sobota, 10 kwietnia 2021

lody Kaufland Bio Bourbon-Vanilleeiscreme

Przy czekoladzie J.D.Gross Biała Wanilia Bourbon wspomniałam, że parę dni po niej kupiłam Mamie lody. Poszukując smaków Magnumów Tub, które mnie interesowały (i to najlepiej w promocji), zajęłam się także szukaniem "fajnych lodów" dla niej. Jej ulubionymi są Grycan, ale tych akurat w Kauflandzie nie było. Choć Mama je albo Grycan, albo lody litrowe z najrozmaitszymi sosami i dodatkami marketowych marek własnych (lubi różnorodność), tym razem miała ochotę konkretnie na waniliowe Grycan. Sęk w tym, że o dziwo akurat tych nie było. Wypatrzyłam za to zbliżone cenowo i o nie najgorszym składzie kauflandowe. W domu co prawda usłyszałam, że miała ochotę na "WANILIOWE GRYCAN", nie "waniliowe jakiekolwiek". Potem jednak uznała, że to świetna okazja, by właśnie "po tamtej czekoladzie się lepiej określić". W sensie: czy lubi prawdziwą wanilię, czy woli swoje "o smaku". Werdykt wydała, i o lodach, i o wanilii, porównując o dziwo szczegółowo, że aż mnie zaciekawiło, na podstawie czego wysnuła takie wnioski i lody aż ja spróbowałam. Mimo że akurat czyste waniliowe pudełkowe kompletnie mnie nie interesują. Jako ciekawostkę jednak dodam, że w dzieciństwie moje najukochańsze lody to były włoskie z automatu - słodzili je prawdziwą wanilią właśnie.

Kaufland Bio Bourbon-Vanilleeiscreme to ekologiczne lody waniliowe, wyprodukowane w Niemczech dla Kauflandu.
Pudło zawiera 500 ml / 323 g.

Po otwarciu pudła poczułam intensywnie waniliowy zapach, malujący się na leciutko mlecznym tle. Był tak spleciony, że wanilia sama w sobie wydała mi się lekko ciężko-mleczna, dymna, ale zarazem... bardzo słodka. Zapach tych lodów skojarzył mi się z kadzidełkami i świeczkami waniliowymi (nie jest to negatywna myśl, raczej neutralna).

Masa lodowa w pierwszej chwili była twarda i zbita. Topiła się jednak łatwo, w umiarkowanym tempie. Robiła to w sposób dość rzadkawy, lekko wręcz wodnisty. Mimo wszystko zawarła w sobie także tłusto-śmietankową kremowość. Coś mi w tym trochę nie grało. Na plus za to, że już na oko widać mnóstwo drobinek wanilii i oczywiście czuć je również na języku.

W smaku lody okazały się delikatnie mleczne i słodkawe. Bazowa mleczność wydała mi się jedynie nośnikiem smaku.

Słodycz o wiele szybciej ruszyła, rozbrzmiewając w ustach. Wzrosła nieco, ale ogólnie trzymała się niskiego poziomu. Czuć ją oczywiście na pierwszym planie, ale to nie problem. Ewidentnie bowiem reprezentowała wanilię. Najprawdziwszą, naturalną i aż... esencjonalną. Wydała mi się ciężka jak kadzidełka oraz słodka... aż do pewnego stopnia męcząco, jakby chwytając i nie chcąc puścić. Jej iluzorycznie goryczkowaty smaczek pojawiał się przy ziarenkach. Wanilia górowała nad ogólną, niską słodyczą.

dziwne topienie się
Ta okazała się naprawdę zaskakująco wycofana. W nieudolny sposób jakby próbowała mieszać wanilię z bazą. Po tym, jak już wanilia się zaprezentowała, mimo że wyczuwalna do końca, sprawiła, że bardziej zwróciłam uwagę na nijakość masy lodowej. Bo to chyba najlepsze określenie. Wanilia rysowała się na... mdłym, trochę wodnistym, wodniście-mlecznym tle. Śmietanki prawie nie czuć; brakowało mi... mleczności... lodów.

Miałam wrażenie, że wanilia cały czas próbowała wydobyć mleko / śmietankę, ale baza za bardzo uparła się trzymać "wodnistej nijakości". Po zjedzeniu zaś czułam tłustość śmietanki na ustach, mimo że ogólnie lody wcale tłuste nie były oraz słodki posmak wanilii i... nijakich lodów.

Lody na pewno muszę pochwalić za to, że wanilia była w nich tak dobrze i wyraźnie wyczuwalna. Nie była nachalna ani podkręcona. Słodycz zaskoczyła niskim poziomem. Zdziwiło mnie jednak, że mleko i śmietanka jakoś... odpadły zrezygnowane. Jakby wymieszano dobre składniki, a wkradł się intruz (wodnistość? a wody w składzie nie ma) i sprawił, że nie mogły współpracować, chowając bazę. Wanilia i nic poza tym - tak je widzę.
Podobnie ze strukturą. Niby nie kamienne, niby nie rzadkie jak woda, ale jednocześnie nie takie gęsto-kremowe, jak by się chciało. Dziwnie zawisły między tym wszystkim.

Opinia Mamy: "O tak! To ten smak! Prawdziwa wanilia! Znowu przez pierwsze chwile nie mogłam się zdecydować, czy mi się podoba, bo jest specyficzny. Mocny, głęboki i taki... inny. Słodki, ale ciężki i jakby naturalnie mleczny. A same lody? Takie nie za słodkie i wodniste w smaku. Jak wanilia taka wyrazista, tak one żadne. Waniliowe Grycan to są po prostu takie słodziutkie, zgrane i puszysto kremowe, mimo że ostatnio coraz bardziej gumiaste." Zgodziła się ze mną, że "wanilia i nic" oraz że wyszły przez to nudno ("można zjeść, ale po co?"), toteż i nigdy więcej ich nie kupi. Cieszy się jednak bardzo, że wreszcie poznała smak prawdziwej wanilii i jest go pewna, dzięki tym lodom, i dzięki czekoladzie Grossa.

Trudno jest mi te lody ocenić, bo nie jem zwykłych, czystych waniliowych, więc nie mam porównania, silę się na obiektywizm, nie chcąc odejmować punktu tylko za to, że mnie takie lody nudzą. Lubię wanilię, ale jako sam smak to "po prostu wanilia". Osobiście zdecydowanie wolę się nawet zasłodzić czy ponarzekać na jakiś gorszy dodatek bardziej złożonych lodów z 7/10 (lodów z oceną niższą nie kończę), bo... waniliowych nawet i z wyższą oceną (8-9) nie widziałabym sensu jedzenia.
Patrzę sobie na składy np. Grycan (nie jadłam ich), ceny (Grycan vs ostatnio widziane w Carrefourze polskie lody bio Grażyna / Kasia za 30 zł o składzie prawie takim samym co dziś recenzowane)... I myślę, że w tej cenie to naprawdę niezłe lody waniliowe... tylko żeby nie ta "wodnistość" (a przez nią nuda, bo brakowało "lodowości", jakby... bazy pod wanilię) - jestem ciekawa, dlaczego tak wyszły. Przez mleko odtłuszczone? Syrop w składzie też mi się nie podoba. Nie rozumiem, po co dosładzać "innościami". Już wolałabym, by je zasłodzili, ale tylko wanilią.
Niby nie mam do nich większych zarzutów, ale powiem tak: jak czyste lody mnie nudzą, tak zachwyciły mnie np. czyste lody czekoladowe Syrenka - i właśnie jakieś dobre, nie za słodkie czekoladowe mogłabym i czyste zjeść. Te waniliowe miały takie mankamenty wynikające z produkcji (?) / jakości, że wiem, że dla mnie także ich czekoladowe nie są warte uwagi.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 9,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 203 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ani ja, ani Mama)

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka, cukier, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, żółtko jaja w proszku, stabilizator: mączka chleba świętojańskiego, ekstrakt z wanilii Bourbon, zmielona laska wanilii

czwartek, 8 kwietnia 2021

Fjak Sjokolade 68 % Mork India ciemna z Indii

Zachwycają mnie skandynawskie widoki, lubię skandynawskie kryminały i... cóż, w ogóle ta część świata wydaje się ciekawym miejscem. Marek czekolad stamtąd jednak nie znam i w końcu postanowiłam to zmienić. Fjak jest małą czekoladziarnią z Norwegii. Założono ją w fiordzie Hardangerfjord w 2017 roku, choć czekoladą jej twórcy, Agur i Siv,  zajmują od 2015. Ponoć w 2018 wstrząsnęli Akademią Czekolady. Mnie jednak zainteresowali czymś zupełnie innym. Czekoladą z regionu, który kręci mnie i mam do niego sentyment (bo właśnie z Indii była pierwsza plantacyjna, jaką jadłam - Earth Loaf 72 %) oraz (chyba głównie) z Madagaskaru. Byłam pewna, że to od tej wspomnianej zacznę, ale miała datę dłuższą o prawie rok, więc cóż - niech Indie znowu będą początkiem jakiejś przygody.
Kakao do wyrobu tej czekolady pochodzi od GoGround team, czyli niewielkiego zespołu prowadzonego przez małżeństwo Ellen i Lucę, którzy wspierają rozwój wiejskich społeczności zielonych wzgórz, gdzie rośnie to, czym się zajmują. Takie działania jak widać opłaciły się, bo tabliczkę sowicie obsypano nagrodami.

Fjak Sjokolade 68 % Mork India to ciemna czekolada o zawartości 68 % kakao z Indii z regionu Idduki.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywny zapach słodkich prażonych / pieczonych jabłek w cynamonie i... miodzie? Sporo słodyczy aż drapiącej w nosie jakiś sugerowała, a co więcej, dosładzała kolejne nuty. Te reprezentowały subtelny kwasek herbat owocowych, hibiskusowych, kwiatowych. Pomyślałam o truskawce - dojrzałej, bardzo słodkiej. Owocowa świeżość stała obok prażonego klimatu, a kwiatowy motyw zapewniał im spójność. Między nimi z czasem doszukałam się wręcz nabiałowego złagodzenia. Mleko i maślanka, jakie się pojawiły, skojarzyły mi się z jakąś maślanką truskawkową, a prażone tło podszepnęło jogurty / maślanki "smak: pieczone jabłko" (nigdy nie jadłam, to wyobrażenie). Wyrazisty, ale łagodny w wydźwięku aromat.

Tabliczka w dotyku wydawała się zwarta i dość suchawa.
Trzaskała pięknie, właściwie trzasko-pykała, ale w twardy sposób. W trakcie łamania sprawiała wrażenie aż leciutko pyliście-kruchej. Drobnoziarnisty przekrój nie przeczył.
W ustach rozpływała się powoli, ale z ochotą, aksamitnie. Była lekka, nietłusta i zupełnie nietwarda. Długo zachowywała formę i kształt, ale ewidentnie miękła, pozostawiając budyniowe smugi. Z czasem uwalniała ogrom soczystych owoców. Ich soki wyciskały się z gęstwiny, po czym już w połowie rozpływania się, przejmowały pałeczkę. Pod koniec już nieco rozlawszy się, zostawiły budyń w spokoju, że leciutko podsuszył on wszystko pyłkiem kakao.

W smaku przywitała się słodziutkim smakiem jabłek prażono-pieczonych w miodzie i cynamonie. Nie mogąc się doczekać na swoją kolej, już tu przejawiały leciutki kwasek jakby "podkwaszonych" w swej słodyczy. Pomyślałam o drobnych suszonych owocach, też właśnie aż kwaskawych. Jasny miód, a właściwie miodek, zalał wszystko. Spłynął po jabłkach i zetknął się z przyprawami. Były ciepłe i słodkie, ale charakterne. Nie przytłaczały ciężkością; miały w sobie wiele wspólnego z kwiatami, które także czułam. Cynamon, goździki - odrobinka ostrawej goryczki także jabłkom nadała wyrazistości.

Kaszowato-miękkie, jako jakaś słodka masa, jabłka... musiały być lekko kwaskawe, ewentualnie podrasowane cytryną. Świeże czerwone i soczyste też się przewijały; ich słodycz mieszała się jednak z innymi nutami. Wśród owoców całkiem sporo było czerwieni... Niejednoznacznej jednak. Oto po chwili pojawiła się truskaweczka: słodziutka, dojrzała. Aż... poziomkowa? Jak kwiatowa, czerwonoowocowa, słodka herbata? Zaraz do głowy przyszły mi też soczyste suszone owoce, np. rodzynki.

Zasnuło to ciepło. Czy to przypraw, czy herbaty właśnie. Mniej więcej w połowie delikatna gorzkawość wzrosła. Pieczono-prażone nuty i palony motyw przejawiające się od początku, ustabilizowały się jako smak nieco mocniejszy. Palony motyw łączył się z suszonym, toteż pomyślałam o ziołach, herbatach.

Te...  znów zaraz łagodniały w kwiatowym kontekście. Pieczona nutka przypomniała sobie o jabłkach, a że ciepło nie odpuściło - cynamon za sprawą lepkiego miodu się ich trzymał. To jednak też... jak herbata z miodem i cytryną? Rześkość zaczęła podsuwać bardziej mleczne nuty. W nich również zaznaczył się kwasek owocowy. Jak jogurt czy maślanka truskawkowe i / lub "pieczone jabłko". Kwasek jogurtu i owoców splatał się pod nadzorem wysokiej słodyczy owoców i miodu.

Pod koniec słodycz wyszła na przód, ale charakter ciepłych przypraw i palenio-prażenia uwypuklał jej głębię. Wydała mi się bardzo miodowa i podszyta słodko-kwaskawymi czerwonymi owocami.

Właśnie miód został w posmaku wraz z kwiatowymi herbatami i owocowymi, mlecznymi tworami. Zarówno herbaty, jak i owoce prawdopodobnie miały czerwony kolor. Czułam też leciutką cierpkość kakao i cynamonu... może nawet ściągnięcie? Takie z pogranicza owocowego a kakaowego.

Naprawdę podoba mi się charakter indyjskiego kakao. Miód i przyprawione suszone zioła (kwiato-herbaty), owoce różnej maści: od jabłek, przez czerwone w każdej możliwej formie (świeże, z maślanką, jako herbata) po delikatne sugestie innych dla urozmaicenia. Wprawdzie gorzkości mi jakoś zabrakło, ale przyprawy, nabiałowy wątek wynagrodziły mi to. Gorzkość by tu raczej nie pasowała. Mimo jednak trochę za wysokiej słodyczy (nigdy nie zrozumiem robienia czekolad np. właśnie 68% zamiast 70%), postanowiłam jej ocenę minimalnie podciągnąć.
Miód i kwiaty wystąpiły również w Soklet 70 % - tam jednak kwasek był mocniejszy i to bardzo cytrusowy; znów Zotter Labooko 70 % India był podobnie kwiatowo-ziołowy i cynamonowy, przyprawiony, ale o wiele bardziej orzechowy. W jego ogólnie kwaskawych nutach doszukałam się czereśni i śmietanki, co można jakoś powiązać. Niezwykle "przyprawiona" Mirzam India 65 % też miała coś z kwaskawych czerwonych owoców.
Tak mi się o niej luźno pomyślało jako o zalanej miodem i nadzianej jabłkami z cynamonem Tesco finest Ecuadorian 74 %.


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 53g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: chciałabym kiedyś do niej móc wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 7 kwietnia 2021

J.D. Gross Czekolada Biała Wanilia Bourbon z wanilią

Czasem nie wiem, dlaczego słodycz / czekolada niezbyt w moim stylu mimo wszystko wydaje mi się interesująca. Dzisiaj prezentowana długo mi się jako taka nie widziała. Po Mousse au Lait Passion Fruit i Coconut Macaroon nie widziałam sensu próbowania białego czystego Grossa. Biały, nawet dobry, i nawet nie taki czysty, a z wanilią... po prostu nie leżał w kręgu moich zainteresowań, skoro prawdziwą radość z czekolady czerpię głównie dzięki kakao. Białe mi przeszły do tego stopnia, że nawet białe z wanilią nie kuszą. Niemniej, czekoladę mi polecano. Niemniej, kiedyś (w 2015 r., z którego to pochodzą obie recenzje) uwielbiałam połączenie białej czekolady i wanilii i np. Vivani Weisse Vanille mnie zachwyciła, a Moser Roth Bourbon Vanille była tylko o dwa punkty gorsza. Znając swój obecny gust powiedziałabym, że teraz takiego zachwytu by nie wzbudziły, ale że wciąż umiem docenić i czerpać chwilową przyjemność dobrą białą, byłam ciekawa, jak coś takiego wypadnie u mnie po latach.

J.D.Gross Czekolada Biała Wanilia Bourbon to biała czekolada z wanilią burbońską; produkowana dla Lidla.

Już rozchylając papierek zetknęłam się z wyrazistą wanilią: słodką i szlachetną, rozchodzącej się na maślano-mlecznym, białoczekoladowym tle. Było to wysoce słodkie, ale nie chamsko-cukrowo. Skojarzyło mi się z serkiem waniliowym lub waniliowym sernikiem... serniczusiem? Naturalna wanilia i jej laska tkwiła mi głowie przez całą degustację.

Czekolada na dotyk dała się poznać jako tłusta. Przy łamaniu nie była miękka, lecz wykazywała skłonności do rwania się. Odgryzając kawałek miałam wrażenie, że zatapiam usta w kremoladzie na bazie masła.
W ustach zdawała się gęstawa, przy czym miękła bardzo szybko. Rozpływała się już wolniej, ale też dość szybko, z ochotą i aksamitnie kremowo. Duży udział w kremowości miało masło, ale nie przełożyło się na ciężką tłustość. Miała w sobie też coś ze śmietanki. To raczej mocno maślany, kremowy... sernik w formie tabliczki.. Idealnie gładki, tylko z drobinkami wanilii, wyczuwalnymi językiem.

Od pierwszych sekund czuć wanilię, choć początkowo jedynie jako mgiełkę. Ogólnie od początku słodycz wydała mi się zaskakująco stonowana.

To maślaność białej czekolady oraz ogrom śmietanki i pełnego, naturalnego mleka rozlały się szybciej i odważniej. Po chwili okazały się sowicie dosłodzone, ale wciąż wyraziste. Przywiodły na myśl kremowy sernik, serniczek... Waniliowy przez duże W.

Wanilia stała za jego słodyczą. Umocniła się i rosła dość szybko. W pełni naturalna i szlachetna, chwilami wyszła wręcz dymnie i... zahaczyła o goryczkę laski wanilii. Zwłaszcza przy drobinkach - gdy się na nich skupiałam - czułam ją dość... specyficznie. Mieszała się z mleczno-śmietankową bazą, w czym wydała mi się przez ułamek sekundy wręcz świeczkowo-oleista, by po chwili mignąć mi przed oczami błogo słodkim serkiem homogenizowanym.

Słodycz płynęła tak i płynęła z śmietankowego sernika waniliowego, w pełni naturalnego, może z serka homo. Z czasem zrobiło się słodko, że aż trochę zadrapało mnie w gardle (przy drugiej kostce), ale w sumie... wciąż było przyjemnie. To bowiem słodycz cięższa i poważniejsza.

Bliżej końca wanilia nie odpuszczała. Ta słodycz białoczekoladowa się jej poddała, znikając ze śmietanką tak, że to głównie wanilia została jako posmak. Wmieszana jednak w śmietankowo-mleczną toń.
Oprócz mocno waniliowego posmaku, czułam też drapanie (ale nie samej słodyczy, a też od "przyprawienia") w gardle, ale żadnych nieprzyjemnych efektów.

Całość zszokowała mnie tym, jak dobrze i w gruncie rzeczy umiarkowanie słodko wyszła. Znając słodycz Grossów (która często jest według mnie za silna, ale potrafię na to przymknąć oko), nastawiłam się na waniliowo-cukrowe tsunami. A to był... wciągający, waniliowy wir, w który chciało się wciągnąć z racji głębi.
Głównie waniliowa, ale i cudownie śmietankowo-maślana - wyważona w tym jak pyszny białoczekoladowy, waniliowy sernik. Biorąc pod uwagę ceny i wszystko, przebiła znane mi dotychczas białe (w tym Domori Bianco, OB). Zgodzę się, że niektórych wanilia pewnie mogłaby aż przytłoczyć, ale dla mnie, niedoceniającej zbyt czystego smaku tłuszczu kakaowego w przypadku czystych białych, nie wyobrażam sobie lepszej białoczekoladowej czystej opcji. W sumie całość także mnie już przytłoczyła po dwóch kostkach, ale to ze względu na niską tolerancję na słodycz i to, że w słodyczach chodzi mi raczej o czucie kakao. 
Swoją drogą, może nie mówi mi to aż tak wiele, ale "w tym cukry" to jedynie 45 g (dla porównania OB 44g; a jedzona dzień wcześniej Witor's - 52g). Zamierzałam zeżreć 100 gramów, ale przeceniłam swoje możliwości i i tak skończyło się na trzech podejściach po dwie kostki. Aż mi głupio było, bo była naprawdę pyszna, ale po prostu nie trafia do kategorii tego, czego w słodyczach szukam, a do "jednorazowych ciekawostek" (i męczy mnie potem jedzenie takich np. dwa-trzy dni pod rząd). Resztę oddałam więc Mamie. Jej też bardzo smakowała, acz stwierdziła po niej: "Ja tak naprawdę to nie wiedziałam, jak taka czysta i prawdziwa, sama wanilia smakuje. Tutaj właśnie chyba nią, taką mlecznością*, aż przytłoczona byłam. Lubię te swoje serki, budynie i wszystko waniliowe, o smaku, a ta rzeczywiście jest inna. Bardzo słodka i taka tłuściutka, tak dobrze tak.". (Ciekawostka: kilka dni później kupiłam Mamie Bio lody z Kauflandu z dobrym składem waniliowe - z wanilią właśnie - i stwierdziła, że "to ten smak!", przypisując wanilii właśnie "dziwną mleczność" i wyrabiając sobie wreszcie porządnie opinię: "dziwny taki... pyszny!". Aż się jej oczy zaświeciły, więc i o czekoladzie jej opinia była bardzo pozytywna.)


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,49 zł (za 125g)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, sól 0,1%, ekstrakt z wanilii Bourbon, mielona laska wanilii Bourbon

wtorek, 6 kwietnia 2021

Auchan Noir Degustation 85 % ciemna

Lubię wiele produktów z Auchana, a już zwłaszcza Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %. Ich czekolady ogólnie odbieram raczej pozytywnie, wydają mi się dobre i tanie. Niektóre pewnie, z wadami, a jakże, ale tu nachodzi mnie gorzka refleksja - a cóż w dzisiejszych czasach wad jest pozbawione? Bardzo chciałam, by czekolada dziś prezentowana nie była gorzka na smutno jak ta refleksja, a porządnie kakaowo gorzka.

Auchan Noir Degustation 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam mocno palony zapach układający się w gorzkie orzechy, w tym głównie włoskie. Osłodziła je lekka, trochę kurzowo-zgaszona nuta waniliny. Pod wpływem tego pomyślałam o orzechach w jakimś tłustym cieście... nawet nie jestem pewna, czy w 100 %ach było to tylko i wyłącznie ciasto słodkie. Może na wytrawnie (jak różne tarty, quiche)? Na pewno z paloną nutą...  Z czasem i w trakcie jedzenia przedstawiającą tony wręcz trochę ziemiste, skórowo-skórzane (piszę o "skórowych" w kontekście np. orzechów, może jakiś cytrusów; skórzanych - tu myślę o odzieży, meblach). Kompozycja potrafiła mignąć czymś naprawdę wytrawnym, aż trudnym do nazwania - bez przekonania zapisałam sobie karmelizowanego pora / selera. Ogólnie, mimo iż nie mdła, wydawała się mieć spokojny charakter.

Tabliczka trzaskała średnio głośno. Przy łamaniu nie wydawała się specjalnie twarda, a twarda jak... zwykła, cieniutka tabliczka, mimo że nadzwyczaj cienka nie była.
W ustach rozpływała się powoli, ale zaskakująco ochoczo. Długo zachowywała kształt i formę, acz z twardawości dość szybko rezygnowała, mięknąc. Gięła i zmieniała w gęsty, lepkawy krem, który aż trochę przytykał. Roztaczała przy tym swoją ciężką, trochę przytłaczającą tłustość. Z czasem jednak tłustość rozrzedziła się na rzecz soczystości. Czekolada przypominała tym samym tłusty krem z sosem / przecierem z owoców. Krył się w niej leciutko sucho-pylisty efekt, przez który wydawało mi się, że mogłaby trzeszczeć (gdyby ją gryźć). Chyba trochę osłabiał tłustość.

Smak zaczął rozchodzić się od samego początku, acz najpierw miarowo i spokojnie, poczynając od gorzkości i przytłumionej słodyczy. Jakby się niecierpliwiąc, z tła wyrwała się soczyście-kwaskawa nutka śliwek (suszonych / wędzonych?). Otworzyła im drogę do dynamiki i popędziła je.

Gorzkość pochodziła od dość mocnego palenia, w czym po chwili rozwinęła się kawa, poganiana popiołem. Także tu zawinęła się odrobinka kawowo-popielnego kwasku. Jakby tak nieco przypalono ziarna, ale zaraz odłożono je na bok i zajęto się tymi dobrymi. Te jednak były już łagodniejsze; puściły przodem inne smaki.

Słodycz nabrała w tym czasie intensywności, co przekornie podsyciło też cierpkość kakaowo-paloną, pobrzmiewającą kwaskiem. Słodycz bez problemu podeszła bardzo blisko niej, prawie zrównując się. Pomagała sobie waniliowym (w nieco karykaturalnym, kurzowym sensie) zabarwieniem. Chwilami wydała mi się z kolei naturalnie orzechowa, czasem przypalona, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa... uderzyła owocami. Umocniły się od początku wyczuwalne śliwki węgierki, w dużej mierze suszone, zwarte, trudno odchodzące od pestek. Kwaśno słodkie owoce błyskawicznie nadały czekoladzie jeszcze więcej życia i dosadności, choć zdawało się to niemożliwe. Polał się też sok kwaskawo-słodkich owoców egzotycznych, żółto-pomarańczowych. Patronat nad nimi objęły brzoskwinie i morele... może bardziej jako "coś morelowo-brzoskwiniowego".

Zaczęło pojawiać się coraz więcej orzechów. Kontynuowały paloność, ale trafiając na cierpkość, mieszały się z gorzkością. Orzechy włoskie, bo to je czułam wyraźnie, swoim skórkami wydobyły mocniejsze, goryczkowato-ziemiste nuty. Wmieszały się w tę ziemię, co mimo sporego udziału tłustej, maślanej nuty, dało mocny efekt. Niepewnie przeplatały się też skórzane motywy, nieco odymione i jakby... wpisane w wypiek? Wytrawne jedzenie, sałatki ze smakami przełamanymi owocami. Nie były zbyt jednoznaczne, ale wyłapałam chyba ananasy, morele - lecz właśnie jako soczyste przełamanie wytrawnego jedzenia.

Cierpkość ziemi wraz ze słodyczą pokusiły się o maksymalne podkreślenie owoców. Nadal chyba śliwki, ale i jakieś cytrusy? Popiół, gorzkawe otoczenie zasugerowały skórki cytryn, może pomarańczy. Tu znów z inicjatywą wyszła słodycz. Ukandyzowała je? Ponownie pomyślałam o karmelizowanym porze i mocno-mocno wędzonych śliwkach.

W posmaku została trochę toporna słodycz wraz z cierpkością orzechów, skór różnej maści, popiołu i kawy. Ostatnie były przemieszane, niejednoznaczne. Tonowała to cierpkawość i kwasek prostego kakao, a w tle majaczyły niedookreślone (na pewno jednak m.in. kwaskawe śliwki, morele, cytrusy), charakterne owoce.

Ta czekolada mnie zszokowała. Po zapachu i konsystencji na dotyk spodziewałam się czegoś łagodnego, może nawet nudnego. A tu? Uderzyła mocą porządnej, głębokiej czekolady. Wprawdzie nie obstawiałabym aż 85 %, ale... poszła o krok dalej niż Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %. Nie tylko bowiem połączyła mnóstwo owoców i palone nuty, ale przytoczyła jeszcze akcenty zaskakująco wytrawne (rezygnując z nabiałowych). Bezpieczny smak orzechów, skór i kawy, które mimo popiołu i mocnego palenia, nie poszły w spaleniznę zetknął się z kwaśnymi śliwkami, cytrusami, brzoskwinio-morelami i innymi. Dzięki temu nawet smakową maślanością dobrze się zaopiekował. Konsystencja chwilami może była mi nieco za ciężka, ale to da się jej wybaczyć. Pewne nuty (wanilina, maślaność, "por"?) przeszkadzały mi w odbiorze boskiego zestawienia orzechów włoskich, śliwek i skór.
Orzechowo-ciastowa była też np. Cachet Extra Dark 85 %, ale w zupełnie innym sensie (na słodko). Cachet Bio Organic 85 % też była słodsza i z kolei podobnie orzechowo-śliwkowa, kawowa. Brakowało jej jednak dynamiki dzisiaj opisywanej. Cluizel Grand Noir / Dark 85 % miał nieco podobną konsystencję - kojarzył się z z tłustym plackiem z owocowym nadzieniem. Werdykt jest taki, że to jedna z najlepszych 85 %, jakie ostatnio jadłam, na pewno w tej cenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat

PS Jak pojechałam zrobić zapas, okazało się, że zmienili opakowania i... składy. Sprawdzę!

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Kras Dorina Napolitanke mleczna z kakaowym kremem i wafelkiem

Zdarzają się rzeczy tak kiczowate, że potrafią mi wpaść w oko i się spodobać. To jednak specyficzny kicz, musi w nim być "to coś", co w zasadzie trudno sprecyzować. Ostatnio czekając w Kauflandzie, aż Mama wybierze sobie jogurty i jakieś ciasto, poszłam w dział "ze świata". Gdy tylko zarejestrowałam coś połyskliwego, tanio krzykliwego i holograficznego, z ciekawości aż podeszłam. Była to czekolada. W pierwszej chwili ze złośliwą miną pomyślałam, że pewnie kolejny Roshen, ale nie. Czekolada z Chorwacji? Hm, stamtąd świadomie chyba jeszcze żadnej nie jadłam. Wprawdzie żałowałam, że padło na mleczną nadziewaną w dodatku z waflem, ale... przynajmniej o tyle dobrze, że też czekoladowym kremem. Opakowanie wprawdzie nie zalicza się do kiczu, jaki mi się podoba, ale nie mogę też powiedzieć, by był to zły kicz. Wzrok przyciągnął? Więc działa. Po otwarciu jednak w ogóle zachwycił mnie wygląd wnętrza - tam też holograf, ale srebrny, nie złoty.
To chyba linia inspirowana różnymi słodyczami (ciastkami itp.).
Z tego, co już w domu doczytałam, to właśnie w Chorwacji wymyślono popularne swego czasu czekolady z preparowanym ryżem (nawet ja jadłam takie w formie tabliczkowych batonów z Biedry lata temu). Nie wiem, czy to właśnie nawet nie ta firma zaczęła ich produkcję.


Kras Dorina Napolitanke Milk Chocolate + Wafer to mleczna czekolada o zawartości 31 % kakao z Ghany z kakaowym nadzieniem (32%) i wafelkiem (19%) również przełożonym kremem.

Od razu po otwarciu poczułam zniewalająco silną mleczność i przesadzoną, cukrową słodycz czekolady. Nachylając się nad tabliczką (leżącą spodem do góry), także zapach wafelka. Ogólnie tabliczka pachniała także "słodziusim kakałkiem", dziecięco-uroczo jak... mleczny krem czekoladowy. Trochę tonowała to wafelkowa nuta.

Tabliczka w dotyku była tłusta i trochę plastikowa. Łamała się bez większego oporu, acz miękkości zarzucić jej nie mogę. Wprawdzie poszczególne kostki nieco się wgniatały, ale całość odznaczała się zwartością, nawet pewnym konkretem. To z racji tego, że każdy wierzch kostki był wypełniono sowitą ilością plastycznego nadzienia, a spód... to wafelek przełożony kremem. W sumie, gdy się chciało, była dość podzielna, acz nie rozwalająca się sama z siebie.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, dość szybko. Miękła, trochę zlepiała, mieszając się z miękko-tłustym kremem z wierzchu. Sama w sobie nie wydała mi się zbyt gęsta, ale spójna z wnętrzem.
Nadzienie wierzchnie miękło natychmiast, było bowiem tłustsze od czekolady i rzadsze, jedynie gęstawe. Wydało mi się lekko gładko-śliskawe i drożdżowe (?). Przypominało plastyczny, mazisty krem do smarowania.
Wafelek przełożono znacznie gęstszym, konkretniejszym kemem. Również był tłustawy, ale wręcz ziarnisty od cukru i lekko pylisty.
Tłustość hamowały jednak warstwy waflowe. Ugryziony, wafel przyzwoicie, świeżo chrupał, jednak gdy mu się na to pozwoliło, miękł i rozpływał się wraz z resztą. Okazał się dość konkretny, stwardniały ("stetryczały na twardo"?) w ułamku procenta. Gdy wierzch się rozpuścił, zostawał on (wraz ze swoim kremem) i nawet wtedy jeszcze wykazywał chęć chociaż trzeszczenia, no... powiedzmy, że prawie chrupania.
Całość tworzyła gęstą i nieco przytykającą papkę z wafelkiem, dosłownie. Miało to swój plebejski urok. Jak by nie patrzeć, nawet gdy góra się rozpłynęła, było, co chrupnąć. Nie moja bajka, ale efekt i uczucie dość interesujące.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, ale szybko napłynęło na to mleko. Mleczne tsunami! Chyba waniliowo-wanilinowa nuta próbowała jakoś to zabarwić, zawiązać. Dało to efekt dziecięco-uroczego wydźwięku słodyczy, która całościowo stała niestrudzenie na pierwszym miejscu. Skojarzyła mi się odlegle z waniliowym budyniem.

Po chwili mleczność jeszcze umocniła się za sprawą nadzienia, po czym zaczęła tracić na pewności siebie. Zrobiło się bardziej cukrowo-maślano... kakałkowo kremowo? Zarejestrowałam nutę słodkiego, tłustego kremu, który zajechał olejem, ale zaraz zdecydował się na przesłodzone kakaowo-orzechowe smarowidło. Wyraźnie poczułam orzechy laskowe mieszające się z mleczną czekoladą i wafelkiem.

Andrutowym, bardzo delikatnym smakowo, ale świeżym wafelkiem. Rozbił słodycz, kierując uwagę na kremy. Zaraz wierzchni zniknął, a jego smak odleciał. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźniej dał o sobie znać wafel, mimo swej neutralności. 

Po debiucie wafla wróciło kakałko i "czekoladkowość" w wydaniu bardziej czekoladowym właśnie. Odezwał się krem z wafelka, przez co czułam się, jakbym miała do czynienia z czekoladowym wafelkiem, który pobrzmiewa sztucznym orzechem, ale nic poza tym. Zupełnie, jak coś zacukrzającego i... kojarzącego się z kakaowo-orzechowym smarowidłem na chleb. Słodycz przetaczająca się po tym z czasem poradziła sobie też z waflem, drapiąc w gardle i... przedstawiając zwykłego wafelka, po prostu.

Bliżej końca kakałkowo-mleczna kompozycja wydawała się niemożliwie słodka, choć nie całkiem wyprana ze smaku. Pobrzmiewające w tle przerysowane orzechy laskowe, jakiś aromat i andrutowy wafel zakończyły przedstawienie. Jak w przypadku wafelków.

Po zjedzeniu został posmak cukru doprawionego kakałkowo-sztucznawym motywem orzechów, z odrobiną kakaowej cierpkości i wafla, który próbował ratować sytuację, ale sam w sobie był zbyt nijaki.

To tańsza i mniej orzechowa, zacukrzająca wersja Loacker Napolitaner albo dawny KitKat Chunky (mieszanką klasyka z Hazelnut) o nieco innej strukturze (KitKat miał tak twardą i grubą z każdej strony czekoladę, że o wiele łatwiej było go obgryzać). Bez większych wad, bardzo poprawna i bezpieczna tabliczka. Wielu osobom może bardziej niż mnie przypaść do gustu. Ja porzuciłam po jakiś trzech kostkach (nie mój typ - mięknie to szybko, wafelek przekłada się na papkowatość; czekolad nie gryzę, a tego wafelka aż się prosi raczej schrupać), oddając Mamie. Swoją drogą, zaskoczyła mnie nuta orzechów laskowych (w ogóle się jej nie spodziewałam). Szkoda, że nie ograniczyła się do tej delikatniejszej naturalnej.
Z kolei Mama orzechów za nic nie czuła i uznała, że to smaczna, bardzo poprawna czekolada, tylko: "ona sama i krem tak miękko, łatwo się rozpływają, za muziasto, bo potem jeszcze ten wafelek zostaje, za konkretny on taki; ale smaczna, można zjeść". Zgadzam się, że ten kontrast wyszedł dość osobliwie.


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,59 zł (za 180g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, wafel (cukier, mąka pszenna, oleje roślinne: palmowy, shea; odtłuszczone kakao w proszku, pełnotłusta mąka sojowa, czekolada 1%, sól, regulator kwasowości: E500, aromat), odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, odtłuszczone kakao w proszku 1,5%, tłuszcz mleczny, orzechy laskowe, lecytyna sojowa, aromaty

niedziela, 4 kwietnia 2021

Pralus Ghana Forastero 75 % ciemna z Ghany

Ghana jako region pochodzenia kakao ponoć wielu osobom źle się kojarzy, bo większość "masówki" stamtąd pochodzi. Moje stanowisko w tym temacie to dosłownie wzruszenie ramionami i przeciągłe "łee". Mam raczej dobre doświadczenie z tabliczkami z Ghany, więc Pralus oczywiście bardzo mnie ciekawił. Tym bardziej, że miałam wrażenie, iż czekolad tej zacnej marki nie jadłam... wieki! A Ghanę w jej wykonaniu w dodatku tylko jako miniaturkę (recenzja neapolitanki z 2016 roku) i obiecałam sobie wrócić do niej (w wydaniu pełnowymiarowym).

Pralus Ghana Forastero 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Ghany.

Po rozchyleniu sreberka poczułam wyrazisty zapach kory drzewa: lekko zawilgoconej i częściowo odpadającej na wilgotną, ciemną ziemię. Czarny torf i pobliskie drzewa porastały jakieś grzyby. Kompozycji nie brakowało jednak wręcz miodowej słodyczy. Wszystko to podkreśliła pikanteria cynamonu, częściowo też ich własna. W trakcie jedzenia cynamon wydał mi się nieco słodszy, a także zmieszany z kwiatowo-dymnymi kadzidełkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, bo była bardzo twarda. To jednak twardość nie kamienia, a tworu tłustawego i już na dotyk zdradzającego kremowość.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo-tłusto, mięsiście. Zachowywała swój kształt, choć miękła i roztaczała wokół siebie budyniową maź, by z czasem upuścić trochę soczystości jak jędrny, zwarty owoc i odrobinkę ściągnąć na koniec.

W chwili robienia kęsa uderzona zostałam karmelem, wanilią i ciemnym miodem (gryczanym?), a więc słodyczą szlachetną i lekko gorzkawą. Nie była wysoka, a po chwili przybrała na soczystości, wysuwając na prowadzenie daktyle. Chwilami aż minimalnie drapiące w gardle.

Początkowo leciutka goryczka przeszła w gorzkość, pokazując kolejno drzewa, drewno i dym. To las po deszczu; miejsce, gdzie poprzedniego dnia paliło się ognisko. Czuć jeszcze odrobinę dymu, a raczej jego cierpkość, ale wilgotno-ostrzejsze tony zwróciły uwagę... na to, że drzewa porastały ziemię. Może nieopodal lasu znajdowało się pole gryki? Która też porastała... Ziemię ciemną, wilgotną; torf podszyty pikanterią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pokazywał się cynamon i jego korzenna, ostra goryczka. Łączył się też ze słodyczą, jeszcze bardziej ją uszlachetniając. Napotkał daktyle, wpasował się w ich soczystość. Ta mieszała się lekko z ziemistością, z czasem zrobiła się trochę podfermentowana... podkwaszona jak niektóre suszone owoce. Pomyślałam o suszonych brzoskwiniach (choć nigdy tnie jadłam), potem o suszonych wiśniach (albo innych czerwonych suszonych owocach). Jednak kwasek... był w zasadzie iluzoryczny, więc może to bardziej czereśnie (takie czasem goryczkowate; twarde i niema bordowo-fioletowo-czarne)?

Sama gorzkawa baza z czasem trochę łagodniała, przemyciła kawę i wydała mi się aż śmietankowa. Niczym... cynamonowo-miodowy krem (w jakimś czekoladowym cieście)? To też "grzybowo-kremowa" nutka występująca czasem w kakaowych kremach. Lżejsze nuty zasugerowały dymiące się kadzidełka, coś kwiatowego. A jednocześnie wciąż względnie ciężkiego i "być-może-zaraz-drapiącego".

To znów aż lekka cierpkość tych słodko-cięższych rzeczy. Na końcówce cierpkawość kakao, lekko osłodzona jakby podkarmelizowanym, charakternym miodem gryczanym i daktylami wyszła na przód, po czym zrobiła się prostsza. Do głowy przyszło mi wilgotne, obłędnie czekoladowe ciasto (brownie? z wymienianymi już dodatkami), może też obsypane kakao.

W posmaku zostało cierpkawo-kwaskawe kakao właśnie, które oprószyło wszystko niczym confetti wystrzelone dla zwycięzcy.

Całość była definicyjną czekoladową bombą. Gorzka i słodka jednocześnie, bardzo w tym wyważona i z charakterem, podkreślonym pikanterią. Jej leśno-drzewno-ziemiste tony cudnie zgrały się ze szlachetną słodyczą miodowo-kadzidlanych daktyli i odrobinką soczystości (wiśni?). Te ciastowe skojarzenia, które nawet konsystencja podkręcała... wryły mi się w pamięć aż zagłuszając neapolitankę. Podlinkowana była mocno czekoladowym, cynamonowo-wiśniowym, popielnym (chyba pierwszy raz w życiu użyłam tego słowa) skrótowcem - pysznym, ale dopiero, gdy nuty miały okazję trwać... Nie bez powodu napisałam o confetti dla zwycięzcy, bo wygrała nie tylko 10, ale i moje serducho.

Właśnie ciastowy był też Zotter Labooko Ghana, ale też o wiele bardziej orzechowo-owocowy; Manufaktura Czekolady Grand Cru Ghana 70 % to też przyprawione ciasto z orzechami i suszonymi owocami, ale... to Pralus wydał mi się wręcz esencjonalnie czekoladowy.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 3 kwietnia 2021

Wegmans Dark Chocolate with White Peppermint ciemna 61 % z chrupiącymi kawałkami miętowymi

Po tę czekoladę sięgnęłam właściwie spontanicznie. Zaplanowałam inną z amerykańskiej paczki, o podobnej gramaturze, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że... tamta miała znacznie dłuższą datę (o rok!), niż myślałam, a ta... leżała i straszyła dodatkiem zupełnie nietolerowanej przeze formie, toteż postanowiłam się jej jak najszybciej z szafki pozbyć. Dodatek z niej - cukrowy chrupacz - wydawał mi się straszliwy, acz wcale nie dlatego, że miętowy, bo miętę i czekoladę jako duet uwielbiam. W bardzo wczesnym dzieciństwie (tak zanim poszłam do szkoły, potem mi przeszło) lubiłam te smaki w słodyczach... nie tyko jako duet. Mała ja byłam wielbicielką Tic Taców: białych i zielonych, które lata temu zupełnie zniknęły. Prawdą jednak jest, że to do pastylek Goplany moja miłość była silniejsza. I niestety, po malinowej Wegmans (recenzja z 2015 i 2020) spodziewałam się najgorszego - cukrowych brył o smaku pasty do zębów?

Wegmans Dark Chocolate with White Peppermint to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z kawałkami / cukierkami o smaku miętowym.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam chłodny i intensywny zapach słodkiej mięty, wkomponowanej w cierpkawą i delikatną ciemną czekoladę o palonym wydźwięku. Kojarzyło się to z mazistymi pastylkami w czekoladzie / polewie oraz lodami. Motywem przewodnim był zaś cukier albo raczej cukro-lukier. Taak, o smaku miętowym.

Tabliczka w plamki nie wyglądała ładnie, ale pochwalić ją muszę za twardość i głośne, pełne trzaski. Niestety, wśród nich ukryły się chrzęsty dodatku. Ten dodano pod postacią wielkich, średnich i malutkich kawałków. Trudno o kęs, by na nie nie trafić.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i tłusto-maziście. Rozpływała się łatwo i trochę jak tłusto-wodnista polewa. Długo zachowywała kształt i formę, miękła minimalnie i nie zalepiała. Co więcej, usta otłuszczała niemiłosiernie.
Okazała się strasznie najeżona kawałkami początkowo przypominającymi twarde Tic Taki. Rozpuszczały się wraz z czekoladą, ale nieco od niej wolniej (że większe kawałki i tak zostawały na koniec), a gryzione skrzypiały-chrupały. Im bliżej końca, tym bliżej niż do Tic Taców było im do szklistego, skrzypiącego karmelu wlepiającego się w zęby. Dodano tego za dużo. Struktura mi nie odpowiadała zupełnie.

W smaku sama czekolada okazała się mocno palona i gorzka jak delikatna, ale czarna kawa. Prędko zarejestrowałam też subtelny, chłodzący efekt mięty. Zaleciała leciutko orzechową nutą, a następnie przywołała słodycz.

Nie była bardzo silna, a wręcz wyciszona, trochę szlachetniejsza. Doszukałam się wanilii, a potem słodycz całościowo zaczęła rosnąć. Umocniła łagodność, powiedziałabym, że śmietankowo-maślaną. Pomyślałam za jej sprawą o lodach i chłodnych przyprawach. Tak! Po paru chwilach wyraźnie zaczęła przeplatać się w niej mięta. Obok palono-kawowej gorzkawości odezwała się subtelna gorzkawość... suszonej mięty. Wyszła zaskakująco naturalnie, słodko-ziołowo i cierpkawo, wpisując się w otoczenie.

Niestety w przypadku gryzów z większymi kawałkami chrupaczy lub po prostu większą ich ilością, prędzej poczułam splot mięty i cukru, a więc miętę szybciej wtłoczono w cukierkowe realia. Wyłaniające się i powoli rozpuszczające kawałki podnosiły słodycz, przemycając zwykłą cukrowość. Chwilami aż drapało to w gardle, mimo że aż tak nie powalało od poziomu słodyczy.

To zaś sprawiło, że sama baza wydała się już ledwie tylko gorzkawa i wyłonił się tandetny posmak tłuszczowo-cierpkawej polewy kakaowej. Nie było to jednak nachalne.

Przy dodatkach mięta niestety zupełnie ustąpiła na rzecz cukierkowo-tictacowej, sztucznawej i wymieszanej z cukrem. Mięta powoli zaczęła zagłuszać czekoladę, pozostawiając tylko łagodniejsze "ciemnawoczekoladowe" echo, skupiając się na tworze przywodzącym na myśl TicTaki i względnie łagodną pastę do zębów.

Bliżej końca czekolada splotła kawę i karmel jako nieśmiałą otoczkę do dziwnej, cukrowej mięty. Cukrowość jakby na stałe zespojona z nią drapała w gardle.

Gdy czekolada zniknęła, zajęłam się dodatkami.
Chrupacze smakowały cukrowymi cukierkami mocno miętowymi. Jednoznacznie kojarzyły mi się z Tic Takami (których w dzieciństwie jadłam mnóstwo, ale od kilkunastu lat nie).

Po zjedzeniu została lekka cierpkość... odrobinę kakaowa, a w dużej mierze cukrowo-miętowa, sztucznie cukierkowo-miętowa. Czułam też miętowy chłodek, odświeżenie w ustach, ale nie był to posmak przyjemny, a podejrzanie złudnie kwaskawy. Zahaczał o irytujący.

Całość nie odpowiadała mi ze względu na chrupiące miętowe cukierki. Sama bowiem baza i w zasadzie całość, zanim zaczęły się wyłaniać, była smaczna. Kawowo-karmelowy, całkiem gorzkawy smak i nuta nienachalnej mięty? Fajnie, tylko po co potem te cukrowe chrupacze (brawa dla producenta - nawet abstrahując od gustów, fajny skład nimi popsuł)... I nawet wypluwanie by nie pomogło, bo szybko zaczynały się częściowo rozpuszczać. Co więcej, sama struktura bazy pozostawia nieco do życzenia. Po jednej kostce odpadłam, bo jak połamałam resztę, wyglądało na to, że trudno o kostkę prawie pozbawioną wstrętnego dodatku...


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ziarna wanilii), "miętowe białe płatki" (cukier, syrop ryżowy, olej kokosowy, olejek miętowy, lecytyna sojowa)

piątek, 2 kwietnia 2021

Sarotti Feine Edelbitter 72 % ciemna

Dawno, dawno temu w Kauflandzie był rzut zupełnie nieznanych mi czekolad. Z ogromnym zainteresowaniem zaczęłam przeglądać kartony na półkach, ale... w trakcie tego naszedł mnie ogromny smutek. Przecież jeszcze parę lat temu szczęśliwa kupiłabym wszystkie: z marcepanem, kawową łączoną z białą, mleczną, ciemną. Smaki fajne, a już nie dla mnie, ale co tam. Wzięłam jedną i to z umiarkowaną radością, bo zauważyłam dopisek "4 małe tabliczki". A tak się składa, że nie lubię takiego drobienia. Wolę jedną, całą tabliczkę. Wylądowała w szafce z czekoladami, czekała długo... aż w Kaufie znalazłam pojedyncze sztuki czystych, całych tabliczek ciemnych tej marki, dołożonych do Sarotti z kandyzowaną pomarańczą, która to akurat ani trochę mnie nie ciekawiła. Skąd się tam wzięły? Dlaczego nigdy wcześniej ich nie widziałam? To znalezisko przypomniało mi jednak o kupionej dawniej i to od niej postanowiłam zacząć. Sarotti to niemiecka marka istniejąca od 1998, jednak jej historia wydaje się dłuższa. Obecny właściciel, duża manufaktura Stollwerck, założona w 1839 roku (!) należy od 2011 do belgijskiej firmy Baronie Group, przez co z kolei aż mnie zmroziło z przerażenia. To ci od paskud Ambiente: Panache i Pistache! Wdech, wydech... przecież też od smacznej Biedronka Belgijska Czekolada Gorzka 72 %. Ta miała w sumie tylko jedną wadę: tak gruba i twarda, że aż skaleczyłam się w rękę, łamiąc ją. Nagle okazało się, że podział na cztery małe i cienkie tabliczki nie musi być wadą.


Sarotti Feine Edelbitter 72 % 4 Tafelchen to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.
W formie 4 mini tabliczek (po 25 g każda).

Gdy tylko rozchyliłam opakowanie, poczułam delikatny, acz wyraźny zapach mocnego palenia przejawiającego się jako drzewa i orzechy. Obok tego, niemal na równi, stała wysoka słodycz "waniliowata" - jakby nieco przerysowana, nie waniliowa, ale też nie sztuczna. Mieszała się z odrobiną chłodnej śmietanki. Między nimi plątał się dziwny, nieokreślony zbożowo-drewniany wątek... sklepu zoologicznego z klatkami z ptakami, ziarenkami dla nich itp.

Ciemne tabliczki łamały się z głośnym, pełnym trzaskiem, popisując się przy tym twardością. Miały kreseczki ułatwiające podział jakby na 4 długie kostki, ale nie trzymały się go. Przy odgryzaniu kawałka wydała mi się trochę ziarniście-cukrowa.
W ustach jednak rozpływała się gładko i łatwo, w raczej wolnym tempie. Miękła, zachowując kształt i roztaczając wokół siebie gęstawą zawiesinę; potem przytaczała lekką pylistość. Nie zalepiała, nie pozostawiała zbytnio smug. Raz po raz miałam wrażenie, że niezbyt dokładnie ją zmielono / przemieszano i że trzeszczałaby, gdybym gryzła. Miękka gęstwina, jaka utrzymywała się w ustach, znikała trochę nazbyt wodniście, pozostawiając lekkie ściągnięcie i suchawość, mimo że była dość tłusta.

W smaku na początku jakby się zawahała, po czym upuściła i słodycz, i gorzkość.

Słodycz nieco prowadziła dynamiką, ale nie natężeniem. Wskoczyła na dość wysoki pułap, ale potem już nie rosła. Roztoczyła waniliowy smaczek, który z czasem zaczął się robić coraz bardziej "waniliowaty", nie waniliowy. Taki... trochę ostrzejszy, z aromatu, ale nie sztuczny. Maskował (a przynajmniej starał się) zwykłą słodycz białego cukru.

Jednocześnie rozchodziła się leniwa gorzkość kakao. To w niej była palona nuta. Goryczka szybko wstrzeliła w to wszystko zbożowo-orzechową nutkę. Czy zoologika? Nie wiem, bo z jednej strony było to też... dość ciepło-pikantniejsze. W wyobraźni przewijały mi się jakieś klatki z ziarenkami, różnymi patykami, ale myślałam też o czymś zapleśniałym... Zapleśniałe drewno? Może zioła albo pieprz? Był też jednak element łagodzący, maślany i... z czasem zrobiło się bardziej orzechowo. Jak palone, gorzkawe orzechy włoskie, acz nie wyjątkowo wyraziste. Pikanteria pieprzu ziołowego tylko czekała, gdzie się wkręcić.

Po występie goryczki, mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa, aromatowość waniliowej nuty wydała mi się też lekko ostrawa, zmieszana z cierpką goryczką i... coraz chłodniejsza - może jak lukrecja? Pomyślałam o słodziku, aż nagle zrobiło się go zaskakująco dużo i... zniknął. W chłód wstrzeliła się śmietanka, przywracając waniliową nutkę. Pojawiły się nadgniłe i goryczkowate, słodko-wodniste czereśnie (chodzi o takie "wczesno czerwcowe" ciemne i miękkawe, wodniste - to chyba węgierskie - nie przepadam za nimi, bo są nijakie). Nie były to owoce pierwszej klasy, a jedynie zaleciałość, która potem znów utonęła w palono-orzechowej części.

Gorzkawość pod koniec właśnie znów zrobiła się prostsza, mocno palona i orzechowa. Starcie chłodniejszych nut i paloności zaowocowało jako zaskakująco wyraźna ostrość. Otaczała ją osłabiona słodycz i pewna łagodząca nuta - maślana? Maślano-orzechowa... że jak nugat? Albo pieprzny, ale ogólnie delikatny piernik?

Po zjedzeniu został palony posmak w wydaniu palonego drewna, może poczucie lekko śmietankowej tłustości i jednocześnie suchawy efekt kakao. Było też słodko, ale nie pierwszoplanowo - o to już zadbała wręcz ostrość (powiedziałabym, że pieprzu ziołowego, trochę korzenna) i owocowa rześka sugestia w tle.

Całość zaskoczyła mnie swoją ostrością i gorzkością. W pierwszej chwili bałam się, że będzie słodko, tłusto i nudno. Czekolada okazała się jednak owszem, dość tłusta, a co za to idzie nieco złagodzona chwilami, ale pokazała charakter orzechów, drewna i pieprzu / ziół, a więc pikanterii i mocniejszych, ciemniejszych nut. Wszystko to jednak nie było bardzo wyeksponowane, a trochę właśnie uładzone. Słodycz... dobrze sobie radziła. Najpierw bałam się, że okaże się męcząca, ale na szczęście podłapała ogólny klimat.
To propozycja satysfakcjonująco gorzka, z ciekawymi elementami, choć bez głębi, w której można by utonąć na wieki. Wolałabym inną strukturę, ale na nią w sumie dość łatwo przymknąć oko, gdy się bardziej skupić na wyłapywaniu poszczególnych elementów. To niezła konkurencja dla np. ekwadorskiego Grossa 70 % - chyba najbardziej zbliżonego cenowo-jakościowo (bo smak zupełnie inny - Gross to "kawa łagodzona śmietanką").
Wspomniana biedronkowa też była znacząco palona, ale bardziej laskowo orzechowa, w momencie gdy Sarotti orzechowa (jak włoskie) wydawała się dopiero z czasem. Całościowo wyszła pikantniej i charakterniej (piernik Sarotti vs biedronkowy murzynek). Smakowo to jeden poziom - tylko że nuty inne, że aż bym ich ze sobą nie skojarzyła, gdyby nie producent.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 560 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (25g) - 140 kcal
czy kupię znów: mogłabym (i tak, zrobiłam to już nawet)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 1 kwietnia 2021

lody Magnum Intense Dark 70 % Cocoa Cracking Chocolate Tub

Kolejne lody, które mnie zaskoczyły... niestety niepozytywnie i to już po kupieniu. Otóż kiedyś lubiłam Magnum, ale potem one się pogorszyły (chodzi mi o samą masę lodową), a ja odkryłam, że wolę lody pudełkowe, a wszelkie patykowce / rożki mi przeszły. Nowe Magnumy (np. Double Caramel na patyku) czy nawet pudełkowe małe Vanilla & Chocolate potwierdziły, że nie warto sobie nimi zawracać głowy. A już na pewno nie miałam zamiaru wydawać kasy na duże i wątpliwe jakościowo pudła (na polskim rynku startowały chyba w cenie ok. 20 zł). Poza tym miały nielubiane przeze mnie polewy na wierzchu. Z czasem jednak zaczęły do mnie docierać słuchy, że to czekolada z Magnumów, nie kamienna polewa. To... mogło wyjść dobrze albo źle, bo o ile na lodach zawsze mi smakowała, tak w wersji tabliczkowej ani mleczna, ani biała. Potem jednak jakoś dowiedziałam się, że mocno czekoladowe pudełkowe Magnumy to lody także z sosem czekoladowym, którego ponoć było mnóstwo. A czekolada miała zawierać 70 %. To... ryzykowne, zwłaszcza po HD Chocolates Dark Chocolate & Almonds 70 % Cocoa, które były niewiarygodnie twarde. Przemówiła jednak do mnie taka mocno ciemnoczekoladowa kompozycja. A może warto dać Magnumom szansę po latach? Uznałam, że tak (bo i cenowo staniały). Niestety... dopiero po zakupie dowiedziałam się, że jednak to ja miałam rację, na początku (a pomyliłam je z Double Chocolate Deluxe). Potem jakieś dziwne czynniki wprowadziły mnie w błąd. To lody z czekoladą na wierzchu i w środku, a nie sosem. "Zamrożone kamienie, super." - pomyślałam i zabrałam się za nie jak najszybciej, by starcie to mieć już za sobą.

Magnum Intense Dark 70 % Cocoa Cracking Chocolate Tub to lody czekoladowe z 28 % ciemną czekoladą (o zawartości 70 %) na wierzchu jako polewa, po bokach pudełka (jako "skorupka"?) oraz kawałkami zatopionymi w masę lodową. Masa lodowa zawiera 3,5% mlecznej czekolady.
Pudło zawiera 440 ml / 297 g.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach bez wątpienia ciemnej czekolady z zaznaczoną wytrawną goryczką kakao. Z czasem nasiliła się intensywność tej niestety także cukrowej czekolady. Po przebiciu się przez nią, dołączył aromat lodów: również czekoladowo-kakaowy, ale jednocześnie wyraźnie mleczny. Jedząc i uważnie wąchając lody (gdy już wierzch w większości zjadłam), byłam pewna, że czuję w nich mleczną czekoladę, a nie tylko duet czekolady i mleczną bazę.

Czekolady w całym pudle było niewiarygodnie dużo, że aż po zjedzeniu uznałam, że to czekolada z lodami, nie zaś lody z czekoladą. Co więcej, były tam kawałki, płatki i mnóstwo kawałów ogromnych: grubych na prawie centymetr i długich na 4-5 cm.
Czekolada na wierzchu była twarda jak kamień, ledwo ją przebiłam łyżką do zdjęć. Oczywiście z czasem nieco doszła do rozsądnej twardości w temperaturze pokojowej, bo rozwaliłam ją i zgarnęłam na bok. Głośno przy tym trzaskała. Ta po bokach to samo, mimo że miejscami była znacznie cieńsza. Tu pomogło specjalne opakowanie, po którego naciśnięciu łatwiej się z nią uporać.
W większości jednak czekolada była gruba i konkretna. Przy jedzeniu wciąż cechowała ją twardość, ale także tłustość i mazistość, wręcz śliskość. Rozpływała się kremowo i gładko jak średniej jakości tabliczkowa, dopiero na koniec pozostawiała lekko pylisty efekt.
Również całkiem nieźle sprawdziła się skorupka, która przylegała do opakowania. Zwłaszcza w wyjadaniu już z pudła, bo podtapiały ją lody i łatwiej było ją oskrobać. Dodano ją też na dnie - grubości tej z wierzchu.
Kawałki czekolady wtopione w masę również normalnie się rozpływały w ustach. Mimo że chwilowo zimne, rozpływały się z ochotą. Także były bardzo tłusto-śliskie i mięknąco-maślane.
W zasadzie... ta czekolada bardzo przypominała czekoladę z Magnumów na patyku (przynajmniej tych dawnych). Zaskoczyła mnie pozytywnie.
Sama masa lodowa nie była twarda, a jedynie twardawa początkowo; gdy topiła się w trakcie jedzenia, dała się poznać jako nie za tłusta, choć kremowo-gęsta. Cechowała ją puszysta lekkość. Chwilami wydawała mi się wręcz piankowa, spulchniona. Czuć, że bazę stanowi mleko, co kojarzyło się ze spienionym mlekiem. Było w niej także coś pozytywnie zagęszczającego. To efekt... jakby kryła topiącą się czekoladę. Na sam koniec zostawiała lekko pyliste wrażenie.

W smaku czekoladowy wierzch to intensywna, ale przesadnie słodka ciemna czekolada. Od razu po ustach rozprowadziła gorzkość i lekką cierpkość, lecz i słodycz zaraz nadciągnęła bez oporów. Rosła, prędko zasładzając i drapiąc w gardle. Wraz z nią na szczęście umacniał się wytrawnie-palony wydźwięk. Reprezentowały go gorzkawe orzechy (włoskie?) i palona ziarnista kawa. Pojawiła się lekka kwasowość, przywodząca na myśl kawę i śliwki. To zdecydowanie ciemna czekolada, acz że aż 70 % to bym nie powiedziała. Sporo było w niej łagodzącej maślaności i słodyczy.
Podobnie smakowała po bokach, ale z racji ilości wydawała się nieco mniej gorzka, choć wciąż kakaowa, trochę bardziej polewowa.

Kawałki wtopione w masę smakowały tak samo, jak wierzch. Mimo gorzkości, orzechowo-kawowego smaku i cierpkiego kwasku śliwek, cukrową słodyczą potrafiły aż zamulić. Okazały się dominujące, co miało i plusy (wyrazisty smak ciemnej czekolady), jak i minusy (słodycz była trudna do zniesienia).

Kawałki wmieszano na szczęście w masę lodową, która odznaczała się nieco niższą słodyczą. Wyraźnie czuć, że lody zostały zrobione na mleku, które wyszło odrobinkę śmietankowo. Baza zdecydowanie także smakowała czekoladą, a więc gorzkawo-słodko. W jej przypadku czuć jednak jeszcze mleczną bazę i nutkę łagodniejszą. Jej czekoladowość nie była aż tak wytrawna, zalatywała mleczną czekoladą i kakao. Pozytywnie zaskoczył mnie jednak w miarę niski poziom słodyczy. Z czasem nieco wzrosła, ale goryczka kakao i cukrowość z czekolady na zasadzie kontrastu eksponowały jej delikatność.

Wydawało mi się, że baza i czekoladowe kawałki wzajemnie się pilnowały, żeby nie było ani za ciemnoczekoladowo, ani za mlecznie. Połączenie okazało się intensywnie czekoladowo-kakaowe, ale niestety też muląco słodkie.

Bliżej końca wzrosła cierpkawość i ogólna gorzkawość kakao, ale cukier osiągnął taki poziom, że był nie do zniesienia, aż zaczęło mnie mdlić. Stało się tak, bo w zasadzie uczta zakończyła się jak się zaczęła: cukrową czekoladą (tą z dna).

Po zjedzeniu pozostało poczucie lekkiego zatłuszczenia ślisko-tłustą czekoladą i posmak czekoladowych lodów na mleku tak po prostu, cierpkości kakao i przecukrzenie totalne. Aż zrobiło mi się od niego trochę niedobrze, było za słodko, ale... nie żałowałam. Mogłam zjeść mniej, lecz ogólnie to było na tyle przyjemne zasłodzenie, że zjadłam, licząc się z konsekwencjami.

Całość uważam za na tak dobrą, że aż mnie to zaskoczyło. Walcząc z wierzchem jeszcze się negatywnie nakręciłam, a tu proszę... porządnie czekoladowe lody. Z wyczuwalnym i mlekiem bazy, i mlekiem mlecznej czekolady w bazie oraz sporą dawką kakao, cierpkości i kwasku z czekolad, które - właśnie! - ciemnymi czekoladami były.
Kupiła mnie także konsystencja samych puszystych, nieciężkich, a jednocześnie cudownie gęstych lodów. Jakoś tłustość czekolado-polew wydaje mi się bardziej do zniesienia, niż to baza miałaby być tłusta. Lody mają być lekkie. Te, tak ogółem jednak nie były z racji proporcji. Ilość tej czekolady aż zwaliła z nóg, co dla niektórych może być minusem, bo nie są to lody dobre na upały, by się schłodzić. Ja jednak nic nie mam do "mniej lodowych lodów", bo i tak nie jem ich latem i bardzo zimnych. Cukrowość tej niby ciemnej czekolady też mnie zszokowała (ona już niepozytywnie). Na szczęście, mimo niej, wciąż smakowała ciemną czekoladą. Piszę to w szoku, ale gdyby nie ilość cukru i tłuszczu w czekoladzie, mogłyby spokojnie 10 zgarnąć. Dobre, wyraziste lody, których ryzykowna struktura jest jak najbardziej przyjazna, a smak bez dwóch zdań czekoladowy. To jeden z tych produktów, na którego wady w miarę łatwo przymknąć oko, gdy człowiek wie, na co się pisze.
Tak mnie to wszystko zdziwiło (wszak produktów Magnum nie lubię od dawna), że aż kupiłam drugie pudełko i... swoje stanowisko utrzymuję (a potem jeszcze jedno, bo promocja, ale cii). Stanęło na tym, że... systematycznie wracałam do tych lodów każdorazowo potem konając z zacukrzenia po zjedzeniu, aż wreszcie je wycofali (chyba, bo nie widuję). Nawet nie zliczę, ile było tych powrotów.
Swoją drogą, aż z ciekawości sprawdziłam skład analogicznego smaku na patyku - jest gorszy (zawiera syrop f-g, wodę, olej kokosowy). To chamstwo. Obstawiam, że zasłodzenie się czekoladą i stonowanie to lodem byłoby lepszą opcją (tak obiektywnie, bo ja patykowców i tak po prostu nie lubię).


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan; Kaufland
cena: 13,50 zł; 9 zł (za 440 ml - kupuję je tylko w promocjach)
kaloryczność: 331 kcal / 100 g; 223 kcal / 100 ml
czy kupię znów: wracałam wprawdzie głównie w promocji, ale... z chęcią kupiłabym też w normalnej cenie; niestety to już niemożliwe

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, śmietanka 18%, miazga kakaowa, cukier, odtłuszczone mleko zagęszczone, tłuszcz kakaowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku, tłuszcz mleczny, pełne mleko w proszku, emulgatory (E442, lecytyna sojowa, E471), stabilizatory (E407, E410, E412)