wtorek, 9 czerwca 2015

Zotter Arabian Dates with Mint ciemna mleczna z migdałowym nugatem z daktylami i miętą

Znacie to uczucie, że czujecie się prześladowani? Ja tak mam ostatnio. Może to nic dziwnego, gdyby nie to, że czuję się prześladowana przez... coś nieludzkiego. Nie, nie zmieniam bloga na opowiadania o duchach, czy czymś podobnym. Po prostu, ostatnio chodzi za mną mięta. Nie, nie szukam produktów z nią. To one mnie znajdują, a ja, jak głupia, nie potrafię im się oprzeć. Lubię miętę w czekoladzie, ale ostatnio mam dziwne wrażenie, że jakoś tych miętowych czekolad jem strasznie dużo i mam mały przesyt. Niby sobie postanowię, że na jakiś czas przerwa, a tutaj...

Zotter Arabian Dates with Mint. I jak tu takie czekolady nie wziąć? Tabliczki mlecznej o zawartości 60 % kakao, z migdałowym nugatem i daktylami oraz czekoladowym ganaszem z miętą i alkoholową nutką. Takie połączenie jest dla mnie w ogóle nowością, a jako, że daktyle lubię, miętę lubię, nugat uwielbiam, czekolady z alkoholem także, nie mówiąc już o takiej zawartości kakao, to chyba logiczne jest, że musiałam kupić?


Rozchyliłam złoty papierek i dobiegł mnie zapach porządnej czekolady z subtelną nutką mięty. Żadnej tam pasty do zębów, a herbaty miętowej, z którą to zapach mi się skojarzył. Grubą, 70-gramową tabliczkę przełamałam, żeby zobaczyć jej biało-brązowy przekrój z kawałkami daktyli. Aż jeść się chce!

Zaczęłam od solidnej warstwy ciemnej mlecznej czekolady. Jest ona cudowna w smaku, Zotter po raz kolejny pokazał, co potrafi. Intensywnie kakaowa, ale nie gorzka. Dość słodka, ale w żadnym wypadku nie przesłodzona. Wszystko to podkreślał posmak mleka i orzeźwiająca, bardzo delikatna w smaku i silnie chłodząca, nuta mięty. Rozpuszcza się powoli, jak na czekoladę mleczną, aksamitnie, dzięki temu, że jest przyjemnie tłustawa i maziście, co przejęła od swoich gorzkich krewnych. 
Nadzienie stanowią dwie równe warstwy. Jasna to nugat z migdałów, który jest bardzo słodki, nieco orzeźwiający, za sprawą delikatnej mięty, którą minimalnie przeszedł. Gdzieś w tle, w tej słodkości, wyczułam odrobinkę wanilii. Ta część jest smaczna, kremowa, chociaż nie całkiem gładka, jednak nie ma tu nic, co podbiłoby jakoś szczególnie moje serce. Czymś, co jednak przykuwa uwagę, są daktyle, a właściwie ich kawałki i to całkiem spore. Jak to daktyle, są to bardzo słodkie, nieco rozmiękłe "suszczyki" z twardawą skórką i miękkim, wręcz soczystym wnętrzem. Bardzo smaczne, jednak jest ich o wiele za mało. Na całą tabliczkę znalazłam jedynie kilka kawałeczków.

Warstwę dolną stanowi krem, gładszy od nugatu, o słodko-kakaowym smaku, silna jest tutaj także miętowa nutka. Od czekolady odróżnia odróżnia go konsystencja, bo zbliża się ku mousse'owi, a także smak, ponieważ oprócz kakao i nutki mięty, kojarzącej się z miętową herbatą, czai się tutaj posmak alkoholu, za sprawą brandy z cukru trzcinowego. Jest to mglisty motyw, który tylko wydobywa smak reszty. 

Jakby tu podsumować tę czekoladę? Jest w miarę prosta i słodka, z wieloma nutami smakowymi, jednak żadnym przewodnim. I mięta i alkohol są bardzo delikatne. Jedno i drugie mogą być przez niektórych nie lubiane, jednak tutaj są tak niewyraziste, że dla większości nie powinny jakoś specjalnie przeszkadzać. Mimo tego braku głównego tematu, czekolada wcale nie jest nijaka. Ma charakterek i jest interesująca, za sprawą połączenia tego wszystkiego. 


ocena: 8/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 16.50 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, daktyle (9%), śmietanka z pełnego mleka w proszku, migdały, mleko, syrop fruktozowo-glukozowy, masło, słodka śmietanka w proszku, brandy z cukru trzcinowego, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, wanilia, olejek miętowy (0,01%), płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon

poniedziałek, 8 czerwca 2015

lody Haagen-Dazs Macadamia Nut Brittle

Macie jakieś zaufane firmy słodyczy, których produktów nie boicie się kupować w ciemno, bo wiecie, że zawód Was nie spotka? Do listy takich firm dodałam ostatnimi czasy Haagen-Dazs. 
Chyba nigdy nie przestanę narzekać na ich dostępność, bo w Polsce są naprawdę rzadko spotykane. Jak już gdzieś się pojawią, to w astronomicznej cenie i w akurat niekoniecznie mnie interesującym smaku. 
Ostatnio jednak (no ok, wczesną wiosną), będąc w Tesco, zauważyłam kilka smaków, których w mojej mieścinie nigdy nie widziałam, a nie raz śliniłam się do monitora, widząc je w internecie, w dodatku w promocji! 
Bałam się, że to piękny sen, z którego zaraz się obudzę. Pomyślałam, że skoro to sen, to mogę kupić wszystkie smaki, które chcę i tak też zrobiłam. 
Nie obudziłam się jednak, a moja zamrażarka trochę się zapełniła. Kolejne parę dni spędziłam nad rozmyślaniem, od którego smaku by tu zacząć, jaki zostawić sobie na potem itp. 

W końcu przyszedł czas na Haagen-Dazs Macadamia Nut Brittle, co do których żywiłam naprawdę ogromne nadzieje, bo orzechy makadamia to jedne z moich ulubionych, a jako, że są to lody waniliowe z krokantem z orzechów makadamia (czyli z karmelizowanymi orzechami)... Sami wiecie. ;) 

Po uniesieniu wieczka, oczom ukazuje się... folia. Z informacją, że należy poczekać 10-15 minut.
W końcu jednak, folia opadła, a ja dorwałam się do lodów o subtelnie waniliowym zapachu i jasnym, beżowym kolorze.

Od razu, po pierwszej łyżeczce, w moich ustach rozszedł się znajomy i uwielbiany przeze mnie smak. Bardzo słodki, charakterystyczny. Tak, moi drodzy!
Waniliowa mleczność. Wyrazista w smaku i naturalnie słodka - osiągnięto doskonały poziom silnej słodkości, ponieważ mimo, że jest to konkretny motyw, nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby tych lodów przesłodzonymi.

To właśnie smak wanilii ma masa lodowa, w której, oprócz tego, czuć śmietankowość. Mam na myśli to, że śmietanka jest w składzie na pierwszym miejscu i nawet bez czytania, co zostało napisane (a raczej wydrukowane) na opakowaniu, byłam w stanie to stwierdzić.
Te lody są lekko tłustawe, kremowe i delikatne, ale także gęste. Zupełnie nierozwodnione. Dla mnie, to po prostu ideał lodów waniliowych.
W całym kubeczku (albo raczej kuble - 500 ml) jest pełno różnych chrupiących, mniej i bardziej, kawałków, oraz sosu, od którego pozwolę sobie zacząć drugą część wpisu. Jest on słodki i maślany, a mimo iż jest go niewiele, nie można powiedzieć, że nic nie znaczy. Przywodzi na myśl karmel... Mamy do czynienia z lodami z sosem karmelowym? Nie. To skąd on? Już wyjaśniam. "Brittle", czyli krokant to cukier palony na maśle z orzechami w środku. Jest chrupiący, słodki i karmelowy. Kawałki tego właśnie tworu dodano do tych lodów. Sos, o którym pisałam wcześniej, najprawdopodobniej z tego dodatku pochodzi, kiedy lody trochę się rozpuszczały.

Chrupiące cząstki to właśnie ten krokant, czuć w nich lekką, minimalną maślaność i smak palonego cukru. Przyjemnie strzelają pod naciskiem zębów, bo, wbrew pozorom, wcale nie są bardzo twarde. Skojarzyły mi się ze Skor'em, ale w Haagenach są o niebo lepsze! Niezbyt duże, wielkość mają odpowiednią, żeby nadawały wszystkiemu smaku, ale nie zakłócały reszty.
Cukrową warstwą jest pokryta część kawałków orzechów makadamia, chociaż większość stanowią po prostu posiekane orzechy. Makadamia mają intensywny zapach i charakterystyczny, maślany smak. Czuć je bardzo wyraźnie. Nie dziwię się, w końcu solidną ich ilość tutaj dodano. 

Ogólnie lody są bardzo słodkie, ale w żadnym stopniu nie zacukrzone. Słodkie w sposób smaczny. Orzechy i krokant stanowią świetny zespół z wanilią, a chrupiąca konsystencja dodatków to cudowny kontrast dla aksamitnych lodów.


ocena: 10/10
kupiłam: Tesco
cena: 17.39 zł (promocja)
kaloryczność: 274 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak

Skład: świeża śmietanka, zagęszczone mleko odtłuszczone, cukier, żółtko jaja, syrop glukozowy, orzechy makadamia, olej kokosowy, masło, naturalny aromat waniliowy, substancja spulchniająca: wodorowęglan sodu, sól

niedziela, 7 czerwca 2015

Milka a'la Vanille Pudding mleczna z waniliowym puddingiem

Zawsze, ale to zawsze w książkach, czy filmach ludzie zajadają się puddingami... Nigdy nie zastanawiałam się właściwie nad tym, jak takie cudo wykonać, ale jak mi ktoś poda - nie odmówię. Znawczynią nie jestem, a i warto zaznaczyć, że zwykły budyń z torebki czasem mi wystarczy. Tutaj nie jestem zbyt wybredna.

Co zaś się tyczy czekolady z takim dodatkiem... to już wzbudza zainteresowanie. Milka Vanille Pudding, czyli czekolada mleczna z 52 % nadzieniem o smaku waniliowego puddingu. Kiedyś była jako edycja limitowana i jadłam ją, a właściwie prawie piłam, bo była kompletnie zniszczona (roztopiona przez "cudowną" panią w Żabce, która umieściła ją w najgorętszym miejscu w sklepie). Podczas sobotnich zakupów w sklepie z niemieckimi słodyczami ta właśnie tabliczka rzuciła się mojej mamie w oczy, co poskutkowało zakupieniem Milki. Chociaż kilka kostek musiało powędrować do mnie, nie inaczej!


Po otworzeniu, napotkałam normalną, twardą (w sensie: nieroztopioną) tabliczkę o zapachu wyraziście waniliowo-budyniowym. Był to zapach bardzo słodki, łączący się z czekoladą. Po przełamaniu, od razu widać żółte, w odcieniu ciepłym, nadzienie, które według mnie wygląda smakowicie, ale dla niektórych może być odpychające.
Co ze smakiem?
Jeśli o czekoladę chodzi, to jest w porządku (swoją drogą, sort na rynek niemiecki jest lepszy, niż ten na polski, rzeczywiście to teraz widzę). Delikatnie kremowa i tłusta, rozpuszcza się bardzo szybko, rozlewając w ustach bardzo mleczny i słodki, jak mało co innego, smak czekolady. Nie jest to ideał, ale wielu osobom, lubiącym mocno słodkie czekolady może rzeczywiście posmakować. Wiadoma sprawa - kakao nie czuć ani trochę, ale w końcu to Milka, a w Milce kakao się nie szuka (to i rozczarowania nie ma). Od momentu włożenia kostki do ust, wyczuwałam delikatny posmak wanilii, takiej trochę sztucznej, z aromatu, wiadomo.

Kiedy, wcale nie taka cieniutka, warstwa czekolady znika, natrafiłam wreszcie na nadzienie, którym jest twór jeszcze słodszy i tłustszy od samej czekolady. Tłusty, za sprawą słabego tłuszczu szybko się rozpuszcza, albo raczej jakby "rozlewa się w ustach". Nadzienie nie jest płynne, ale również nie gęste. Pierwsze skojarzenie to oczywiście taki trochę zbity budyń waniliowy. W smaku również taki jest. Zwykły budyń z torebki, o smaku waniliowym, który w tej czekoladzie jest naprawdę mocny i wyraźny. Aromat w końcu jest silny. Wnętrze czekolady jest nieco mleczne i, powtórzę się, bardzo słodkie.

Ogólnie, czekolada ta jest naprawdę bardzo słodka (aż za), chociaż niektórym fanatykom wyjątkowo słodkich rzeczy na pewno posmakuje. Wydaje mi się, że była o wiele mniej słodka od tej dostępnej jakiś czas temu w Polsce i ogólnie lepsza. Ogólnie, mimo swojej ulepkowatej słodkości i lekkiej chemiczności, smakowała mi, ale mi smakują też waniliowe budynie z torebek, a ta czekolada była jakby właśnie takim budyniem nadziana.
Na spadek cukru i "muszęzjeśćcośsłodkiegoboumrę" doskonała.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z niemiecką żywnością (moja mama kupiła)
cena: około 3.50 zł (chyba)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie wiem

Skład: cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, śmietanka w proszku 2,5%, pasta z orzechów laskowych, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), aromaty, barwnik (luteina)

sobota, 6 czerwca 2015

ferrero: Raffaello, Ferrero Rocher, Ferrero Randnoir

Są pewne słodycze, które po prostu kojarzą się z luksusem, drogimi i lubianymi prezentami, czy to za sprawą reklam, czy tego, że ludzie z naszego otoczenia już nas do takowych przyzwyczaili. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie lubię prezentów. Niestety, jestem osobą dość wybredną. Pewnie dlatego, każda możliwa okazja do dostania czegoś kojarzy mi się właśnie z pralinami od ferrero, gdyż ludzie po prostu zakładają, że tego nie da się nie lubić. Mają rację? 
Zapraszam na recenzję trzech pralin: Raffaello, Ferrero Rocher i Ferrero Randnoir.

---------------------

Raffaello
Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od pralinki kokosowej, czyli Raffaello - waflowej kuleczki obsypanej wiórkami z kremem i migdałem w środku. 

Skoro formalności, czyli przedstawienie (chociaż nie znam nikogo, kto by tego nie znał), już za nami, przejdźmy do tego, co w recenzjach najlepsze.
Od razu, przy otwieraniu, w moim kierunku podniósł się kokosowy zapach. Słodki i przyjemny. 
Wiórki kokosowe sypią się, jak tylko mogą, jednak i tak w końcu, tak jak cała pralinka, kończą w moich ustach.

Pozwolę sobie od nich zacząć. Są twarde i chrupiące, jednak nazwanie ich "twardymi jak kamień" byłoby po prostu ogromnym oszustwem, grzechem i złem. Dostarczyły mi sporą dawkę kokosowego smaku. Są doskonałe. Oblepiają one wafelek; bardzo cienki i delikatny.

Mimo takiej "anatomii", w pełni zachował to, co w wafelkach najlepsze - "chrupiącość" (?). Jest dobrze wypieczony i typowo wafelkowy w smaku.
 Po jego przełamaniu, tudzież przegryzieniu, na opinię świata (a w tym wypadku - moją) wystawia się dość rzadki, wręcz lejący, krem, o gładkiej strukturze. Jest on tłusty, w sposób przyjemny i przez wielbicieli kremów, pożądany oraz bardzo słodki. Silnie odznacza się tu kokosowy smak, z mlecznością i śmietankowością, niczym prosto z doskonałej białej czekolady wyjętymi. Ten krem przebija po prostu wszystko inne. A na koniec jeszcze migdał, jako chrupiące i charakterystyczne w smaku uzupełnienie całości. 
Pralinka jest bardzo słodka, kokosowa i zarazem delikatna w smaku. Przepyszna.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam
cena:
kaloryczność: 623 kcal / 100 g (pralinka 10 g - 62 kcal)
czy znów kupię: kupić nie kupię, liczę na ponowny podarunek
--------------

Ferrero Rocher
Teraz część dla fanów orzechów, do których ja również się zaliczam. Ferrero Rocher, czyli waflowa kulka oblana czekoladą z kawałkami orzechów z kremem i orzechem laskowym w środku.

Krótko mówiąc, orzechowa pralinka, co czuć już od momentu rozrywania złotego papierka. Zapach orzechów i czekolady jest naprawdę silny i, jak łatwo się domyślić, równie smakowity.
Nic się tutaj nie obsypuje, siekane orzechy przebijają się przez czekoladę, ale są w niej głęboko wtopione. Kiedy ta wierzchnia warstwa rozpuszcza się, można powiedzieć o niej: orzechowo-czekoladowa i najlepiej ją to podsumuje. Ja jednak rozwinę tę myśl.
Czekolada jest mleczna, a co za tym idzie, bardzo słodka. W sposób wysublimowany. Kawałki orzechów, chrupiące, a zarazem trochę miękkie, dają posmak nie tylko, gdy je się rozgryza. Czuć je cały czas, a dodatkowo są świetny urozmaiceniem konsystencji.
Dalej spotkałam się z wafelkiem; grubszym niż w Raffaello, lecz wciąż delikatnym. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest minimalnie, prawie niewyczuwalnie, wafelkowo-słonawy. Smaczny, ale prawdziwie pyszne jest dopiero to, co pod nim. 
Krem. Czekoladowo-orzechowy. Przypomina on Nutellę, ale jest od niej o wiele gęstszy. Gładki, nieco tłustawy i bardzo słodki. Czuć tutaj orzechy laskowe, jak i czekoladę z wyraźnym akcentem kakao. Słodycz nie zabiła ani smaku orzechów, ani kakao, a wręcz wydobyła je. 
Zwieńczeniem całości jest orzech laskowy, który, gdy się go wreszcie rozgryzie, daje ostatniego, silnego, orzechowego kopa. Niczym ostatnia kropka, kończąca dobrą powieść. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam
cena:
kaloryczność: 573 kcal / 100 g (pralinka 13 g - 74 kcal)
czy znów kupię: kupić nie kupię, liczę na ponowny podarunek
--------------

Ferrero Randnoir
A wreszcie, na samym końcu, przedstawiam Wam trzecią, o wiele mniej znaną od poprzednich, pralinkę - Ferrero Fandnoir,czyli waflową kulkę w deserowej czekoladzie z kakaowym kremem i migdałem. Czy popularność przekłada się także na smak? Sprawdźmy. 

Gdy tylko zaczęłam rozwijać brązowy papierek, poczułam czekoladowy zapach. Mówię tutaj o ciemnej czekoladzie, którą osobiście bardzo lubię. 
W końcu moim oczom ukazała się kulka nieco mniejsza od swoich wyżej opisanych krewniaków, cała pokryta małymi czekoladowymi kuleczkami i "plackiem" polewy. Od razu wszystko zaczyna się sypać, jednak drobnych kulek jest tak dużo, że nie robi to żadnego większego znaczenia dla całości.

Taka forma od razu skłoniła mnie do spróbowania ich. W smaku zdecydowanie deserowe, z silną nutą kakao i delikatną słodkością. Nie jest to "gorzka siekiera", a delikatna, deserowa czekolada, która większości powinna odpowiadać. Fragment czekoladowej polewy również może pochwalić się dość silnie wyczuwalną goryczką kakao, jednak tutaj zdaje mi się, że wyczułam także delikatną mleczność. Wszystko oczywiście łączyło się z delikatną słodyczą, która wraz z rozpuszczaniem się, zdawała się rosnąc w siłę. 
Wafelek smaczny i chrupiący, dość grubawy. Na pewno dobrze wypieczony, co sprawiło, że on również się trochę kruszył.

Jak zwykle, wnętrze skrywa krem. W Randnoir jest on gęstawy, bardzo "ciągnący". Przypomina roztapiającą się czekoladę. Gładki i kremowy, a także bardzo czekoladowy. Znów jest to czekolada deserowa, ewidentnie z kakaową nutą, która jest tu na pierwszym (i drugim) miejscu i z całkiem silnym słodkim posmakiem. 
Czekolada, czekolada, czekolada i nagle... migdał. Smaczny i chrupiący, jak na migdał przystało.
Wiem, że brzmi to co najmniej świetnie, ale zastanawiam się... do czego właściwie ten migdał tu pasuje? Dla mnie wydał się taki "kompletnie z innej bajki", chociaż sama nie wiem, czy jest to plus, czy minus. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam
cena:
kaloryczność: 534 kcal / 100 g (pralinka 10 g - 53 kcal)
czy znów kupię: kupić nie kupię, liczę na ponowny podarunek
----------
Reasumując, uważam, że te praliny są bardzo smaczne, a za każdym razem, gdy je dostaję, podejrzanie szybko znikają. Mimo, że znam je od lat, nigdy mi się nie nudzą.
------------
PS Jeśli czytasz tę recenzję po roku 2020, zapraszam na nowszą recenzję, gdyż na przestrzeni lat sporo się zmieniło.

piątek, 5 czerwca 2015

Lindt mit Liebe gemacht Quark-Kirsch mleczna z nadzieniem wiśniowym i twarogiem

Twaróg, twarożek... to jedna z tych rzeczy, która w mojej obecności długo nie poleży. Po prostu nie ma siły, która by mnie powstrzymała, przed zjedzeniem go, niezależnie od tego, czy jest to malutka porcyjka, czy byłby to kilogram. Mogę go jeść ze wszystkim, a nawet lubię czasem sam, zwykły twaróg. Mam tak od dziecka, kiedy to w sobotnie poranki, które dość często spędzałam u babci, zawsze serwowano mi bułeczkę z twarogiem i miodem. 

To już druga recenzja, w której przytaczam wspomnienia o jedzeniu u mojej babci. Uważam, że bardzo słusznie, gdyż seria mit Liebe gemacht właśnie z takim pysznym, babcinym jedzonkiem mi się kojarzy. Po pierwszej tabliczce, którą miałam okazję spróbować, stwierdziłam, że muszę sięgnąć po kolejne. A jako, że moja miłość do twarogu jest naprawdę ogromna, zdecydowałam się na Lindt Quark-Kirsch, czyli czekoladę mleczną z nadzieniem wiśniowym i twarogiem.

Ostrożnie otworzyłam tekturkę i rozerwałam sreberko. Tej dobrze znanej mi czynności od samego początku towarzyszył równie znany zapach - mlecznej, lindt'owskiej czekolady, wzmocniony o wiśniową nutkę. 
Pierwsza, urocza kapsułko-kostkeczka powędrowała do ust. Słodycz, przeplatająca się z kakaową goryczką była wzmocniona przez mleczność, która dodała czekoladzie gładkości i kremowości. Ma w sobie głębię, której nigdy nie mam dosyć.
Wiem, że się powtarzam, ale mleczna Lindt'a jest zdecydowanie jedną z moich ulubionych czekolad. 
Przy kakaowej nucie, nagle, zaczyna rozchodzić się posmak słodkiej wiśni, a właściwie domowego dżemu, bądź kompotu, do którego po chwili dochodzi także smaczek nabiału. 
Gdy z kostki wydobywa się gęste wiśniowe nadzienie, mój mózg od razu podsunął mi skojarzenie, którym był dosłodzony, domowy dżem wiśniowy. W konsystencji również dżem przypominał. 
Szybko znikał, gdyż nie było go zbyt dużo, ale swoje robił, więc uznałam tę ilość za wystarczającą. 

Gdy smak wiśni zanikał, przychodził czas na debiut twarożku. To nie był gładki mleczny krem, jaki często dodają do czekolad, a grudkowaty, gęsty i zbity twarożek. Z silnym, naturalnym mleczno-twarogowym smakiem, wspieranym przez jogurtowy, lekko kwaśny, akcent.
Rozpuszczał się bardzo powoli, łącząc się z czekoladą, co dawało naprawdę smakowity efekt słodkiej i orzeźwiającej przekąski, jaką jest wyjęty z lodówki twarożek, do którego dodało się wyborną czekoladę i wiśnie, których została tylko mgiełka, bo wyjadło się je na samym początku. Takie skojarzenie towarzyszyło konsumpcji każdej kostki i nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęła ostatnia.

Ta czekolada była po prostu pyszna; słodka wiśnia, kwaskowaty twarożek i rewelacyjna czekolada. Nie spodziewałam się, że posmakuje mi bardziej, niż sernikowa, ale tak się właśnie stało. 


ocena: 10/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: około 12 zł (nie jestem jednak pewna, gdyż płaciłam za kilka tabliczek)
kaloryczność: 484 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią do niej wrócę

czwartek, 4 czerwca 2015

lody na patyku Magnum classic

Znacie takie rzeczy, które bardzo lubicie, ale właściwie nie zastanawialiście się nigdy, co w nich takiego rewelacyjnego? Ja, muszę przyznać, przeważnie, kiedy coś, jem rozbieram to na czynniki pierwsze, wyodrębniam poszczególne składniki, czy przyprawy (dlatego pisanie recenzji przychodzi mi bez problemu). Parę rzeczy znajdzie się jednak takich, które po prostu lubię. Jest tak, ponieważ mieszkam w mieście, gdzie nowości dochodzą najpóźniej, a na moim osiedlu (a właściwie to w sklepach na tym osiedlu) jest straszliwie mały wybór... chociażby lodów. Nigdy nie ma co brać, więc jeśli akurat nie zrobiłam zapasów w markecie, a gorąco jak cholera, to zawsze biorę albo Magnum, albo Bolero. Jako, że do tego drugiego obecnie mnie w ogóle nie ciągnie (a i nie ma co recenzować), zostaje Magnum, do którego mam pewnie plany.
Na razie jednak, czeka Was recenzja chyba wszystkim znanego Magnum classic, czyli loda waniliowego w czekoladzie mlecznej.


Otworzyłam, wcześniej rzucając okiem na skład. Mimo tego drobnego minusiku, wydobycie magnum z kabury Magnuma z opakowania, było niemalże świętością.
Od razu poczułam, że mam do czynienia z solidnym, ciężkim lodem, a nie jakimś rozwodnionym chuchrem.

Pierwszym, na co trafia konsument, jest czekolada mleczna. Gruba, bardzo gruba warstwa daje się zgryźć z łatwością, radując przy okazji głośnym trzaskiem. W ustach rozpływa się umiarkowanie powoli, tak, żeby spragniony słodyczy, zdążył się nasycić wszystkimi atutami pysznej czekolady, którą z chęcią spróbowałabym także w formie tabliczki.

Pysznej - bo właśnie taka jest. Idealnie gładka, bardzo słodka, lecz z równie silną mlecznością, co daje polewę cudnie słodką, z nutą ekstrawagancji, płynącej z odrobinki nuty kakao, czającej się w tle.
Magnumowa czekolada to coś, co ciężko zaszufladkować do konkretnej kategorii. To jest właśnie dobra czekolada, jaka zawsze powinna być dodawana do lodów w chrupiącej skorupce (jak to je nazywam), a nie polewa czekoladopodobna. W dodatku jej ilość... Można jeść i jeść, ponieważ czekolady jest naprawdę dużo, co nie przełożyło się na "za małą ilość loda w lodzie", bo wnętrza także jest sporo.

W końcu, pozostaje, wcześniej już wspomniany, sam lód (pytanie: jak można inaczej jeść takie lody, jak nie najpierw zgryzając czekoladę, a potem jedząc loda?). Jest on kremowy, tłusty i nierozrzedzony. Zachował doskonałą gęstość, nawet, kiedy całkiem sporo czasu poświęciłam czekoladzie. Smak jest wyraziście słodko-waniliowy. Kawałeczków (kropeczek) wanilii jest tu od groma, co mnie nie zaskakuje, bo coś w końcu musi napędzać tak intensywny smak. 

Chociaż lubię czasem zjechać drogie, popularne produkty, tak tutaj nie odnalazłam innych wad niż skład i cena. Naprawdę! Smaczne waniliowe lody i wspaniała polewa z czekolady mlecznej. Połączenie proste i nigdy nienudzące się, ale stanowczo za drogie.


ocena: 8/10
kupiłam: osiedlowy sklep
cena: 4.99 zł
kaloryczność: 302 kcal / 100 g,  216 kcal / 100 ml, lód ( 120 ml / 86 g) - 260 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, masło kakaowe, preparat serwatkowy (mleko), olej kokosowy, miazga kakaowa, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko pełne w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory (E 471, lecytyny sojowe, E 476), stabilizatory (E 410, E 412, E 407), kawałki wanilii, aromaty, barwnik (E 160a)

środa, 3 czerwca 2015

Menakao Dark Chocolate 70 % Fruity & Spicy bird chili ciemna z Madagaskaru z chili

Lubię różnorodne jedzenie. Mam coś takiego, że jak zorientuję się, że dawno czegoś nie jadłam, to ta potrawa będzie za mną chodzić, aż do skutku, czyli do momentu, w którym wreszcie ją sobie przyrządzę (czy też zamówię). Podobnie mam z czekoladami. Kiedy uwielbiam jakieś połączenie, a zorientuję się, że w mojej szufladzie brakuje takiej tabliczki, od razu zaczynam odczuwać potrzebę uzupełnienia tych braków. Różnorodność. Słowo klucz. Uzupełniając zapasy patrzę także na firmę. Jako, że mam strasznie dużo czekolad Lindt'a, logiczne było więc, że nie kupię znowu Lindt Chili, mimo, że to jedna z moich ulubionych tabliczek. 

Z pomocą przyszła mi odkryta niedawno strona internetowa z kawą i czekoladami, gdzie znalazłam tabliczkę, która, jak sądziłam, da radę zaspokoić moją dziką chęć na ostrą czekoladę. Menakao Dark Chocolate 70 % Fruity & Spicy bird chili jest czekoladą gorzką z kakao pochodzącego z Madagaskaru z chili, czyli jedną z moich ulubionych przypraw. Tabliczka malutka, bo tylko 25 g, lecz mam nadzieję, że da radę nasycić moje pragnienie ostrości. No dobra, jestem w lepszej sytuacji: posiadam całe 50 g tej czekolady, dzięki uprzejmości pana Piotra z Sekretów Czekolady, skąd otrzymałam tabliczkę Menakao jako gratis do zamówienia.

Otworzyłam malutką, tekturową "kopertę" i wyjęłam czarno jak heban opakowanie. Otworzyłam, a wszędzie wokół uniósł się nieco cierpki zapach kakao.

Połamałam czekoladę, w co musiałam włożyć trochę siły, ale było warto - chociażby dla tego donośnego trzasku. Pierwsza, malutka kosteczka została umieszczona w ustach. 
Z początku pozostawała idealnie gładka, jak... plastik. Jednak nie w smaku, a w tej gładkości. Nie rozpuszczała się. Zaskoczyło mnie to trochę, muszę przyznać. Ten brak smaku także, jednak po chwili uległa i zrobiła się pylista i sucha. Rozpuszczała się bardzo powoli. 
Gorzki smak kakao z silnymi elementami słodyczy. 
Kosteczka rozpuszczała się w dość mulisty sposób, a także przez moment taka była w smaku. 
Do tego wszystkiego dołączył jeszcze jeden smak. Najpierw delikatny, narastał od zera. Ostre chili. Była to kwestia bezdyskusyjna. Ostrość robiła się coraz silniejsza, a sama czekolada zaczęła sprawiać wrażenie jakby lekko napowietrzonej. Ostrość rozlała się po całych ustach i zaczęła drapać w gardle. Przyznam, że nie spodziewałam się aż tak mocnego smaku!
W tym wszystkim pojawiła się także lekka kwaskowatość.

Chili zrobiło się tak ostre, że prawie nie do zniesienia - jak ja to kocham! Szczypanie na języku, pieczenie w gardle. Lindt pod względem ostrości miałby jedną papryczkę (wiecie, jak dania w restauracji - ostrość oceniania po ilości / kolorze papryczek), a ta tabliczka... przynajmniej ze 3 papryczki. 

Pikantność dominowała wszystko. Słodycz i goryczka kakao czasem się tylko trochę przebijały. Chili szalało, jednak czułam, że jeszcze nie jest na tyle ostro, by nie mogło być ostrzej. Owocowy kwasek co i raz także się odrobinę wybijał, żeby za chwilę zniknąć, na rzecz a to słodyczy, a to bezkresnej "papryczkowatości".
Po paru chwilach, czekolada złagodniała. Po całkowitym zniknięciu jej kawałka z ust, chili uderzyło kubki smakowe po raz ostatni, przypominało to ostentacyjne tupnięcie. Wciąż delikatnie drapało w gardle. 

Ta tabliczka była na swój sposób niezwykła. Jej pikanteria zachwyciła mnie, chociaż wydaje mi się, że czekolada była... za mało czekoladowa? Chili zdominowało wszystko, a ja jednak wolałabym, że samą czekoladę także było czuć. Nie wiem, czy była po prostu za ostra, jednak obok tego palącego smaku chciałabym czuć równie wyraźną kakaową goryczkę.
Przy ostatnim kawałeczku drugiej tabliczki (przypominam, że mają po 25 g), czułam już tylko chili.


ocena: 9/10
kupiłam: świeżopalona.pl, drugą dostałam gratis do jednego zamówienia z Sekretów Czekolady
cena: 8 zł (za 25 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś chętnie bym ją sobie przypomniała

wtorek, 2 czerwca 2015

Ehrmann Almighurt: Weisse Schokolade-Cocos, Russischer-Zupfkuchen

Co jakiś czas, czyli wtedy, gdy wyjeżdżam poza moją mieścinę, mam okazję zrobić zapas kilku smacznych rzeczy. Wśród nich nie może zabraknąć jogurtów od Ehrmann'a (którego jestem wielką fanką), a o których jest dzisiejszy wpis. Przedstawiam Wam dwa (jak na razie moje ulubione, chociaż wielu smaków jeszcze nie znam) jogurty Almighurt.


Almighurt Weisse Schokolade-Cocos

Otworzyłam, powąchałam. Czuć kokos i to jeszcze jak! Dobry początek. Już przy pierwszej łyżeczce zauważyłam, że jogurt jest bardzo gęsty i gładki, z wiórkami kokosowymi. Pozostaje pytanie, gdzie ta biała czekolada? 
W smaku, pierwsze co poczułam, to słodycz. Bardzo intensywna i śmietankowa. Zaraz... przecież to właśnie biała czekolada! Taka całkiem niezła, a nie jakieś wybitne cudo. No tak, w sumie to, że jogurt jest bardzo słodki, nie powinno mnie dziwić. W końcu każda biała czekolada taka właśnie jest. Nie wyczułam tutaj żadnej starej margaryny, żadnego jogurtowego kwasu. Czy to znaczy, że jogurt nie smakował jak jogurt (to znaczy: nie miał jogurtowej kwaskowatości)? Nie. Ta kwaskowatość nadchodziła dopiero chwilę później i bardzo delikatnie. Nie zaburzyła całkowicie smaku czekolady, ale przypominała nam, że to jogurt jemy, a nie jakiś czekoladowy deserek. Ukoronowaniem całości były wiórki kokosowe, dające kokosowego kopa. Swój smak w pełni zachowały, nie były "czymś chrupiącym pod zębami". Ciągle na nie trafiając, kokosowy akcent rozchodził się w ustach. Ani na moment go nie zabrakło, bo wiórek było tu strasznie dużo. 
Pyszne połączenie kokos i biała czekolada w znakomitym wykonaniu. Jogurtowy posmak jest w tym dość niecodzienny i tym mnie kupił. Ehrmann się spisał, a prawie każdy fan tego białego (white power, haha) duetu będzie zadowolony w 100 %.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam, pewnie coś koło 2-3 zł
kaloryczność: 118 kcal / 100 g 
czy znów kupię: tak



Russischer-Zupfkuchen

Po otwarciu doszedł do mnie zapach... ciasta. Takiego z biszkoptem i dużą ilością kakao. Biorąc pod uwagę nazwę, to dobry znak, bo w końcu co można czuć w jogurcie ze wsadem z ciasta rosyjskiego? A czym jest to ciasto? Z tego, co wyszukałam w internecie, to łaciaty sernik o bardzo grubym spodzie i bokach, przypominających biszkopt.
Już przy pierwszej łyżeczce poczułam jogurtową kwaskowatość, łączącą się z delikatną, lecz wciąż wyraźną słodyczą i przysięgłabym, że wyczułam kakao. Patrząc na wygląd jogurtu, czyli na liczne brązowe kropki, stwierdzam, że co do kakao się nie pomyliłam. Raz i drugi trafiłam na kakaowy kawałek ciasta o brązowym kolorze. Rozpuszczały się bardzo szybko, uwalniając smak lekkiej goryczki i, również lekkiej, słodyczy. O wiele więcej znalazłam kawałków raczej biszkoptowych. Te były słodsze od poprzednich i rozpuszczały się wolniej.
Smak jogurtu łączący się z ciastem prezentuje się naprawdę wybornie. Kawałeczki ciasta są tym, czym są - ciastem, a nie jakimiś glutkami, czy kamieniami, udającymi biszkopty.
Nigdy nie jadłam klasycznego, rosyjskiego ciasta, więc nie wiem, jak bardzo Almighurt przypomina go w smaku, jednak bezdyskusyjnie można uznać, że to naprawdę smaczny i ciekawy jogurt.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam, pewnie coś koło 2-3 zł
kaloryczność:  kcal / 100 g 
czy znów kupię: tak

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kinder Chocolate, Milkinis mleczna z nadzieniem mlecznym

Dzisiaj, 1-go czerwca, chciałabym przede wszystkim, życzyć dzieciom, tym dużym w szczególności, wszystkiego najlepszego, bo w końcu... w każdym z nas jest coś z dziecka. Ta recenzja po prostu musiała być adekwatna do okazji, co znaczy, że przed Wami swoje uroki odsłonią...
wszystkim znana Kinder Chocolate, znana także jako po prostu kinder czekolada, od ferrero i bliźniaczy twór od Milki - Milkinis



Kinder Chocolate to czekolada mleczna z nadzieniem mlecznym, które stanowi 60 % produktu. Składniki kakao to 13%, a mleka 33%.

Pozwolę sobie zacząć od klasyki, która jest dla mnie tak klasyczna, jak Tomb Raider 1 czy 2, w które to grałam godzinami na konsoli PS2, zajadając się właśnie mleczną czekoladą od ferrero. Chwila biegu przez jakiś teren, zapis stanu gry, czekoladka do buzi, dalszy bieg. Dzisiaj pozwoliłam sobie bardzo podobnie spędzić poranek, oczywiście zaraz po zakończeniu sesji zdjęciowej czekoladek. 


Kiedy tylko otworzyłam kartonik i wyjęłam z niego batoniki, poczułam czysty mleczno-czekoladowy zapach. Taki słodki, charakterystyczny, silnie delikatny. Odwinęłam pierwszy paluszek z papierka, a zapach nasilił się. 
Czekolada sama w sobie jest słodka, jednak nie smakuje jak cukier z dodatkiem brązowego barwnika, a słodka w sposób bardzo charakterystyczny i przyjemny. Takie, gęste słodziutkie kakao rozpuszczalne, zrobione na mleku, z nie całkiem gładką strukturą. Mleczność jest silnie zaakcentowana. Czekolada jest odrobinę tłustawa, ale to dodaje jej pewnej kremowości.
Czekolada rozpuszcza się dość szybko, tworząc gęstawą masę, a prawie natychmiast solówkę zaczyna grać mleczność. Otóż, docieramy do nadzienia mlecznego. Jest ono odrobinę tłuste, delikatne, ale zarazem także zbite i konkretne. Tak, jak sama czekolada jest bardzo słodkie. Przez pewien czas czuć jeszcze lekką kakaowość, która po chwili całkiem ustępuje, a pole do popisu zostaje oddane smakowi mleka. 
Skojarzył mi się z mlekiem w proszku, w smaku, jak i w konsystencji, gdyż jest ona nieco proszkowata, co wypada pozytywnie. To, wokół czego wszystko się skupia, to właśnie to pyszne nadzienie. Jest go bardzo dużo, o wiele więcej niż czekoladowej warstwy.
Całość jest bardzo, ale to bardzo słodka. Mimo to, zasadnicze smaki - mleka i czekolady - nie zostały zabite przez cukier. Powiem nawet tyle, że przez moment gdzieś jakby "mignęła" mi wanilia.

Czekoladzie (czekoladkom?) Kinder muszę oddać honor - po latach wydają się prawie tak samo pyszne. Doskonałe na "podróż do przeszłości", do dzieciństwa i lat młodzieńczych. Fakt, czekolada jest bardzo słodka, ale na szczęście nie dysponowałam opakowaniem 100-gramowym, więc z przesłodzenia całkowitego nie umrę. 
Przyznaję, że jestem trochę bezkrytyczna w tym przypadku, ale nie oczekujmy tu wytrawności. Liczy się to, że czekolada jest słodka i smaczna, a jeśli doda się do tego sentyment... 


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 2.39 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g, batonik (12,5 g) - 71 kcal
czy kupię znów: pewnie tak

Aktualizacja z dnia 30.03.2018: Postanowiłam dopisać parę zdań na podstawie jednego "paluszka", nawet nie robiąc zdjęć, bo nie ma sensu. Po otwarciu poczułam zapach słodzonego mleka, bardzo mleczny i przesłodziaśny, dziecinnie czekoladowy. Topi się to już w palcach. W ustach okazało się tłuste w mazisto-lepiący sposób, a do tego bardzo proszkowe, wręcz chrzęszczące.

W smaku bardzo charakterystyczne. Oczywiście nad wszystkim dominuje słodycz, nie "waląca cukrem", a smakująca... mlecznie dziecinnie i, owszem, cukrowo, ale może wydać się urocza. Mi jednak przeszkadzała w niej sztucznawa nutka waniliny mocno podkreślona zaznaczającym się mlekiem w proszku. Czekolada była bowiem bardzo mleczna, nadzienie oczywiście to dziecinna, zasłodzona mleczność do potęgi, ale właśnie taka proszkowomleczna.

Smaczek dziecinności rzeczywiście wydał mi się "uroczo specyficzny", jednak nie wydaje mi się, by aż tak do odbiegało od innych produktów tego typu. Właściwie to ulepek z cukru i mleka w proszku, z uroczym posmakiem, ale i posmakiem sprawiającym, że trochę mnie rzeczywisty smak obrzydził.

Wspomnienia... przywołało, bo "klimacik" był, z tym że nie kupuję już jego uroku. Kubki smakowe są wrażliwsze na rzeczywistość niż na "klimat". Czy z "wyrosłam z kinderek" (i tak kilkanaście lat za późno)? Po prostu spojrzałam na nie realistycznie. Ocenę staram się wystawić obiektywnie w stosunku do ceny i tego, co rynek "w podobie" oferuje. Pamiętam, że milkowe ewidentnie smakowały mi mniej, ale obecnie np. Milka Oreo smakuje mi o wiele bardziej. Wystawiłam jej 5 (rok 2018), więc na 2018 Kinderki mają 4, a więc poniżej przeciętnej.

ocena: 4/10
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, wanilina), cukier, mleko odtłuszczone w proszku 18%, olej palmowy, masło odwodnione, lecytyna sojowa, wanilina

---------------------

Milkinis
A teraz, swoiste "świeże tchnienie". Dla mnie przynajmniej. Milkinis zawsze mijałam obojętnie, jednak ostatnio w mojej głowie narodził się pomysł na przypomnienie sobie kinderek, a przy okazji, czemuż by tych czekoladek nie porównać? Jestem po prostu ciekawa, co ma takiego do zaoferowania fioletowa krowa.


Otworzyłam i wyjęłam batoniki. Pociągnęłam nosem. Zapach był jakiś taki niewyraźny, więc czym prędzej odwinęłam pierwszy paluszek. Powąchałam. Zapach czekoladowo-śmietankowy. Zupełnie inny niż w Kinder chocolate.
Dwie miniaturowe kosteczki (swoją drogą, kwadraciki podobają mi się bardziej niż wypukłości kinderek) czym prędzej powędrowały do paszczy.
Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to dziwny posmak. Nie wiem do końca czego. Czekolada była słodka, bardzo tłusta i... na tym tyle. Naprawdę. Słodka i tłusta, a w dodatku nie było w niej specyficznej "milkowatości". W ogóle była mało "czekoladowa", bliżej jej do plastiku było.
Czekolady jest bardzo dużo, wydaje mi się, że mniej więcej tyle, ile białego nadzienia. Rozpuściła się jednak bardzo szybko, a trzeba Wam wiedzieć, że proces ten rozpoczął się już w momencie wzięcia batonika do ręki, a tym, co zaczęło się wybijać, było nadzienie. Smak... straszliwie słodki, zdecydowanie bardziej śmietankowy, niż mleczny. Element tłustości i plastikowy posmak znalazł się także w nim, nie tylko w czekoladzie.
Nadzienie było miękkie i tłusto-kremowe. Ta konsystencja nie do końca mi odpowiadała.
Milkinis całościowo jest słodko-słodkie, a także śmietankowo-czekoladowe. Mleczny posmak był może w samej czekoladzie, w nadzieniu - na pewno nie. Głównym składnikiem okazał się cukier, co uczyniło te czekoladki nijakimi.

Niby nie były fatalne, ale element plastikowości podbijał tu pewną obrzydliwość, która zniechęciła mnie do całości dość skutecznie.
Ani to Milka (naprawdę, jakieś to nawet niemilkowate), ani kinderki, chociaż fatalne nie było.
Dodatkowo - opakowanie jest mniejsze od Kinder czekolady 43,75 g) , co utwierdziło mnie w przekonaniu, jak zachłanna i skąpa jest fioletowa krowa.

Aktualizacja 30.03.2018: Nie robiłam do nich powrotu, ale gdy wystawiałam im w 2015 5/10, oceną wyjściową było 7/10 (założenie / motto: "z góry każdy słodycz jest smaczny"), obecnie do słodyczy podchodzę z wyjściową 5/10 ("średnia - wybije się czymś czy podpadnie?").


ocena: 5/10 (w skali zaktualizowanej byłoby to 3/10)
kupiłam: spożywczak
cena: 3 zł
kaloryczność: 585 kcal / 100 g, batonik (10.94 g) - 64 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku 3%, pasta z orzechów laskowych, emulgatory: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; aromaty