wtorek, 21 lipca 2020

J.D. Gross Mousse au Lait Tiramisu mleczna z nadzieniem kawowym i musem mlecznym o smaku tiramisu z ciastkami


Pozwolicie, że najpierw informacja dnia. Otóż oficjalnie wygryzłam blogspot z nazwy i od teraz to już nie http://chwile-zaslodzenia.blogspot.com, 
a po prostu 
chwile-zaslodzenia.pl
Bardzo cieszę się z tej pozornie małej, a dla mnie ogromnie ważnej, zmiany.

Po tym, jak ze zdziwieniem odkryłam, iż Lindt Edelbitter Mousse Pflaume-Rum smakował mi bardziej niż Zotter Plum Jam, pomyślałam sobie, że mogę Zottera skonfrontować jeszcze z innym tańszym nadziewańcem. Wprawdzie chodziło już o inny smak, ale wspominając wypchanego wszystkim czem Zottera Tiramisu zastanowiłam się, czy "taki zwykły Gross" nie okaże się przypadkiem smaczniejszy?

J.D.Gross Mousse au Lait Tiramisu to czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao z (19%) nadzieniem kawowym oraz (22%) kremem / mousse'em mlecznym o smaku tiramisu z kawałkami ciasteczek (1,5%).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam silną, cukrową słodycz oraz ogrom mleka i śmietanki, leciutko przełamanych wątkiem kawy, biszkoptów i... niezbyt jednoznaczną nutką, kojarzącą się z serem topionym; też może coś maślanego, może likierowego.

Już w dotyku dało się odczuć tłustość czekolady i zauważyć jej konkretność. Przy łamaniu lekko pykała, a przy podziale kostek nie rozpadała się ani nie uginała. W zasadzie zaskoczyła mnie swoją twardawością i zwartością.
Gruba warstwa czekolady skrywała nieco bardziej zwarty krem koloru beżowego (cienką warstwę) i sporo jakby spulchnionego, puszystego kremu białego, wypełnionego ciasteczkami różnej wielkości.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i w miarę szybko mięknąc z racji tego, jak gęsta i kremowo-tłusta była. Zalepiała wszystko zupełnie.
Odsłaniała nadzienia tłustsze, ale nie cięższe od niej.
Wierzchnia warstwa (kawowa) właściwie zlewała się z nią, kontynuując tłusto-miękkie zalepianie. Odznaczała się bowiem czekoladową gęstością, ale też plastycznością margarynowego kremu. Biały krem odlegle przypominał mousse, acz widział mi się jako raczej puszysty, tłusty, ale nie ciężki krem śmietankowy. Nieco rzadszy od pozostałych części, też w pewien sposób konkret zachował. Rozpływał się jednak szybciej, bo był rzadszy.
Wyłaniały się z niego świeże, chrupiące ciasteczka. Wydały mi się lekkie, i... rozlatujące na pyłek? Nie rozpływały się specjalnie, ale nie były kamienne czy coś, więc sprawdziły się, pasowały do formy, a i z ich ilością ani nie przesadzono, ani nie poskąpiono.
I mimo że całość wyglądała na lekko suchawą, w ustach szybko miękła, zalepiała na pewien czas, stając się mięciutko-bagienkową (trochę margarynowo), śmietankowo-tłustą, masą

W smaku sama czekolada zaczęła od uderzenia falą mleka, którą goniła słodycz. Mimo że z czasem jeszcze wzrosła w nieco cukrowym kierunku, nie była przesadnie wysoka. Z pomocą dodatkowo przyszedł nadający szlachetności motyw wanilii.

Nadzienia szybko zaznaczyły swoją obecność, więc częściowo musiała nimi przesiąknąć. Zaraz bowiem uchwyciłam delikatniusią nutkę cappuccino.

Polało się mleko pełne i naturalne, odrobinkę osłodzone wanilią i... coraz pełniejsze. Śmietanka z każdą chwilą umacniała swoją pozycję. Podobnie zresztą słodycz, chyląca się ku przesadzie. Mleczny krem zdecydowanie stał za podwyzszeniem jej, kojarząc się w końcu ze śmietankowo-mlecznymi lodami i bitą śmietanką. Sowicie dosłodzonymi. Tu jednak, od całej tej śmietankowości, odchodził wątek lekko tłustawy, tak po prostu. Doszukałam się też pewnej sztuczności, jakby biszkoptowego motywu oraz posmaku serka topionego i serka śmietankowego.

I żeby tak za słodziaśnie-mlecznie nie było, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nasilała się kawa. Wierzchni krem okazał się najmniej słodki. Pomykała niepewnie poprzez mleczną czekoladę i wplatała się w śmietankę oraz sztucznawość. Po chwili jednak, kawa przy asyście słodyczy, zagłuszyła tę ostatnią. Beżowy krem ewidentnie smakował mleczną kawą, cappuccino, wnosząc trochę delikatnej gorzkości, nie przełamującej jednak zbyt wiele, a wpisującej się w resztę. Pobrzmiewała mi tu margaryna, ale na szczęście bardzo odlegle.

Zaraz po kawie pojawił się motyw delikatnie wypieczonych, słodkich maślanych ciastek.

Pod koniec (już od drugiego kęsa) w gardle od słodyczy prawie drapało, a w ustach w najlepsze wirowała śmietanka i kawa, splecione nutkami: waniliową i "dziwną". Posmak ciastek nasilał się, gdy te wyłaniały się na język. Rozgryzane "obok czekolady" dodawały swoją własną słodycz, choć wprowadzały też smak ni to ciastek, ni biszkoptów i tonęły w śmietankowo-mlecznej słodyczy.
Rozgryzane na sam koniec oczywiście wychodziły bardziej na przód, przed inne smaki. Okazały się maślano-pszeniczne, nie aż tak mocno słodkie, a łagodne ogółem.

Posmak należał do przesłodzenia, choć nie w cukrowym wydaniu, a złożonym. Była tu wanilia, ciasteczkowość, skojarzenie z zacukrzonymi lodami śmietankowymi. Całkiem nieźle czułam też kawo-czekoladkowość, cappuccino. Dziwne echo również pobrzmiewało, ale na szczęście nieznacznie. Czułam i przesłodzenie ogólne, i drapanie w gardle.

Muszę przyznać, że czekolada wyszła dziwnie wciągająco. Na granicy przesłodzenia pozytywnego, a już odpychającego, ale tak cudownie śmietankowo, że da się jej to wybaczyć. Bardzo dobra była sama czekolada i - o dziwo - ciasteczka. Krem kawowy nie był zbyt nachalny, a ten biały "o smaku tiramisu" właściwie... smakował głównie jak bita śmietanka, nie był do końca mousse'm i krył coś dziwnego i w smaku, i w konsystencji, ale "uszło w tłumie". To jednak bardziej czekolada o smaku cappuccino niż tiramisu.
Za pierwszym podejściem, tak wstępnie, zjadłam dwie kostki, za drugim 8 na uczelni z premedytacją załatwiając sobie cukrowego kaca, ale resztę oddałam Mamie. Mimo że smaczna, jest to słodycz nudząca, by wielokrotnie do niej wracać. Mamę jednak zachwyciła, że najpierw zaniemówiła zupełnie. Potem wypytywała, dlaczego taka ocena - niby rozumiała, że mi już w końcu było za słodko, ale "przecież taka pyszna".

Od razu przypomniały mi się Lindty: Creation Tiramisu (gorszy) z nijakim, a cukrowo-tłuszczowym białym kremem oraz niezły Tiramisu - z przyjemnie kawowo-mlecznym kremem, ciekawą nutką serka mascarpone i nijakimi ciastkami. Gross ma inne plusy: przyjemnie ciasteczka oraz ogrom śmietanki, ale i swoje wady ma. Terravita Tiramisu wyszła zupełnie inaczej (jak kawowe trufle), więc nie mam co porównywać. Natomiast Zotter Tiramisu... też zatracił się w swojej silnej kawowości i alkoholowości, więc... to też jakby co innego.
Gdy w zapachu wyłapałam tę leciuteńką sugestię serka topionego, wystraszyłam się, że będzie jak z Scholettą Iced Coffee, ale na szczęście nie.
Gross, mimo że nie idealny, jest zdecydowanie moim faworytem z przytoczonych. Wydźwięk tiramisu? Jak najbardziej: śmietankowy krem, nuta kawy, biszkopty / ciastka, jakaś tam nuta serka (mniej udana). Nie brakowało mi alkoholu. Jakość do poprawy, poziom słodyczy do obniżenia.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku (19%), olej palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, 1,2% kawałki ciasteczek (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; sól, ekstrakt z laski wanilii), lecytyna sojowa; 0,3% kawa palona, naturalny aromat kawy, ekstrakt z laski wanilii

poniedziałek, 20 lipca 2020

Cote D'Or BIO Noir Trinitario 70 % ciemna z Peru i Republiki Dominikany

Do niedawna trochę podejrzliwie patrzyłam na eko / bio czekolady, bo trafiałam na takie, które zacne jedynie udawały, a naprawdę były bardzo słodkie, zapchane tłuszczem lub kakao odtłuszczonym itp. Co z tego, że składniki zdrowo uprawiane, jak końcowy efekt tragiczny i w sumie oszukany? Potem jednak odkryłam całe mnóstwo niepozornych boskich: Fair Dunkle Schweizer Bio 70 % z Aldi, Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %Carrefour Bio 74 %. Niedługo po nich kupiłam też Cote D'Or - wersję 70 % Bio i zwykłą 70 %, chcąc sprawdzić, czym się różnią, poznać podejście marki do kakao bio i "zwykłego" (czyli?). Byłam w szoku, gdy zobaczyłam, że w dodatku wersja bio była... tańsza (dopiero potem jeszcze odkryłam, że i gramatura jest niższa). No, ale niestety marka zdążyła już mi podpaść Lait Amandes Caramelises oraz niezbyt moją (ale też nie złą), strasznie słodką Praline Dessert 58, która mogłaby być pyszna, gdyby nie tyle cukru. Czy producent umie coś dobrego z kakao zmajstrować? Właśnie po tym, co jadłam, trudno było stwierdzić i nie ukrywam, że nawet nie chciałam zgadywać, co w tym przypadku mnie czeka.

Cote D'Or BIO Noir Trinitario 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Peru i Republiki Dominikany (blend).

Już w sklepie to właśnie opakowanie przykuło moją uwagę: piękne są te czerwone "mapowe" linie za ziarnem kakao - wystają trochę i lśnią.

Po rozerwaniu sreberka poczułam splot smakowitej kawy z czymś początkowo trudnym do sprecyzowania (drewnianym?) oraz odpychającej perfumowej słodyczy. Żadna z nich nie była specjalnie mocna, ale intensywności im nie brak. Perfumy z czasem zrobiły się bardziej owocowe: malinowo-morelowe, w wydaniu konfiturowo-suszkowym. Pewien "suchy" motyw trwający przy kawie stał się drewniano-skórzanymi meblami lub drewnianą szafą ze skórzaną odzieżą (która niestety nasiąkła wstrętną perfumą). Zapach wydał mi się lekko duszny, lecz jedynie ta perfuma irytowała.

W dotyku tabliczka wydawała się sucha, a przy łamaniu trzaskała bardzo głośno. Była twarda jak kamień, co nie sprzyjało równomiernemu łamaniu się po liniach. Przy odgryzaniu kęsa dała się poznać jako twardo-krucha, a w ustach...
W ustach trzymała formę / kształt, początkowo wydawała się twarda i oporna, aż po paru chwilach zaczynała mięknąć w margarynowo-plastelinowym kontekście, zachowując jedynie pozory ciemnoczekoladowej kremowości i wykazując... gibkość. Rozpływała się w umiarkowanym tempie. Niby była gładka, ale kryło się w niej coś pylistego. Pozostawiała leciutką cierpkość.

W smaku od początku czułam gorzkawość kojarzącą się ze skórzaną odzieżą. Dołączyło do niej sporo orzechów i drzew, sprawnie budujących bazę.

Niestety, szybko w tle pojawiła się perfumowa nuta. W smaku doszukałam się w niej rześkości, nawet pewnej zwiewności kwiatów, ale takich... przykurzonych? Odchodziła od tego suchość, mieszająca się z drzewami. Pojawiła się nie za wysoka słodycz. Skojarzyło mi się to z tanim, jasnym miodem (perfumą miodową?), czymś lekko karmelowym. Doszukałam się słodkich suszonych owoców. Zaraz wyraźnie posypały się słodkie morele i również słodkie rodzynki sułtańskie.

Te pobudziły gorzkawość i mniej więcej w połowie pojawiła się kawa, by zalać usta swoim niemocnym, ale przyjemnie wyraźnym smakiem.  Miałam wrażenie, że suszkowatość i "coś" (ten "perfumowy miód") ciągle ją nieco hamują, ale i tak udało jej się zdobyć dominację. Podkreśliły ją drzewa i orzechy, jakby jednocześnie uspokajające kompozycję.

Mimo to, w owocowy motyw wstrzeliła się słodko-dżemikowa mieszanka żurawiny i malin. Nie było to zbyt przejrzyste, ale przynajmniej wciągnęło perfumowość. Zamiast niej końcówka należała do tworów słodkich i czerwonoowocowych, trochę bardziej soczystych.

Pod koniec czułam więc więcej słodziuteńkich czerwonych owoców jako przetwory, suszone morele i rodzynki nieco doprawione miodo-karmelem oraz smak drzew, skórzanej odzieży, orzechów. Rodzynki zacnie obsypały te ostatnie, co przełożyło się na dodatkową suszkowatą soczystość.

Kawa, wraz z owocami wróciła za to w posmaku. Łagodziły ją orzechy i drewno. Niestety perfumowość znów przypomniała o sobie, ale już o wiele, wiele słabiej.

Całość koniec końców zaskoczyła mnie pozytywnie. Miała bowiem takie momenty, że myślałam, że szala zacznie przechylać się na stronę kiepskości, ale wszelkie gorsze nuty wychodziły na prosto. Została przyjemna kawa, drewno i orzechy, oraz słodycz czerwonych owoców, moreli i rodzynek. Nie było specjalnie gorzko, kwasku ani trochę, ale i ze słodyczą nie przesadzili. To przystępna propozycja.
Nie podobała mi się oporna, a potem miękka konsystencja, ale do tragicznej to jeszcze jej daleko.
Całkiem niezła, a nawet... dość ciekawa.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii

niedziela, 19 lipca 2020

wino Western Creek Shiraz 2016

Zawsze mam zagwozdkę w kwestii bloga i alkoholu. Z jednej strony czuję się dziwnie, dodając jego recenzje, bo raz, że o słodyczach czyta wiele osób młodych, to w żadnym wypadku nie jestem koneserką, nie znam się na trunkach, nie kupuję zbyt drogich. Z drugiej jednak słodsze alkohole wpisują się w moim postrzeganiu świata w "coś słodyczowego". Co jednak znaczy u mnie "słodsze"? Lubię mocniejsze, np. whisky... i uważam, że ma słodki smak. Czy jest słodyczem? Hm... Z winem już łatwiej, bo jest słodkie, półsłodkie - i takich recenzje dodaję. Czuję jednak, że jestem niesprawiedliwa w stosunku do moich ulubionych win, a więc półwytrawnych i wytrawnych. Przecież też mają słodkawe nuty, więc... może w ogóle można je porównać do ciemnych czekolad? To recenzować? I tak zawsze toczę ze sobą bój. W końcu jednak uznałam, że wina będą, bo pomijając wytrawniejsze, pomijam te, które preferuję i mi głupio; potem nie mam do czego się odnosić i linkować.
Zaczęłam od wpisującego się w grupę cenioną przeze mnie. Otóż lubię te z odmiany Shiraz, ale nie tradycyjnie z Francji, a z Austrii - a przynajmniej jakoś tak trafiam. Częściej spotykam mieszanki z Cabernet Sauvignon, lecz tym razem pod recenzję poszła propozycja czysta.

Niestety, część czytelników jestem zmuszona wyprosić.
Wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Western Creek Shiraz 2016 Reserve  to czerwone wytrawne wino ze szczepu Shiraz z winiarni położonej w regionie Margaret River w południowo-zachodniej Australii, produkowane przez Western Creek. Dojrzewało w beczkach z amerykańskiego dębu przez okres minimum 12 miesięcy, zawartość alkoholu to 13,5%; pojemność butelki to 750ml.

Gdy tylko odkręciłam butelkę, poczułam cierpkie, podfermentowano-słodkawe czarne porzeczki i jeżyny, podkreślone sugestią pikanterii. Wino nalane do kieliszka ujawniło też chłód... niemal piwniczny, kojarzący się z elegancką piwnicą pełną beczek i powideł / dżemów w słoikach.

Wino miało kolor oberżyny, w kieliszku wyglądało na coś pomiędzy normalnym, a już gęstawym napojem, jednak w trakcie picia wyszła na jaw jego gęstość (masywność?). Wino jakby już na starciu nią lekko ściągnęło, pozostawiając cierpkawo-suchawy efekt. Ten był oczywiście jeszcze silniejszy na koniec.

W pierwszej chwili wydało mi się wręcz ostre od przypraw. Korzenne przyprawy uderzyły, przemycając charakterek alkoholu, po czym puściły przodem owoce.

Owoce jednak nie były lekkie, a taninowe i esencjonalne, lekko kwaskawe. To niemal miękkie, duże i w pełni dojrzałe czarne porzeczki i jeżyny. Cierpkie, ze specyficznym posmakiem dominowały przez pewien czas tak, że czułam się, jakbym je jadła w dużych ilościach. Wśród dojrzałych ukryło się kilka kwaśno-niedojrzałych oraz podfermentowano-słodkich.

Od tego odeszła nutka najpierw prawie nieuchwytna: wiśniowo-śliwkowa? Gdy alkohol nieco zaszczypał w język, wróciły odważne przyprawy korzenne. Poczułam niemal ostry pieprz i słodko-pikantną lukrecję. Ochłodziła kompozycję. W wyobraźni znów przeniosłam się do chłodnej piwnicy pełnej beczek i słoi z... Z powidłami śliwkowymi. Oto poczułam ich lekki kwasek i goryczkę, jakby były to czekoladowe / kakaowe powidła. Nie brakowało ostro-korzennych przypraw.

Właśnie one, ostre przyprawy, wraz z powidlano-jeżynowym i kakaowym akcentem pod koniec nieco przypiekły wraz z alkoholem, rozgrzewającym gardło.

W posmaku pozostały jeżyny i czarne porzeczki, podkreślone chłodem lukrecji i powidlano-paloną nutą, wspomnieniem palonego kakao i beczek. Czułam też lekką cierpkość, suchawość w ustach i takie... poczucie nasycenia esencjonalnymi smakami, konkretem.

To bardzo gęste, dosadne wino o wyrazistych i obrazowych nutach. Czarne porzeczki i jeżyny, a następnie mieszanina powideł, śliwek i kakao, w korzennej, chłodno-lukrecjowej ramce - coś pięknego. Czuć moc, ciężkość, ale jeszcze w przyjemnym stopniu. Dzięki wydźwiękowi, nawet przez myśl nie przeszłoby mi je schładzać.

Mama dała się namówić, by spróbować, ale nie dała mu rady po paru łyczkach, bo "takie opalane i strasznie ciężkie, tak od razu na żołądek idzie". Owoców nie umiała nazwać.


 ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 20,28 zł (za 750ml; promocja)
czy kupię znów: możliwe

sobota, 18 lipca 2020

Madecasse 63 % Dark Chocolate Honey Crystal ciemna z Madagaskaru z miodem

Bardzo lubię miód, w dzieciństwie kanapki z nim i twarogiem były jednymi z moich ulubionych i... Zawsze preferowałam gryczany. Być może dlatego słodycze, czekolady z miodem aż tak mnie nie kręcą. Zazwyczaj producenci dodają najzwyklejszy, rzadko czuć jego specyfikę, często robią jakieś mieszanki albo w ogóle walą sztuczny i... nie satysfakcjonuje.
Markę Madecasse jednak lubię tak bardzo, że i miodowej czekoladzie dałam szansę. Wprawdzie od razu negatywnie nastawiłam się do tego, że miód dodali pod postacią kawałków do chrupania (w dodatku na bazie cukru - to, o czym pisałam!), ale w miętowej (63 % Mint Crunch) jakoś mi chrupacze nie przeszkadzały w czerpaniu radości. Liczyłam na powtórkę, mimo że była kolosalna różnica: chrupacz w tamtej to nibsy, a mięta - olejek, nie zaś jakiś "miętowy cukier". A zanim wzięłam się do otwarcia tej, chyba zdążyła wypaść z oferty. Marka zaś zmieniła nazwę na "Beyond Good" (z deklaracją, że wartości nie zmieniają).

Madecasse 63 % Dark Chocolate Honey Crystal to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao Heirloom z Madagaskaru z miodem, a dokładniej z chrupiącymi miodowymi kryształkami / kawałkami.

Gdy tylko otworzyłam pazłotko, uderzyła mnie intensywna woń ciemnej, rozgrzanej słońcem ziemi i soczyście kwaśnych cytrusów. Wraz z kwaskawo-cierpkim kefirem wsiąkały w tę goryczkowatą ziemię. Tutaj przejawiała się lekka słodko-palona nuta. W kwasku nabiału (kefiru, w trakcie jedzenia też twarogu) i cytrusów z czasem zaczęłam wyłapywać więcej słodszych owoców: śliwek, porzeczek.

W ciemnej masie tabliczki oglądanej pod światło dostrzegłam bursztynowe kropeczki, w dotyku zaś wydawała mi się sucha.
 Przy łamaniu trzaskała zdrowo, ukazując drobne kuleczko-kryształki. Gdy odłamywałam trzecią część tabliczki, wypadła mi z rąk, po czym upadając na podłogę roztrzaskała się na wiele małych kawałków (jak kryształ). Odebrałam ją jako kruchą, mimo twardości.
W ustach rozpływała się łatwo, ale w ogóle się nie spiesząc. Odznaczała się lekko tłustawą, kremową gęstością, ale upuszczała też sporo soczystości, co dobrze współgrało z dodatkiem, którego ilość i tak uważam za przesadzoną. Nie dało się odgryźć choćby odrobinki brzegu bez niego.
Też się rozpuszczał, trochę cukrowo, wplatając się w soczystość. Robił to powoli, a część zostawała na koniec. Gdy gryzłam te drobinki obok czekolady, a to, co zostało na koniec, chrupały - jak to cukier (może nieco twardszy, chwilami jakby zawilgocony), po czym szybko znikały. Myślę, że w tym przypadku podrobienie tego to plus, acz ogólnie nadało to tabliczce ziarniście-piaszczystego efektu. Wyszło to źle, bo o ile ziarnistość ciemnych za sprawą kakao lubię, tak tu... to jednak cukier. Nie mogę powiedzieć, by było go więcej niż czekolady, ale przeszkadzał, koniec, kropka.

Od pierwszego kęsa czułam zarówno goryczkę ziemi, jak i palony, lekko słodki motyw karmelu i słodziutkiego miodu.
Ziemistość zdawała się soczysta, pojawiła się goryczka kawy i trochę grejpfruta, szybko jednak zmieniająca się.

Doszukałam się w tym podfermentowanych nut, jak... ze starego twarogu?! Wyraźnie czułam nabiałowy wątek, lekką cierpkość i kwasek, co jednak zaraz wygładziło się. Usta zalał smak twarogu / kefiru, już bardziej jako "mleczna łagodność".

Kwasek miał więc subtelny wydźwięk, osadziły się w nim też owoce. Początkowo nie za wiele: bukiet raczej słodkich cytrusów. Odnotowałam pomarańcze, łączące goryczkę i słodycz. Za nimi, w podfermentowano-goryczkowatych strefach przejawiały się porzeczko-jagódki, może ciemne drobne śliwki... jako palone konfitury? Śliwki zaczęły dominować jako kwaskawo-dojrzałe węgierki, przemieniające się w paloną konfiturę, sowicie dosłodzoną miodem.
Ziemię zdawała się zalewać soczystość świeżych owoców, a dokładniej pomarańczy i mandarynek. Obok z kolei płynął także palony wątek.

Słodycz, początkowo karmelowo-palona i mocno owocowa, przy odsłaniających się kawałkach nasilała się. Była ewidentnie miodowa. Chwilami pokazywała się z bardziej "słodziuteńkiej" strony. Odebrałam ją jednak również jako nieco opalaną i trochę goryczkowato-konkretną. W pewnym momencie wydała mi się nieco ostrawa oraz... drapiąca tym i słodyczą w gardle, ale wcale nie za silna. Cudnie łączyła owoce z bardziej czekoladowymi nutami swoją powidlaną i pomarańczową konfiturowością.

Bliżej końca, powidła śliwkowe mieszały się ze znów wyraźniejszą kawą. Kawą się to trochę "przepiło", po czym głęboko-ostrawy miód wsiąkł w twarogowe, goryczkowate nuty. Oczami wyobraźni zobaczyłam mocno palony pumpernikiel z dużą ilością twarogu właśnie, oblany miodem.

Po wszystkim pozostałam z posmakiem miodu, kefiro-twarogu, kawy i soczystości owoców (cytrusów, głównie pomarańczy i powideł). Jakbym popijała "niezasładzający posiłek na słodko" kawą i wdychała zapachy z działki, na której były przekopane grządki (ziemia).

Tabliczkę postrzegam jako "Madagaskar w swojskim wydaniu". Czuć było jego specyficzne nuty, ale przemodelowane. Wyraźnie wyczuwalny miód podniósł słodycz, ale poniekąd jakby obok bazy, mieszając się z nią tylko częściowo, co w sumie było ciekawym efektem. Kawa, twaróg i soczystość... właśnie nie tyle cytrusów i jagódek, co śliwek, konfitur i cytrusów w palono-miodowym wydaniu smakowały m. Mimo że było słodko, to nie tak zasładzająco, jak można by się spodziewać. Smakowo tylko do tej "słodziuteńkowości" mam zastrzeżenia - mogli kryształki zrobić tylko z miodu, albo np. z cukrem trzcinowym, a nie zwykłym.
Nie podobała mi się ilość chrupacza - tabliczka wyszła strasznie piaszczysta, najeżona tym do przesady.  Nie haratało to podniebienia, ale odbierało przyjemność z jedzenia i odciągało uwagę od głębi.
Po wstępnej próbie resztę zabrałam na wykłady, bo w domowych warunkach za bardzo by mnie to irytowało / męczyło / nudziło przez strukturę. Gdyby nie ona, może i nad maksem punktów bym się zastanowiła.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 13,49 zł (za 75g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miodowe granulki (cukier, miód), lecytyna słonecznikowa

piątek, 17 lipca 2020

Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth ciemna mleczna 55 % z Ghany

Razu pewnego naszło mnie, żeby na uczelni zjeść jakąś bardzo słodką, ale ciemną czekoladę. Pomyślałam o tych wszystkich, za którymi w sumie nie przepadam, nazywanych przez ludzi "deserówkami". Osobiście nie uznaję takiego nazewnictwa - tak samo nie podoba mi się nazywanie czekolad "gorzkimi". Przecież czasem nawet 100 % kakao nie są gorzkie, a np. kwaśne. Z kolei 80 % potrafią być zaskakująco słodkie. "Deserowe", "gorzkie" - co to ma być? Mam własny podział. Nie ma mleka, czyli "ciemna" i już. Potem patrzę na procentową zawartość kakao. I życie staje się prostsze! W każdym razie uznałam, że to odpowiedni czas dla dzisiaj przedstawianej tabliczki, wchodzącej w nową linię (w momencie pisania) Ritter Sport. Trzy ciemne tabliczki z kakao z określonych krajów, różna zawartość kakao? Miodzio! Poczułam się jednak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz, gdy dotarło do mnie, że ta, którą wzięłam za "ciemną o niskiej zawartości kakao" w istocie jest czekoladą o wysokiej zawartości kakao... bo jest czekoladą mleczną. Poczułam się trochę oszukana, ale w sumie wina była po mojej stronie, ponieważ nie doczytałam, co kupuję. Trudno. W sumie perspektywa zjedzenia mlecznej nieprzesłodznej też była miła.

Ritter Sport Kakao Klasse 55 % Die Milde aus Ghana mit Milch / Cocoa Selection Smooth from Ghana to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam mnóstwo mleka, pełnego, wyrazistego i naturalnego. Nie brakowało przy nim słodyczy, toteż od razu pomyślałam o kajmaku czy jakimś mleczno-miodowym toffi... Lekko słonawym toffi? Oczami wyobraźni zobaczyłam wieś z sianem rozgrzanym słońcem, mleko w bańkach oraz orzechy w miodzie. Z czasem zapach szedł w coraz bardziej orzechowym kierunku.

Zupełnie nie podobał mi się podział tabliczki: wysoka drobnica była niewygodna w jedzeniu, bo i na raz dziwnie taką kosteczkę do ust wsadzić, ale przegryzać na pół takie maleństwo też dziwnie. A i potem rozpuszczało się to jakoś... dziwnie, niewygodnie.
Przy łamaniu twarda tabliczka ładnie trzaskała ujawniając przekrój sugerujący, że jest bardzo zbita, gęsta i gładka.
W ustach potwierdziły się wszystkie te przymiotniki. Swoją niemal śliskawą gładkością przypominała kajmak lub toffi. Kojarzyła mi się z chłodnym, dopiero ocieplającym się masłem, choć nie była straszliwie tłusta. Długo zachowywała kształt i formę, niespecjalnie miękła. Powoli przeistaczała się w gęsty, zbity krem, coraz bardziej kojarzący się z tłustym i niewiarygodnie gęstym budyniem.

W smaku od pierwszego kęsa poczułam słodycz palonego toffi o wyrazistej, mleczno-maślanej bazie. Na myśl przyszedł mi miód, słodycz głębsza.

Głębię tę natychmiast wskazywała nutka cierpkawego kakao, zaznaczająca się na tyle.

Niemal równocześnie z nią po ustach rozlało się tsunami mleka. Mleko można by tu odmieniać przez wszystkie przypadki. Wyraziste i naturalne, zdawało się sowicie wymieszane z miodem. Z każdą chwilą wydawało się, iż mleka przybywa.

Cała ta szlachetność, paloność przejawiała się też jako subtelna gorzkość. Nie za mocna, a taka... orzechowa / orzechowo-siankowa. Orzechy tonęły w miodzie, ale... zaraz ich goryczka wzrosła. Podkreśliła palony motyw, który nagle podał mi... piernik. Zwykły, nie za mocno przyprawiony i może trochę suchawy, ale palono-miodowy i z mnóstwem orzechów. Jako że był dość suchy, ogrom mleka jak najbardziej do niego pasował. Starał się go sobie omotać.

Bliżej końca "piernik" wysunął na przód cierpkawość kakao i orzechową gorzkawość. Był to moment, w którym słodycz zupełnie wplotła się w poszczególne motywy, a mleczność wydała mi się nieskazitelnie czysta. Złagodziła kompozycję do pewnego stopnia, ugładziła ją i wymieszała się z nutką kakao. Oczami wyobraźni widziałam gęsty budyń z kożuchem na wierzchu, tak gęsty, że niema o zupełnie stałej konsystencji. Może nawet już deser pudding, wyglądający jak panna cotta (taki stojący na talerzyku).

Po wszystkim pozostał posmak mleka i cierpkości kakao, przełamanych palonym orzechowym motywem, solidnie dosłodzony w głęboki sposób. Słodycz zdawała się płynąć z poszczególnych nut. Najdłużej utrzymało się kakao.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie smakiem jak i po prostu... zaskoczyła wydźwiękiem. Bardzo mleczna czekolada. Właśnie pełne mleko czułam, nie śmietankę - to najbardziej mleczne mleko na jakie ostatnio w czekoladzie trafiłam. Obok tego całkiem zacnie przemodelowana słodycz (jakby wpleciona w mleczne nuty) i kakao, wyróżniające się na mlecznym tle, o orzechowym wydźwięku i niemałej cierpkości. Podobały mi się sugestie piernika. Ogółem mam jednak  zastrzeżenia w kwestii formy i konsystencji. Jak na mój gust była za zbita, taka jak chłodne masło. Brakowało jej cudownej gęstości i bagienkowości czekolad śmietankowych. Irytowały mnie te malutkie, a wysokie (niewygodne w jedzeniu) kostki.
To spokojna, wyważona czekolada, która potrzebuje czasu, by w pełni rozwinąć smak i kolejno przekazać wszystko, co kryła. Czuję jednak, że z 55 % kakao dałoby się wydobyć nieco więcej. Mimo to, była na tyle goryczkowata, o słodyczy tak wyważonej, że całą zjadłam sama, Mamy nie obdarowując (wiem, że jej by nie smakowała).


 ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 4 zł
kaloryczność: 598 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku

czwartek, 16 lipca 2020

Lion Pop Choc

Mama wprost uwielbia chrupać wszelkie kulki i draże. Od kolorowych Mimi, Monti z orzechami, przez rodzynki i orzechy w czekoladzie po... różne drobne dziwności. Liony zawsze jakoś dobrze nam się kojarzyły, ale gdy przez babcię zaczęłam mieć ich serdecznie dość, zniknęły z naszego domu. Gdy zdziwiona zobaczyłam te kulki, pomyślałam, że to jakieś dziwo. Potem jednak sobie pomyślałam, że skoro np. Lion Peanut był niezjadliwy przez słodycz, może wersja mini miała jednak jakiś sens? Czytając opis zdziwiłam się jeszcze bardziej. Otóż małe wafelki pozbawiono karmelu. Mało tego! "Polewa kakaowa", która pojawia się w opisie klasyka, w tym przypadku zmieniła się w "czekoladę mleczną". Nie wiedziałam jeszcze, czy się cieszyć. Przyglądając się nieufnie opakowaniu, dalej się dziwiłam. Otóż w przekroju jednej kulki na obrazku wyglądało, że dwie warstwy kremu miały kolor brązowawy, a jedna złoto-beżowy. I mimo że nie podoba mi się taka drobnica, postanowiłam spróbować, skoro KitKat Pop Choc na blogu były. A przy okazji dowiedziałam się (albo raczej przypomniałam, bo wiedziałam, że są, ale na śmierć zapomniałam), że są też płatki śniadaniowe Lion i... płatki-poduszki Lion. Mama kupując chyba myślała, że to one. Ja wiem tylko tyle, że takich produktów wcale bym się bała. Jednak te małe wafelki aż tak mnie nie przerażały. Nawet trochę zaciekawiły.

Lion Pop Choc to "chrupiące wafelki w mlecznej czekoladzie (61%) z chrupkami ryżowymi (5,2%)" w formie małych kulek; produkowane przez Nestle.

Po otwarciu poczułam dziwny zapach, kojarzący się z mączno-wegańskimi produktami zbożowymi i karmelowo przearomatyzowaną polewą. Na pewno nie karmelowy, a jakby udawanego, sztucznego karmelu, z nutą masło-margaryny i cukru, choć ta ostatnia była zaskakująco niska (jak na cukrowego batona). W pierwszych sekundach nie umiałam stwierdzić, czy dziwność przechyla się na plus, czy na minus, ale robiąc zdjęcia doszłam do wniosku, że to nie zapach, a przearomatyzowany smród. Mamie w pierwszej chwili skojarzyło się to z kokosem, "ale takim niefajnym, sztucznym" - a ja pod tym stwierdzeniem mogę podpisać się obiema rękami. Pisząc recenzję przypomniałam sobie, że znałam już taki zapach: to były kulki Nakd Fruit & Nut Nibbles Salted Caramel.

Nie umiem osądzić, czy wafelki wyglądają ładnie. Wiem jednak, że czując ich... zapach, kropki na nich (czyli przebijające kulki ryżowe) mnie odrzucały.
Na dotyk wydawało się, że polewa na kulkach zaraz zacznie się topić, ale nie. Było jej dość sporo i kryła malutkie, twardo-chrupiące, świeże kulki zbożowe.
W przekroju zobaczyłam dużo jasnego kremu (wszystkie warstwy miały ten sam kolor), którym przełożone były lekkie warstwy waflowe. Całość była spójna, nie rozwalała się, a nieźle chrupała. Pod względem struktury byłoby ok, gdyby nie miękko-ulepkowata, rozpływająca się niby opornie, ale dość szybko, tłusto i na nic, polewa (czekolada? nope). Była nieco proszkowa w negatywnym kontekście. Nie pomogły jej świeży, lekkie, bardzo napowietrzone chrupki, które zacnie chrupały i nie wlepiały się w zęby, ani lekki, świeży i delikatny wafelek.
Przełożono go straszliwie tłustym i jeszcze straszniej proszkowo-ziarnistym, chrzęszczącym od cukru kremem. Znikał miękko i raczej prędko, na wodę.

W smaku sama polewa reprezentowała cukrowo-mleczny smak taniej czekolady z wyczuwalnym kakao i mnóstwem aromatu. Myślałam o niej jako o sztucznej czekoladzie: tandetnej i nieprzyjemnej, zalatującej margaryną. Czułam w niej też sztuczny, chemiczny pseudo karmel.

Krem jeszcze tę taniość, tandetę i perfumowość podkreślił, bo i on tak smakował. Na fali margaryny i ogólnej smakowej tłuszczowości wypłynął smak cukrowo-sztuczny. Rzeczywiście karmelowy, ale... właśnie sztuczny. Taki pseudo karmel, zacukrzony do bólu, raczej niepalony, a osadzony w tłuszczu.

Wafelki niewiele wnosiły, nie smakowały niczym szczególnym, a chrupki dodały jedynie lekko zbożowego motywu. Skupiając się, wygryzając je, doszukałam się nawet odrobinki soli, ale w tym wszystkim tonęła. Wprawdzie trochę przełamało to słodycz, ale nie odpychającą taniość i sztuczność.

Chrupiąc całość czuć przesadzoną cukrowość, sztuczny i tani czekoladowy smak i tłuszczowo-karmelowawy akcent.

W zasadzie już wąchając zupełnie straciłam apetyt. Spróbowawszy stwierdziłam, że trzeba mi było posłuchać swego nosa. Wmusiłam w siebie trzy sztuki: jedną rozdłubując i szczegółowo badając wszystkie części, jedną dość szybko chrupiąc, a jednej pozwoliłam rozpływać się w ustach. Ostatni sposób przyprawia o traumę.
Mama zgodziła się, że to okropne zlepki z cukru, margaryny i sztucznego karmelowego posmaku. Doszłyśmy do wniosku, że chyba mimo wszystko polewa była podlejsza od środka, ale trudno w tych kulkach wybierać najgorszą część. W ogóle to nie wiem, co to miało być... nie dali karmelu jak w batonie, a naaromatyzowali...?
Potem jeszcze jakiś okres czasu debatowałyśmy nad tym, jak można coś tak niespożywczego, obrzydliwego wypuścić na rynek...


ocena: 1/10
kupiłam: Mama kupiła
cena: około 5 zł (za 140g; bo trafiła na promocję?)
kaloryczność: 522 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), miazga kakaowa, chrupki ryżowe 5,2% (mąka ryżowa, cukier, gluten pszenny, olej palmowy, słód pszenny, sól), tłuszcz mleczny, preparat serwatkowy w proszku, substancje glazurujące (guma arabska, szelak), emulgator (lecytyny), aromat, substancja spulchniająca (węglany sodu)

środa, 15 lipca 2020

Zotter Labooko Ghana 72 % ciemna z Ghany

Razu pewnego, po przeczytaniu recenzji Novi Nero Nero Ghana 70% napisanej przez Olgę z livingonmyown zapragnęłam zjeść tę czekoladę. Niestety, w sklepach z włoskimi produktami, które miały czekolady tej marki, nie znalazłam tej konkretnej. Postanowiłam to sobie zrekompensować inną czekoladą z Ghany, co do której, że będzie pyszna, nie miałam wątpliwości.
Wprawdzie zaskoczyła mnie nazwa kakao, z którego zrobiono tę czekoladę - o Amelonado usłyszałam po raz pierwszy. Chyba jest to specyficzna odmiana afrykańska. W dodatku (by lepiej oddać jego specyfikę?) konszowało bardzo krótko.

Zotter Labooko Ghana 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Amelonado z Ghany; czas konszowania to 12 godzin.

Po rozchyleniu papierka dotarł do mnie średnio mocny zapach palonej kawy, orzechów i nibsów nasączonych... czerwonym winem? Kawą? Wydźwięk wydał mi się nieco chłodno-rześki. Początkowo pomyślałam o chłodnym maśle i lodach śmietankowych, choć było to lekkie na tyle, że i owoce chodziły mi po głowie. Melony? Niewyraziste gruszki? Na intensywności zapach przybrał dopiero po chwili. Wtedy zrobiło się jasne, że to chłodek przypraw, może lukrecji, oraz lodów orzechowych (laskowe? włoskie?). A nibsy i kawa wypełniają jakieś wilgotne ciasto. Orzechowy wątek przypomniał mi White Praline + Wine Nuts, a dokładniej marynowane w czerwonym winie orzechy włoskie.

Przy łamaniu tabliczka była twarda i pięknie trzaskała, choć w dotyku wydawała się gładko-tłusta.
W ustach rozpływała się powoli, ale łatwo właśnie ze względu na tłustość. Idealnie gładka tafla skojarzyła mi się z konkretnymi, gęstymi lodami, zbito-galaretowatym deserem typu panna cotta czy wreszcie awokado - może jakimś kakaowym kremem z niego? Bliżej końca pojawiał się bowiem leciutko pylisty efekt sprawiający, że nic z tego mnie nie przytłoczyło, a lekko ściągnęło cierpkawością. Chwilami, wraz z pewnymi nutami, miałam wrażenie delikatnej soczystości.

Od pierwszego kęsa uderzył mnie gorzki smak węgielno-palonej kawy, która zaraz zrobiła się mocną zaparzoną czarną kawą i... goryczkowato-cierpkim sosem / syropem...? likierem?
Niemal równocześnie odezwała się wiśnia słodka w niemal podfermentowany sposób i leciutko tylko cierpka. Od tego blisko już było do skojarzenia z czerwonym winem.

Rześkość i lekkość przybyły wraz z kolejną falą subtelnej słodyczą, sugerując gruszkę. Gruszkę twardawą, ale i soczystą... soczystą a może nasączoną? Coraz bardziej miękką i... tak! Nasączoną alkoholem, taką "upitą" i... wypełniającą gęste, konkretne ciasto czekoladowe. Trafiła w nim na gorzkawe, zawilgocone otoczeniem, orzechy.

A od konkretów poszło też skojarzenie z lodowym, oczywiście czekoladowym, deserem z alkoholem, alkoholowym sosem czy coś. Poczułam orzechy palone aż do gorzkości. Początkowo kojarzyło mi się to ze śmietankowymi lodami o smaku orzechów laskowych, ale z czasem zdominowały je włoskie. Wyraziste, gorzkawe, świeżo-...prażone? Mogą być takie? Ależ one były przyprawione!

Deser niewątpliwie ozdobiono owocami. Do głowy przyszły mi mięciutkie, jędrne i ciemne wiśnie. Jak gruszki, mogły być nasączone alkoholem lub może nawet... może to bardziej wino o owocowych nutach, a nie owoce nasączone procentami? Palone nuty przytoczyły trochę węgielnych, nibsowo-kawowych akcentów i tym razem alkohol nie dał się już odgonić. Tym razem to już wyraźnie czerwone wino. Niewątpliwie z zaznaczoną taniną, dość wytrawne. Palono-goryczkowaty motyw przytoczył skórkę cytrusów, jednak z racji soczystości - i może pod wpływem tego wina? - powiedziałabym, że to raczej grejpfrut. Cierpkości, tanin i goryczek w każdym razie nie brakowało.

Troszeczkę "odczułam alkoholowość" na języku, co następnie bardziej podkreśliło nutę przypraw. Jakby cynamon oblegający orzechy i ostra lukrecja, mieszająca wszystko z poczuciem chłodu.

Bliżej końca kompozycja łagodniała. Znów pomyślałam o gęstych lodach orzechowych, może lekko maślanych albo i o... orzechowym awokado hassa? Tylko że w wydaniu "czekoladowym", a więc jako jakiś "zdrowy krem" czy "zdrowe ciasto", w dodatku z mnóstwem orzechów (nie jadłam, to moje wyobrażenia). Owoce rozpędzały jednak ciężkość w bardzo udany sposób, bo z tymi nutami zdawały się zespojone na stałe. Były to słodkie wiśnie i gruszki mniej alkoholowe, a soczyście-słodkie. W soczystości tej śmignął leciutki kwasek - raczej cytrusowy niż wiśniowy.

Po wszystkim pozostał soczysty posmak owoców, a więc cytrusów i wiśni już nieco bardziej kwaśnych oraz orzechów, lukrecji i węgla, palonej kawy, idealnie wymieszanej z miękkimi i słodkimi wiśniami. Ogólna cierpkość / ściągnięcie pozostawały na bardzo długo, z czasem zmieniając się w motyw czerwonego wina.

Czekolada kupiła mnie zestawieniem owoców (wiśni, gruszek i cytrusów), klasycznej kawy i mnóstwa orzechów z charakternymi nutami wina i lukrecji. Podobały mi się też prawie ciastowe, takie cukiernicze nuty, które jednak miały niespotykany wydźwięk z racji tego, że całość wydawała się minimalnie prażona, a wszelkie "palone" nuty pochodziły bezpośrednio od kakao. Postrzegam ją jako bardzo dobrze wyważoną, bo niska słodycz i wytrawne wątki były wyraziste i uzupełniające się nawzajem tak, że nie wyszła ani specjalnie słodko, ani jakoś mocno wytrawnie. Mimo tego uzupełniania się i palenia, na nudę nie było w niej miejsca.
Jedyne co, to wolałabym nieco inną konsystencję. Mniej tłusto-chłodną, ale generalnie i ona jakoś pracowała.

To ciekawe, bo nuty "zdrowego ciasta" (ale innego: batatowo-marchwiowego), lekko podfermentowanych owoców (innych, bo fig) czułam również w Manufakturze Czekolady Grand Cru Ghana 70 %, też bardzo kawowo-orzechowej i lekko przyprawionej. Co ciekawe, Manufaktura Czekolady Ghana 70 % + kwiat soli morskiej, była bardziej podobna w kwestii owoców (cytrusów i rześkości).
Zotter jednak kupił mnie swoimi wiśniami i alkoholem.
I znów! Gorzko-ciastowy i orzechowo-kawowy był (wycofany już) Zotter Labooko Ghana 75 %. Podlinkowany, mimo nieco wyższej zawartości kakao, wydawał mi się o wiele, wiele prostszy. Obstawiam, że to krótkie konszowanie przełożyło się na te owoce i taniny - w pewnych kręgach może byłyby one niepożądane, ale mnie zachwyciły właśnie one.
Właściwie troszeczkę skojarzyła mi się z wiśniowo-orzechową, trochę przyprawioną i też jakby nasączoną alkoholem, Labooko Togo 65 %. Podlinkowana była wprawdzie o wiele słodsza, miała nuty też innych owoców i chleba, ale jednak podobne były, a zobaczcie, że i kraje graniczące.


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 14 lipca 2020

Novi Nero Ecuador 75 % ciemna z Ekwadoru

Jakoś nie mogłam wyrzucić z głowy recenzji Novi Nero Ghana 70% Olgi z livingonmyown .Wprawdzie zjedzony później Zotter Labooko Ghana 72 %, w pełni mnie usatysfakcjonował, ale... Nie był czekoladą Novi Nero. Czasami mam tak, że dana marka czy rzecz tak mi bez większego powodu wejdzie do głowy, że po prostu muszę ją zdobyć. Pożądana tabliczka była wprawdzie poza moim zasięgiem, ale udało mi się kupić inne, a w ramach mini współpracy ze sklepem internetowym Bottega Del Gusto, dwie dostałam bonusowo. Jako że wśród nich tylko jedna była czysta, postanowiłam od niej zacząć. I nie miałam ochoty zwlekać, jak to mam w zwyczaju.

Novi Nero Ecuador 75 % Extra Bitter Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Ekwadoru, produkowana przez Elah Dufour.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam raczej delikatny, acz przyjemnie wyrazisty zapach kawy i wanilii. Ta druga wydała mi się trochę perfumowa, a trochę wplatająca się w przypieczono-rześkawy motyw owoców. Owoców mocno przypieczonych - jak w jakimś ciasto-placku, ciastkach (a nie np. konfiturze). Potem doszukałam się w tym też odległych, gorzkawych orzechów laskowych, właściwie to nawet bardziej ich łupin.

Niemal czarna tabliczka w dotyku wydawała się tłustawa, ale nie ulepkowata.
Przy łamaniu trzaskała nie za głośno. To bardziej eleganckie strzelanio-pykanie, co przy robieniu kęsa nadawało poczucia chrupkości.
Przekrój wydał mi się ziarnisty, jakby nie tylko za sprawą kakao, ale też od cukru.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym (ale szybciej niż wolniej), łatwo. Odrobinę miękła. Zachowywała zwartą formę tłustego kawałka, opływającego tłusto-mazistymi smugami i wodniście-pylistą zawiesiną. Całość była gładka, a ta pylistość... chwilami wydawała się iluzoryczna, acz na koniec robiła się cierpko-ściągająca. Nie podobało mi się to połączenie tłustości i wodnistości.

Gdy tylko zrobiłam pierwszy kęs, poczułam cierpkość i goryczkę kawy, przy czym w tej pierwszej po chwili dowodziły owoce. Czerwone: najpierw cały miks niemal podfermentowanych, zgniecionych na miękką masę, a potem wyraźnie wiśnie.

Słodycz, zaznaczająca się szybko i nieznacznie rosnąca, waniliową nutą trochę je hamowała. Powstrzymywała i trzymała na wodzy, ale nie zagłuszała. W niej samej było coś lekko cierpkiego, ale i wręcz zwiewnego. Przez moment pomyślałam o lukrecji. 

Gorzkość rozlała się na całe usta. Należała do kawy i przypalonego motywu. Za sprawą konsystencji pomyślałam o mielonej kawie na dnie filiżanki, kwaskawej kawie z ekspresu, potem o namokającej czarnej ziemi... ziemi zwęglonej. Węgielne nuty odegrały ważną rolę mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Wyeksponowały nieco pieczoną aurę, a następnie odeszły w kwaskawo-kawową, ziemistą toń. Niepewnie pomykała w tym także orzechowo-zbożowa, niejednoznaczna nuta (taka trochę "przyziemna" - ach, jak adekwatnie; tańsza?).

Z owoców wyłoniła się bowiem mocniejsza cierpkość, z wiśniowych, czerwonoowocowych meandrów wchodząc na teren cytrusów. To one wraz z węglem łączyły kawowo-ziemiste nuty z owocami. Było więc rześko i... ciężko jednocześnie. Do głowy przyszły mi poprzypalane kakaowe ciastka z owocami, które właśnie też się na gorzko przypaliły. Pobrzmiewająca cierpkość i pieczoności zasugerowały zbożowe chrupki kakaowe (i stało się jasne, że to zbożowość, a nie orzechy). Waniliowatość i zwiewność je podkreśliła, jako "coś lżejszego od ciastek". Oczami wyobraźni zobaczyłam chłodny budyń, dodatkowo leciutko "dochłodzony efektem lukrecji".

Towarzysząca temu wszystkiemu leniwie rosnąca słodycz pod koniec uprościła się, cierpkość się w nią wmieszała, lekki kwasek nie był już tak jednoznacznie owocowy, a bardziej węgielno-ziemisty i kawowy. Wciąż czułam wiśnie, ale wymieszane z cytrusami.

W posmaku pozostały taninowo-podfermentowane wiśnie, przypalona nuta  kakaowych ciastek lub chrupek i kawa z ziemią o nieco kwaskawym charakterze. Po zjedzeniu słodycz wydała mi się chamska w wydźwięku, ale niezaprzeczalnie nie za mocna. Czułam też ściągnięcie, cierpkość i lekką, chłodną ostrość lukrecji.

Całość wyszła niby nieźle smakowo, przejrzyście, ale było w niej coś denerwującego. Kwaski i cierpkość lawirowały między smakowitymi, a nieudanymi (wiśnie, kawa, ziemia, cytrusy, a jednak poprzypalana nuta ciastek / płatków zbożowych, a więc pospolitego kakao i słodycz chwilami dziwnie "waniliowata"). Ogólnie jednak poziom gorzkości i słodyczy odebrałam pozytywnie. Zupełnie nie podobała mi się struktura. Tłusto, a niezbyt gęsto, dziwnie. Fajnym nutom zabrakło polotu. Pod względem wydźwięku i konsystencji przypominała mi czekolady Alexandre, które to mi nie leżą.


ocena: 7/10
kupiłam: Bottega Del Gusto
cena: 13,50 zł (za 75g)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory, ekstrakt z wanilii

poniedziałek, 13 lipca 2020

Zotter Lime and Passion Fruit ciemna 70 % z nadzieniem marakujowo-batatowym i limonkowo-cytrynowym na bazie kaszy z brandy i warstwami białej czekolady

Uwielbiam smak marakui, a Pacari Passion Fruit czy Zotter Passion Fruit and Caramel with Thyme  to jedne z moich ulubionych czekolad. Na nowy (myślałam, że nowy) wariant z tym owocem bardzo się więc ucieszyłam. Tym bardziej, że wystąpiła w parze z limonką, nie zaś z cytryną, z którą Zotter według mnie przeważnie przesadza. Limonki również lubię, a niejednokrotnie przekonałam się, że marakuja świetnie sobie z nimi radzi (np. w rolce sushi z okoniem, marakują i właśnie czasem limonką). Dopiero pisząc wstęp, tłumacząc opis itp. dotarło do mnie, że to propozycja o wiele bardziej złożona. Ta wtedy nasunęła na myśl Lemon Polenta, a więc tabliczkę z ciekawą kaszą, ale właśnie... cytrynową. Wprawdzie i tu pojawiła się cytryna (cytrynowe confit, o którym była mowa przy Mango Tango). Czyżby pojawiła się kwaśna konkurencja? Początkowo zastanawiałam się, czy będzie to jednolite nadzienie + czekolada czy kilka warstw, bo opis wskazywał na to pierwsze, a zdjęcia sugerowały drugie. Po przełamaniu dopiero odkryłam, że wiele warstw, aczkolwiek takich "wchodzących jedna w drugą". Mało tego! Już po zjedzeniu odkryłam, że to po prostu nowa wersja Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize (z małymi zmianami kaloryczności i składu: więcej słodzideł na początku i dodanie masła).


Zotter Lime and Passion Fruit to ciemna czekolada o zawartości  70 % kakao nadziewana marakujowo-batatowym kremem i limonkowo-cytrynowym na bazie polenty (kaszy kukurydzianej) i konfitury cytrynowej (z marynowanych cytryn) z brandy oraz z cienkimi warstwami białej czekolady.

Po rozchyleniu papierka dotarł do mnie zapach charakternych cytryn z wyrazistymi, goryczkowatymi skórkami oraz dymny zapach gorzko-palonej czekolady. Podkreślone zostały kropelką brandy, jednak mimo jej obecności cytryna zdawała się skrywać również pudrową słodycz. Wierzch wydał mi się poważniejszy, cytrynowo-octowy wręcz, zaś spód właśnie słodko-pudrowy, acz minimalnie.
Po przełamaniu znacząco wzrosła owocowa słodycz o delikatnym wydźwięku, a także nasilił się alkoholowy motyw (również słodki). Chyba wyłapałam marakuję, która przeważyła o soczystości kompozycji.

Przy łamaniu warstwa czekolady trzaskała, nadzienie zaś mimo iż konkretne, cechowała pewna miękkawość. Trochę się rwało, trochę pozostawało zwarte.
Czekolada okazała się trudna do podziału na poszczególne części - nawet przy pomocy noża czekoladę ciemną od białej ciężko było oddzielić.
Kremy "wchodziły jeden w drugi" - mam na myśli np. wciskające się i wlepiające w batatowy krem mikroskopijne drobinki kaszy.
Otóż na górze znajdowała się cieńsza warstwa kremu limonkowo-cytrynowego o nieco "rozlazłej", suchawej strukturze. W dotyku był dość zlepkowato-zwarty.
Większą część zajął krem marakujowo-batatowy - na dole. Wyglądał na suchawy, również był rozlazły, ale w inny sposób. Ten już nie był taki zlepkowaty, a bardziej owocowo-śliskawo-mousse'owaty. Konkretny, ale mający skłonności do miękkości.

W ustach czekolada rozpływała się idealnie kremowo, powoli zalepiając usta gęstymi, gładkimi smugami. Odsłaniała tym samym czekoladę białą. Również bardzo kremową, ale trochę bardziej proszkową.
Już przy niej lekko wyciskały się nadzienia, mieszając się ze sobą. Znikały w zbliżonym do siebie czasie, acz cytrusowe robiło to nieco szybciej, pozostawiając drobinki (przy czym trzeba pamiętać, że było go tak 3 razy mniej).
Limonkowo-cytrynowe błyskawicznie nabrało soczystość, ale wciąż zlepiało się z resztą. Rozpuszczało się na soczyście-wodnistą zawiesinę, pozostawiając znaczący pyliście-proszkowy efekt. Wzmocnił go ogrom drobinek cytrusów (wydawały się częściowo sproszkowane), a o suchawości przypominały kuleczki kaszy o przyjaznej strukturze. Odebrałam ją jako idealną: nie twardą (ale lekko pykajaca?), nie miękką. Nadzienie było najeżone nimi w odpowiedniej ilości, co mogę powiedzieć również o jędrnych drobinkach cytryny. Znalazłam również sporo włókien i farfocli.
Dodatki wlepiały się i wciskały w drugie nadzienie.
Ono rozpływało się troszeczkę bardziej opornie, ale też dość szybko. Odebrałam je jako śliskie początkowo w owocowo-maślany sposób, przy tym dość zbite, choć... z czasem rozchodziło się na zawiesinę, będącą namiastką papki.
Konsystencja wnętrza wydała mi się dziwna - pozornie miękkawa, ale konkretna. Rozpuszczająca się dziwnie na dziwną zawiesinę. Nie przemówiło to do mnie.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia bazowej gorzkości, przywodzącej na myśl paloną kawę, leciutko osłodzoną karmelową nutą i bardzo odymioną.
Słodycz szybko wzrosła, bowiem odezwała się biała czekolada. Szybko zrównała się z ciemną wnosząc śmietankowo-waniliowe tony.

Szybciej odezwało się nadzienie górne, gdyż zarówno wzmocniło słodycz, jak i przecięło kompozycję kwaśną cytryną. W kwasku tym było dziwne "podkwaszenie" / "podkiszonkowanie", podkreślające cierpkość ogólną i goryczkę. Mieszało się to z limonką, którą podkreślał alkohol. Sporą rolę odegrał smak skórek cytryn (nasilający się przy drobinkach). Nadzienie to wyszło kwaśno-goryczkowato, ale nie do przesady, bo ciągle uładzało je drugie nadzienie i czekolady. Po paru chwilach w kwaśności na przodzie pojawiła się również marakuja, stanowiąca most.

Most do nasilającego się poczucia egzotyki i słodyczy. Drugi krem dyskretnie podpiął się pod kwaśniejsze za sprawą marakui. Obok niej doszukałam się posmaku zielonych, kwaśnych winogron... i Zaraz soczystość zaczęła zdecydowanie dominować.
Warstewki białej czekolady działały w temacie słodyczy cały czas. Mimo że batatowy krem od siebie dodał też trochę kwaśności, uwypuklił słodycz. Poprzez zestawienie białej czekolady z egoztycznie-soczyście-kwaśnymi owocami, zrobiło się w pewnym momencie bardzo cytrusowo-pudrowo.

Słodkie ziemniaki wpasowały się w to. Kojarzyły mi się z marchwiowo-owocowymi sokami, tylko że z o wiele mniejszym udziałem marchewek (znaczy się: tu batatów, które je udawały). Wyszły bardzo subtelnie, słodkawo... Miałam też wrażenie, że to do tej warstwy dodano alkohol (który pewnie przeszedł na pozostałe). Mniej więcej w połowie lekko szczypał w język. Kontrastowo pobrzmiewała tu delikatność maślana. Razem z kaszą, która smakowo ujawniła się dopiero w drugiej połowie rozpływania się kęsa, wprowadzały delikatność. Lekki orzechowo-kaszowy motyw współgrał ze śmietankowo-delikatniejszymi tonami.
Słodycz napędzał również alkohol, który był nutką bardzo delikatną, acz obecną. W pewnym momencie nadzienie złagodniało, zrobiło się bardziej nijakie, ale... intensywność ogółu została zachowana. Brandy osłabiła wyrazistość poszczególnych składników, a jednocześnie przypominała o ogólnej czekoladowości, a więc palonych nutach.

Pod koniec marakuja wspierana przez słodycz owoców i limonka reprezentująca kwaśność zawarły sztamę. Dominowały, choć oplatał je pudrowo-kwaśno-owocowy motyw. Był słodyczą pudrową, ale... jednocześnie nie zwalczył kwaśności.

Podobnie rozgryzane drobinki cytryn (starałam się je ssać, podgryzać pod koniec i już na koniec) - cechowała je zdecydowana słodycz, jak i kwaśność mocarna, niemal octowa... podkreślał to alkohol, nie mocny jednak. Rozgryzane i ssane kawałeczki kaszy po tym wszystkim były po prostu... kaszowo-kartonowe, ale nie złe.
Na koniec znów trochę odważyła się czekolada, dodając palono-goryczkowatą nutę do nich.

Po wszystkim pozostał posmak kwaśnych cytryn, limonek i marakui, jak również dość silne poczucie słodyczy pudrowej i alkoholowej. Z zaskoczeniem odnotowałam winogrona, ale też pudrowo-kaszowo-maślany motyw. Mimo że nie czułam silnej słodyczy, miałam poczucie lepkiej cukrowości.

Całość niby nie była zła, ale wydała mi się tak namieszana, że aż nijaka, mdła. Wprawdzie warstwy fajnie się uzupełniały, ale... nie sposób przy tym poczuć wszystkiego, a szkoda. Gdybym nie wiedziała, że jeden z kremów był na bazie batatów, pewnie bym na to nie wpadła. Cytryna dominowała, a... to też trochę szkoda, bo jednak to najpospolitszy z dodanych owoców. Kasza pełniła funkcję neutralizatora, zarówno w smaku, jak i pod względem struktury, więc zaskoczyła mnie tym, jak pozytywnie ją odebrałam. Brandy... nie sądzę, by było potrzebne. Chyba tylko przygłuszało, a tabliczka nawet specjalnie alkoholowo nie wyszła. Warstwy białej czekolady niby sprawiły, że nie było kwachowato, by wykręcało gębę, ale zarazem sugerowały pudrowo-cukierkowy klimat, co niezbyt mi tu pasowało.
Ot, taka... kombinowana, kombinowana i przekombinowana. Całkiem niezły smakowo cytrusowy śmietnik składników, bez punktu kulminacyjnego / głównego wątku.

W trakcie jedzenia, a już parę dni po, strasznie męczyło mnie, że wydawało mi się, iż znam ten smak. Takie "zbieractwo" nut niby fajnych, ale zbyt namieszanych już jadłam. I gdy dokładnie przeszukałam bloga, miałam okazało się, że mam rację. Otóż tak, to na pewno nowa wersja Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize. Teraz chyba tylko zmienili warstewkę z marakujowej białej na białą... I to czuć. Udział białoczekoladowych, śmietankowo-maślanych smaków był nieco większy. Szkoda, bo więcej marakui wyszłoby na dobre.


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop ryżowy, verjuice - sok z zielonych winogron, bataty (słodkie ziemniaki), suszona marakuja, sok cytrynowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, polenta, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), brandy z cukru trzcinowego, koncentrat z limonki, migdały, masło, koncentrat z marakui, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, chili Bird's eye, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)