wtorek, 13 listopada 2018

Mesjokke Natural Blonde biała karmelowa 40 % z Dominikany

Po zupełnie niesatysfakcjonującej Mesjokke Mystery Dark 72 % #3 w sumie było mi już wszystko jedno, w jakiej kolejności zjem pozostałe, więc sięgnęłam po tabliczkę z najkrótszą datą. To nie była więc ani trochę moja wina, że wystartowałam do tej blondynki, ona sama... nie, zaraz. Dobrze, że nie jestem facetem, który w dodatku uderzył do jakiejś blondynki. Nie. Ja sięgnęłam po czekoladę "Blonde", czyli białą, ale jak się można domyślać po nazwie, jakąś kombinowaną. Od razu przy pomniała mi się pyszna Valrhona Blond Dulcey 32 %.

Mesjokke Natural Blonde to biała karmelowa czekolada zawierająca 40 % tłuszczu kakaowego z Republiki Dominikany.

Po otwarciu trochę się zdziwiłam, bo uderzył mnie zapach słonej krówki - niemożliwie palonokarmelowej i słonawej, że aż przywodzącej na myśl słonawe fistaszki. Co więcej, odnotowałam pewną rześkość niemalże chłodząco-ziołową.

Łamiąc złotą tabliczkę usłyszałam trzask. Zaskoczyła mnie jej twardość. W dotyku wydawała mi się sucho-pudrowa "i może tłusta", ale w ustach zszokowała mnie. Okazała się niecodziennie szorstka, niemal ziarnista (w czym kryły się dosłownie drobinki, wręcz proszek, fenkułu) i proszkowa. Była zbita, rozpływała się nie opornie, ale... dziwnie, bo lekko wodniście, nie tak tłusto, jak można by się spodziewać. Nie podobało mi się to. Lubię, gdy ciemne czekolady bywają szorstkie, ale to taka niezbyt dobra szorstkość.

Gdy tylko umieściłam kawałek w ustach, poczułam jakby naturalny słonawy posmak mocno palonego karmelu i sugestię ziół.
Paloność szybko rosła, jej charakter został dodatkowo wzmocniony nutą... słonawo-ostrą? Przez moment poczułam słonawe masło bądź słonawe maślane krówki. Z czasem ta naturalna słonawość zaczęła mi się wydawać bardziej pikantnie-kwaskowata.

Ogólna karmelowość cały czas trzymała się bardziej palonych, niż słodkich klimatów.

Słodycz spłynęła leniwie, stając się coraz bardziej rześką... Na pewno orzeźwiająco, nieowocowo... Po chwili ziołowość zrobiła się pikantnawo-chłodząca. Coś jak anyż? Raz do głowy przyszedł mi też słodzik.

Idealnie się to wpisało w karmelową słodycz, która była zaskakująco niska. Przy niej parę razy trochę odważniej zaakcentowało się mleko. Ta para pojawiała się na końcu, znowu wracało skojarzenie z maślanymi krówkami, a ziołowość trochę odpuszczała.

W posmaku pozostał palony karmel, poczucie szlachetnej słodyczy i niemal słonawo-pikantne sugestie. Z czasem przerodziło się to w słodzikowo-ziołowe skojarzenia, ale delikatne i odległe (coś mi w tym nie grało, mimo że kocham ziołowe smaki).

Do Valrhony nie sposób jej porównać, to zupełnie coś innego - tamta to głęboka, szlachetna słodycz, tu jednak ziołowo-pikantnawa i wciąż mocno karmelowa. Struktura bardzo, bardzo mi się nie podobała i z takich "dziwnych białych przyprawionych" Rococo .... uważam za o niebo lepszą, taką, do której chce się wracać. Ta była ciekawą, w pewien sposób wciągającą i tak dziwną, że aż smaczną tabliczką, ale na raz.
Może gdyby miała inną strukturę i nie miała ciągle powracających sugestii masła, chciałabym do niej wrócić, ale tak to nie.


ocena: 8/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 41g)
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier palmowy Arenga z Indonezji, glukoza, fenkuł (koper włoski), lecytyna sojowa bez GMO

poniedziałek, 12 listopada 2018

Ehrmann Grand Dessert Double Nut

Wspominałam już o tym parę razy, ale gdy tylko przeprowadziłam się do cywilizowanego miasta, postanowiłam korzystać z uroków lodówek sklepów, które w nim są. Zaraz na początku wzięłam za przetestowanie ciekawiących mnie Grand Dessertów. Dawno temu bardzo lubiłam orzechową Dessellę, jednak zniknęła ona z Biedronek na początku mojej przygody z blogowaniem i nie zdążyłam jej zrecenzować. Trochę mi to zalazło do głowy, więc obecnie mimo że po taki deser bym nie sięgnęła, stwierdziłam, że ten muszę na blogu mieć. Wiedziałam, że już nie jest w moim stylu, ale mimo to chciałam go spróbować.

Ehrmann Grand Dessert Double Nut mit feiner Nussnote to "deser mleczny o smaku orzechowym z bitą śmietanką o smaku orzechowym". Jego masa netto to 190 g.

Po otwarciu poczułam połączenie cukrowej słodyczy i sztucznego orzecha laskowego, co łączyło się w mleczno-ferrerowatym klimacie, więc miało pewien urok. Nie w moim guście, ale nie było to obrzydliwe czy nachalne.

Bita śmietanka okazała się mocno napowietrzona, dość lekka, ale zarazem jakby bardziej niż w innych Grand Dessertach zbita. Jak zawsze aż pozostawiała tłuszcz na ustach.
Budyń nie był na szczęście aż tak tłusty, ale tak samo zbity oraz gęsty i kremowy. Zachwycił mnie gładkością bez skojarzeń ze śliskim glutem.

W smaku bita śmietanka uderzyła cukrową słodyczą i słodkim, sztucznym laskowcem. Śmietankowemu smakowi zawdzięczała to, że nie wyszła nachalnie, a raczej delikatnie. Sztucznie, ale nie rażąco. Całkiem nieźle, uroczo, acz mnie chemia trochę raziła (bardziej niż cukrowość, bo tę poniekąd można uznać za charakterystyczną dla takich tworów).

Budyń również raczył śmietankowo-mlecznym smakiem i silną słodyczą. Pochodziła pod całą toffi-orzechową fuzję, a mlecznoczekoladowy posmak sprawił, że nie wyszło to nachalnie chemicznie. Sztuczne orzechy laskowe należały do całej zasładzającej kompozycji, co sprawiło, że w odbiorze były przystępne.

Całość kojarzyła mi się z toffi-orzechowymi słodyczami typu Toffifee. Zasładzające, orzechowe i sztuczne, ale... Nieprzesadzone w tym.

Nie ukrywam, że to nie mój klimat, ale zacukrzyłam i zasztuczniłam się tym bez obrzydzenia. Rozumiem, że można odnaleźć w tym deserze urok i bardzo go polubić. Ja do niego nie wrócę, ale wielbicielom takich deserów polecam, a i ocenę staram się wystawić z dozą obiektywizmu. Osobiście jednak zrezygnowałabym z chemii na rzecz jakiejś... pasty / pyłku z prawdziwych orzechów (co mało, że poprawiłoby smak, to jeszcze byłoby naturalnym zagęszczaczem).

PS Z ulgą kończę dodawanie recenzji deserów przejedzonych latem, uff.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 1,79 zł
kaloryczność: 121 kcal / 100 g; porcja 190g - 230 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone 20%, śmietanka, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana kukurydziana, 1% pasta z orzechów laskowych, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; syrop cukru skarmelizowanego, żelatyna sołowa, emulgator E472b, aromat, sól, azot

sobota, 10 listopada 2018

Idilio Origins 1er Criollo Cru Barlovento ciemna 70 % z Wenezueli

Czasem mam "chwile zastoju", w których wpatruję się w listę posiadanych czekolad i nie bardzo wiem, co na kolejny czy któryś tam dzień zaplanować. Lubię wiedzieć wcześniej skąd, z jakiej plantacji itd., ale czasem po prostu nie wiem, co wybrać. Gdy wszystkie daty są tak samo długie, gramatury i zawartość kakao podobne, a ja nie mam ochoty na nic konkretnego, zazwyczaj wybieram coś z "pojedynczych sztuk", czyli np. jedyną posiadaną danej marki, jedyną z danej serii itp. Tym razem wzrok raz po raz zatrzymywał się na dzisiaj przedstawianej - na tamten moment jedynej Idilio Origins, której jeszcze nie jadłam (tych z nibsami nie liczę, bo mnie nie interesują ze względu na dodatek).
Gdy się na nią zdecydowałam, postanowiłam wreszcie znaleźć coś o regionie Barlovento, o którym czytam często rzeczy w stylu "kakao z długą historią", "historia kakao sięgająca czasów niewolnictwa"... niestety. Dalej jestem w punkcie wyjścia, bo najwidoczniej historia kakao związana z tym obszarem to "długa historia" z tych "długich historii", do których w nawiasie można dołączyć "czyt. nic ci do tego". Mając przed sobą zjedzenie tabliczki ukochanego Idilio wzruszyłam tylko ramionami, mimo że jestem dość ciekawska. Sama czekolada ciekawiła milion razy bardziej.

Idilio Origins 1er Criollo Cru Barlovento to ciemna czekolada o zawartości 70  % kakao criollo z regionu Barlovento (na wschód od miasta Caracas) z Wenezueli.
Na stronie nie znalazłam tłumaczenia na angielski, ale wydaje mi się, że chodzi o criollo rosnące w regionie, gdzie rośnie głównie trinitario? (chodzi o opis na opakowaniu)

Po otwarciu poczułam piękny, smakowity i bardzo skomplikowany zapach. Był tak bogaty, że aż trudno wyróżnić w nim coś oprócz woni żywych drzew i soczyście wilgotnej ziemi z ogromem owoców. Chwilami na myśl przychodziło mi czerwone wino z owocowo-drewnianymi nutami... W chwili otwierania byłam pewna, że czuję śliwki, w trakcie degustacji dołączyły jednak słodko egzotyczne nuty moreli, brzoskwiń, mango itp. - słodkich, żółtych owoców. Mimo to, całość miała ciepło-prażony, wręcz przyprawiony wydźwięk, choć on... sprawiał wrażenie wędzonego, nie prażonego.

Niepozornie wyglądająca tabliczka trzaskała zachęcająco. O ile jej przekrój wydał mi się ziarnisty, tak rozpływanie się to synonim kremowej gładkości. Każdy kęs leniwie, powoli oblepiał usta gęstą, odpowiednio, a więc nie mocno tłustą mazią, która chwilami wydawała się opływać sokiem, a na koniec leciutko pyliście wysuszać.

W pierwszej chwili po umieszczeniu kawałka w ustach, poczułam subtelną, wysublimowaną gorzkawość z wędzonym motywem, wmieszaną w niemal maślaną neutralność.

Czekolada jednak błyskawicznie jakby wypuściła sok owoców, na którego fali popłynęła dojrzała śliwka oraz śliwka wędzona i kwasek żurawiny. Za jego sprawą pomyślałam również o winie, od którego odchodziły nieco drewniano-wędzone nuty.

Soczyście podwędzany smaczek trochę został przy suszonej żurawinie i śliwce, ale pomknął też dalej. Lekko drewniano-ziemiste tony wyszły obłędnie czekoladowo niczym... coś do potęgi czekoladowego, oblanego czekoladą i mięknącego błogo w ustach, ciesząc w nich kakao. Oczami wyobraźni zobaczyłam wyidealizowane czekoladowe pierniki w czekoladzie, przy których stało wiele pomniejszych nutek takich jak maślaność czy lekkie przyprawy: słodki cynamon (i chyba wanilia?).

Z czasem zwróciłam uwagę również na prażone tło tych delikatnych, czekoladowo-maślanych akcentów. Zespojone z wędzeniem, dodało do kompozycji sporo orzechów (ziemne - takie masłoorzechowe - chyba przewodziły).

Wszystko to miało ciepły wydźwięk, ale też... pewne ciepło egzotycznych krajów przejawiające się w soczystości - rześkiej i owocowej, a także specyficznie słodkiej. Czułam owoce takie jak brzoskwinie i morele, już tylko świeżą śliwkę, niezwykle dojrzałe mango i słodkie pomarańcze.

Do pomarańczy właśnie pod koniec dołączała wędzono-prażono-dymna gorzkość, znów wyraźniejszy wydał mi się wędzony smaczek, który podwędził śliwkowe nuty. Wraz z piernikowo-kakaowymi tonami przełożyło się to na przyjemną, kakaowo-winną cierpkawość.

Pozostała ona w posmaku wraz z silną słodyczą owoców i czekoladowych pierników.

Całość wyszła głównie słodko, ale wcale nie mało charakternie. To po prostu esencja czekoladowej słodyczy i słodyczy dojrzałych, egzotycznych owoców. Nie zasładzała jednak, gdyż cały czas była głęboka i wytrawna, za sprawą wędzonego pazurka i sugestii a to wina, a to pierników.
Wyszła podobnie do Idilio Origins 4rto Carenero Urrutia Superior, bo też miała nuty egzotycznych owoców i przypraw "piernikowych", klimat przypieczony... Obie bardzo słodkie, ale jednak Barlovento wydała mi się bardziej esencjonalna, dzięki czemu inaczej odebrałam słodycz. Wędzenie czy choćby tylko sugestie wina - to ją odróżnia (może niektórzy powiedzą, że "uordynarnia" smak - chyba trochę rzeczywiście, ale właśnie taki kocham).
Korzenne przyprawy, mango i "czekoladowa esencjonalność" przywiodła na myśl również Franceschi Chocolate 60 % Venezuela Carenero, ale Idilio wyszła o wiele pyszniej.


ocena: 10/10
cena: 18 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 9 listopada 2018

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z pomarańczą

Chciałabym napisać jakąś opowiastkę, dlaczego akurat ten smak zostawiłam na koniec linii Premium serków Jana. Musiałabym jednak ją zmyślić, gdyż ten miał po prostu najdłuższą datę - ot i wszystko. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, czy to przypadkiem nie serek z potencjałem na zostanie najlepszym z trójki - jeśli tylko trafiłabym na goryczkowate skórki, mogło tak być (wiśnie za bardzo kocham świeże, surowe i zupełnie same, by zakochać się w wiśniowym serku, a gruszkowy wyszedł jedynie ok).

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z pomarańczą to termizowany serek produkowany przez Średzką Spółdzielnię Mleczarską "JANA", dostępny w opakowaniach 130 gramów.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim pomarańczowy zapach, za sprawą lekkiej goryczki spójnie łączący w sobie aromat pomarańczowy, jak i świeży owoc. Nieśmiała czekolada tylko zaznaczyła się daleko w tle.

Widok nie był zbyt miły, bo (jak i w przypadku dwóch poprzednich serków Jana Premium) na wierzchu zebrało się dużo wodo-żelatyny, której czym prędzej się pozbyłam. Pozostałość, a więc serek, okazał się gęsty, odpowiednio tłustawy i nieco ciągnący.
Raczej gładki, miał w sobie coś i soczyszego, i cierpko wysuszająco-pylistego. Oprócz tego mnóstwo w nim było mikroskopijnych farfocli pomarańczy: głównie miąższu ale i parę skórek. Chyba ktoś bardzo dokładnie biedny kawałek owocu zmiksował. I kilkakrotnie powtórzył czynność.

Najszybciej w smaku zaznaczyła swoją obecność soczysta, nienachalna pomarańcza. Zespojona z delikatną serkową słodyczą wydała mi się zadowalająco naturalna.

Szybko pojawiła się lekka cytrusowa cierpkość i goryczka. Zwróciły one uwagę na nieśmiałą nutkę typowo nabiałowego kakao w tle. Goryczkowata pomarańczowość chwilami rosła, by zaraz gdzieś odlecieć. Przełożyła się jednak na ogólną cierpkawość.
Drobinki nakręcały soczytość i słodko-kwaśny smak świeżego owocu, ja jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w tle czai się również goryczkowaty olejek.

Po zjedzeniu pozostał delikatny posmak trochę nienaturalnie intensywnej pomarańczy i słodkiego serka z jakąś tam czekoladową nutą.

Całość była trochę tylko kakaowa, ale i tak bardziej kakaowa, niż czekoladowa. Czekoladowy smak, za sprawą śmietankowo-serkowej bazy kojarzył się wręcz z czymś o smaku cappuccino, ale i tak stał bardzo, bardzo daleko za łagodną pomarańczą. Nienapastliwy, ale przyjemnie wyrazisty owoc zaserwował wszystko, co powinien: od lekkiej słodyczy po odrobinkę goryczki i cytrusowego kwasku. Osobiście wolałabym o wiele, wiele więcej gorzkich skórek, ale na szczęście nie mogę narzekać na np. słodycz, bo była na odpowiednim poziomie. Strasznie żałowałam, że dodatek tak posiekano, a także że nie dodano więcej (i większych!) skórek, bo to na pewno przełożyłoby się na moc natury, a nie...
Mam jednak wrażenie, że takie wyśrodkowanie nie zadowoli ani wielbicieli gorzkich skórek (w tym mnie), ani osób wolących słodsze pomarańczowe rzeczy.
Ogólnie serek wyszedł smacznie, ale... jakoś tak za mało charakternie.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 127 kcal / 100 g; porcja 130g - 160 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko, śmietanka, cukier, pomarańcza 4,5%, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 0,5%, barwnik: karmel, koncentrat z marchwi, aronii i winogron; skrobia modyfikowana kukurydziana, żelatyna wieprzowa, substancje zagęszczające: guma guar, mączka chleba świętojańskiego; aromat, kultury baterii mlekowych

czwartek, 8 listopada 2018

Dolfin Speculoos mleczna 38 % z ciastkami korzennymi

Pewnego dnia po opublikowaniu recenzji bananowego Dolfina, gdy tylko wstałam i pokręciłam się po mieszkaniu, naszło mnie na kolejnego. Być może podświadomie trzymając się chrupiących, bo kruszonkowo-ciastkowych klimatów, zachciało mi się właśnie dzisiaj przedstawianej czekolady, mimo że był środek lata. Zastanawiałam się, czy będzie to tabliczka z kawałkami ciastek, czy też bardziej "czekoladowa interpretacja ciastek korzennych", trochę bardziej jak z tą kruszonką w bananowej.

Dolfin Speculoos to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao z ciastkami korzennymi (speculoos / spekulatius).

Po otwarciu poczułam zapach tłusto maślanych ciastek korzennych z kryształkami cukru w towarzystwie mleka. Odebrałam to jako przesłodzone, ale wciąż w pewien sposób zachwycająco urocze.

Tabliczka przy łamaniu wydała mi się krucha, mimo że w sumie łamała się normalnie, jak zwyczajnie twardawa mleczna.
W ustach rozpływała się łatwo, powoli stając się gładko-kremową masą o odpowiedniej, mlecznej tłustości, skrywającą drobinki ciastek. Były to dosłownie drobinki-okruszki. Twardawo-chrupiące, trochę cukrochrzęszczące, a więc łatwe do obcowania z nimi, mimo że nie rozpływały się. Miałam wrażenie, że dodano ich całkiem sporo, ale nie na tyle, by uczynić tabliczkę najeżoną. Mimo ich obecności mogła rozpływać się bez problemu. Podobało mi się to (choć drobnym modyfikacjom bym je poddała).

Od pierwszej sekundy po odgryzieniu kawałka, zaatakował mnie cukrową słodyczą. Szybko przybrała trochę bardziej karmelowo-korzennego wydźwięku, któremu dopomogło pełne, wyraziste mleko. W pewnym momencie mleko wybiło się ponad słodycz, a kakao lekko zasygnalizowało swoją obecność.

Po dłuższej chwili z korzenno-cukrowej toni wybił się cynamon. Wybił się albo raczej... Wypłynął na jej fali, bo to był słodki cynamon. Czułam też jakby goździki. Korzenna pikanteria wydała mi się znikoma i bardziej niż z przyprawami, złączona z takim ciasteczkowo-pieczonym smakiem, podkreślonym dzięki kakao. Co więcej, korzenna słodycz raz i drugi zrobiła aluzję do "karmelowawego" miodu.

Ciasteczkowy smaczek pojawiał się w połowie rozpływania się kęsa, wraz z pierwszymi ciastkami. Mimo wielkości drobności, nie zgubiły smaku. Wnosiły ciastkowopieczoną nutę, która przekładała się na ogólną korzenność, ale także jeszcze podwyższały słodycz. Bliżej końca korzenna ostrość rosła, ale wciąż stała za cukrem, słodką korzennością i mlekiem. W pewnym momencie poczułam aż drapanie w gardle - za sprawą słodyczy i korzenności. 
Część ciastek chrupnęłam "obok czekolady", część, gdy już czekolada zniknęła i z zaskoczeniem odkryłam, że smakują ciasteczkami.

Dopiero po którymś kęsie ogólna korzenna pikanteria (pojawiająca się bliżej końca rozpływania się kawałka) wydała mi się stać na całkiem niezłym poziomie (choć zdecydowanie słabsza niż np. w Dolfin Hot Masala). Najwidoczniej musiałam nieco tych ciasteczek zjeść. Potem ta korzenność już tylko się umacniała, ale niestety analogicznie z cukrem.

Po wszystkim w ustach pozostał posmak mleka i cukru, korzenne zasłodzenie, ale i lekkie poczucie nie za mocnej korzennej ostrości. Czułam się, jakbym miała do czynienia z solidnie wypieczonymi korzennymi ciastkami, do których dodano tonę cukru i miodu. Ciastkami... maczanymi w mleku i solidnie to mleko zasładzającymi.
Ta tabliczka widziała mi się jako... czekoladowa, nienadziewana i nietłusta wersja Ritter Sport Spekulatius (tak jakby połączyć wyidealizowany mleczny krem, przyprawy i ciastka oraz kakao) z wyższej półki.

Muszę przyznać, że z przyjemnością zjadłam tabliczkę i się nią zasłodziłam kompletnie, a jakieś pół godziny później z niewyobrażalną przyjemnością wypiłam mocną czarną herbatę. To jednak takie... pozytywne, "tak-ma-być" zasłodzenie, do którego jednak nie chciałabym wrócić. Cukrowo-korzenne ciasteczka w towarzystwie mocno mlecznej czekolady z zaznaczonym kakao wyszły tak, że w sumie nie ma na co narzekać. Oczywiście wolałabym o wiele niższą słodycz, ale to dobry przykład, że nawet coś za słodkiego może wyjść smacznie.
Wyszła o wiele lepiej niż Ambiente Speculoos Lait, którą lata temu jadłam i była pyszna, a jak wróciła w roku kolejnym, dostałam bardzo słodką tabliczkę z niemożliwie twardymi, jakby starymi i drażniącymi ciastkami. Dolfin, mimo że przesłodził, stworzył coś wartego uwagi, o wiele lepszego niż Rococo Gingerbread Spice, ale na pewno na chęć na słodycz i nie dla wszystkich.


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, ciastka speculoos 4% (mąka pszenna, cukier trzcinowy, oleje roślinne: palmowy i słonecznikowy; miód, mąka sojowa, proszek do pieczenia - wodorowęglan sodu, cynamon), lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, naturalny aromat piernika

środa, 7 listopada 2018

Hoja Verde Ecuador 80 % ciemna z Ekwadoru

Jakoś gdy tylko zdarzyło mi się ponarzekać na to, że kiedyś kupiłam tylko jedną tabliczkę Hoja Verde (Ecuador 72%), nadarzyła się okazja, by to zmienić. Znów jednak była to tylko jedna tabliczka (na setkę jakoś nie miałam ochoty - kupiłam wiele innych ciekawych tabliczek), co po części przełożyło się na to, że była jedną z pierwszych, za które się zabrałam ze złożonego zamówienia. A po części po prostu miałam ochotę na popis tej marki z zawartością większą niż 72 % . Używane tu kakao uprawiane jest z zachowaniem ekologicznych metod przez 396 farmerskich, lokalnych (bo ekwadorskich) rodzin.

Hoja Verde Ecuador 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Podczas otwierania sreberka poczułam się, jakbym otwierała jakieś owocowo-wodne, niemal czarne lody dla dzieci (ciemne Kolorki mi się przypomniały). Uderzył mnie bowiem ogrom kwaskowatej, trochę wręcz cukierkowej, zacnie orzeźwiającej soczystości ciemnych owoców leśnych i wiśni z cytrusowymi zapędami. Było to jednak wciąż słodziutkie. Obok tego, nie wiem nawet czy nie silniej, odezwała się baza kojarząca się z mulistą, błotnistą ziemią. Gdy powąchałam już samą tabliczkę z cytrusów wyróżniłabym grejpfruta. W czasie degustacji dowąchałam się jeszcze maślanej bułeczki z rodzynkami albo raczej rodzynek w niej (bo to one przeważały). Zapach połączył i orzeźwienie, lekkość i wyrazistość, dosadność.

Przy łamaniu czerwonawa tabliczka trochę trzaskała, nie była tak bardzo twarda, jak można by się spodziewać. Jej przekrój wydał mi się ziarnisty, ale w ustach rozpływała się gładko i bardzo powoli. Była mulista, mazista i bardzo maślana - jak na mój gust nieco za tłusta. Przez większość czasu wydawała się kremowo gładka, ale lekka pylistość cały czas gdzieś wisiała. Na koniec czekolada trochę ściągała.

Od pierwszego kęsa poczułam ziemistość oraz nie za mocną, ale wyraźną gorzkawość kawy z kwaskowatymi nutami. Czarnej kawy, ale nie siekiery oraz świeżopalonych (raczej delikatnie) ziaren. Oprócz tego pojawiła się przy tym goryczkowato-kwaskowata nuta ciemnych owoców.

Gorzkość od początku była spleciona ze znaczącą słodyczą, która miała dwa źródła. Ku mojemu zaskoczeniu, przeważyła słodycz nieowocowa. To moje wyobrażenia o wszelkich maślanych wypiekach, koglach moglach (nigdy nie jadłam), toffi (?)... Jednak nie były czystym zasłodzeniem, bo szybko wyłoniło się spośród nich parę przełamujących smaczków. To jakieś maślane bułeczki z mnóstwem rodzynek z zapachu.

Z rodzynkami tymi łączyła się owocowa słodycz, zbierająca się na tyłach jako soczyste orzeźwienie. To przy nim rozwinęły się taninowe ciemne owoce, stając się ewidentnie czarnymi porzeczkami. Rześkość wzrastała, że pomyślałam wręcz o lodach czy sorbetach. Oprócz tego mignęła mi pewna żywa "badylkowość" i kwiatowość. Raz przeważała ogólna roślinność, raz właśnie kwiaty.

Rośliny z czasem zaczęły przyciągać na pierwszy plan ziemistość, a czarne porzeczki wypuściły kwasek, który bezproblemowo łączył się z kawą.  Bliżej końca ze związku tego wyszło więcej cierpkości i kwasku. Poczułam ziemistość nasączoną cytrusowym sokiem.

W posmaku pozostała ziemistość właśnie, całkiem sporo ziaren kawy i kwaskowato-goryczkowaty grejpfrut. Było rześko, ale czułam też lekkie ściągnięcie, wysuszenie w ustach.

Całość wbrew pozorom nie wyszła aż tak bardzo owocowo, ale bardzo soczyście-rześko, niczym orzeźwiające lody i żywe rośliny. Ciemne owoce (czarne porzeczki, wiśnie?, rodzynki) nakręciły owocowy kwasek, ale ogólna słodycz była zaskakująco silna. Gorzkawość z kolei okazała się subtelna (kawowo-ziemista) i też wpisana w powyższe za sprawą grejpfruta. Podobało mi się sporo taninowo-cierpkich zapędów.
Do tego smaku nie pasowała mi jednak zbyt tłusta konsystencja, podobnie jak niektóre maślane nuty mogłyby zostać pominięte. Zamiast nich wolałabym silniejszą gorzkość.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 6 listopada 2018

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z gruszką

Po tym, jak pozytywnie zaskoczył mnie serek z wiśnią marki Jana, postanowiłam, że warto chyba spróbować całej serii Premium, bo jej smaki są dość niespotykane. Gruszkowy smak może nie jest czymś wybitnie pomysłowym, ale na połączenie czekolady z gruszką właściwie nie trafiam (fakt, że na serki tego typu nie patrzę, ale wydaje mi się, że ciekawostki i tak rzucają mi się w oczy).

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z gruszką to termizowany serek produkowany przez Średzką Spółdzielnię Mleczarską "JANA", dostępny w opakowaniach 130 gramów.

Po otwarciu poczułam przyjemny, nienachalny acz wyrazisty gruszkowy zapach z leciutko nabiałowo czekoladowym tłem.

Na wierzchu wydzieliła się warstwa ni żelatyny, ni wody, której czym prędzej pozbyłam się łyżeczką i chusteczką, a potem zamieszałam resztę. Serek był gęsty, trochę ciągnący i pełen malutkich kawałków gruszek. Dodatkowo pochwalić się mógł kremową gładkością i odpowiednią, nie za mocną tłustością. Owoce okazały się miękko-ziarniste. Przypominały świeże, tak dojrzałe, że aż miękkie (ale nie kapciowate!), co bardzo mi się spodobało, bo bałam się twardych kawałów bez smaku. Jedyny mój zarzut dotyczył wielkości (nie ilości) - szkoda, że to taka drobnica.

W smaku serek był delikatny. Bardzo przesiąkł słodko-soczystym, naturalnym smakiem gruszek. Dominowała w nim słodycz: zarówno gruszek, jak i taka serkowa. To przede wszystkim gruszkowy serek - leciutki smak czekolady snuł się gdzieś w tle. Była tak delikatna, że nie ma tu co nawet mówić o sprecyzowaniu jej charakteru. Nie był to smak nabiałowej czekolady / kakao, a jedynie bardzo odległy, ulotny posmak "słodkiej czekoladki".

Całość wyszła soczyście, słodko, ale zaskakująco świeżo. Brakowało mi tylko samej czekolady / kakao. Serek w sumie warty polecenia, ale jako po prostu gruszkowy - raz, tak na spróbowanie.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 127 kcal / 100 g; porcja 130g - 160 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko, śmietanka, cukier, gruszka 4,5%, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 0,5%, barwnik: karmel; skrobia modyfikowana kukurydziana, żelatyna wieprzowa, substancje zagęszczające: guma guar, mączka chleba świętojańskiego; aromat, kultury bakterii mlekowych

niedziela, 4 listopada 2018

Pingo Doce Momentos Unicos Belgijska Gorzka ciemna 72 % z Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii, Ghany i Togo

Po spróbowaniu zaskakująco wielu jak na mnie czekolad z Biedry, na każde kolejne pojawiające się w tym markecie, zaczęłam patrzeć podejrzliwie. Trzy gigantyczne tabliczki nieznanej marki z jednej strony chciałam spróbować, ale z drugiej... Na 200 gramów czystej mlecznej nie miałam ochoty, z orzechami... nie wiedziałam, kiedy wybiorę się w góry, więc nie chciałam, żeby np. nagle okazało się, że data już goni i muszę ją zjeść w domowych warunkach. A ciemna? Dobrą ciemną potrafię zawsze się cieszyć, nawet jeśli jest ona po prostu zwykła i dobra - nie musi być plantacyjna czy coś. To była najbezpieczniejsza opcja. Owszem, nie wiedziałam, jaka to jakość, ale co jedna zła tabliczka, to nie trzy. Z tyłu głowy jednak ciągle miałam myśl: "a jak się zdziwię?".

Pingo Doce Momentos Unicos Belgijska Czekolada Gorzka to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii, Ghany i Togo.

Po rozerwaniu sreberka zobaczyłam bardzo ciemną, ale intensywnie brązową tabliczkę, która wydała mi się piękna. Nie dość, że skojarzyła mi się z uwielbianymi czekoladami śmietankowymi Kaufland Classic, to jeszcze każda gruba kostka została przyozdobiona wzorem orzecha laskowego.

Zapach, który się nad nią uniósł, pasował w pełni. Było to połączenie delikatnie palonej kawy i świeżych orzechów laskowych. Aż zawahałam się, czy w tabliczce nie ma choćby odrobinki miazgi z nich. Przeważała szlachetna gorzkawość z sugestiami śmietankowo-słodkimi.

Do przełamania musiałam użyć dużo siły, bowiem tabliczka była twarda. Sukces został przypieczętowany pełnym, głośnym trzaskiem, a każdy zrobiony kęs - nie gorszym chrupnięcio-trzaśnięciem.
W ustach potwierdziła się jej pełnia i gęstość. Rozpływała się bowiem powoli, przy czym pozostawała bardzo zbita, mimo że po całych ustach roztaczała maziście-bagienkowate, kremowe smugi. Wydała mi się tłustawa w sposób śmietankowy, ale wcale nie za mocno. Nie brakowało jej przyjemnej pylistości, która pod koniec wprowadzała nawet lekko suchawy efekt.

Gorzkość i słodycz rozpoczynały swój taniec natychmiast po zrobieniu kęsa. Gorzkość, nie za mocna, acz wyraźna, prowadziła za sprawą palonych nut. Całość przybrała palonego charakteru, choć stopień palenia nie wydał mi się bardzo-bardzo mocny. To raczej nuty dymu. Dymu, który mimo szczerych chęci nie dał rady ukryć palonej kawy.

Słodycz w tym czasie jakoby szukała ujścia. A to wywyższała się, a to na moment gdzieś znikała. Najpierw jej przebłyski były słodko-palone, raczej karmelowe, ale gdy tylko pojawiła się kawa, słodycz poszła w słodko-śmietankowym kierunku. Chwilami nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to czekolada śmietankowa. Ogólnie słodycz wydała mi się "wpisana w resztę", nie za mocna.

Tu jednak kawa się nie dała. W walce o dominację dopomogły jej dymne nuty, które miały wręcz cierpkawe zapędy. Wytrawna cierpkość kakao przez moment ukazała ciemnoczekoladowy sos, a potem zamaszyście podkreśliła smak kawy - czarnej, mimo że w tle pałętała się śmietanka.

Pod koniec rozpływania się kawałka palono-karmelowo-śmietankowe nuty, jakby z rezygnacją raz jeszcze spróbowały swoich sił i tym razem wychwyciłam świeże orzechy laskowe wraz z gorzkawymi skórkami (chwilami miałam wrażenie, jakby w miejsce często spotykanych "waniliowatych nut" wszedł "dodany smaczek orzechów", co wyszło bardzo pozytywnie). Ich naturalność jakby powoli zaczęła wyciszać smak, a kawałek znikał.

Pozostał posmak palono-kawowy, z sugestią orzecha i śmietankowej słodyczy oraz pylisto-suchawy efekt.

Czekolada wyszła spokojnie, ale bardzo wyraziście i zaskakująco głęboko. Z ogromną przyjemnością utonęłam w należycie gorzkawej, choć wciąż łagodnej i słodkiej, wytrawnie cierpkawej toni. Podobało mi się wyraziste palenie, które było trafione w punkt i przy którym nie doszukałam się niepasujących nut. Kawa, dym i orzechy, karmel i śmietanka wpisały się w nie doskonale.

Z zaskoczeniem odkryłam, że smakowała mi bardziej niż np. J.D. Gross Ekwador 70 %, bo... dym i paloność po prostu świetnie połączyły ze sobą wszelkie nuty, a z racji śmietankowych sugestii, Pingo wydała mi się mniej palono-prażona. Pingo skupiła się na kawie i dodatkach do niej (po orzechowej nucie wnioskuję, że sporo było tam kakao z Ghany), J.D. Gross to "ciacho i kawa".
I doszłam do momentu, w którym żałuję, że kupiłam tylko tę i to jedną (chociaż... dużego zapasu i tak bym nie zrobiła, bo daty).


ocena: 10/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 200 g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym!

Skład: miazga kakaowa 72%, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat

sobota, 3 listopada 2018

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z wiśnią

Pierwsze tygodnie po przeprowadzce oznaczały buszowanie po sklepach i kupowanie rzeczy, których w moim dawnym miejscu zamieszkania nigdzie nie mogłam dostać. Dwa pierwsze szturmy na Auchan zakończyły się nawet nakupowaniem produktów "trochę" nie w moim stylu, przy których co prawda pewien rozsądek zachowałam, ale... No właśnie: "pewien" - bardzo przypadł mi do gustu twaróg Jana, więc mimo niepochlebnych recenzji o serkach czekoladowych (na zwykłe takie nachodzi mnie pewnie rzadziej niż raz na rok), postanowiłam i tak je kupić.

Jana Premium Serek o smaku czekoladowym z wiśnią to termizowany serek produkowany przez Średzką Spółdzielnię Mleczarską "JANA", dostępny w opakowaniach 130 gramów.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach wiśni (takich rodem z jogurtów itp.), którym towarzyszyła nieśmiała nutka "nabiałowej" czekolady.

Serek zaskoczył mnie swoją gęstością. Szybko zlałam trochę wody, która zebrała się na wierzchu. Po tej czynności spokojnie przechyliłam opakowanie do góry dnem. Zachował ją nawet godzinę poza lodówką (nabiał "dochodzi" u mnie poza lodówką przynajmniej pół godziny, a i lubię powoli jeść). Serek był gładki, nie za tłusty i pozostawiający lekkie poczucie suchości za sprawą kakao. Trafiłam na mnóstwo sporych kawałków, farfocli wiśni. Odznaczały się soczystością i świeżością.

Serek w smaku okazał się bardzo łagodny. Silna (ale nie przesadzona) słodycz łączyła się ze śmietankowym posmakiem, zaś kakao nieśmiało zaznaczyło się w tle jako "nabiałowa czekolada". Całość była przesiąknięta łagodnym smakiem "jogurtowej" wiśni.
Wiśniowy smak nasilał się przy wyrazistych kawałkach owoców. Wydały mi się świeże, dojrzałe i słodkie, z lekkim tylko soczystym kwaskiem. Nadały całości smaku świeżych (nie takich "jogurtowych") wiśni.

Całość wyszła głównie wiśniowo, słodko serkowo z motywem czekolady. Bez sztuczności, cierpkości, gorzkości czy mocniejszego kwasku.

Nie pogardziłabym wyrazistszym kakao i nieco niższą słodyczą, ale autentycznie wiśniowy serek "z czekoladkową nutą" też mi smakował.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie konsystencja: gęstość i wiśnie.
Może to produkt nie do końca z mojej kategorii, ale naprawdę godny polecenia.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 123 kcal / 100 g; porcja 130g - 160 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko, śmietanka, cukier, wiśnia 6%, kakao 0,9%, skrobia modyfikowana kukurydziana, żelatyna wieprzowa, substancje zagęszczające: guma guar, mączka chleba świętojańskiego; aromaty, kultury bakterii mlekowych

piątek, 2 listopada 2018

Zotter Mitzi Blue Hot Stuff ciemna z chili i biała truskawkowa z pieprzem

W linii Mitzi Blue Zottera ogólnie jest coś, co jakoś mi nie gra. Nigdy nie pasują mi proporcje między dyskami, połączenia też rzadko kiedy trafiają się w moim typie, kształt / forma mi się nie podoba... A jednak nie spisałam tej serii całkiem na straty, bo np. Minty Goat i Pepper-Mint mnie zachwyciły. Dzisiaj przedstawiana widziała mi się jako dopełnienie Pysznej Czekotrójcy.

Zotter Mitzi Blue Hot Stuff Dark Choco with Chili + Strawberry to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z chili (duży dysk) i biała czekolada truskawkowa z pieprzem (mały dysk).

Po otwarciu poczułam delikatny, ale smakowity zapach. Był złożony, ciekawy, bo mimo że nie dominująca, na pierwszy plan szybko wysunęła się rześka nutka truskawki. Na myśl przyszedł mi jakiś truskawkowo-maślankowy / jogurtowy koktajl. Czekolada była wyrazistsza, ale jakby podporządkowała się owocowi, tworząc mu głębokie, orzechowo-ziemiste tło. To taka... maślankowa ziemistość, a więc rześka, choć zestawiona z piernikiem z orzechami.

Całość była twarda i trzaskała przy łamaniu, jednak struktura dysków była diametralnie inna.
Ciemny raczył idealną gładkością, był kremowy i odpowiednio tłustawy.
Mały z kolei okazał się znikomo tłusty, bardzo soczysty, choć nie gładki, a jakby "suchawo" szorstko-chropowaty. Co więcej, znalazło się w nim trochę pesteczek truskawek oraz drobinek pieprzu, co przy rozgryzaniu wychodziło zagadkowo: cóż tym razem?
Obie części rozpływały się przyjemnie łatwo i powoli.

Zaczęłam od ciemnej czekolady. Od pierwszego kęsa poczułam dość silną słodycz, ale w parze z odpowiednio znaczącym smakiem gorzkim o wilgotnym wydźwięku. Czułam tu jakby wilgotny dym ("mgła o smaku dymu"), albo... dym spowijający wilgotny piernik (nieźle przypieczony!) i ziemistość.

Bardzo szybko w gardle zaczęło robić się dość gorąco. Chili przypiekło tam i początkowo nie ingerowało w smak czekolady, jednak z czasem trochę wkradło się w wilgoć, budując soczystość.  Krył się w tym lekki kwasek - jakby taki naturalny kwasek orzechów? Albo raczej... ziemiście-kawowy? Taki naturalny, acz nie owocowy.

Pikanteria rosła i rosła. W pewnym momencie była naprawdę bardzo silna, ale w dużej mierze na poziomie gardła... w ustach chili czuć wyraźnie (tam także podgrzało atmosferę), wniosło (nakręciło?) owocowy motyw, ale obok czekolady - smaki szły łeb w łeb, nie zakłócając się. Ta pod koniec zrobiła się bardziej gorzko-dymna, może trochę rześko kawowa... Miałam wrażenie, że ostrość ogólnie trochę odegnała słodycz od centrum wydarzeń.

Świetnie było to przegryźć truskawkowym dyskiem. Ten okazał się słodko-kwaśny i szokująco autentycznie truskawkowy. Przed oczami miałam słodziuteńki dżem z truskawek, ale i świeże, dojrzałe owoce. Wspomniany kwasek był lekki, orzeźwiający i po części truskawkowy, a po części kojarzący się z jakimś koktajlem "truskawka & ... jogurt? maślanka?" (taka z gorzkawą nutką?). Skojarzenie z nimi napędzała odrobinka pieprzu, która czasem gdzieś się zaznaczyła.

Jako że na wierzchu była cieniutka warstwa ciemnej, to i w trakcie jedzenia truskawkowej czułam ostrość chili, która cudnie przeniknęła do truskawki - pewnie za sprawą pieprzu z małego dysku, choć on sam odegrał znikomą rolę.

Posmak pozostał gorzkawo-rześki, w przeważającej mierze kawowo czekoladowy, ale i słodziutko truskawkowy. Chili również ostało się, lecz bez efektu rozgrzania; było rześko, soczyście.

To chyba jedna z nieliczynych Mitzi, do której nie mam zastrzeżeń. W jej przypadku nawet proporcje były trafione, choć wolałabym, by ogółem było jej więcej (np. 70 g: bonusowe 5 truskawkowego).
Zachwyciła mnie jej pikanteria - charakterna, mocna, która jednak nie zakłóciła czekolady o smakowicie gorzkawych nutach dymno-ziemiście-kawowych. Mało tego! Genialnie zagrała z orzeźwiająco-słodziutką truskawką. O tak, stała się dopełnieniem trzech ulubionych Mitzi.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 65g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa 54%, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone truskawki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), chili Bird's eye 0,1%, pieprz, wanilia

czwartek, 1 listopada 2018

Kuna 82 % Esmeraldas Rio Verde ciemna z Ekwadoru

Czekolady zamawiam zazwyczaj okazyjnie, a więc gdy do Sekretów Czekolady trafia dostawa tych ze stałej oferty, nowości / ciekawostek i takich "na prośbę". Zawsze towarzyszy temu poczucie, że być może to jedyna taka możliwość. Zawsze też muszę dokonywać selekcji, bo niestety nie mogę sobie pozwolić na kupienie wszystkiego, czego bym chciała. Kiedyś tak zrezygnowałam z marki Kuna, wychodząc z założenia, że mają malutkie, ekskluzywne tabliczki, a ja wybrałam więcej akurat takich bardziej moich (konkrety, wydające się charakterniejsze). Gdy po długim czasie znów miałam okazję na poznanie tej marki... jakoś przemówiły do mnie opakowania (dziwne, bo nie w moim stylu - takie eleganckie i kobiece) i zawartości kakao.

Kuna Finest Ecuadorian Chocolate 82 % Esmeraldas Rio Verde to ciemna czekolada o zawartości 82% kakao Nacional z Ekwadoru z prowincji Esmeraldas.

Po otwarciu folii poczułam bardzo intensywny i jednoznaczny zapach kremu czekoladowo-laskowoorzechowego na chlebie, a dokładniej zestawiony z przypieczoną skórką od chleba. Nieśmiało zakręcił się i jakiś mleczno-słodki, zwiewny akcent.

Tabliczka jednak była ciemna, jak tylko się dało - miałam problem z uchwyceniem koloru na zdjęciach. Mimo to, przy łamaniu trzask wydał mi się jakiś... kremowy? Jakby tabliczka była gęściutkim kremem. A mimo to nie można trzaskowi odmówić głośności, tabliczce zaś twardości.
W ustach również nie była byle czym, bo długo zachowywała zbitą formę, choć opływała. Skojarzyła mi się z rzadkim, gładkim sosem albo kostką lodu. Tłustości w niej nie za wiele, była na dalszym planie, a całość pod koniec wysuszała.

Od pierwszego kęsa czułam subtelną gorzkość. Najpierw cechowała ją wytrawność, a potem kakao przybrało formę... bardziej neutralną, pokazując orzechy laskowe i pieczoną skórkę od chleba. Momentalnie na myśl znów przyszła mi kromka chleba sowicie posmarowana kremem czekoladowo-orzechowym.

Podano do niej trochę mleka, coś gdzieś bardziej rześko-lekkiego się zaplątało, a pieczony motyw zaczął rosnąć w siłę. O ile w pierwszej połowie rozpływania się kawałka byłam pewna, że czuję coś a'la Nutella, tak bliżej końca po głowie zaczęły mi krążyć też inne, charakterniejsze orzechy, więc może też czekoladowe masło orzechowe? Na pewno jednak wciąż czułam słodkie smarowidło.

W pewnym momencie wytrawna gorzkawość robiła się bardziej cierpka. Była to cierpkość typowo kakaowa, ale i jakby nieco... siarkowa? Wychwyciłam sugestię cytrusów, ale to chyba jednak nie one. Naturalny kwasek orzechów? Tonęło to w słodkim czekoladowo-orzechowym kremie.

Pewna lekkość nie dawała spokoju i im bardziej cierpko się robiło, tym wyraźniej zaznaczała owoce - jakieś leśne: jeżyny i borówki. Bardzo odległe, ale jednak.

Posmak pozostał cierpkawy, w sposób lekko owocowy i mocno prażony. Było tylko trochę słodko, ale w sumie i nie za mocno gorzko (a kwasek to w ogóle raczej tylko sugestie).

Całość wyszła mocno orzechowo. Krem czekoladowo-orzechowolaskowy i jakaś tam mleczna słodycz świetnie wyszły z silnym prażonym smakiem. Początek należał do skórki chleba, ale potem... jeszcze bardziej orzechowo się zrobiło. Warto zauważyć, że czekolada nie wydała mi się ani trochę palona (czy np. dymna) - to ewidentnie prażenie / przypieczenie. Sugestie owoców nadały lekkości, ale nie powiedziałabym, że odegrały dużą rolę. Gorzkawość wyszła bardzo naturalnie, a więc przystępnie, a słodycz... może nie była przesadzona, ale chwilami mi się jakby za bardzo narzucała (taka jak z  70%, a ta tabliczka to jednak 82%).

Jej smak trochę kłócił mi się ze strukturą. Smak był gęsto-kremowy, a ta rzadkość sosu czy podchodziła niemal pod wodnistość.
To dobra i ciekawa czekolada, którą szczerze polecam, bo orzechowo-chlebowe nuty fajnie tu wyszły, smak ogólnie bardzo mi się podobał, ale jednak całość mnie nie porwała (struktura lodu i jednak ta silna jak na 82 % słodycz).


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 9,50 zł (za 30 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy