czwartek, 17 maja 2018

Stainer Grand Cru 75 % Peperoncino Italiano Piccante Medio ciemna z chili

Po złym początku musiałam trochę odczekać, żeby znów neutralnie (a nie z niechęcią) sięgnąć po jakąś czekoladę Stainer. Postawiłam na wariant sprawdzony, bo z dodatkiem najmniej niespotykanym z tych, które posiadałam (była to np. cała linia różnych chili-kombinacji). Fakt, że wreszcie zaczynam przygodę z ciemnymi też bardzo mnie cieszył.

Stainer Grand Cru 75 % Peperoncino Italiano Piccante Medio to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao (miazga + tłuszcz) z papryczką chili.

Po wyjęciu z opakowania niemal czarnej tabliczki o lekkim tylko połysku poczułam smakowicie kawowo-paloną woń kakao jakby nasączonego soczyście papryczkową nutą nieostrego chili. Wszystko wydało mi się odymione i osłodzone wanilią ("waniliowy dym"?).

Twarda tabliczka chrupnęła głośno. Odniosłam wrażenie, że jest zbita, co podtrzymało się w trakcie rozpływania się, które średnio przypadło mi do gustu. Robiła to powoli, jakby nieco niechętnie, ale w sumie łatwo, stosunkowo szybko po prostu mięknąc. Poczucie tłustości osłabiał wprawdzie lekko pylisty efekt, ale przy braku kremowości czy mazistości, towarzyszyła temu jakby lekka oleistość.

Bardzo szybko poczułam smaczek słodkiej, ale czarnej i mocno palonej kawy, oczywiście w wydaniu kakaowym.

Palone nuty kawy przyciągnęły całe kłęby dymu. Były statecznie gorzkawe, nienachalne. Ich charakter mógłby wydać się suchy, gdyby nie to, że osnuwały i opływały coś bardziej drzewnego. Nie było to spalone, suche drewno, a drzewa - żywe, lecz może z suchą korą. Na pewno coś o cieplejszym wydźwięku, bo w gardle robiło się przyjemnie ciepło (ale nie ostro!).

Od początku i słodycz była nie bez znaczenia, choć i ją cechował spokój. Smakowała głównie wanilią, która łącząc się z maślaną nutą, otaczała drewno i trwała przy nim do końca. Waniliowa maślaność z mocno palonymi nutami o dziwo poszły w kierunku bardziej orzechowo maślanym (za sprawą tłuszczu kakaowego), nie zrobiły się mdlące.

Tu na pewno pomógł soczysty wątek, wyraźnie zaznaczający się w tle. Najpierw na myśl przyszły mi wiśnie, ale potem stały się bardziej... dżemem chili (takim na bazie słodkich pomidorów malinowych?) albo i wiśnia-chili. Chodzi mi bardziej o smak, bo pikanteria była bardzo leciutka. Dawała o sobie znać tylko trochę, epizodycznie; chili ujawniało się raczej jako ciepło w gardle. Nie jako drapanie, pieczenie, a rozgrzewanie.

Posmak pozostawał palono-słodki, był to splot dymu i wanilii, wzbogacony o przyjemne owocowo-papryczkowe i drzewne akcenty.

To rozgrzanie kojarzyło się z wypiciem kawy, palone nuty dobrze przy tym wyszły. O dziwo nie gryzły mi się z waniliową maślanością, której było tu sporo (a która nie zatłuściła zanadto czekolady). Właśnie ona przełożyła się na to, że tabliczka była bardzo łagodna, spokojna. Nie była mdła, ale według mnie za nudna, zważywszy na to, że chili jedynie trochę ją doprawiło  (już nawet nie chodzi o poziom ostrości, bo jest napisane, że "medio"). Nie poraziło pikanterią, choć gdyby to zrobiło, na pewno zabiłoby całą resztę. Ta "reszta" była jednak tylko niezła... To dobra czekolada z chili, ale na pewno nie to, czego oczekuję po "czekoladzie 75 % z chili".


ocena: 6/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 8,75 (dostałam rabat -50%) za 50g
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, włoska papryczka chili 0,5%, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

środa, 16 maja 2018

Milka Oreo 100 g mleczna z nadzieniem mlecznym z ciastkami kakaowymi

Gdy zobaczyłam, że Mama dostała tę czekoladę, postanowiłam pożyczyć do zdjęć, ażeby je podmienić, ale... przy okazji uznałam, że kostkę spróbuję i dodam na koniec starej recenzji parę zdań z dopiskiem "aktualizacja z dnia..." by np. mieć do czego się odnosić, bo Mama kupiła podobną z Lidla i też miałam zamiar spróbować, ale skończyło się tak, że jednak podziękowałam, nie próbując ani trochę; Mama zjadła i usatysfakcjonowana nie była. Skończyło się na całej recenzji, gdy zauważyłam zmianę składu i kalorii. Nieznaczną, ale jednak. Oczywiście nie twierdzę, że czekolada aż tak zmieniła się na gorsze, bo ogólnie kiedyś uwielbiałam Milkę, a teraz nie, ale skoro jakieś zmiany były (ze składu zniknęła np. śmietanka), to nie będę przy tamtym wpisie gmerać. 


Milka Oreo 100 g to czekolada mleczna z nadzieniem mlecznym (40%) z pokruszonymi ciastkami kakaowymi (12%).

Po otwarciu poczułam dziecinnie cukrowy, błogo mleczny zapach czekolady kojarzącej się z jajkiem Kinder Niespodzianka, w którym zamiast zabawki zamknięto... kakaowe ciasteczko. Bo i ciasteczek leciutki zapach się przebijał. Całość była ulepkowa, ale na swój sposób przyjemna.

Przy łamaniu tabliczka była normalna, nie topiła się. Zaczynała dopiero w ustach i robiła to w dużej mierze tłusto-kremowo, ulepkowo i maziście.
Białe nadzienie wydało mi się zbite, jednak rozpływało się szybciej, było bowiem tłustsze od czekolady. Zatopiono w nim sporo, ale nie aż tak znowu dużo, suchych i bardzo chrupiących kawałków ciastek, które nie miękły. Urozmaicały w ten sposób konsystencję, ale wolałabym, żeby też się rozpływały (i wtedy chciałabym ich więcej).

W smaku od pierwszej sekundy czułam cukrową słodycz mieszającą się ze smakiem skondensowanego mleka wymieszanego z mlekiem w proszku. Sama czekolada wydała mi się synonimem przecukrzonej dziecinności.

Gdy coraz wyraźniej zaczynało się przebijać nadzienie, robiło się coraz bardziej słodko-mleczne, ale już i z posmakiem, który nazwałam sobie "nijakością sztucznego tłuszczu". Przełożyło się na to, że zaczęłam postrzegać tę tabliczkę jako czekoladki dla dzieci z białym nadzieniem.

Cała ta cukrowość i dziecinna mlecznoczekoladowość kompletnie zagłuszała smak ciastek. Chrupiąc je, miałam wrażenie, że są bez smaku. Nie były zbyt chętne do rozpuszczania się. Kawałki pozostawione na koniec, dosłownie na końcówce i w posmaku, wreszcie wypuszczały lekki smak gorzkich, kakaowych ciastek.

Właśnie posmak takich ciastek wraz z poczuciem zacukrzenia i zatłuszczenia pozostawał. Muszę przyznać, że taka kakaowa końcówka była zbawienna, ale i tak nie miałam ochoty na więcej, bo nie lubię takiego poziomu słodyczy i tłuszczu.
Taka ocena jednak nie wynika aż tak bardzo z doznań osobistych (wiedziałam, co biorę i dobrze wiem, jakie czekolady lubię, a jakich nie), a też z faktu, że... zrobili czekoladę, która miała być z ciasteczkami Oreo, a właściwie ich nie czuć - chrupią sobie i tyle. Wyszła więc przeciętna, bardziej mleczna (bo z nadzieniem), a z denerwującymi ciastkami, Milka - nic ciekawego. Gdyby tak wyraźnie było czuć kakaowy smak ciasteczek... mogłoby i mi posmakować.

Mama uznała, że "najfajniejsze w tej czekoladzie to te ciasteczka - tak fajnie chrupią, a w smaku ich nie czuć!". Nie lubi gorzkich ciastek typu Oreo, więc... no właśnie. To chyba najlepszy dowód na to, że cukier je zagłuszył i na to, że... coś producentowi nie wyszło.
Miałam wrażenie, że kiedyś jednak te ciasteczka naprawdę bardziej kakaową gorzkością się przebijały - troszeczkę, ale jednak (no i było minimalnie więcej kakao).


ocena: 5/10
kupiłam: -
cena: -
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku 7%, serwatka w proszku, mąka pszenna, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 0,7%, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), skrobia pszenna, pasta z orzechów laskowych, substancje spulchniające (węglany potasu, węglany amonu, węglany sodu), sól, aromaty; zawiera syrop glukozowy i/albo syrop glukozowo-fruktozowy

PS Zapraszam również do zaktualizowanej recenzji (dopisałam tylko parę zdań na dole) Kinder czekolady.

poniedziałek, 14 maja 2018

Marou Ben Tre 78 % ciemna z Wietnamu

Jakiś czas temu zobaczone w internecie czekolady Marou, z wietnamskiego kakao, wprawiły mnie w zachwyt i obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by kiedyś je zdobyć. Pierwsza spróbowana miała niezwykle trafną nazwę (Marou Treasure Island 3/4), gdyż w istocie traktowałam ją jak skarb... aż do zjedzenia. Okazała się smaczna, ale nie aż tak oszałamiająca, jak sobie wyobrażałam. Marou wciąż znajdowały się na liście planowanych zakupów, ale podchodziłam już do nich spokojniej. W końcu zdobyłam cztery tabliczki i postanowiłam zacząć od najmniej tajemniczej, bo z regionu, z którego już co nieco jadłam.

Marou Ben Tre 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao z Wietnamu z prowincji Ben Tre, leżącej w delcie rzeki Mekong.

Po otwarciu zobaczyłam tabliczkę o głębokim, mahoniowo-cynamonowym kolorze, która zszokowała mnie zapachem.

Był intensywny, ale trudny do określenia. Wydał mi się tajemniczy i kuszący... czy smakowity? Pobudzający wyobraźnię i ślinianki, więc... chyba bardzo smakowity. W pierwszej chwili pomyślałam o drzewach, drewnie miejscami spalonym na węgiel (ale nie czułam paloności samej w sobie), na którym leżało... coś mięsnego, soczystego, podpieczonego i krwistego. To było szokujące, bo i sporo owocowej soczystości się przy tym zakręciło. Coś jakby czarna porzeczka i pomarańcza? A w tle jednak też "jasna słodycz"... wyobraziłam sobie jakieś melony miodowe, jaśniutki miód, białe kwiatuszki... I to przy ciągle drzewno-węglowo-mięsistej bazie!

Tabliczka trzaskała przy łamaniu zwyczajnie, wydając z siebie lekkie chrupnięcia, a rozpływała się... jakoś tak niezwykle przyjemnie, a jakby "ze średniej półki". Leniwie zmieniała się w krem, soczysty jak gęsty nektar i niegładki, bo wręcz z drobinkami i pylistym poczuciem.

W pierwszej chwili poczułam delikatną słodycz, szybko czmychającą przed smakiem drzew, drewna. Miało to ciepły i charakterny wydźwięk. W ustach rozpełzła się głęboka, przyjemna gorzkość. Wyobraziłam sobie jakieś stare meble, pergamin... potem przyszły skojarzenia ze skórą i węglem, które na scenę wpuściły wyraźny czarny pieprz. Fuzja gorzko-pikantnych przypraw znów zwróciła moje skojarzenia w jakieś mięsiste klimaty, ale słodycz, udanie zgrywająca się z gorzkością, nie pozwalała na przesadę.

Słodycz należała jakby do "lżejszego" owocu tropikalnego, żółtego. Najpierw myślałam o melonach, potem na myśl przyszły mi banany (może nawet jakby "karmel zrobiony z bananów i daktyli, miodu"), mango. One jakby niepewne krążyły po orbicie, a w wiodącą gorzkość wbiły się inne owoce.

Oto soczystość, lekki kwasek i cierpkawość soku z czarnych porzeczek (albo miazgi z nich zrobionej) lały się na... ziemię, węgiel i wszelkie te drewniano-pieprzne smaki. Wcześniej opisane owoce przywołały jakby i echo pomarańczy jako "egzotyczną, cytrusową słodycz" (o, tak powinna smakować Rococo Gingerbread!).

Drzewa, ziemia, pergaminy nie odpuszczały, a złączywszy się ze słodyczą przywiodły na myśl... nieprażone, wręcz "fasolowe" masło orzechowe i jakiś krem z migdałów. Drewno i pergamin stały się... biszkoptem? Stworzyło to w mojej głowie obraz zdrowych słodyczy jak np. z Legal Cakes - naturalne masła orzechowe, migdałowy biszkopt, owocowy "karmel" i... docierająca do tego gorzkość, która wraz z orzechami miała w sobie coś kokosowego, jak olej kokosowy. Też jakby po prostu sam niewyrazisty smak kokosa.

W posmaku pozostawała soczystość: ta słodka żółtych owoców egzotycznych, ale i czarnych porzeczek na ziemistym tle. Węglowa gorzkość trwała, ale już wplątana w bardziej masłoorzechowe, biszkoptowe, a więc stonowane klimaty.

Zaintrygował mnie ten złożony, dziwny zapach, a smak... kierował się tak pokrętnymi drogami, że pewna tajemniczość utrzymała się do końca. Zaczęłam szukać innych recenzji i na c-spocie trafiłam, że ktoś wyczuł jackfruita, który (co wygooglowałam) jest największym owocem na świecie i... przypomina w smaku mięso. A to stąd te mięsiste skojarzenia! Czekolada rzeczywiście gorzko-węglowa, drewniano-mięsna, jakby gorzko przyprawiona, a jednocześnie... delikatnie osłodzona.
Mi bardzo smakowała, a jeszcze bardziej intrygowała. Jedzenie jej i odkrywanie wszystkiego było satysfakcjonujące i wciągające.

Aż nie umiem jej do innych porównać. Wyszła z bardzo poważną bazą, ale i znacząco słodko; spójnie. Jordi's i Erithaj to bardziej czekoladowo "ciastowe" klimaty, La Naya wyszła czekoladowo "kawowo", wszystkie cztery owocowe (porzeczki / śliwki i egzotyczne), masłoorzechowe, ale właśnie Marou była dziwnie... wytrawna.


ocena: 9/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 27 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  596 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

niedziela, 13 maja 2018

batony Muller Mullermilch Snack smak Kokos-pistacja; Czekolada

Odkąd pamiętam nie cierpię słodyczy typu "mleczne kanapki", raz jedną spróbowałam wiele lat temu i miałam traumę, więc latami trzymałam się jak najdalej. Do Mullera mam słabość i choć kieedyś jadłam o wiele więcej jego produktów (teraz są to tylko obłędne Muller de Luxe czasami i sporadycznie jakaś ciekawostka jak np. Muller Mix czarna porzeczka - czarny bez), dalej jakoś go lubię. Gdy weszły nowości, a więc kanapko-batoniki od Mullera właśnie, postanowiłam dać im szansę, wychodząc z założenia, że na przestrzeni lat gust mógł się zmienić, a akurat Muller mógł zrobić coś smacznego. Nie lubię słodyczy z lodówki, więc wyjęłam je z niej na jakieś pół godziny przed jedzeniem i jadłam widelczykiem jak ciasto.

Sugerując się tym, że pistacjowy Muller de Luxe smakował mi mniej niż czekoladowy, obstawiałam, że i batonik będzie gorszy, od niego więc zaczęłam.

Muller Mullermilch Snack smak Kokos-pistacja to "batonik z kakaowego ciasta biszkoptowego z nadzieniem mlecznym 45,2% i nadzieniem o smaku kokosowo-pistacjowym 21,7%", czyli tzw. mleczna kanapka z lodówki.

Po otwarciu poczułam bardzo słaby zapach kokosa i akcent kojarzący się z pistacjowym marcepanem, tak nawet trochę alkoholowo, w towarzystwie jakby roztopionych lodów śmietankowych lub... "ciepłych lodów" / bitej śmietany. Sztuczność i margaryna strasznie dawała się we znaki już tutaj. Czułam też zapach kakaowego biszkoptu, również chemicznego.

Biszkopt okazał się gruby i dość gąbczasto-suchy, co okazało się zbawienne dla strasznie tłustego nadzienia, które rozpływało się momentalnie, zatłuszczając usta niemiłosiernie. Kojarzyło mi się to z margaryną wymieszaną ze śliską, ubitą śmietaną, jakimiś mleczkami, a więc wszystkim, czego nie lubię. To było... nie tyle "puszyste", co jakby "spulchnione". Zielonego rdzenia pożałowano, jego struktura była bardziej proszkowo-zbita, ale też ślisko-tłusta.

W smaku sam biszkopt wyszedł mdło, mało kakaowo, ale na szczęście i niespecjalnie słodko.

Mleczna część smakowała jak sztuczna ubita śmietanka, nie kojarzyła mi się z mlekiem, a właśnie ze śmietanką i lodami z niej i z margaryny zrobionymi. To było... za pełne jak dla mnie i w dodatku nasycone chemią. Bardzo słodkie, ale nie aż tak, jak wersja druga, bo jakby wzbogacone o kokosową nutę.

W całości zielona część niewiele wnosiła, dopiero jak sobie trochę to "rozdziabywałam". Miała ewidentnie pistacjowo-marcepanowy posmak, taki "poważniejszy" (alkoholowy?), ale i stęchły (?)... rozmyty cukrowością, a także margarynową bazą. Dużo w tym sztuczności - irytującej, mimo że nie walącej na kilometr. Idzie i kokosa poczuć, trochę jak mleczko kokosowe, a trochę tak sztucznego, że aż jakby kwaśnego.

Maleństwo, a męczy już kęsem. Cała tłustość, słodycz, chemia i ogólna mdłość przeraża; tak mnie obrzydziło, że wepchnęłam w siebie tylko pół. Mamie też nie smakowało, a ona kiedyś lubiła kinderową Mleczną Kanapkę (dawno nie jadła).


ocena: 2/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,99 zł (za 29 g)
kaloryczność: 456 kcal / 100 g; sztuka 132 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko pełne 40 %, tłuszcze roślinne (palmowy, z nasion palmy olejowej), cukier, mąka pszenna, pasteryzowana masa jajowa, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, białka mleka, mleko w proszku pełne 3%, skrobia ziemniaczana, mleczko kokosowe w proszku 0,9%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,9%, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), pasta z orzechów pistacjowych 0,5%, aromaty, substancje spulchniające (difosforany, węglany sodu), sól, barwniki: E141, E160

-----------

Muller Mullermilch Snack smak Czekolada to "batonik z kakaowego ciasta biszkoptowego z nadzieniem mlecznym 45,2% i nadzieniem o smaku czekoladowym 21,7%", czyli tzw. mleczna kanapka z lodówki.

Po otwarciu poczułam zapach rozpuszczonych lodów śmietankowych wymieszanych z cukrem w towarzystwie kakaowo-biszkoptowym. Czuć czekoladę. Miało to chemiczny, ale w gruncie rzeczy neutralny, a nie nieprzyjemny wydźwięk.

Biszkopt był podobny jak w wyżej opisanym: mdło-kakaowe, suche warstwy trzymające ... śmietankowolodowo-margarynowego sztucznego oblecha, który w tym przypadku zajeżdżał mi jakby czystym cukrem pudrem (tamta kokosem).

Rdzeń odznaczał się względną wyrazistością. Bez trudu przebijał się w smaku od razu, wnosząc... no właśnie: co? Mdły smak jakiegoś taniego kremu czekoladowo-kakaowego z dużą ilością cukru, chemii i nutą zepsucia. Prawie-czekoladowy charakter miał w sobie coś grzybowo-spirytusowego - ktoś pomylił aromaty?
Po gryzie miałam ochotę wypluć...


ocena: 1/10
kupiłam: Tesco
cena: 1,99 zł (za 29 g)
kaloryczność: 458 kcal / 100 g; sztuka 133 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko pełne 40 %, tłuszcze roślinne (palmowy, z nasion palmy olejowej), cukier, mąka pszenna, pasteryzowana masa jajowa, syrop glukozowo-fruktozowy, białka mleka, mleko w proszku pełne 3,6%, białka mleka, syrop glukozowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 2,2%, skrobia ziemniaczana, glukoza, czekolada mleczna 1,1% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromaty), emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), aromaty, substancje spulchniające (difosforany, węglany sodu), sól

Podobną "grzybowość" czułam kiedyś w kanapce Monte Zotta, która była chyba pierwszą i jedyną taką, którą jadłam, bo właśnie tą nutą mi te twory obrzydziła. Fu. Coś wyjątkowo nie dla mnie, nie mam za bardzo do czego się odnieść, ale na skład patrząc rzeczywiście to może być po prostu złe, a nie że tylko rzecz gustu (ale nie mówię, że nie).

sobota, 12 maja 2018

Wawel Miętowa ciemna 50 % z nadzieniem miętowym

Pastylki miętowe albo się lubi, albo nie - przynajmniej tak mi się wydaje. U mnie sprawa jest o tyle bardziej złożona, że zawsze uwielbiałam pastylki Goplany, nie cierpiałam After Eight, a pastylek Wawelu jakoś nie lubiłam (A jadłam... może raz? Teraz już w ogóle straciłam pewność, czy miało to miejsce.). Nawet gdy po latach do Goplany wróciłam, smakowały mi. Tanie miętowe nadziewańce (Ritter Sport, Terravita) też w sumie uznałam za całkiem w porządku, więc jak zobaczyłam "czekoladę udającą pastylki miętowe", kupiłam. Fakt, że nie lubię Wawelu jakoś mi uciekł z głowy. Wrócił, paskudnik jeden, dopiero w okolicach planowania otwarcia. I nie pomógł fakt, że czekolada jest z nowej linii, bez sztucznych dodatków.


Wawel Miętowa to ciemna czekolada o zawartości 43 % kakao z nadzieniem miętowym, które stanowi 50 % tabliczki i jest stylizowane na pastylki miętowe.

Otwierając, skrzywiłam się, bo znad czekolady uniósł się wręcz dziki, mocny zapach miętowy, kojarzący się z białymi gumo-cukierkami miętowymi (których nie cierpię - te wszystkie mentosy itp.). Zbliżywszy nos do czekolady, poczułam i ją samą. Była słodko-zwyczajnie kakaowa.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, była bowiem twarda i krucha. Kruszyło się jej suchawe, pozornie gładkie nadzienie otoczone tłustą czekoladą. O ile w ustach czekolada była tłusto-mazista jak czekolada, tak nadzienie szło raczej w kierunku... tłusto-wodniście-oleistym, mazistym jak jakiś lukier, chrzęszcząc przy tym cukrem i proszkiem.

W smaku od pierwszych sekund uderzyła głównie cukrowość, taka zawoalowana, jak cukier puder (?). Szybko się okazało, że to cukro-mięta, która przebijała się od początku, ale przez pewien czas pozwalała zadebiutować czekoladzie.

Ta okazała się zadziwiająco jak na Wawel czekoladowa, a nie polewowa. Była to wprawdzie przesłodzona, tłusta i w sumie niegorzka ciemna czekolada, ale polewą nie zajeżdżała. Przeciętniak, który jednak sprawiał, że nadzienie było przystępne...

Do czasu, aż to ono zaczynało dominować. Dość szybko czułam cukrowy smak - taki "przetworzony". Właśnie tak wyobrażam sobie wszelkie mentosy, lukier (zrobiony z tic taców?) itp. Dochodził do niego ordynarny smak mięty, takiej, która występuje w np. tabletkach na gardło. To było... mentolowe, nie miętowe. Chamskie i podbite dziwnym kwasem. Powiedziałabym, że to jakby... margaryna z czymś (jak po tabletkach do łykania, które się rozgryzło).

Właśnie mentolowość, cukrowość i kwaśno-oleista margarynowość pozostawały w posmaku, bez jakiegokolwiek wspomnienia czekolady. Zacukrzało i obrzydzało kwaśno-mentolowym smakiem bardzo szybko. Jedna kostka, zanim nadszedł posmak, to jeszcze... ale już druga... To mój limit.

Całość uważam za... poniekąd zjadliwą, ale smakującą tak, że nie chce jej się jeść. O ile jeszcze początek, gdy główną wadą jest cukrowość, czekolada łączy się z nadzieniem, ich przesłodzenie splata się ze sobą, był w gruncie rzeczy przeciętny, tak mniej więcej od połowy to nie "jedzenie czekolady", a "męczenie obleśnego kawałka czegoś przesadzonego smakowo". No i ciężko jest pozbyć się posmaku.


ocena: 2/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,59 zł (chyba)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny: masło shea, lecytyna sojowa), olej palmowy, cukier, mleko w proszku odtłuszczone 7,5%, serwetka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny olejek miętowy, mentol

piątek, 11 maja 2018

Jutrzenka Familijne Wafle o smaku cytrynowym

Po wafelki z jasnymi kremami nie sięgam, bo widzą mi się jako słodko-mdłe, ale tak patrzę, że w sumie cytrynowy krem też jest jasny. Z takim jednak... Nie spotkałam się jeszcze, choć nie ukrywam, że nie szukałam. Przed otwarciem tych z jednej strony bałam się chemicznego kwachu i smaku płynu do naczyń, a z drugiej... Z drugiej pamiętałam, że w sumie chrupiące, chemiczno cytrynowe rzeczy jak kulki z Muller Mix'a potrafią mi smakować i... Familijne chałwowe to moje ulubione "gołe" wafelki, więc marka miała kredyt zaufania (choć to jedyny próbowany smak - mogłam mieć szczęście).  Ach te rozterki!


Jutrzenka Familijne Wafle o smaku cytrynowym, a dokładniej "przekładane kremem cytrynowym" dostępne są w paczkach o wadze 180 g, a ich producentem jest Colian (stojący także m.in. za Grześkami).

Po otwarciu poczułam sztucznie cytrynowy zapach, który miał w sobie coś nieprzerażającego, a prawie-zachęcającego, trochę słodyczy, ale przyjemnym bym go nie nazwała. Był za mocny i za napastliwy.

Wafelki okazały się świeże, ale suche i kruszące się. Strasznie przez to zapychały, mimo że kremu nie pożałowano. Ten był tłusto-proszkowy i chrzęszczący od cukru, szybko się rozpływał (albo raczej "rozchodził"). W zestawieniu z nim same warstwy waflowe wydały mi się dziwnie twarde. Gdyby nie popijanie herbatą, chyba na jednym bym skończyła.

Wafelki były leciutko wypieczone, po prostu pszeniczne, delikatne.
O dziwo... w trakcie jedzenia znacząco tłumiły smak nadzienia.
Krem był bardzo słodki, ale też kwaśny. To był jednak... słodki kwas? Takiej sztucznej, słodziuteńkiej cytryny. Już od pierwszych chwil to słodycz wysuwała się na pierwszy plan, potem cukrowość już tylko... panoszyła się wszędzie.

W pewnym momencie (raz i drugi) cytryna wydała mi się nawet soczysta (chyba trafiłam na kumulację proszku cytrynowego), ale wafle to niweczyły. Za to sztuczność waflom się nie dała i przebijała się już w trakcie jedzenia, ażeby pozostać w posmaku jako chamsko sztuczny, przerysowany smak cytryny (nawet nie takiej kwaśnej) z jeszcze jakimś odległym, nieprzyjemnym i bliżej nieokreślonym akcentem.

Z herbatą wyszły... zjadliwie, bo zapijane nią aż tak nie zacukrzały, a z kolei tworzyły złudzenie "herbatki z cytrynką", ale i tak nudziły i męczyły (po czterech miałam zupełnie dość, a resztę oddałam Mamie - też uznała, że średnie).

Wafelki wyszły zapychająco-suche, coś mi nie grało w kremie - ta jakby tłuszczowa rzadkość i cukrowość (o wiele lepiej współgra z tymi waflami gęstszy, konkretniejszy krem, jak w przypadku chałwowych), a w smaku... bardzo przeciętne. Przede wszystkim bardzo, bardzo słodkie, a oprócz tego... no, "cytrynowe". Może lepiej by wyszły, gdyby zamiast takiej ilości cukru i tłuszczu dali mleko w proszku czy coś? Byłam zszokowana, że marka, która potrafi zrobić takie pyszne chałwowe, wypuściła coś tak słabego.


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 2.19 zł (za 180 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy, skrobia, olej rzepakowy, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), koncentrat soku cytrynowego w proszku 0,3%, lecytyna sojowa, sól, aromat, substancje spulchniające (E500, E503)

środa, 9 maja 2018

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate mleczna 40 % z imbirem, cynamonem, gałką muszkatołową i pomarańczą

Jakoś przy Mulate Spices naszła mnie myśl, że z chęcią bym ją sobie w ciągu paru dni zestawiła z propozycją innej marki "od czekolad z ciekawymi dodatkami" - Rococo. Akurat miałam piernikową z charakternymi przyprawami, więc ślinka mi ciekła na myśl o niej. Właściwie dopiero dzień przed otwarciem dotarło to mnie, że to mleczna i w dodatku z olejkiem pomarańczowym. Z tym dodatkiem jadłam już dwie tej marki (Gold Frankincense & Myrrh i Orange Marmalade) i w obu był przesadzony... trochę się więc zmartwiłam, ale zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek jadłam tak przyprawioną mleczną czekoladę z olejkiem? Mogło wyjść coś ciekawego, więc postanowiłam nie tracić wiary.

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z przyprawami do piernika (imbir, cynamon, gałka muszkatołowa) i pomarańczą (olejkiem). Zawiera 18 % składników mlecznych.

Po otwarciu poczułam intensywną woń cynamonu, takiego słodko-pikantnego, w towarzystwie mleczno-maślanym do tego stopnia, że aż kojarzącym się z białą czekoladą na mleku w proszku.

Dość ciemna, żywo-intensywnie brązowa tabliczka  trzaskała głośno przy łamaniu. Wydała mi się nieco krucha, a w ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, oblepiając je i racząc drobinkami przypraw. Miałam wrażenie, że ona tak chwilami... miękła jak proszkowo-cukrowy ulepek.

Od razu poczułam silną słodycz, która zaraz została zmiażdżona cynamonem. Nie przełamał jej, gdyż sam też pewną słodycz reprezentował.
Po chwili dzięki gałce muszkatołowej nabrał wręcz gorzko-pikantnego wydźwięku, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ więcej uwagi poświęcałam ogólnemu klimatowi. Cały czas bowiem, do wszechobecnej słodyczy docierały poszczególne smaczki, ale nie rozwijała się sama czekoladowość (a przynajmniej nie w takim stopniu, jak bym sobie życzyła). Tabliczkę odebrałam jako wyjątkowo maślano-śmietankową, zaskakująco... białoczekoladową.

A jednak było w niej i jakieś "czekoladowe ciepło" (bardziej ciepło, niż czekoladowość). W końcu zorientowałam się, że wyczuwalne goryczki to nietrafiony, pomarańczowy smak. Było w nim coś dziwnego, nierealistycznego. Łączył się z gałką muszkatołową i cynamonem fundując korzenną gorzkawość, niekwaśną pomarańczę o słodkim smaku z "udawaną gorzkawością". To chyba właśnie to połączenie, wraz z cukrem zabiło samą czekoladę mleczną.

Mniej więcej od połowy rozpływania się kawałka przyprawy zyskały na wyrazistości. Wzrosła ich siła, ale przede wszystkim przebiły się smakiem. Wyraźnie czułam imbir (w proszku, a nie świeży), cudnie rozgrzewający język i gardło. Nie palił jednak, a po prostu rozgrzewał.

To właśnie ta subtelna ostrawość imbiru pozostawała w posmaku, co byłoby przyjemne, gdyby nie poczucie czekoladowej cukrowości z niemal wyzerowaną czekoladowością samą w sobie.

To trochę jakby... cukrowe maślane ciasteczka korzenne w towarzystwie gorącego, mocno przyprawionego i dosłodzonego mleka w formie tabliczki + zagubiona niby-pomarańcza. Nawet nie chodzi o to, że przesadzili z tą pomarańczą, bo nie była mocno sztuczna. Właściwie była słabo wyczuwalna, ale... była, a miałam wrażenie, że nie powinno jej tam być. Tak samo ze słodyczą: nie była taka niecodziennie silna, ale cukrowość aż krzyczała (to tak, jak czasem jedna drąca się osoba potrafi przekrzyczeć spokojny tłumek). Jakieś to nieprzemyślane mi się wydało. Wszystko ze sobą się łączyło... albo raczej tłamsiło nawzajem. Coś mi tu zgrzytało, za dużo jednych składników, za mało innych.


ocena: 4/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), imbir 1,6%, cynamon, gałka muszkatołowa, olejek pomarańczowy

wtorek, 8 maja 2018

baton LifeBar Plus Really Raw Acai Banana

O ile surowych owoców nie lubię mieszać w żadne smoothie itp., tak czasem nachodzi mnie na jakieś "łączone" smaki raw batonów. Najlepiej łączonych tak, by było czuć wyraźnie zasadnicze składniki, czyli czysty smak. Połączenie banana i jagód (acai)? Jak nie, jak tak! A jeszcze daktyle i orzechy... Przeczuwałam, że Lifefood o wiele lepiej wyjdzie baton, niż "czekolady", w końcu wiśniowy baton bardzo mi smakował.


LifeBar Plus Really Raw Acai Banana to owocowo-orzechowy baton, smak "banan i jagody acai", na bazie daktyli, firmy Lifefood.

Po otwarciu od razu poczułam smakowity zapach jagód, niosący dużo soczystości i podbudowany słodyczą zaskakująco świeżych bananów. Nad tym wszystkim czuwały "ciepło" słodkie daktyle. Lekko orzechowy element, rawbarowość (nutka a'la coś razowego?) trochę to przełamywały.

Baton był twardawy i zbity, pełen dużych kawałków orzechów. Jego tłustość była idealna, bo znikoma. Zdziwiłam się, gdy w ustach okazał się miękkawy.  Ogólnie wyszedł bardziej "chlebkowato", choć i lekkiej soczystości nie można mu odmówić. Orzechy zacnie chrupały - wydały mi się bardzo świeżutkie.

W smaku był przede wszystkim słodki, gdyż już na samym początku odważnie odzywały się wyraziste i pełne smaku daktyle. Wyszły niemalże karmelowo, co podkreśliły kwaskowato-cierpkawe, choć przede wszystkim słodkie, jagody. Chodzi jednak o to, że w tej słodyczy była pewna charakterność.
Banan tego nie zagłuszył, ani nie zasłodził. W ogóle to pojawiał się dopiero po chwili i to ewidentnie jako suszony owoc, z lekkimi tylko zapędami do świeżej soczystości (to poczucie napędzał zapach). Wyszło to bardzo smacznie.

Do tego wszystkiego świetnie sprawdziły się nieblanszowane migdały i charakterniejsze orzechy. "Ukonkretniły" słodycz, dzięki czemu było w niej "to coś", a nie właśnie tylko czysta słodycz.

Końcówka wydała mi się bardziej orzechowo-bananowo-daktylowa, jagody gdzieś czmychały.

Podobało mi się, że mimo prostoty smaków baton nie był jednostajny. Powiedziałabym, że idzie w nim odnaleźć wręcz dynamikę. Mimo że był bardzo, bardzo słodki, nie zamulał. W końcu to taka charakterna słodycz, a więc przyjemna. Polubiłam się zwłaszcza ze smakiem suszonych bananów bez ich jakiejkolwiek twardości.
Był cudowny, ale... na raz, nie żeby do niego wracać. Jeśli chodzi o bananowo-daktylowe zasłodzenie, wolę po prostu taki duet, jak w przypadku Urwisa.


 ocena: 8/10
cena: 6,30 zł (za 47 g)
kaloryczność: 388 kcal / 100 g; baton 186 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: owoce 73% (daktyle, szuszone banany 11%, suszone sproszkowane jagody acai 6%, sproszkowane banany 5%, suszona sproszkowana żurawina), orzechy 25% (brazylijskie, migdały, pasta z migdałów), sproszkowany sok z buraka 2%

poniedziałek, 7 maja 2018

Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % ciemna z Wietnamu

Na myśl, że została mi już ostatnia tabliczka Jordi's poczułam ukłucie w sercu. To była metafizyczna pinezka z karteczką "przy najbliższej okazji kupić kolejne!". Markę bowiem pokochałam, a świadomość, że ostatnia posiadana tabliczka jest z kraju, z którego kakao obdarzyłam ostatnimi czasy podobnym uczuciem, dodatkowo sprawiła, że dzień otwarcia wydawał mi się wręcz magiczny. W tym przypadku o kakao wiadomo jeszcze, że fermentuje od czterech do pięciu dni i jest suszone na bambusowych stołach.

Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Wietnamu, z prowincji Ben Tre, położonej w delcie rzeki Mekong.

Po otwarciu poczułam śliczny zapach, który wydał mi się bardzo leniwy i taki... "oddalony od rzeczywistości" (chodzi o jego klimat).
Oczami wyobraźni zobaczyłam ciemną, fioletową konfiturę, spod której wyłaniał się skromny kawałek jakiegoś ciemnego, kapciowato-mokrego biszkopto-ciasta. Gdzieś przy tym musiał stać wazon z kwiatami... fioletowymi? Tak do tej konfiturki... może lawenda? Taka z charakterem podbitym dymem... bo i dużo w tym było dymu, paloności.

Przy łamaniu tabliczka o fioletowawym odcieniu okazała się twarda i trzaskająca w sposób, jakby była przez kogoś chrupana. Dziwny dźwięk, sugerujący kruchość, ale nie suchość.
W ustach rozpływała się na leniwie oblepiający je krem, uwalniając ogrom soczystości i maślanej tłustości.

W smaku od pierwszej chwili poczułam "słodziutko czekoladowy" smaczek zamknięty w klatce gorzkiego dymu.

Z dymu tego na wolność wyrwał się ogrom soczystości, niosącej kwasek. Zaskoczona uznałam, że było to owocowe tylko częściowo.
Najpierw bowiem z dymu wyłoniły się niemal soczyste orzechy, przy których gorzkawość rozpraszała się, ale nie słabnąc, a zmieniając się w wiele drobniejszych nutek.

W tym czasie, w tle, pokazywały się owoce. Początkowo też wydały mi się kwaśno-gorzkie, więc natychmiast pomyślałam o cytrusach, głównie grejpfrutach. Tu jednak wciąż pracował smak słodziutkiej czekolady, która coraz dosadniej zaczynała sugerować śliwki.

Czekolada i lekką słodycz wypuszczała, zaś od nuty soczystych orzechów odchodziła także maślaność, co kojarzyło mi się z kremem czekoladowo-orzechowym lub czekoladowo-migdałowym... prawie marcepanowym? To ostatnie skojarzenie napędzała ogólna soczystość, mokrość i charakterność.
Doszukałam się w tym pewnej "razowości" i miękkiego (biszkoptowego?) piernika. Takiego odymionego i przyprawionego gorzkimi przyprawami.

Właśnie przy tych kremowo-piernikowych smakach śliwki ruszyły bardziej zdecydowanie. Były kwaśne - albo suszone węgierki, albo świeże niedojrzałe. Otworzyły drogę wyrazistym jeżynom, czarnym porzeczkom - cierpkim owocom leśnym. Je także zamknięto w klatce... konfiturowej. Wyobraziłam sobie taką mocno owocową, słodzoną sokiem jabłkowym, wyraźnie zaznaczającym się (jak dżemy 100 % owoców).

Pod koniec cierpkawe, soczyste ciemne owoce (śliwki, jeżyny, porzeczki) łączyły się z dymem, palonością (mimo której czekolada nie wydała mi się palona) i tymi orzechowo-migdałowymi nutami. Było słodko-kwaskowato, ale z poczuciem złożonej gorzkości. Co więcej, wracało poczucie rozleniwionej delikatności z zapachu - takie kwiatowe tchnienie.

Czekolada smakowała mi i to bardzo, jednak mniej niż bardziej kawowa La Naya Vietnam Ben Tre 70 % czy obłędnie śliwkowa i troszeczkę winogronowa Erithaj Ben Tre Vietnam 70 %. Może Jordi's wyszła bardziej gorzko, ale nie intensywniej smakowo (bo przy tym też trochę maślanie-subtelniej). Wszystkie miały jednak bardzo podobne nuty dymu, przypraw i dżemów / konfitur.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,49 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  602 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 6 maja 2018

deser Milka Pudding Alpenmilch Schokolade

Przez miłość do prawie nie pojawiających się w jeszcze-moim mieście deserów Muller de Luxe czasem nachodzi mnie na inne tego typu. Dzisiaj opisywany jednak nie kusił, bo jestem zbyt podejrzliwa co do fioletowej krowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłam dwa kubeczki w lodówce. Okazało się, że lubiąca Milkę Mama - która nie cierpi takich deserów / glutów czekoladowych! ubóstwia za to waniliowe, bo im jaśniejsze i słodsze tym lepiej - kupiła nam po jednym. Podbudowana słowami, że to "niezła gęstwinka, która na pewno posmakuje komuś, kto lubi mocno czekoladowe smaki" (jej był za mocno czekoladowy), bo ona sama "byłaby zakochana, gdyby deser był waniliowy", sięgnęłam po mój "przydział".

Milka Pudding Alpenmilch Schokolade to "deser czekoladowy mleczny".

Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodki zapach mlecznej czekolady. Z zaskoczeniem odnotowałam smakowitość.

Deser wyszedł cudnie gęsty, niemal łychostajny, choć miał w sobie coś glutowatego. Był gładki, lecz o proszkowych zapędach. Podobało mi się, że nie doszukałam się w nim ani odrobinki wodnistości czy zbytniej tłustości.

W smaku czułam przede wszystkim słodką, mleczną czekoladę. Mleczna baza jakby rozbijała słodycz, sprawiała, że początkowo była jeszcze przystępna. Sama zaś niesamowicie podbiła mleczny smak czekolady. Nie ma tu co mówić o wytrawności, ale świadomość, że to właśnie mlecznoczekoladowy deser nie ustępowała ani na chwilę. Także jakiś orzechowo-kakaowy (jak  słodziutkie "kakałko" na mleku) element parę razy mi mignął.
Słodycz rosła wraz z kolejnymi łyżkami i dla mnie okazała się za silna, ale nie taka straszna czy czysto cukrowa. Wraz z nią nakręcało się bowiem poczucie "dziecięcej czekoladowości", wciąż jednak wyrazistej.

Po zjedzeniu było mi za słodko, ale nie zrobiło się nieprzyjemnie. Nie odnotowałam żadnych niechcianych posmaków, za to odkryłam w tym pewien urok, dziecinność. Ogrom mleka i wyrazisty smak mlecznej czekolady - aż mnie ta czekoladowość w tym zdziwiła (ach, jak często w takich deserach właśnie sama czekoladowość zanika - tu spodziewałabym się raczej cukru w cukrze, milkowocukrowego smaku, a tu miłe, choć słooodkie, zaskoczenie).

Deser jest chyba najlepszym mlecznoczekoladowym, jaki jadłam i mimo że nie jest to mój ideał, Mullerowi de Luxe oczywiście nie dorównał (Muller jest ciemnoczekoladowy, więc w sumie to nie ma co porównywać, bo to inna bajka), to żałuję, że trafił mi się tylko jeden smak. (Zdobyłam i drugi, ale w dniu pisania recenzji tego nie wiedziałam. Do czekoladowego zaś wróciłam dwukrotnie.)
Uważam, że był smaczniejszy od np. lidlowej Milbony i Zotta. Na pewno Milka wyszła wyraziściej, choć niestety i bardzo, bardzo słodko. Mnie kupiła gęstość (jak Mullera) i brak "glutowej obrzydliwości".
PS Z bloga livingonmyown dowiedziałam się, że za produkcję deseru odpowiada Muller właśnie. Specjalnie mnie to nie zdziwiło. To w końcu taka słodsza, mlecznoczekoladowa wersja jego deseru (i bez sosu).


ocena: 8/10
kupiłam: -
cena: (Mama mówiła, że chyba 3 zł za 150g)
kaloryczność: 137 kcal / 100 g; deser - 202,5 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka, czekolada mleczna 5% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, miazga z orzechów laskowych, aromat), śmietanka kremówka, skrobia modyfikowana, kakao w proszku o oniżonej zawartości tłuszczu 1,8%, czekolada 1%, mleko zagęszczone odtłuszczone, stabilizatory: fosforany sodu, substancja zagęszczająca: karagen; aromat