poniedziałek, 22 marca 2021

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka / ciemna z kawałkami karmelu i solą morską

Nie lubię Millano-Barona, aczkolwiek parę ich czekolad produkowanych dla Biedronki pozytywnie mnie zaskoczyło. Gdy jakiś czas po kupnie Moser Roth Dark Caramel Sea Salt dostrzegłam analogiczny smak w tymże markecie właśnie, kupiłam z przekonaniem, że na pewno tragedii nie będzie. Luximo Premium 70 % z solą morską była naprawdę dobra, więc mimo że Luximo Premium 72 % z kawałkami karmelu mi nie podeszła, myśląc o dzisiaj prezentowanej, czułam się... bezpiecznie. Wreszcie przynajmniej słuszna zawartość kakao, a nie jak w podlinkowanej już MR.

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu i solą morską to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z solonymi karmelem, produkowana przez Baron-Millano dla Biedronki.  Występuje jako 126-gramowa czekolada podzielona na 6 mini-tabliczek.

Rozchylając papierek poczułam słodkie, delikatne kwiaty i gorzki zapach spalenizny, jak również gorzkich orzechów... laskowych? Odnotowałam też tanie karmelki... nie do końca czysto karmelowe, ale chyba z sugestią soli. Potem pomyślałam także o kawie i węglu. Po przełamaniu umocniły się karmelki, do których dołączyło przypalone masło i karmelowo-cukierkowa sztuczność. Sól wszystko to podkreślała, przekładając się na lekką rześkość. Wszystko to miało niestety dość tani wydźwięk bez polotu.

Twarda, ale sprawiająca wrażenie dość tłustej tabliczka elegancko, głośno trzaskała przy łamaniu. Ujawniała przekrój z dużą ilością lśniących kawałków karmelu koloru ecru ("brudnobiałych").
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę stawiała opór, ale w końcu miękła na gęsty krem. Trochę oblepiała podniebienie i usta, kojarząc się z miękkawą, ciepłą plasteliną. W kremie tym bliżej końca odnotowałam pyłkowość; pewnie trzeszczałaby, gdybym czekoladę gryzła.
Dość szybko zaczęły wyłaniać się większe i mniejsze kawałki karmelu. Nie wydawało się, że tabliczka to zlepek-ulepek, ale na ich brak narzekać nie można. Rozpływały się w miarę spójnie z resztą, a chrupnięte szybciej nie sprawiały większego kłopotu.
Karmel bowiem był szkliście chrupiąco-trzeszczący, mimo że się rozpuszczał. Zostawał do końca i wtedy dał się poznać jako wręcz skrzypiący, chrupiący, ale już dość miękkawy i trochę na krótko przylepiający się do zębów. W sumie nie irytował.
Soli było niewiele, musiała być bardzo drobna i rozpuszczająca się wraz z otoczeniem, ALE... W 3 na 5 tabliczek soli prawie nie było, a jak już to w ilości i formie zupełnie do przeoczenia w większości. Trafiłam tylko (aż?) na 5-6 kryształków i płatków wielkości karmelu skumulowanych w dwóch mini tabliczkach (i to ze 4 w jednej, 1 w drugiej...). Rosyjska ruletka? Bez komentarza.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz o wydźwięku kwiatów i cukru pudru oraz gorzkość spalenizny i palonej kawy. Zdarzało się (nawet bardzo często), że za nimi zarysowała się lekka słonawość lub karmelkowość, gdy odgryzając kawałek akurat trafiłam zębem na karmel.

Najprędzej i najkonsekwentniej rozchodziła się łagodna i przystępna gorzkość. Połączyła w sobie nieco spaloną nutę z węglem i odległymi, zgorzkniałymi orzechami. Wydała mi się w tym nieco kakaowo niegłęboka, ale w sumie nie w negatywnym sensie. Pomyślałam o przypalonym cieście kawowo-czekoladowym, może pierniku, zrobionym niestety ze sporą ilością masła. Dodano do niego trochę kawy i kawą prawdopodobnie się przy nim raczono. Nie wykluczyłabym, że to kawa z mlekiem, bo i jego posmak wyłapałam.

Po pewnym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy spod czekolady wyłaniały się kawałki karmelu, rosła słodycz, Masło, trochę palone i dość natrętne, nabrało znaczenia, wychodząc na przód. Trzymała się go lekka mleczność i sztucznie cukierkowa nuta niby karmelu. Do głowy przyszły mi głównie cukrowo-sztucznawe, maślano-tanie karmelki. Ich słodki, coraz bardziej maślano-mleczny smak rósł. Wyszedł jakoś mało wyraziście, słodko-słodko, i nijako. Odrobinka soli, pojawiającej się przy nim bardzo rzadko, epizodycznie, podkreśliła w nim... niekarmelowość.
Gdy jednak raz czy dwa trafiło mi się nieco więcej soli (na całe opakowanie przypadły dwie mini tabliczki, w których były duże kryształki), zwróciła uwagę na drobną cierpkość czekolady.

Zza dodatku wychyliła się jakby mleczna nutka. Słodycz rosła, i choć nie była bardzo za silna, wyszła natrętnie. Wyraźnie czuć wanilię, ale też przytłaczający, kwiatowo-pudrowy i cukrowy motyw. Jakby i mleczne karmelki, i ciasto oprószyć zamiecią cukru pudru. To zaś zasugerowało pewną mleczność samej bazy.

Bliżej końca ciasto kakaowe podjęło walkę z cukierkami, ale bez efektu. Ciasto (piernik?) na pewno posypano cukrem pudrem, bo bliżej końca słodycz zrobiła się zwyklejsza, nudna, lecz wciąż nie zacukrzająca. Gdy czekolada już zniknęła, zostałam ze słodkim, mało karmelowym karmelem. Wzrosła jego cukierkowość, wydał mi się nijako-mlecznawy. Gdy przyspieszałam językiem jego rozpuszczanie się, trochę podgryzłam, wydał mi się jeszcze bardziej mleczny. Czyżbym wyłapała namiastkę słonawości? Tak mało, że nabrałabym się, iż to tylko iluzja, acz raz i drugi autentycznie poczułam szczyptę soli (podkreślającą maślaność i mleczność, nie karmel).

W posmaku oprócz po prostu słodkiego i cukierkowych, mleczno-maślanych karmelków został posmak delikatnej, palono-rozpuszczalnej kawy oraz leciutka cierpkość.

Czekolada wyszła dość budżetowo, bez polotu, ale sama w sobie raczej zadowalająco. Mimo maślaności w smaku, nie była bardzo tłusta. Sama w sobie przesłodzona nie była tak bardzo, to karmel ją przesłodził. Na szczęście jednak ilościowo nie było go tyle, by miał odciągać uwagę od bazy. Paloność... zostawała w sferze przyjemnej, poprzypalano-węgielnej, jeszcze nie czystej, okropnej spalenizny. Karmel mi jednak nie odpowiadał. Czysty cukier zabarwiony cukierkowością oraz mlekiem i masłem? Sól też okazała się problematyczna. Dodali ją okropnie: jakby kilka gigantycznych kawałów miało załatwić sprawę, a przez większość czasu miałam wrażenie, że o soli zapomnieli, ale... do takiego "karmelu" nie pasowałaby. Powinni lepiej ją wmieszać, drobniejszą. Coś tu nie zagrało, ale ogółem źle nie było.
Okropny był strach, że skoro zjadłam prawie całą mini tabliczkę i nie trafiłam na sól, to w końcu zamiast karmelu, chrupnę jej kulę... I to się powtarzało. Dwie były jakby bez soli, jedna ogólnie wyszła bardzo wypełniona... w tym solą. Beznadziejnie rozlokowali dodatki.
Jadłam sobie jadłam od biedy, ale gdy w przedostatniej tabliczce trafiłam na gigantyczną bryłę soli równą całej grubości tabliczki... straciłam apetyt.
Karmel z tej czekolady był jeszcze mniej karmelowo-palony (nawet po kolorze to widać) niż w Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu ciemna z Ekwadoru, a bardziej mleczno-maślany, przez co cała tabliczka wydawała się jeszcze mniej kawowo gorzka.
Zdecydowanie jednak wyszła o wiele lepiej niż Moser Roth Dark Caramel Sea Salt - Luximo miała ambitniejszy smak samej bazy, karmel dodano w odpowiedniej ilości i całość reprezentuje wyższą jakość. Spokojnie mogłaby mieć 7, gdyby nie problem soli.


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (21g) - 111kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki karmelu 15% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, lecytyna sojowa), sól 0,5%, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

niedziela, 21 marca 2021

(J.D. Gross) Fairglobe Bio Organic Dark Chocolate 70 % ciemna

Każda kolejna czekolada bio / fair o około 70 % zawartości kakao z różnych marketów mnie zachwycała (poczynając od Halba dla Aldiego, przez auchanową po carrefourową). Mimo uwielbienia do wielu czekolad z Lidla (J.D. Gross, dawno wycofane już Bellarom) oraz tego, że to ten market (z przytoczonych w tym wstępie) mam najbliżej, po tego typu czekoladę marki własnej Lidla sięgnęłam ostatnią. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Kupiłam dość dawno i skazałam na leżakowanie. Może po prostu nie mogłam uwierzyć w moje szczęście, że potencjalną 10tkę mam aż tak na wyciągnięcie ręki? A o tym, że to też Gross, dowiedziałam się dopiero sprawdzając recenzję i uzupełniając dane.

Fairglobe Bio Organic Dark Chocolate Cocoa Solids 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, wyprodukowana dla Lidla przez J.D.G. Fine Food GmbH (ci od J.D.Gross).

Po rozerwaniu sreberka poczułam delikatny zapach kwiatów i stateczną gorzkość o palonym charakterze, reprezentowaną przez kawę: czarną rozpuszczalną, z niemal gęstą pianką. Wpływała do niej stonowana słodycz palonego aż nieco przesadnie karmelu. Ten był karmelem solonym i mieszającym się z migdałowo-drzewnymi, orzechowymi sugestiami, jak również pewną cierpkością... skał? węgla? Taką kamienną. Kontynuacją cierpkości zajęły się kwaskawe, niespecjalnie soczyste śliwki albo wiśnie... zawracające kompozycję ku kwiatom.

Czekolada przy łamaniu głośno trzaskała ze względu na skalistą twardość. Przy każdym robieniu kęsa również słyszałam jej huk.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo leniwie, ale w końcu w miarę przyjemnie zalepiając. Robiła to kremowo, gęsto i tłusto (nieco za tłusto). Miękła coraz bardziej, aż zaczęła się giąć i gibać, co mi się nie podobało, ale ulepkowate nie było. Bliżej końca ujawniała lekko pylisty efekt, jakby trochę wysuszający i ściągający.

W smaku jako pierwsze poczułam delikatne, słodkawe kwiaty, które niczym kurtyna opadły, muskając kolejną nutę, którą była kawa. Rozeszła się jej gorzkość. Ustanowiła bazę, tło. To kawa rozpuszczalna i czarna, z narastającą goryczką i palonym motywem. Taka, na której zrobiła się wręcz lepko-węgielna pianka. Miała wilgotny wydźwięk. Kręciły się przy niej roślinne, nieco ziołowe, choć bardzo łagodne motywy.

Palony wątek szybko przestawił się na karmel palony aż do goryczki. Dosolono go sowicie, co pozwoliło na dołączenie migdałom. Migdały, karmel... a zaraz i nuta drzew. Wszystkie one były specyficznie cierpkawe, ciepłe i... "zimowe". Może to migdały w cynamonie? Też karmelizowane? W pomieszczeniu z choinką albo... w wyobraźni przez okno patrzyłam na cały las iglasty. To on mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa roztaczał goryczko-cierpkość. Drobny kwasek i żywy, wilgotny chłodek - ten wydźwięk umocnił się.

Palony wątek po tym wszystkim chwilowo wzmocnił cierpkość i przyprawy korzenne. Znów odrobinka ziół, goryczka. Palone... konfitury? Jakieś twory z owoców? Np. śliwkowo-wiśniowy grzaniec / nalewka? Zrobiło się nieco soczyście, słodko-palono. Odrobinka karmelu podkreśliła słodkawe, ciężkie owoce. Cierpkość mieszając się z nimi zasugerowała niemal cytrusowy kwasek, ale utonął w śliwce.

Baza złagodniała jeszcze bardziej, ponieważ dołączyła do niej maślaność takowych kremów o smaku kakaowo-czekoladowym. Wraz z chłodkiem lasu spłynęła na to słodycz... Niczym śnieg przyprószyła wszystko, choć nie była silna... Może nieco stłumiona, jak nieśmiałe kwiaty. Jakby wiedziały, że to nie pora na nie. Pomyślałam o kwitnących śliwkach, ale chyba tylko na jakimś obrazku. To raczej śliwki w czekoladzie - cukierki (wiszące na choince?). Takie z warstwą kremu między śliwką a czekoladą. Karmel też złagodniał. Mignął mi nawet jakąś śmietankową wersją siebie. Moje myśli zakręciły się wokół lekko ostrego słodziku, któremu pomogła nuta zimowych przypraw. Wróciło coś węgielnego, skalnego z zapachu.

Pod koniec cierpkość karmelu solonego, mieszającego się z migdałami, orzechami i drzewami nagle... utonęła w kawie. Kawa palona i gorzkawa, raczej łagodna, lecz czarna zakończyła to wszystko.

Kawowo-palona gorzkość wraz z kwasko-cierpkością śliwek, cytrusów i lasu iglastego zostały w posmaku. Otuliła je niepewna słodycz śmietankowego karmelu ze słodziku (?) i owoco-kwiatów.

Czekolada wyszła smacznie, acz delikatnie. Z jednej strony cieszyła mnie jej niska słodycz, ale już niska gorzkość nie. Sporo słodko-drzewno-maślanych, łagodnych nut i dosłownie znikoma kwaskawa cierpkość sprawiły, że odebrałam ją jako "ciemną o przytkanej głębi". To przez za silną tłustość. Mimo to, czekolada wyszła przystępnie. Na pewno mniej słodko od Grossa Ekwador 70 %, ale też mniej intensywnie. Co wolę? To zależy od dnia. Porównując ją jednak do innych bio z marketów - mogło być lepiej. Jej wady są jednak naprawdę drobne i subiektywne!
Bardzo odlegle przypomniała mi czekolady Tesco finest (coś między Ecuadorian 74 % a Peruvian 70 %), chyba trochę z wydźwięku (?).


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 6,99 zł (promocja)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: w promocji pewnie tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 20 marca 2021

baton Legal Cakes Pacman

Od dziecka lubiłam gry (młodsza na PS2, taka podstawówkowo-gimbazowa i do dziś) komputerowe, ale uzależniona od Pacmana nigdy nie byłam. Grę jednak jako tako pamiętam, bo... chyba po prostu nie da się nie kojarzyć. W zasadzie zanim zasiadłam do napisania tego wstępu, od razu znalazłam w Google tę grę i sobie ją przypomniałam. Ot, śmieszne to. A baton? Ot, niespecjalnie mój, ale jako że jestem na bieżąco z asortymentem Legal Cakes i mam do nich sentyment, nowości nie chciałam przegapić. Nawet takiej bardzo nie mojej. Nasiona słonecznika przemówiły do mnie, ale sporo składników brzmiało ryzykownie. Z drugiej strony... dziwne Chiacho pokochałam.
Pacman (gra) też nie wydaje mi się mój (nie lubię zręcznościówek), a jak się grać zacznie, to łatwo się wciągnąć. Na stronie LC wprawdzie napisali: "Dlaczego Pacman? Bo po pierwszym gryzie resztę batona zjecie w takim tempie, w jakim ta komputerowa postać zjadała białe kulki ukryte w labiryncie.", na co z politowaniem pokiwałam głową. Lepiej, żeby w moim przypadku do szybkiego starcia nie doszło, bo kocham jeść powoli. Powoli jem pyszne rzeczy, więc... wolałam, by ta degustacja swoje mogła potrwać.

Legal Cakes Pacman to "baton bakaliowy z dodatkiem nasion konopi siewnej" na bazie żurawiny i daktyli z orzechami laskowymi.

Jak przykazał producent, batona przechowywałam w lodówce, ale nim zasiadłam do jedzenia, godzinę wcześniej wyjęłam go z niej, by doszedł do temperatury pokojowej (nie lubię zimnego jedzenia, wszystko tak wyjmuję). Zabrałam się do tego na talerzyku, z widelczykiem, podchodząc jak do ciasta. Zdało to egzamin.

Po otwarciu poczułam "ewidentnie zdrowy", intensywny zapach zbożowy, zmieszany z z wegańsko-wytrawną nutą jakby mąki, strączków i orzechów-nieorzechów. Kojarzył się z chlebem z ziarnami. Z czasem dołączyły do niego słodko-soczyste bakalie. Skupiwszy się, wyodrębniłam kwasek żurawiny i jabłek  oraz... roślinnie-siankową "dziwność". Ta ostatnia była trochę odpychająca, wszechobecna, ale na szczęście też intrygująca.

spód
Baton w pierwszej chwili wydawał się konkretny, ale na dotyk zasugerował, że niekoniecznie musi taki być. Przypominał gniotkowatą zlepko-masę, nie tyle ciasto, ale i z niego coś miał. Stała za tym wilgotność. Był lepki i szybko okazał się miękkawo-plastyczny.
Przy przekrajaniu czy łamaniu nie trafiłam na opór, mimo że zwartości odmówić mu nie mogę. Baton składał się z wielu kuleczek i drobnych kawałków różności. Orzechy laskowe wystąpiły pod postacią dość świeżych, całych sztuk i paru połówek. Były chrupiące, choć niektóre rozwalały się.
Pełno w nim małych twardo-chrupiących, strzelających kulek konopi. Ich wnętrze było mięciutkie. Niestety miały nieprzyjemne, twarde łuski, które najchętniej bym wypluwała. Mnóstwo drobnych kulek amarantusa wyszło styropianowo miękko i trochę mącznie. Gdy je rozgryzałam / ciumkałam, bardziej zwróciłam uwagę, że w całej masie był mączno-przytykający element. Słonecznik i owoce z kolei prawie zupełnie przemielono. Mimo soczystości, ogólnej lekkiej wilgotności, Pacman nieco przytykał. Mączność zaburzała strukturę daktyli, co do której miałam wielkie oczekiwania. Z czasem wszystko to bardziej upuszczało soczystość, wciąż jednak niesatysfakcjonującą. Kulki strzelały, a orzechy... chrupały. Niektóre były twardsze, na paru została skórka. Masa rozchodziła się na mączną zawiesinę z paroma skórkami.

W smaku od pierwszej chwili dominowała zbożowość: trochę goryczkowata, trochę wręcz neutralna oraz kojarząca się z waflami zbożowymi i chlebem.

Zaraz wplotła się w to soczystość owoców, jakby to zakwaszony chleb z żurawiną był. Dominowały słodkie owoce, podsycone kwaskiem. Soczysty i nienachalny, jakby wynikał z "ukwaszenia owoców w sosie własnym" (jakkolwiek to brzmi). Wyraźnie czułam jabłka, z kolei daktyle nie były zbyt wyraziste - podwyższały jedynie słodycz. Szybko aż drapała w gardle. Żurawina pojawiała się epizodycznie - raz mocniej, raz słabiej. Mieszała się z jabłkiem.

Od początku za owocami kryła się lekka goryczka i niemal neutralna mączność / kartonowość. Do głowy przyszedł mi jakiś delikatny z ziarenkami. O ile pierwsza wchodziła w nieco mączno-zbożowy wątek, tak druga po chwili zrobiła się wytrawna i nieprzyjemna. Ogólna zbożowość nagle do złudzenia zaczęła przypominać wafle (np. ryżowe), a potem chwilami chyliła się ku bardziej pestkowo-orzechowej stronie (gdy na coś z tego trafiłam).

Rozgryzając podrobione pestki i orzechy laskowe czułam ich smak. Pestek niestety też ogromny niedosyt. Wydawały się surowe, delikatne, a charakterne. Kilka orzechów trafiła mi się mdła, ale idzie przeżyć. Choć część smakowała zacnie i świeżo, tyle samo rozczarowało. Niektóre były gorzkie, a inne wydawały się podsmażone, oleiste. Stykały się z inną, dość dziwną, jakby przypaloną nutą - ta należała do amarantusa. Ten z kolei... dziwacznie wprowadzał siankowo-grzybowe konopie. Chwilami nachalnie nasilał się motyw jakiś wafli ryżowych, znów więc wrócił karton.

Po tej mieszance owoce odebrałam jako jakieś bardziej... ukwaszono-karmelowe. Słodycz wyszła nachalna i wysuszająca, trochę rozgrzewająca w gardle. Jej odczuwalność była, ale... jednocześnie wydawała się niegłęboka, nijaka.

Bliżej końca, po konkretnym przemieleniu paszczą, czułam głównie orzechy laskowe otoczone oleistością i kwaskawo-karmelowymi niejednoznacznymi owocami suszonymi. Nie zniknęła także gorzkość pestek, siana z mączno-roślinną i dziwną... drożdżowością? Skojarzenie z neutralnymi, "zdrowymi" waflami snuło się w tle.

Po zjedzeniu został posmak mączno-waflowy, goryczkowaty, ale też przesadnia słodycz daktyli i stłumiony kwasek żurawiny i jabłek. Dziwne to było zestawienie. Jakby trochę... surowo-ciastowe, ale... ciasta niesłodkiego. Chleba? Chleba i wafli? Taak, z pestkami i sianem.

Całościowo baton do mnie nie przemówił. Miał elementy smakowite, ale wtłoczone w dziwaczne realia. Nie chwytam jego konwencji... Tu miękko-mączno, tu coś strzela, niby gęsty i konkretny, a niezbyt. Kulki twarde, orzechy nie najlepsze... Waflowo-chlebowy i dziwnie wytrawny, a jednocześnie bezsensownie zasładzający.


ocena: 4/10
kupiłam: Legal Cakes
cena: 6,49 zł (promocja; za 90 g)
kaloryczność: 407,8 kcal / 100 g; sztuka - 367 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: bakalie 77,8% (żurawina, daktyle, orzechy laskowe, koncentrat soku jabłkowego, olej słonecznikowy), nasiona słonecznika, izolat białka grochu, nasiona konopi siewnej 4,2%, nasiona amarantusa.

piątek, 19 marca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Wenezuela Caicara del Orinoco 50% ciemna mleczna z Wenezueli

Nie raz pisałam, że mleczne czekolady niespecjalnie mnie kręcą, ale i ciemne mleczne coraz mniej satysfakcjonują, bo coraz częściej trafiam na takie bez charakteru, wyrazu i mimo niby wysokiej zawartości, kakao jakoś mi w nich brak. Nawet Beskid Madagaskar Ambanja Superior BIO Dark Milk 50% nie zrobiła na mnie szoku. Beskid Wenezuela Carenero Superior z Mlekiem Kozim 55 % za to owszem. Stała się nawet jedną z naj-naj tabliczek. Uznałam, że niedługo po niej z chęcią zjem dzisiaj przedstawianą, by sprawdzić, jak to zwykłe mleko krowie sobie radzi z tym kakao. Wenezuelską 50tkę od Beskidu już wprawdzie jadłam, ale była to dawna wersja, potem wprowadzono małe zmiany. Venezuela 50 % mleczna z Wenezueli była pyszna, więc zastanawiałam się,... co będzie tym razem? Od producenta dostałam informacje, że na pewno proporcje składników się nie zmieniły. 
Cóż mogę o niej napisać? Ta odmiana kakao jest uprawiana w głębi stanu Bolivar w Wenezueli, na terenie amazońskiego lasu deszczowego. Jego nazwa inspirowana jest miastem, w którym okolicznym miastem, "w pobliżu rzeki Orinoko".
Ziarna kakao nazywane "Caicara del Orinoco" uprawiane są na niemal niedostępnym terenie przez rdzennych mieszkańców - plemię Piaroas. Jego nazwa oznacza "panów lasu". Ta rolnicza społecnzość liczy około 60 rodzin. Transport ziaren kakao od nich do miasta Caicara del Orinoco trwa ponad 12 godzin. Jak widać, zdobycie go wymaga wiele zachodu.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Wenezuela Caicara del Orinoco 50 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao odmiany criollo Caicara del Orinoco z Wenezueli z regionu o tej samej nazwie.
Czas konszowania i rafinowania to min. 48 godzin.

Po rozchyleniu papierka poczułam naturalne mleko splecione z palonymi orzechami wpisanymi w "siankowy" klimat. Myślałam o tym jako o polu pełnym polnych kwiatów oraz o suszących się ziołach i kwiatach. Nie trudno tu o goryczkę podkreśloną nutką palonego (aż właśnie do goryczki) karmelu. Palony motyw miał ogromny udział w tym wszystkim. Jego słodycz z kolei mieszała się z delikatnymi, trochę ciężkawymi, ale i soczystymi suszonymi morelami.

Przy łamaniu nie usłyszałam zbyt głośnego trzasku, ale tabliczka była twarda. Trochę przy tym krucha, w obejściu kojarzyła mi się nieco z proszkowo-kruchą krówką albo twardymi cukierkami typu fudge.
W ustach... wszystko to kontynuowała. Rozpływała się w średnim tempie i ochoczo, mimo że długo zachowywała twardą formę i kształt. Roztaczała nieco lepkie, rzadkawe fale. Połączyła śliskawą gładkość krówek-mordoklejek oraz lekką kruchą szorstkość tych suchych. Wszystko to jakby kryła w tłustości. Pomyślałam o kajmaku i cukierkach z czegoś takiego już zastygłych.

Już w chwili robienia kęsa poczułam znaczącą, lecz nie za wysoką słodycz karmelu, graniczącą z niemal neutralnością. Opływało ją mleko, wręcz śmietanka, które reprezentowało sielski, wiejsko-polny klimat. Karmel okazał się dość maślany, może maślano-śmietankowy w krówkowym kontekście. Mignęła mi rześkość... lodów śmietankowych? Może też odrobinę soczystsza nuta.

Po chwili zrobiło się gorzkawo, nawet gorzko. Jak odrobina gorzkawych orzechów (pekanów z nutą ziemi? włoskich?) i łyk mocnej czarnej kawy...

A następnie zagryzienie czymś karmelowo słodkim. Krówką? Goryczka jeszcze się zakręciła jako zbyt mocne palenie, jeszcze tupnęła nogą, po czym... schowała się. Został sam karmel, łagodniejąc. Słodycz tonowała maślaność, toteż skojarzyła mi się z nieprzesłodzonym toffi. Może iluzorycznie słonawym? Znalazło się obok krówek. I kajmaku? Jakąś tego typu masą. Palony klimat był obecny w tym wszystkim, choć to maślaność zaczęła grać coraz ważniejszą rolę. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o kruchym, maślanym spodzie do ciasta. Twardym, może coś jak do tarty, trochę słonawym. Kajmako-toffi / coś krówkowego uparcie trwało przy tym wyobrażeniu. Stąd z kolei z czasem myśl o maślanych, twardo-kruchych ciastkach.

A tymczasem do ciasta i ciastek zakradła się owocowa rześkość. Jakby na tym spodzie pojawiła się solidna, trochę dżemowata warstwa brzoskwiniowo-morelowa, a na okrągłych ciastkach dżem po środku. Była muląco słodka, ciężka, ale w pozytywnym sensie. To także... owoce niemal świeże. Może nie wszystkie poszły do ciasta? W pobliżu zostawiono trochę świeżych. Wyłapałam też charakterniejsze pomarańcze wraz ze skórkami. Z czasem owoce wydały mi się odbijać w suszonym kierunku.

Karmel zaś wydał mi się aż solony i znów goryczkowato-palony. Gorzkawość wróciła i w pewnym momencie aż o lekką cierpkość zahaczyła. Bliżej końca poczułam suszone owoce i suszone zioła, kwiaty. Część z nich nawet się nie zaczęła suszyć - ktoś musiał je tylko co narwać z pola. To znów lekka sugestia orzechów pekan. Orzechów prażonych w karmelu z solą? Zapitych kawą, by nie zrobiło się za słodko. Tym razem była to już kawa z mlekiem. Pełnym, prosto od krowy? Myśli o takim podsycała naturalna słonawość, która niemal do końca przewijała się w kompozycji.

W posmaku został karmel właśnie, kawa i silna słodycz owoców suszonych (moreli), jak i słodko-świeżych (brzoskwinie, morele, pomarańcza?). Wszystko jednak obudowała pewna siebie cierpkawa goryczka, gorzkość nawet. Efekt podobny temu, jaki towarzyszy wypiciu kawy.

Całość wydała mi się... prawie taka sama co Venezuela 50 % mleczna z Wenezueli, tylko że dzisiaj opisywana w pewnym momencie postawiła na kruche maślane ciasto / ciastka z dżemami, nie zaś dżemy i lody śmietankowe. Nowa wersja chyba wyszła minimalnie bardziej maślana. Wciąż był to poziom wyważony, mleczność pełna i naturalna, a jednak i z należycie wyczuwalną gorzkawością. Łagodną, bo łagodną, ale głęboką. Widzę ją właśnie jako opozycyjną, bo słodko-łagodną i gorzkawą do charakternej, kwaskawej i cierpko-gorzkawej koziej.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy nierafinowany, mleko pełne w proszku

środa, 17 marca 2021

Moser Roth Dark Caramel Sea Salt ciemna 52 % z karmelem i solą

Kiedyś uwielbiałam solony karmel, a smak ten - dobrze wykonany - uważam za genialny. Niestety jednak ostatnimi czasy coraz trudniej znaleźć taki, któremu nie miałabym nic do zarzucenia. Albo niesłony, albo przesolony, albo... w ogóle niekarmelowy. Gdy producenci podłapali, że "to się sprzedaje", robią go coraz gorzej - takie jest moje zdanie i niestety parę ostatnich niewypałów w tym wariancie to potwierdziło. Gdy doszło do sięgnięcia po tę czekoladę... było mi jakoś smutno, choć też i nadzieja rosła. Smutno, bo po paru tabliczkach doszłam do wniosku, że chyba nie mam co szukać czekolad mlecznych z solonym karmelem, bo mi nie odpowiadają. A nadzieja... napędzana była, że może ciemne okażą się ratunkiem dla mnie. Co ciekawe, wydaje mi się, że swego czasu długo nie było właśnie ciemnych z tym dodatkiem.

Moser Roth Dark Caramel Sea Salt to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z "chrupiącym maślanym" karmelem (16%) i solą morską.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam cukrowy zapach, podkreślony lekko likierowo-polewową, palono-kakaową cierpkością. Zahaczyła o przepalenie. Mieszało się to z łagodnym, maślanym otoczeniem, w którym przeplatała się sugestia delikatnego karmelu i czegoś innego słodkiego, czego nazwać nie umiałam (wanilina?). Wydało mi się to takie... "po kosztach", budżetowe.

Przy łamaniu czekolada trzaskała, jednak nie była bardzo twarda. Zawierała mnóstwo mniejszych i średnich kawałków karmelu (koloru biało-ecru-zielonkawego) oraz trochę kryształków soli. To właśnie za sprawą dodatków tak trzaskała, a chwilami bardziej trzeszczała.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, łatwo. Miękła szybko, po czym zalepiała jako jedynie gęstawy, tłusto-gładki krem. Była trochę ulepkowata, trochę maślana. Karmel dodano do niej chrupiąco-skrzypiący. Wyłaniał się szybko, a i tak zostawał na trochę po zniknięciu bazy. Początkowo szklisty, szybko się rozpuszczał, by w końcu i tak nieprzyjemnie poprzylepiać się do zębów jako miękkie placki. Na szczęście i one szybko znikały. Sól wystąpiła pod postacią drobnych kryształków, które wtapiały się w otoczenie.
Do dodatków samych w sobie w kwestii struktury w sumie nie mam większych zarzutów, ale zdecydowanie przesadzono z ilością tego kiepskiego "karmelu". Czekolada sprawiała wrażenie ulepkowatego zlepko-jeża.

W smaku od początku czekolada zaszarżowała wysoką słodyczą. Była cukrowo słodka, minimalnie karmelowa i zalatywała waniliną. Kojarzyła się z białym cukrem prosto z torby i cukrem pudrem. Wydała mi się nieco tania, przytłaczająca i spleciona z delikatną cierpkością.

Troszeczkę kojarzyło się to z bezalkoholowym likierem / sosem kakaowym: zasładzającym i tanim. Cierpkawość rosła i przytoczyła nieco gorzkawości. Była palona, wręcz sucho-przepalona i nie za mocna. Odlegle skojarzyła się z tanią, delikatną kawą z pianką i właśnie syropem.

Ta mieszała się z maślanością i przesadzoną słodyczą, które to nasilały się przy kawałkach karmelu. Był... przesadnie słodki, cukierkowy... choć nawet niezbyt karmelkowy. Niby palony, a jakiś karmelowy w tani sposób. Bardziej maślany i po prostu słodko-sztuczny.
Przełamała to sól, pojawiająca się epizodycznie przy kawałkach dodatku. Miałam wrażenie, że to one są posolone, a nie że sól występuje osobno. Zabijała sztuczność (?), ale podkreślała maślaność i tłuszczowo-słodką nijakość dodatku. Potem wydało mi się to jeszcze bardziej tanie. Większość zostawiłam, by pogryźć na koniec, przez co jeszcze wyraźniej wydobył się ich sztuczny, słodko-nijaki smak. Na pewno nie był to karmel ani nawet karmelki.

W posmaku została cierpkawość kakao, złagodzona maślanością i z odczuwalną za wysoką słodyczą. Należała do czystego białego cukru, na który naszło coś ciężkiego, cukrowo pudrowego i nieudanie waniliowatego.
Nieco już drapała w gardle, a i tak czułam, że namiastka soli była i odstawała. Tanie cukierki też były. Właściwie w przeważającej mierze, bo zostawiałam je na koniec.

Całość mi nie pasowała, bo była za miękko-tłusta, za słodka i za mało kakaowa jak na ciemną, a karmel ani struktury przyjemnej, ani smaku porządnego nie miał.
Nudna i męcząca, jakby zupełnie bez sensu było ją jeść. Dodatki niby rozpuszczały się, ale było ich tak dużo, więc i tak zostawały, przez co czekolada traciła na znaczeniu. Wprawdzie nie zdarzyło mi się mimo ich natłoku chrupnąć wielkiego kawała soli... Jednak tutaj ta sól i tak jakby nie miała racji bytu. Denerwująca forma. Przeciętna, średniopółkowa do bólu. Ja mam ciekawsze rzeczy do jedzenia, by sobie nią głowę, język i podniebienie zawracać.


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g; 1 minitabliczka (25g) - 133kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny 1,4%, lecytyna sojowa, sól morska, aromaty

wtorek, 16 marca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Darkmilk Wenezuela Carenero Superior z Mlekiem Kozim 55 % ciemna mleczna

To, że mleczne czekolady obecnie mnie nie satysfakcjonują, nie jest problemem czekolad kozich. Te mnie kręcą nawet, gdybym miała czuć w nich niedosyt kakao (którego to oczekuję od czekolad). Ważny jest bowiem smak kozi, który po prostu uwielbiam. Długo rozpaczałam po zniknięciu Zottera Labooko Goat, czyli najwyrazistszej koziej mlecznej czekolady o porządnej zawartości kakao, jaką jadłam. Gdy więc kozią zrobiła jedna z moich ulubionych obecnie marek, bardzo się ucieszyłam.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Wenezuela Carenero Superior z Mlekiem Kozim 55 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Wenezueli z regionu Carenero z mlekiem kozim; wersja obecna do roku 2021.
Konszowała min. 48 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, uderzył mnie intensywny i smakowity zapach orzechów laskowych i karmelu oraz koziego mleka o roślinnie-siankowo-orzechowym podszyciu. Wydał mi się naturalny, leciutko goryczkowaty i może trochę w tym kakaowo-laskowo-pekanowy. Splataniem tychże nut zajęła się soczystość żółto-złotych owoców i podobnie złocistego, wyraźnie palonego karmelu. Wydźwięk był taki... "w plenerze", dosłownie jakbym przeniosła się w góry (a tam czekolada z orzechami, kozice, rześkie powietrze itd.).

Tabliczka na dotyk wydała mi się bardzo tłusta, a przy łamaniu twardo-krucha. Trzaskała / pykała, odsłaniając proszkowy przekrój.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym. Jej tłustość wyszła głównie maślano-śmietankowo, gęsto i gładko. Chwilami sprawiała wrażenie aż śliskiej. Niestety znikała, zalepiając bardzo słabo i trochę otłuszczając usta. Na szczęście nie przełożyło się to na ciężkość. Wszystko to przeszkadzało mi, jednak lekkie cierpkawe podsuszanio-ściąganie ratowało sytuację.

W pierwszej chwili każdorazowo uderzała cierpkość kakao i kwaskowata cierpkość jogurtu (np. greckiego) / nabiału ogółem, na co naleciała ewidentnie kozia nuta. Zaraz za nią pojawiła się soczyście cytrusowa sugestia.

Z zaledwie paro sekundowym opóźnieniem zaczynała budować się delikatna, maślano-ziemista baza. Wyszła gorzkawo i leciutko słonawo. W tym przewijały się orzechy pekan, a zaraz po nich cały miks, ze znaczącym udziałem laskowych. Goryczka wzrosła, niosąc ziemistość. Cały czas podkreślał ją kozi motyw.

Spłynęła na to wszystko słodycz leniwa i nie za wysoka. Wtapiała się w goryczkę z racji lekkiej paloności, jednak reprezentowała także maślane, delikatne motywy. Pomyślałam o karmelu i krówce... znacząco słonych.

Zaraz zalało je naturalne, również jakby słonawe, mleko i śmietanka. Mleko bez dwóch zdań kozie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa to ono dominowało. Oczami wyobraźni zobaczyłam czyściutkie zwierzęta i ich mięciutką sierść. Mleko to... wydało mi się orzechowe, kwaskawo-cierpkawe jak jogurt grecki i w pewien sposób rześkie...

Bo płynące obok owoców? Mimo że kwaskawo-cytrynowe, nieżałujące też soczystej rześkości i słodyczy. To powiązany z goryczką dojrzały grejpfrut. Otworzył drogę niezbyt dojrzałym nektarynkom i brzoskwiniom. To znów kwaskawe morele świeże i... trochę podsuszonych, słodszych coraz bardziej? To słodka kwaśność... Cytrusów... tonących jednak w jogurcie, zsiadłym mleku i mleku. Oczywiście kozim.

Mleko za to przybrało na tłustości, wciągnęło i zagłuszyło wszelkie maślaności i połączyło się z bardziej cierpkawo-gorzkim kakao oraz orzechowym miksem. Pod koniec kompozycja spoważniała, przypominając sobie o ziemi. Ta wniosła trochę pikanterii, po czym idealnie zgrała się z cierpkawo-ściągającym jogurtem i kwaskawymi owocami. Krówkowy i solony karmel jednak działał ambitnie, dosładzając je i chwilami aż zaznaczając swoją obecność w gardle.

A cierpkości nie brak. Ta pozostała w posmaku wraz z orzechowo-"ciemniejszymi" tonami, a więc wytrawniejszą... ziemistością. Ta trochę ściągała w cierpki, dziwnie naturalny i przyjemny sposób... Na pewno nutą koziego mleka i odległym, soczyście-słonawym kwaskiem cytryn.

Czekolada była bardzo smaczna, dla mnie jednak nieco zbyt maślana, tłusta. Strukturę wolałabym nieco inną. Okazała się jednak na tyle kozia, na tyle gorzkawo-cierpka i kwaśna w przyjemny, nabiałowo-owocowy sposób, a jednocześnie szlachetnie słodka, podsycona ziemią, orzechami i naturalnie słonawą nutką, że po prostu rozkochała mnie w sobie. Gdy po dłuższym czasie zjadłam drugą tabliczkę, wciąż trwałam w zachwycie.
Cytrusy, w tym grejpfruta, gorzkość i pikanterię czułam również w 80 % z tego regionu, oczywiście o wiele mocniej, ale... kakao wydaje się do rozpoznania, tylko właśnie jakby mocno... nasączone kozą (mniam!). Brzoskwinie, morele, karmel (w koziej słono-krówkowy) i orzechy (włoskie, laskowe, pekan) czułam też w mlecznej Wenezuela Caicara del Orinoco 50%, ale dzisiaj przedstawiana wyszła o wiele kwaśniej, cierpko i charakternie za sprawą mleka oraz po prostu mocniej kakaowo.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: tak

Skład: ziarna kakaowca 55%, tłuszcz kakaowy, mleko kozie w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 15 marca 2021

lody Ben & Jerry's Topped Salted Caramel Brownie

W swoim życiu miałam parę etapów nietypowych dla mnie, np. wielomiesięczne niejedzenie słodyczy (tak, czekolada to też słodycz), jedzenie ciast co tydzień na przestrzeni kilku miesięcy. Do tej recenzji potrzebny mi przykład drugi. Otóż kilka lat temu w Krakowie była cukiernia Sweet Life, z której właścicielką bardzo się lubiłyśmy. Jak to mówią... przez gadkę i żołądkiem do serca... czy jakoś tak. Zakochałam się w jej brownie z solonym karmelem. Nigdy nie jadłam lepszego. Połączenie to wydaje mi się pyszne, więc widząc dziwną promocję w Auchanie (opakowanie w cenie 29,99 zł, ale przy zakupie dwóch - drugie tylko 1 grosz, więc w sumie 15 zł za opakowanie lodów, które wszędzie normalnie są po 25) uznałam, że tak, nowy smak marki, do której mam mieszane uczucia, muszę zakupić. Mimo że jak się wczytać w opis lodów, nie są aż tak atrakcyjne: tylko 3 % brownie, dodali kawałki czekoladowe i polewę na wierzchu, jaka to forma do mnie zupełnie nie przemawia.

Ben & Jerry's Topped Salted Caramel Brownie to lody waniliowe z solonym sosem karmelowym 11%, kawałkami ciasta brownie 3%, czekoladowymi kawałkami 3% i orzechowo-czekoladową polewą 9%.
Pudło zawiera 438 ml / 403 g.

Po otwarciu pierwszym, co poczułam był splot kakao i orzechów laskowych z nie za wysoką słodyczą oraz z nieco sztucznawo-likierowym, cierpkawym podszyciem. Po zruszeniu polewy i w trakcie jedzenia wyraźnie czuć wanilię, karmel i mleko, jak również jeszcze więcej kakao i wytrawnej czekoladowości. Całość była już oczywiście znacznie słodsza.

Polewa na wierzchu tylko początkowo przypominała kamień. Gdy już ją rozwaliłam (czemu towarzyszyło zdrowe trzaskanie) i rozłożyłam na boki, potem (gdy już wzięłam się za jedzenie) rozpływała się niczym połączenie tłustej czekolady i kremu-smarowidła (typu Nutella). Cechowała ją pozorna gęstawa miękkość, rozpuszczająca się coraz bardziej rzadkawo. Była mazista i straszliwie, wręcz obrzydliwie tłusta. Sprawy nie uratował nawet mocno, aż trzeszcząco proszkowo-pylisty efekt. Gdyby nie on, pewnie nie przebrnęłabym przez wręcz śliskawy element... Przez niego warstwa ta zostawiała tłuszczowo-oleistą warstwę (na ustach, łyżeczce) i aż przytykała. Niestety wprowadziła element obrzydliwości, po przejedzeniu jej czułam, że mnie trochę od tego odpycha, ale potem było tylko lepiej.
Już w niej zatopiono kawałki czekoladowe, które znalazły się także w masie lodowej. Je również cechowała mazista tłustość i proszkowość, ale już znośniejsza. Ta druga wydawała się bardziej pyliście-kakaowa. Kawałki przypominały rozpływającą się, bardzo tłustą czekoladę. Potrzebowały wprawdzie chwili, by odtajać i nie być kamieniami, ale potem już tak - jak tłusta, trochę ulepkowa czekolada. Było ich całkiem sporo także w samej masie (na mój gust mogłoby być nieco mniej)
Masa lodowa okazała się konkretna i twarda, topiąca się powoli. Gęsta i dość kremowa, ale nie ciężka.
Dodano całkiem sporo dużych i średnich, a także trochę malutkich, kawałków brownie. Były to konkretne, ale przyjemnie miękkie, kapciowate i rozpływajace się w ustach kawałki ciasta. Przemieniały się w gęstą, dość ciężką i tłustą masę - jak brownie właśnie.
Sosu karmelowego na pewno nie pożałowano. Przewijał się przez całe pudło, niżej utworzyła się jego większa gruda, a mniejsze zawijasy miejscami mieszały się z masą lodową. Był tłustawy i średnio gęsty. Z rozpływającymi się lodami z czasem trochę się mieszał i wtedy wydawał się rzadszy.

Sama masa lodowa wyszła raczej mlecznie, bardzo słodko, ale nie jakoś szlachetnie waniliowo. Była jak najbardziej w porządku, choć w kontrze do wyrazistych dodatków wydawała się taka... bazowa. Na szczęście poprawna. Tam, gdzie wymieszała się z sosem karmelowym, była oczywiście jeszcze słodsza w kontekście karmelowym, choć raz po raz wkradała się w nią sól. Mnie to odpowiadało, bo zapewniło zgranie poszczególnym elementom.

Jako pierwsza zwróciła na siebie uwagę polewa. Uderzyła wyrazistym smakiem orzechów laskowych i słodkiego kakao. Konsekwentnie zasładzała, aż drapiąc w gardle i powodując przyspieszenie serca, coraz bardziej kojarząc się z kremem-smarowidłem typu Nutella, trochę z nugatem. Cierpkawa goryczka kakao była w tym drobna, złagodzona maślanością, która wpisywała się w pewien sposób w orzechowość. Coraz bardziej udawała czekoladę mleczną, albo... czekoladę typu gianduja? Nuta laskowców była w większości naturalna (ale chwilami, gdy bardzo się już topiła, wydawało się, że nie całkiem - patrząc na skład obstawiam jednak, że to przez oleistość). Ta jednak chwilami ogólnie przycichała. Zupełnie, jakby orzechy walczyły z mleczną czekoladą. Mimo to, polewa nie wyzbyła się drobnej wytrawności i przyjemnej goryczki. Dopiero w zestawieniu z kawałkami czekoladowymi, naprawdę mocno kojarzyła się z mleczną czekoladą.

Gorzkość i cierpkość przejęły bowiem kawałki czekoladowe o mocno kakaowym smaku. Podwyższyły również cukrowość, że chwilami cukier wydawał się w nich motywem przewodnim. Przedstawiały jednak ewidentnie gorzkawą ciemną kakao-czekoladę, mimo że z czasem wyszła także lekka maślaność. Kojarzyły mi się... z domową czekoladą ciemną (nigdy takiej nie jadłam) o likierowych zapędach.

Wyważona słodycz cechowała z kolei brownie. Te skojarzyło mi się z mocno kakaowym najprawdziwszym brownie. Goryczkowate, przybierające na słodyczy dopiero podczas rozpływania się i dość tłuszczowe, ale wszystko w pozytywnym sensie. Wyraziste, ciastowe... świetnie pasowały do reszty dodatków.

Słodycz drastycznie podnosił cukrowo-palony sos karmelowy. To czysta słodycz, prędko drapiąca w gardle, ale o wyraźnie karmelowym smaku ze znacząco maślano-śmietankowym echem. Podkreślała go całkiem spora ilość soli w pełni z nim integralnej, wmieszanej. Chwilami trafiałam na jeszcze bardziej słone prztyczki. To jednak i tak najsłodsza możliwie słodycz i kropka. Co więcej - słodycz całkiem przyjemna, bo zestawiona z przełamującymi elementami.

Całościowo jednak lody wcale tak bardzo za słodko nie wyszły. Stonowana baza, sporo cierpko-goryczkowatych elementów i sól wyrównały cukrowość czekoladowo-kakaowych dodatków i karmelu, więc kontrast wyszedł tu na dobre.

Po zjedzeniu nie czułam się straszliwie przesłodzona, acz słodycz odczuwalna była. Karmel jako posmak zacnie wymieszał się z goryczką kakao i szczyptą soli. Polewy czy orzechów laskowych na szczęście już nie czułam (piszę "na szczęście", bo posmak tej polewy mógłby nie być ani trochę przyjemny). Na dobre wyszło też to, że po zatłuszczeniu i zacukrzeniu wierzchem, reszta jakoś to zrównoważyła i nie zostałam po tych lodach z poczuciem obrzydzenia.

Lody uważam za całkiem udane. Podobały mi się proporcje zachowanych smaków, ale ilościowe proporcje i dodatki trochę bym zmieniła. Polewę wolałabym w innej formie niż taką jako wierzch (bo i jej tłustość, przypominanie oleistego, miękkiego smarowidła mi nie leżało), kawałki czekoladowe zmieniłabym zaś na większą ilość brownie. Baza mogłaby być lepsza, ale z drugiej strony... gdy i tak uwagę skupiają na sobie dodatki, może nie miałoby to sensu. Także cukru mniej, a więcej kakao bym wolała w wiadomych częściach.

Ta polewa, zestawienie smaków i solony karmel o wiele bardziej mi smakowała niż np. w B&J's Love Is...Topped (w tych polewa to dopiero oblech!), a jednak np. w lidlowych Alpen Fest Pretzel Ice Cream tego typu polewa, mimo że też miała w sobie coś obleśnego, odpowiadała mi bardziej - chyba ze względu na wytrawniejszy smak. Zdecydowanie wolę też czekoladowo-orzechowy korek Mucci Nut Loves Choco niż tę polewę.
Odlegle skojarzyły mi się z boskimi HD vanilla caramel brownie - B&J's wypadają jednak przy nich gorzej jako po prostu przekombinowane. Naprawdę nie rozumiem, po co z lodów robić dosłownie śmietnik. Wystarczyło by, gdyby skończyli na brownie i sosie. Gdyby lody były tylko z nimi, mogłabym do nich wrócić, a tu za dużo elementów, które najchętniej bym po prostu wywaliła (ale z drugiej strony nie były aż tak parszywe, by - jak już są - wywalać).


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 15 zł (za 438 ml / 403 g; promocja przy zakupie dwóch opakowań - różnych smaków)
kaloryczność: 304 kcal / 100 g; 280 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: śmietanka 24%, cukier, woda, mleko skondensowane odtłuszczone, oleje roślinne (kokosowy, rafinowany sojowy), syrop glukozowy, żółtka jaj, odtłuszczone kakao w proszku, mleko odtłuszczone w proszku, masło, mąka pszenna, miazga z orzechów laskowych, sól, ekstrakt waniliowy, stabilizatory (pektyny, guma guar, karagen), lecytyna sojowa, jaja, suszone białka jaj, tłuszcz mleczny, mąka ze słódu jęczmiennego, naturalny aromat waniliowy, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu)

niedziela, 14 marca 2021

L'Atelier Des 5 Volcans Reserve Du Dja 62 % Cacao Recolte 2018 ciemna z Kamerunu

Marka L'Atelier Des 5 Volcans jest mi znana głównie z widzenia, bo ich tabliczki mają niską zawartość kakao i dochodzą do nich warianty z dodatkami: z wanilią lub z kawą, co średnio mnie kręci. Jako jednak, że poznałam już ich czekoladę reprezentującą należącą do nich małą plantację Haut Penja: 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017, przyszedł czas na drugą, większą plantację, czyli Reserve Du Dja. W przypadku tej widziałam, że rocznik inny (2018), ale niewiele mi to mówi (jeśli chodzi o same zbiory to wiadomo, to pewnie odpowiednik linii produkcji). Podobnie jak to, że nie raczyli dołożyć tych paru %, by było po równo i można było sobie fajnie porównać. Szkoda.

L'Atelier Des 5 Volcans Reserve Du Dja 62 % Cacao Recolte 2018 to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Kamerunu z plantacji Haut Penja; rocznik 2018.

Po otwarciu poczułam kontrastowy i intrygująco spójne zestawienie, którego bazą była zaskakująca wytrawność zielonych oliwek i kwasek octu balsamicznego, ich ogólne połączenie z... delikatnym, słodkim karmelem. Zwieńczyła je leciutka jakby oleistość, a obok pojawiła się skóra od wypieczonego na chrupko chleba. Tu pomyślałam o dusznym zapachu surowych płatków, kasz, wanilii (zapach kuchennej szafki mojej babci)... przechodzącym do zbożowo-polnych, kwiatkowych (stokrotki?), nieco żywszych nut. To jednak znów raczej soczystość, kwasowo-podkwaszona i znacząco owocowa jak żurawina i jabłka, może nieśmiałe rodzynki. Odpowiadały za harmonijne przejście do niemal karmelowo-wypieczonej słodyczy. Pierwsze świetnie splatały się z octowymi oliwkami, drugie zaś ze skórką. Nuty zatoczyły i zamknęły krąg.

Przy łamaniu tabliczka okazała się bardzo twarda i głośno trzaskająca. Przy robieniu kęsa poczułam lekki chrzęst, jakby była cukrowo-ziarnista.
W ustach rozpływała się raczej średnio-powoli, ale bardzo łatwo. W pierwszej chwili była idealnie gładka, ale im bardziej zmieniała się w rzadkawy, lekko tłustawy krem, tym bardziej przejawiała szorstkawą pylistość. Wydawało się, że miała ochotę potrzeszczeć, co równoważyło tłustawość. Ukrywała się jednak w rzadkawym, zostawiającym szybko znikające smugi kremie. Wyszło to dość przystępnie i neutralnie (ani na plus, ani na minus).

W smaku uderzyła bardzo słodkim karmelem. Rozszedł się po ustach, jakby trochę się przypiekł, ale nie nasiliła się jego moc. Pomyślałam o wanilii i cukrze pudrze, a więc duecie dość dusznym, przypominającym mi kuchenną szafkę babci. Cukro-karmel jakby opadł, osiadł na słodkawe ziołowo-herbaciane nuty i jakby też nawet konkretnie jakiejś... herbaty waniliowej, owocowej z suszonym jabłkiem? To dalej ta kuchnia, szafka wisząca nad chlebakiem i blisko patery z jabłkami.

Te miały w sobie coś bardziej palono-podsuszonego i goryczkowatego, nawet cierpkiego, ale właśnie tłumionego i wygładzanego przez okrywającą je karmelową słodycz. Chyba podkradły się pod nią suszone, gąbczaste jabłka i jakieś suszono-kandyzowane egzotyczne. W pewnym momencie herbata i owoce zwilgotniały, nabrały życia (jakby proces odwrotny do suszenia?), serwując mnóstwo kwiatków polnych i jabłek już surowszych, ale kaszowatych (przejrzałych). Oczami wyobraźni widziałam setki stokrotek na polu.

Karmel wsiąkł w nie... niczym olej / oliwa w chrupko-wypieczoną bagietkę. Drobna goryczka i tu znalazła upust, a ja poczułam wytrawniejszy motyw. Od skórki od chleba, tej bagietki, odeszły zielone oliwki, niosące kwaskawo-wytrawną soczystość. Pomyślałam też o occie balsamicznym jabłkowym.

Kwaskawość mniej więcej w połowie bardziej zwróciła na siebie uwagę, a że znalazła się bardzo blisko słodyczy, ogólnie kwaśno nie było (po zjedzeniu większej ilości w ogóle zaczęła wydawać się bardziej sugestywna). Łącząc się, kwasek i słodycz wypuściły na wolność jabłka, żurawinę i cytrusy. Coraz więcej cytrusów, ale "na słodko".

Wytrawność opuszczona przez kwasek zrobiła się bardziej zbożowo-kaszowa. Znów pokazało się pole porośnięte drobnymi kwiatami, ale także jakiś zbożowy wypiek.

Nagle wyobraziłam sobie lemon bary czy też tartę / kruche ciasto z masą cytrusową na wierzchu. Zdecydowanie grubo posypano to cukrem pudrem i posłodzono wanilią... Słodkie, że aż nie czysto cytrynowe, a bardziej jabłkowo-cytrynowe. Z masą z... wtopioną żurawiną? Na pewno jednak posypane cukrem, bo i słodycz cukru (acz palonego) na koniec jeszcze wyraźniej o sobie przypomniała. Karmel... znacząco to osłodził.

W posmaku obok bardzo, pudrowo słodkiego karmelu została cytryna, może nawet wręcz pod nim, ale z odczuwalnym kwaskiem. Kwaskiem... przywołującym też wytrawność octu balsamicznego (jabłkowego?), oliwki, polne kwiaty... aż w końcu i bliżej nieokreśloną cierpkawość. Wszystko w słodkich realiach.

Całość wyszła dziwnie. Przez wysoką i wszechobecną słodycz wyłapywane wytrawne sugestie wprawiły mnie w lekką dezorientację. Ogólnie ta zbyt silna, pudrowa słodycz mi przeszkadzała. Kojarzyła się ze słodyczą Amedei i Franceschi oraz z zacukrzoną wersją batona LC Pacman. Pomyślałam o niej jako o drogiej, z wyższej półki, a więc i bogatszej w nuty wersji Wegmans Dark Chocolate 72 %. Już nawet Wedel Premium Gorzka Cząstki wiśni i chili wydał się równie "o wytrawnych nutach" (a jednocześnie bardziej przecukrzony i z niskiej półki).
Tym samym wyszła gorzej od 70 %. Obie były słodkie waniliwo, acz 70 % odbiła w kierunku kwaskawego miodu, a dzisiaj opisywana karmelu i cukru pudru. Charakterny las iglasty, egzotyczne owoce, wiśnie... w dzisiaj opisywanej to pole, żurawino-jabłka, cytryny w cukrze, stokrotki. Tak samo suszony owoc - podobieństwo! - ale znów w 70 % mango, tu jabłka. Znów ocet, chleb i wytrawność, ale już nie jak kiszone warzywa, drzewa, ale... bardziej oliwkowo-kaszowo-neutralnawe nuty. Takie, które pretendują do wytrawności, ale dowalili im słodyczy. Czytałam, że ludzie czują w niej kasztany - jak tak pomyślę, to... możliwe. Struktura także mnie nie kupiła.
Niby wytrawność dla bojących się wytrawności, takie "chcę być wytrawna, ale się boję". Końcowo specjalnie wytrawnie nie wyszła, a kwasek wystąpił w niej pod postacią bardziej "nut" niż kwaśności. Jedynie zapach i posmak pokazały pazurki. Szkoda, bo lubię wytrawne tabliczki (choć bez przesady), słodycz, gdzie jest uzasadniona (też bez przegięcia) w sumie też, ale tu...
W cenie do 8, góra 10 zł mogłaby dostać nawet 7/10, ale tak? Nie ma szans.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 28 zł (za 80 g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 13 marca 2021

Cocoloco Chocolates Honey 72 % Ecuador ciemna z Ekwadoru z miodem

Przeglądając stronę internetową Cocoloco właśnie ta czekolada między innymi najbardziej podziałała mi na wyobraźnię. Ciemna czekolada po prostu nadziana najprawdziwszym miodem? Nigdy o czymś takim nawet nie marzyłam, a wydawało mi się cudowne. Odkąd pamiętam uwielbiam ciemną czekoladę, a za dzieciaka kochałam miód (teraz lubię, acz mniej i nie jem, bo nie pasuje mi do czegokolwiek). Niestety, pomylili się i wysłali mi mleczną Honey 43 % Venezuela - o tym wszystkim już pisałam przy niej. W końcu weszłam w posiadanie i tej, ale... niestety już się nie cieszyłam, a bałam się i czułam bezradność. Chociaż... tak, sięgając po nią w końcu też w pewnym sensie czułam radość. Że to już ostatni ich nadziewaniec, jaki miałam (a przynajmniej miałam nadzieję, że nic z pozostałych nie zaskoczy mnie w drugą stronę, co Peanut Butter & Sea Salt).

Cocoloco Chocolates Honey 72 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z miodem wielokwiatowym.

Zaraz po otwarciu poczułam intensywny, goryczkowaty i żywy zapach ziemi, splatający się z roślinnie-kwiatową rześkością. Mimo cierpkości był delikatny. Oczami wyobraźni zobaczyłam młodą trawę, rosę, ale także zioła. Zioła aż drapiące w gardle. One i kwiaty sugerowały miód, który rozbrzmiał wyraźnie po przełamaniu. To ewidentnie jasny miód, o charakterze naturalnym i "dziadkowym". Aż drapał w nosie, wraz z motywem przypraw. W tle wyraźnie zaznaczyła się żywo-soczysta słodycz owoców: brzoskwiń i moreli.

Tabliczka wydawała się konkretna i twarda, a jednocześnie delikatna - że zaraz się rozwali. Przy łamaniu chrupała / trzaskała. Jej denko-spód był bowiem twardy i gruby, wierzch zaś twardy polewowo, ale cienki. Rozjeżdżało się to, nawet w przypadku kostek bez nadzienia, w nadzianych - wierzch łamał się, jak mu się podobało. Z tych miód po prostu płynął Był bowiem lepiącym i płynnym, minimalnie gęstawym miodem.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, tłusto i gładko. Trochę jak polewa z lodów na patyku zmieniająca się w wodniście zawiesinową masę. Miód spod niej wyciskał się błyskawicznie, znikał też szybciej. Wydawało się, że było go mało.
Później czekolada zalegała w ustach dziwnie, bez sensu jak plastikowa polewa, która zaczyna od zera udawać coś bardziej czekoladowego, leniwie mięknąc. I w końcu nawet jej się udało zniknąć jako rzadkawy, zawiesinowy pseudo krem.
Sposób, w jaki nadziano te tabliczki jest karygodny. Bez ładu, przez cały środek, z zostawionymi bocznymi kostkami. W trakcie jedzenia wnętrze leje się, lepi. Wszystko brudne, rozwalone. Nie podobało mi się to ani trochę, strasznie irytowało. Wprawdzie akurat w tym przypadku dobrze się złożyło, bo gdy tylko 6 środkowych kostek mnie tak irytowało lejącym się miodem, reszta była prawie go pozbawiona, mogłam je zjeść jako zwykłą ciemną... w innym przypadku nie wiedziałabym, co zrobić z resztą tabliczki (Mama nie cierpi ciemnych) - może więc dobrą opcją byłaby mniejsza gramatura, taka na raz? Bo 100 gramów czegoś takiego ja zjadłam, pod koniec męcząc się, mimo że to moja dzienna norma, ale niekoniecznie każdy by chciał?

Od początku czekolada przywitała mnie wysoką słodyczą owoców i goryczką dymu. Poczułam słodkie, dojrzałe granaty, a zaraz za nimi brzoskwinie. Były soczyste i... podkręcone miodem. Tabliczka całościowo trochę nim przesiąkła, co uwypukliło jej słodycz. Z czasem, zwłaszcza jedząc kostki bez nadzienia, wydała mi się cukrowo-kwiatowo-miodowa, z cukrem na przodzie.

Zaraz umocniła się leciutko ściągająca cierpkość i zakłębił się dym, starł się ze słodyczą. Wyszła... ciężko-lekko. Pomyślałam o słodko-drapiących w gardle ziołach, suszonych kwiatach i wanilii. Kwiatach aż drapiących w gardle? Jakby ciężki dym próbował spowić... coś kwiatowego? Kwiatowo-waniliowy likier?

W kostkach nadzianych częściowo mniej więcej w tym miejscu wchodził miód. W tych środkowych (a więc nadzianych mocno) robił to niemal od razu, po prostu przygłuszając początkowe nuty czekolady. Serwował pełnię swego smaku: zasładzającego natychmiast, ale także wyrazistego. Wydał mi się kwiatowy, "dziadkowy". Był całkowicie naturalny i jednocześnie naturalnie niegłęboki (bo to wielokwiatowy, a tak go postrzegam).
Pojawił się, by zaraz zniknąć. Pozostawiał tym samym poczucie słodyczy, także w gardle, ale jego smak uciekał pod naporem czekolady.

W połowie rozpływania się kęsa cierpkość kakao i drapanie miodu złączyły się, układając w drapiący dym. Przyniósł on palony klimat i gorzkość. Gorzkość ziół, roślin i kwiatów miała wilgotny wydźwięk jakby... Pokrywała ją rosa - gorzki smak wydał mi się zaburzony wodnistością (kontrast po miodzie?). To zaś nasunęło skojarzenie z ziemią po deszczu. Cierpką, goryczkowatą jak apteczne zioła i pleśń. Pleśń... słodka.

Mieszała się trochę z owocami, a więc brzoskwiniami i bardzo, bardzo słodkimi czerwonymi (granatem?). Czekolada zasugerowała znów likier: czy to owocowy, czy jakiś nieokreślony. Wyłapałam kawę. Dym zakrył kwiaty i zmieszał się z nią.

Pod koniec, mimo drapania w gardle wywołanego miodem, jego smak stracił na znaczeniu, sama zaś czekolada wydała się lżejsza i... roślinna jak poranna rosa? Nie w dymie, a we mgle? I do tego słodka, bez smaku słodkiego.

Po zjedzeniu został posmak goryczki palono-dymnego kakao, likierowo-miodowej, płytkiej kawy i soczystych owoców. Po tym wszystkim wydały mi się złotymi suszkami, bliżej nieokreślonymi i trochę egzotycznymi... gąbczastymi? Nasączonymi miodowym alkoholem? Od ostatniego w gardle czuć ciepło, a w ustach lekkie, suche ściągnięcie.

Z zaskoczeniem uznałam, że... ta czekolada akurat mi w miarę odpowiadała. Przeważnie zjadam około 100 gramów czekolady dziennie, więc to akurat moja ilość, ale... szczerze, przy tym smaku zachwycona byłabym gramaturą 70 g - wtedy bym się też aż tak nie czepiała formy; w sensie gdyby zamiar był bardziej zotterowy. Jak już bowiem robić podział na kostki, to porządnie proszę - mogłyby być takie jak w Lindt Whisky. Tabliczka była bowiem byle jak nadziana i skonstruowana. To mi się nie podobało. Smakowo wyszła całkiem przyjemnie, choć nieambitnie. Czekolada pretendująca do lepszych, a jednak wciąż do poprawki (bo za bardzo polewowa), miód też bym dała ciekawszy, ale w sumie... wyrazista ciemna sprawiła, że kompozycja nie była do bólu przesłodzona jak mleczna.
Z drugiej jednak strony, jak człowiek decyduje się na czekoladę z miodem, to chce go wyraźnie czuć... Ale żeby go dobrze czuć, a nie żeby był wszędzie - czyt. lał się.


ocena: 7/10 (naciągane trochę?)
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wanilia), 10% naturalny miód wielokwiatowy