piątek, 20 listopada 2020

Vosges Mo's Milk 45 % mleczna z wędzonym bekonem i wędzoną solą

Wiele osób nie wyobraża sobie połączenia czekolady z mięsem, to pewne. Ja natomiast za wiele już zjadłam, by wielkie wrażenie na mnie robiło. Mam jednak zdanie takie, że też nie ma co szpanować, przeginać czy szokować tylko, by się wyróżnić. Jak już ktoś robi czekoladę właśnie z mięsem, powinien dołożyć wszelkich starań, by wyszło przede wszystkim smacznie. A właśnie czekolady Vosges w swych niezwykłych połączeniach pochwalić się mogą niezwykłą starannością wykonania. Zupełnie przypadkiem trafiła do mnie w zasadzie już mi znana Vosges Mo's Milk Bar (recenzja z 2016 r.). Trochę zmieniło się jednak opakowanie i minimalnie skład. Tym razem do czekolady dodano bekon zrobiony na dwa sposoby chyba, a przynajmniej lepiej to opisano. Ucieszyłam się więc z niej, bo w tej samej przesyłce znajdowała się Mo's Dark 62 %.
Tym razem dowiedziałam się z opakowania, że bekon dodawany do czekolad Vosges wędzony jest w New Hampshire przez rodzinną kompanię, która w biznesie tym ma ponad 100 letnie doświadczenie. Pokoleniami wędzili boczek - pozazdrościć. W każdym razie, już nasi czekoladnicy, w tym założycielka Katrina, pieką to mięso, a dopiero potem dodają do czekolady.

Vosges Uncured Bacon 45 % Mo's Milk Bar to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z wędzonym bekonem oraz wędzonym bekonem z syropem klonowym (na drewnie owocowym, nieprzetworzonym) z solą wędzoną na drewnie olchowym.

Po otwarciu poczułam... mięcho. Mocno wędzone, ale też osnuty dymem skwarko-bekon soczysty, tłusty i słony. Wędzenie całościowo odegrało ogromną rolę, splatając to z... lekko odymiono-prażoną nutą orzechów, naturalnego, orzechowo-siankowego mleka i słodyczą. Również była palona, karmelowa. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia odnotowałam jeszcze nutkę syropu klonowego. Głęboko mleczna, szlachetna i słodka czekolada stanowiła tło dziwnie spójne z niemal ordynarną mięsnością.

Rudawa, dość tłusta w dotyku tabliczka zachęcająco lekko trzaskała, pokazując przekrój ze sporą ilością dodatków: średnich i mniejszych kawałków bekonu. Sól przebijała się z wierzchu - miała ciekawy, ciemny kolor, a wielkość jej kryształków określiłabym jako odpowiednią, bo raczej drobną.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, ale z ochotą. Za sprawą kremowej tłustości miękła i zalepiała usta zupełnie, tworząc błogą gęstwinę, z której wyłaniały się kawałki dodatku.
Bekon był... różny. Okazało się, że trudno o kęs bez niego, bo wystąpił także pod postacią drobniuteńkich kawałeczków. Te były chrupiąco-twarde, a z czasem bardziej miękkawe. Trudno powiedzieć o nich coś więcej. Te większe... Niektóre to najprawdziwsze, jakby tylko co usmażono-ugotowane dość tłuste skwarki. Inne - z warstewką karmelu, a więc karmelizowane i mocno chrupiące; średnio chrupiące - wszystkie one po wstępnym pochrupaniu okazywały się twardawo-jędrne i soczyste. Robiły się... tłusto-soczyste i miękko-żujne. Były tam wręcz krucho-twarde płatki (jak suszone?) oraz trzeszczące kawałki, i skórki, i bardziej włókniste fragmenty. Przy niektórych znalazło się trochę soli. Sól wystąpiła też luzem, między tymi kawałkami.

W smaku czekolada zaczęła od uderzenia mocno palonym karmelem oraz mlekiem. Wydało mi się słodko-słonawe w naturalny, wiejski sposób. Z nim łączyła się orzechowość i siankowość, a także coraz bardziej znacząca nuta wędzenia i mięsistość. Już w tym momencie swoją obecność zdradził bekon.

Wędzenie i słodycz nasiliły się przy odsłaniających się dodatkach. Wędzony smak wydał mi się w pewnej chwili niemal wiodący (ale czekolady nie zabił - wciągnął ją w siebie).
Mocny karmel spotkał intensywny syrop klonowy; coś mi się tu z drapiącym w gardle miodem skojarzyło... A zaraz nadeszła kontrastowa do tego sól. Przecięła słodycz, wprowadziła mięcho. Przede wszystkim mięso wędzone. Bekon łączył się z dymnymi nutami i był po prostu sobą. Soczystym, wyrazistym i bardzo słonym. Raz po raz po prostu poczułam taki... tłuszcz skwarek, skórek wieprzowych. Przeważnie występował w parze z syropem klonowym / karmelem i solą, które splatały się z jego soczystością.
Sól rozchodziła się nie tylko od mięsa. Była oczywiście słona, ale też na stałe związana z wędzeniem.

Wieprzowina tonęła w palono-orzechowej, mlecznej toni, sowicie doprawionej solą, ale także... kontrastowo głęboko czekoladowej. Sama czekolada wyszła wędzono-dymna, mocno palona, a jednocześnie... wciąż właśnie intensywna i słodko-mleczna.

Po wszystkim został posmak słonych skwarek, bekonu, wędzenia, ale też słodkiej i mlecznej czekolady, o porządnie zaznaczonym kakao. Czułam tłuszczowość, wędzenie i słodycz, co wyszło dziwnie harmonijnie za sprawą tłusto-mlecznego, wiejskiego klimatu.

To pyszna, acz oczywiście dziwna czekolada. Jestem pewna, że poprawili dawną wersję. Chyba bardziej skupili się na dodatku, bo jego smak wyszedł wielopłaszczyznowo. Ta była też zdecydowanie bardziej, szlachetnie wędzona. Właśnie wędzenie i syrop klonowy genialnie osadziły wysoką słoność w tych czekoladowych realiach.
Nie ukrywam jednak, że tak bardzo subiektywnie, wolałabym odrobinę mniej soli, ale to pewnie dlatego, że w ogóle nic nie solę.
Dosłownie 1/4 kostki dałam Mamie, by pokazać jej "co to za dziwo". Zdziwiła się: "Wow, ona była... słodka! I to tak dobrze, dobra... tylko to co na koniec zostało mi nie pasowało. Mięso, tak?". Ech... I zdziwiła się, jak jej powiedziałam, że to mleczna...


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem (wpadła do zamówienia przypadkiem - nie planowałam)
cena: 8 $
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, suszone pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), kawałki niepeklowanego* bekonu (wędzona wieprzowina, woda, sól morska, surowy brązowy cukier turbinado, sproszkowany sok z selera, syrop klonowy), kawałki ugotowanego bekonu (wieprzowina, sól morska, surowy cukier, przyprawy), cukier, sól wędzona na drewnie olchowym

*"uncured fully cooked bacon" - nieprzetworzony? że bez azotanów? tak to rozumiem

czwartek, 19 listopada 2020

Muller Limited Kuskus Czekolada

Jako że to limitka, uznałam, iż puszczę tego posta poza kolejką, a co! Miałby pół roku na publikację czekać? Niech ma (Kimiko łaskawa pani).
Obecnie nie lubię deserów. W sumie można na tym zakończyć, ale w tym konkretnym przypadku dopowiem, że myślę zwłaszcza o deserach z lodówki. Wszelkie gotowe ryże i kasze na mleku odkąd pamiętam mnie brzydziły przez swoją strukturę i chłód (bo nawet temperatura pokojowa to nie "na ciepło"). Takie rzeczy to lubię sobie ugotować i jeść ciepłe. Mama jednak latami uwielbiała Belriso i Riso, stąd się opatrzyłam. A krówkowe Belriso nawet z ciekawości spróbowałam. Utwierdziłam się, że to nie dla mnie. Dopiero po paru latach na rynku pojawiły się nowości tego typu, które troszeczkę mnie zainteresowały. Były to desery kuskus konkurencji, czyli Mullera. Tego producenta mimo wszystko w miarę lubię (choć obecnie w jego asortymencie nie ma nic dla mnie), mam jakiś tam sentyment mimo wielu gorszych produktów, a Zotta od podlinkowanego nie, więc... uznałam, że w sumie mogłabym i "czegoś takiego" od Mullera właśnie spróbować. Tym, co mnie skusiło była oczywiście baza, a więc kuskus. Lubię kasze, ale w sumie... latami kuskusu nie jadłam, bo nie mam kiedy i z czym. Warianty smakowe... nie wydały mi się zbyt obiecujące, bo "sos czekoladowy" groził wodnistością, a truskawa chemią, ale z Mamą po jednym wzięłyśmy (jej chemia nie straszna, za to czekoladowych deserów nie jada). 

Muller Limited Kuskus Czekolada to kasza kuskus z pszenicy twardej na mleku z wsadem o smaku czekoladowym 15%.

Po potwarciu poczułam dziwny, słodko-roślinny zapach. W ciemno powiedziałabym, że deser całościowo jest roślinny, nie tylko że to kasza na mleku. Coś kaszowego, ale i roślinnie-mlecznego (jakby owsianego?) w tym było. Słodycz stała na znośnym, nie za mocnym poziomie, a czekoladowość ukryła się. Trochę, powiedzmy, że wyszła dopiero po przemieszaniu. Wtedy wydała mi się dość... kakałkowo-wodnista, może likierowa (ale bez alkoholu) i cukrowa.

Deser był średnio gęsty i glutowaty. Budyniowa, jedynie gęstawa baza wydała mi się dość tłustawa, śliska, ale jedynie minimalnie odpychająca. Kaszy nie było w niej za wiele, ale na brak narzekać nie mogę. Co więcej, była przystępnie miękka, nie rozmokła, a wciąż zwarta. W ustach rozpływała się trochę. W zasadzie... zawarło to pewien kleikowy element, co kojarzyło się nieco domowo. Pozytywne zaskoczenie.
Na dnie znajdowało się dużo sosu czekoladowy o konsystencji raczej rzadkiego, odrobinę wodnistego budyniu (ale jednak budyniu, nie sosu). Wydał mi się śliski, mimo że leciutko proszkowy.

W smaku baza od początku przejawiała słodycz, jak dla mnie ryzykownie wysoką, ale obiektywnie... obstawiam, że zwyczajną dla takich deserów. Smakowało to jak... wegański / roślinny budyń śmietankowy z nutą biszkoptową. Wydaje mi się, że kaszą całość przeszła i to ona stała i za roślinnością, i "biszkoptem". Sama w sobie... okazała się łagodna. Czuć, że to kasza, ale czy kuskus to w ciemno nie dałabym sobie ręki uciąć, acz możliwe, że dlatego iż niewiele miałam z nią w życiu do czynienia.

Sos czekoladowy okazał się intensywny jedynie w kwestii przecukrzenia. Po cukrze przemknęła kakałkowo-sosowa nuta, przywołująca kakao. Nie wyszło ani wytrawnie, ani gorzko. Kojarzyło się z cukrowym kakao na wodzie i czekoladowo-kakałkowymi, niedookreślonymi budyniami. Czułam w nim smakowe rozwodnienie, rozganiające potencjalną czekoladowość. To taki typowy, bardzo słodki sos, odlegle kojarzący się z dusznym likierem (bez procentów). Ponadto, miałam wrażenie, że gnieździł się w nim chemiczny aromat.

Przy lekkim przemieszaniu ciekawie to wyszło, ale dla mnie za słodko. Jak biszkoptowo-kaszowy deser kakałkowo-czekoladowy, trochę rozwodniony w smaku i trochę gryząco sztuczno-lodówkowy. Czekoladowa część przesłodziła całość i odciągała uwagę od biszkoptowego akcentu, ale i ten jakoś się sobie radził. Najgorszy był delikatny (ale niestety obecny) motyw "lodówkowo-deserowy", przez co nie dałabym się nabrać, iż jest to domowe, co mi bardzo przeszkadzało. Po zjedzeniu zaś pozostał lekki... prawie niesmak, takie mrowienie w język sztucznawego deseru lodówkowego (ostatnimi czasy już po żadne takie dlatego nie sięgam).

Całość zaskoczyła mnie w miarę pozytywnie. Jadłam trochę z poczuciem dyskomfortu, bo to jednak kasza na glutowatym, dość tłustym mleku w dodatku jedynie w temperaturze pokojowej (wystawiłam z lodówki na godzinę przed jedzeniem), ale wyszła ciekawie smakowo. Biszkoptowe skojarzenie na plus, sos już gorzej. Nie był wyraziście czekoladowy, ani nawet np. smakowicie kakaowy, a po prostu... niedoprecyzowany (taki "kakałkowo-budyniowy").
W zasadzie w swojej kategorii to chyba dobry produkt. Dla mnie? Z ciekawości raz zjadłam i mi wystarczy, ale właśnie: bez skrajnych emocji, więc nie jest źle. 
Raz w życiu jadłam mannę śmietankową tego typu i tak jak ryże na mleku bardzo mnie obrzydzała, więc uznałam, że kuskus do czegoś takiego nadaje się świetnie. Tak myśląc o krówkowym Belriso, przypomniałam sobie też Ehrmann Grand Dessert Griess i tak myślę, że gdyby nie kiepski sos, sama baza na luzie miałaby 8 w kategorii "dziwnych deserów lodówkowych". Do tego gdyby dać dobry sos... Potencjał jest. Ja jednak już podziękuję i od truskawkowego będę trzymać się z daleka. 


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,99 zł (za 160g)
kaloryczność: 105 kcal / 100 g; w opakowaniu 160g - 168 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko pełne, maślanka, woda, cukier, kasza kuskus z pszenicy twardej 5,9%, czekolada w proszku 1,6% (cukier, kakao), skrobia, sól, czekolada 0,1%, substancje zagęszczające: guma guar, karagen; aromat

środa, 18 listopada 2020

A. Morin Nicaragua Chuno Noir 70 % ciemna z Nikaragui

Po dłuższej przerwie od Morinów zawsze już na dwa czy trzy dni przed zaplanowaną degustacją chodzę weselsza. Mimo że nie zawsze w pełni idealne, bardzo mnie cieszą się i smakują. Po paru rozczarowaniach właśnie też lepszymi (dawniej jakoś rzadko na takie trafiałam), po prostu musiałam w końcu sięgnąć po na pewno zacną, i o zacnej gramaturze. W dodatku bardzo ekscytujący był fakt, że tym razem czekał mnie ciekawy, rzadki kraj, z którego miałam też drugą tabliczkę tej marki, ale z innej odmiany kakao.

A.Morin Nicaragua Chuno Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuno z Nikaragui.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywną woń drzew, migdałów i palonej kawy.
Podsyciła je grejpfrutowa mieszanka słodyczy i goryczki. Szlachetny charakter wymienionych mieszał się z wysoką słodyczą palonego karmelu i suszonych owoców, lekkich kwiatów. Ich mieszanina przywiodła na myśl miód, a po pewnym czasie poczułam lekkie kręcenie w nosie, jakby właśnie słodyczy, ale... i pikanterii przypraw, w tym pieprzu. W tle zaś za charakterek odpowiadały wiśnie w wydaniu "gęstym" i ciężkim, czyli jako gęste wino lub lepka marmolada.

Tabliczka wyglądała raczej na ciemną mleczną przez jasny, ciepły odcień. Wszystko inne jednak było bardzo "ciemne", zaczynając od gładkości w dotyku, przez twardość po dźwięk. Przy łamaniu brzmiała jak twarde orzechy rozłupywane dziadkiem do nich. Mocno ziarnisty przekrój zaś też sugerował mleczną.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, nietłusto. W ciągu pierwszych sekund wydała mi się nawet sucha. Choć w pierwszej chwili wydawało się, że będzie oporna, tak po chwili zalepiała gęstą, kremową mazią, zachowując zwartość. Coraz bardziej przypominała niemal zapychający czekoladowy budyń z lekko proszkowym (chwilami wręcz szorstkawym?) efektem, wykazując coraz silniejszą soczystość, by tak zniknąć i pozostawić... trochę wysuszający efekt.

Od pierwszego kęsa czułam stateczną gorzkość kawy i naturalnie słodkawe migdały: mieszankę blanszowanych i nie. Wyszły delikatnie i raczej świeżo, dzięki czemu z łatwością połączyły się z nutami drzew. Pomyślałam o delikatnym marcepanie i czymś migdałowym - surowym batonie? Mące migdałowej? Chwilowo zrobiło się tak migdałowo łagodnie, że pomyślałam aż o jakiejś śmietance migdałowej.

Po paru chwilach drzewa się z nimi zrównały, co znów zmotywowało migdały same w sobie, by zabrzmieć wyraźniej.

Od tyłu zakradł się do tego nieśmiały, esencjonalnie słodki, ale charakterny dżem z wiśni. Wiśnie miękkie, wręcz czarne... niemal nieuchwytne, ale dodające soczystości. Nawet się nie zorientowałam, a już po chwili przejął ją słodko-goryczkowaty grejpfrut.

Drzewa w tle były z jednej strony niemal roślinnie żywe, kwitnące, z drugiej zaś... ciepłe, rozgrzane słońcem i... przyprawami? Jakby wspomniane migdałowe "coś" doprawiono na ciepłą nutę? Słodycz zaczęła rosnąć, trochę zadrapała w gardle. Również była ciepła i karmelowo-palona, choć ostrość sugerowała raczej miód i "miodowe" suszone owoce - figi? Przez to pomyślałam o figowo-migdałowym, jakby nieco roślinnym batonie (?)... Dość odważnie przyprawionym w sposób korzennie pikantny.

Poprzez tego "batona" rosła soczystość. Czerwonoowocowy motyw tchnął cierpkość... a może wyciągnął jakąś z przypraw? Mieszał się z migdałami oraz goryczką. W drugiej połowie rozpływania się kęsa nasiliła się wcześniej ulotna kwaśność. To były grejpfruty i inne cytrusy. Soczyste wnętrza i goryczkowate skórki chwilę później przemieszały się z resztą. Migdałowo-łagodniejsze tony do kwaśności dołączyły nutę maślanki. Śmietankowe motywy z początku bliżej końca stały się cierpkawym nabiałem (jak jogurt grecki?).

Słodkie grejpfruty, mimo ogólnej owocowej cierpkości kwaśnych skórek wiśni i jakiś innych "kulkowych ciemnych" owoców (granatowo-czarnych winogron?), zacnie łączyły się z karmelem, uwypuklając jego paloność i tonując kwaśność.

Oto gorzka kawa chętnie zaskarbiła część goryczki grejpfruta, odważnie informując, że i ona chce coś znaczyć. Drzewa i przyprawy ze swoją własną, pikantnawą cierpkością trochę na nią naparły, co przełożyło się na mocniejsze rozgrzewanie. Drobna pieprzność, taki... "konkret" wzrosła pod koniec.

Soczystość jednak nie odpuściła ani na chwilę, przemieszawszy się z karmelem, fundując słodycz bardziej owocową już na sam koniec, jako zwieńczenie.

W posmaku pozostały żywo-drzewne akcenty z łagodnością... jakby śmietanki migdałowej (?), dość ostre przyprawy, pieprzność, palona do gorzkości kawa oraz soczystość grejpfruta i dżemu wiśniowego, który po tych mocniejszych nutach wydał mi się doprawiony winem.

O Nikaragui zdążyłam już wyrobić sobie zdanie, że ona to delikatność (głęboka, charakterna, ale jednak). Morin temu zaprzeczył. Wyraziste drzewa, roślinne, ale charakterne nuty migdałów i przypraw to sporo goryczki i pikanterii idealnie zmieszanych z soczystym grejpfrutem i figowo-karmelowo-miodową słodyczą. Nabiał zacnie podłapał inne smaczki, dzięki czemu nie miałam wrażenia, że cokolwiek jest tu "hamującego".
Przy pierwszym kęsie myślałam, że to po prostu przepyszna czekolada, ale już przy drugim wiedziałam, że to jedna z wybitniejszych, jakie ostatnio jadłam.

Też miodowa i przyprawiona, ze sporą ilością kawy, była Manufaktura Czekolady Chuno Nikaragua 70 %, która jednak zdecydowała się na o wiele wyższą słodycz, co przełożyło się na śmietankowo-kwiatowy charakter, podkręcony wędzeniem (w Morinie to jakby przyprawy i drzewa wszystko podkręcają).
Znów rośliny (ale kwiaty) i cierpki nabiał Duffy's Nicaragua Juno 70 %, a także niektóre owoce (wiśnie, figi), orzechy i drzewa wydały mi się bardzo podobne. Powiedziałabym, że Morinowi bliżej do tej drugiej, ale przez ziemię Duffy's... nie do końca.
Morin wyszedł najbardziej owocowo z nich wszystkich.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,49 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 17 listopada 2020

Ritter Sport Waffel mleczna z kremem kakaowym z chrypkami ryżowymi oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym

Przy Loacker Chocolate Cream wspomniałam, że miałam jeszcze jedną wafelkową czekoladę. To właśnie dzisiaj prezentowana. Mimo że nie przemawiają do mnie nazbyt waflowe czekolady, ta mnie ciekawiła, bo obstawiałam, że w pewnym stopniu może wyjść podobnie do jednego z moich ulubionych RS (za którymi ogólnie specjalnie nie przepadam) Kakao-Mousse i zarazem do jednego ulubionych z niegdyś batonów (KitKatów). Kusiła elementem przełamującym tłustość, więc jakoś tak... Kolejną motywacją była limitowana seria czekolad letnich 2020 - smaki wyglądały na ciekawe, ale najpierw chciałam sprawdzić, jak właściwie znoszę waflowe czekolady (bo jedna to była z kremem kokosowym i waflem).

Ritter Sport Waffel to mleczna czekolada nadziewana kakaowym kremem (28%) z kawałkami / płatkami ryżowymi (1,5%) oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym (11%).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach pełnego mleka, które mieszało się z pewną proszkowością i "kakałkiem". Nie było ani gorzką siekierą, ani dziecięco słodziutkim, a takim... po prostu jak z lekko "grzybowych" kremów kakaowych. Wafelek delikatnie sugerował swoją obecność dopiero po przełamaniu.

Już w dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, jakby zaraz miała zacząć się lepić, ale wciąż dość konkretna. Nie gięła się. Przy łamaniu chrupała / trzaskała... czy może raczej trzeszczała za sprawą wafla. Dwie warstwy, które przełożono kremem były bowiem porządne i świeże. W przekroju wydały mi się zwarte, krem między nimi też, ale ewidentnie tłusty. Było go jednak mało, czego nie mogę powiedzieć o tym na wierzchu, wypełnionym chrupkami ryżowymi.
Gruba warstwa czekolady w ustach szybko miękła, po czym rozpływała się w sposób bardzo gęsty i zalepiający. Była tłusta, a krem pod nią... jeszcze tłustszy, choć w bardziej oleiście-mazistym kontekście. Zarówno czekolada, jak i nadzienie, cechowała lekka proszkowość (ta kremu bardziej pyliście-kakaowa). Krem spomiędzy płatów warstwowych wydał mi się najtłustszy. Dano go jednak na tyle mało, że w całości trudno go jakoś specjalnie opisać.
Wafle ratowały sytuację, bo wprowadzały chrupkość, suchawość. Okazały się zacnie wypieczone na krucho, jednak nie miały problemu z nasiąkaniem, mięknięciem i integracją z resztą. Mimo suchości / konkretu były bowiem dość napowietrzone.
Chrupki ryżowe też sobie delikatnie chrupały, mimo świeżej twardości. Nie przeszkadzały, choć wystąpiły w sowitej ilości.
Nawet bez noża z łatwością dało się to rozdzielać, ale w ustach (samo z siebie) zachowywało zacną spójność. Pod tym względem przypominała dawnego KitKata Chunky, którego można było obgryzać bez szkody dla smaku. Miękło to na gęstą, lepko-tłustą papkę, chrupało przy tym, co mimo iż nie dla mnie, niewątpliwie może się podobać.

W smaku, jak i w zapachu, czekolada uderzyła mnie pełnym, wyrazistym mlekiem i słodyczą. Lekko waniliowa, od początku nieco za silna, zacnie łączyła się z leciuteńkim wątkiem kakao, tworząc uroczy klimat.

W ten słodki urok nie wpisał się nasilający wraz z wyłanianiem się kremu, smak kakao. Płynęło jakby obok. Było proste, gorzkawo-cierpkie i pełne smaku. Przecinało słodycz, by następnie przemieszać się z nią. Krem także był słodki, ale nie do przesady. Kojarzył mi się lekko grzybowo, maślanie... było w nim coś tłuszczowo-obrzydliwawego, ale wciągającego. Natychmiast skojarzył mi się z moussem z RS Kakao-Mousse.

Jego kakaowy smak podkreślił mało słodki, średnio wypieczony, a więc delikatny wafelek, który poczułam już w połowie rozpływania się kęsa. Był pszeniczny, neutralny, że aż trochę kartonowy, ale wciąż świeży.

Krem między warstwami waflowymi wydał mi się słodszy i bardziej nijaki od tego z wierzchu. Wciąż kakaowy, ale już nijako-tłuszczowy, trochę tani. Na szczęście w całości zbyt wielkiej roli nie odegrał.

Przez większość czasu chrupki ryżowe też wydawały się żadne, ale gdy za nie się zabrałam (bliżej końca i na koniec), okazało się, iż oprócz kontynuowania lekko zbożowego wątku kopsnęły... słonawość. Wyraźną, przecinającą słodycz i podkreślającą ambitniejszy charakter. Uwypukliły tym samym kakaowy smak kremu "mousse'owego".

Już pod koniec rozpływania się kawałka słodycz trochę drapała w gardle, ale wcale nie było przeraźliwie słodko, a całkiem nieźle kakaowo. Czekolada nie "umleczniła" tego, ale osadziła w łagodniejszym, mlecznie-waniliowym tonie. Pomyślałam o kakaowych lodach czy deserze. Oczywiście z wafelkiem, bo był do końca wyczuwalny, mimo że nawet ciamkany na koniec, nie zdominował czekoladowo-kakaowego towarzystwa (i zachował chrupiący element).

Pozostałam z posmakiem słono-wafelkowym i mocno mleczno-czekoladowym. Kakaowe kremy były w tle, niestety wraz z posmakiem "kiepskości" (żadnym wyrazistym, ale jednak). Czułam tłuszcz na ustach, co mnie nieco odrzucało, ale także lekkie podsuszenie wywołane pyłkiem cierpkawego kakao i samymi chrupaczami.

Zdziwiłam się, że czekolada ta wyszła w sumie tak nieźle wyważona i wcale nie odebrałam jej bardzo źle, jak się obawiałam. Za słodka i za tłusta, na szczęście jednak zarówno przyjemnie mięknąca i chrupiąca; smakująca, czym miała. Ani zbyt "słodziaśna", ani gorzka... W sumie jak wafel bardzo dobrej jakości, więc i nie taka mocno plebejska. Bardzo poprawna.
Może i sama forma bardziej do mnie przemówiła niż czekolad Loacker, bo jednak wyszła jak czekolada, ale niestety wyłożyła się na jakości, tłustości i słodyczy.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 5 zł
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, mąka pszenna, odtłuszczone kakao, masło klarowane, olej kokosowy, ryż, syrop glukozowy, dekstroza, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, mąka sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, miazga z orzechów laskowych, zmielona wanilia Bourbon, przyprawy

poniedziałek, 16 listopada 2020

(Super Krówka / Super Fudgio) Natura Food Veggie Czekolada Słony Karmel "mleczna" ryżowa 47 % z solą i karmelem

Pomyślałam sobie, że ostatnio była u mnie a to sól (Cachet Bio Organic 72 % Sea Salt), a to karmel jako jeden z elementów (Cachet 60 % with Pecan & Fudge), a to poniekąd jedno i drugie w nadzieniu (Lindt Hello, Nice to Sweet You Pecan Crumble), a kawałki solonego karmelu tak po prostu coś dawno nie. Przyszła więc pora na dziś przedstawianą. Ciekawa sprawa z nią, bo nie miałam pewności co do tego, jak właściwie ją nabyłam. Pamiętając, że "coś takiego mam w szafce", myślałam o Super Krówce Czekoladzie na mleku kokosowym 50 %, ale w końcu uznałam, że pewnie wiele wspólnego ze sobą nie mają.  Może trochę podobne opakowania? Dopiero po degustacji, a już przy poprawianiu wstępu sprawdziłam producenta i... okazało się, że pierwsza myśl była dobra! To polska marka z Warszawy, która robi produkty Super Krówka, a za granicę nosi miano Super Fudgio. Mało tego, potem udało mi się nawet ustalić, że ja miałam smak Caramel with salt, ale z nieco zmienionym składem jako wersja produkowana dla Biedronki.
Tego, że to czekolada wegańska, dowiedziałam się dopiero przygotowując wstęp do recenzji, a więc dzień przed otwarciem. Obstawiam, że także przy kupowaniu nie dotarło do mnie, że zawiera napój ryżowy, którego w czekoladach wręcz nienawidzę. Może sobie pomyślałam, że to kokosowa do porównania z SuroVital CoCoa Raw Biała z pistacjami i solą? Ale to bym ją aż tak dawno kupiła? Grunt, że datę miała jeszcze znośną (4 miesiące). Ciekawiło mnie też, jak mało ma kakao, że aż słowo "kuwertura" użyli.

(Super Krówka / Super Fudgio) Natura Food Veggie Czekolada Słony Karmel to "czekolada kuwertura" wegańska o zawartości 47 % kakao na bazie napoju ryżowego z karmelem i solą, produkowana przez Me gusto dla Biedronki.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam delikatny zapach kokosa i maślanych krówek. Kryła się za tym lekka cukierkowość, przez co wydał mi się przykurzony... Jakby ukryty w cukrze ... Do głowy przyszły mi jakieś karmelko-drażo-cukierki... Słonawy motyw był, ale drobniusieńki, więc całość i tak miała raczej łagodny wydźwięk. Gdy wąchałam spód z dodatkami, zwłaszcza już w trakcie degustacji, wyraźniej czułam cukierkowo-słony karmel... taki trochę sucho-krówkowy.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłusta, acz zdecydowanie podkreśliłabym tu suchość. Proszowość aż krzyczała. Dodatek okazał się posypką... Która (tylko u mnie?) miejscami zmieniła się w stopione coś, jakby warstwę "szkła", a częściowo została kawałkami. Kawałkami karmelu i wielkimi kawałami soli (ktoś sobie kawał zrobił?). W ogóle moja tabliczka była w opłakanym stanie, ale to pomijam.
Przy łamaniu trzaskała-pykała, ujawniając proszkowy przekrój. Gdy ją łamałam, dodatki nie odskakiwały, były mocno wtopione. Karmel ciągnął się trochę, choć był bardzo, bardzo gęsty. Skojarzył mi się z lizakiem zmiękłym od ciepła.
Kawałki miały różną wielkość. Karmel to kawałki duże i małe, jak również placko-szkiełko, sól z kolei... kryształy duże, małe, średnie i przesadnie gigantyczne.
W ustach rozpływała się powoli i z oporem, po prostu znikając i nie pozostawiając po sobie za wiele, no, oprócz dodatków. Mimo wodnistego, jakby chłodnego efektu kojarzącego się ze słodzikiem, była sucha i proszkowa, z czasem i trochę tłustawa jak... nie najlepiej rozpuszczone np. kakao z proszku na mleku.
I sól, i karmel, choć w dużej części rozpuszczały się wraz z czekoladą, to zostawały w ustach na długo po niej. O ile kule soli zostające na języku po protu wypluwałam (gdy już czekolada zniknęła, a zanim do tego doszło, nieprzyjemnie drapały mnie w podniebienie), tak większe fragmenty karmelu niemiłosiernie przylepiały się do zębów. Zachowywał się jak lejący zastygający klej, a potem trochę jak cukro-placki rodem z chałwy. Nie był twardy, skrzypiał i rozpuszczał się w miękki, niemiłosiernie powolny sposób.
Całość oblepiała usta i o dziwo... pozostawiała wrażenie tłustości.
Jeśli chodzi o mój sposób jedzenia, to jak zawsze w przypadku posypek, kostka leżała na języku posypką do góry, a ja w trakcie rozpływania się raz czy dwa może ją obróciłam -nie przy każdym kęsie. Jeden spróbowałam położyć posypką do języka  - straszne.

W smaku od samego początku czułam łagodnego i naturalnego kokosa (nie mleczko kokosowe!) oraz słodycz. Nie szarżowała, a płynęła spokojnie mieszając się z ryżowo-mącznym smakiem. Pomyślałam o papierze, pergaminie, kwiatach. Było to dość... przykurzone i dziwnie chłodne jak słodzik. Z czasem odnotowałam lekko karmelowy akcent, kojarzący się z bardzo łagodnymi karmelkami. Trochę niczym zwietrzała, sucha krówka... Coś mocno słodkiego, nijakiego, ale nie zabójczo-zacukrzającego. Takie "nudne, słodziaśne imieniny u ciotki w tabliczce".

W to właśnie nagle wkłuwała się wręcz soczysta sól. Poczułam kwaśno-goryczkowatą cytrynę, a po chwili, gdy weszła w kontakt z bazą, do głowy przyszły mi również kwaśne cukierki i lizaki. Nadciągnęło więcej soli, już bardziej po prostu słonej. Gdy jakiś jej kawałek dotknął języka, robiło się tylko i wyłącznie kwaśno-słono, czekolada umykała.

Karmel ogólnie odegrał niewielką rolę. Ten już dotykający jęzora, wyłaniający się spod czekolady i mimo że nie gryzłam, to przylepiający się do zębów, się karmel należał do tych delikatnych, bardzo cukrowych i wręcz... cukierkowych. Był dziwnie cukrowo-sztuczny, okropny. Mało palony, a jakiś... lizakowy? Sól z czasem osłabiała cukierkowy wydźwięk, by w końcu zagłuszyć go całkowicie.

Kęs posypką do dołu powalił mnie słonością, karmel cukierkowo zabrzmiał i szybko się rozpuścił, a potem czułam kwaśno-ostrą słoność z czymś dziwnym (mąką? - przez okropieństwo słoności nie umiałam, nie zdążyłam nazwać).

Gdy tak przegryzłam się raz i drugi a to kawałek bez soli, a to czystą czekoladę, a to z oboma dodatkami... Całość wydała mi się dziwnie... nijako-szarżująca. Delikatną, papierowo-mączną bazę nagle atakowały dzikie smaki. Papierowość i kwiatowo-ryżowy smak skojarzył mi się z jakąś dziwną, wodnistą i mdłą herbatą z mnóstwem cytryny i... kiepskim miodem. Tanim i sztucznym, drapiącym w gardle.

Na koniec zrobiło się już bardziej słono, co z kolei w czekoladzie podkreśliło mąkę i pewną nijaką nutkę tłustego kokosa... maślano-niemaślaną.

Po zjedzeniu choćby kostki pozostawał posmak soli, kwaśność mocno cytrusowa, soczysta, ale i jak po cytrynowym cukierku, też dziwna karmelowość... jakby dziwnie lizakowa.

Zdecydowanie mi to nie smakowało biorąc pod uwagę całość. Zjadłam trzy kostki, by mieć ogląd ogółu, jak co się sprawuje i... doszłam do wniosku, że najlepiej to wyszła sól. Nadała jakiegoś wydźwięku bazie przynajmniej, ale... gdy trafiło się jej więcej, wydawało mi się, że i ona (nie tylko słodycz), pali w gardle.
Resztę dałam Mamie, czym ją zdenerwowałam: "Gdy tylko włożyłam do ust, chciałam wypluć!". Zapytałam, czy położyła posypką na języku i trafiła na sól (tak) i chciałam, by samej czekolady spróbowała, ale kazała mi dać spokój, stwierdzając, że w ogóle nie lubi czekolad... Cóż, dobrze to o tej tabliczce nie świadczy, że aż tak ją z równowagi wyprowadziła.

Wróciwszy do recenzji Super Krówki 50 %, zobaczyłam, że i tamta była proszkowo-wodnista, a jednak pozostawiająca tłuszcz na ustach. Także czułam "budżetowe karmelki" oraz cytrusowość - w wersji z dodatkami niestety zwielokrotnione, co nie przełożyło się na korzyść, o nie. A i tak udało jej się papierową mąką walić...
Owszem, na mojej pewnie sobie ktoś skakał, a karmel z rozpaczy częściowo się rozpuścił... że jednak poszedł w takim lepiąco-miękkim kierunku, to już wina syropu glukozowego prawie na pewno. Jakość też więc do najlepszych nie należy. 


ocena: 2/10
kupiłam: Biedronka
cena: 5,99 zł (za 83 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 96,3% (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, napój ryżowy w proszku, wiórki kokosowe, lecytyna słonecznikowa, aromat naturalny), karmel (cukier, syrop glukozowy) 3%, sól 0,7%

niedziela, 15 listopada 2020

Marou Dak Lak 70% ciemna z Wietnamu

Nie umiałabym chyba złożyć zamówienia w drogim, zagranicznym sklepie internetowym, jakim jest cocoarunners, pomijając czekolady marki Marou. Mało tego: ich nowości czy te, które akurat są dostępne, a których nie próbowałam, często są głównymi motywatorami do składania zamówień. Dziś opisywaną, wydaje mi się, widywałam, ale zawsze z dopiskiem "niedostępna". Na szczęście wreszcie i ona może dołączyć do mojego "albumu smaków". Ponoć była to głośna nowość, gdy zaczęli produkcję takich tabliczek w 2015 roku. Nie wiem, czy to dlatego, że wyżynny teren tego regionu jest wyjątkowo... specyficzny? Trudny do uprawy kakao tam?

Marou Dak Lak 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wietnamu z prowincji Dak Lak, dokładniej z dystryktu Ea Kar.

Gdy tylko otworzyłam złotko, poczułam intensywną woń drzew, strączków i migdałów. Miały dość wytrawny, niesłodki wydźwięk. Cechowała je za to pewna żywotność, wilgoć. Odchodziły od nich roślinne nuty, które kojarzyły się z mchami porastającymi ziemię. Ta czyhała w tle.
Z drugiej strony łatwo także o odnotowanie słodyczy, ponieważ w żywej strefie roślin trafiłam na sporo ciężko-słodkich owoców. Pełne, wyraziste świeże gruszki i morele (zwłaszcza te pierwsze) nie wyszły więc jakoś rześko czy nawet jednoznacznie, ale traciło to na znaczeniu. Obok nich doszukałam się jakiegoś owocowego czerwonego wina. W trakcie degustacji wyłapałam jeszcze banany i wtedy pomyślałam też o nich i morelach jak np. wyjętych z ciasta, trochę farfoclowatych.

W dotyku gładką tabliczkę odebrałam jako tłustawą i pełną. Łamiąc, słyszałam ładne, choć nie takie głośne dźwięki. Przekrój tę pełnię potwierdzał, a mi w głowie pojawiło się określenie "mięsista", choć nie do końca pasuje.
W ustach rozpływała się z łatwością. Mimo twardości, wykazywała chęć mięknięcia już przy wgryzaniu się w nią. Bardzo powoli zmieniała się w gładką, kremową masę zalepiającą całe usta. Jej gęstość i właśnie pewna mięsista pełnia sprawiały wrażenie, jakby miały trwać w nieskończoność. Jej tłustość kojarzyła mi się z maślanym kremem / nugatem zagęszczonym sowitą ilością tłustych orzechów. Z czasem upuszczała tłustą soczystość, a na koniec zmieniała się w wodę by zniknąć, pozostawiając lekko pyłkowo-suche wrażenie.

W smaku poczułam stateczną gorzkość i słodycz, która wyrwała się na przód chyba na jakieś dosłownie pół sekundy przed tym, jak gorzkość popłynęła pełnią smaków. O ile gorzkość migdałowo-fasolkowa, niemal neutralność tychże, była intensywna i cały czas wyraźnie wyczuwalna, tylko że zmieniająca charakter, tak słodycz wyskakiwała epizodycznie.
Początkowo za migdałami wyłapywałam delikatną fasolkę edamame, zielony groszek i coraz więcej strączkowych nut. Pomyślałam też o chlebie z ziarnami, w tym z soją.

Słodycz najpierw mocno zagrała karmelem. Bardzo słodkim i łagodnym, ale ewidentnie palonym. Oczami wyobraźni zobaczyłam brązowo-czerwonawą taflę "szklanego" karmelu i... gruszki. Mignęła mi też cierpkość niedojrzałych bananów, ale jedynie w tle. Świeże, soczyste i pełne smaku owoce grały w słodkiej drużynie wraz z karmelem, choć nie tworzyły jednej nuty (np. gruszek w karmelu).

Zielony groszek był wprawdzie słodki, zaczął jednak iść w nieczekoladowym kierunku, ale nagle zniknął. Świeżość i owocowość gruszek w bazie uwypukliła rośliny, a dokładniej fasolowo-strączkowy smak kojarzący się ze słodkimi wegańskimi produktami o niskiej słodyczy, nie zaś "obiadowymi". Pomyślałam o soi, ale w kontekście sojowo-czekoladowo-maślanych nadzień np. niektórych czekolad Zottera. Mignęła mi pewna mięsista (?) soczystość, a mieszanina tego zaczęła płynnie przechodzić w surowe migdały. Odlegle podłapałam też akcent solonych krakersów. Snuła się tu lekka alkoholowość, może i winna jak migdały marynowane w czerwonym winie czy sojowo-czekoladowy krem z czerwonym winem. Migdały wydały mi się lekko goryczkowate, może stęchłe... Raz i drugi pomyślałam o dość ostrych ziołach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz gruszek i paloność karmelu splotła się z migdałami i wytrawniejszymi tonami. Migdały chyliły się trochę ku drzewom, a ja przez moment pomyślałam o jakiejś drewnianej beczce z winem. Zrobiło się trochę goryczkowato-piwnicznie-ziemiście. Ziemia zdawała się rozkręcać w coraz to ostrzejszych barwach. Czarna ziemia... została tak otoczona migdałami, że nagle pomyślałam o surowych pestkach chyba słonecznika (i jakiś innych). Takich... świeżych z kwiatu ("głowy"?). Kwiat? Właśnie, znów wzrosło znaczenie roślinności i pojawiły się cierpkie, apteczne zioła.

Wraz z kwiatem, wielkim i żółtym, słodycz owoców wciąż trwała. Nie wyszła lekko, rześko czy coś, ale genialnie łączyła się z ziołami. Banany trochę wpisały się cierpkością średnio dojrzałych, a tymi już napędziły skojarzenia ku samym sobą, tym świeżym i dojrzałym, acz wciąż raczej nie na pierwszym planie. Zaraz doszukałam się też jakby trochę wypranych ze smaku farfoclowatych moreli i czegoś... egzotyczniejszego? Podobnie jak wcześniej przy gruszkach, zjawił się karmel. Przyniósł goryczkę, przez którą pomyślałam o jakiś papajach z pieprznymi pestkami. Nagle zrobiło się ostrzej, ziołowo-pieprznie właśnie. Po paru kawałkach pomyślałam, że także pieczenie alkoholu w język to udaje.

W posmaku pozostała gęsto-ciężka słodycz owoców (gruszek i bananów) oraz żywe rośliny: mchy, gruszki, zioła, zmieszane gorzkością z ogromem migdałów i odrobiną ziemi z pestkami słonecznika. Te ostatnie przyjęły goryczkowatą, niemal ostrą postawę. W tejże ostrości było nawet ciche pleśniowe echo, na pewno wytrawne... Może alkoholowe?

Czekolada była nie dość, że pyszna, to jeszcze intrygująca i niespotykana. Cała ta wytrawność i "wegańskość" została tak obudowana słodkimi nutami, że mimo kontrastowo brzmiących nut, wyszło cudownie zgranie. Surowe gruszki i banany, sporo karmelu trafiły na surowe migdały, fasolkowe motywy i pestki słonecznika, wszystko to z powagą ziemi i niemal alkoholowo-ziołową pikanterią, czymś roślinnie-pleśniowym. Zarówno takie te mocniejsze nuty z tego bukietu kocham, jak i słodycz tychże konkretnych. Podobało mi się "życie" na jakie tu trafiłam, a jednak też ciężkie stąpanie po ziemi (huehue). Nawet fasolka edamame - uwielbiam ją! Często piszę, że mimo że np. lubię ją, to nie chcę czuć fasoli w czekoladzie, ta jednak tutaj... zachwyciła.
Miałam wrażenie, że zarówno natężeniem, jak i "czasem" jaki miały gorzkość i słodycz podzieliły się równo po połowie. Mimo wielu owoców, nie było owocowo, a już na pewno nie kwaśno.

Mimo to, na drodze do 10 stanęło to dziwne znikanie czekolady w ostatnich sekundach i jednak... te mniej moje, niedookreślone powiązania słodyczy, a jednocześnie odstawanie jej... To jak wyszła przy strączkach było intrygujące, ale na tyle dziwne, że nie wiem, czy chciałabym do niej wrócić. Coś trochę, tak bardzo subiektywnie, było po prostu w tym wszystkich, że nie pyknęło.

Gruszki i drzewa oraz paluszki z przyprawionym wykończeniem skojarzyły mi się prędko z Alexandre Vietnam 70 % (najlepsza ze wszystkich - złych - tej marki), tylko że nie w wersji alexandrowo-kiepskiej, a pysznej. A z kolei banany, zestawione z wytrawnością i dużo pikanterii czułam też w Marou Tien Giang 70 %. Niebanalne skojarzenia, nie ma co.


ocena: 9/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £6.95
kaloryczność: 605 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

sobota, 14 listopada 2020

Cachet Dark Chocolate 60 % with Pecan & Fudge ciemna z Tanzanii z orzechami pekan i krówkami

Nie pomyślałabym, że Lindt Hello, Nice to Sweet You Pecan Crumble aż tak mi posmakuje. Co prawda, kupił mnie zupełnie nie tym, co sugerował tytuł, ale co tam. Uznałam, że niedługo po nim warto zjeść, tak dla porównania, inną czekoladę z orzechami pekan. Liczyłam, że nie wyjdzie gorzej niż Cachet Milk 40 % with Kiwi & Mango choć przez połączenie nie obstawiałam, by była smaczniejsza. Za bardzo się bałam, że tytułowe "fudge" okażą się podobne do tych z Marabou fudge & havssalt. O ile jednak pekany na wyobrażenie bardzo mi do ciemnej czekolady pasowały, tak co do "krówek" - byłam po prostu bardzo ciekawa.

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Pecan & Fudge to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Tanzanii z karmelizowanymi orzechami pekan i krówkami typu fudge.

Gdy tylko rozerwałam złotko, pomyślałam o wyidealizowanym kremie-smarowidle kakaowo-laskowoorzechowym, przy czym poczułam ziemistość i wysoką słodycz karmelu. Wyszedł dość wyraźnie palony i... krówkowo-likierowo. Zamknąwszy oczy dosłownie widziałam kruche z wierzchu i ciągnące, mokre wewnątrz pomadki. Obok nich zarysowała się nutka orzechów laskowych oraz kakao o wydźwięku trochę alkoholowo-ostrym. Całość była wyważona, bez przegięcia w żadną ze stron, łagodna.

Spodobał mi się wygląd tabliczki, bo uważam, że przebijające się krówki rewelacyjnie pasują do zdobienia na kostkach (skojarzyło mi się to z Aztekami i Majami). Tablica przy łamaniu była bardzo twarda, trzaskała. Obstawiam jednak, że to po części przez grubość. Przejawiała bowiem też lekką kruchość. A ta... miała alibi. Otóż dodatki wtopiono porządnie i w ciekawy sposób: orzechy tylko w dolną połowę, dzięki czemu mimo że dodano ich naprawdę sporo, nie zaburzyły spójności i nie odebrały przyjemności z samej czekolady. Krówki jako średniej wielkości płaskie prostokąty plątały się między nimi, a większa część umiejscowiła się w wierzchach kostek.
Czekolada odznaczała się kremowością i gęstością tłustego desero-budyniu. Zalepiała i znikała powoli w cudownie gładki sposób. Przez większość degustacji po głowie chodziło mi też gęsto-miękkie smarowidło typu Nutella. 
Powoli odsłaniała średniej wielkości (choć były też malutkie i bardzo duże) kawałki dodatków. Wiele orzechów to całe ćwiartki.
Orzechy wydawały się surowe, nie posądziłabym ich o karmelizowanie, choć niektóre rzeczywiście ewidentnie pokrywała cieniuteńka warstwa. Część z nich zachowały swą skórkę. Zdaje mi się, że znalazły się i kawałki "nagie" - nawet bez karmelu. Wszystkie wyszły leciutko chrupiąco i miękkawo-soczyście świeżo wewnątrz. Otóż warstwa karmelu musiała w dodatku rozpuszczać się dość szybko. Nie "wgryzła się" specjalnie w orzechy, więc te wydawały się świeże.
Krówki z kolei to w pierwszej chwili twarde jak skała, a z czasem kamienno-twardo, ale chrupiące, nawet trochę szkliście, kawałki. Do jakichkolwiek krówek w polskim rozumieniu im daleko. Nie rozpuszczały się, ale nasiąkały... Tak jakby, bo i tak wydawały się suche. Na względną miękkawość w ich przypadku trafiałam dopiero na koniec, gdy czekolada się rozpuściła, więc osobiście wolałam* się nimi zająć właśnie wtedy.
Bliżej końca poczułam leciutką pyłkowość, która jakby podsuszała tłustość, co odebrałam z aprobatą.
Ugryzione, rozchodziły się na grudkowe placki, wciąż dość zwarte. Były suche, trochę proszkowe i wlepiały się do zębów, ale gęby nie kleiły.
Szybko wyjęte z ust (chciałam rozgryźć do zdjęcia), okazały się... kamienne, a po ugryzieniu (autentycznie przyprawiła mnie ta sztuka o ból zęba!) łamały się idealnie po linii prostej (albo ta jedna konkretna, bo takich eksperymentów więcej nie robiłam - lubię moje zęby). Kojarzyły mi się z bransoletkami z cukierków, które do jedzenia nadają się tylko w teorii.
*Na upartego trochę "pod recenzję" - prawie wszystkie (bo czekoladę całą zjadłam sama w dwóch podejściach) wypluwałam.

Robiąc kęsa poczułam gorzkość jakby odymionych orzechów oraz goryczkę splecioną z drobną cierpkością, która natychmiast skojarzyła mi się z sosem / syropem kakaowo-alkoholowym o palonym wydźwięku. Mimo silnej słodyczy palonego karmelu, to goryczka zwróciła moją uwagę.

Pojawiła się bowiem lekko ziemista sugestia, w którą wmieszane były orzechy. Początkowo głównie orzechy laskowe - świeże i surowe. Kojarzyły mi się z takimi mielonymi... lekko gorzkawymi... aż z czasem zmieniły się w orzechowo-czekoladowy, trochę budżetowy krem. Baza pobrzmiewała odrobinę "tłustą" nutą (maślaną? ale i jak ze smarowidła, trochę jak olej z orzechów lub "orzechowawy" tłuszcz kakaowy). Zrobiło się mniej jednoznacznie, ale wyłapałam (w sumie bez problemu) pekanową nutę.

Goryczki różnego typu dzięki nutce dymu świetnie mieszały się z palono-karmelowym wątkiem. Już sama baza sprawiała wrażenie karmelowej, jednak ten wyraźnie nasilał się przy dodatkach.
Od pekanów najpierw odchodziła leciutka, jakby (?) naturalnie orzechowa słodycz, a potem bardziej sugestia orzechów laskowych.
Krówki kamienie też lekko karmelowo, czy bardziej cukierkowo-karmelkowo się kojarzyły. To trochę mleczne karmelki, trochę... cukrowo-szkliste draże? Im bardziej nasiąkały, tym bardziej cukrowo-mlecznie karmelkowo, na pewno nie krówkowo, smakowały.

Ssane i podgryzane dodatki zrównywały się z czekoladą. Jej ziemistość i lekka alkoholowość bez procentów (jak "smarowidło zajeżdżające alkoholem bez niego w składzie" - zdarza się to przy deserach czekoladowych itp.) sprawiła, że orzechy wydały mi się delikatne... mdławe w orzechowość, a naturalnie słodkawe i bardziej oleiste jak olej kokosowy. Rozgryzane pekany jednak zaskoczyły już na właściwy tor, smakując... sobą, same w sobie przypominając połączenie głównie laskowców i orzechów włoskich. Wyszły świeżo - karmel, mimo ingerencji, nie zaburzył ich smaku.

Krówki były głównie słodkie, nijako cukierkowo-mlecznawe. Mimo że podnosiły słodycz, nie zacukrzały straszliwie. Kryło się w nich coś irytującego, takiego sztucznie cukierkowego, co znów przywołało skojarzenie z cukierkowymi bransoletkami o nieokreślonym smaku. Pozwoliłam sobie, gdy tylko się wyłaniały, po prostu wyjmować je z ust.

Czekolada pozostała na koniec wydała mi się za to już bardziej kontrastowo słodka, acz wciąż nie po prostu cukrowa. To jak zestawienie orzechowo-kakaowego kremu dla dzieci i likieru kakaowego, trochę osnute dymem, by zakamuflować potencjalne zgrzyty w tym połączeniu.

Ona jako taka właśnie, już trochę cukrowa jednak, pozostała w posmaku wraz ze słodko-mdławymi karmelkami i wyrazistymi orzechami pekan.

Czekolada bardzo mi smakowała, pekany wyszły bardzo świeżo-pekanowo, mimo karmelizowania. Polubiłam jej alkoholowo-smarowidłowy, orzechowy wydźwięk. Był w pewien sposób uzależniający. Krówki jednak to porażka. Zdaję sobie sprawę, że "fudge" to w zasadzie nie "krówka-ta-nasza-polska", ale to po prostu okropne kawałki, nawet gdy chodzi o krucho-suche fudge brytyjskie... właśnie - chyba powinny być kruche, a nie kamienne i słodko-nijakie w smaku... Nieźle mnie nimi zirytowała. Odebrały mi część przyjemności z degustacji, bo musiałam je wypluwać. Dobrze więc, że nie były specjalnie intensywne w smaku, bo po prostu były... No, ale były. Gdyby nie one, coś czuję, że mogłoby wpaść 10.
Na dodatku chciałam się wyżyć, psiocząc o nim do Mamy. Żeby zrozumiała, o czym mówię, dałam jej kawałek czekolady, na co usłyszałam: "Chcesz, żebym zęby na tym czymś połamała?! Nie dość, że ciemna, to jeszcze coś, czego pogryźć się nie da... czuć, że to z tych twoich lepszych, ale dodatek beznadziejny. To miała być krówka? No jaja jakieś." ... Cóż, nie jaja... Kamienie.


ocena: 8/10
kupiłam: kawa365.pl
cena: 14 zł (za 180 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki krówek 10% (skondensowane mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz maślany, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), karmelizowane orzechy pekan 6% (orzechy pekan, cukier), naturalne aromaty, sól, lecytyna sojowa

piątek, 13 listopada 2020

lody Syrenka smak Czarny sezam

Ostatni posiadany, niepróbowany smak lodów Syrenka trochę sobie poczekał. Jakoś tak wyszło, sama nie wiem, dlaczego. Zostawiłam go na koniec, a potem olałam, mimo że bardzo mnie ciekawił. Od razu trochę żałowałam, że to właśnie czarny sezam, bo mimo że czarny to mój ulubiony kolor, sezam zdecydowanie wolę biały. Do Podwójnej Czekolady jednak zdążyłam już parę razy wrócić, moja miłość nie osłabła, więc wraz z nadejściem wiosny, postanowiłam ruszyć trochę z posiadanymi lodami.

Lody Syrenka smak Czarny sezam to lody wegańskie o smaku czarnego sezamu na bazie orzechów nerkowca (7,35%) z czarnym sezamem (9%).
U mnie w pudełku 100 ml / 120 g.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam szlachetny, znacząco słodki zapach palonego karmelu, orzechów (delikatnych, niejednoznacznych) i kokosa. Ten ostatni wydał mi się dość "orzechowo"-wiórkowy, ale i trochę jak mleczko, na co chyba wpłynęły nerkowce. Już po paru sekundach sezam odważył się trochę pokazać. To był słodki, łagodny sezam, choć wciąż z goryczkowatymi zapędami.

Masa lodowa wydawała się niedokładnie (ale na pewno tak miało być) przemielona, pełna kawałków ziarenek sezamu, choć i pewnej kremowości jej nie brakowało. Była gęsto-twarda właśnie w kremowy sposób. Niczym konkretne masło orzechowe. Topiła się niechętnie, właściwie odpowiedniejszym określeniem będzie: miękła i ocieplała się. Urzekło mnie to. Całościowo cudnie skrzypiała jak wilgotny marcepan czy chałwa. Było w niej bowiem sporo właśnie zmielonego sezamu, w tym coś, z czym nigdy się nie spotkałam, czyli jasne, prawie przezroczyste jakby sezamowe skórko-łuski. Na pudełko trafiło się parę całych ziarenek.

Od samego początku czułam wysoką, acz szlachetną słodycz karmelu. Wydała mi się aż trochę przesadzona i leciutko drapiąca w gardle.

Tu właśnie wszedł delikatny, niemal mleczny motyw kokosa, a słodycz stała się ewidentnie palona. I to tak, że aż z leciuteńką goryczką. Ona właśnie doskonale splatała się z orzechowością, niezbyt jednoznaczną, ale jednak, a następnie z nutą sezamu. Mniej więcej w połowie każdej łyżeczki robiło się karmelowo-orzechowo, jakby karmel te orzechy opływał, a po chwili opadł. Orzechy i "orzechowy sezam" stały się smakiem nr 1. A rysowało się to na naturalnej, kokosowej bazie.

W kolejnych sekundach po słodyczy został znikomy ślad, niejednoznacznie orzechowy motyw nabrał gorzkości. Podsysane ziarenka sezamu upuściły więcej właśnie swojego smaku, który jest zdecydowanie mniej słodki od sezamu jasnego, choć w przypadku tych lodów nie czułam ogromnej różnicy. Ten zdawał się wpisywać w orzechy i gorzkawość.

Końcówka zaskoczyła mnie gorzkością - orzechową, ale już mocniej sezamową i z wyłaniającym się olejem kokosowym.
Sezamem zajmowałam się dokładnie (gryzłam i wysysałam, memłałam), gdy zagarnięta masa się rozpłynęła i wtedy wyraźnie dominował (gryziony dużo wcześniej miał przygłuszony smak). Bliżej, acz i tak nie było to dokładnie to, mu do  palonych (aż przypalonych?), goryczkowatych sezamków niż do chałwy, właśnie ze względu na goryczkę. Niewątpliwie podkreślił ją olej kokosowy o specyficznym smaczku zimnych ogni, co wpisało się w ogólną paloność.

Ta na kokosowo-nerkowcowej, łagodnej bazie nieźle się wyeksponowała i to głównie ona, jako olej kokosowy, została w posmaku. Towarzyszył jej jakby "orzechowy" czarny sezam. Co więcej, czułam lekkie pieczenie w gardle, ale... to od słodyczy z początku zmieniło się w wywołane olejem (?).

Lody okazały się przepyszne i intrygujące, bo... niezwykle dynamiczne. Świetnie się je jadło, dając poszczególnych zagarniętym porcjom się rozpływać, a dopiero potem gryząc sezam. Cudowne, harmonijne były przejścia. I tak od za silnej słodyczy, przez karmelowo-orzechowo-sezamowe bogactwo, po gorzkość. Łagodna baza była wyraźnie wyczuwalna, ale zasadniczy smak również. Wprawdzie wolałabym, by były bardziej sezamowe i ja np. widziałabym je jako lody z jasnego sezamu z mniejszą ilością cukru, ale i te były pyszne. Intrygowały nawet drobinki sezamu (stąd i to dziwne zdjęcie pustego opakowania). O kolorze, który kocham nie wspomnę.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od lodysyrenka.pl
cena: -
kaloryczność: 318 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: rozdrobniony miąższ kokosowy, cukier trzcinowy nierafinowany, orzechy nerkowca, nierafinowany olej kokosowy, tłuszcz kokosowy, czarny sezam, sól

czwartek, 12 listopada 2020

Auro Filipino Origin 42 % Milk Chocolate Banana Chips mleczna z chipsami bananowymi

O czekoladach Auro przed zakupem tych właściwie nie słyszałam. Kolejna marka (tym razem filipińska) z wysokiej półki, do której pewnie bym nie sięgnęła, gdyby była fizyczna, a nie "tak się mówi". Przy całej mej miłości do takowych, kupując, obecnie ograniczam się głównie do czystych ciemnych z powodów czysto praktycznych. Smakują mi bardzo-bardzo, bardzo albo mniej bardzo, ale szanse, że nie posmakują wcale są znikome. Byłoby mi szkoda pieniędzy na wątpliwe albo takie, które miałyby mnie w pełni nie satysfakcjonować (mleczne / z dodatkami, o białych już nawet nie mówię). Na Auro skusiłam się jednak nie dość, że na mleczną, to na mleczną z dodatkiem. Dziwne? Może... by było, gdyby dodatkiem nie był banan. Bardzo lubię banany i ubolewam, że czekolad z nimi jest tak mało.
Tu ubolewałam, że... tabliczka była taka malutka. Ale z wyjątkowymi bananami! Bo konkretnie z Davao. Tak w ogóle, chipsy bananowe są ponoć jedną z najbardziej lubianych przekąsek w Filipinach. Ja akurat zdecydowanie wolę świeże, bo twarde banany suszone, w sensie chipsy (?) są tak twarde i podkręcane (olej, cukier), że obecnie raczej po nie nie sięgam (ale lata temu był okres czasu, kiedy nie wyobrażałam sobie bez nich dnia).

Auro Chocolate Filipino Origin 42 % Milk Chocolate Banana Chips to mleczna czekolada o zawartości 42 % kakao z Filipin z chipsami bananowymi.

Już otwierając poczułam intensywny zapach orzechów i dymu, do których w trakcie degustacji dołączyły jeszcze drzewa, drzewo sandałowe - takie "kadzidlane, wonne drzewo". Szybko i wyraźnie zaznaczył się też palony karmel, przechodzący w toffi, by następnie wraz z nim utonąć w mleku.
Banany wydawały się reprezentować poniekąd jedną ze składowych nut kakao, bo tych - rześkich i owocowych - też uchwyciłam sporo. Pomyślałam o ananasie i innych egzotycznych, jakiś czerwonych i suszonych jak z surowych batonów, a więc niemal miodowych... i tu znów krąg się zamykał, wracały niemal miodowe banany. Zwłaszcza po przełamaniu przywodziły na myśl świeże w karmelu i suszone karmelizowane.

W dotyku tabliczka udawała lepką i miękką, ale nie topiła, nie gięła się, a całkiem ładnie pykała przy łamaniu. Wydała mi się wtedy delikatna i dość krucha. W przekroju zobaczyłam bąbelki i parę małych kawałków bananów, które i na spodzie się przebiły. Ze dwa (biorąc pod uwagę proporcje) trafiły się spore.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanie szybkim tempie, szybko mięknąc i zalepiając tylko trochę. Mimo to, cechowała ją pewna gęstość, którą zatłuszczała lekko usta. Była to tłustość pełnego mleka i śmietanki, dzięki czemu nie wyszła nazbyt ciężko.
Banany powoli się odsłaniały, ale naprawdę trudno o kęs bez nich. Okazało się, że dodano ich mnóstwo. Większe były twarde i głośno chrupały od początku do końca, średnie - nie wszystkie były twarde, a raczej twardawe - chrupały, a potem skrzypiały. Inne zaś skrzypiały / trzeszczały jakby od cukru (którymi je pokryto?). Te, które częściowo nasiąkły czasem skrzypiały w sposób charakterystyczny dla owoców liofilizowanych, a niektóre pochrupały, poskrzypiały i rozchodziły się na suchą, jakby papierową papkę. Nasiąkały bowiem dość opornie - wolały sobie skrzypieć. Ogromną część dodatku stanowiły mikroskopijne drobinki, które leciutko sucho chrupały-skrzypiały.

Od wgryzienia się czułam ogrom mleka, które samo w sobie wydało mi się słodkie. Mleczna fala popłynęła, bez żadnych ograniczeń fundując błogą śmietankowość i sugerując obecność bananów.

Niemal jednocześnie z nią odezwała się gorzkość orzechów. Pomyślałam konkretnie o włoskich. Wydały mi się osnute dymem, a z czasem przemieszały się z mocnymi nutami drzew. Żywych, porastających czarną ziemie, ogrzanych słońcem i też z dymem. Kakao zaznaczyło leciutką, szlachetną cierpkość, co jeszcze wyraźniej podkreśliło gorzkawe orzechy.

Dym płynął także ze słodyczy. Była bowiem mocno palona, karmelowa. W ciągu paru sekund wyskakiwała do góry, by objąć dominację. Poczułam słodziuteńkość i drapanie w gardle - oto karmel zwracał na siebie główną uwagę, niczym surfer na mlecznej fali. Poczułam, jakbym miała do czynienia z karmelizowanymi w miodzie owocami albo... miodowym ciastem, w którym po przecięciu widelczykiem warstwy kremu śmietankowego, trafiłam na sprasowany spód z orzechów i bakalii, zlepionych karmelo-miodem.

Słodycz zyskała sporo rześkości. Oto pomyślałam o mleku bananowym i zarejestrowałam sporo soczystości. Najpierw skojarzenia za sprawą orzechów pobyły trochę z raw barami i niemal miodowymi, suszonymi owocami. Słodycz wydała mi się przesadzać... Następnie zaś kompozycję przekłuł leciutki kwasek. Pomyślałam o ananasie, nawet czymś bardziej cytrusowym, a wtedy kawałki banana zaczęły wylegać na język.

Coraz trudniej było mi się skupić na drzewno-orzechowym tle, zaczęło uciekać... A mimo to uchwyciłam, że kwasek owoców podsycił także lekką ziemistość. Drzewa, ziemia na której rosły i dym, który je przysłaniał, cały czas gdzieś tam w tle były.

Mocniejszy karmel podkreślił smaczek chipsów bananowych / twardych bananów suszonych, ale zaraz odpuścił i puścił przodem smak niemal świeżych. Nie musiałam bananów rozgryzać, by je poczuć - jakbym oglądała genialny zwiastun filmu (już czułam, że gdy tylko zacznę rozgryzać dodatek rozpęta się bananowa burza). Świeże, naturalne banany wraz z mlekiem zajęły się cierpkawością kakao niwelując ją. Wtłoczyły je w mocno palone toffi.
Niestety, po chwili okazało się, że banany ogólnie wyszły dość mdławo; rozgryzane szybciej, trochę gubiły się w słodkiej toni. Jakby... to czy je gryzę, czy nie, nie miało większego znaczenia, a smak popłynął wcześniej.
Kawałki bananów rozgryzane bliżej końca same w sobie wydały mi się papierowe, mdławo-suszone, akieś mało bananowe. Piszę to o tej całej drobnicy - w dużej części wypranej ze smaku.

Pod koniec pozostał posmak toffi właśnie, takiego... miodowego, drapiącego w gardle i z mnóstwem owoców egzotycznych. W tym wyraźnie czułam banany i świeże, i suszono-karmelizowane, różne. Toffi również okrywało gorzkawe orzechy. Dzięki temu po głowie snuły mi się zdrowe ciasta / raw bary. Wróciła mocniejsza gorzkość i niemal ziemista cierpkość kakao, przyprawiająca wręcz o suchawy efekt.

To dosłownie zdrowe ciasto Banoffee (ok, jadłam raz w życiu, w dodatku jakieś średnio udane, ale chodzi mi o konwencję) w tabliczce.
Ogrom mleka i śmietanki wymieszał się z gorzkością orzechów, podkreślonych drzewami i ziemią, oraz egzotycznymi owocami: bananami i ananasami. Kwasek tych drugich w całej tej toffi-karmelo-miodowości był słabiutki, ale ratował sytuację. Banany zaś... nie usatysfakcjonowały. Kawałki były kiepskie, bo już jak przyszło do gryzienia, okazało się, że te wszystkie ich nuty wcześniej... to byłoby by na tyle. Prawie jak w dzisiejszym przemyśle filmowym, gdzie w zwiastunach są jedyne warte uwagi fragmenty z filmów.
Mimo gorzkości i soczystości w ustach, dała radę zasłodzić (takie maleństwo!) i drapać w gardle. Dodatek wiele obiecał, nasączając bazę swym smakiem, a potem... rozczarował. Niezbyt podobała mi się jego forma, jak i prędkość znikania czekolady z ust.

Całość wyszła jednak smacznie, czułam podobieństwa (owocowy kwasek z goryczką w ogromnie mleczności) z Askinosie Davao Philippines 62 % Dark Goat Milk Chocolate + Fleur de Sel oraz konkretnie ananasy, karmel i dym z Georgia Ramon Philippinen / Philippines 75 %, ale... od mlecznej z określonego regionu oczekiwałabym więcej (albo raczej "mniej zasłodzenia").


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 7,15 zł (za 27g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, chipsy bananowe, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii