sobota, 10 lutego 2024

Skarby Roztocza Miód wrzosowy

Szczerze mówiąc, ja już dawno machnęłam na miody ręką i nie interesują mnie, bo doszłam do wniosku, że obecnie już z racji tego, czym miód jest, to coś nie dla mnie. Potrzebny mi tylko raz w roku, gdy robimy z Mamą masę makową oraz czasami do "zdrowego karmelu" do deseru a'la Snickers, jaki robię. Mama jednak lubi zawsze jakiś miód mieć. Kiedyś lubiła gryczane, jednak obecnie - w przystępnym dla nas przedziale cenowym - żadne nie smakują tak, jak kiedyś. Brak im charakteru, goryczki, a blisko do słodkich wielokwiatowych. Poprosiła mnie w końcu, bym znalazła jej jakiś inny dobry ciemny. A mi do głowy przyszedł wrzosowy, jako że słyszałam, że też jest charakterny, a co do koloru - no, ten to sama w sklepach widziałam. I jak już Mamie kupiłam, to sama też postanowiłam go poznać. Najpierw trochę poczytałam. Jego zbiory są we wrześniu, stąd z zakupem wstrzymałam się do tego okresu. Nie chciałam bowiem kupić skrystalizowanego, a ponoć łatwo, by ten rodzaj się skrystalizował. Nie miałam zamiaru podgrzewać go choćby odrobinę z racji tego, że dowiedziałam się, że miody wrzosowe mają niezwykłą strukturę - naturalnie są lekko galaretowate, gęstawe. Wynika ona z większej niż w przypadku innych miodów zawartości wody (~21%) i w miarę równy udział glukozy do fruktozy. Zaciekawiło mnie to co niemiara! I ponoć często właśnie z powodu jego gęstości widoczne są również w nim zanieczyszczenia pierzgą i pyłkiem z wrzosów czy drobinami woskowych odsklepin, to już tak na marginesie.

To jednak co otrzymałam, zirytowało mnie. Miód był skrystalizowany... Zadzwoniłam więc od razu pod numer podany na stronie i po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że miód odeślę. Rozmówca od Skarbów Roztocza upierał się, że miód wrzosowy ma mieć taką strukturę. Ja zaś uparłam się, że takie bryły jak cukru to nie galareta, jaką widziałam w internecie. Potem wysłali mi zdjęcia miodów z innego rozlewu - tam kryształków nie zobaczyłam i zadecydowaliśmy, że taki miód mi wyślą. Nie wiem więc, czy ten pierwszy na pewno był z tego roku, czy co. Warto jednak mieć na uwadze, że miody wrzosowe od tej firmy jeden od drugiego mogą się bardzo różnić.

Skarby Roztocza Miód wrzosowy to miód nektarowy wrzosowy z polskich pasiek ze zbioru z roku 2023, wyprodukowany przez rodzinne gospodarstwo z Lubelszczyzny Pasieka Skarby Roztocza.

Zapach obu wersji był mniej więcej taki sam. Po odkręceniu słoika czułam zapach przede wszystkim bardzo słodki i jakby "swojski". Czuć naturalność, a także ogrom kwiatów. Wrzosu? Subtelnej, ziołowej, ostrej goryczki? Jednocześnie słodycz była niemal urocza... Uroczo-szlachetna? I prawie drapiąca, co jeszcze bardziej na zasadzie kontrastu chwilami podkręcało charakterną goryczkę.

Pierwszy słoik, który mi przysłano bardzo mnie zdenerwował, bo jego zawartość była gęstą, skrystalizowaną masą koloru pomarańczowego - nie wyglądał mi na tegoroczny zbiór. 
Gęsta, scukrzona konkretnie - mimo że miód otworzyłam 1 października 2023 ze zbioru z września 2023. Miód mimo wielu kryształków miał w sobie pewną miękkość, nie był twardy jak kamień. Wykazywał też lekką galaretowatość, glutowatość, 
W ustach rozpływał się jakby się ociągając. Oprócz kryształków, masa przypominała trochę galaretkę czy gęsty kisiel... Niestety z kryształkami, co przyspieszało rozpuszczanie się, kojarzyło się z cukrem i odbierało jakąkolwiek przyjemność z jedzenia.

Słoik, który przysłano mi po zwrocie skrystalizowanego, bardzo się różnił już kolorem. Był ciemny, brązowy. Masę cechowała wysoka gęstość. Była ciągnąca i bardziej galaretowato-kremowa niż zwyczajnie "półpłynna". Miód z łyżeczki nie lał się, a powoli i ciągnąco spływał, klejąc się do niej. Przypominał nieco miody kremowane (ja jadłam rzepakowy Bartnika Mazurskiego), ale to też nie było do końca to. Wyglądał nieco bardziej kisielowato-galaretowato. Był spodziewanie lepki i klejący.
W trakcie jedzenia także wykazywał gęstość. Przypominał trochę galaretkę czy gęsty kisiel, ale bez ich śliskości. W tym miodzie czuć raczej aksamitność. Wydał mi się miękki. Rozpływał się powoli w taki jakby pełny sposób.

Wersja skrystalizowana także w smaku się różniła. Była po prostu gorsza. 
Najpierw intensywnie słodka, acz o naturalnym charakterze, dosłownie z nutą "ula" (powiedzmy) i ogromem kwiatów. Miała ich szlachetny wydźwięk, przywodząc na myśl kwitnące, świeże wrzosy Kryształki rozpuszczające się zdawały się tą słodycz pchać w kierunku czysto słodkim, typowo miodowo-drapiącym, jednak w tle zarysowała się też gorzkawość o ziołowo-kwiatowym wydźwięku. Zwiększyła głębię, wydała mi się kontrastowo uwypuklona przez słodycz, ale i na zasadzie kontrastu tę słodycz podnosić. Była w pewnym momencie tak silna, że odnotowałam jakiś słodko-kwasek. Związał się z goryczką jako kwaskawość jakby jasnego, taniego miodu (źle zebranego). Na języku czułam wręcz ziołowo-goryczkowatą pikanterię, wyraźnie wrzos.
Wydawało mi się, że kryształki zaburzały harmonię, spłyciły smak i uprościły go. A jednak pod nimi ewidentnie zarysował się ciekawy smak, charakter. Mama utwierdziła mnie w tym, bo stwierdziła, że "ewidentnie skrystalizowany, ładnie, ciekawie pachnie, a i w smaku ma taki jakiś dziwny charakter, mi nie smakuje, gorzki jest" i podsumowała, że czuje jednak, że nieskrystalizowany na pewno miałby u mnie duże szanse. Ja takiemu mogłabym wystawić jakieś 5, bo mimo że smak ciekawy, to nie doskonały. Konsystencja - wiadomo, a cena wysoka.

Nieskrystalizowany miód ewidentnie był bardziej harmonijny.
W smaku najpierw poczułam wysoką słodycz o bardzo naturalnym smaku, jakbym jadła miód prosto z ula (abstrakcyjna wizja), na wsi i to jeszcze zaciągając się zapachem kwiatów. Słodycz przybrała ich szlachetny wydźwięk. Oddawała kwitnące, świeże wrzosy.

W tle pojawiła się lekka goryczka... Po czym gorzkawość aż uderzyła. Nasuwała na myśl zioła, ziołowe kwiaty. Uwypukliła głębię miodu, który jednak i tak bardziej niż z goryczkowatymi ciemnymi, kojarzył się z miodami jasnymi. W zasadzie... wyszedł jak miód jasny z nutą ciemnego. Po chwili gorzkość wzrosła i dała się poznać jako ewidentnie wrzosowa.

Wrzosowy smak mniej więcej w połowie rozpływania się porcji wciąż był motywem wiodącym, mimo że słodycz znacząco wzrosła. Co prawda zbliżyła się do efektu drapania, ale spotęgowanego lekką, gorzkawą ostrością. Słodycz w tej kwestii jakby się powstrzymywała. Wydała mi się nawet dość kwiatowo urocza przede wszystkim, acz z echem kwiatów wrzosu o poważniejszym zacięciu.... kontrastowa do wzbierającej pikanterii wrzosu. Słodycz drapała, jawiąc się jako niewiarygodnie wysoka. W niej wyłapałam aż lekką kwaskawość, acz też kojarzącą się z kwitnącymi kwiato-ziołami.

W posmaku został motyw wrzosów o kwiatowo-ziołowym, goryczkowatym charakterze, ale również drapiąca, niemal urocza słodycz. Do tego czułam aż pewne gryzienie w język... nie tyle jednak od słodyczy, co od wrzosowo-kwiatowo, pikantnie ziołowego motywu.

Miód pokazał pazurki, miał ogromny charakter. Jawił się jako dość kontrastowy. Bardzo słodki niby wręcz uroczo kwiatowy, a jednak jednocześnie kwiatowo-goryczkowaty i wręcz pikantny. Wrzos czuć wyraźnie w tym wszystkim. Silna słodycz, silna goryczka i echo kwasku, acz nie miodu taniego, kiepskiego, a takiego... świeżo-wrzosowego. Niestety jednak nie wynagrodziło mi to, ani nie przełamało męczącej słodyczy. Konsystencja była świetna - gęsta, ciągnąca i jakby masywna. Idealnie gładka, bez kryształków.

Jadłam go z jogurtem (typu greckiego Piątnicy; miodu dodałam ok. 2 łyżeczki) z orzechami włoskimi (ok. 50g). Ich lekka goryczka skórek zacnie zgrała się z tą wrzosowo-ziołową miodu, a i jego pikanteria zyskała zacne, wyrazite towarzystwo orzechów. Kwasek jogurtu podkreślił jednak nieco ten właśnie kwaskawy akcent w miodzie. Co więcej, wyraziste połączenie podkreśliło nie tylko wyrazisty charakter miodu, ale... ku mojemu zaskoczeniu, także jego słodycz, co mi przeszkadzało.
Miód, mimo że zbito-galaretowaty, z czasem sam z siebie zaczynał częściowo wsiąkać w jogurt.

Tego miodu próbowałam też z twarożkiem (pół kostki twarogu półtłustego Pilos i jogurt typu greckiego Piątnicy), z około 50g pestek słonecznika i odrobinę dyni dla spróbowania (lekko podprażonych). Dodałam góra 2 łyżeczki, co i tak, podczas jedzenia, wydawało się lekką przesadą. 
Słonecznik niespecjalnie się sprawdził, bo trochę gubił się w wyrazistym smaku miodu. Dynia za to wyszła lepiej - sama była świetnie wyczuwalna, a w miodzie podkreśliła kwiatową ostrość.
Ogólnie miód Skarbów Roztocza w twarożku wydawał się bardziej ogólnie kwiatowy niż tak jednoznacznie wrzosowy, a także bardziej pikantny. Echo kwasku uciekło zupełnie. Słodycz pozostała tak intensywna, że drapała i chwilami zasładzała mimo twarożkowej bazy.
Miód po pewnym czasie zaczynam lekko wsiąkać w twarożek, mieszać się z nim sam z siebie, jakby się rozpuszczał, tracił zbitość.

Spróbowałam też na kanapkach (na chlebie żytnim razowym), mimo że nie jestem wielką fanką kanapek na słodko. Na jedną dodałam twaróg (Pilos z Lidla), na drugą ser żółty (Claasdamer z Kauflandu). Miód niewątpliwie świetnie sprawdził się na nich ze względu na jego konsystencję - nie spływał ani nie wsiąkał, a ładnie utrzymywał się na obu jak rzadka galaretka.
Na obu, w obliczu charakternego chleba, wyszedł jeszcze bardziej, aż przenikliwie słodko. Co prawda także goryczka nieco się umocniła, no ale przy tej słodyczy marna to pociecha. Mimo sowitej ilości sera, i tak mnie zasłodził. Kanapkowa baza nie poskromiła tej słodyczy. O dziwo wytrawniejszy żółty nieco złagodził wrzosowy charakter tego miodu. Kanapka z twarogiem pozwoliła za to wyraźnie wyeksponować się wrzosowemu smakowi - dzięki temu ta opcja była nieco lepsza. Kanapki z miodem Skarbów Roztocza jednak mnie nie chwyciły.

Po tym, jak w 3 opcjach mi się nie sprawdził, trafił do Mamy. O samym powiedziała: "bardzo słodki i gorzki, chyba właśnie wrzosowo. Ta jego porażająca goryczka ziołowa tak się miesza ze słodyczą, że z czasem aż w kwasek idzie. Niezbyt mi on odpowiada. Ma charakterek, ale nie w moim stylu przez kwaśność i to, że to charakterek jakby ziołowy". Spróbowała go też polać na swoje biszkoptowe ciasto kokosowo-kakaowe (które akurat wyszło jej za mało słodko) i powiedziała: "Na cieście ten miód się sprawdził. Kwaśność uciekła, a ta goryczka ziół z kakaowym ciastem wyszła piernikowo, ale - chyba przez kontrast - miód aż uderzał słodyczą. Wydawał mi się aż niemożliwie słodki, a obecnie tak słodkich rzeczy to i ja nie lubię. I dziwne, bo on jest i wyraźnie wrzosowo gorzki, i bardzo słodki. Do kakaowego ciasta jednak pasuje, to mu trzeba przyznać.".

Żadnej z nas więc w pełni nie chwycił, mimo że doceniamy. Charakter ma, to pewne. Mało funkcjonalny, ale ciekawy. Tylko że oceniam też biorąc pod uwagę cenę i to, że miody Skarbów Roztocza są bardzo... "jak się trafi" (a jak coś kupuję za takie pieniądze jako świeże, to na takie liczę - jako że podkreślałam przed zakupem, że czekam na miód tegoroczny, bo nie chcę skrystalizowanego).

Miód Wrzosowy z pasieki Daniela Wosia (o którym za kilka dni) był bazowo słodki, a z goryczką, z charakterem, ale łagodniejszy i bardziej harmonijny. Mimo że słodycz w nim stanowiła bazę, był łagodniej słodki, nie zasładzał. Miód Skarbów Roztocza wydał mi się intensywniejszy i bardziej dynamiczny. I bardziej słodki, i bardziej gorzkawy, niemal ostry, z podkradającym się kwaskiem. Wyraźniej wrzosowy, ale jednak ta wyższa słodycz osłabiła jego odbiór. W dodatku "w czymś" miód Skarbów Roztocza jakoś jak na taką zbitą konsystencję za łatwo się rozpuszczał i wsiąkał. Wspomniany zaś ładnie i do końca jedzenia utrzymywał się na wierzchu (co mi się bardziej podobało).


ocena: 7/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
cena: 45 zł (za 370g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

piątek, 9 lutego 2024

Zotter Whisky + Caramel + Pecan ciemna 70 % z karmelowym kremem z whisky oraz nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym

Po dwóch ryzykownych tabliczkach postanowiłam sięgnąć po nadziewanego Zottera, który autentycznie miał duże szanse mi posmakować. Dla nieciastowej mnie, inspiracja amerykańskim ciastem pekanowym "pekan pie" (którego nigdy nie jadłam), brzmiała całkiem nieźle. Z tego, co wyczytałam, dodano do niej whisky od David Gölles, zajmującego się głównie winem austriackiego producenta alkoholu. Dopiero w dniu degustacji przypomniało mi się, że jadłam dość podobną czekoladę Zottera, acz z dodatkiem bardziej kontrowersyjnym niż karmelizowane pekany: Zotter Whisky & Bacon. Bo to, że Scotch Whisky "Highland Harvest" po prostu zwyczajnie mi smakowała, pamiętałam. Obstawiałam, że z tą może być podobnie.


Zotter Whisky + Caramel + Pecan to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) karmelowym kremem (na bazie czekolady białej karmelowej) ze styryjską whisky od David Gölles oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym.

Po otwarciu poczułam mocny, acz szlachetny alkohol, a dopiero za nim palono-gorzką i karmelowo słodką ciemną czekoladę o nieco piernikowych zapędach. Zwłaszcza gdy wąchałam wierzch, słodycz karmelu zdawała się bardzo istotna. Alkohol sugerował obecność warstwy "cukrowego szkiełka", sprawiał wrażenie niemal czystego... Ogół wydawał się też ciepły od sporej ilości dobrego, acz niedookreślonego alkoholu. Spód wydawał się raczej bardziej ogólnie orzechowy i rozmyty także w kwestii słodyczy. Po przełamaniu za to wyklarowała się karmelowo słodka whisky i nasiliła karmelowa słodycz ogólna. Pojawiła się też maślaność. W orzechowości pekanów może i można się doszukać, ale mogła to być jedynie autosugestia.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna już w dotyku. Łamanie tylko to potwierdziło. Bardzo gruba czekolada cicho trzasnęła. Także nugat - wyglądający na suchy - popisał się konkretnością. Jedynie karmelowy krem jawił się jako bardziej plastyczny i mazisty (lecz nie do tego stopnia, by czekolada się w niego wgniatała).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo. Była maślano-tłusta, nieco mazista i w harmonii mieszająca się z nadzieniami.
Szybciej wyciskało się spod niej karmelowe, by rozpuszczać się już równo z nugatem i zostawać dłużej od niego. Krem karmelowy był miękki i tłusty w mleczno-maślany sposób. Miał w sobie nieco kremowo czekoladowy element, acz chwilami wydawał się lekko gumiasty. Mimo że gładki, końcowo zdradzał lekką pylistość.
Pekanowy nugat okazał się pudrowo-pylisty i tłusty w maślany, trochę jakby gumkowo-zbity sposób. Był konkretny, ale rozpływał się łatwo i dość szybko, pod koniec wodniście.
Z nugatu wyłaniało się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Na język wylegały w większości jakby pokryte cukrem kawałki, kawałeczki i dosłownie drobinki (tych chyba było najwięcej) oraz parę sporych kawałków.
Orzechy okazały się miękkie i delikatne. Gryzione dłużej niektóre zdradzały tłustość, trzeszcząc wręcz wiórkowo.

W smaku czekolada była gorzko-palona i subtelnie słodka w palono-karmelowy sposób, a do tego jakby wzmocniona słodkim, mocnym alkoholem (musiała przesiąknąć wnętrzem). Sama w sobie wydała mi się nieco orzechowa, a jej gorzkość w obliczu słodkich nadzień z czasem zahaczała lekko o dym i kawę.

Delikatna orzechowość, najpierw jednak niedookreślona, szybko zapowiedziała swoją obecność, jakby podpinając się smakiem pod czekoladę, lecz nagle szybko to alkohol przyciągnął uwagę. Nadzienia jednak smakowo rozchodziły się mniej więcej równo.

Nadzienie karmelowo-alkoholowe okazało się dynamiczniejsze. Uderzyło słodkim, mocnym alkoholem, który po chwili przedstawił się jako whisky o nieco karmelowym charakterze. Wtapiał się w maślaność i śmietankę, jakie roztaczała ta część, dopowiadając toffi i karmel maślany. Za jego sprawą bardzo rosła też słodycz, chwilami zahaczająca o krówkową. Czekolada z wierzchu próbowała ją nieco poskromić. W pewnej chwili jednak to i tak whisky zdominowała wszystko. Rozgrzała język i usta, sama zaś zdradziła jakby lekką cukrowość. Potem trochę się uspokoiła i... podkreśliła charakter oraz szlachetność nugatu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy sporo dołożył jeszcze nugat. Przedzierał sobie drogę jakby czystą, acz rześką słodyczą.
Zwłaszcza spróbowany osobno wydał mi się przesłodzony i wręcz pudrowo-cukierkowy, choć z czasem rzeczywiście i syrop klonowy się w nim ujawnił. Wydawał się płynąć z całej warstwy, a nie tylko od kawałków orzechów. Co ciekawe, to właśnie chyba whisky z drugiej warstwy nieco podkreśliła sam smak syropu.
Orzechy mieszały się z maślaną nutą bardzo spójnie, ale też czuć, że to pekany. Same w sobie były jakby maślane, jak słodko-tłustsza i znacznie łagodniejsza mieszanka orzechów włoskich i laskowych. Może subtelnie podkreślone cynamonem? Zapewnił ciepło, podkręcając się wzajemnie z rozgrzewającym aspektem whisky.

Z czasem słodycz wzrosła ryzykownie, alkoholowość nieco osłabła i rozmyła się jej jednoznaczność (szlachetność na szczęście pozostała), a nugat mieszając się z karmelową warstwą, wydobył z kompozycji biało czekoladową nutę. Wtedy z nugatu wylegać na język zaczęło sporo kawałków orzechów. Zapewniały słodkie pstryczki. Niektóre ewidentnie syropu klonowego, innej bardziej po prostu słodkie, może z echem karmelizowania. Czekolada z czasem kontrastowo wyszła jeszcze bardziej palono-gorzka, ale mocny alkohol akurat jej odebrał głębię.

Orzechy gryzłam głównie na koniec, w trakcie rozpływania się kęsa zdarzało mi się je jedynie lekko raz po raz podgryzać. Niektóre do końca okrywała nuta syropu klonowego, który czasem jawił się po prostu czysto słodko, a czasem wyraźnie jako on sam. Pod nim orzechy zachowały swój własny, delikatnie słodkawo-maślany smak. Nie były jednak jakoś szczególnie intensywne, jako że cały czas pobrzmiewało echo alkoholowości.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej, mocnej whisky (znów jednoznacznej), cierpkawo gorzkiej, dymnej czekolady oraz przesłodzenie od kumulacji maślanego karmelu, syropu klonowego i echa białej czekolady. Czułam też specyficzny efekt jakby takiej śliskości syropu klonowego na języku. Mieszało się to z mocnym, acz także bardzo słodkim alkoholem, ewidentnie whisky. Orzechowość czuć bardzo dobrze, alkohol jej nie zagłuszył. W posmaku okazała się niewiarygodnie jednoznacznie pekanowa.

Czekolada była smaczna, ale bez szału. Ciemna czekolada nie poradziła sobie z przesadzoną słodyczą. Maślany karmel, wręcz toffi, whisky o karmelowych nutach, biała czekolada i syrop klonowy - po prostu za dużo tu tego wszystkiego. Alkoholowo-karmelowy krem nie był mocno karmelowy, raczej maślano-krówkowy i trochę jak wyidealizowane nadzienie Pawełka, słodki, ale bardzo dobry. Nugat jednak nazbyt łagodny, a mocny od alkoholu, co już nie chwyciło. Pekanowy krem był za delikatny, nieco stłamszony. Syrop klonowy chwilami też się zatracał, a słodyczy dokładał cały czas. Wydaje mi się, że aby pokazać charakter pekanów i syropu klonowego przydałoby się pozwolić działać im, bez tak złożonej otoczki. Kompozycja to więc w porządku, niby przejrzysta, ale i tak z czasem nieco męcząca przeładowaniem. Niby z pomysłem i potencjałem, ale coś jakby nie do końca wyszło... Co oczywiście nie sprawia, że to zła czekolada! Zjadłam nawet ze smakiem, ale wiem, że bym nie kupiła (a już na pewno nie kupiłabym, gdybym znała efekt).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy pekan 14%, tłuszcz kakaowy, karmelizowane mleko w proszku 5% (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), whisky, masło, mleko, syrop skrobiowy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

środa, 7 lutego 2024

(miniaturka) A. Morin Perou Pablino noir 70 % ciemna z Peru

Zamówienie kilku czekolad z Chocoladeverkopers nie obyło się bez nerwów. Pomylili jedną czekoladę, ale na szczęście wszystko zostało rozwiązane na moją korzyść. Sklep wysłał mi na swój koszt tę, którą zamówiłam i dołożył jeszcze mały bonus w postaci neapolitanek. Bardzo się ucieszyłam, że to akurat miniaturki pysznej A. Morin Perou Pablino Noir 70 %, do której chciałam wrócić kiedyś tam. Do tego miały to być moje pierwsze miniaturki tej marki. Byłam ciekawa, jak się mają do dużej wersji - stąd postanowiłam dodać je jako oddzielny post, a nie zrobić aktualizację.

A.Morin Perou Pablino noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru z regionu Chanchamayo (a dokładniej Pablino?), w wersji mini, czyli jako neapolitanka ważąca 5 g.

Po otwarciu poczułam migdałowo-waniliowy biszkopt, migdałowy krem... ciasto z migdałową warstwą? Mimo wysokiej słodyczy dosadnie palonego karmelu, bananów i suszonych daktyli, wyraźnie zaznaczyła się ziemia, podkreślona kardamonem i dymem (i echo kawy?). Wszystko podlało mnóstwo owoców: wiśnie (i inne czerwone?), egzotyczne... aż niejednoznaczne. Wyłapałam banany, brzoskwinie (częściowo ciastowe?), lychee, układające się w sok "multiwitamina". A do tego jakby kwiatowe melony... przeplatające się ze słodko kwaśnymi wiśniami i granatami.

Neapolitanki były twardo-chrupkie. Przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka chrupko i dość głośno trzaskały.
W ustach rozpływały się powoli, maziście. Utrzymały pewną twardość, ale jakby tylko wewnątrz. Powierzchownie robiły się miękko-aksamitne. Były tłuste i gładkie, kremowe. Czułam też lekką pudrowość.

W smaku pierwsze zaznaczyły się daktyle i na chwilę umknęły. Od początku czułam ogólnie wysoką słodycz biszkoptu z miodem... może w zdrowszej wersji, bo zrobionego na bazie bananów i daktyli. Był to biszkopt migdałowy... z mąki migdałowej i kremem? Do tego przyprawiony nieco gorzko... Kardamonem? Do głowy przyszedł mi miód z kardamonem.

Podkreśliła go lekka goryczka związana z pieczeniem. Przemknął dym, a ogólnie palony wątek dodał słodkim owocom karmel. Wyobraziłam sobie biszkopt z karmelem i masą bananowo-daktylową.

Mignęły migdały... Wciąż chowały się w cieście, ale zwróciły uwagę przede wszystkim krem migdałowy. Też jako element migdałowo-miodowych pralinek? Nagle krem nugatowo-migdałowy uderzył z pełną mocą, podkreślony gorzkawym kardamonem. Po chwili migdały zmieszały się z orzeszkami ziemnymi. Prażonymi? Poczułam ciepło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciepło ułożyło się w korzenność bardziej złożoną, nie tylko kardamonową. To obudziło soczyste owoce. Pomyślałam o multiwitaminie, jakimś koktajlu z żółtych owoców egzotycznych. Na pewno czułam banany, może też brzoskwinie. Mimo ich esencjonalnej, ciężkawej słodyczy, uchwyciłam rześkość. Należącą do soczystego lychee.

Słodycz za sprawą owoców wzrosła i zahaczyła o pudrowość. Tu wkroczyły owoce czerwone. Liofilizowane maliny? Wyłapałam kwasek wiśni, po czym skryły się w kwiatach. Te z kolei wzmocniły trochę nuty lychee i... melonów?

Chyba mignęły cytrusy... pomarańcza? Cierpkawa skórka podkreśliła cierpkość wiśni... przechodzących w wino. 

Wino z kolei na końcówce podkreśliło wyrazistość orzeszków i migdałów o gorzkości podkręconej dymem, palonym ciepłem oraz słodycz jakby bananowego karmelu, nieco już drapiącego. Pomyślałam o aromatycznych kwiatach o nieco korzennym charakterze... i kawie?

Posmak należał do kwaskawych wiśni, ziemi i ogólnej, niedookreślonej słodyczy. Czułam egzotyczną mieszankę owoców i ciężko-słodkie wino, trochę bananów... a do tego stateczne migdały w korzennym cieple.

Całość była spodziewanie przepyszna, acz pozostawiła lekki niedosyt. Jej nutom jakby trochę się spieszyło - wszak neapolitanka jest cieńsza niż kostki pełnowymiarowej, stąd i szybsze rozpływanie się, przez które nie wszystkie wątki miały jak się w pełni rozwinąć. A jednak to rewelacyjne streszczenie tego, co oferuje duża i jasny przekaz, że tej czekolady po prostu trzeba spróbować w większej ilości - tak bogata jest. Wyraziste migdały wkomponowane w biszkopt, korzenność z gorzkim kardamonem, ziemia oraz palono-dymne motywy cudnie zgrały się z daktylowo-bananowo-karmelową słodyczą. Interesująco połączyło się to z egzotycznymi owocami, a więc żółto-multiwitaminową mieszanką z bananem i lychee oraz wiśniami i winem z końcówki. Wszystko to zapamiętałam z dużej wersji, która rozwinęła te ciekawe nuty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od chocoladeverkopers.nl
cena: nie znam
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym znów dostać

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 6 lutego 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate

Po ten krem miałam sięgnąć wcześniej, ale jakoś po niesmacznym Vilgain Edible Cookie Dough Caramel Nuts & Chocolate Chips odczułam potrzebę zrobienia przerwy od Vilgain, by za kolejny ich produkt wziąć się bez uprzedzeń. Padło, że wybrałam sobie na tę "przedziałkę" też krem z kokosem (BeRAW! Peanut Butter Coconut). Potem jednak jakoś wpadł Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts  i znów trochę się zniechęciłam do Vilgain. Dziś opisywany jednak miał mniej "w tym cukry", więc aż tak się nie bałam. Liczyłam, że nie będzie tak lejący, jak podlinkowany. Na zdjęciach producenta nie wyglądał, ale... w ogóle wyglądał nieco inaczej niż ten, który mi przysłano. Na stronie był dwukolorowy, z wyraźnym podziałem na warstwę ciemnobrązową na dole i niemal białą na górze. Mój był bardziej przemieszany, beżowy... A smakowo? Czy, jak obiecuje producent "tak pyszny, że trudno będzie go zamknąć po otwarciu"? 

Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate to krem orzechowo-kokosowo-czekoladowy z prażonych na sucho migdałów i orzechów nerkowca, rozdrobnionego kokosa i ciemnej czekolady.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach, w którym królował kokos, głównie wiórki kokosowe. Mieszał się z niemal maślaną słodyczą, poprzez którą weszły jakby prażone w miodzie migdały. Karmelizowane w miodzie? Wysoka słodycz poniekąd płynęła też z samego kokosa i orzechów... Tu nieśmiało przewinęły się nerkowce, łącząc się z wątkiem mleczno-maślanym, niemal słodziusim, uroczym. Krem wydawał się głównie kokosowo-migdałowo-mleczny. Czekolada zaznaczyła swoją obecność bardziej dopiero w trakcie jedzenia, po lekkim przemieszaniu, acz i wtedy nie była zbyt mocna. To słodko-czekoladowy, powiedziałabym, że mlecznoczekoladowy element.

Jak wspomniałam we wstępie, u mnie zawartość słoika wyglądała na o wiele bardziej przemieszaną, niż na stronie - w jasnobeżowej masie był jednak brązowy zakrętas.
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju - starałam się, by zlać wszystko, czyli odrobinkę więcej niż 4 łyżeczki, bo masa wyglądała na rzadkawą i ruchomą. Z racji oleiście półpłynnego wierzchu trudno było zlać wszystko. Aby nie jeść prawie samego oleju, tyle o ile przemieszałam. Nie jednak szczególnie dokładnie, gdyż chciałam mieć możliwość popróbowania poszczególnych części osobno. To dość skomplikowane, bo półpłynna, ciągnąca masa w zasadzie... sama się trochę mieszała, przy najmniejszym "dzióbnięciu łyżeczką". Nie potrzebowała ani kropli oleju, bo tłusto-oleista była nawet na dnie (którego nie mieszałam).
Już na oko widać w niej mnóstwo ogromnych wiórków, niemal kawałków kokosa. Ulokowały się głównie, acz nie tyko, w jasnej części.
Ogólnie masa była ciągnąca, średnio gęsta. Kierowała się ku stanowi półpłynnemu. Na pewno była miękka i tłusta w lepko-oleisty sposób. Wyglądała na zupełnie gładką oprócz wiórków (wiórów?) kokosa.
W trakcie jedzenia dała się poznać jako bardzo tłusta właśnie w oleisty sposób, acz nie brakowało jej sytości. Usta zaklejała i rozpływała się w tempie umiarkowanym. Wykazywała wtedy, oprócz oleistości, pewną... mleczno-czekoladową, jakby nieco gęstniejącą, aksamitną kremowość. 
Jaśniejsza część była nieco rzadsza i tłustsza w sposób oleiście-mleczny, nieśmiało sugerowała też leciutką pylistość. Ciemniejsza dała się poznać jako nieco bardziej zwarta, gęstsza i mazista jak tłusta czekolada.
W zasadzie całość rozpływała się maziście, a kokos szybko zaznaczał się na języku.
Gryzłam go głównie na koniec, gdy wszystko już zniknęło, ale zdarzyło mi się podgryzać go też w trakcie, gdy krem się rozpływał. Wiórki były to różne: i ogromne, niemal słupki, i normalne, i trochę przemielonych. Wszystkie prażone. Były chrupiące, w większości twardawo kruche. Gryzione i ciamkane dłużej serwowały jednak i pewną kokosową soczystość. Nie pozostawały długo w ustach, nie męczyły, a stanowiły przyjemne urozmaicenie, odwracające uwagę od nieco przesadnej tłustości.

W smaku nie uświadczyłam wyrazistego podziału, acz nie był on jednolity. Kolory przesiąkły sobą nawzajem, ale gdy trafiła się część mniej przemieszana, wiadomo, że dany kolor dominował i smakowo.

Ogólnie najpierw witała mnie słodycz. Wydawała się lekko karmelowa, wręcz miodowa. Urocza niczym jasny miód... wręcz miodzik, zmieszany z naturalną - i aż zaskakująco wysoką - słodyczą kokosa.

Po słodyczy to właśnie kokos zagrzmiał wyraźnie. Czułam słodziutką miazgę kokosową o jakby mlecznych zapędach, wiórki kokosowe z wpisaną w nie kokosową soczystością, rześkością i jakby mleczko kokosowe. Za kokosem raz po raz przemknęło czekoladowe echo.

Mleczko kokosowe o słodko-tłustym, specyficznym smaku wprowadziło motyw mleka bardziej konwencjonalnego, a ja wyobraziłam sobie mleczno-maślany krem kokosowy. Mógłby stanowić nadzienie jakiś dobrych pralinek. Maślaność wplotły orzechy nerkowca, ujawniające się jako one same delikatnie, z czasem. Mimo łagodnego charakteru, czuć je jednoznacznie. Po paru chwilach zrównały się z kokosem. Czekoladowość osadziły w maślanych realiach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do silnej, wyrazistej i słodkiej kokosowości dołączyła ogólna orzechowość, złożona z nerkowców i migdałów. Ewidentnie prażonych. Z racji słodyczy pomyślałam o migdałach karmelizowanych w miodzie. Migdały ośmieliły czekoladowość.

Ogólnie pobrzmiewała subtelnie, ale przy migdałach pokazała, co potrafi. Choć najpierw podporządkowywała się mlecznej toni, pod wpływem orzechowości zaserwowała palono-gorzki smak kakao, przełamującego nieco słodycz. Ta wydała mi się przy kakaowo-czekoladowej nucie bardziej palono-karmelowa, już nie urocza, a poważniejsza. 

Gdzie trafiłam na więcej nieprzemieszanego brązowego zakrętasa, oczywiście smakował mniej słodko, a bardziej gorzko kakaowo. Czekolada jednak nie wydawała się jednoznacznie ciemna... cały czas maślano-mleczne echo się jej trzymało. Migdały jednak zacnie podkreślały się wzajemnie z kakao. Brązowa część roztaczała więc ewidentnie orzechowość i kakaową czekoladę.

Potem, gdy trafiłam na ewidentnie jaśniejszą część, ta na zasadzie kontrastu wydawała mi się jeszcze bardziej uroczo słodka i mleczna, a także kokosowa. Kokos i nerkowce wyłaniały się lepiej właśnie w jaśniejszej części, kierując uwagę na bezkresną, słodziutką mleczność. Gdy tak jadłam raz jeden kolor, raz drugi, raz bardziej przemieszaną część, z czasem wyrazistość orzechów zatracała się w mleczności i słodyczy.

Wiórki gryzione w trakcie rozpływania się kremu napędzały kokosowość i słodycz, dodając jej jakby rześkości, ale to zostawione na koniec popisały się pełnią smaku. Były... słodkimi wiórkami, smakującymi sobą w 200%. Okazały się lekko podprażone, dzięki czemu jeszcze wzmocnione, a jednocześnie wciąż wręcz soczyste.

Po zjedzeniu został posmak wręcz słodziusi, niemal miodowy i wyraźnie kokosowy. Zarysował się na wyraziście mlecznym tle - też kokosowo mleczny, ale dodatkowo jakby konwencjonalnie. Ten motyw płynął z maślanych i też słodkich, lekko prażonych nerkowców. Do słodyczy dołożyły się też prażone migdały, acz one harmonijnie w całą tę słodycz wprowadziły cierpko-goryczkowate kakao. Orzechy pod koniec jakby osłabły z sił pod naporem nieco męczącej już słodyczy.

Całość była ciekawa i smaczna, choć nie bez wad; nie porywająca. Wyszła jak na mój gust nieco za słodka, mimo że nie zasładzała i cukrowością nie męczyła. Po prostu nie widzę sensu dosładzania kremu, który sam w sobie, naturalnie i tak jest bardzo słodki. Kokos i nerkowce z tłem z mleczka kokosowego jawiły się jako słodziuteńkie, kokosowo-pralinowe i złudnie miodowe. Poprzez tę miodowość spójnie zeszły się z nimi prażone, nieco charakterniejsze migdały. Przystały na słodki wydźwięk. Czekolada... była, ale nie zdecydowała się smakować ani wyraźnie mleczną, ani ciemną. Była niejasna, acz z przyjemnie zaznaczonym gorzkim kakao. Kolosalne wiórki także popisały się zacnym smakiem i chrupiącą strukturą. Struktura całości... właśnie nieszczególnie do mnie przemówiła. Krem był zbyt oleisty, prawie półpłynny, ale z elementem do ciągłego gryzienia. Wolałabym coś gęstszego, masywnego, a nie tak... jawnie, oleiście tłustego, ale to drobna wada. Mam mały problem, co myśleć o formie - takiej podzielonej, z zakrętasem. To w sumie aż samo się mieszało i... naturalne kremy, w których wydziela się olej i tak lepiej przemieszać, więc taka "podziałka" tylko trochę dezorientowała. Denerwowało mnie, że chcę spróbować wszystkich opcji, a jednak bardzo to trudne. I w zasadzie... to właśnie wszystko razem stworzyło ciekawą, złożoną kompozycję. To dość dziwna forma - w dodatku, gdy się dokładnie nie przemiesza, gdyby tak krem jeść do czegoś, w kilku podejściach, można bardzo różnie trafić. Nie przemawia do mnie zbytnio takie coś, ale że ja jadłam tak o sobie łyżeczką, ciekawostkowo było ok. Zostałam z mieszanymi uczuciami i jakoś właśnie ta forma nie pozwoliła mi wystawić 8.


ocena: 7,5/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy 61 % (blanszowane prażone migdały, prażone nerkowce), rozdrobniony kokos 18 %, cukier trzcinowy, miazga kakaowa 6 %, mleko kokosowe w proszku, sól himalajska

poniedziałek, 5 lutego 2024

(Chocomoco) Chocoyoco Chocolate Luxury Dark Chocolate 75 % Cocoa ciemna z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej

Polska marka o jakże polskiej nazwie Chocoyoco, szczyci się tym, iż od ponad 24 lat dostarcza na rynek ponoć jakościowe produkty czekoladowe (bo nie same tabliczki), w Polsce ma swoje linie produkcyjne, a w ogóle istnieje od 1918 - acz wtedy była piekarnią (pewnie o bardziej swojskiej nazwie). Nie wiem jednak, skąd we mnie tyle sceptycyzmu. Przeglądając ich ofertę uznałam, że pozują na wyższą półkę, a zaklasyfikowałam do Moser Roth, Goplany, Terravity itp. Może jednak ich tabliczka miała mnie zaskoczyć? Oczywiście komentarz co do nazwy ma u mnie wydźwięk przyjaznego prztyczka, bo nic nie mam do tego, jak się nazwali. A podoba mi się, że otwarcie chwalą się, iż korzystają z unijnych funduszy wsparcia przedsiębiorców i w ogóle to swoje wyroby do 24 krajów wysyłają. Proeuropejskie podejście już w moim odczuciu jest plusem. Oby tylko i same plusy znalazły się w smaku (a nie bym miała się za tę markę wstydzić).

Chocoyoco Chocolate Luxury Dark Chocolate 75 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej producenta Chocomoco.

Po otwarciu poczułam soczysty zapach galaretek wiśniowych w ciemnoczekoladowo-kakaowej polewie. Było ciężko słodko za sprawą białego cukru, przybierającego nieco kandyzowany wydźwięk. Owocowości też nie brakowało, choć nie ma tu mowy o kwasku. Do tego, obok, na równych prawach pojawił się mocno palony wątek. Nawet nieco za mocno, oddający skórkę raczej białego (pszennego acz razowego?) chleba oraz przypalone ciastka zbożowe. Takie, których przypalenie próbowano ukryć polewą kakaową. Ta zahaczyła o wątek ziemi, a w tle wychwyciłam jeszcze marcepan.

Tabliczka była krucho-skaliście twarda i tak też, skaliście, trzaskała przy łamaniu. Nawet gdy odgryzałam kawałek, łamała się ona bardziej, niż dawała ugryźć.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę opornie, potem już nieco łatwiej niczym zbite, chłodnawe masło. Była tłusta i kremowa, gładka, choć z lekko pylistym efektem ujawniającym się pod koniec. Lekko ściągała, wysuszała. 

W smaku pierwsza rozbłyska wysoka słodycz "cukrowej wiśni". Po chwili wyklarowała się soczysta galaretka wiśniowa, początkowo zupełnie pozbawiona kwasku. Może też kandyzowana wiśnia? Tę po chwili zagłuszyły cukrowo słodkie czekoladki z wiśniami w likierze.

Do słodyczy dołączyła gorzkość, także na całkiem wysokim poziomie, acz o spokojnym charakterze. Zaserwowała skórkę od chleba... Wypieczonego nieco za mocno, ale jeszcze nie spalonego. Pomyślałam o chlebie pszennym razowym, nieco charakterniejszym. Zaprosił piernik. Niezbyt wyrazisty czy szczególnie korzenny, ale za to z nutą marcepanu. A do tego suche pierniki typu Katarzynki. I piernik, i pierniki musiała pokrywać gorzka polewa kakaowa, zalatująca taniością.

Cukier w tym czasie rozkręcił się, odbiegając nieco od owocowości. Słodycz wydała mi się denerwująco odstająca. Silna, acz nie powalająco... Po prostu znacząca, ciężka.

Gorzkość bowiem mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa osłabła. Wkroczyła maślaność, mieszając się z delikatnymi, sucho-kartonowymi piernikami. Namiastka korzenności wcale uciekła, acz pewne rozgrzewanie zostało. Wydało mi się jednak bardziej likierowe niż korzenne.

Nasilił się smak galaretek owocowych. Wiśnie zrobiły trochę miejsca śliwkom, a te zawalczyły o sugestię kwasku. Mieszając się z palono-cukrowymi nutami, przełożyły się na myśl o słodyczach "kostkach domino" z galaretką i marcepanem. Wciąż myślałam o słodkościach pokrytych polewą kakaowo-czekoladową.

Soczystość owoców, choć niemal znikoma, wydobyła z oddali nieco ziemisty akcent. Pomyślałam o czarnej, wilgotnej ziemi. Z zapędami do lekkiej ostrości? Pokazała się całkiem wyraźnie, choć chlebowo-piernikowe nuty próbowały ją nieco tonować. 

Palona gorzkość pod wpływem owoców zawalczyła o siebie. Mignęła mi kawą... lub jakimś kawowym piernikiem? Wychwyciłam też migdały... może więc kawę migdałową? Czarną aromatyzowaną, podaną do ciastek zbożowych z migdałami albo na mące migdałowej. Na pewno nieco przypalonych i z polewą kakaową. Wraz z owocami na końcówce otarła się o drobną cierpkość.

Po zjedzeniu został posmak maślano-kakaowych suchych pierników z polewą kakaową, przepijanych kawą. Wyłonił się też delikatny, cierpkawy kwasek śliwek... śliwek wchodzących w cukrowo-galaretkowatą strefę oraz ciężko-soczyste echo czekoladek z wiśniami w likierze. Może nie czułam silnego przesłodzenia, ale słodycz końcowo wydała mi się muląco-ciężka, choć nawet nie tak bardzo mocna.

Czekolada wyszła po prostu w porządku, jako zadowalający przeciętniak, acz niewarty polecania. Taki, który można zjeść, jak już jest kupiony. Palono-przypalone nuty zafundowały trochę gorzkości, choć nie była to siekiera. Chleb, piernik i pierniki, kawa, odrobinka ziemi całkiem nieźle poradziły sobie ze słodyczą, acz ta i tak była taka... ciężka, należąca do białego cukru. Motyw taniej polewy kakaowej nie był zbyt nachalny, ale niestety obecny, tak jak i pewne maślane złagodzenie. Słodka, acz nie przesłodzona, całkiem w porządku.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 7,99 zł (+przesyłka; za 175 g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat naturalny

sobota, 3 lutego 2024

Zotter Bacon Spectacle / Sautanz Specktakel ciemna mleczna 60% z kremem malinowym z sokiem z czarnego bzu, krwią wieprzową i tymiankiem oraz nugatem z orzechów laskowych ze skwarkami i cynamonem

Ryzykowna, po Skyr • Rhubarb • Avocado, wydała mi się też czekolada dziś przedstawiana. Jadłam parę czekolad z mięsem i niektóre wyszły zaskakująco dobrze, acz jak myślałam o tej i o tym, że w jednym kremie znalazła się krew... Bo ja wiem? Choć wampiryczne motywy lubię, akurat krew w czekoladzie trochę mnie odrzucała (acz Zotter HimbeerBlut / RaspberryBlood z 2015 wspominam dobrze). Na stronie swoją czekoladę Zotter zachwala, że "u niego nic się nie marnuje", więc skoro w ofercie - nie na Polskę - ma też produkty mięsne, prowadzi w Austrii całą restaurację, to wiadomo, że działa też z wieprzowiną (i krwi mu nie brakuje).


Zotter Bacon Spectacle / Sautanz Specktakel to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana (30%) malinowym kremem z sokiem z czarnego bzu, krwią wieprzową i tymiankiem, z cienką warstwą czekolady białej oraz (30%) kremem / nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi bekonowymi skwarkami wieprzowymi i cynamonem.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim dziwnie prażono-palony wątek mięsa, mieszającego się z nieokreślonymi orzechami i czekoladą, jakby nieco mięsem onieśmieloną. Wyszła lekko gorzko i palono-karmelowo słodko. Spód tabliczki mocno pachniał wieprzowiną, skwarkami, jakby wieprzowym "jerky" i orzechami, migdałami. Czekolada dodała do tego maślaność i drewnianą nutę. Wierzch jawił się nieco bardziej słodko w pudrowo-malinowym kontekście, ale i od niego rozchodziła się wytrawność przypraw, w tym tymianku. Po przełamaniu nasiliła się malinowość, zrobiło się nieco bardziej soczyście, ale oprócz słodyczy - która wzrosła - wzrosła też wytrawność i echo jakby "buraczanego czarnego bzu". Słodka owocowość dziwnie zmieszała się z mięsną częścią - nie wyszło to szczególnie zachęcająco.

Tabliczka w dotyku wydała mi się twardo-masywna. Przy łamaniu potwierdziła się jej twardość, a gruba warstwa czekolady lekko chrupnęła. 
Czekało mnie zaskoczenie - na stronie nugat był na wierzchu, malinowe nadzienie na dole, a u mnie odwrotnie.
Krem na wierzchu wydawał się dość maziście-miękki i bardzo plastyczny, lepki. Nugat na dole cechowała masywność, gęstość i twardość. Wyglądał na raczej suchy. Warstwy przedzielała zaskakująco gruba warstwa czekolady białej.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo-maziście. Była bardzo maślano tłusta i spójna z nadzieniami.
Szybciej zaczynało rozpuszczać się bardziej miękkie, soczyste nadzienie górne - malinowe. Okazało się lekko jakby nieco zżelowane i maziście-gibkie, plastyczne, a także soczyste. Z racji tego zżelowania jednak wcale tak szybko nie znikało. Mimo gładkości, pod koniec zostawiało pudrowość. To nugat znikał minimalnie szybciej od tej części.
Ten był tłusty - zupełnie nie suchy - i zwarto-masywny, ale nie twardy. Wydał mi się maślany i nieco czekoladowo-gesty, ale łatwo, tłusto rzednący. Sporo w nim malutkich kawałków skwarek.
Warstwy czekolady białej między kremami chyba miały jedynie utrzymać podział na warstwy, ale wniosły sporo: tłustą, czekoladową kremowość oraz pylistość. Wpisały nadzienia w czekoladowe realia.
Kawałeczki i kawałki mięsa były w większości początkowo twardo-chrupiące z racji karmelizowania. Od nich ewidentnie rozpuszczał się cukier i sól w trakcie jedzenia. Gdy je gryzłam, niektóre miękły aż zaskakująco. Końcowo niektóre robiły się żujne i soczyście-tłuste. Możliwe, że wśród nich zaplątały się jakieś drobinki orzechów, bo po rozpuszczeniu się otoczki, drobnicy zostawało sporo.

W smaku czekolada przywitała mnie słodyczą palonego karmelu i również paloną, delikatną gorzkością. Wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa, a także niewątpliwie mleczna. Nadzienia podkreśliły w niej, bardziej niż mleko, maślaność. Niestety w dodatku sama trochę przesiąkła mięsną nutą jednej z warstw.

Poprzez mleczność i maślaność właśnie do głosu doszły nadzienia, prawie równocześnie. Mięsne echo wprawdzie błyskawicznie zaznaczyło swoją obecność, ale maliny nie pozostały bierne. Smaki płynęły jednocześnie - początkowo nugat przyciągał więcej uwagi, a malinowy krem pobrzmiewał, potem role się odwróciły.

Wyraźniej zagrał więc nugat z orzechów laskowych. Przedzierał się przede wszystkim mięsnym smakiem wieprzowiny - wydawał się płynąć z całej warstwy, nie tylko z kawałków skwarek. Odstawał od otoczenia, mimo że wkomponowany w orzechowość... Niestety niezbyt jednoznaczną. Warstwa ta zaprezentowała się z dość wytrawnej strony, jednak i nugatowej słodyczy jej nie brakowało. Niosła prażono-ciepłe nuty.
Z czasem cynamon i słodka korzenność z niego mieszały się z przyprawami z drugiej warstwy. Uzupełniały się, ale z czasem tak się wymieszały, że trudno było je ponazywać. Trochę podkreśliły jednak orzechowo-migdałowy wątek, któremu starała się pomóc czekolada. Orzechy laskowe jakoś się gubiły w mięsności, zwłaszcza, gdy na języku zaczęły wyraźnie zaznaczać się drobinki mięsa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się wyłoniło się też górne nadzienie - malinowe. Nie pchało się jednak na przód. Okazało się pudrowo-słodkie, może trochę mleczne jak malinowe lody. Maliny czuć w nim nieźle, ale po chwili też pewną cierpkość, goryczkę jakby mieszanki ciemnych owoców leśnych, czym podpięło się pod "ciemnawą" czekoladę. Mimo wysokiej i niemal cukierkowej słodyczy, wydało mi się też wytrawne.

Słodycz napędzała biała czekolada ze środka. Umocniła także nuty mleka i masła, a pudrowo-malinowemu kremowi podszepnęła śmietankowo-malinowy lukier.

Z czasem mięsno-laskowy nugat podkreślił w malinowym kremie wytrawność i wydało mi się trochę słodko buraczane, jako że zarysował się też czarny bez. Za malinami do słodyczy dokładającymi troszeczkę kwasku, poczułam metaliczność i przyprawy. Goryczkowato-ciepłe i wytrawne. Tymianek? Kminek? Metaliczność kontrastowo wyłaniała się ze słodyczy ogółu, która rosła szybko. Całość, oba kremy (ale chyba bardziej nugat), wydała mi się lekko pikantna

Wtedy podskakiwała cukrowo-palona, karmelowa słodycz. Pojawiały się też słone pstryczki. Przypieczętowały mięsny smak. Kawałki jawiły się jako nieco przypalone skwarki z boczku. Wieprzowina ta jeszcze podkreśliła metaliczność i wytrawność malinowej części.

Bliżej końca mięsny smak, niosący prażono-dymny wątek, wychodził przed wszystko inne. Podkreślił cierpką metaliczność warstwy malinowej, ale także... czekoladowość samej czekolady z wierzchu. Ta jawiła się jako jeszcze karmelowo słodsza i bardziej gorzka jednocześnie, ale wcale nie smacznie, a dziwnie. Kontrast z pudrowymi malinami i białą czekoladą wyszedł osobliwie.

Pozostałe na koniec skwarki smakowały właśnie skwarkami, a więc wyprażonymi na chrupko kawałkami tłustej wieprzowiny, boczkiem, skórkami. Były soczyście-tłuste, słone, a niektóre jakby poprzypalane na gorzko. Wielu trzymała się cukrowo-karmelowa słodycz.

Po zjedzeniu został posmak słonych skwarek i nieco zbyt silnej karmelowej słodyczy. Prażono-karmelizowany wątek mieszał się z wytrawnymi przyprawami i ogólną korzennością, a także motywem ciepło-prażonych orzechów. Czułam sporo masła i gorzkawą, maślano-mleczną czekoladę. Pudrowe maliny zyskały trochę kwasku, ale przemieszawszy się z bzem, kojarzyły się trochę z burakami.

Tabliczka już nie pachniała zachęcająco. Gruba warstwa czekolady, masywny nugat i maziste nadzienie malinowe pod względem struktury mi pasowały, za to grubą warstwę białej w środku uważam kompletnie za zbędną. Nie wniosła niczego pozytywnego do struktury, a smak psuła. Chyba... bo ogólnie za nic nie mogę nazwać go dobrym. Czekolada na wierzchu może byłaby w porządku, gdyby nie przesiąkła nadzieniami. Te psuły jej odbiór. Przygłuszone mięsnością malinowe wydało mi się nieprzyjemnie słodko-pudrowe i jednocześnie nieadekwatnie do owocowego kremu wytrawne. Bez i krew wniosły dziwaczne nuty kolejno: buraki i metaliczność. Laskowy nugat z mięsem zdominowały słone skwarki, że aż orzechowość się wystraszyła. Jego ciepły smak nie wyszedł nugatowo... to było jak maślano-mdława baza pod niesmaczne kawałki wieprzowiny.
Może i nie było to aż tak obrzydliwe jak Zotter CHOCOshot Vampirikum, ale to... nieprzyjemnie mięsna czekolada, zupełnie nie do porównania z wyważonymi i interesującymi np. Vosges (Mo's Dark 62 % czy Mo's Milk Bar). A jednak... nie mogę czekoladzie ze skwarkami obniżyć oceny za właśnie skwarkowość... Jedynie za nieprzemyślaną kompozycję, bo wiele elementów mi tu do siebie nie pasowało i ogół po prostu nie był smaczny.
Próbowałam doszukać się plusów, ale po niecałych 10 gramach nie udało mi się i resztę oddałam Mamie. Przy okazji ciekawostka: choć deklarowana waga czekolady na opakowaniu to 70g, moja ważyła 80g (czyli Mama dostała 70g).
Mama najpierw spróbowała troszeczkę w ciemno, nie wiedząc, z czym jest ta tabliczka: "niesmaczna, nie wiem, co tam w niej było, ale wszystko jakieś dziwne, że aż trudno ponazywać. Na koniec sól mi została". Gdy się dowiedziała: "Ta czekolada na wierzchu nie taka zła, ale też czymś zajeżdżała. Środek taki niedookreślony. Orzechów za nic nie mogłam wyczuć w tym nugacie. Trochę kwasku z tej owocowej części wyczułam, tak to słodycz, sól i skwarki na koniec. Mocno karmelizowane. Takie to wszystko namieszane, tak połączone, że nie wiem, po co to robić, to się nie mogło udać.". Tabliczkę zjadła w trzech podejściach i końcowo stwierdziła: "wcale w zasadzie nie taka niesmaczna, a po prostu taka, co można zjeść od niechcenia, by coś dojeść, bo już jest". Zgodziła się ze mną jednak, że tabliczka była tym, co obiecywał opis, ale zgodziłyśmy się w nierozumieniu, po co robić taką czekoladę. A to, że się na nią porwałam... no, Zotter swego czasu pokazał, że tabliczka z bekonem może wyjść ok choćby w przypadku Zotter Whisky & Bacon.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, masło kakaowe, orzechy laskowe (7%), mleko pełne w proszku, skwarki wieprzowe (3%), mleko, syrop cukru inwertowanego, mleko odtłuszczone w proszku, migdały, masło, suszone maliny (2%), krew wieprzowa (2%), syrop skrobiowy , ocet balsamiczny jabłkowy , koncentrat z czarnego bzu, emulgator: lecytyna sojowa, sól, cynamon, pełny cukier trzcinowy, słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), kminek, kardamon, anyż gwiazdkowaty, olejek tymiankowy

piątek, 2 lutego 2024

Alce Nero Cioccolato Extra Fondente con Fave di Cacao 80 % Cacao ciemna z Ameryki Środkowej z nibsami

Podczas zakupów z ojcem zdarza się, że przeoczę coś w składzie, czegoś nie doczytam itd. On wprowadza bowiem pewien chaos, nie lubi "długiego zastanawiania się nad składami". Tak było też z tą czekoladą. Wydała mi się bardzo podobna do Alce Nero Cioccolato Extra Fondente 75 % Cacao, którą wspominam całkiem miło. Trochę wyższa zawartość? Jeszcze lepiej! Niestety dopiero przy płaceniu odkryłam, że chyba to nie czysta czekolada, a z nibsami. Ojciec jednak szybciej podjął decyzję, że i tak bierzemy. Koniec końców włożyłam tabliczkę do komody i długo o niej nie myślałam. Z kolei gdy zaplanowałam jej degustację, znów wyleciał mi z głowy fakt, iż to czekolada z dodatkiem. Na dobre dotarło to do mnie dopiero, gdy chciałam przepisać skład i pomyśleć nad wstępem do recenzji, czyli na jakieś 2 dni przed otwarciem. Przemknęła nawet myśl, czy nie zmienić planów, ale jednak uznałam, że skoro nie łudzę się, że mnie chwyci, wolałam szybciej spróbować (w końcu niespodzianki się zdarzają, mimo wszystko) i mieć ją z głowy. Liczyłam, że bazowo będzie smaczna, a nibsy wyjdą nieprzeszkadzające.

Alce Nero Cioccolato Extra Fondente con Fave di Cacao 80 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 80 % (miazga + tłuszcz) kakao z Ameryki Łacińskiej / Środkowej z ziarnami kakaowa / nibsami.

Po otwarciu poczułam bardzo słaby zapach, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z kakao na mleku, postawionym obok mleczno-waniliowych krówek. Dołączyło do tego wyraźnie mleczne, mało gorzkie cappuccino oraz kwiaty. Kwiaty i drzewa w tonacji raczej suchej. Wyobraziłam sobie suszone jasne róże oraz nieco palone drewno. Podkreśliło je echo przypalonego chleba chyba pszennego, trochę dymu. W słodyczy zaś odnotowałam jeszcze jakby nieco pudrowy bananowo-mleczny shake / koktajl. W zapachu nibsy nie zdradziły swojej obecności.

Tabliczka była twarda i sucha w dotyku. Trzaskała głośno w sposób skalisty. Wykazywała kruchość z racji obecności nibsów. Oglądając spód można dostrzec, że zatopiono w tabliczce mnóstwo średniej wielkości kawałków kakao.
W ustach rozpływała się wolno, najpierw niezbyt chętnie. Była zbita i mazista, tłusta w mocno maślany, masywny sposób. Z czasem wyłaniały się z niej twarde nibsy. Porządnie się jej trzymały.
Rozgryzane na koniec okazały się krucho-chrupiące, dość twarde, w porywach (zwłaszcza gry porozgryzałam je na pył) minimalnie soczyste. Rzeczywiście było ich bardzo dużo, a czekolada chwilami wydawała się ich zlepkiem.

W smaku przywitało mnie waniliowe mleko i jasne kwiaty. Wyobraziłam sobie jasne róże: herbaciane świeże i suszone... różne. Herbaciane i białe. Może po chwili jednak z przewagą białych? Słodycz w zasadzie stała na pierwszym planie, jednak ogólnie nie była zbyt mocna.

Pojawiła się pieczona, palona nuta i lekka gorzkość. Przemknęły ciastka, a gorzkość wzrosła za sprawą dymu, powoli ujawniając skórzaną odzież, mleble. I zamsz? W tle kwiaty, zwłaszcza herbaciane róże, wciąż umacniały swoją pozycję, łagodząc tym samym gorzkość. Ta ogólnie trzymała się niskiego poziomu.

W oddali przewinęło się soczyste echo. Słodkie, niejednoznaczne, acz była w nim drobna cierpkość nasuwająca na myśl drobne śliwki i niedojrzałe banany.

Paloność umocniło drewno. Palone bardziej i mniej, ale takie jakby stateczne. Dołączył do niego lekko przypalony pszenny chleb i... pieczone orzechy? Gdy otoczyła je słodycz, wróciła myśl o jasnych ciastkach, chyba z orzechami włoskimi. Koniecznie popijanych czymś... Herbatą zaparzoną bardziej jakby z patyczków niż liści, bardziej drewnianą. Poczułam jeszcze kawę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość jeszcze zaczęła słabnąć, co wykorzystała słodycz, skupiając na sobie uwagę. Kawa i herbata zmieniły się w łagodne cappuccino, z dużą ilością mleka i posłodzonego wanilią. Więcej słodyczy z soczystością zaobfitowało w bananową krówkę. Krówkę mocno maślaną i maślanością jakby od środka dziwnie łagodzącą poszczególne nuty.

Poprzez bananowy wątek wemknęły się śliwki. Słodko-cierpkawe, miękkie i średnio soczyste drobne, owalne. Nie starały się jednak zawojować kompozycji - trzymały się na boku. Ogólnie gdy od połowy rozpływania się kęsa na język wylegało coraz więcej nibsów, nuty smakowe bazy zdawały się pierzchnąć na boki.

Krówki podkręciły łagodnie paloną nutę, dodając do niej więcej maślaności. Otarły się o karmel. Gdy zmieszało się to z wanilią, zrobiło się ciężko. Pieczono-ciastkowa nuta zaobfitowała w wizję ciastek z rodzynkami - też bardzo słodkimi, acz z soczystszym echem. Nierozgryzane nibsy dopowiadały palono-pieczone echo.

Z czasem owocowe sugestie zaczęły wydawać się podkreślane odroniną cytryny. Wciąż czułam też lekko cierpkawe śliwki, przy których z racji nut wypieków, wyobraziłam sobie tartę bananowo-śliwkową. Zmotywowało to jeszcze drzewa i skórę do działania. Na końcówce wyszły bardziej cierpko. Skórzana odzież, drewno nie przywróciły gorzkości, a jedynie lekką gorzkawość, mimo że próbowała im pomóc ziemia. Zmieniły się końcowo w kakao na mleku.

Właśnie o cappuccino i kakao na mleku myślałam, gdy zajęłam się już nibsami po zniknięciu czekolady. 
Kruszone kakao okazało się dość mocno palone, a zatem w pierwszym kontakcie gorzkie. Trochę kawowe? Na pewno lekko soczyście-cierpkie, niektóre wręcz taninowe.

Po zjedzeniu został posmak kakao na mleku ze słodyczą wanilii i karmelu oraz soczysta cierpkość. Trochę ziemista, trochę jak po zjedzeniu niezbyt niedojrzałego banana. 

Całość bazowo jawiła się jako w porządku, dobra dzięki sporej ilości pieczono-palonych, ale nie przesadnie, nut drewna, dymu oraz herbacie i skórze. Cappuccino czy kakao na mleku, krówki, ciastka i bananowe słodkości (shake, krówki) też były całkiem przyjemne, jednak niestety w tym wszystkim o wanilię było mi za słodko. To jednak i tak łagodnie gorzka kompozycja, która specjalnie mnie nie porwała, mimo że w miarę smakowała. Wyszła za maślana, łagodna. Nibsy do niej nie pasowały. Były wyraziste i dodane tak aby coś dodać. Ich ogromna ilość przełożyła się też na to, iż czekolada jawiła się głównie jako ich nośnik o spłyconym smaku. W zasadzie do zjedzenia od niechcenia, w jakiś gorszy dzień, acz ja zjadłam tylko pasek (1/6), bo męczyły mnie nibsy. To nie mój typ czekolady.
Resztę dałam Mamie, ale to raz, że nie jej bajka kompletnie, a dwa jako konkretna czekolada jej nie podeszła i ona oddała mojemu ojcu. Sama zjadła dwie kostki i opisała: "Czekolada jak czekolada, dziwnie trochę się zza tych nibsów rozpuszczała. Tak dziwnie jak na ciemną maślano-tłusto, w sumie łatwo, ale nieprzyjemnie. Nibsów za dużo napchali, że po dwóch kostkach już trochę język mi pocięły, jak czekoladę cmoktałam. One tam zupełnie niepotrzebne, bardziej przeszkadzały. Sama czekolada dla mnie w smaku nudna, nic w niej ciekawego nie czułam. Taka trochę gorzka i tyle. Bez sensu, by coś takiego jeść.".

Mleczna krówka, dym (ale jako tytoń, tabaka), herbaciane róże i palone drewno, orzechy kojarzyłam z Alce Nero Cioccolato Extra Fondente 75 % Cacao, która jednak była bardziej owocowa i dynamiczna. Miała większy charakter. Może dzisiaj przedstawianą tak smakowo rozbiły, osłabiły nibsy?


ocena: 6/10
kupiłam: Vital - strefa zdrowego życia (centrum Bonarka, Kraków)
cena: 24,99 zł
kaloryczność: 611 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa (57%), cukier trzcinowy (17%), tłuszcz kakaowy, rozdrobnione prażone ziarna kakao (10%), wanilia

czwartek, 1 lutego 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts

Po Vilgain Edible Cookie Dough Caramel Nuts & Chocolate Chips zaczęłam się bać, że Vilgain do swoich kremów dodaje kiepską czekoladę. Liczyłam jednak, że może inne linie, te o mniejszej gramaturze, są nieco bardziej dopracowane. Sweet Nuts to linia kremów orzechowych w słodkich wariantach - ostrożnie wybrałam takie, które raczej nie groziły przecukrzeniem, acz słodkie niewątpliwie były. Zwłaszcza ten - aż ryzykownie słodki, choć te kilkanaście gramów "w tym cukry" jeszcze powinno jakoś przejść. Na ten padło, bo po prostu czułam ostatnio niedosyt kremów z orzechów laskowych.

Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts to krem orzechowo-czekoladowy z prażonych na sucho orzechów laskowych i ciemnej czekolady.

Po otwarciu poczułam mocno prażony, słodki zapach kojarzący się z mocno, aż chyba nieco za mocno, wypieczonymi, twardymi ciastkami karmelowymi. Poprzez prażoność mieszały się z nimi orzechy laskowe. Mimo że wyraziste, trzymały się miejsca za karmelowymi ciastkami, a swoją maślaną nutą wprowadziły nieśmiałą czekoladę. Wydała mi się niedookreślona, czy jest "ciemnawa" (bo nie ciemna), czy mleczna. W orzechach, mimo ciepło-prażonego klimatu, próbowały się przedrzeć jakby pojedyncze świeższe, bardziej surowe sztuki.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju - zlałam trochę więcej niż 2 łyżeczki. Było to dość trudne, jako że krem na wierzchu okazał się dość lejący. Przez to trochę oleju i tak musiałam wymieszać. To już było łatwe, acz krem nie potrzebował w zasadzie ani kropli. Był bowiem rzadkawo-lejący, niemal półpłynny. Wyglądał wręcz trochę kisielowato i już na oko idealnie gładki. Jedynie na samym dnie i ściankach przedstawił się z nieco mniej płynnej strony. 
W ustach rozpływał się w średnio-szybkawym tempie. Dał się poznać jako maziście-kleisty i oleiście tłusty. Był gładki i jakby aksamitnie miękki. Rzedł, wykazując drobną kremowość czekolady, ale nie wydał mi się pełny czy syty. Taki jakby... rozrzedzony, nawet nieco wodnisty. Trochę dziwny, jak orzechowy kisiel? Zmieniał się w lepko-oleistą zawiesinę, która nieprzyjemnie tłusto i lepko przytykała.

W smaku jako pierwsze pojawiły się bardzo mocno wypieczone ciastka. Poczułam się, jakbym miała w ustach twarde, masywne ciastka karmelowe. Może karmelowo-korzenne? Były bardzo słodkie w palony sposób.

Poprzez palono-prażony wątek wkroczyły orzechy laskowe. Ewidentnie prażone, acz w obliczu palono karmelowej, ciastkowej słodyczy wydały mi się prażone średnio, przeciętnie. Przebiły się przez karmelowe ciastka trochę z trudem, ale w końcu udało im się wkroczyć na pierwszy plan.

Orzechy przemieszały się ze słodyczą, nieco hamując jej zapędy, Pojawiła się drobna świeżość sugerująca, że w mieszaninie orzechów podprażonych mogły trafić się i jakieś świeżo-surowe (acz obstawiam, że to cukier kokosowy wywołał to wrażenie). Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam subtelną gorzkość. Przypisałabym ją orzechom laskowym...

...głównie, ale nie tylko. Laskowce zaserwowały sporo maślaności, poprzez którą dołączyła czekolada. Niezbyt wyrazista, ale całkiem nieźle wyczuwalna. Była delikatna, bardzo maślana i z kakao jedynie zaznaczonym, bez większej gorzkości. Czekoladowość jedynie ją sugerowała, przeplatając ją w dodatku tanią nutą.

Wyobraziłam sobie karmelowe, wręcz melasowo słodkie ciastka oblane polewą czekoladowo-kakaową charakterze. Słodycz otarła się o lekkie drapanie, przekraczając poziom przyzwoitości. Na końcówce orzechy laskowe jakby nieco opadły z sił. Wydawało się, że prażono-maślane, naturalnie słodkie trochę wystraszyły się dosadności słodyczy.

Przynajmniej w posmaku ostały się głównie orzechy laskowe, dominując. Pomyślałam o słodkich, średnio podprażonych orzechach, raczej bez skórek. Takich, gdzie skórki jedynie się trafiają. Trzymała się ich karmelowa, wręcz melasowa i drapiąca słodycz oraz echo niedookreślonej, kiepskiej czekolady.

Krem bardzo mnie rozczarował. Przede wszystkim konsystencją i wydźwiękiem słodyczy. Brakowało mi w tym kremie... właśnie masywnej, pełnej orzechowej kremowości. Rzadkawa masa bez miazgowego efektu nie satysfakcjonowała jako krem do łyżeczkowania. Słodycz z kolei nie była straszliwie wysoka, ale miała imperatywny charakter - obstawiam cukier kokosowy, który poszedł tu w melasę i karmelowe ciastka. Zepchnęły na bok czekoladę, która zalatywała taniością i była jakaś niedookreślona. Na mój gust krem trochę przesłodzili. Orzechy laskowe czuć dobrze, ale też nie zaprezentowały się tak, jak mogłyby.

Wiedząc, że Mama ma już dość wykańczania po mnie co gorszych kremów, naprawdę chciałam go zjeść, ale zmęczył mnie i ok. 1/4 już nie dałam rady - ta końcówka trafiła do Mamy.
Spróbowała i samego, i na kruchych maślanych ciastkach z Kauflandu: "Sam ten krem jest ciekawy, słodki, laskowość to w nim tak się przewinęła sporadycznie. Z ciastkami wyszedł przepysznie! To połączenie kojarzyło mi się jak taka idealna wersja Hitów, a więc ciastek z kremem czekoladowym. Nie był ciemnoczekoladowy, ale taki nieokreślony. W pierwszej chwili przywodził na myśl lepszą Nutellę, ale potem rozchodziła się jego słodycz. Jaki ona miała niecodzienny, ciekawy charakter! Z taką goryczką jakby wpisaną; jakby taki mocno palony, aż gorzkawy karmel. Konsystencja do ciastek niby w porządku, ale bardziej gęsta, kremowa byłaby idealna.".


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 647 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 76 %, cukier kokosowy, miazga kakaowa 6 %, tłuszcz kakaowy