wtorek, 20 maja 2025

Willie's Cacao Surabaya Gold Indonesian Dark Chocolate Single 69 % Cacao ciemna z Jawy

To, że Willie's Cacao to marka brytyjska przeczytałam i zapamiętałam dopiero pisząc ten wstęp. Wcześniej się marką szczególnie nie interesowałam. Fakt, jadłam ich czekolady lata temu, ale informacje o samej marce uleciały mi z głowy. Tę czekoladę już kupowałam z lekkim żalem. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego w takich sytuacjach twórcy czekolad nie raczą dołożyć tego 1%, by chociaż standardowe 70% kakao zrobić. Co i tak uważam za nieco zbyt niską zawartość. O tym, by czekoladzie jednak dać szansę, przeważył region. Mam bowiem słabość do Jawy i całej Indonezji. 

Willie's Cacao Surabaya Gold Indonesian Dark Chocolate Single 69% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 69 % kakao z Indonezji, z Jawy, z regionu miasta Surabaya.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach karmelu. Nie za mocno słodkiego i nie za mocno palonego, ale jednak. Z jednej strony stanął karmel potencjalnie słonawy, bo z pewną specyficzną kwaskawością w tle. Ona jednak... nie była tylko solono karmelowa, a też lekko owocowa. Do głowy przyszedł mi słodko-kwaśny dżem truskawkowy. Z drugiej strony stanął karmel bardziej karmelkowy. Za sprawą lekkiej gorzkości pomyślałam o miękkich karmelkach w wariancie cappuccino. Może nawet z nadzieniem kawowo-karmelowym. Bardzo w oddali wychwyciłam też chyba pewną... ziemistość? 

Twarda i masywna tabliczka w dotyku obiecywała kremowość, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno. Sugerowała zbitość i jakby zawilgocenie.
W ustach rozpływała się średnio powoli i maziście. Zwłaszcza początkowo była tłusta w zbity, jakby chłodno maślany sposób. Potem jednak zmieniała się w gęstawą zawiesinę. I kształt niby zachowywała, ale tak luźno. Tłustość czułam jednak do końca.

W smaku najpierw poczułam maślane, miękkie karmelki. Za ich sprawą pokazała się zaskakująco łagodna słodycz. Wzrosła jednak szybko, zapominając o łagodności. Karmelki nabierały intensywności, ale na szczęście nie tylko w słodkim kontekście.

Zaznaczyła się za nimi delikatna gorzkość, podkreślająca palony aspekt w nich samych. To przesądziło o ewidentnie karmelkowo-maślanym wydźwięku. Było to zbyt palone i niemleczne, by być krówką, choć ona też jakoś przez myśl przemknęła. Zaraz jednak i uciekła.

Gorzkość wygłaskały orzechy laskowe. Ewidentnie surowe w goryczkowatych skórkach. Do laskowych chyba podkradło się też parę włoskich. 

Do głowy przyszedł mi solony karmel. Taki, który ze specyficznego układu palono-solonego idzie aż w nieco kwaskawym kierunku. Rozszedł się subtelny kwasek, po czym odciągnął jednak uwagę od karmelu solonego. Kwasek przedstawił się jako owocowy. Dokładniej... cytrynowy?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rozeszła się ziemia. Dodała kompozycji pazura, gorzkość wzrosła. Orzechy już nie starały się jej łagodzić. Do laskowych w skórkach dołączyły włoskie. Gorzkość właśnie podpowiadała karmelko-karmelowi bardziej palone klimaty, jednak ogólnie paloność za mocna nie była.

Cytryna ustąpiła miejsce dżemowi truskawkowemu. Bardziej... truskawkowo-jagodowemu? Przypomniał mi się jedzony niedawno krem orzechowy z jagodą kamczacką (Olini Nerkowiec z Jagodą) - coś w podobie czułam i tu, acz w bardziej dżemowym wydaniu.

Słodycz bowiem też rosła. I to bardzo. Bardziej od gorzkości i na pewno bardziej od kwasku. Uderzała w mocno karmelkowy ton, a owoce końcowo sprowadzając do... wręcz muląco słodkiego, niemal lejącego się kaki? Miękkie, ciągnące maślane cukierki zajmowały pierwszy plan, acz za nimi zaznaczyły się też karmelki w wariancie cappuccino - już gorzkość zadbała, by i one miały coś do powiedzenia.

Gorzkość końcowo zdawała się zupełnie wpisywać w słodycz. Palony wątek jakoś przycichł tak, że zostały po prostu miękkie, słodkie karmelki maślane.

Po zjedzeniu czułam posmak miękkich karmelków... z kawałkami orzechów włoskich? I karmelków cappuccino. Karmelków odmienianych przez wszystkie przypadki, ale też echo dżemu - już tak niejednoznaczne, że jedynie chyba truskawkowego.

Czekolada była smaczna, ale za słodka, że aż słodycz zdawała się przysłaniać niektóre nuty. Przede wszystkim karmelkowa - czy to karmel chwilami wyszedł bardziej palono-solono, czy karmelkowo-cappuccino, ale mocno karmelkowa. A przez to przesłodzona, mimo że i gorzkość, ziemia i orzechy laskowe i włoskie, pokazały się wyraźnie. Echo cytryny i dżemu truskawkowego, potem truskawkowo-jagodowego niestety nie rozwinęły się. Chociaż... nie wiem, czy do tej karmelkowości kwaśność by pasowała. Widziałabym tu inne proporcje w rozłożeniu gorzkości, kwaśności i słodyczy.

Karmel, truskawki i liofilizowane śliwki A. Morin Java Arjuna noir 70 % kojarzyły mi się z dzisiaj przedstawianą, ale we wspomnianej ogrom orientalnego ciepła, , dymu i drewna, ziół, przypraw i orzechów o wiele lepiej ograł słodycz.


ocena: 7/10
kupiłam: bee.pl
cena: 15,68 zł (za 50g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 19 maja 2025

Olini Orzeszek z kamczacką / Krem z nerkowców z jagodami kamczackimi

Olini Masło orzechowe mix wspominam jako w porządku, ale nie ukrywam, że zamawiając 4 różne kremy tej firmy, liczyłam na większy zachwyt. Jeden z zamówionych wydał mi się trochę ryzykowny, ale z potencjałem - właśnie dziś przedstawiany. Im więcej jadłam kremów orzechowych z owocami, tym bardziej utwierdzałam się, że to nie moja bajka, jednak... akurat połączenie nerkowców z jagodami wydało mi się... obiecujące. Tym bardziej, że producent nie dodał białej czekolady, na którą jakoś często trafiam w przypadku owocowych kompozycji - pojęcia nie mam, dlaczego. Nadal nie byłam hurraoptymistyczna, ale cóż... Uznałam, że pasta ta pójdzie jako druga w kolejności. Opis producenta co prawda trochę żenował ("Bajkowe misie miały swój magiczny sok, dzięki którym mogły wysoko skakać, a Twój maluch może mieć Orzeszek z jagodą. To masełko orzechowe z owocami jagody kamczackiej..."), no ale postanowiłam nie zwracać uwagi na pewne kwestie (nienawidzę zdrobnień i dedykowania pewnych produktów dla dzieci - a co to, już nikt inny nie może po nie sięgnąć?), ale zaciekawiła mnie jagoda kamczacka. Coś ciekawego, czy chwyt? O tym, że to coś kompletnie innego niż zwykłe jagody dowiedziałam się dopiero dzięki czekoladzie Zotter Honeysuckle + Lavender / Maibeeren + Lavendel. To zupełnie inny owoc! Wiciokrzew jadalny - a że też myślałam, że różnica tkwi tylko w pochodzeniu (np. jak "jabłka grójeckie").

Olini Orzeszek z kamczacką / Krem z nerkowców z jagodami kamczackimi to krem / pasta ze zmielonych lekko prażonych orzechów nerkowca z liofilizowanymi jagodami kamczackimi.

przed i po zlaniu oleju
Po otwarciu poczułam soczystą, intensywną kwaśność jagód, mieszającą się z orzechami. Te mimo maślaności zahaczały o... palono-pieczoną goryczkę? Nerkowcowość pobrzmiewała - nie walczyła o pierwszy plan. Za orzechowością stanęło echo maślanej, cierpkawej i soczystej czekolady. Pewnie jagody też ją podszeptywały. Słodycz jednak też nie próżnowała. Wyobraziłam sobie posłodzony miodem, czekoladowy twarożek z jagodami.

Na wierzchu wydzieliło się niewiele oleju, bo dosłownie pół łyżeczki. Zlałam je, ponieważ krem nie potrzebował tego wcale.
Mieszając, trafiłam na masę tłustawo-ciągnącą. Nie wyglądała na bardzo gęstą, a jedynie gęstawą. Wydawała się miękka i wilgotna. Widać sporo zarówno drobinek orzechów, jak i jeszcze drobniejszych, kawałeczków owoców.
W trakcie jedzenia krem w pierwszych sekundach jawił się jako przepotężnie lepiszczy. Zalepiał usta na długo i rozpływał się najpierw niby powoli, potem nieco szybciej (wciąż lepko), ale ogólnie wolno-umiarkowanie. Okazał się nieco gęstszy niż się wydawało, ale wciąż nie mocno gęsty. Był pełnotłusty, konkretny i syty, ale jednocześnie soczysty. Na pewno nie ciężki, choć na zasadzie kontrastu na tłustość zwróciłam uwagę bardziej niż zwykle w przypadku innych kremów nerkowcowych. Czuć w nim wysoką miazgowość, niektóre drobinki to wręcz małe kawałeczki do pociamkania na końcu, ale także czuć podmielone jagody. W miazgowość wpisały się też drobne, subtelne pesteczki. Soczystość rosła, że krem na koniec odpuszczał i rozpuszczał się z łatwością. Część kawałków jagód częściowo się rozpuszczała.
Kiedy wcześniej, obok rozpływającej się bazy, gryzłam parę kawałków jagód na próbę, trzeszcząco rozpadały się na pyłek.
Trochę drobinek orzechów zostało - dodały niewymagającego, chrupkawego efektu, mimo że były delikatne, wręcz miękkawe. Mieszały się z nieco twardszymi od nich pesteczkami jagód (z wyglądu da się też je rozróżnić - pesteczki były ciemniejsze, różowawo-beżowe).

W smaku pierwsza zaznaczyła się orzechowa słodycz. Przemknęły jednak też wręcz kwiaty i dopiero jednoznacznie przedstawiły się nerkowce. Wydawały się nieco pieczono-goryczkowate, aż dziwnie wytrawniejsze.

Słodycz wzrosła w miodowym kierunku, że przeszło mi przez myśl mocno miodowe, orzechowe ciasto.

I nagle wszystko przecięła kwaśność. Była wysoka i imperatywna, że z łatwością wkroczyła na pierwszy plan. Jagody rozgościły się tam w najlepsze. Pomyślałam o drobnych, ciemnych słodko-cierpkich i kwaśnych jagodach, które... mieszały się z malinami i porzeczkami. Wyszły zaskakująco świeżo. Przywodziły na myśl takie tylko co pozrywane, w których większość była jeszcze niezbyt dojrzałe.

Słodycz pozostawała w tyle, trzymała się w oddali i nie płynęła z owoców. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, choć kwaśność wciąż dominowała, kwaśne jagody jakby na czele całej mieszanki kwaśnych owoców leśnych, czerwono-ciemnych, wpuściły odrobinkę orzechowości i słodyczy.

Wydawało się, iż do nerkowców dołączyły jeszcze migdały w skórkach. Orzechowość bowiem przy jagodach wyszła zaskakująco wytrawniej. Soczyste owoce podsunęły tu jeszcze myśl o soczystej, cierpkawej czekoladzie. Ułożyło się to w migdałowo-nerkowcowe, miodowe ciasto czekoladowe i kwaskawy twarożek czekoladowy z jagodami. Przemykająca goryczka trzymała się jagód - jakby jednak nie pochodziła od orzechów?

Czułam jakby twarożek... wegański, z orzechów nerkowca? Końcowo chyliły się ku mleczności. Słodycz zaś sugerowała leśne kwiaty. Spokojniejsze już jagody, wciąż wyraźnie kwaśne, do głosu dopuściły też orzechową i niby maślano-mleczną słodycz.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jagód, jakby podkręconych innymi owocami, w tym mieszanymi porzeczkami, i mocno maślanej, palonej czekolady, jaką podszeptywały pieczono-palone orzechy. Nerkowce czuć jednoznacznie, ale nie pierwszoplanowo. Soczystość na zasadzie kontrastu podkręciła wytrawność, ale i tak to właśnie soczysta kwaśność dominowała.

Krem zaskoczył mnie kwaśnością (może powinnam przed zakupem dokładniej przeczytać długi opis na stronie o tym, że to ich najkwaśniejszy krem?). A potem także wytrawniejszym motywem. Słodycz jednak też wystąpiła. Krem wyszedł bardzo intensywny w każdym z tych wątków. Nerkowce czuć dobrze, ale nie pierwszoplanowo. Czuć pieczono-prażono-palony motyw, który z kolei podszepnął czekoladę. Twarożkowo-ciastowy klimat dobrze pasował do połączenia orzechów i jagód. Jestem jednak nieprzekonana do tak wysokiej kwaśności. Jakoś niezbyt mi pasowała do orzechowego kremu.
Konsystencja w porządku, chociaż przez wysoką soczystość tłustość bardziej dawała się we znaki. Nie jakoś bardzo, ale odczuwalnie. Dobrze, że pesteczki wpisały się w miazgowość, bo normalnie pestek nie lubię. To, że także kawałeczki owoców wystąpiły, też uważam za plus (bo producent pisał, że inne kremy ma z owocami idealnie zmielonymi na pył). Jako ciekawostkę, skoro się kupiło, można zjeść, ale trochę zakupu żałuję.


ocena: 7/10
kupiłam: olini.pl
cena: 59,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy nerkowca 90%, liofilizowana jagoda kamczacka 10%

sobota, 17 maja 2025

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Perou Noir 73 % Cacao ciemna z Peru

Marka własna Marque Repère Leclerc spełniała moje oczekiwania. Naprawdę przyjemna jakość, a określanie regionu w tej serii po Marque Repère Equador Collection inspiree Republique Dominicaine Noir 70 % Cacao nie wydawało się picem na wodę. Jako kolejną postanowiłam zjeść z Peru, dlatego że do wyboru miałam jeszcze Ekwador... Aż trzy różne tabliczki! Te chciałam zjeść w krótkim odstępie czasu, a na ten moment szukałam jakiejś, że tak napiszę, pojedynczej. Nie chciałam żadnej serii robić. Stąd właśnie Peru, które dziwnym trafem znalazło się w linii inspirowanej Ekwadorem. Do dziś się będę głowić, co autor miał na myśli, jak to się mówi.

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Perou Noir 73 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Peru; marki własnej marketu Leclerc.

Po otwarciu poczułam charakterny, intensywny zapach ziemi, mieszającej się z soczystą cytryną. W niej bez trudu mogłam wyróżnić skórkę, pestki - lekką goryczkę. Soczystość stała na wysokim poziomie i łączyła się ze słodyczą za sprawą czekoladowego ciasta z kwaśnymi śliwkami. Może też słodszymi owocami leśnymi? Posłodzonego... wanilią? Ziemię podkreślił i w pewnym sensie wygładził węgiel, motyw czegoś palonego i zagaszonego wodą.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i może nawet miękkość, lecz była bardzo twarda. Trzaskała głośno jak suche gałęzie.
W ustach rozpływała się wolno i kremowo-maziście. Była trochę maślano tłusta, jednak podobieństwo do masła osłabiała lekka pyłkowość, do odnotowania z czasem. Nie brakowało jej też lekkiej soczystości.

W smaku pierwszą poczułam lekką, niemal zwiewną słodycz... nieco kwiatową? Waniliową! Oczami wyobraźni patrzyłam na kwiat wanilii. Rosła delikatnie, trzymała się boków i nie pchała na pierwszy plan.

Zwiewność przeszła w nienachalną soczystość... odległych owoców leśnych? Słodkich, dojrzałych, ale tak delikatnych, że niedookreślonych. Soczystość jakby napomknęła coś, że z czasem może zrobić się kwaśniej, ale na razie trzymała się słodyczy.

Tuż po tym odezwała się gorzkość. Wkroczyła poprzez motyw węgla. Nieco dalej zaznaczyło się coś - drewno? - palonego i jakiś czas temu już zagaszonego wodą. Mimo paloności, łączyło się z tym pewne poczucie wilgoci.

Za jej sprawą dołączyła ziemia. Czarna, wilgotna i charakterna. Wkroczyła na pierwszy plan, a podkreślała ją paloność. Na zasadzie kontrastu przez chwilę i ziemistość, i słodycz wybiły się na wierzch, że aż słodycz wydała mi się nieco ryzykowna, potencjalnie przytłaczająca. Gorzkość zaraz, z własnej woli, zaczęła łagodnieć, jakby oddając jej część pola do popisu.

W tle zaakcentował się kwasek. Pomyślałam o cieście ucieranym z owocami leśnymi, a potem o czekoladowym cieście z kwaśnymi śliwkami. Przez parę sekund kwaśność eksponowała się porządnie. Ciastowość podbiła też słodycz. Wanilia mieszała się z cukrem. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrost słodyczy miał moment kulminacyjny, a potem zaczął raczej rozchodzić się na boki, słabnąć.

Przemknęły mi karmelizowane orzechy, co słodyczy nadało poważniejszego tonu. Ta paloność sama w sobie przełożyła się na jej częściowe poskromienie.

Kwasek śliwek przywołał cytrynę. Ją jednak hamował wątek palony. Wyobraziłam sobie karmelizowaną, prażoną w palonym cukrze cytrynę. Oprócz kwaśności czuć tu więc było mocno palony wątek i sporo słodyczy. Kwaśność zdawała się właśnie nieco powstrzymywana. Zrobiła się dość niska, acz wyrazista.

Karmelizowane orzechy przedstawiły się jako orzechy laskowe i pekan. Mieszały się w karmelizowanym wątku wraz z cytryną, dodatkowo pilnując, by nie było ani za kwaśno, ani za słodko. Z tą słodyczą jednak... szło im trochę trudno, bo wanilia mieszając się z cukrem raz po raz wybijała na wierzch. Wtedy słodycz wydawała się nieco zbyt dosadna.

Gdy słodycz przybrała ten bardziej palono-karmelowy, może wręcz goryczkowato-karmelizowany wydźwięk, gorzkość wróciła z nową mocą. Ziemia tym razem wystąpiła w asyście ziół. Gorzko-cierpkie zioła rosły swobodnie na czarnej, żyznej ziemi.

Po zjedzeniu został ziołowo-ziemisty posmak i sporo słodyczy waniliowo-cukrowo-karmelizowanej, łączącej cytrynę, orzechy i kwaśne śliwki zatopione w nieco zbyt słodkim, czekoladowym cieście.

Czekolada była bardzo smaczna i ciekawa, a zarazem niezbyt skomplikowana. Pewna dobitność słodyczy spowodowała, że nad oceną się zawahałam, ale jak pomyślałam o cenie, uznałam, że trudno byłoby w takiej znaleźć równie dobrą. Wyrazista gorzkość mieszała się z nie za mocną kwaśnością, słodycz pokazała, co potrafi, ale nie przeholowała. Wanilia i motyw karmelizowania dobrze ukryły cukrowość. Karmelizowana cytryna i trochę orzechów zacnie połączyły się z odrobiną owoców leśnych i czekoladowo-śliwkowym ciastem. Wszystko to stanowiło pasujące towarzystwo dla ziemi, węgla i czegoś wilgotnego, zagaszonego, ziół. Paloność miała tu ciekawy - ten zagaszony, zawilgocony - ton.

Odlegle skojarzyła mi się z czymś... wydała mi się znajoma. Sprawdziłam, że wyprodukowano ją we Włoszech, a wtedy mnie tknęło, że trochę przypominała (Vanini) Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate.


ocena: 10/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Leclerc
cena: jakieś 8,50 zł (a dokładniej 60 za 7 różnych czekolad z tej serii, więc nie wiem, ile dokładnie za jaką)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

piątek, 16 maja 2025

Zotter Cheesecake mleczna 50 % z kremem z twarogu, białej i jogurtowej czekolady, nugatu migdałowego z cytryną oraz nugatem migdałowym z kawałkami ciastek oraz cienką warstewką czekolady białej jagodowej

Zotter niewątpliwie ma słabość do serników i sera, bo choć ogólnie bardzo zmienia asortyment, czekolada sernikowa / z serem zawsze jakaś jest. W ramach odświeżenia oferty na jesień 2024 wycofano Zotter Cheese + Mango Chutney / Kase + Mango-Chutney (2024), a Zotter Cheese – Walnut – Grapes (2021) zmieniono na dziś przedstawianą. Nadziewańce tego producenta już jakiś czas temu przestały budzić we mnie emocje. Sernikowe wprawdzie zawsze mi smakowały i myślałam, że ta nie będzie się jakoś specjalnie różnić od już mi znanych, ale jak zaczęłam na potrzeby recenzji przepisywać opis i skład przeszło mi przez myśl, że niestety wpisuje się w te nowe Zottery, które uważam za przekombinowane, przeładowane. Jak tutaj - wszystko fajnie, tylko no już po co ta cienka owocowa warstwa? Nijak mi nie pasowała do sernika czy do reszty elementów tej czekolady. Może po prostu potrzeba było czegoś, by warstwy... nie przesiąkły, nie przemieszały się czy coś? Jakoś mnie to sceptycznie nastawiło, ale cóż - wciąż mogłam się mile zdziwić.


Zotter Cheesecake to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (38%) kremem z sera twarogowego, białej i jogurtowej czekolady, migdałowego nugatu z cytryną i wanilią i (16%) migdałowym nugatem / praliną z (4%) kawałkami ciastek (korzennych) oraz z cienką warstewką jagodowej białej czekolady; stylizowana na sernik.

Po otwarciu poczułam jednoznaczny zapach korzennego, kwaśnego sernika na spodzie z ciastek korzennych, oblanego polewą z czekolady raczej ciemnawej. Kiedy wąchałam spód, kompozycja jawiła się jako delikatniejsza, ale niewątpliwie sernikowa. Trochę też mleczna. Mleczna czekolada miała sporo do powiedzenia - wtrącając swój orzechowo-karmelowy motyw i subtelną goryczkę. Nachylając się nad wierzchem myślałam już tylko o serniku, a konkretniej o serniku ze skórką pomarańczową. Po przełamaniu jeszcze bardziej nasiliła się twarogowość i kwaśny nabiał, acz i cytrusowość bardzo czuć.

Tabliczka choć była konkretna, acz nie trzaskała, a nadzienia wydały mi się nawet w pewien sposób miękkawe. Jak się okazało, u mnie warstwy rozlokowano odwrotnie niż na stronie: nugat na dole (na stronie producenta na górze), krem sernikowy na górze.
Nawet twarda gruba czekolada nie wydawała dźwięków. Skrywała nadzienia: tłustszy i zwarty sernikowy oraz sprawiający wrażenie kruchego nugat. Kremu sernikowego ewidentnie było więcej - wykazywał zwięzłość (gdy robiłam kęsa, czasem lekko się ciągnął), ale też miękkość i mazistość. W migdałowym nugacie (na dole), wyglądającym na bardziej suchawo-zbity, widać trochę małych kawałków beżowych ciastek (okazało się, że dodano ich więcej, niż to wygląda). Nadzienia przedzielała cieniutka warstwa owocowej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto i kremowo. Była wyraźnie pełnomleczna i mazista. Zaraz miękła i odsłaniała miękkie kremy, spójnie się z nimi łącząc.
Nadzienia rozpływały się mniej więcej równo, w harmonii.
Krem serowy okazał się dziwnie jakby zwięzły, zgęstniały, ale bardzo plastyczny i miękki. Był gęstawy, średnio tłusty i soczysty. Rozpuszczał się soczyście i trochę wodniście. Cechowała go proszkowość, a jednak także kremowość. Doszukałam się w nim kremowo-twarogowego elementu, acz mocno twarogowy pod względem struktury nie był.
Krem / nugat migdałowy podpinał się pod czekoladę. Był nieco masywniejszy, acz też miękki i tłusty. Bardzo mazisty i bazowo chyba gładki. Urozmaiciły go jednak suchawo-twardawe kawałki ciastek.
Warstewka ze środka rozpuszczała się, kremowo wtapiając w otoczenie. Była tłusta i bardzo cieniutka. Gdy spróbowałam jej trochę osobno, wydała mi się jakby już zawilgocono-topiąca się.
Kawałki ciastek wolałam zostawiać na koniec, a tylko raz na próbę pogryzłam obok czekolady. Wtedy były suchsze i twardsze. Ogólnie jednak też się trochę wraz z otoczeniem rozpuszczały czy raczej rozpadały częściowo. Dodano ich całkiem sporo.
Ciastka gryzione na koniec nieco nasiąkły. Robiły się jakby stwardniałe. Były mączne, niechrupiące.

W smaku czekolada roztoczyła najpierw dość wysoką, karmelową słodycz i ogrom mleka. Odnotowałam w niej lekko dymno-orzechową gorzkość. Mleczność zaraz znacząco się nasiliła - wnętrze chyba ją tak podkreśliło. Podobnie jak gorzkość - tę na zasadzie kontrastu?

Warstwy rozchodziły się prawie równo, choć serowa szybciej i bardziej zwracała na siebie uwagę. Nugat wydał mi się spokojniejszy i wręcz leniwy.

Sernikowy krem przecinał wszystko cytrusową kwaśnością. Poczułam cytrynę i pomarańczę, które zaraz nieco się wygładziły, serwując mi mocno cytrusowy - dokładniej cytrynowy - sernik ze skórką pomarańczy. Kwasek rósł wraz ze słodyczą. Pomyślałam też o jogurcie, ale wszystko to z delikatną nutą białej czekolady. Słodycz tej warstwy podbiła korzenna ciasteczkowość nugatu.
Krem spróbowany osobno był mocno cytrynowy, ale przypominał również cytrynowy jogurt i sernik ze skórką pomarańczy (w tej kolejności). Sam w sobie był mało słodki, bardziej kwaśny,

Do cytryny dołączyło jagodowo-nijakie echo. Warstewka ze środka pobrzmiewała bardzo, bardzo delikatnie. Acz wyczuwalnie - przede wszystkim słodko jagodowo, choć i ona podpięła się pod owocowy kwasek (na co chwilę trzeba było poczekać). Kiedy spróbowałam ją osobno, wydała mi się bardzo słodka i pudrowa, ale rozpoznawalnie jagodowa, a z czasem nieco kwaskawa.

Nugat dołączył do tego wszystkiego poprzez słodycz, acz drogę torował sobie korzennością. Podłączył się pod czekoladę i krem sernikowy mlecznością. Był właśnie mocno mleczny, biało czekoladowy niczym nieokreślony "biały krem" i trochę... miodowy? Przez pewien czas nawet udało mu się tym umacniać wizję twarogowego sernika, bo migdały pobrzmiewały w nim bardzo delikatnie. W dużej mierze przygłuszała je korzenność ciastek korzennych. Nasilała się wraz z wyłanianiem się ciasteczek - i ta już zaniechała podkreślania sernikowości.
Nugat spróbowany osobno był bardzo delikatny i ewidentnie przesiąkł ciasteczkami korzennymi. Spróbowany osobno jawił się jako głównie mleczny i słodki.

Ciasteczka nawet niegryzione zdradzały swoją obecność, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w ogóle skupiały na sobie sporo uwagi. Wprowadziły lekko pieczony motyw.  W pewnej chwili do głowy przyszedł mi sernik na spodzie z ciastek korzennych. Zdziwiłam się, jak wyraźnie czułam cynamon, goździki, kardamon w całej korzennej mieszance.
Co ciekawe, gdy wygrzebałam nożem ciasteczkowe drobinki, by spróbować je osobno, wydawały się bardziej mączno-nijakie.

Pobrzmiewająca czekolada umacniała wizję sernika - polanego sowicie polewą z czekolady... ciemnej?

Z czasem słodycz rosła ryzykownie, a sernikowość się rozmyła. Cytrusy mieszały się z korzennością. Kwaśność i ciepła pikanteria były jednak znacząco dosłodzone białą czekoladą, wanilią i chyba miodem, ale nie zabiło to sernikowego wydźwięku... w tym momencie mowa jednak o słodkim, cytrusowym serniku jogurtowym (!) ze skórką pomarańczy.

Mleczna czekolada z wierzchu cały czas pobrzmiewała. Końcowo wydała mi się bardziej gorzka. Jakby tak próbowała przywołać słodycz do porządku.

Ciastkowe pozostałości gryzłam na koniec. Okazały się trochę korzenne, mało słodkie i bardzo, bardzo mączne. Po tym wszystkim jawiły się jako trochę nijakie.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawy cytrynowo-jogurtowy, faktycznie może trochę twarogowy ale też słodko białoczekoladowy. Czułam do tego korzenność i mączność, niekoniecznie ciasteczkowość i czasem niemal nieuchwytne echo jagód. Porządnie mleczna, gorzkawa czekolada też na koniec się zaznaczyła.

Czekolada w sumie była smaczna, acz wyszła... zupełnie nie tak, jak bym chciała. Jak dla mnie była za mało jednoznacznie twarogowo-sernikowa. Gdyby to była tabliczka cytrynowo-korzenna, może mogłaby i 8 zdobyć, ale... wtedy niezbyt mnie by ciekawiła. Dużo trzeba było w niej się domyślać tego sernika. Czuć kwasek nabiału, ale jeszcze więcej czuć kwasku cytryny i pomarańczy, jogurtu. To jogurtowo-cytrusowy sernik na spodzie korzennym, który z czasem przyciągał mnóstwo uwagi. Korzenność była w porządku, choć ciasteczka same w sobie mi nie leżały - mączne i twarde, drobne... Nieatrakcyjne. Korzenność aż zagłuszyła migdały. Nugat wydawał się bardziej po prostu słodko-mleczny. To jednak umacniało sernikowość. Szkoda tylko, że sporo inne elementy musiały się starać, by coś podkręcać czy sugerować. Wystarczyło by chyba zrobić mocniej po prostu twarogowy krem? Nie podobała mi się ta jagodowa warstwa - w ogóle nie pasowała. Za nieadekwatność obniżyłam punkt, za przeładowanie, strukturę i np. dodanie tej warstwy kolejny.

Szybko zaczęła mnie nudzić, bo nie była tym, co by mi się widziało - mocno sernikową tabliczką. I 26 g (z 78) oddałam Mamie. Jej opinia: "Za nic nie czułam sernika. Czekolada mi smakowała, ale bo była przyjemnie kwaśno cytrusowa. Jak dla mnie nawet nie mocno korzenna. Najpierw myślałam, że ta kwaśność rozchodzi się od jagodowej warstwy, ale jak spróbowałam jej osobno, to się zdziwiłam, bo ta była po prostu słodka. Nie wiem, po co tyle tam tego wszystkiego Zotter napchał, bez sensu. Czuć wszystko, ale nie sernik. Ja lubię kwaskawe serniki, ale od nabiału, nie cytryny".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 78g; ja dostałam)
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, migdały (9%), pełne mleko w proszku, twaróg (7%), odtłuszczone mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, mąka żytnia, syrop skrobiowy, koncentrat soku z cytryny, słodka serwatka w proszku, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, całe jaja, cały cukier trzcinowy, miód, masło, liofilizowane jagody, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, przyprawa do piernika (0,1%), emulgator: lecytyna słonecznikowa; cynamon, sól, koncentrat soku pomarańczowego, substancja spulchniająca: soda oczyszczona; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róż

środa, 14 maja 2025

Barre Clandestine Kilombero 73% Tanzanie ciemna z Tanzanii

Francuska marka Barre Clandestine została założona w 2022 w Gallargues-le-Montueux in Occitanie. Zobaczyłam ją na stronie sklepu z czekoladami, gdzie składałam zamówienie, i jakoś wpadła mi w oko. Coś zupełnie nowego, wyglądającego szlachetnie... I pytanie: jak smakującego? Wybrałam jedną tabliczkę, a tuż przed degustacją, trochę więcej poczytałam o marce. Założyli ją Émilie i Emmanuel. Emilie postanowiła w pewnym momencie zupełnie zmienić swoje życie, zostawiając pracę w sektorze publicznym, i związać je z pasją, jaką była czekolada i odkrywanie, co kryją jakie ziarna kakao. Przed przygodą z czekoladą Emmanuel z kolei był konsultantem w sektorze energetycznym i... iluzjonistą. Uwielbia więc zaskakiwać i ponoć chciałby, aby czekolada, jaką tworzą, połączyła jego cechy osobowości, czyli właśnie to zaskakiwanie smakiem z jakością, bo co do niej jest bardzo wymagający.
Ja byłam więc ciekawa, czym miała mnie zaskoczyć tabliczka z kakao pochodzącego z w sumie znanej mi plantacji Kokoa Kamili, położonej między równiną Serengeti a górą Kilimandżaro w dzikiej dolinie Kilombero.

Barre Clandestine Bean To Bar Kilombero 73 % Tanzanie to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach brownie z truskawkami, których słodycz przełamała odrobinka wiśni. Owoce miały klimat soku, syropu owocowego - może czymś takim polano to mocno czekoladowe i mocno maślane ciasto. Maślaność przechodziła trochę w orzechy. Acz też bardzo maślane, np. makadamia, ewentualnie nerkowce. Może... brownie było trochę orzechowe? Czułam też poważniejszą nutę drewna i odrobinkę wytrawności, też związanej z masłem... jakby niemal soczyste chrupki serowe i ser żółty?

Tabliczka już wyglądała na bardzo kremową, w dotyku była tłusta, a przy łamaniu twarda i trzaskała głośno niczym suche, cienkie gałązki.
W ustach potwierdziła się jej kremowość gdy tak rozpływała się najpierw powoli, potem mocno przyspieszając. Była trochę zawiesinowa, maślano-śmietankowo tłusta, ale też trochę soczysta. Długo dość gęsta i nieco zalepiająca, ale z czasem ochoczo miękła i rzedła, a znikała już w ogóle łatwo. Pod koniec wzrosła soczystość, ale pojawiła się też drobna... suchość?

W smaku pierwszą odnotowałam maślaność, szybko osnuwającą się słodyczą. Słodycz dała się poznać w pierwszej sekundzie jako nieśmiała, acz szybko się to zmieniło. Też maślana? Do głowy przyszedł mi maślany karmel, acz zaraz bardziej... brytyjskie krówki "fudge"?

Za tym zaznaczyła się owocowa lekkość. Obiecała nawet trochę cierpkiego kwasku. Słodycz zaczęła robić się coraz bardziej owocowa, przywodząc na myśl sok, syrop owocowy czerwonego koloru. Karmelowy element (cukru trzcinowego?) plątał się i przy nim.

Od maślaności odeszła ledwo uchwytna, dziwna soczystość... sera żółtego? Do głowy przyszły mi serowe i fistaszkowe chrupki. Niby wytrawne, ale nie do końca. Zaraz przygłuszyło je drewno. Pozwoliło trwać tylko maślaności.

Owoce odważyły się. Na pewno czułam jakieś cierpkawe czerwone... Acz nie były bardzo charakterne - trzymała się ich słodka wodnistość, coś je rozmywało. Pomyślałam o melonach i mało wyrazistym, bladym arbuzie oraz papai. Przez myśl przemknęła mi woda z arbuzem i odrobiną soku wiśniowego.

Neutralność masła i drzew zaczęła powoli przechodzić w gorzkość. Tej już śmiałości nie brakowało. Zawarła nieco palony motyw, opalając też drewno. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszła całkiem mocno, ale nie wiodąco, a w zgodzie z innymi nutami.

Wtedy też w owocowej strefie pojawiło się sporo truskawek. Rozkręciły słodką soczystość, dosłownie z odrobinką kwasku, dając się poznać najpierw jako kompotowe, potem dżemowe, aż w końcu jako masa, którą dodano do brownie. Wizja truskawkowego, trochę cierpkiego brownie zrobiła się bardzo jednoznaczna.

Maślaność niemal zniknęła, zmieniając się w orzechy. Niemal, bo one wciąż jakąś w sobie kryły. Pomyślałam o mieszance makadamia z dodatkiem nerkowców.

W owocach pojawiło się trochę kwasku wiśni. I cierpkość.

Brownie o porządnej gorzkości nieco się usunęło, a kompozycja niby zaczęła łagodnieć, ale... jej soczystość i pewna poważniejsza nuta zmieniły się w... ser żółty z czerwonym dżemem, głównie truskawkowo-wiśniowym? Znów przez myśl przemknęły mi chrupki serowe, acz zaraz umknęły. W lekko zaznaczającym się serze (goudzie?) pobrzmiewała cięższa soczystość, idealnie zgrywająca się z owocami.

Orzechy przemodelowały chrupki na orzechowe, by końcowo w ogóle je zagłuszyć. To właśnie mocno maślane orzechy - makadamia i chyba nerkowce - zakończyły kompozycję. Nie było jednak tak delikatnie, bo z gorzko-wytrawniejszego wątku wychynęła odrobinka niemal pikantnawych przypraw (pieprzu, ale innego, np. różowego?).

Po zjedzeniu został posmak orzechów i palonego drewna, wygładzonych maślanością i wymieszanych ze słodko-soczystymi truskawkami i kwaśnymi wiśniami. Te musiały być przerobione na jakieś masy, dżemy, syropu. Mieszały się z echem sera, które umacniało kwasek. Ten prawie ukrył się w cierpkości wiśni i brownie, ale był do wychwycenia.

Czekolada była bardzo, bardzo ciekawa i całkiem smaczna. Obrazowy motyw brownie z truskawkami, potem trochę wiśni, sporo drewna i orzechy bardzo mi smakowały, acz cała ta maślaność chwilami to przytłaczała. Nutki żółtego sera, chrupek serowych i sera z owocami były intrygujące. Rześko-wodniste owoce, a więc melony, arbuz, papaja tak sobie do tego wszystkiego pasowały. Gorzkość miała niestety tylko epizod mocniejszy, a tak była wycofana. Kwaśności niby trochę było, ale mogłaby być ambitniejsza, a słodycz... niby nie szalała, ale wiele miała do powiedzenia. Całość wydała mi się pod każdym względem zbyt ugłaskana maślanością, co czuć także w strukturze. Tę wolałabym mniej tłustą, a także by znikała wolniej.


ocena: 7/10
cena: £6.95 (za 60g; około 36 zł)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy

wtorek, 13 maja 2025

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Brazylijskich Czekolada-Cynamon

Lubię co jakiś czas poznawać nowe marki kremów orzechowych. Cieszy mnie więc, że pojawia się ich coraz więcej oraz że ja raz po raz trafiam na te kompletnie mi nieznane. Choć przede wszystkim zachwycają mnie 100% z orzechów, cenię kreatywność i lubię też próbować opcji nieoczywistych. Marki Dobry Orzech od razu zamówiłam parę wariantów i, czym sama siebie zdziwiłam, akurat tak się trafiło, że ani jednego kremu z samych orzechów. Zacząć postanowiłam od niby bezpiecznego, ale jednocześnie niezwykłego. Nie jestem wielką fanką orzechów brazylijskich - tak żeby sobie kupić i zjeść, miałam z nimi do czynienia raz w życiu. Spoko, ale wolę całe mnóstwo innych. Kremu z nich nie jadłam nigdy. Nawet jakoś specjalnie ich nie widziałam (acz mogłam nie zwracać uwagi). Ten był więc z tego powodu ciekawostką. Cynamon parę razy pokazał mi, że w kremach orzechowych wychodzi kiepsko, ale w sumie w tych, w których mi nie leżał, wystąpił z białą czekoladą. Tu nie. I właśnie w sprawie samej czekolady - o ile normalnie nie rozumiem mieszania mlecznej z ciemną, tu nie umiałam zająć stanowiska. Byłam po prostu zaintrygowana. 

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Brazylijskich Czekolada-Cynamon to krem czekoladowo-cynamonowy z orzechów brazylijskich.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałowo-orzechowy, kojarzący się z migdałami i orzechami w cynamonie i czekoladzie. Przede wszystkim cynamonie, ale czekolada też miała sporo do powiedzenia. Mocniej wybijała się mleczna, acz nie za słodka. Czułam jednak wyraźnie też cierpkość kakao. Całość miała ciepły wydźwięk.

Na wierzchu nie wydzielił się olej, co mnie zdziwiło.
Choć krem wyglądał na podeschnięty, pierwsze trącenie łyżeczko pokazało, że do suchości mu daleko. Był miękko-tłusty i wręcz plaskający podczas mieszania. Na pierwszy rzut oka, pierwsze zagarnięcie, cechowała go średnia gęstość, jednak potem okazało się, że miejscami był prawie płynny. Trochę się ciągnął i lepił. Było w nim coś z rozpuszczonej czekolady. Już gołym okiem widać drobinki.
 
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość i tłustość kremu. Zupełnie jednak opadło złudzenie gęstości i kremowości. Był tłusty w oleisty sposób, a do tego wodnisty. Wykazywał miękkość, a jego tłustość wydawała się rosnąć i rosnąć. Zalepiał usta tylko na sekundę czy dwie, po czym rozpływał się dość szybko, mocno rzednąc. Bardzo przeszkadzała mi jego oleistość i wodnistość. Okazał się proszkowy, ale nie miazgowy, mimo pojedynczych drobinek jawnie orzechowych. Obstawiam też proszkowość cynamonu. Początkowo czarne punkciki wzięłam za np. czekoladę w proszku, jednak co większe, okazały się twarde jak kamień. Trafiła mi się też jedna większa kamiennie twarda czarna blaszka nie do pogryzienia. Oprócz niej 3 kamienne kawałki jasnobeżowe. A kawałków większych niż mikroskopijne było jeszcze parę - takich jakby podrobionych płatków migdałowych. Te dodały całości trzeszcząco-skrzypiącego elementu. Wyszło to jak trochę zagęszczony krem zrobiony z oleju, skremowany olej z wodą - coś takiego. Po zjedzeniu zostałam też z nieprzyjemnie otłuszczonymi ustami. Osobliwe, nie przemówiło to do mnie za nic.

W smaku pierwsze poczułam czekolady. Przewodziła mleczna, ale zaskakująco łagodnie słodka. Dopiero za nią subtelnie zaznaczyło swoją obecność kakao, acz jeszcze nie gorzkość.
Ciemna czekolada była bardzo wycofana.

Orzechowość szybko wkroczyła do gry. Do głowy przyszły mi migdały wymieszane z bliżej nieokreślonymi, bardziej łagodnie-słodkawymi orzechami i wodą. Prażony motyw zaznaczył się przy nich, ale jakby nie śmiał się do nuty migdałów zbliżyć. To jakby... surowe, bardziej maślane migdały? Wyobraziłam sobie migdały aktywowane, namoczone wodą z wyczuwalną wodnistością.

Prażoność minimalnie podbiła gorzkawość ciemnej czekolady. Wciąż jednak do gorzkości było daleko. Obrała więc inną taktykę - wprowadziła ciepło. Wypłynął cynamon. Przez myśl przemknęły mi czekoladowe, miękkie pierniczki w wersji migdałowej, lecz zaraz zniknęły i pojawiły się migdały i orzechy w cynamonie i czekoladzie. Były słodkie prawie w punkt; no, może ciut mocniej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach ta wizja była niezwykle jednoznaczna. Dominowały migdały w cynamonie i mlecznej czekoladzie, ale jakby należały do jakiejś mieszanki, gdzie znalazły się też orzechy w czekoladzie ciemniejszej i cynamonie. Może jakieś fistaszki? Wszystkie raczej łagodnie nieprażone. Łagodność umacniała mleczna nutka czekolady. Niestety jednak wkradła się w to mdłość oleju i wody. Pomyślałam o jakiejś orzechowej wodnistości, orzechowym oleju, rozrzedzających smak od wewnątrz.

A jednak nie to, że prażoności nie czuć, ona po prostu jakby odcięła się od migdałowego wątku. Była i trzymała sztamę z cynamonem. Tego nie pożałowano. Nasilał się, nasilał, łącząc drobną goryczkę ze słodyczą i z coraz pokaźniejszą pikanterią. Przeplatała się z głównie mleczną czekoladą, a chwilami wychodziła przed czekoladowość, by potem zatonąć w jej słodyczy. Cynamon z czasem podkreślił migdało-orzechowość bazy. Uszlachetnił też słodycz, ale wraz z jego ciepłem wydawała się już ryzykownie silnie-grzejąca.

Po zjedzeniu czułam się, jakbym zjadła właśnie migdały w cynamonie i mlecznej czekoladzie, acz z akcentem jakiś łagodniejszych, maślanych orzechów i cierpkością, a także wątkiem oleju. Cierpkość połączyła kakao z cynamonem i... chyba też orzechowość?

Całość wyszła intrygująco, gdy chodzi o smak i nieprzyjemnie oleiście-wodniście, gdy o konsystencję. Mimo że prażenie czuć, orzechy brazylijskie udawały nieprażone migdały - kremowi brak więc wytrawnych zapędów większości kremów migdałowych. Jednocześnie nie smakował oczywiście jednoznacznie migdałowo. Jednak... wizja migdałów w cynamonie i mlecznej czekoladzie była silna. Cynamonu nie pożałowano i pokazał się z naprawdę zacnej, rozgrzewająco-pikantnej strony, ale bez przegięcia. Ciemna czekolada jednak niestety tylko pobrzmiewała, puszczając przodem mleczną. Mimo to, na szczęście nie było za słodko. Słodycz stała na średnim, choć wyraźnym, poziomie. Niestety przez to wszystko przeplatała się nijaka oleistość i wodnistość. 
Zupełnie nie pasowała mi tak miękko-tłusta, w dużej mierze lejąco-oleista konsystencja. Proszkowość zamiast miazgowości mnie nie przekonała, a kamienne kawałki potępiam.

Z tego co poczytałam (już w trakcie jedzenia), kremy z orzechów brazylijskich są bardzo tłuste i oleiste, nie przypominają kremów, a leją się. Czyli... ten Dobrego Orzecha i tak chyba jak na taki był zagęszczony (czekoladami) jak się dało. I były czynniki (proszkowość), odciągające uwagę od tłustości. Na czysto tłustość mogłaby być okrutna? Mam żal do producenta, że nie pomyślał, że może tak tłuste orzechy nie nadają się na krem. Może lepiej by to wyszło, gdyby orzechy zmieszano z innymi albo migdałami? Smakowo mimo wszystko efekt całkiem zacny (choć wolałabym przewagę ciemnej czekolady), no ale ta konsystencja... Sprawiała, że aż chwilami zastanawiałam się, czy nie wystawić 6 (no ale jeśli to specyfika kremów z brazylijskich...).


ocena: 7/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 33 zł za 180g
kaloryczność: 648,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy brazylijskie 70%, ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), cynamon 

niedziela, 11 maja 2025

Bonvita Orange 72 % Cocoa Premium Chocolate ciemna z pomarańczą

Kupując tę czekoladę szczerze miałam na nią ochotę, ale potem jakoś... trafiłam na parę kiepskich pomarańczowych i doszłam do wniosku, że w ogóle chyba trudno, by czekolada z pomarańczą mnie usatysfakcjonowała. Kiedyś myślałam, że problem tkwi w tym, że zazwyczaj dodają kandyzowaną pomarańczę, a tej nie cierpię, ale Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72 % Cocoa Chocolate pokazała mi dosadnie, że pomarańczowa czekolada nawet bez kandyzowania może mi nie leżeć.
Dzisiaj przedstawianą wzięłam na Rysy, na które wreszcie weszłam od polskiej strony. Uznałam, że gdyby była kiepska, i tak będę zbyt zadowolona z miejsca, by się tym przejąć. Gdyby zaś miała okazać się dobra, byłaby zacnym zwieńczeniem trasy. Co prawda zdjęcia porobiłam na wierzchołku słowackim, bo był prawie pusty, ale to szczegół. Ogólnie Rysy od polskiej strony wreszcie były moje, a widoczność dopisała. A czekolada... No właśnie. 

Bonvita Orange 72 % Cocoa Premium Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Republiki Dominikany z pomarańczą.

Po otwarciu poczułam słodką, niezbyt soczystą pomarańczę o naturalnym, podsuszonym charakterze, nieco wyprzedzającą palono gorzką czekoladę. Była nie za mocno słodka w palono karmelowy sposób, porządnie spleciony z pomarańczą. Za palonością zaznaczył się akcent... zawilgoconego drewna i mokrych liści.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu głośno, chrupko trzaskała. Dopiero przekrój ujawnił, iż skrywa mikroskopijne drobinki pomarańczy. Wyglądało na to, że bardzo niewiele, ale to tylko złudzenie. 
W ustach czekolada rozpływała się raczej, acz nie jakoś bardzo, powoli. Wyszła maślano, jednak nie tłusto. Była zbita i bardzo długo zachowywała kształt. Wykazywała lekką proszkowość, mieszającą się z mnóstwem drobinek pomarańczy. Była bardzo nimi najeżona, nie wypuszczała ich zbyt chętnie z siebie. Z czasem serwowała za to lekką soczystość i znikała dość wodniście. I już nieco bardziej tłusto. 
Kawałki były tak maleńkie, że w zasadzie nie wymagały gryzienia. W sumie nawet jakoś zbyt mocno nie zaburzały czekoladowości (niektóre bardzo ziarniste czekolady bez dodatków wychodzą podobnie). Z czekolady trudno je wydobyć, więc gryzienie obok było trudne. Za to zrobienie kęsa bez nich było niemożliwe. Próbowałam spiłować trochę samej czekolady zębami i potem w domu nożem, ale się nie dało nie trafić na pomarańczę. 
Kawałki, które zostały w ustach na koniec czasem bardziej trzeszczały, czasem chrupały lub skrzypiały. Były suche i delikatne, chrupko-trzeszczące w porywach. Kilka zaś cechowała pewna twardość, a mi kojarzyły się z piaskowym cukrem. Jak pisałam, nie wymagały gryzienia, ale ja trochę je podgryzałam i tak, o tak o sobie.

W smaku najpierw poczułam nie za wysoką, ale wyraźną słodycz. Miała nieco karmelowy odcień. Rosła spokojnie, ale konsekwentnie.

Początkowo pomarańcza zaznaczyła się w oddali. Był to motyw słodkiego, ale mało soczystego, a suchego owocu. Nie wychylał się jednak.

Gorzkość odezwała się po chwili. Nie miała jednak zbyt imperatywnych zapędów. Pomyślałam o starym drewnie... drewnie zawilgoconym, zalegającym w ciemnym lesie? Gorzkość była też trochę palona i... Soczysta? Pomyślałam o grejpfrucie.

Pomarańcza nasiliła się wraz ze słodyczą. Ogólnie była w jedno zmieszana z czekoladą - tej nie sposób spróbować osobno. Pomarańcza zdecydowała się na więcej - acz wciąż nie jakoś szczególnie dużo - soczystości. Spod niej wydobywały się inne owoce: grejpfrut i chyba wiśnia. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zasugerowały odrobinkę kwasku, acz ten nie rozwinął się za bardzo.

Gorzkość za to owszem. Pomarańcza wysunęła motyw skórki. Ogólnie smak dodatku podkręcał gorzkość bazy, niezależnie ku czemu się chylił. A to było zróżnicowane w zależności od tego, jakie kawałki się wyładniały. Czasem silniejsza była skórka, czasami owoc jako całość, czasami jak sok pomarańczowy.

Bardziej bliżej końca, raz po raz przemknęło mi echo olejku pomarańczowego. Acz nie zbliżało się nawet do naturalniejszej pomarańczy. Trzymało się w oddali.

Gorzka skórka mieszała się z lekkim akcentem... Jakiegoś naparu? Wyobraziłam sobie pomarańczową zieloną herbatę, acz pobrzmiewała jakoś bez przekonania. Cytrusowy napar wplótł motyw liści i podkręcił zawilgocone drewno. Palony, coraz wątlejszy akcent nie protestował. Wszystko to było w sumie mało kwaśne, ale w końcu całkiem soczyste.

Kawałki pomarańczy - z trudem wyłuskane - gryzione obok czekolady były bardzo nijakie. Tak, że nie umiałabym w ciemno zgadnąć, co to.
Kawałki ciamkane i gryzione na koniec smakowały pomarańczą suszoną. Znów - raz bardziej słodkim miąższem, raz całym owocem (przeważnie), czasem mignął kwasek, czasem goryczka skórki. 

Po zjedzeniu został mocno, ale naturalnie pomarańczowy posmak. Kojarzył mi się z sokiem z pomarańczy, ale czuć suchawy wątek suszonej pomarańczy. Nie było w niej nic nachalnego, mimo że dało się doszukać olejku. Pomarańcza mieszała się w zgodzie z odrobiną słodyczy chyba karmelu i zielono herbaciano-paloną goryczką.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Mimo że nie lubię tak napchanych dodatkiem czekolad, ani tak podrobionych dodatków, tutaj to się sprawdziło. Niezbyt przemawia do mnie forma - aż takie podrobienie suszonej pomarańczy... Wolałabym większe, może np. liofilizowane kawałki (jak maliny w (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Czekolada Deserowa z Liofilizowanymi Malinami, ale... te były tak drobniusieńkie i delikatne, że nie zaburzały czekoladowości.
Wyszła znacznie lepiej niż Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72 % Cocoa Chocolate - o wiele bardziej naturalnie. Obstawiam więc, że jak mielić pomarańczę suszoną, to zupełnie, czyli coś prawie jak w dziś przedstawianej, bo wtedy zlewa się w jedno z czekoladą (w Oxfam kawałki były jednak ciut większe). Olejek w dziś przedstawianej był marginalnym dodatkiem. Ogólnie ta wyszła nienachalnie, a wyraźnie pomarańczowo. Pomarańcza bardzo zgrała się z bazą i jej nutami grejpfruta, wiśni, zawilgoconego drewna i naparu - pomarańcza świetnie to podkręcała. Niska słodycz wydawała się zupełnie podporządkowana. Gorzkości nie brakowało, soczystości też nie, choć kwaśność nie była wysoka.
Większość zjadłam w górach, a to, co kończyłam w domu się obroniło.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 15,47 zł
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, pomarańcza 5%, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat pomarańczowy

sobota, 10 maja 2025

Nussbeisser Czekolada gorzka / ciemna 46 % z całymi migdałami

Ostatnio na Rysach byłam też jesienią, jakoś we wrześniu, ale już lata temu. W dodatku od słowackiej strony. Od polskiej nigdy nie byłam (więc wybrałam się w październiku 2024). Chyba zniechęcało to, że zacząć trzeba jak na Morskie Oko, asfaltem. Dopiero potem zaczyna się zabawa. Nim jednak łańcuchy i konkretna wspinaczka, minęłam Czarny Staw pod Rysami. Swoją drogą, naszła mnie myśl, że pewnie ci wszyscy, co jeżdżą wozami z końmi nad Morskie Oko, zupełnie nie mają pojęcia, cóż pięknego znajduje się parę kroków dalej. Uznałam, że to dobre miejsce na czekoladę. Acz nie oczekiwałam od niej za wiele. Podobną (Mondelez Nussbeiser Czekolada gorzka z całymi orzechami laskowymi i rodzynkami) już jadłam. Tę kupiłam trochę z desperacji, bo już kończyły mi się czekolady w góry, zbliżało się zamknięcie słowackich szlaków na zimę, a ja nie planowałam ani większych zamówień, ani wypraw do ciekawszych sklepów... Za to parę wypraw owszem.


Nussbeisser Czekolada gorzka z całymi migdałami to ciemna czekolada mleczna o zawartości 46% kakao z całymi migdałami (21%), produkowana dla Mondelez.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach znacząco, ale nieprzesadnie prażonych migdałów i motyw alkoholowego syropu / sosu kakaowego. Wyobraziłam sobie rogale i chyba jakieś pierniki w czekoladzie nadziane alkoholowo-kakaowym kremem. Przejawiało to wszystko wysoką cukrowość, mieszającą się z niby wanilią, waniliną i pewną łagodnością. Przez to motyw ciemnej czekolady był wygłaskany maślanością wspomnianych słodkości i mlecznym echem, acz wyraźny.

Odrobinę plastikowa w dotyku czekolada przy łamaniu okazała się twarda. Głośno trzaskała, a migdały odznaczały się kruchością, łamiąc się wraz z nią.
Dodano ich dość sporo, co od razu widać. Miejscami więcej, miejscami mniej.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Robiła to gładko i tłusto, w maślano-polewowy sposób. Była trochę mazista. Dość długo zachowywała kształt, a migdały zostawały długo w niej zatopione.
Wolałam gryźć je na koniec. Były twardo-kruche i chrupiące. Na niektórych zostawiono skórki, które czasem w ustach schodziły z migdałów.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia wysokiej słodyczy. Przodował cukier, acz zaraz trochę wyhamował. Przewinęła się przy nim wanilina i specyficzny motyw rzeczy o smaku waniliowym (nie wanilia sama w sobie).

Zaraz pojawiło się mleko. Zaskakująco wyraźne i mieszające się z nutą maślaną. Gorzkość zaznaczyła się dopiero za nimi.

Delikatna gorzkość skojarzyła mi się z lekko alkoholowych sosem / syropem kakaowym albo kakaowym kremem o alkoholowych zapędach z jakiś rogali czy czegoś.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mimo tej gorzkości, mleczny wątek bardzo skupiał na sobie uwagę. Nakręcał się nawzajem ze słodyczą. Pomyślałam też zaraz o samych maślano-drożdżowych rogalach - o ich przypieczonej, ciastowej "skórce" - nie tylko ich nadzieniach.

Czasem już w połowie odzywały się migdały, czasem dłużej trzeba było na nie czekać. Czekolada sama w sobie nie przesiąkła nimi - ich smak rozchodził się od nich samych. Ich echo podkreślało trochę gorzkość i cierpkości bazy. Gdy próbowałam samej czekolady, bez tego podkreślenia robiła się męcząco słodka. Ryzykownie zaznaczała się w gardle i pochłonęła alkoholową sugestię kakao.

Gorzkość jakby próbowała trochę wzrosnąć, ale jej nie szło. Za sprawą słodyczy za to odnotowałam jeszcze przesłodzone, maślane miękkie pierniki w czekoladzie czy raczej polewie... Pierniki migdałowe? i nadziewane tłustym kremem kakaowym? Jedzone z mlekiem... waniliowym? Znów na pewno nie była to wanilia sama w sobie. Ich słodycz była trochę denerwujące, ale mleczność i maślaność starały się ją złagodzić.

Migdały gryzione obok czekolady niby smakowały całkiem wyraźnie prażeniem i przełamywały słodycz, ale nie rozwijały w pełni swych skrzydeł. Czekolada za to kontrastowo szła w kierunku przesłodzonego plastiku.
Migdały gryzione na koniec były bardzo, bardzo wyraziste i wyciszały smak czekolady. Czuć, że wyprażono je mocno, ale nie przesadnie. Epizodycznie pojawiające się skórki dodawały cierpkiej goryczki, która przypominała o kakao.

Po zjedzeniu został posmak migdałów, ale też aromatów i znacząco mleczno-maślany. Mimo to, czułam też cierpkawe kakao, dopraszające się o wątły wątek ciemnej czekolady. Aromaty wiązały się ze słodyczą i maślanością.

Czekolada wyszła do zjedzenia, ale bez zachwytów. Sporo dobrego zrobiły migdały, acz były po prostu dobre. Dobrze każdorazowo, po każdym kęsie tonowały słodycz, nie przeprażono, ani nie pożałowano ich. Sama czekolada pozostawiała sporo do życzenia, ale przynajmniej nie była mocno tanio-tandetnie-sztuczna. Mleczność i maślaność to nie to, czego bym tu oczekiwała, ale ciemny charakter też jakoś tam się zaznaczył. Słodycz była przesadzona, trochę przearomatyzowana, ale obawiałam się, że będzie gorzej.
Ciut lepiej od Nussbeiser Czekolada gorzka / ciemna mleczna z całymi orzechami laskowymi i rodzynkami - mniej słodko, mniej mlecznie. Bo ja wiem, czy to te 3% kakao zrobiły różnice? Trochę tak, bo i do tamtej wróciłam całkiem niedawno, ale też chyba migdały po prostu lepiej sprawdziły się w podkreślaniu kakao.

Większość zjadłam w górach i tam się sprawdziła. Reszta kończona w domu nie zmieniła mojego zdania o niej, tyle tylko, że jej słodycz w takich warunkach męczyła już za bardzo. A zjadłam do końca, bo wiadomo, bo była. To jednak jedna z tych czekolad, bez którym bym się obeszła.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,99 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały 21%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgator (lecytyny sojowe), aromat, odtłuszczone mleko w proszku