Kakao do wytworzenia tej tabliczki Zotter zakupił z małych farm zrzeszenia Kokoa Kamili z terenu o tej samej nazwie, leżącego blisko parku narodowego. Brzmiało jak coś... dziewiczego, nienaruszonego przez cywilizację. Podobało mi się to i obstawiałam, że mimo iż wydaje mi się, że wiem czego spodziewać się po tym regionie, ta tabliczka może mnie czymś zaskoczyć.
Zotter Labooko Tanzania 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado i Criollo z Tanzanii; czas konszowania to 15 godzin.
Po rozchyleniu złotka, poczułam niby delikatną, ale jednocześnie esencjonalnie wyrazistą woń fistaszków i wiśni. Pierwsze wydały mi się lekko duszne, drugie zaś jako wino, łagodne i kwiatowe. Z czasem jednak zapach rozszedł się, nabrał mocy. Fistaszki "rozsypały się" na delikatne, lekko słodkawe, kojarzące się z masłem orzechowym oraz prażone i charakterne. Odnotowałam nawet ich słonawość, która z kolei w owocach podsyciła lekką kwaśność. Obok wiśni pojawiły się cytrusy.
W ustach potrzebowała krótkiej chwili, zanim zaczęła rozpływać się w sposób gęsty i kremowy, znacząco tłusty. Leniwie zalepiała usta, mięknąc i częściowo zachowując formę. Wszystko to trwało długo, ale na opór nie trafiłam. Kojarzyła mi się z idealnie gładkim, ciężkawym, ale nie przytłaczającym masłem orzechowym lub pastą... na bazie orzechów i awokado (?). Im bliżej końca, tym coraz bardziej ślisko-tłusta jak awokado czy masło się wydawała. I podobnie miękka, do czego jednak szło się przyzwyczaić
W smaku od początku czułam wyważoną gorzkawość. Najpierw były to fistaszki, jak się chwilę później okazało, prażone. Prażone mocno, może z goryczką przypraw (?), ale nie tylko.
W tym czasie na pierwszym planie rozbrzmiały fistaszki w całym orzechowym miksie (gorzkawe włoskie i pekany spoglądały ku ziemi, trafiając w niej na lekką ostrość). Prażone orzechy były jak ze Snickersa, a część weszła w strefę masłoorzechową. Smarowidło to wydało się trochę podsolone, trochę specyficznie słodkawe.
Od jego słodyczy odchodził karmelowy wątek. Pomyślałam o maślanym, delikatnym karmelu. Złocisty i ciągnący - dosłownie taki widziałam oczami wyobraźni! W pewnym momencie, jakoś w połowie rozpływania się kęsa, zrobiło się tłuszczowo-śmietankowo łagodnie, ale tylko chwilowo. Pikantniejsza nuta sugerowała jakiś bardziej melasowo-korzenny karmel.
Gorzkawość zaczęła kumulować lekką cierpkość, goryczkę. Ziemia zagrała wyraźniej. Wydobyła skądś skórki cytrusów, a w końcu słodkie cytrusy, jakby trochę związane z tym karmelem pomarańcze i... cytryny... Choć nie takie czysto cytrynowe, a przemieszane z kwaśnymi... śliwkami? Kwasek mniej więcej w połowie przełamał kompozycję. Ziemię zalała kwaśna cytryna i słodko-kwaśna, dojrzała wiśnia. Druga połowa rozpływania się kęsa należała do niej. Pomyślałam o wiśniach dojrzałych i słodkich, ale również kwaśnych, podchodzących pod czerwone wytrawne wino. Wydało mi się nieco przyprawione na ostro. Tu jednak znów nie było tak jednoznacznie, bo... czułam też kwitnące wiśnie, a więc pewną kwiatowość.
Po zjedzeniu w ustach został posmak wyrazistych orzechów, słodkiego masła orzechowego i maślanej słodyczy z pewnym przełamaniem... czy to goryczki, czy bardziej pikanterii ziemi i przypraw oraz taniną wina.
Całość rozkochała mnie w sobie od pierwszego kęsa. Masło orzechowe, ziemia, wiśnie i alkoholowo-korzenne sugestie przełożyły się na pełnię szczęścia. Dobrze, że cytrusowe nuty tchnęły soczystość, nie narzucały się. Podobnie z tłustością tej tabliczki - była, ta strukturalna nawet nieco za silna, ale przy tak intensywnym i odważnym, mocnym smaku da się na to przymknąć oko.
Ziemista i alkoholowo-owocowa (choć bardziej śliwkowa) była też Domori Morogoro Tanzania 70 %. Tam również czułam złocisty karmel, tylko u Domori słodycz ogólnie odegrała większą rolę. Nie była zbyt gorzka, a dymna, lesista - mroczna, ale nie tak charakternie uderzająca co Zotter. Pralus Tanzanie Forastero 75 % to z kolei pikantna fuzja przypraw piernikowych, wina, octu i masła orzechowego. Z owoców czułam w nim śliwki i jakieś łagodniejsze. Nie ukrywam, że kwaśno-gorzki, bardziej orzechowy niż owocowy, o lepszej konsystencji Pralus chyba smakował mi nieco bardziej, ale i tak Zotter dołączył do tego kochanego przeze mnie tanzańskiego duetu (Domori i Pralusa w sensie).
ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy
------------------
Kiedy zobaczyłam te czekoladę w nowościach, bardzo się zainteresowałam. Pamiętałam bowiem, jak obłędna była wyżej opisana. Już po otrzymaniu przesyłki, przestało mi się spieszyć, bo zaczęłam czuć jakby przyspieszone, zlęknione bicie serca na myśl o niej. Co, jeśli zmieniło się nie tylko opakowanie? Niby wartości i czas konszowania zostały te same, ale kto wie? Podświadomie zaczęłam odkładać konfrontację z rzeczywistością, najpierw chciałam rozprawić się z nadziewanymi. A potem ciągle coś wyskakiwało, że o czekoladzie z Tanzanii zwyczajnie trochę zapomniałam.
Choć nowe opakowanie zapowiada zmianę, po rozchyleniu papierka przywitała mnie znajoma, delikatna woń przede wszystkim fistaszków prażonych i jako duszne masło orzechowe w towarzystwie nienachalnych, soczystych, choć trochę winnych wiśni i cytrusów. Zapewniły one kwasek, zgrany ze słodyczą kwiatów i karmelu. Uzupełniły je lekko ciepłe, prawie korzenne, niemal piernikowe akcenty. Ostatni szedł w nieco palono-drewnianym kierunku.
Także w strukturze tabliczka okazała się znajoma. Przy łamaniu trzaskała głośno i przyjemnie, a w ustach rozpływała się gęsto, kremowo i tłusto, chwilami nasuwając na myśl awokado i dość długo oblepiając podniebienie. Pod względem struktury właściwie niewiele się zmieniło.
Smak również bardzo przypominał wyżej opisywaną. To w zasadzie ta sama czekolada. Najpierw pojawiły się naturalnie słodkie prażone fistaszki i palona gorzkość, do których po chwili dołączyły maślane tony oraz delikatna słodycz karmelu.
Odnotowałam subtelny kwasek, kojarzący się z kwiatowym czerwonym winem o znaczącej słodyczy, mimo wytrawnego profilu. To jeszcze podkręciło gorzkość. Ta rozwinęła się jako ziemia, a gdy tak jednocześnie rozkręcał się orzechowy wątek, fistaszki okryły się skórkami i wzbogacały się o goryczkowate orzechy włoskie. Te z czasem łagodniały, idąc w pekanowym kierunku.
Z masła orzechowego wypłynęło więcej karmelu, a w tle przemknęła śmietanka. Przez pewien czas karmel mieszał się z kwiatami, po czym opalił mocniej i zaprosił do gry niemal goryczkowatą melasę. Ta wydobyła z orzechowej mieszanki nieco słodowe, słodowo-drzewne tony.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce przełamały to wszystko nienachalną soczystością. Wiśnia wystąpiła jako dojrzały i świeży owoc, choć momentami kojarzyła się z czerwonym winem, bo obok niej trwała łagodna kwiatowość. Na tym jednak nie koniec. Poczułam niejednoznacznie wiśnio-śliwki, coś lekko dżemowego, a potem jeszcze mieszankę cytrusów z jakby egzotycznym echem. Cytryno-pomarańcza, cierpkawa skórka cytryny i... coś. Hybryda cytryny, pomarańczy i limonki? Coś trudno uchwytnego.
W tym samym czasie (może dlatego tak trudno mi było na tych owocach się mocno skupić) rozwinęła się korzenność. Nakierowała słodowo-orzechowy wątek oraz melasową słodycz na piernik. Piernik niemal pikantny, co zaostrzyła wyrazista ziemia. I ona dobrze czuła się w towarzystwie korzenności. Winu próbowała podszepnąć... ocet balsamiczny?
Końcówka ponownie należała do orzechów i prażonego masła orzechowego, złagodzonego trochę w maślany sposób. Melasa zaś nieco złagodniała, zawracając do karmelu.
Po zjedzeniu został posmak masła orzechowego z goryczkowatymi orzechami włoskimi, ziemi oraz owocowa kwaskawość i lekko korzenna cierpkość. Wiśnia idealnie z nią się zgrała.
Nowa wersja jest więc bardziej zmianą oprawy niż rewolucją smaku. Całe szczęście! Zasadniczy charakter tabliczki pozostał niemal taki sam, acz mam wrażenie, ze tym razem w owocowym wątku zamiast tak wyraźnie cytryny, czułam coś bardziej jakby cytrusy z egzotycznymi zapędami, końcówka była mniej kwaśna, ocet balsamiczny prawie się nie pojawił (wszedł w motyw wina?), a orzechy wzbogaciła nuta słodu.
Fistaszki i wiśnie wydają mi się dziwnym zestawieniem. Jak, hmm.. marcepan i ogórek. Powiększenie palety gatunków, Snickers i pb to melodia miła memu sercu. Gdyby to do nich dołączyć karmel, nie zaś do cytrusów, byłoby milej. Wiśnia może być jako winne tło, ale nie sama wiśnia. Zresztą wiesz... jak zwykle gdybam. Nie mam pojęcia, co bym orzekła w rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńZdziwiłabyś się, jak niektóre dziwne połączenia mogą zacnie zagrać. To jednak w kwestii połączeń. Obstawiam, że raw bar w wariancie fistaszkowo-wiśniowym mógłby Ci posmakować, ale... Wiśnie w tej czekoladzie wydają się niezbyt Twoje, mimo że akurat one były słodkawe, bo dojrzałe. Z tym że... obok były cytrusy i ziemia, a to już chyba byłaby za duża kumulacja nie Twoich nut.
UsuńMam pytanie - jak sobie radzisz z odklejaniem "złotek" Zotterów od papierka? Klej, którym to jest sklejone jest straszny. Zawsze się boję, że złamię tabliczkę zanim ją zobaczę albo, że rozpuści się od nacisku koniecznego do bezpiecznego jej uwolnienia.
OdpowiedzUsuńNie odklejam. Odcinam kawałek złotka-papierka malutkimi nożyczkami do paznokci, tak, by jego pasek (około centymetra) pozostał przy opakowaniu. Zgadzam się, że ten klej jest straszny, a mnie też zależy i na tabliczce, i na opakowaniu całym.
UsuńMuszę tego spróbować przy następnej :D
Usuń