piątek, 21 maja 2021

Wegmans Milk Chocolate mleczna 38 %

Obecnie jakbym dostała coś ze słodyczy innych niż czekolada, oddałabym bez zastanowienia. Wyjątek stanowią "dziwotwory", a więc rzeczy, których sama nie mam możliwości kupienia, są niespotykane i... po prostu dziwne. Z czekoladami wygląda to trochę inaczej, bo ciekawi mnie więcej. O ile jednak obecnie kupując, zastanawiam się dwa razy, czy coś ma szansę mi naprawdę posmakować, a gdy mam "coś dostać", "spróbować" (np. od Mamy) nie w moim stylu, to bez problemu odmawiam, tak pozostaje kwestia niedostępności i zagraniczności. Tę dostałam i prawdę mówiąc, spróbowałam tylko, by utwierdzić się w przekonaniu, że to kiepska marka. Jakby na przekór, że ktoś próbuje mnie przekonać, że Wegmans to dobry sklep dla bogaczy, którym oferuje dobre produkty? Oczywiście wolałabym być mile zaskoczona zacnym smakiem. Do błędu umiem się przyznać - i czasem to jest fajne.

Wegmans Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach naturalnego, świeżego mleka podrasowanego łagodną nutką kakao o wydźwięku skoszonego siana i orzechów laskowych. Było to cieplutkie, "milusie" i łagodnie korzenne jak słodkie mleko z cynamonem i kakao. Ogólna, należąca do ciepłych tworów, słodycz kompozycji zaskoczyła mnie tym, że nie była wysoka.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-lepkawa; łamała się pykając. Wykazywała przy tym kruchość. Wyglądała na proszkową.
W ustach jednak początkowo rozpływała się gładko, tłusto i gęsto, kojarząc się z kostką chłodnego masła. Po paru chwilach miękła i zaczynała zdradzać wręcz chropowatą proszkowość. A tłustość zachowała, zostawiając tłuste smugi na wargach i podniebieniu, by na koniec zniknąć jak tłusta woda. Było w niej coś, co kojarzyło się trochę z tłustym mlekiem zagęszczonym chwilowo.

W smaku zaszarżowała bardzo tłustym mlekiem, na które szybko nałożyło się masło. Wydała mi się przez to aż dziwnie neutralna, właśnie jakby zrobiona głównie z tych składników.

Maślaność rosła szybko i bezkompromisowo, jednak prędko poczułam także wysoką słodycz. Mimo to, nie łączyły się specjalnie ze sobą, a płynęły jakby obok.
Słodycz wydała mi się cukrowa, przez chwilę pomyślałam o maślano-śmietankowym toffi i tłustym mleku, ale na pierwszym planie pojawiła się wanilia. Ciężka i drapiąca słodycz wanilii przybrała postać aż oleistą i perfumową... Oderwaną od rzeczywistości - dosłownie (bo od innych nut) - i mdlącą.

Mniej więcej w połowie kęsa, gdy nieco przywykłam do neutralności i trzymającej się z boku, ale wcale nie słabej słodyczy, poczułam goryczkę. Najpierw zaklasyfikowałam ją jako paloność i może cynamon - być może kryjące orzechy. Orzechy tłuste i maślane? Jak jakaś słodka pasta-krem z nich... z wydzielającym się olejem? Coś orzechowego na pewno w tym było, ale też i tłustość... oleistość wanilii? Skojarzyła mi się ze stęchłymi perfumami, ale nie mogę powiedzieć, by była po prostu stęchła (raz tylko mi tak jakby zaleciała sugestia). Maślaność na szczęście zaczęła się łączyć ze słodyczą, mlekiem i resztą.

Bliżej końca słodycz znowu zaskoczyła na bardziej cukrowy tor, drapiąc w gardle, ale nie zagłuszając smaku mleka, na którym to właśnie do gardła spływała. Lekkie ciepełko i sugestywna korzenność sprawiły, że pomyślałam o zacukrzonych, oleistych ciastkach maczanych w tłustym korzennym mleku.

Po pokazie przesłodzonych tworów, został posmak właśnie mleczno-maślanej czekolady... z okienkiem ze stęchłymi orzechami? Takie mleczniusie zacukrzenie, ale nie uroczo dziecięce, a... ciepłe? Wzbogacone też o drobną cierpkość kakao i orzechów, jak również... oleiście perfumowej wanilii?

Tabliczka miała wydźwięk "powrotu do dzieciństwa na siłę". Była tłusto-mleczna, naprawdę wysoce, a przy tym... aż po prostu mało czekoladowa. Słodka zdecydowanie za bardzo, a w dodatku "słodka bez sensu" - bo nijak ta słodycz nie pasowała do smaku. Było jej o wiele za wiele i nie podobał mi się jej wydźwięk.

Nie smakowała mi, było w niej coś denerwującego, że po niecałej kostce dałam sobie spokój. Takie to było... bez sensu żeby jeść, ale nie straszliwie potworne, a bardziej... żadno-niesmaczne? Zupełnie nieleżące w kręgu moich zainteresowań - dokładnie z wyciętym tym, czego szukam w czekoladach (kakao) i obstawiam, że na tle innych takich tanich czekolad marketowych nie wypadła wyjątkowo beznadziejnie. Data do końca to prawie 3 miesiące, więc nie powiedziałabym, że była stara; znając "wyczyny" tej marki, myślę, że to po prostu taka tabliczka.
Mamie jednak także nie smakowała: "Słodycz to według mnie jedyna jej zaleta. Rozpuszczała się jak masło, niefajnie. W smaku też właśnie: ta słodycz i obok masło z takim czymś... ty to nazwałaś oleistą, stęchłą wanilią. Może to goryczka jakaś, ale mi to się bardziej z parafiną na mole, szafą babci kojarzyło. Okropna nuta, przez nią czekolady nie da się jeść". Mama podsumowała ją doskonale!


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko, tłuszcz kakaowy, ziarna kakao, lecytyna słonecznikowa, ziarna wanilii

5 komentarzy:

  1. Przede wszystkim zajebista szata graficzna. Sama tabliczka też bardzo mi się podoba: podział, ozdoby, kolor (!), wizualna miękkość. // "Obecnie jakbym dostała coś ze słodyczy innych niż czekolada, oddałabym bez zastanowienia" - Kiedy to pisałaś? Bo parę dni temu wpadł zupełnie zwykły wafelek Motto :P // Zapach super, konsystencja też niczego sobie (ew. poza proszkowatością; zależy od formy i ilości). Kusi mnie ta maślaność, zwłaszcza po Twoim chłodnym przyjęciu Zottera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi zupełnie się nie podoba. Nawet logo sklepu - widelec, talerz i kieliszek... Gdzie tu sens?

      Prawdopodobnie pisałam to w okolicach pisania recenzji Motto, czyli jakiś rok temu. Nie widzę sprzeczności. Jakbym dostała coś nieczekoladowego zwykłego, oddałabym. Z 5 lat temu miałabym wewnętrzny przymus spróbowania, "bo na bloga". My Motto kupiłam sama. Gdyby ktoś mi kupił i dał smak Tiramisu, oddałabym Mamie bez emocji. Czy nie wiedząc, jak smakuje dziś zrobiłabym to samo z kakaowym? Nie wiem, dopuszczam, że bym spróbowała. Nie widzę sprzeczności jednego z drugim.

      To nie była proszkowość prochu. Bardziej taka chropowata, pewnie wynikająca z tego, że mleko w proszku z taką ilością tłuszczu kakaowego się tak na gładko nie rozmieszało.

      Można by ją w sumie określić jako mocno tania i słodsza alternatywa dla wspomnianego Zottera. Tylko że ta tania perfumowość w moich oczach w ogóle czyni ją tanio-kiepską czekoladą. Smak rozjechany... łe, lepiej, byś sobie wzięła masło na kosteczki pokroiła i takie zlizała z cukrem na przemian. Efekt pewnie byłby podobny.

      Usuń
    2. Obrzydziłaś mi ten produkt na maxa ostatnim zdaniem :/

      Usuń
    3. Lizaniem masła? I słusznie, bo w tej czekoladzie było coś obrzydliwego (masło + cukier i tanie perfumy - cacy połączenie!). Nie chciałam, by Olga wyciągnęła błędny wniosek, że ta czekolada to spójna, słodko-maślana kompozycja. O nie. Daleko jej od takiej. Nie jeżdżę po maślanych nutach, bo nie lubię masła. Jeżdżę, gdy czuję się, jakby to było masło, a nie czekolada.

      Usuń
  2. Masło brzmi w porządku, ale stęchła wanilia?! 🧈😄 Na nią nie chciałabym trafić ani poczuć, ale nie wiem, czy kiedykolwiek w mlecznej czeko czułam nawet nie stęchłą. 😷

    OdpowiedzUsuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.