

Pojawiła się bowiem trochę palona gorzkość. Wydała się o wiele spokojniejsza, ale też miała co nieco do powiedzenia. Rozwinęła cierpkość i dopowiedziała akcent, kojarzący się z prażonymi migdałami. Na chwilę gorzkość wyrwała się maślaności, podskoczyła, po czym znów trochę się cofnęła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta i gorzkawo-cukrowa baza ułożyły się w skojarzenie z czekoladkami z nadzieniem miętowym. Charakter samej czekolady był właśnie taki trochę cukrowo-ciemno czekoladkowo-polewowy, a ja odnotowałam echo miętowego nadzienie-lukru czy frostingu, jeszcze podnoszące słodycz. 

Ta zaznaczyła swoją obecność w gardle (choć do drapania jeszcze bardzo daleko!), lecz chłodno-rześka, coraz mniej jawnie olejkowa mięta smakowo nieźle ją tonowała. Delikatna gorzkość ukryła specyficzną cierpkość olejku. Ten zaś, choć ukryty... końcowo podbił lekko cierpkość czekolady. Lekko, bo wróciła i dołączyła do niej subtelna maślaność. 

Końcowo mięta wkroczyła na pierwszy plan, ale ryzykownie słodką, lekko gorzką czekoladę także wciąż czuć. Frostingowo-miętowy charakter nieco się rozmył i dosłownie na sam koniec mocniej zabrzmiał olejek.

W posmaku został właśnie olejek miętowy, ale pozbawiony napastliwości. Olejkowa cierpkość zmieszała się z palonym kakao, wygłaskanym jednak maślanością. Było mi do trochę za słodko, ale do zniesienia ze względu na lekki chłód mięty.

Czekolada wyszła smacznie, ale tak... smacznie w zwykły, prosty sposób. Mocno, ale wciąż spożywczo, nieszarżująco miętowa - to wielki plus. Dla mnie była nieco za słodka, ale właśnie mięta jakoś to nieźle ograła. Gorzkość niska, choć na chwilę też się pokazała i dobrze zgrała się z olejkową miętą.

Efekt porównywalny do Auchan Dark Mint, choć nie smakowały bardzo podobnie. Chodzi raczej o jakość, ogólne wrażenie. Wyraźna, ale nienapastliwa mięta, a czekolada jak na niską zawartość kakao przystępna.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił w Lidlu)
cena: nie znam
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, olejek miętowy, naturalny aromat, ekstrakt wanilii