niedziela, 21 czerwca 2015

Peter's Pecare Chili - Kirsch / Chilli Cherry ciemna 60 % z truflowym kremem wiśnia-chili

Internetowe zakupy mają chyba prawie tyle samo wad, co zalet. Cena czasem bywa może i niższa, ale trzeba wydać jeszcze na przesyłkę. Więcej rzeczy do wyboru, to fakt, ale ja mam coś takiego, że jak mam przed sobą tysiące rzeczy do wyboru, to w końcu nic nie zwróci na siebie mojej uwagi. Ostatnio jednak znalazłam produkt, który bardzo mnie zainteresował, jednak ze względu na przesyłkę pozwoliłam sobie wybrać jeszcze parę rzeczy według zasady - jak już kupować, to hurtem.

Jedną z rzeczy kupionych przy okazji miała być elegancka czekolada nieznanej mi firmy z truflą z dodatkiem wiśni i chili. Uwielbiam wręcz chili w czekoladach, więc to ta tabliczka poszła na pierwszy ogień.

Peters Pecare Chili-Kirsch to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewane truflą wiśniową z chili i alkoholem (kirsch).

  Kiedy wyjęłam z szuflady, uniosłam metalowe wieczko, poczułam... zalewające mnie rozczarowanie. To nie była czekolada, jak było napisane na stronie, a czekoladki... Nie mniej jednak, deserowe czekoladki z truflą z wiśnią i chili, to prawie to samo, co czekolada z truflą z wiśnią i chili, nie?

W eleganckim, metalowym pudełku znajduje się sześć sporych kostek, z małymi rysuneczkami przedstawiającymi wiśnie i papryczkę chili każda, z których dobiegł mnie smakowity, czekoladowy zapach. Była to woń charakterystyczna dla deserowych czekolad / czekoladek - delikatnie silna i zapraszająca do skosztowania. Jak tu takiej się oprzeć?
Spróbowałam. Czekolada jest bardzo dobra, gładka i wręcz kremowa. Lekko tłustawa i słodka. Nutkę kakao oczywiście czuć i to nawet całkiem wyraźnie, pomimo, że słodycz jest wyraźniej zarysowana. Nie da się jej nie nazwać smaczną, jednak żadnej głębi kakao w niej nie odnalazłam. 
Czekolada w końcu odsłania truflowe nadzienie w połączeniu smakowym wiśnia-chili. Jak dla mnie, mało trufli w trufli, środek określiłabym jako prawie lejący krem, bardzo słodki i śmietankowy. Idealnie aksamitny, lekko tłustawy. 
Najpierw po ustach rozlał się słodki smak dojrzałych wiśni z delikatną kwaskawą nutą. "Rozlał się" to chyba trochę za dużo powiedziane. Był on wyczuwalny, jednak to czekolada cały czas była na pierwszym miejscu. Nic jej nie zagłuszyło. Czekoladowa słodycz z nutką kakao. Wiśnia dopiero na którymś tam miejscu z kolei. Wyczułam także odrobinę alkoholu, co było bardzo mgliste, krótko mówiąc: niewyraźne. Niewyraźny był jeszcze jeden dziwaczny posmak, którego nawet nie umiem bliżej do czegoś porównać. Taki... cierpko-buraczany, chociaż był wyczuwalny tylko chwilowo. Przy każdej kosteczce.
Po paru chwilach w gardle poczułam... "drapanie" chciałoby się napisać, ale nie. Raczej coś w rodzaju delikatnego zaakcentowania. Był to smaczek ostry, w końcu chili to cały 1 %. Dodawał on swoistej pikanterii, jednak dopiero w gardle. Wiem, że to dziwne, ale jako tako, samego smaku chili prawie nie wyczułam, tylko ta lekka ostrość. Gdyby jej nie było, czekolada smakowałaby tak samo, a świat by się nie zawalił.

Całość jest wykwintnie słodka, z bardzo, bardzo drobnymi elementami wiśniowo-pikantnymi. Czekolada smaczna, ale bez jakiegoś "szarpnięcia", czegoś, co by mnie porwało, zachwyciło. Zjadłam, bo zjadłam i na tym tyle. Konsystencja i wygląd są dopracowane, ale smak jest po prostu niedopracowany. Przerost formy nad treścią - dobry średniak. Dotarło do mnie dopiero, że wydałam tyle głównie na opakowanie, nie na jakość / smak, a w tej cenie oczekuję mimo wszystko znacznie więcej od smaku. Szczególnie, że to wariant "wiśnia-chili", a wiśni i szczególnie chili jest tyle, co mysz napłakała.


ocena: 6/10
kupiłam: frisco.pl
cena: 19.99 zł (za 63 g)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka, środek utrzymujący wilgoć: syrop sorbitolowy; syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, alkohol: kirsch 1%, alkohol neutralny; koncentrat soku owocowego z: wiśni 0,8%, buraków; syrop inwertowany, lecytyna sojowa, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; naturalny aromat waniliowy, olejek chili 0,002%, dwutlenek tytanu

sobota, 20 czerwca 2015

ciastka z kremem Chipita 7days Cake Bar: with vanilla cream, with cocoa cream

Czy lubię ciasta? Cały czas się w sumie nad tym zastanawiam. Większość mogłoby stać niezjedzona przeze mnie, aż do końca świata. Są jednak wyjątki, np. takim sernikom się nie oprę nigdy. A co, jeśli chodzi o delikatne ciasta z kremem? Nie mój typ. Nigdy nie zwracam na takowe uwagi. Z drugiej strony... jak już zobaczę "pseudo-ciasto na raz" to po prostu muszę spróbować! 
I tak zaczęła się moja miłość do 7days Cocoa Cace Bar, czyli biszkoptowych ciastek z kremem w polewie czekoladowej, wiele lat temu. Potem zniknęły one z rynku, a ja szybko o nich zapomniałam. Ot, powiedzmy długoletnia wakacyjna młodzieńcza miłość. Szkoda mi ich trochę było, ale nie rozpaczałam za ich brakiem.
Gdy jednak zobaczyłam je na jakiejś stacji benzynowej... no, więcej chyba pisać już nie muszę, skoro czytacie tę recenzję. 


Nadmienię jeszcze, że za firmą Chipita i ich wyrobami 7days jakoś nie przepadam (te rogale mnie obrzydzają), ale takie ciastka... czemu nie? 

Malutkie opakowanie skrywa ciastko w tekturce, która umożliwia trzymanie delikatnego wyrobu i zachowanie czystych rąk. Pomysłowe, trzeba przyznać. 


Jak po wstępie się domyślacie, jadłam te biszkopto-ciasta już nie raz, więc opis zacznę od, według mnie, smaczniejszego wariantu. 

7days Cocoa Cake Bar with vanilla cream, czyli ciasteczko z nadzieniem o smaku waniliowym w polewie czekoladowej. 
Zacznę może tradycyjnie, od góry. 
Polewa czekoladowa. I już mam problem. Nie ze smakiem na szczęście... Ciężko jest mi określić, jaka właściwie ta czekolada jest. Bez wątpienia jest słodka, w sposób przyjemny i raczej delikatny. Mleczna, chociaż ta nuta jest bardzo delikatna. Zamiast mlecznego smaku, obok słodkości występuje kakao. Na pewno nie jest to spowodowane wysokim procentem zawartości kakao, a raczej tym, że nie da się idealnie oddzielić czekolady, od biszkoptu, dlatego, że jest ona strasznie delikatna i niezwykle cienka, a każda próba "zdobycia" samej czekolady kończyła się niepowodzeniem. 


Biszkopt / ciasto (właściwie nie wiem, jak to nazwać) jest równie delikatny (niech będzie biszkopt), jak czekolada. Mięciutki i bardzo wilgotny. Przypomina wręcz desery o konsystencji tak delikatnej, że porównanie do lekkiej pianki będzie tu bardzo na miejscu. Mało tego, oprócz rozkosznej struktury, smak także stoi na wysokim poziomie. Biszkoptowość jest stłumiona przez słodkie kakao. Niby goryczki się nie wyczuwa jakoś specjalnie, ale czuć, że znacznie bliżej jest do smaku ciastka kakaowego, niż czekoladowego. 
W samym środku, między biszkoptowymi warstwami, kryje się krem. Nie jest go dużo, ale on nadaje całości ciekawego smaku. Jest kremowo-tłusty, kojarzy mi się z serem mascarpone, tylko o wiele słodszym. Bardziej śmietankowy, niż waniliowy. Niestety wanilii w tym kremie nie czuć, ale jednym słowem podsumowując: smaczny, jeśli pominąć sztuczny posmak. 
Całość jest bardzo, ale to bardzo delikatna i lekka. Dobre, małe-co-nieco, chociaż o najedzeniu się nie ma mowy. 
Jedynym minusem jest skład, co czuć niestety także w smaku (trochę). Sama chemia. "Okropieństwo" - stwierdziłam, wzruszając ramionami i ze smakiem kończąc ostatni kęs. 


ocena: 8/10
kupiłam: jakaś stacja benzynowa
cena: 1.39 zł (chyba)
kaloryczność: 445 kcal / 100 g (ciastko 32g - 155 kcal)
czy kupię znów: raczej nie




7days Cocoa Cake Bar with cocoa cream
To ciastko jest po prostu odwrócone, kolorami, jak i smakiem, według napisu na opakowaniu: ciasteczko z nadzieniem o smaku kakaowym w polewie czekoladowej.
Czekolada jest równie cienka i delikatna, jak w wersji waniliowej, ale tutaj wydaje się nieco słodsza, a i kakao brak. 


Samo ciasto, koloru jasnego, jest oczywiście zupełnie inne w smaku, niż kakaowe: znacznie słodsze i biszkoptowe. Z bólem muszę stwierdzić, że również dość mdłe. Każdy chyba zna smak zwykłych, smacznych, biszkoptów. Tu miałam do czynienia z biszkoptem w wersji lekkiej i delikatnej jak piórko, bądź chmurka, oraz z dużą ilością cukru. Konsystencja równie wilgotna i miękka, jak w pierwszej wariacji.
Krem także jest inny - kakaowy z kolei.  Chyba jednak tylko na papierze, bo w smaku... To jest po prostu słodkie. Smakuje jak bardzo przeciętna, mleczna czekolada, której producent uznał, że kakao można zastąpić cukrem i nikt nie zauważy. Na szczęście, nadzienia jest na tyle mało, że ta słodkość jakoś wybitnie nie przeszkadza, ale mając dwa smaki do porównania uczciwie mogę stwierdzić, że ten jest gorszy. Oprócz tego tutaj tłuszcz dał się bardziej we znaki.
Całościowo to ciastko jest słodko mdłe. Nie powiem, że mi strasznie nie smakowało (konsystencja dalej mnie trochę zachwyca), ale wiedząc, że to (nawet jak na przeciętne słodycze) produkt o naprawdę okropnym składzie i tak nijakim smaku, znowu się nie skuszę. 


ocena: 5/10
kupiłam: jakaś stacja benzynowa
cena: 1.39 zł (chyba)
kaloryczność: 408 kcal / 100 g (ciastko 30 g - 122 kcal)
czy kupię znów: nie

piątek, 19 czerwca 2015

Lindt Cocos biała z kokosem

Czy istnieje coś takiego jak biała czekolada? Często słyszymy: "biała czekolada to dla mnie nie czekolada". Skoro nie czekolada, to co? To nie jest pytanie retoryczne, naprawdę mnie interesuje, jak się na to zapatrują inni. Ja jestem takim zlepkiem, bo mimo, że doceniam dobrą, gorzką czekoladę, to lubię czasem sięgnąć także po coś słodkiego, znacznie słodszego od przeciętnej mlecznej czekolady. 
Biała czekolada to kwestia naprawdę sporna. Według mnie, dochodzi jeszcze jedna kwestia, a mianowicie - jakość. Jest bardzo niewiele białych czekolad, które są wykonane tak, że nie mam im nic do zarzucenia. Tańszych białych w ogóle nie kupuję, bo wiadomo, jak łatwo twór ten jest zepsuć, pod względem zarówno smaku, jak i składu.

Są jednak firmy, których biała czekolada jest dla mnie poezją. Jedną z takich firm jest zdecydowanie Lindt. 
Tabliczka Lindt Cocos, czyli biała z kokosowym kremem, to moje najnowsze odkrycie, przy którego zdobyciu musiałam się sporo namęczyć.

Wreszcie opakowanie czekolady tej znalazło się w moich rękach. Prawie umarłam z zachwytu nad jego wyglądem. Biało-srebra tekturka z wypukłym obrazkiem... to jest po prostu śliczne! 
Skoro opakowanie jest takie cudowne, to jak cudowna musi być czekolada? 
Otworzyłam, a sreberko zaczęłam rozrywać i już to poczułam... Kokos i śmietanka. Gdy zgrabne kostki ukazały mi się w całej swojej okazałości, poczułam się, jakbym wsadziła twarz w opakowanie wiórek kokosowych. Oszalałam z zachwytu. 

Gdy tylko kostka znalazła się w ustach, zaczęła się rozpływać, a smak, który z niej emanował, był czymś, o czym już wiedziałam, że nigdy nie zapomnę. Była to bezkresna słodycz, kompletne przesłodzenie, wymieszana z nieskończoną śmietankowością lekkich jak piórko lodów śmietankowych z nutą wanilii, i mlecznością, która była niczym wymieszanie świeżego mleka z mlekiem kokosowym. Czekolada już sama w sobie miała kokosową nutkę. 
Słodkość aż drapała w gardle, jednak było to tak dziwnie przyjemne uczucie, że aż ciężko mi to opisać. Kiedy czekolada rozpływała się gładko, wyłaniać zaczęło się nadzienie. Było ono bardzo mleczne i kokosowe. Konsystencja tego kremu skojarzyła mi się z lodami, lub raczej puszystym deserem. Smak kokosa był delikatny i subtelny, jednak prażone wiórki (których swoją drogą mogłoby być więcej) co jakiś czas wyciągały pazurki. Kiedy raz po raz chrupnęły między zębami, smak kokosa ujawniał się jeszcze silniej. 
Mówię tutaj o sile, to prawda, jednak mimo tego silnego smaku i silnej słodkości, to była najdelikatniejsza tabliczka, jaką ostatnio (jak nie w ogóle) jadłam. 
Z początku znikomą ilość wiórek uznałam za wadę, jednak po kolejnych kostkach uświadomiłam sobie, że większa ich ilość zabiłaby tę delikatność. Słodycz również była intensywna, jednak w sposób uzależniająco wyśmienity.

Czekolada ta była słodko-kokosowym muśnięciem, jak letni wietrzyk, czy dotyk skrzydła motyla. Nie sądziłam, że czekolada może być tak... kremowo aksamitna. Ta tabliczka była tak odmienna od solidnie nadzianej Chateau, w której można było wiele dobrodziejstw pochrupać, że mimo prawie takiego samego połączenia, te czekolady są kompletnie różne. 

Lindt Cocos to po prostu delikatny, słodki, kokosowy krem w formie czekolady. Miałam nie szaleć z takimi wysokimi ocenami, ale po prostu nie mogę nic innego tej tabliczce wystawić. 
Zakochałam się.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówienie
cena: z moich obliczeń wyszło około 15 zł (nie wiem dokładnie, bo zamawiałam kilka czekolad)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak gdzieś znajdę stacjonarnie to tak

czwartek, 18 czerwca 2015

lody Daim 480 ml

Podoba mi się Daim. Wiem, że brzmi to bardzo, ale to bardzo dziwnie, jednak taka jest prawda. Straszliwie podoba mi się pomysł na tego batona, a także wszelkie wariacje z nim. Sam baton Daim nie trafił w mój gust, bo uważam go za kompletnie przesłodzonego, jednak jedne lody Daim, w małym kubeczku, przekonały mnie, że warto na niego spojrzeć w inny sposób. To, a także wiele wielce pozytywnych opinii o lodach Daim w wersji 480 ml, skłoniło mnie do spróbowania ich. Czym one się mogą różnić od tych małych? 

A, no różnią się. I to bardzo. Lody Daim 480 ml (313 g) to lody karmelowe z sosem karmelowym (9%) i kawałkami migdałowo-karmelowymi w czekoladzie mlecznej, a także bez niej. Brzmi obłędnie, dla kogoś takiego, jak ja - kochającego karmel, zwłaszcza w wersji chrupiącej. Także tej słonej. Czy te lody sprostały moim oczekiwaniom?

Uniosłam wieczko, oderwałam folię - oto mam przed sobą beżową masę, pachnącą mleczno-maślano-karmelowo. Zapach chyba taki sam, jak w wersji mniejszej - bardzo smakowity.

Zbliżyłam łyżeczkę do lodów i pchnęłam: weszło gładko, gdyż są one delikatne i miękkie. Jak się przekonałam po włożeniu łyżeczki do ust, także gładkie, a jednocześnie dość zbito-gęstawe. W smaku przodował karmel, taki bardzo słodki, maślany. Ewidentnie wyczuwalna jest mleczność lodów, dzięki czemu pewnie są "gęstawe", a nie "gęste", jak to bywa w przypadku tych robionych na kremówce. Osobiście lubię jedne i drugie. Już same lody były bardzo dobre i nie miałam im nic większego do zarzucenia... no może były trochę za słodkie.

Jednak tutaj na ratunek przybywa chociażby sos karmelowy. Łamie on słodycz dość silnie, bo pomimo, że nie jest go za dużo, to jest bardzo intensywny. Intensywnie karmelowy, czyli słonawy, z paloną nutą, a także, nie oszukujmy się, słodki. Aż delikatnie drapał w gardle.
Dodatkiem, który już od pierwszych chwil rzuca się w oczy są kawałki migdałowo-karmelowe w mlecznej czekoladzie. Jest ich dużo, o wiele, wiele więcej niż w mniejszej wersji. Niby powinien to być pokruszony Daim, jednak jest zupełnie inaczej.

Czekolada na tych kulko-kawałkach jest bardzo cienka i słodka (w formie tabliczki na pewno wyłapałoby się więcej wad, jednak w lodach nie), jej smak jakiś tam jest, ale nie nazwałabym go ani smacznym, ani obrzydliwym. Liczy się to, co jest pod czekoladą, czyli karmel. Chrupiący, słony, lekko słodki i nieco palony. Nie przykleja się do zębów i daje porządnego, karmelowego kopa. Są także kawałki migdałowo-karmelowe, bez czekolady. Wydały mi się jeszcze bardziej słone, chociaż to pewnie tylko przez brak polewy.

Migdały... owszem, coś tam czułam, ale nie wiem, na ile to smak rzeczywisty, a na ile autosugestia, bo wiedziałam, co jem. Kawałki są wszędzie - w całym pudle, od góry do dołu.

Te lody były pyszne. Słodkie, ale z tymi palono-słonawymi nutami. Niektórzy pewnie i tak będą narzekać, że są przesłodzone, dla mnie - w pełni do zniesienia. 
Nie sądziłam, że to kiedyś napiszę, ale musiałam nieco obniżyć ocenę lodom Daim. Nie tym dużym oczywiście. ;)
Te, 480-mililitrowe są spełnieniem marzeń karmeloholika. Potrójnie karmelowe, słodkie, słonawe i palone. Chrupiący karmel, nie przyklejający się do zębów. Człowiek chciałby więcej, więcej i więcej. Niby różnica między dużymi a małymi tkwi tylko w ilości dodatków (i ich rozmaitości), jednak te "tylko" warto by zamienić na "aż". Chrupania było od groma, a sos dodał tym lodom czegoś niezwykłego i barrdzo smacznego.


ocena: 10/10
kupiłam: Piotr i Paweł (tam chyba zostały kupione)
cena: nie wiem, mój tata kupił, kiedy do niego przyjechałam
kaloryczność: 274 kcal / 100 g, 179 kcal / 100 ml
czy znów kupię: tak

Skład: mleko zagęszczone odtłuszczone, śmietanka (z mleka), czekolada mleczna z chrupiącym nadzieniem karmelowo-migdałowym 16% (cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, migdały 3%, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, serwatka zmodyfikowana, odtłuszczone mleko zagęszczone słodzone, sól, substancje glazurujące (guma arabska), maltodekstryna, emulgator (lecytyna sojowa), aromaty), cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, produkt serwatkowy (z mleka), syrop glukozowy, kawałki karmelowo-migdałowe 3% (cukier, olej palmowy, migdały (5,5%), mleko zagęszczone słodzone, sól, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku (z mleka), mleko w proszku odtłuszczone, produkt serwatkowy (z mleka), emulgator (leyctyny (z soi)), aromaty), mleko zagęszczone słodzone, olej kokosowy, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar, pektyny), sól, aromaty, koncentrat marchwi

środa, 17 czerwca 2015

Valrhona noir Guanaja 70 % ciemna z Hondurasu

Valrhona jest francuską marką, wyrabiającą czekolady i czekoladki. Nie trzeba jednak jechać aż do Francji, by w jej produkty się zaopatrzyć - nie ma problemu z zamówieniem ich przez internet, a w większych miastach w specjalistycznych sklepach na pewno także uda się coś znaleźć. 
Ich czekolady mają bardzo proste, dwukolorowe opakowania, co przyciągnęło jakiś czas temu moją uwagę. Skoro te rzucające się w oczy zazwyczaj kryją zupełnie przeciętne wyroby, wyglądem próbując zatuszować smak, to tak niepozorne opakowania na pewno skrywają... coś. Coś, co znalazło się na mojej liście "koniecznie spróbować".
Przez wiele miejsc pochodzenia ziaren kakao, a także różną ich zawartość nie mogłam zdecydować się, które zamówić, jednak wtedy właśnie przyszła do mnie inna paczka z Sekretów Czekolady, bo dwóm czekoladom z ich oferty oprzeć się nie mogłam i gdy otworzyłam paczkę... byłam w szoku. Otrzymałam wiele rozmaitych malutkich czekolad, między innymi właśnie tych, na które się czaiłam.

Moją uwagę zwróciło malutkie i skromne czarno-czerwone opakowanie... Valrhona noir Guanaja 70 % cacao, czyli ciemna czekolada z zawartością 70 % kakao, będąca mieszanką ziaren criollo, forastero i trinitario (czyli krzyżówki dwóch poprzednich) z Hondurasu. Mamy więc mix z wyspy położonej nad Morzem Karaibskim, który zaintrygował mnie niezmiernie. 

Delikatnie wyjęłam tabliczkę owiniętą w złotko z papierka, który swą prostotą bardzo przypadł mi do gustu. Złotko odwinęłam i nagle, niczym piorun, pojawił się gorzkawy zapach kakao z nutą starych, drewnianych mebli. Nie był to smród zatęchłych foteli, ani żaden spray do czyszczenia drewna, tylko wiekowy już gabinet z ogromną półką ze starymi książkami. O tak dziwaczny i zarazem przyjemny aromat nie posądziłabym żadnej czekolady.
Tym bardziej poczułam chęć spróbowania jej. Bardzo ciemnobrązowa, odrobinę lśniąca, tabliczka ułamała się z dość głośnym trzaskiem.

Kawałek powędrował do ust. Pierwszą rzeczą, która uderzyła równie niespodziewanie jak zapach, była kremowa delikatność. Wyglądało na to, że czekolada nie może się zdecydować, czy pójść w stronę gorzkości, czy słodkości. W końcu jednak to drugie wyszło na prowadzenie. Czekolada stała się bardzo słodka, z wyraźną "ciężkością" (nie mówię tu o gramaturze). Wraz z upływem czasu, kawałek zaczął się rozpuszczać - bardzo gładko i pod tym względem przypominał mleczną czekoladę; zero proszkowatości, czy mulistości. Oprócz konsystencji podobnej do jaśniejszego rodu tabliczek, odnalazłam tu bowiem lekką, śmietankową nutkę, która była zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że mleka w składzie nie ma.

Odrobina kakaowej goryczki zaczęła się nasilać, spotęgowana waniliową poświatą. Wyłoniła się na moment, po czym zniknęła, a mi przez myśl przemknęły dojrzałe wiśnie. Bardzo dojrzałe. 
Później głębia kakao znów się rozlała po ustach, wraz z czysto czekoladowym smakiem. Było to bardzo proste, a zarazem "dwuznaczne". W tej głębi doszukałam się jednak czegoś jeszcze, oprócz typowo czekoladowego smaku.
To coś, to nic innego jak posmak orzechów włoskich, przez ułamek sekundy lekko gorzkich.
Ich smak jednak także po chwili zniknął, a ja znów poczułam dość silną słodycz. 
Mimo tej całej słodyczy, nie odebrałam tabliczki jako słodkiej, wręcz przeciwnie - kakao było tu "dyktatorem" i to pod jego dyktando wszystkie nuty smakowe się przeplatały. 
Ta czekolada miała wiele czekoladowych oblicz, podczas jedzenia jej, jednak po zniknięciu ostatniego kawałka, czułam już tylko gorycz. 
Zero kwaśnego posmaku. Tylko słodycz i kakao, które odsłoniło swoje 50 twarzy różne oblicza. 
Po zakończeniu degustacji w mojej głowie pojawiły się słowa, zamykające ją, i nimi właśnie zakończę tę recenzję: słodka elegancja. Chociaż, gdy człowiek już się z nią oswoił, zaczynała wydawać się troszeczkę nudna.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od sklepu Sekrety Czekolady
cena: jak wyżej
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: z chęcią kiedyś zakupię pełnowymiarową tabliczkę

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii

wtorek, 16 czerwca 2015

lody Haagen-Dazs blueberries & cream

Sama nie wiem, czym kieruję się podczas zakupów. Myślałam już nad tym wiele razy, ale nic sensownego nie wymyśliłam. Tak, jak mój ostatni zakup... Zobaczcie sami.
Uwielbiam lody czekoladowe, kawowe, waniliowe, orzechowe... takie, można powiedzieć, "słodyczowe". Do sorbetów i lodów owocowych jakoś mnie nie ciągnie, jednak nie mogę powiedzieć, że nigdy nie mam na nie ochoty. Ostatnio właśnie jakiś owocowych lodów mi się zachciało. Niby wiedziałam, że żadne nie będą w stanie zadziałać na mnie tak, że nigdy ich nie zapomnę, ale po prostu jakieś zjeść musiałam.
Jednak ja nie jestem typem osoby, która kupi zwykłe owocowe lody i będzie szczęśliwa. Ja musiałam mieć coś więcej, bo nie sposób kupić coś, w czym owoce zastąpiono wodą, cukrem i stabilizatorami i jeszcze nazwano lodami owocowymi.
Wreszcie, podczas tescowych odwiedzić, trafiłam na promocje i na nową dostawę haagenów. Już z daleka widziałam, że cała pólka jest nimi zapełniona. Znudzona pomyślałam, że na bank dowieźli więcej truskawkowych lodów (które omijam, bo nie lubię truskawkowych słodyczy), ale podeszłam. Podeszłam i nie pożałowałam, ponieważ obok wieelu pudełek z truskawkowymi, znalazł się także nowy smak... jagodowy.

Haagen-Dazs Classics blueberries & cream lśniły majestatycznie wśród truskawkowego smaku, który już mi się opatrzył. To nic, że okazało się, że promocja obejmuje tylko te czerwone owoce, wiedziałam, że muszę mieć te lody jagodowe z całymi jagodami, bo takich jeszcze nigdy nie próbowałam.

Już będąc w domu, otworzyłam 0,5-litrowe (430 g) pudło, po paru minutach od wyjęcia z zamrażarki. Powąchałam i... odpłynęłam. Wyczułam zapach bardzo podobny do tego, który się czuje, robiąc owsiankę z jagodami: mleko i jagody (amerykańskie konkretniej). Mleko, albo właściwie śmietankowość. Jako, że już sam zapach bardzo pozytywnie mnie zaskoczył (nie wiedziałam, że będzie aż tak intensywny i smakowity), od razu przeszłam do rzeczy.


Łyżkę wbiłam w masę lodową, przykładając do tego trochę siły. Lody wydały mi się nieco twardsze i bardziej zbite, niż reszta haagenów, aczkolwiek wciąż dość miękkie na tyle, żeby nie trzeba było obawiać się o łyżkę. 
Najpierw spróbowałam samych lodów. Pierwsze, co wyczułam bardzo wyraźnie, to fakt, że są zrobione na śmietanie kremówce. Były doskonale gładkie, kremowe i gęste. Odrobinę tłustawe, ale w sposób tylko i wyłącznie śmietankowy. W smaku czuć było słodką kremówkę, a także i mleko. Obie te rzeczy świeże i orzeźwiające, jakby tylko co wyjęte z lodówki. Oprócz tego, słodycz była na bardzo wysokim poziomie, bo mimo, że lody wydały mi się bardzo słodkie, to na pewno nie przecukrzone. Słodycz tę mogę nazwać bardzo naturalną, ponieważ smak jagód także był właśnie naturalny, a nie chemiczny, sztuczny, jak to często bywa np. w jogurtach.

W lodach widać malutkie drobinki, czyli proszek jagodowy, który stanowi 9 %. Słodko-owocowe, z nutką delikatnej kwaskowatości, także bardzo owocowej. Żadnej proszkowatości nie wyczułam.

Dodatkiem, który bardzo mnie interesował, były reklamowane całe jagody (12%). Rzeczywiście, w całą masę lodową wmieszano całą masę zbitych, "nierozpapłanych" jagódek. Owoce zachowały swoją soczystość, a przy tym kwaśno-słodki smak. Cudownie podkreślały smak jagodowy samych lodów, napędzając go co i raz, gdy się na nie trafiło i rozgryzło.

Muszę zaznaczyć, że trafienie na nie, nie było niczym trudnym, bo naprawdę ich nie pożałowano. 
Śmietanka i mleko do końca pozostają silnie wyczuwalne, chyba na równi z jagodami.
Poczucie silnej słodyczy także nie odpuszcza do końca. Przez to, lody skojarzyły mi się trochę z jagodami posypanymi cukrem (jak kiedyś podawała mi te owoce babcia, a za którymi ja nie bardzo przepadałam). Mogłyby być minimalnie mniej słodkie, a może odrobinkę bardziej owocowo-kwaśne. Słodka śmietanka i słodkie jagody tworzą naprawdę słodkie połączenie i nie ma tu żadnej skomplikowanej matematyki.

Ogólnie jednak te lody są kompletnie inne od zwykłych, jagodowych lodów. W smaku i w składzie (jest on bardzo zadowalający i nie wiem, jakie inne lody z marketów mogłyby mu dorównać - do głowy żadne mi nie przychodzą) są bardzo naturalne, nie ma w nich żadnego chemicznego posmaku, jak to często bywa w np. jogurtach.

Polecam każdemu lubiącemu lody owocowe, ale także dla osób, którym raz na jakiś czas takich się zechce, a nie chcą się do danego smaku zrazić, trafiając na kiepskie lody. Haagen-Dazs są zdecydowanie godne spróbowania, jednak mogłyby być tańsze, tego nie ukrywam.


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 24.79 zł
kaloryczność: 245 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: świeża śmietanka, mleko zagęszczone odtłuszczone, cukier, jagody (12%), proszek jagodowy (9%), żółtko jaja, sok cytrynowy z koncentratu, skrobia ryżowa, substancja żelująca: pektyna, naturalny aromat jagodowy

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Studentska mleczna z orzechami arachidowymi, rodzynkami i galaretkami

Człowiek nie musi się zastanawiać nad tym, żeby zabrać natychmiast rękę, kiedy dotknie czegoś gorącego, co może go oparzyć. Mózg podejmuje tę decyzję za niego. Tak samo u wielu osób działa czynnik, który ja nazywam "lubię-nie_lubię". O co chodzi? O to, że normalny człowiek jeśli czegoś nie lubi, to tego nie zje. Tak też, osoba nie lubiąca mięty w czekoladzie, nie kupi jej, ktoś nie tolerujący smaku mięsa, nie zje nic mięsnego, a ktoś krzywiący się na myśl o tłustych chipsach, powie "nie", gdy go nimi poczęstują. Proste i logiczne.
Jest też taka część społeczeństwa, która sama siebie pojąć nie może. Mało tego, właśnie takiej osoby bloga czytacie. Nie smakowała mi czekolada Studentska, nie lubię rodzynek w czekoladzie, nienawidzę galaretek - w każdej postaci. Pewnie pomyślicie, że upadłam na głowę, pisząc recenzję czekolady Orion, znanej jako... 
Studentska mleczna z orzechami arachidowymi, rodzynkami i galaretkami
Pytanie, wydawać by się mogło proste: dlaczego? W blogosferze zbiera ona bardzo dobre opinie, a ja zostałam nią poczęstowana, więc osobiście nic nie tracę. A może akurat odmieni mój świato- i czekolado-pogląd? (Nie.)


Wzięłam rządzik, oderwany od reszty 180-gramowej tabliczki. Dokładnie: oderwany, bo odłamaniem tego nie nazwę. Zauważyłam ciągnącą się trochę galaretkę i kilka wystających rodzynek. To był moment, w którym chciałam czekoladę rzucić i uciekać przez całą Polskę do mojej szuflady z Lindt'ami i Zotter'ami. Czy to będzie historyczny moment wystawienia 1/10 dla jakiejś czekolady na moim blogu?
Pierwsza kostka powędrowała do ust (a część czekolady zostało także na palcach). Cukier, zdecydowanie bardzo słodka czekolada. Mleczność... tak, zaraz nadeszła. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wyczułam jednak żadnych obrzydliwych tłuszczy, chociaż nie wątpię, że w składzie są. Ona była po prostu za słodka i za szybko się rozpuszczała. Niby kiepska, przypominająca te słodkie pseudo-czekoladowe wyroby, ale plastiku mimo wszystko nie wyczułam. Można trochę zjeść, ale chętnie po nią nie sięgałam. 
Czekolady w czekoladzie jest stosunkowo mało. Większość stanowią dodatki, co jest niewątpliwie plusem ze względu na jakość czekolady. Jak ktoś akurat takowe lubi - powinien być usatysfakcjonowany. 
Zacznę od galaretek, by ich opis mieć już za sobą: smakowały jak stopiony w obleśną glutowatą masę cukier. Z lekkim kwaskiem. W dodatku były duże... kilka sztuk w jednym pasku. Okropieństwo, po prostu "ukoronowanie" przesłodzonej czekolady. 
Dalej, rodzynki. Jak już pisałam, nie lubię ich dodatku w czekoladzie, w czymkolwiek właściwie. Kiedy jednak spotkałam się z nimi w czekoladach Zottera, nie miałam nic przeciwko im. Co ze Studentską? Rodzynki były dziwnie miękkie i proszkowato-rozlazłe, jakby bardzo długo poleżały w wodzie z cukrem. Obawiałam się, że będą zatęchłe, ale nie. Słodkie w smaku, ale przy tym jednak wciąż typowo rodzynkowe... Jeśli mam być szczera, nie były takie złe. 
Ostatni dodatek, na poprawę humoru, to orzeszki ziemne, które uwielbiam i mogę jeść kilogramami w każdej formie. Ze wszystkich dodatków to ich było w tej czekoladzie najwięcej, z czego ogromnie się cieszę. Typowo fistaszkowe (jak niby opisać smak orzeszków?) i chrupiące. Takie zwykłe, nieprażone (albo prażone bardzo słabo) orzeszki. Przyznać muszę, że ratują one nieco całość.

Właśnie, jak już o całości... z jednej strony wiem, że bogactwo dodatków komuś innemu może smakować, z drugiej jednak... chcę zapomnieć o smaku tej przecukrzonej czekolady z cukrowymi galaretkami. Rodzynki (wybaczam im już tę konsystencję) i orzeszki spieprzone jednak nie były. Nie było tu żadnego obrzydliwego posmaku, oprócz kompletnego przesłodzenia. To też może smakować komuś, kto lubi słodkie, mleczne tabliczki. Jak ktoś patrzy na kalorie, to z nimi też nie jest fatalnie.


ocena: 3/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: jak wyżej
kaloryczność: 495 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie kupiłam i tak też pozostanie

niedziela, 14 czerwca 2015

lody Italiamo Gelato al gusto di Crema Fiorentina o smaku likieru migdałowego z ciastkami amaretti

Kiedyś marzyło mi się wyjechanie do Rzymu, chciałam nauczyć się włoskiego. Widziałam siebie wśród tych wszystkich Włoszek w lekkich, jesiennych kurteczkach i ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Miałam wiele planów, a skończyło się na serwowaniu sobie lasagne raz na jakiś czas. Ogólnie jakiś tam sentyment do tego kraju pozostał, ale teraz mnie już nie fascynuje, kuchnię włoską nawet lubię, chociaż nie kojarzę jej z np. pizzą, której nie jadam. Wszystko to jednak przyczyniło się do tego, że tygodnia włoskiego w Lidlu ominąć nie mogłam. Jedyne, co sobie kupiłam to były pesto i różne pasty, oraz... opakowanie lodów, które były tą jedną nieplanowaną rzeczą, ponieważ nie widziałam jej wcześniej w gazetce, a zaciekawiła mnie dość mocno.

Lody Italiamo Gelato al gusto di Crema Fiorentina, czyli o smaku likieru migdałowego z ciasteczkami amaretti. 
Ciasteczka amaretti to migdałowe, kruche ciastka z likierem amaretto, które wręcz uwielbiam (chociaż tych lidlowych nie kupiłam), w formie lodów skutecznie przyciągnęły mnie do siebie bardziej, niż wersja kawowa. Kawowe lody można kupić zawsze, a takie... no cóż, przynajmniej ja je widzę po raz pierwszy.
200-gramowe (250 ml) opakowanie wydało mi się dziwne pod względem wielkości, ani to zjeść na raz, ani zostawiać "na potem".

Kiedy uniosłam wieczko, zobaczyłam beżowe lody, na których wierzchu znalazło się bardzo, bardzo dużo malutkich ciasteczek. Po bokach widać było także odrobinę sosu, o którym na opakowaniu nic nie napisano. Zapachniało przyjemnie, tak likierowo-ciasteczkowo. 
Próbowanie zaczęłam od samych ciasteczek. W pierwszej chwili wydały mi się chrupkie, jednak szybko zorientowałam się, że tak naprawdę były bardzo wilgotne, co mimo wszystko zadziałało na mnie bardzo pozytywnie. Delikatne i wilgotne, nie zaś rozpapłane i ohydnie mokre. Co się tyczy smaku, pierwszym co poczułam, był lekko gorzkawy posmak dobrze wypieczonych ciastek. W tych maleństwach znalazło się także wieeele słodyczy i, na szczęście, smaku migdałów, ale także alkoholowej nuty. Gdyby nie były aż tak słodkie, byłyby lepsze, ale i tak nie narzekam. W pewnym momencie poczułam się jakby cukier chrzęścił mi pod zębami, co już według mnie zasługuje na wielki minus.
Z lodami traciły większość z tego i były po prostu słodkie, więc zjadłam je najpierw, oddzielnie.
Kolejną rzeczą, nałożoną na łyżeczkę, był sos. Tylko po bokach w ilości całkiem sporej; do środka odchodziły jego wstążki i w samym centrum opakowania - znikały kompletnie. Miał w sobie coś maślano-karmelowego. Nie był to jednak palony, słonawy karmel, a taki po prostu straszliwie słodki sos. Dało się w nim wyczuć także słodkawy posmak likieru.
Wreszcie przeszłam do samych lodów, ładując do ust ogromną porcję. Dwóch rzeczy jestem pewna: były bardzo zimne i bardzo, bardzo słodkie. Po tym pierwszym kontakcie, przyszedł czas na debiut likierowego smaku, który skojarzył mi się z deserem zabaglione, zrobionego z żółtek, cukru i likieru. To było to! Te trzy rzeczy, może tylko w innej kolejności, bo niestety na pierwszym miejscu był cukier. Tak, lody te są wręcz przesłodzone, co jednak nie zmienia faktu, że naprawdę smaczne. Gdyby dać tak o pół kilo cukru mniej - byłyby pyszne. Tym bardziej, że to wszystko było podkreślone przez delikatny smak migdałów. 
W tle, kiedy się porządnie wczułam, znalazła się także mleczność, którą, gdyby zjeść lody bardzo szybko, można by nawet pominąć, nie wyczuć. Lody są gładkie, jak na mój gust odrobinę za tłuste i miękkie, mimo, że dość gęste. Konsystencja właściwie taka jaką lubię, gdyby tak ten tłuszcz wykluczyć.

Z bólem serca stwierdzam, że są przecukrzone. To ich największa wada. Słodkie lody, ze słodkim sosem i słodkimi ciastkami. Nie był to co prawda cukier w cukrze w czystej postaci, bo smak całkiem przyjemny (pomijając nadmierną słodycz), ale pewnie dyskomfort w postaci zamulenia jest. Nie zjadłam na raz, podzieliłam na dwa. Gdybym zjadła na raz, pewnie by już zasłodziło mnie totalnie.

Ciekawią mnie dwa pozostałe smaki - kawowy i cytrynowy, chociaż pewnie nie znalazłabym w nich goryczki i kwaśności.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 3.99 zł
kaloryczność: 191 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

sobota, 13 czerwca 2015

Mount momami biała z wanilią i solonymi migdałami

Zastanawialiście się kiedyś nad istotą grawitacji, magnetyzmu? To pytanie retoryczne, bo ja nie, nie zastanawiałam się, zawsze byłam (i jestem) typem humanistki. Nie chodzi wcale o to, że nie rozumiem matematyki, czy chemii, bo kiedyś nawet myślałam o kształceniu się w tym kierunkach, jednak czymś, co naprawdę sprawia mi przyjemność jest pisanie, ciągnie mnie do poezji, ale nie o tym ten wpis. Wiem jednak jedno - nawet jeśli siły wspomniane na początku kiedyś nawalą, jest takie połączenie wśród słodyczy, które ma o wiele mocniejszą siłę przyciągania. Bezwarunkową i nielogiczną. Biała czekolada z wanilią - zawsze mnie do siebie przyciągnie. Po prostu nie ma szans, żeby taka czekolada poleżała za długo w mojej szufladzie. 

Ostatnim zakupem, który był po prostu konieczny, a bez niego moje istnienie straciłoby sens, jest czekolada Mount momami frischgeschopft weisse Schokolade mit gesalzenen Mandeln & Bourbon Vanille, czyli biała z solonymi migdałami i wanilią burbońską. Jadłam czekolady białe z wanilią, jadłam mleczne z solą i jadłam wiele tabliczek z migdałami, jednak to połączenie prawie przyprawiło mnie o chwilową arytmię serca. Zamówiłam i z niecierpliwością oczekiwałam przesyłki.
Gdy wreszcie piękne opakowanie, przypominające mi książkę (które swoją drogą sobie zostawiłam), znalazło się w moich rękach, czym prędzej je otworzyłam. W środku było pazłotko, którego czym prędzej się pozbyłam. To była ta chwila. Właśnie trzymałam w rękach czekoladę o eleganckim, wbrew pozorom, niezbyt ładnym kształcie. Lubię wymyślne kształty czekolad, ale to cienkie bezkształtne coś nie przemawia do mnie. Wszystko wynagrodził jednak zapach: waniliowy, przyprawiający o wypieki na twarzy, a już na pewno przynajmniej zachwycający, z migdałową nutą, śmietankowy w sposób charakterystyczny dla dobrych białych czekolad. 

Pierwsze skojarzenie, przy pierwszym kęsie, to było: "przecukrzone mleko". Czekolada zaczyna bardzo szybko się rozpuszczać, a pierwsze wrażenie przeraźliwej słodyczy mija, pozostawiając przyjemny, wyraziście mleczny smak. Śmietanka, również obecna, jest nie do pominięcia.
Silna słodycz, która nie zniknęła, a tylko trochę osłabła, ma autentyczny, waniliowy motyw przewodni. Definitywnie słodka i naturalna wanilia. Pokruszone kawałki laski wanilii czuć było "namacalnie" na języku. Ani przez moment ich nie zabrakło. Słodycz płynęła właśnie z nich, a nie z jakiś aromatów. Cudna słodycz. Jest to jedna z tych białych czekolad, do których chciałoby się ciągle wracać. Żadnej margaryny, żadnego ohydnego cukrowego posmaku. Tylko wanilia (znaczy, cukier oczywiście jest w składzie, ale w smaku nie wybiega przed szereg), co tak uwielbiam w białych czekoladach.
Niektórych mogłaby zdecydowanie zasłodzić, jednak przy kolejnym kęsie, obok słodyczy, pojawiła się.. sól. Najpierw delikatna, pokazująca zupełnie inną twarz białej czekolady, nieco wydobywająca jej mleczny smak, a potem... trafiłam na cały migdał (co nie jest trudne, jest ich 34 %), bardzo smaczny, idealnie podprażony, chrupiący i bardzo... słony! Słoność nasiliła się w pewnym momencie tak bardzo, że zagłuszyła wszystko inne, a następnie wanilia dogoniła go i przywołała do porządku. Kolejne migdały i kolejna dawka soli, otulona przez bezkresną słodycz. I tak w kółko, aż do końca "tabliczki". Sól morska (taką tutaj zastosowano) jest w smaku bardziej słona od tej zwykłej, kuchennej, więc dawała porządnego, słonego kopa.
To dziwne, ale kiedy kubki smakowe zostaną zmasakrowane przez tak silną słoność, słodycz jest potem odbierana jako jeszcze intensywniejsza. W końcu słodycz i słoność zaczynają się mieszać, tworząc niezwykle oryginalne połączenie. 
Nigdy nie jadłam bardziej waniliowej czekolady, a już na pewno bardziej słonej białej czekolady. Mimo, że (a może właśnie dlatego) połączenie wydaje się nie z tej Ziemi, jest nieziemsko rewelacyjne! Nigdy bym nie pomyślałam, że sól i waniliowa biała czekolada może być właśnie "tym czymś", za czym ciągle się uganiam. To cholernie pyszna czekolada, rzucająca na białe czekolady kompletnie nowe światło. 
Największą wadą tej czekolady jest jej ilość. Czegoś tak wspaniałego, mogłabym zjeść o wiele więcej. Naprawdę. Dzięki soli nie czułam przesłodzenia, a dzięki cukrowi i wanilii, nie było mowy o zasoleniu. 
Ta czekolada bezdyskusyjnie trafia na listę moich ulubionych. 


ocena: 10/10
kupiłam: maan-premium.sklep.pl
cena: 10.69 zł (za 85 g)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym kiedyś do niej wrócić

Skład: biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), solone prażone migdały (migdały, sól morska, guma arabska), wanilia burbon 0,5%

Aktualizacja z dnia 21.01.2016:

Jakiś czas temu te czekolady w nieco innym opakowaniu i pod logiem Kauflandu pojawiły się właśnie w tym sklepie. Zakupiłam wcześniej jedną z Allegro z niemieckiego rynku (i była przepyszna), a następnie z Kauflandu.
Ta bezpośrednio z Kauflandu (w polskim opakowaniu), jest nieco słodsza od tej wyżej opisanej, mniej od niej słona, a migdały wydają się mniej prażone.
Te różnice w odbiorze nie wynikają ze zmiany mojego gustu, na potwierdzenie czego zamieszczam zdjęcia składu - kaloryczność jest inna, a więc coś tu pozmieniali, mimo że znaczących różnic w składzie nie ma.
Mimo tych zastrzeżeń, to wciąż smaczna czekolada, ale... nie jest to to samo; to nie ideał.

ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6.99 zł (za 85 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem


piątek, 12 czerwca 2015

kinder country cream&crock

Nabiegałam się po sklepach, naszukałam się. W końcu znalazłam w Tesco czteropak, byłam gotowa go kupić. W końcu 8 zł... niee, jednak za dużo na produkt, który chce się na próbę. A i cztery sztuki od razu... a jak nie posmakuje? Na pewno posmakuje, przecież to kinder! A jeśli...? No i takie dylematy życiowe męczyły mnie ze dwa dni, aż przechodząc obok katowickiej Żabki wpadłam na pomysł wejść tam i kupić coś do picia (i mam tu na myśli tylko wodę)... wtedy, przy kasie moim oczom ukazało się...
Kinder country cream & crock: jedna sztuka. Znaczy... w sklepie było ich dużo, ale sprzedawali po jednej sztuce, więc skorzystałam z okazji. Kocham kinder country, kinder Joy też (swoją drogą, recenzje za jakiś czas), więc co mi w tym może nie smakować, prawda? 

Przywiozłam malutkie opakowanie, zawierające krem mleczny ze zbożami i czekoladą mleczną (jak napisano na opakowaniu) do domu, kilka zdjęć zrobiłam i zabrałam się do jedzenia. Zapomniałam o ujęciu po otwarciu, a jeszcze przed jedzeniem, ale to tylko dlatego, że zapach był cudowny... mleczno-czekoladowy, rodem z kinderek, z czymś zbożowym w tle. 
Tutaj pojawił się dylemat: jak to niby jeść? Zirytowałam się, że trafiła mi się felerna wersja, ale zaraz... łyżeczka była ukryta z tyłu (ta, ukryta, a z przodu napis: "łyżeczka z tyłu opakowania").

Dobra, wreszcie mogłam zabrać się do jedzenia.

Wierzchnia warstwa mlecznej czekolady, którą wszystko zostało oblane (swoją drogą nie wygląda to ładnie), jest raczej cienka, ale na tyle słodka, że da się wyczuć, iż jest ona przeraźliwie słodka. Oczywiście mleczna i tłusta, w formie bardziej kremowej. W kinderkach chyba jest ona taka sama (tylko, że tam jest po prostu czekoladą, a tutaj miałam do czynienia z kremem), jednak w tej formie ta tłustość i słodycz jakoś tak mnie poraziła...
Ekspandowane ziarna zbóż (jęczmień, ryż, pszenica, orkisz, gryka) są lekkie i chrupiące. Da się wyczuć smak poszczególnych, np. raz czułam coś ryżowego, za chwilę trafiłam na grykę, jednak, gdy nabierałam całą łyżeczkę, a nie bawiłam się w jedzenie wszystkiego oddzielnie, słodycz zabijała ich smak i ziarna po prostu chrupały lekko.

Na samym dnie był rzekomy krem mleczny, który był jak dla mnie za słodkim i za tłustym kremem, w którym mleko było czuć. Chyba ono powinno być na pierwszym miejscu, prawda? Mimo tego, ten krem był chyba najsmaczniejszym składnikiem, bo przypominał rozpuszczone kinderki, gdy trochę wymieszał się z mleczną czekoladą.

W dodatku, strasznie niewygodnie się to jadło przez kształt opakowania i łyżeczki. W Kinder Joy opakowanie jest bardziej wypukłe, co do tej łyżeczki po prostu pasuje, no... tutaj już mniej.
Całość odebrałam jako za słodką, za tłustą i w dodatku proszkowatą, z czymś, co po prostu chrupało, a po zjedzeniu pozostawiło po sobie posmak wafli ryżowych (i cukru). 
Nastawiłam się na coś pysznego, jednak jak dla mnie to jest już przekombinowane (i przesłodzone). Niby nie było obrzydliwe, ale zbyt smaczne też nie. Bardzo się cieszę, że udało mi się kupić tylko jedną sztukę.


ocena: 3/10
kupiłam: Żabka
cena: 2 zł
kaloryczność: 540 kcal / 100 g, sztuka (21,5g) - 116 kcal
czy znów kupię: nie

czwartek, 11 czerwca 2015

A. Morin Sao Tome 63 % ciemna z Sao Tome

Po moim pierwszym kontakcie z czekoladą z francuskiej czekoladziarni Morin, marka mnie zaintrygowała. Czekolada z Jawy była interesująca i jedyna w swoim rodzaju, a pozostałe tabliczki wydają się równie interesujące. Jeśli mam być szczera, nie umiałabym wybrać, którą powinnam spróbować jako następną, jednak z pomocą przyszedł mi termin ważności.

Czekoladą, na którą wypadło, była A.Morin Sao Tome noir 63 %, czyli ciemna z dość niską zawartością kakao (pochodzącego z okolic Zatoki Gwinejskiej), bo tylko 63 %. W składzie oprócz tego cukier i tłuszcz kakaowy, czyli krótko i zwięźle. Taki też będzie wstęp, więc przejdźmy do mojej ulubionej części, a mianowicie samego kosztowania tabliczki.

Odwinęłam papierek, zaczęłam rozrywać sreberko. Poczułam aromatyczne kakao, przywodzące na myśl ciężkie perfumy ze słodką nutą. Zwiastowanie czegoś interesującego. Kiedy wydobyłam tabliczkę, humor trochę mi się popsuł. Była nieco połamana, ale wciąż ładnie wyglądająca, bo gładkie kostki o nieco ciemnawo brązowym kolorze jakoś przypadły mi do gustu. Proste i eleganckie. 
Przy pierwszym gryzie poczułam słodycz, delikatną, jednak niezachwianą przez żadną gorycz. Była to delikatna słodycz z elementem czegoś ciężkiego. Pierwsze skojarzenie to były różowe winogrona, a konkretniej ten moment, w którym mamy do czynienia ze skórką. Słodycz powoli słabnie, a pojawia się lekko śmietankowa nutka, przywiodła mi na myśl serek topiony. Zniknęła dość szybko. Tak jak właśnie taki ser, jest gładka, jednak tutaj sytuacja ulega zmianie, bo kostka zaczyna coraz bardziej upodabniać się do dobrze zmielonych orzechów domowym sposobem, czyli gładkiej masy, która nigdy nie będzie idealnym kremem, zawsze pozostanie nieco "szorstka". Dlaczego akurat mielone orzechy? Czekolada jest tłustawa i jakby mokra. Wyczułam w niej odrobinę orzecha włoskiego na początku, potem zaś smaczek zmienił się w orzech laskowy, schrupany z brązową "skórką" (nie chodzi mi o łupinę).
Gdy rozpuszcza się bardzo powoli, jest jakby "zapychająca" w gardle, da się wyczuć kwaskowatość wina, jednak wciąż to słodycz gra pierwsze skrzypce. Nie jest to słodycz znana z popularnych mlecznych czekolad. Ta jest gorzko-ciężko słodka. Nie, czekolada nie jest gorzka. Pod tym względem najlepiej sprawdzi się ponowne porównanie do perfum.

W pewnym momencie do głowy zaczęły przychodzić mi skojarzenia z korzeniami i wilgotną korą. Potem, nieoczekiwany zwrot akcji i nawrót winogron, tym razem, jakby z przypadkiem rozgryzioną pestką.
Po którejś kostce z kolei, po paru chwilach, poczułam coś, co z kolei zidentyfikowałabym jako śmietanę. Nie śmietankę, a właśnie kwaskowatą śmietanę po prostu. Raz jeszcze przypomnę, że te wszystkie motywy tylko towarzyszyły słodyczy, która cały calutki czas dominowała. 

Mimo, że przymiotnik "gorzka" pojawił się w tekście, tej tabliczki nie mogę nazwać gorzką. Wisząca nad słodyczą i innymi nutami smakowymi, goryczka była, jednak ani razu nie pokazała się w pełnej okazałości. 
Czekolada z kakao z Sao Tome zostałaby przeze mnie nazwana smaczną i słodką ciemną mleczną czekoladą, a ocena pewnie byłaby trochę niższa, gdyby nie jeden szczegół. W składzie nie ma mleka. Posmak jednak na pewno się znalazł, w postaci bardziej śmietanowej, ale był. To samo z orzechami. Ciekawe, ile samo pochodzenie kakao może zdziałać, prawda? Kolejna interesująca tabliczka, z którą popołudnie spędziłam wyjątkowo miło. Szkoda, że nie było w niej jeszcze większej, iście kakaowej głębi...


ocena: 9/10
kupiłam: zamówiłam przez e-mail u pana Pawła
cena: 20 zł
kaloryczność: nie podana 
czy kupię znów: z chęcią bym ją sobie kiedyś przypomniała

środa, 10 czerwca 2015

lody na patyku Movenpick Macao Vanilla

Co roku mam ochotę na inny typ lodów. W tym, albo jeszcze mi się ta chęć nie określiła, albo po prostu mam ochotę na lody smaczne. Obojętnie jakie konkretnie, ale ważne, żeby były smaczne. Kubeczki, patyki, pudła - bez znaczenia. Jednak oczywiste chyba jest, że nie spieszy mi się do kupowania ogromnych porcji firm, których nie znam, albo które kiedyś tam próbowałam (i nie pamiętam dobrze). Movenpick kusi mnie od paru tygodni. Nie na tyle, żeby wydać kilkanaście złotych na całe opakowanie, ale z chęcią przyjrzę się ich ofercie. Na mojej drodze do skosztowania produktów tejże firmy, stanął na szczęście lód na patyku, czyli wersja w sam raz, na raz. 

Movenpick Macao Vanilla, to lody o smaku wanilii Bourbon w czekoladzie mlecznej. Wanilia, burbońska, czy jakakolwiek inna, jest w składzie, więc tym bardziej czuję się zachęcona. To, że w lodach waniliowych jest ona obecna, to bardzo dobry znak. 


Otworzyłam, powąchałam. Konkretnego zapachu nie poczułam, ale z lodami tak już czasami bywa, szczególnie z tymi w czekoladzie właśnie.

Zaczęłam, tradycyjnie, od zgryzienia czekolady. Od raza poznałam smak właśnie czekolady mlecznej, nie zaś polewy, którą często można spotkać w lodach. Tu miałam do czynienia z czystą czekoladą: dość słodką, jednak zdecydowanie stonowaną. Nutka kakao była przyzwoicie silna, chociaż i mleczności nie zabrakło. Rozpuszczała się dość szybko i z każdym kolejnym odgryzionym kawałkiem utwierdzałam się w przekonaniu, że wbrew pozorom, mleczny posmak jest o wiele słabszy, niż się spodziewałam. W ogóle, czekolada była mniej słodka, niż myślałam. Pozytywne zaskoczenie, nie ukrywam, chociaż gdyby miała być tak przyjemnie słodka, jak w Magnumach, też bym nie była rozczarowana. Warstwa ta była momentami dość gruba, a czasem bardzo, bardzo cieniutka. 
W końcu jednak, przeszłam do głównej części, czyli samego waniliowego loda. Był bardziej rzadki, niż gęsty (nie był rozwodniony, ani nawet zbyt rzadki) i rozpuszczał się dość szybko. Po paru chwilach dotarło do mnie, dlaczego lód nie był gęsty (jak to się spotyka w lodach na bazie śmietany kremówki). Otóż Movenpick został zrobiony na bazie mleka. Czego zabrakło mi trochę w czekoladzie, miałam pod dostatkiem w masie lodowej. 
Zdecydowanie mogę powiedzieć, że na bazie krowiego mleka, co było dość silnie czuć w smaku. Obok słodkiej wanilii bowiem, czułam tutaj element krowiego wręcz posmaku.
Lód ten był bardzo mleczny i słodki.

Wszystko wygląda pięknie, jednak ta słodycz nie była do końca waniliowa. Fakt, lody bez wątpienia są waniliowe, jednak wciąż za mało waniliowe, nawet czarnych kropeczek było stosunkowo mało. Wiem jednak, że (naturalnego!) aromatu nie pożałowali, bo kiedy czekolada zniknęła, wanilią pachniało tak, że z chęcią kupiłabym takie perfumy. 

Smaczne, mleczne lody waniliowe z przyzwoitą czekoladą, do której mam jednak zastrzeżenia w sprawie jej grubości. Stanowczo za drogie.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 4.29 zł
kaloryczność: 341 kcal / 100 g, lód (120 ml / 74 g) - 254 kcal
czy znów kupię: może, ale tylko w promocji