poniedziałek, 6 października 2025

Karl Fazer Winter Edition Maitosuklaa Piparkakku / Milk Chocolate with Gingerbread mleczna z ciastka korzennymi

Póki jeszcze w Beskidach leżał śnieg, uznałam, że wezmę właśnie korzenną czekoladę. Bo kiedy niby miałaby nadejść pora na nią? No chyba nie latem (plus mleczna mogłaby źle znieść wysoką temperaturę). Z Wielkiej Raczy poszłam zielonym na Małą Raczę, a potem przeszłam na szlak czarny, by przejść przez Orło i Jaworzynę do Przełęczy i Schroniska Przegibek. Orło, mylnie zwany Orłem, wyglądał dość charakterystycznie na mapie, a w rzeczywistości... nie był to jakiś szczególnie widokowy szczyt. Góry ledwo widać zza drzew, ale... mnie zachwyciły tam szare drzewa, stanowiące ze śniegiem i niebieskim, trochę ozdobionym chmurami, niebem kompozycję o ciekawym klimacie. Choć najpierw planowałam, że za kolejną po Cacao Crudo Scorze di Limone / Lemon Zests Dark Chocolate 77 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru  czekoladę wezmę się dopiero na Hali Śrubicie, uznałam, że jednak szybciej wyciągnę tabliczkę. Tabliczkę, którą kupił mi ojciec podczas wspólnych zakupów, pamiętając, że lata temu bardzo lubiłam ciastka korzenne. Traf chciał, że całkiem niedawno miałam okazję zjeść czystą ciemną tej marki z Finlandii (Fazer Pure Dark 70 % Cocoa Finest Dark Chocolate) i pozytywnie mnie zaskoczyła. Pomyślałam więc, że nie zaszkodzi też sprawdzić kompozycji mlecznej. Chyba właśnie w takich Fazer czuje się najlepiej (bo stanowią większość asortymentu).


Karl Fazer Winter Edition Maitosuklaa Piparkakku / Milk Chocolate with Gingerbread to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z kawałkami ciastek korzennych / pierniczków (14%).

Po otwarciu poczułam dominujący zapach goździków, ostro zarysowujących się na cukrowo słodkiej czekoladzie mlecznej. Za tym rozchodziła się bardziej złożona korzenność, z cynamonem, który też całkiem wyraźnie się wybił. Miałam wrażenie, że korzenna pikanteria nakręca się wraz z cukrem.

Tabliczka przy łamaniu była twarda, ale raczej ze względu na grubość. Nie trzaskała, acz chrzęst ciastek było słychać. Przekrój potwierdził, co zdradzał spód: kawałków ciastek nie pożałowano. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie. Przemknęła mi w niej lekka proszkowość, która jednak po paru chwilach nikła w kremowości. Baza była gęstawa i średnio tłusta w mleczny sposób. Nie miękła jakoś szczególnie i starała się jak najdłużej zachwiać kształt. Wyszła trochę lepko, choć poczucie to rozbijały twarde, niektóre nawet troszeczkę ostrawe kawałki ciastek. W zasadzie nie da się zrobić kęsa, by na nie nie trafić. By spróbować trochę samej czekolady, musiałam aż uważnie zębami spiłować trochę czekolady z brzegu. Zdawało się też, że trochę przyspieszały rozpływanie się czekolady. Chwilami ciastek było ryzykownie dużo, ale nie wystąpił jeszcze nieprzyjemny efekt "zlepka-ulepka" dodatków. Acz było ryzykownie blisko.
Ciastka, co wyszło na jaw dopiero po chwili, okazały się w zasadzie średnio dużymi zbitkami malutkich kawałków oraz małymi kawałkami. Wolałam gryźć je dopiero na koniec.
Ciastka do końca zachowywały twardość. Były krucho-rzężące, masywne. Czuć w nich lekką pylistą mączność. Po naprawdę długim czasie jednak wreszcie nasiąkały, miękły i trochę (choć niechętnie) się rozpuszczały.

W smaku pierwsza zaznaczyła się niemal piekąca w język korzenność, w której przewodziły goździki. 

Słodycz rozeszła się powoli, w harmonii z pełnym, wyrazistym mlekiem. Mleko zgrało się z przyprawami, które jeszcze się nasilały.

Do pikantnych goździków dołączył znacznie słodszy cynamon. Trochę, sporadycznie przeplatał je imbir. Wszystkie wchodziły w trochę ciasteczkowe, pieczono-pszenne klimaty. Te odzywały się po pewnym czasie, wraz z wyłaniającymi się ciastkami. Oprócz motywu ciastek korzennych, czekolada wydawała się sama w sobie korzenna. Przyprawy były silne, ostre, acz całość nie był bardzo pikantny. Czułam w nich też lekką goryczkę przypraw.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrosła słodycz, a do mleka zawitała maślaność czekolady. Związała się z lekką nutką ciasteczek, ale i cukrowość w niej czuć. Wskoczyła na wysoki poziom.
Czasem, za tymi mocnymi przyprawami, zalatywała plastikiem, co czułam też, gdy spróbowałam jej trochę osobno. Wtedy utwierdziłam się, że cała smakuje korzennie (albo przesiąkła przyprawami, albo dodano je też do niej).

Gdy na próbę trochę ciastek pogryzłam obok czekolady, poszły w średnio wysoką słodycz, a korzenna ostrość trochę się w tej słodyczy rozmyła. Ogólnie gryzione wcześniej wydawały się mniej wyraziste korzennie, więc wolałam je zostawiać na koniec.

Korzenność ogólna i ciastka korzenne rosły w siłę.
Słodyczy ciastek zdarzało się podszeptywać przyprawom sztucznawe przerysowanie. Pikantne goździki, cynamon i imbir wraz z ryzykownie wysoką słodyczą zaznaczały swoją obecność w gardle jako lekkie pieczenie. Korzenną ostrawość sprawiała jednak, że poczucie przesłodzenia nie było tak jawne.

Ostre ciastka korzenne gryzione na koniec smakowały bardzo słodko i pszenne, ale też intensywnie przyprawami. Do końca przewodziły goździki, lecz cynamon i trochę imbiru się do nich zbliżyły. Zdarzało się, że w słodyczy pokazała się nuta... Dziwnie wręcz "słodziusia".  
Pszenno-mączna nutka grała w nich rolę nie do przegapienia. Pieczoność stała na średnim poziomie. Gdy długo nie ruszałam ciastek i miękły, mączność jeszcze trochę się nasilała. 


Po zjedzeniu ostał się posmak przede wszystkim pszennych ciastek korzennych i cukru, złączonych mlekiem. Wciąż, mimo przesadzonej słodyczy i wręcz piekącej korzenności, była wyraźna. Wśród przypraw dominowały goździki, cynamon i imbir były dopiero za nimi. Słodycz dawała się we znaki jako drapanie w gardle, które to poczucie umacniały przyprawy.

Mleczna, tak słodka czekolada to nie moja bajka, ale tę doceniam. Choć była za słodka, przyprawom tak udało się ograć cukrowość, że była w miarę do przyjęcia (zwłaszcza na szlaku w górach). Wyciągnęły ją bowiem w piekącą ostrość i ciasteczkowość. Ciekawe, że to nie cynamon dominował, a goździki. Cynamon i imbir po prostu czuć. Jednocześnie nie była to bardzo pikantna czekolada. Inna ciekawa sprawa to to, że korzenność wydawała się grać też niezależnie od ciastek korzennych, jako przyprawy. Zastrzeżenia mam nie tylko do słodyczy, ale też samych ciastek - coś w ich smaku mi nie grało i czuję, że gdyby nie tyle przypraw, nie byłyby smaczne.
Ciastek korzennych było bardzo dużo, ale nie najeżyły przesadnie tabliczki i nie kaleczyły języka, choć było niebezpiecznie blisko. Przy jednak tak słodkiej czekoladzie, ta ilość wyszła na dobre.
Przypomniała mi się Ambiente Speculoos Lait, którą nie wiem, czy dziś oceniłabym tak samo wysoko, ale która ogólnie wydawała się lepsza, a tylko kwestię przypraw Fazer rozwiązała lepiej.

Zjadłam połowę: większość w górach i wtedy nawet w porządku to szło, trochę by zweryfikować w domu i wtedy jej słodycz i najeżenie ciastkami już jednak za bardzo dawały mi się we znaki nawet z przyjemnością, ale więcej już zwyczajnie nie chciałam i oddałam Mamie, która powiedziała tyle: "No, ta czekolada taka zwykła, poprawna mleczna; smaczna. Ciasteczka no fajnie chrupały. Całość tylko za słodka, spod cukru aż trudno o tę korzenność".


 ocena: 8/10
kupiłam: Auchan (w zasadzie ojciec)
cena: 18,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, maślanka w proszku, mąka pszenna, olej palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone odtłuszczone w proszku, przyprawy (cynamon, goździki, imbir), sól, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

niedziela, 5 października 2025

Cacao Crudo Scorze di Limone / Lemon Zests Dark Chocolate 77 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru ciemna ze skórką cytryny

Przejadłam już parę czekolad ze skórką pomarańczy i w większości mnie nie chwytały. Mam wrażenie, że przeważnie skórkę producenci robią po prostu nie w moimi stylu. Czekolad ze skórką cytryny jednak znam o wiele, wiele mniej. A właśnie jako dodatek wydaje się równie ciekawa. Daje spore pole do popisu dla twórcy. Tu w dodatku dodano nie byle jakie cytryny, a certyfikowane Siracusa Lemon PGI. 
Jak można przeczytać w opisie na stronie, ręcznie oddzielono skórki od cytryn, a następnie suszono przez 36-40 godzin w temperaturze około 30°C. Gdy tylko zobaczyłam te czekoladę, przeglądając, co jeszcze mogę zamówić razem z czystymi Cacao Crudo, zainteresowałam się. Na rękę była mi malutka gramatura: idealna, by spróbować, ale gdyby miała okazać się kiepska, nie zostać z dużą i z bardzo uszczuplonym portfelem. Wzięłam ją na Wielką Raczę (co za ironia, że czekolada właśnie bynajmniej nie wielka), na którą weszłam początkiem marca żółtym - niczym cytryna - szlakiem z Rycerki Górnej.


Cacao Crudo Scorze di Limone / Lemon Zests Dark Chocolate 77 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru to ciemna surowa czekolada o zawartości 77% surowego kakao Criollo z Peru z kawałkami suszonej skórki cytryny.

Po otwarciu poczułam złożony zapach, którego wszystkie elementy były bardzo intensywne i dość ciężkie. Goryczkowata, okrojona z soczystości skórka cytryny mieszała się z rozmarynem, który stał na czele całego ziołowego bukietu. Wszystko to na tle czarnej, wilgotnej ziemi. Słodycz była wycofana i niska, trochę ciężka i palona. Pod nią krył się trudny do uchwycenia, nieoczywisty, wręcz trochę pudrowy motyw... słodkiego sorbetu malinowo-cytrynowego?

Tabliczka na pierwszy rzut oka nie zdradzała obecności dodatków, jednak gdy przyjrzeć się uważnie spodowi, małe kropki lekko prześwitywały.
Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, ale kojarzyła mi się trochę ze skałą. Gdy zaś odgryzałam kawałek, sprawiała wrażenie kruchej (ze względu na dodatki).
Przekrój ujawnił obecność malutkich kawałków skórki cytrynowej. Wydawało się, że nie dodano ich zbyt wiele, ale to złudzenie. W istocie trudno o kęs bez nich, acz da się - zachowując ostrożność i wytężając wzrok, odgryźć odrobinkę czekolady bez nich.
W ustach rozpływała się powoli i maziście. Była gęsta i zbita, trochę oleista i mięknąca, ale nie porzucająca swego kształtu. Gdyby nie powoli wyłaniające się malutkie kawałki skórki, byłaby gładka. Z czasem pojawiała się niska soczystość niezwiązana z dodatkiem cytryny.
Kawałki skórki cytrynowej wyłaniały się powoli. Niektóre dłużej siedziały w czekoladzie, inne z niej wypadały. Aż prosiły się o podgryzanie ich obok czekolady - nawet ja całkiem często tak robiłam, nie zawsze zostawiałam dodatki na koniec (jak to mam w zwyczaju).
Mikroskopijne skórki były zwłaszcza na początku twarde jak kamień i suche. Twarde pozostawały do końca. Niektóre były nieprzystępne jak piasek, ale większość dało się gryźć. Brak im soczystości. 

W smaku od razu poczułam skórkę cytryny, jakby wypływającą z ziół. Jej goryczka mieszała się z ziemią i dokładniej rozmarynem, który stanął na czele motywu ziół. Cytryna szybko rosła w siłę. 

Zioła były to suszone, goryczkowato-wytrawniejsze. Słodycz zaznaczyła się subtelnie w tle. Miała palony, karmelowy charakter i wywalczyła trochę rześkości w kompozycji, która to zdawała się zdecydowana na ciężki wydźwięk.

Pomyślałam o trochę przygaszonej melasie i mocno wypieczonych, mało słodkich ciastkach cytrynowych z nutą karmelu. To jednak cytryna zdawała się rządzić kompozycją, decydować, co i kiedy może się odezwać, mimo że nie zdominowała czekolady.

Cytrynę czuć w całej czekoladzie wyraźnie, jednak bez dwóch zdań nasilała się wraz z wyłanianiem się kawałków skórki. Nie było to jednak takie oczywiste, że na pewno płynie z nich.

Cytryna po paru chwilach wydała mi się trochę olejkowa, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco dominująca. Olejkowo-skórkowy motyw nie był kwaśny.
Gdy gryzłam kawałki cytryny obok czekolady, kompozycja smakowała wyraźnie skórką cytryny, skojarzenie z olejkiem cytrynowym słabo. Kawałki gryzione obok czekolady przywoływały jednak więcej słodyczy. Same w sobie wydawały się mniej wyraziste niż na koniec. Ja wolałam na przemian raz je podgryzać, raz zostawiać na koniec.

W obu przypadkach zioła przeszły w ziemię, a gorzkość zaserwowała kawę. Czarną i dość mocną, która jednak też zaraz wtopiła się w ziemię.

W tym czasie raz po raz przemykały mi nuty... Wina czerwonego? Na pewno wytrawnego, trochę ciężkawego. Imperatywna cytryna przekierowała wino w kierunku wina białego. I jakiegoś goryczkowato-cytrusowego drinka?

W oddali doszukałam się prawie kwasku... czerwonych owoców, może wiśni. Gdy czerwone wino zniknęło, coś na ich kształt - pudrowo słodkiego sorbetu wiśniowo-cytrynowego? - zaczęło lekko pobrzmiewać.

Ziemi zbierało się coraz więcej, ale w tym czasie rosła też słodycz. Pozbierała resztki ziół i zmieniła je w kwiaty. Wyniosła słodycz kwiatami na średni poziom. Charakter ziół starał się jednak przy nich utrzymać. Do głowy przyszedł mi pieprz ziołowy i pieprzne wytrawne wino o cytrusowych nutach.

Gryzione na koniec kawałki skórki cytrynowej były średnio-mocno intensywne, ale na pewno wyraźne. To łagodna (jak na skórkę cytrusową) skórka o gorzkim, nienapastliwym smaku, który jednak i tak prawie zupełnie odciągał uwagę od posmaku czekolady. Nie była soczysta, ale raz po raz zdarzyło jej się spojrzeć w kierunku świeżawej.

Po zjedzeniu został posmak olejku cytrynowego, przechodzącego w skórkę. W posmaku rządziła właśnie cytryna. Czułam też echo ziemi i trochę czerwonego wina, może wiśniowego, a także niską, paloną słodycz. Posmak utrzymywał się dość mocno i długo, ale jeszcze nie męczył i nie przytłaczał.

Czekolada była bardzo smaczna, choć widziałabym ją nieco inaczej. Jakiś bardziej cytrusowy region (Madagaskar? Ekwador?) mógłby lepiej zagrać. Podobała mi się niska słodycz i ciężkość surowego kakao, jak również gorzkość, ziemia. Cytryna mogłaby mieć mniej olejkowe zapędy. Choć nie jestem fanką takiej drobnicy gdy o dodatki chodzi, w przypadku skórki cytryny, taka forma się sprawdziła (mimo tych paru kamiennych).


ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 9,62 zł (za 30g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nieprażone ziarna kakaowca, skoncentrowany sok z kwiatów kokosa, suszona skórka cytrynowa

piątek, 3 października 2025

Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao ciemna z Tajlandii

Beskid jest jedyną marką, której setki zamawiam. I tak kuszą mnie mniej niż inne ciemne czekolady tej marki, ale zwyczajnie, widząc nowości na ich stronie, nie umiem obojętnie przescrollować także tych bez cukru. A już na pewno tej. Kakao z Tajlandii poznałam w zasadzie bardzo niedawno. Co nie powinno chyba dziwić, bo ogólnie kakao długo nie było tam popularne. Weszło jakieś 100 lat temu, zyskało popularność w latach 50., jednak później ustąpiło miejsca innym uprawom. Dopiero teraz wraca do łask. Kraj ten wciąż wydaje mi się czekoladowo tajemniczy, więc możliwość poznania, jak smakuje czyste kakao niezakłócenie cukrem, wydało mi się kuszące. Dziś przedstawianą tabliczkę stworzono z wyjątkowych ziaren hybrydy I.M.1, opracowanej przez dr. Sana La-Ongsri w północnej Tajlandii. Obecnie zbierają je rolnicy z Chiang Mai i Lam Phun, przestrzegający zasad ekologicznej uprawy. Jak wpisałam w Google "Mark Rin" znalazłam, że MarkRin to pierwsza producent czekolady i kakao.


Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao I.M.1 z Tajlandii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach grejpfruta z nutą suszonych i czerwonych owoców. Te ostatnie były bardzo nieoczywiste, skryte wśród scukrzonych, słodkich jak to tylko możliwe, rodzynek. Do głowy przyszedł mi jakiś rodzynkowo-daktylowy zdrowy baton w karmelowym wariancie. Przy nich zaznaczył się słodkawy, suszony ananas. Słodyczy dołożył też maślany karmel - tak wyraźny, że nie powiedziałabym, że to czekolada 100%.

Tabliczka wydawała się masywna i w dotyku zarówno tłusta, jak i lekko pylista. Trzaskała średnio głośno i zaskoczyła tym, że w sumie była nietwarda. Może też nie miękka, ale nie twarda. 
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto, wręcz zalepiająco, przytykająco. Miała w sobie coś z chłodnego masła, ale i typowej kremowości jej nie brak. Z tym, że była to kremowość lekko pylista. Z czasem wyłaniała się soczystość.

W smaku przywitała mnie maślana słodycz. Stała na średnim poziomie, ale wydała mi się odosobniona i dlatego bardzo wyraźna.

Zza niej wychyliły się cytrusowe skórki. Połączyły lekką soczystość z goryczką. Czułam przede wszystkim pomarańczę, ale też trochę cytryny. Goryczka skórek po chwili wprowadziła jeszcze grejpfruta - ten pokazał się jako cały owoc.

Łagodna słodycz zaczęła się zmieniać w leciutko palony, maślany karmel. Wręcz mało karmelowy? Cytrusy otworzyły drogę soczystości, która i do karmelu dopłynęła. Pomyślałam o jakimś zdrowym karmelu z rodzynek i daktyli. Rodzynek bardzo słodkich, scukrzonych.

Kwaśność przeniknęła do maślaności. Zrobiło się lżej i w oddali osiadło trochę maślanki, nienachalnie pobrzmiewając.

Od goryczki skórek odeszła gorzkość. Powoli rosła w siłę. Miała lekko palony ton, który przeplatał się z grejpfrutem. Ten wydawał się krążyć wokół wszystkiego innego - sam bardzo pewny siebie. Szlachetność i trochę mniej owocowy wydźwięk z gorzkości wydobyły pojedyncze migdały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przełamała nuta... neutralniejsza? Delikatne palenie odsłoniło prażono-karmelizowane migdały. Migdały? Na pewno coś w karmelu, coś migdałowo-orzechowego. Oczami wyobraźni patrzyłam na spód ze zmielonych migdałów, rodzynek i dodatkiem daktyli.

Suszone owoce i kwasek zasugerowały słodko-kwaśnego suszonego ananasa; coś ananasowego, ale trudnego do uchwycenia. Przemknęły mi jeszcze czerwone owoce - suszone czerwone porzeczki? Zaraz jednak umknęły. Może to po prostu połączenie grejpfruta i rodzynek...?

Spód okazał się być do ciasta bez pieczenia, jakiejś masy cytrusowo-ananasowej. Czułam coś anansowego, nie samego ananasa. Z czasem wyłonił się z tego bardzo owocowy sernik. Właśnie cytrusowo-ananasowy i w dodatku chyba jogurtowy. Nabiał też był bowiem kwaśny.

Kwaśność ananasa i nabiału końcowo znacząco wzrosła, mieszając się z pomarańczami i odrobiną cytryny. Grejpfrut też do nich dolatywał, choć on zdawał się grać na siebie, nie był w jedno zgrany z innymi.

Po zjedzeniu został posmak głównie czerwonego grejpfruta oraz ogólnie cytrusów z ananasem i niejasnym motywem suszonych owoców - jakiejś masy-spodu z nich i prażonych migdałów. Na tym osiadł jogurtowy sernik z cierpkawo-słodkimi skórkami pomarańczy i grejpfruta.

Czekolada smakowała mi, choć trochę zaskoczyła kwaśnością i ogromem owoców: pomarańcze, grejpfruty i trochę cytryny mieszały się z ananasem i odrobiną rodzynek, suszonego ananasa. Maślany karmel rozchodzący się na zdrowy karmel z suszonych owoców i maślano-jogurtowe, w końcu kwaśno sernikowe motywy wyszły bardzo ciekawie. Nie brakowało w tej kompozycji słodyczy, acz była naturalna i dopiero za kwaśnością. Gorzkości czułam tu najmniej - zdawała się trzymać skórek cytrusowych i grejpfruta. Parę nut pojawiających się dosłownie na chwilę była tak niecodzienna, nieodgadniona, że aż trudno je ponazywać. Czekolada zaskakująco nieciężka i słodka jak na setkę.
Po dotąd jedzonych tabliczkach z Tajlandii nie spodziewałam się, że smak pójdzie właśnie w takim kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca

czwartek, 2 października 2025

krem Naughty Nuts Cinnamon Roll Bio Mandelmus

Na krem tej niemieckiej, nieznanej mi dotąd, marki trafiłam zupełnie przypadkiem. Potem szukałam innych i spotkałam się z niesamowicie wysokimi cenami ze względu na sprowadzenie. Miałam więc szczęście, że jakoś tak przypadkiem na niego trafiłam. Bardzo spodobało mi się bowiem to, co zobaczyłam. Obecnie słodkie bułeczki cinnamon roll byłyby mi na pewno za słodkie i za tłuste do zjedzenia, jednak pomysł na taką słodką bułeczkę, zamysł nadal mi się podoba. Kiedyś jadłam GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls, jednak też nie był tym, co by mi się widziało. Prawdę jednak mówiąc, nie wiem, jak bym widziała idealny krem inspirowany tymi wypiekami.

Naughty Nuts Cinnamon Roll Bio Mandelmus to krem z migdałów i orzechów nerkowca z cynamonem, słodzony sproszkowanymi daktylami; stylizowany na słodkie bułeczki cynamonowe "cinnamon rolls".

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ciepło-ostrego cynamonu, osłodzonego złudnymi nutami karmelu i czekolady mlecznej. Wyszły ciepło i lekko wręcz drapiąco-piekąco. Po przemieszaniu i w trakcie jedzenia w nich właśnie ujawniały się trochę daktyle, ale ogólnie naprawdę w bardzo udany sposób udawały karmel i czekoladę. Czekoladowość napędzały też prażone migdały lekką goryczką i motywem drzew. Migdały również cechowała intensywność, jednak dopuściły do głosu też znacznie łagodniejsze, ale wyraźne nerkowce. Te wplotły lekką mleczność i akcent maślanej masy na ciasto.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju - postarałam się zlać całość, czyli prawie 5 łyżeczek. Pod koniec zlewania zrobiło się trochę trudniej, bo wierzch był dość ruchomy (parę kropelek oleju już wymieszałam). Gdy zabrałam się za mieszanie, okazało się, iż znacząco ruchomy, wręcz płynny był dosłownie sam wierzch, a reszta niby ruchoma, ale znacznie gęstsza. Jedynie na dnie trafiłam na suchszą część, ale dosłownie chwilowo. Zaraz pozmieniała się w grudki i łatwo rozmieszała.
Krem wyglądał na idealnie gładki i ciągnął się w nieco gumowy sposób. Skojarzył mi się z gęstym smarem. Wyglądał na miękki i znacząco tłusty.
W trakcie jedzenia na chwilę wydawał się gęstnieć i zalepiał bardzo mocno. Okazał się zaskakująco zbity i wręcz przytykający. Nie odpuszczał zbyt chętnie i rozpuszczał się bardzo, bardzo powoli. A w sposobie, w jaki to robił, było coś dziwnego. Cały czas wydawał się tak samo zalepiający i gęsty, ale po prostu... w ustach robiło się go coraz mniej aż po pewnym czasie po prostu znikał. Był średnio tłusty w miękko-oleisty sposób i idealnie gładki. Nie brakowało mu gęstości, jednak nie był zbyt masywny. Sprawiał wrażenie trochę gumowego i dziwnie wysuszającego.

W smaku najpierw poczułam łagodną, niemal mleczną słodycz orzechów nerkowca splatających się z odważnym, ciepłym karmelem.

Karmel rozkręcił słodycz w mocniejszym, dosadniejszym kierunku. Za nim przemknęły mi daktyle, ale nie były jednoznaczne. Karmel splótł się z nerkowcami, pożyczając od nich trochę mleczności i nagle podrzucił skojarzenie z mleczną czekoladą i czekoladą karmelową. Słodką, maślaną i szlachetną. Daktyle miały w tym swój udział, ale trzeba się ich było doszukiwać; jako one same bardzo się ukrywały.

W cieple jakby karmelu leciuteńko zgłosił swą obecność cynamon - nieoczywisty, trzymający się tyłów.

Po paru chwilach weszły prażone migdały. Były wyraziste i jeszcze się rozkręcały, na moment zdominowały kompozycję. Przełamały słodycz, wprowadziły drzewny motyw, a gdy ta na chwilę jakby straciła czujność, w jej dosadność wgryzł się cynamon. Najpierw głównie słodki, potem słodko-pikantny, aż wreszcie ostro-gorzkawy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach ostro-gorzkawy cynamon przy wsparciu jakby nieco drzewnych migdałów znów przypomniał o czekoladzie mlecznej, ale ta już nie była tak jednoznaczna. Pomyślałam raczej o... cynamonowych bułeczkach ozdobionych, polanych lekko czekoladą. W nich ukrył się motyw prażenio-wypieczenia, a w czekoladzie leciutka goryczka (to chyba połączenie migdałów i cynamonów stworzyły takie iluzje).

Nerkowce wróciły jako właśnie maślano-mleczna, cynamonowa bułeczka. Czułam motyw masy na ciasto, co z cynamonem faktycznie układało się w wizję cinnamon roll. Tylko że w wersji nie aż tak przecukrzonej, a za to mocarnie cynamonowej. Było bardzo słodko, ale w ciepło-szlachetny sposób. Cynamon chwilami wydawał się bardzo władczy. Może nie zagłuszył reszty, ale zagościł na pierwszym planie.

Sposób... ciepło-piekący? Końcowo daktyle wreszcie wyszły bardzo wyraźnie. Ich piekący aspekt słodyczy odnalazł się przy pikanterii cynamonu. Razem aż nieco piekły w język i gardło.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim ostrego, goryczkowatego cynamonu, ale też wyrazistych prażonych migdałów. Ostało się echo okołoczekoladowe, łączące w sobie karmel i w którym ujawniały się daktyle. Acz nie jednoznaczne. Nerkowce pobrzmiewały jako maślano-mleczny, ciastowo-bułeczkowy motyw. Układało się to trochę w bułeczkę z czekoladą, wysmarowaną czekoladowym kremem. Było bardzo słodko i ostro, trochę piekąco-drapiąco.

Krem był bardzo dobry i bardzo, bardzo interesujący. Ciastowo-bułeczkowe nerkowce i prażone, jakby nieco drzewne migdały, które wraz z daktylami zaobfitowały w skojarzenie z czekoladą mleczną i karmel to zacny splot, który zwieńczył cynamon. Prażone migdały i cynamon świetnie nakręcały motyw wypieczenia bułeczki. Za nic nie powiedziałabym, że dodano cynamon cejloński - a że nie lubię cejlońskiego, podobało mi się. Jego ilość uważam jednak za trochę ryzykowną, mimo że uwielbiam dużo cynamonu, czasem ponoć z nim przesadzam i jestem przyzwyczajona do goryczkowato-pikantnych nut, jednak w tym kremie trochę tego wszystkiego było za dużo. Łatwo o skojarzenie z bułeczkami cinnamon roll. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, gdy chodzi o cynamonowość. Nie lubię cynamonu cejlońskiego i jego rześkich, niemal cytrusowych nut, a ten tu cynamon wyszedł słodko-ostro, ciepło i bardzo pozytywnie.
Konsystencja takiego zalepiająco-przytykającego, gumiasto-ciągnącego smaru niezbyt do mnie przemówiła. Ogół wyszedł na tyle specyficznie, że choć normalnie na raz zjadam jakieś 125-200 gramów kremów orzechowych, tego wystarczyło mi 115g i czułam się trochę przytłoczona i najedzona (jadłam w dwóch podejściach).

Cały czas wahałam się, co mu wystawić. Mam parę bardzo subiektywnych ale (zwłaszcza co do przytykającej konsystencji), więc myślałam o 8, jednak smakowo tak umiejętnie udawał tytułowe bułeczki i miał tak piękny, naturalny skład, że aż trudno w to uwierzyć, więc w sumie jak na ten wariant to chyba i na 9 zasłużył.


ocena: 9/10
kupiłam: bee.pl
cena: 33,88 zł (za 250g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały 44%, prażone orzechy nerkowca 44%, sproszkowane daktyle, cynamon cejloński w proszku 3%

wtorek, 30 września 2025

Godiva Signature 90 % Cacao Dark Chocolate ciemna

Kupując tę tabliczkę pomyślałam, że pewnie będzie po prostu w porządku jako mało słodka, nie wymagająca kompozycja. Nie ufam za bardzo tak wysokim zawartościom kakao, kiedy biorą się za nie marki nie z najwyższej, tej degustacyjnej półki. Godiva wydaje się raczej... Hm, bliska Lindtowi? Po tym, jak w Godiva Signature 72 % Cacao Dark Chocolate czułam kakao w proszku, przed degustacją tej pojawiło się więcej obaw odnośnie tego składnika. Acz... Czekolada lubi zaskakiwać, więc jak sprawa wygląda, nie wiedziałam do momentu spróbowania. Zaskoczyła mnie tym, że to nie kakao w niej rządziło, a słodycz. Aż zgooglałam i okazało się, że słodkość fruktozy znacząco przewyższa słodycz sacharozy, czyli klasycznego białego cukru. I wszystko jasne!

Godiva Signature 90 % Cacao Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao.

Po otwarciu poczułam dosadnie, wręcz trochę nachalnie słodki zapach tortu czekoladowo-waniliowego, w którym nie szczędzono wanilii, aromatu waniliowego i cukru. Ten ostatni nie był bardzo jawny, ale kumulacja słodyczy przełożyła się na ciężkość. Tort to był maślany, a ogólna maślaność mieszała się ze znacząco, ale nie mocno palonym motywem. Z niego wyłoniły się prażone migdały. W oddali odnotowałam kakao w proszku i... kawę w proszku? Rozpuszczalną, jakby taką pyłkową mieszanką oprószono wspomniany tort.

Tabliczka była twarda i sucha w dotyku. Trzaskała średnio głośno, jakby była zbita i skalista, a jednocześnie wykazywała kruchość.
W ustach rozpływała się dość powoli. Była gęsta jak tłusto-pylisty, zbity budyń. Wykazywała aksamitną kremowość, a z czasem oleistość przechodzącą w lekką, jakby tłustą wodnistość.

W smaku przywitała mnie maślaność, która szybko zaczęła mieszać się z waniliowym motywem. Wyobraziłam sobie jasne, puszyste ciasto biszkoptowo-maślane nasączone ekstraktem i aromatem waniliowym.

Słodycz szybko rosła. Była bardzo dosadna, ale nie bardzo wysoka. Pod względem wysokości raczej średnia. Po cieście przyszła pora na sos waniliowy z dodatkiem żółtka jaja... Nieco alkoholowy? Kakaowy, ale posłodzony wanilią. Aż ryzykownie słodki.

Maślaność trochę się wycofała i była wyczuwalna jako tło, a jej miejsce na przodzie zajęło cierpkawe kakao. Pomyślałam o kakao w proszku, które zaraz wzmocniła wyrazistsza gorzkość. Osadziła to kakao w kontekście tortu, deseru, który po prostu takim kakaowym proszkiem oprószono - zdawał się pasować, a przynajmniej nie przeszkadzać.

Sos kakaowo-waniliowy zdradzał cukrowość i przez kumulację słodyczy wyszedł wręcz trochę duszno. Słodycz przesadziła. Cierpkość i gorzkość jednak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadały mu wręcz truflowego wydźwięku, co wpisało duszność w cięższo-gorzkie realia.

Średnio mocno palona nuta umocniła gorzkość. Ciastową nutę przerobiła na tort, przekładając maślane ciasto charakternie czekoladowo-kakaowymi warstwami kremu. Kremu ze sporą ilością masła. Kremu truflowego z... sugestią kawy w tle?

Przez myśl przemknęło mi trochę przesłodzone tiramisu ze sporym udziałem jajecznie-maślanych biszkoptów nasączonych alkoholem, aż nieco przesadnie już posypane kakao, słodkie i od cukru, i aromatu waniliowego, a potem... Potem uciekające między drzewa?

Drzewa wyparły gorzkość, przejęły cierpkość. Trochę złagodziły kompozycję zarówno pod względem gorzkości, jak i słodyczy. Chyba przemknęła mi przy nich odrobinka rozgrzanej ziemi, a potem  też orzechowo-migdałowy akcent. Pomyślałam o orzechach włoskich i prażonych migdałach w skórkach.

Po zjedzeniu został posmak maślano-drzewny, już łagodniejszy, ale wciąż nieco zwyczajnie kakaowo cierpki. Mieszał się ze słodyczą waniliowo-orzechowego tortu i sosu, może tortu polanego sosem, która zdawała się aż gryźć w język. Wszystko to zwieńczyły podprażone migdały.

Czekolada wyszła całkiem w porządku, ale bez szału. Słodycz była ogólnie niby średnio wysoka, ale zbyt dosadna i za wysoka jak na 90% kakao. Średnio bowiem jak na czekolady 75-85%. Nigdy bym nie zgadła, że miała 90%. Cukier, wanilia i waniliowy aromat trochę za bardzo denerwowały. Mnie to było trochę zbyt oleiście-maślane (i w smaku, i strukturze). Maślaność i gorzkość zdawały się całkiem zgrane - ta wizja maślanego biszkoptu z kakaowym kremem, przebłyski sosu waniliowego i kakaowego, echo tiramisu w zasadzie były spoko, choć kakao chwilami wydawało się uproszczone, chyliło się w stronę kakao w proszku.


ocena: 6/10
kupiłam: brittlo.com
cena: 14 zł (za 90g)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, fruktoza, lecytyna sojowa, olej maślany, naturalne aromaty

poniedziałek, 29 września 2025

(Stollwerck) Choco Bella Milk Chocolate mleczna

Nigdy nie jadłam żadnej czekolady z Netto, więc zwyczajnie bardzo się zainteresowałam, gdy zostałam nią poczęstowana na jednym z podejść (na Policę dokładniej - recenzje czekolad z tej wyprawy opublikowałam wcześniej, bo tej nie planowałam i nie chciało mi się potem zmieniać kolejki postów). Gdy tylko szybko zerknęłam na producenta, nazwa koncernu wydała mi się znajoma, ale nie umiałam skojarzyć jej z niczym konkretnym. Dopiero research w domu trochę wyjaśnił. Za czekoladą stoi firma Stollwerck od np. Alpia (Alpia Veggie Love Karotte & Mandel) czy Sarotti (Sarotti Feine Edelbitter 72 %), ale robiąca też dla marketów (Kaufland Classic Fein Herbe Mandel Schokolade). Od 2011 należy do grupy Baronie (nie Baron!).

(Stollwerck) Choco Bella Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao, produkowana przez firmę Stollwerck dla Netto.

Po otwarciu poczułam zapach cukru i mleka, z małą dominacją cukru. Mleko wyszło nie ambitnie, trochę nijako. Wpuściło do kompozycji nutę figurek czekoladopodobnych, z echem aromatu waniliowego.

Czekolada przy łamaniu była średnio twarda, choć sprawiała wrażenie dziwnie przesadnie zbitej. 
W ustach rozpływała się się w średnim tempie. Łatwo miękła, wciąż wykazując zbitość. Kojarzyła się z dziwnie zgęstniałą, zagęszczoną polewą. Wykazywała lepkawą mazistość. Była dość tłusta jak ocieplające się masło, trochę proszkowa i końcowo znacząco rzedła.

W smaku najpierw poczułam delikatnie mleczny smak i cukier. Był intensywny, ale nie szarżował od razu. I tak jednak słodycz natychmiast wydała mi się za silna, bo wydawała się odosobniona.

Słodycz rosła. Cukrowość robiła się coraz bardziej pewna siebie i zaraz zaczęła rozgaszczać się w gardle. Wzmocniła ją pseudo wanilia. Jeszcze nie wanilina, ale jakby coś pomiędzy.

Mleko usiłowało zaskoczyć na pełniejszy, wyrazistszy tor, jednak słodycz skutecznie mu to uniemożliwiła. Splot mleka i cukru ułożył się w figurkę czekoladopodobną. Pokazała się i zaraz zaczęła próbować jednak się ukryć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz swoją siłą już w zasadzie mordowała, zrobiła się o wiele za wysoka i drapała w gardle. Jeszcze bardziej odciągała uwagę od mleka. Echu niby wanilii dawało się jako tako utrzymać. 

I tak liche mleko odpuściło niemal zupełnie, pojawiła się za to delikatna nuta maślana. Doszukałam się nieambitnego "kakałka" i wróciła wizja figurek i polewy czekoladowej, a także... czekolady z orzechami. Przemknęła nieokreślona metaliczność. Może to nie wanilia była udawana, a cała czekoladowość? 

Po zjedzeniu został posmak cukru wpisanego w sztucznawą figurkę czekoladopodobną z nutą wanilii i odległą... nutą prawie orzechową? Nie była to wizja silna, ale bez dwóch zdań coś tam było. Mleczność nie domagała. W gardle bardzo drapało.

Czekolada wyszła cukrowo i tanio. Nie przemówiła do mnie struktura niby zwykłej, ale trochę polewowej mlecznej, zapach i smak. Cukrowość powalała tak, że nie zjadłam nawet kostki, a już mnie od cukru aż skręcało. Kostkę jadłam na dwa razy: w górach i w domu do weryfikacji i za każdym razem... Cukier aż wystraszył mleczność, choć niewątpliwie pokazywała się. To jednak, co mi tam jeszcze pobrzmiewało, było dziwne. Figurka czekoladopodobna, niby wanilia, niby czekolada, metaliczność - wszystko to i jednocześnie nic z tego. Szukając w składzie, co to mogło być, uznałam, że odrobina orzechów i migdałów, których było za mało, by je wyczuć, ale wystarczająco, by wprowadzić coś dziwnego.


ocena: 4/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekoladę kupiono w Netto)
cena: zapytałam: znajomy kupił w promocji 2 sztuki za 7,98 zł
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator (E322 z soi), orzechy laskowe, migdały, naturalny aromat waniliowy

sobota, 27 września 2025

(Millano-Baron dla Dino) Deliss Dark 70 % Czekolada Gorzka ciemna

W sumie pojęcia nie miałam, czego spodziewać się po tej czekoladzie. Gdy zobaczyłam, że jakiś nieznany mi sklep ma całkiem nieźle prezentujące się tabliczki marki własnej, zleciłam je ojcu. Producent nie był ujawniony... przynajmniej na mojej, bo bardzo podobne w internecie widziałam produkcji Millano-Baron, co już trochę przerażało. Miałam jednak nadzieję, że np. na przestrzeni lat się zmienił i że nie władowałam się w niecierpianego producenta. Po tym jednak, jak zjadłam, aż napisałam do Dino, pytając o producenta. Okazało się, że to nadal Millano-Baron. Kto by pomyślał?

 Deliss Dark 70 % Czekolada Gorzka to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao, marki własnej Dino, produkowana przez Millano-Baron.

Po otwarciu poczułam bardzo mocno palony zapach, wiążący się z wyrazistą, choć średnio mocną gorzkością. Stał na równi z łagodniejszym, słodkawym wątkiem wanilii i fistaszków. Do głowy przyszło mi też typowe masło orzechowe z prażonych i minimalnie słonawych arachidów. Słodycz stała na średnim poziomie, jednak i tak wystąpił cukrowy zaduch. Trochę przysłaniał skrytą, nienachalną soczystość jakby nadzienia śliwkowego.

Tabliczka wyglądała na nieco suchą. Była skaliście twarda, więc przy łamaniu trzaskała głośno.
W ustach rozpływała się powoli, chwilowo jakby opornie, ale potem już z łatwością. Okazała się zbita i długo zachowywała kształt, jednocześnie wykazując gibkość. Była średnio tłusta w maślany sposób, a do tego mazista i trochę pylista. Znikała, zostawiając suche wrażenie.

W smaku najpierw poczułam niepewną siebie maślaność i łagodną słodycz wanilii.

Słodycz wanilii po chwili nieco wzmocnił cukier. Nie był nachalny, ale zaczął podnosić słodycz.

Maślaność skojarzyła mi się z palonym masłem, które obudziło ogólnie palony, gorzko-cierpkawy motyw. Dolatująca słodycz podszepnęła na chwilę palono-maślany karmel, jednak zaraz zniknął. 
Pomyślałam też o drewnie... Bardzo ogólnie, które po chwili przedstawiło mi obraz niedawno ściętego drewna, jeszcze jakby trochę soczyście-żywego w formie poukładanych bali, czekających w lesie na wywiezienie. Drewno zaprosiło do gry fistaszki. Drzewa i orzeszki łagodziły gorzkość, która na pewien czas się trochę wycofała.

W żywszym, drzewnym motywie mignęła marginalna soczystość, sugerująca ciemne owoce. Po chwili przedstawiły się jako dokładniej czarne porzeczki. Kryły się w oddali, nie narzucając się reszcie.

Arachidy wystąpiły jako łagodne i naturalnie słodkawe, jednak podchwyciły paloną nutę i zaserwowały mi też swoją prażoność. Skojarzyły mi się tym samym z amerykańskim masłem orzechowym. Lekko słonawym, ale i bardzo słodkim. Słodkim od... wanilii?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz osiągnęła średni poziom i już jakoś znacząco nie rosła. Połączyła cukier z wanilią, które to w fistaszkowym wątku dopraszały się o wizję kremu. Kremu ze zmielonych orzeszków, słodzonego wanilią. Ze względu na soczystość z tła, do głowy przyszło mi połączenie masła orzechowego z dżemem... z czarnych porzeczek?

Masłoorzechowy krem zmienił się jednak w krem łagodniejszy, maślany - taki do ciast, tortów.

Fistaszki z czasem trochę się odłączyły od słodyczy, a w głowie została mi wizja po prostu maślanego kremu waniliowego do przekładania ciast. Mimo że słodycz ogólnie nie była zbyt wysoka, przybrała przez to ciężkawy wydźwięk.

Fistaszki słabły. Spróbowały jeszcze uczepić się kakao, co przełożyło się na przebłysk kremu arachidowo-kakaowego, ale zaraz rozmył się. Cierpkość kakao wyłoniło się wyraźniej i wpuściło do kompozycji kwasek suszonych śliwek.

Suszone śliwki nie były szczególnie intensywne - zdawały się przechodzić w śliwki ukryte w... czekoladowo-kakaowych piernikach? Jako ich słodko-kwaskawe nadzienie, gdzie mieszały się z porzeczkami. Wyobraziłam sobie miękkie, niespecjalnie korzenne pierniki oblane cierpkawą. ciemną polewą.

Po zjedzeniu został posmak maślany - jakby kremu do ciasta - i miękkich, łagodnych pierników czekoladowych, w cierpkawej polewie kakaowej, wypełnionych nadzieniem ze śliwek i cierpkawych czarnych porzeczek. Do tego wróciło masło orzechowe arachidowe, posłodzone wanilią. Trzymała się go duszna słodycz, w której wyłonił się cukier.

Czekolada wyszła zwyczajnie i... bardzo smacznie. Prosta, nie za mocna i palona gorzkość mieszała się z nutą drzew i fistaszków jako masło orzechowe i krem arachidowy z wanilią. Mimo jej obecności, cukier też miał sporo do powiedzenia, a jednak nie było za słodko. Lekki akcent czarnych porzeczek i śliwek oraz pierników w polewie wyszedł w porządku i odciągały trochę uwagę od maślanego motywu tak udanie, że choć w pierwszej chwili myślałam, że wystawię 7, po paru kęsach wiedziałam, że czekolada zasłużyła na więcej. Spokojnie może się mierzyć z Lindt Excellence Dark 70 % (od 2021), który w roku 2025 bardzo podrożał. Za nic nie powiedziałabym, że stoi za nią ten sam producent co np. (Millano) Baron DelicaDore Intense Dark 70 %.


ocena: 9/10
kupiłam: Dino (ojciec kupił)
cena: 9,99 zł (dopytałam; on płacił)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale mogłabym wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

piątek, 26 września 2025

krem Ruda Kita Choco Migdał Migdał 70 % Migdał

Kremy Rudej Kity widziałam w internecie już dość dawno, ale długo nie zamawiałam. Jak sprawdziłam składy i wartości ich czekoladowych kremów, doszłam do wniosku, że na pewno mnie zacukrzą. Za jakiś czas postanowiłam więc zamówić jakieś nieczekoladowe, a jednak wtedy weszła nowość: dziś przedstawiany krem. Skusiło mnie tylko "w tym cukry 5g" i to, że miazga kakaowa była w składzie przed cukrem. Czyli ten miał być czekoladowy, ale o wiele mniej słodki? Coś dla mnie! Niestety, gdy wyjęłam słoiczek z paczki, na etykiecie zobaczyłam co innego. "W tym cukry" to jednak aż 18g (o kilka gramów powyżej mojej normy!). Czyli blisko mu do pozostałych dwóch propozycji czekoladowych. Wystąpiła też rozbieżność co do % migdałów: na stronie było 70% zmielonych i dodatkowo migdały krojone, na etykiecie tylko te 70%. Poprawny skład był na stronie, czyli migdałów na szczęście ogólnie było więcej. Oczywiście  zapytałam, o co chodzi. Przeproszono mnie i zwrócono pieniądze (argumentowałam, zgodnie z prawdą, że tak słodkiego bym nie kupiła), ale cóż... I tak było mi smutno, bo zdążyłam się już bardzo nakręcić na mało słodki czekoladowo-migdałowy krem. A tak... No cóż, pozostało mi mieć nadzieję, że może słodycz mnie nie zabije. Może migdały są na tyle charakterne, że uporają się z nią...

Ruda Kita Choco Migdał Migdał 70% Migdał to czekoladowy krem z prażonych migdałów z kawałkami migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach wyprażono-wysmażonych migdałów w melasie albo karmelu tak palonym, że właśnie nieco melasowym. Wytrawnie podsmażony akcent nieco osłabł po uporaniu się z olejem i przemieszaniu. Ogólna słodycz stała na średnim poziomie, ale miała dość imperatywne i ciężko melasowe zapędy. Do głowy przyszedł mi jeszcze drzewny syrop klonowy z odrobinką soli oraz złudna grzybowo-pistacjowa sugestia. Za migdałami zaznaczyła się dwuznaczna, kakaowa czekoladowość - taka bardzo uniwersalna, nie ciemna, ale też nie mleczna.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam 2,5 łyżeczki, a wymieszałam jakieś 0,5 łyżeczki. Nie było to niezbędne, ale się przydało. Krem niżej był jakby nieco podeschnięty, ale w żadnym miejscu nie suchy czy twardy. Wykazywał trochę oleistą tłustość, a wydzielony olej pochłaniał ochoczo, spójnie.
Mieszanie nie było trudne, mimo że to pasta z kawałkami. Te wystąpiły w rozmaitej postaci, w ilości odpowiedniej. Dodano ich całkiem sporo, ale nie tak, by zaburzały kremowość. Część to wręcz drobinki, podszeptujące miazgowość, część kawałki małe i średnie oraz trochę kawałków, słupków dość sporych.
Krem koloru raczej mlecznej czekolady był gęsty, ciągnący i lepkawy. Konkretny, ale nie twardy.
W ustach rozpływał się w średnim tempie, chwilowo jakby trochę gęstniejąc. Potem zaś tę gęstość tracił, zmieniając się w zawiesinę. Niby był masywny, ale nie ciężki. Ogólnie jego gęstość wydawała się stać na średnim poziomie, bo kawałki go jakby rozbijały. Czuć w nim lekką kremowość, jakby zagęszczenie proszkiem kakaowym, coś koło czekoladowości, ale też marginalną wodnistość. W trakcie jedzenia nie wydał mi się zbyt miazgowy, proszkowy za to owszem. To przełożyło się na to, iż tłustość sprawiała wrażenie niskiej. Do opisu masy o wiele bardziej pasuje słowo: "wilgotny".
Gdy z ciekawości pogryzłam całą masę, okazała się minimalnie pyliście skrzypiąca.
Drobinki i kawałki dodały chrupkawego efektu. Trafiłam w nim nie tylko na drobinki migdałów, ale sporo też drobinek samych skórek migdałów. Kawałki i spore słupki, nawet ćwiartki wyszły twardo w pozytywnym, krucho-chrupkim sensie. Na nielicznych trzymały się fragmenty skórek - i one napędzały chrupkość, dowodząc prażony charakter.

W smaku pierwszą poczułam łagodną słodycz o ewidentnie karmelowym charakterze. Wyraźnie palony motyw, jak i sama siła słodyczy, szybko zaczęły rosnąć. Nie były łagodne - ruszały odważnie na podbój kompozycji.

Migdały szybko do nich dołączyły. Nie sprawiło im to problemu, jako że miały intensywny, prażony, wręcz lekko podsmażony charakter. Podkreśliły palony charakter słodyczy. Na przeciw słodyczy wytoczyły lekką wytrawność, po czym same zdecydowały się na upuszczenie trochę swojej naturalnej słodyczy.

Ogólna słodycz rosła więc bardzo. Przez myśl przemknęła mi melasa, karmel wręcz melasowy i... maślana, słodka czekolada. Czekolada wegańska? Nie jednoznacznie ciemna i wytrawna, choć z zaznaczonym kakao. Maślaność sugerowała jednak wydźwięk bardziej mlecznej. Ogólnie jednak nie była szczególnie jednoznaczna. Wyraźnie kakaowo-czekoladowa, ale jako motyw, nie jakaś konkretna czekolada. Rosnąca słodycz jakby trochę ją rozpraszała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach palono-karmelowo-melasowa słodycz wyrwała się przed czekoladę. Częściowo należała do niej, ale w dużej mierze nie... Grała na siebie sama. Do karmelu i melasy dołączył jeszcze bardziej drzewny syrop klonowy. Wszystko to dość mocno palone. Melasowość szła w stronę ciężkości, a jednak... doszukałam się w tym też marginalnej, jakby wręcz złudnej rześkości.

Pomyślałam o prażonych w karmelu, melasie i syropie klonowym migdałach ze skórkami, które to właśnie wciąż o pewną wytrawność walczyły. Kawałki migdałów trochę rozbijały słodycz bazy i podkreślały migdałowy motyw w całości, acz... za migdałami raz po raz przemknęła mi roślinnie-grzybowo-pistacjowa nutka. Migdały chwilami udawały połączenie migdałów i pistacji, co podsycało epizodycznie wychylające się echo soli, by następnie zlać się z czekoladą i drzewami.

Kiedy zagarniałam masę bez istotniejszych kawałków szybciej zasładzała, aż lekko drapiąc w gardle. Chwilami krem trochę męczył słodyczą. Miałam wrażenie, jakby dodano do niego karmelowo przecukrzoną czekoladę mleczną, w której słodycz zabiła mleko.

Karmelowo słodka czekolada i migdały końcowo zaobfitowały w wyraźnie drzewny (właśnie życzeniowo rześkawy?) klimat. Migdały otulone paloną słodyczą stały na przodzie, czekolada po prostu je przyozdobiła. Słodycz trochę już męczyła - jej dosadny charakter ścierał się z intensywnymi, prażonymi migdałami, przez co na zasadzie kontrastu zostało podkręcone i jedno, i drugie. Przy zagarnięciach z kawałkami poziom słodyczy był przesadzony, ale jeszcze znośny.

Kawałki migdałów wolałam gryźć na koniec, gdy wszystko inne się rozpłynęło, acz i podgryzane wcześniej fundowały porządnie migdałowe wystrzały. Kawałki migdałów kontynuowały migdałowy smak bazy, dając się poznać jako średnio mocno prażone i naturalnie słodkawe. Epizodycznie przewijała się w nich wytrawność skórek.

Po zjedzeniu został posmak wegańskiej, mocno maślanej i karmelowo słodkiej czekolady "mlecznej" oraz migdałów. Były wyraźnie prażone i słodko-wytrawne. Zaplątał się w nich akcent jakby karmelizowania w palono-drzewnym syropie klonowym oraz motyw skórek migdałów. To, czy znalazły się przed czy za przesłodzoną czekoladą zależało od tego czy i ile kawałków zagarnęłam. Czułam się nieco przytłoczona słodyczą o imperatywnym, palonym tonie.

Krem był niezły, ale mam parę zastrzeżeń. Nie podobała mi się jego słodycz o dosadnym wydźwięku. Wychodziła przed czekoladowość samą w sobie, czasami trochę denerwująco dosładzając migdały. Wydawała się karmelowo-melasowa, miała w sobie coś z syropu klonowego. Wolałabym, by była znacząco niższa i by miała inny charakter. Krem znalazł się na granicy kompletnego przesłodzenia - jeszcze trochę i nie byłabym w stanie zjeść. Czekolada wyszła trochę zbyt niedookreślona - ni mleczna, ni ciemna, a słodka i kakaowa. A jednak wyraźna i dobrze zgrywająca się z migdałami (acz czuję, że bardziej określona zgrałaby się jeszcze lepiej). Migdały na zasadzie kontrastu wyszły dość wytrawnie, choć jednocześnie słodko. Na szczęście migdałowości w bazie nie brakowało! A przecież były jeszcze kawałki naprawdę przyjemnie wkomponowane zarówno pod względem smaku, jak i struktury. Nie wywołały niedosytu ani przesytu i zwalczały słodycz, dbając o migdałowy smak.


ocena: 7/10
kupiłam: rudakita.pl
cena: 33 zł (za 200g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały prażone 70%, cukier kokosowy, migdały prażone krojone, miazga kakaowa, sól