niedziela, 9 sierpnia 2020

Milka Mmmax Strawberry Cheesecake mleczna z nadzieniem o smaku sernika, herbatnikiem i nadzieniem truskawkowym

Nie ukrywam, że nie przepadam za Milką, ale nie wypieram się, że parę bardzo mi smakowało. Dużych sama sobie jednak za nic bym nie kupiła, choćbym nie wiem, jak pyszne miały być. Mam jednak to szczęście, że Mama wręcz kocha plebejskie, przeraźliwie słodkie słodycze, a jej ulubiona forma to ciastka i batony. Dobrze się więc złożyło, że większość dużych tablic popularnych marek takie właśnie przypomina - znalazły się w kręgu zainteresowań Mamy. Mogłam więc zgarnąć sobie porcję, jaka mi odpowiadała, nie wydając ani grosza! Cudnie. Nie wszystkie jednak nas ciekawiły. Ta na ten przykład o dziwo ciekawiła mnie nieco bardziej niż Mamę, bo ona bała się kwasku. Ja z kolei mam całkiem niezłe doświadczenie z sernikowymi czekoladami. Nie mówię już nawet o przepysznym Zotterze Cheese-Walnut-Grapes, czy niemieckich dawnych limitkach Lindta mit Liebe gemacht: Kasekuchen-Mandarine i Quark-Kirsch, ale też o Wedlu Cookie o smaku Cheesecake. Ok, gdy chodziło konkretnie o serniki truskawkowe (Lindt Hello... oraz First Nice), było już gorzej, a tej zdecydowanie bliżej do nich, ale... Nie skreślałam jej. Sernik zawsze bowiem był jednym z ciast, które lubiłam (mimo nieciastowej natury). Może nie owocowy, ale co tam.


Milka Mmmax Strawberry Cheesecake to mleczna czekolada z kremem o smaku sernika (35%,) herbatnikami (13%) i nadzieniem / żelem truskawkowym (11%).

Po otwarciu poczułam intensywny zapach przecukrzonego do granic możliwości sernika... serniczka, serniczusia. To niemal serkowy, twarożkowy sernik z czystym cukrem, wzbogacony o uroczo-słodziaśny motyw. W oddali dowąchałam się też sugestii homogenizowanego serka truskawkowego, zwłaszcza po przełamaniu, kiedy to też pojawiła się nutka ciasteczkowo-biszkopcikowa. Wszystko to było urocze, jak tylko można sobie wyobrazić.

Przy łamaniu tablica wydawała się konkretna i miękkawa zarazem. Wydawało się, że lada moment zacznie rozpuszczać się w dłoniach, wginać, ale... Słychać, jak się łamała. Sama czekolada leciuteńko pykała - to ciastko wydawało chrupnięcia. Krem, otaczający herbatnik z dwóch stron, wyglądał na dość zwarty, ale to tylko pozór.
Samo ciastko za to też takie zwarte nie było, bo łamało się idealnie po liniach, krusząc się bardzo. Twardości i konkretu jednak na pewno dodało.
Truskawkowy żel mieścił się na wierzchu, po środku każdej kostki, nieco się ciągnął i lepił. Nie było go zbyt wiele.
W ustach czekolada szybko miękła, rozpływając się z ochotą. Cechowała ją tłustość i gęstość.
Krem okazał się jeszcze tłustszy, ale w kontekście strasznie oleiście-śmietankowym. Był mięciuteńki i mazisty. Mieszał się jednak spójnie z szybko mięknącą i zalepiającą czekoladą.
Warstwy te zalepiały wspólnie.
Sos truskawkowy też zalepiał, ale znikał szybciej z racji tego, że mimo że jak na żelo-sos był gęsty, to jednak rzadszy od pozostałych warstw. Wydał mi się "przyjazny" (bez pestek, scukrzenia czy czegoś tego typu), choć mało soczysty, a gładki w sposób nie owocowy, a bardziej po prostu żelowy.
Ciastko z kolei to konkretny twór dość tłusty i dobrze wypieczony, chrupki i pełny.
W porę gryzione chrupało, pozostawione samo sobie, rozpływało się na gęstą, tłustą masę ciasteczkową z ciastkowymi płatami (?), więc w zasadzie i na koniec było, co chrupnąć. Przez proporcje zrównał się z resztą, uważam więc, że był za gruby (bo to jednak nie ciastko miało być główną atrakcją).
Przez układ warstw, dość spore znaczenie miało, jak umieściło się kawałek w ustach. Wolałam do góry spodem, a najlepiej w ogóle bokiem kęsa, bo wtedy ciastko miało więcej czasu, by się rozpłynąć, a żel szybciej wkraczał w smaku.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, przy czym miało to specyficzny, uroczy posmak. Co więcej, nasiąkła motywem słodkiego ciasta.

To był sernik serkowo-serusiowy, bardzo słodki, cukrowy, ale wyraźnie śmietankowo-sernikowy. Trochę zaleciał mi margaryną.
Na próżno szukać w nim kwasku nabiału, zaraz za to wzrosła mleczność, a jednocześnie... cukrowa słodycz. Drapała w gardle.
Biały krem okazał się więc przede wszystkim słodki, ale autentycznie sernikowo-serkowy, ciastowy. Niestety, z czasem zaczął się wydawać również margarynowy i tłuszczowo-mdławy. Trochę, ale jednak.

Co więcej, był to konkretnie sernik na ciasteczkowo-biszkoptowym spodzie. Słodki biszkopcik również w tym kremie czułam. Skojarzenie to podkreśliło ciastko, które odzywało się niepytane niegryzione. Zrównało się ze smakiem pozostałych warstw, odciągało czasami uwagę od smaku truskawkowego sernika / serka.

W tym czasie dawało o sobie znać także nadzienie truskawkowe. Prezentowało słodziuteńką, dżemikową truskawkę, przy czym był to smak delikatny, nienapastliwy. Z jednej strony wplatało też kwasek, podpinający się pod biały krem. Podkreśliło więc skojarzenie z sernikiem. W całości jednak ten kwasek wydawał się niemal iluzoryczny (na pewno za to czułam go, gdy wydobyłam trochę żelu osobno). Żel smakował zaskakująco naturalną truskawką, ale jego słodycz i tak była przesadzona.

Ciastko w odniesieniu do tego wszystkiego wyszło mało słodko, ale także ono do słodyczy się dołożyło. Znacznie wyraźniej jednak czułam w nim porządne wypieczenie i smak maślano-margarynowych ciastek średniej jakości, które udawały biszkopty. Albo biszkopty, które wyszły jak ciastka maślane? Raz czy drugi nawet trochę słonawo zaleciało.

Wszystko łącząc się autentycznie odlegle przypominało sernik serniczek z maślanym ciastkiem i nutką truskawek. Czekolada cały czas również była obecna, nadając jeszcze bardziej dziecięcy kontekst.

Po zjedzeniu zostało zacukrzenie totalne (cukrowy pożar w gardle właściwie już po dwóch kostkach), ale też posmak mleka, śmietankowego serka i ciastka. Czułam sztuczność, bliżej nieokreśloną... ciastkowo-ciastową? Na pewno nie truskawkową, owoce wcale jakoś się rozmyły.

Zdziwiłam się, że całkiem-całkiem mi to smakowało, ale... po dwóch-trzech kostkach mogłabym skończyć. Zjadłam pasek, bo tyle przygotowałam na pierwsze podejście, ale... nie miałam ochoty na kolejne. Mimo to, zrobiłam je - wtedy nie podołałam już takiemu paskowi, bo takie zacukrzenie szybko mnie męczy / nudzi. Patrząc na cenę, formę i efekt, jakoś bardziej mi się to podoba niż Lindt.
Problemem tej tabliczki jest mordercza słodycz, a przez to mdły, nijaki smak. Cukier przykrył wszystko. Słodki krem... leciutko sernikowy. Słodki żel... leciutko truskawkowy. Ciastko jak ciastko, może być. Jeśli miało neutralizować słodycz... słabo mu szło. Może miało osłabić smaki? To poszło mu już lepiej. Najpiękniejszy to był zapach. Chciałabym, by czekolada smakowała, jak pachniała.
Planowana połowa (z nadwyżką) Mamy wróciła do niej, ja zaś ze swojej części dwa paski wysłałam Oldze z livingonmyown (zapraszam także na jej recenzję). Mama uwielbia serniki, ale słodycze sernikowe już mniej, więc jej entuzjazm ogromny nie był. Stwierdziła jednak, że czekolada smaczna, ale - nawet ona to powiedziała! - za słodka. Jedząc ją na przestrzeni dwóch-trzech dni, zmieniła nieco zdanie, dodając: "jednak coś w niej jest", "taka... ciekawa".


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Tesco
cena: jak wyżej (ale chyba 11 zł zapłaciła za 300g)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, koncentrat truskawkowy (1,5%), śmietankowy ser w proszku (1%), substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), lecytyny sojowe, koncentrat soku cytrynowego, odtłuszczony jogurt w proszku, pasta z orzechów laskowych, koncentrat soku z czarnej porzeczki, aromaty, sól, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu)

sobota, 8 sierpnia 2020

Zotter White Rum / Coconut / Pineapple ciemna kokosowa z nadzieniem ananasowo-kokosowym na bazie mleczka kokosowego i białej czekolady ananasowej z kawałkami ananasa, wiórkami kokosowymi i cytryną oraz rumowym kremem czekoladowym z warstwami czekolad: białej i mlecznej

Świetnie pamiętam swój jedyny większy zarzut odnośnie Zotter Pina Colada - za mało kakao w czekoladowym kremie mi było, ogólnie wolałabym więcej czekoladowości. Tabliczka jednak bardzo mi smakowała. Bardzo ucieszyła mnie więc zmiana, jaką wprowadzono. Gdy tylko zobaczyłam ciemniejszy, niebiały wierzch, zapragnęłam jej. Wprawdzie zwiększenie ilości cienkich warstewek (z jednej do dwóch różnych) nie podobało mi się, ale trudno.


Zotter White Rum / Coconut / Pineapple to ciemna kokosowa czekolada nadziewana ananasowo-kokosowym kremem (40%) na bazie mleczka kokosowego, czekolady białej ananasowej z kawałkami ananasa, wiórków kokosowych i cytryną oraz rumowym kremem (20%) na bazie ciemnej i mlecznej czekolady z wanilią oraz z cienkimi warstwami czekolad: białej kokosowej na górze oraz mlecznej na dole.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam intensywną czekoladowo-ananasową mieszankę. Zbliżając się do wierzchu poczułam wyrazistą czekoladowość, której charakter podkreślił mocny, słodko-goryczkowaty rum. Czekoladowość była tu właśnie taka mocniejsza, choć... także znacząco kokosowa i waniliowo słodka. Wierz pachniał wyrazistym i soczystym ananasem. Owoc ten był słodki, rześki i egzotyczny. Po przełamaniu wszystko to nieco się przemieszało, a mleczko kokosowe wykorzystało okazję i wstrzeliło się.

Przy łamaniu tabliczkę odebrałam jako dość delikatną. Gruba warstwa czekolady wprawdzie była dość twarda, ale kremy już wyglądały na soczyste i maziste. Okazały się miękkie i wilgotne.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie. Gęstawa i początkowo oporna, potem rozpuszczała się nieco wodniście.
Warstwy czekolad pod, zarówno białą kokosową, jak i mleczną, wyszły w zasadzie integralnie z nią. (Nawet przy pomocy noża oddzielenie było prawie niemożliwe z racji cienkości - dosłownie zwijały się w czekoladową opiłkę). Biała była może oporniejsza i suchsza, mleczna zaś kremowo-tłustsza.
Nadzienie kokosowo-ananasowe cechowała tłustość mleczka kokosowego, gęstawość i wysoka soczystość. Rozpuszczało się, ujawniało lekką proszkowość, trochę zalepiało smugami i odsłaniało drobne, chrzęszczące kawałki (może włókna?) ananasa (nakręcające soczystość) oraz kawałki wiórków kokosowych. Te, chwilowo wręcz chrupkie, z ochotą upuszczały lekko soczystą tłustawość, po czym rzęziły. Wyszły raczej chrzęszcząco-miękko, ale nie memłały się (tak je podrobiono, że nawet przez myśl mi nie przeszło, by mogły przeszkadzać). Jedne od drugich właściwie były nie do odróżnienia (w ciemno nie wiem, czy powiedziałabym, że dodano też ananasa, czy po prostu czuję go z całego kremu.).
Krem czekoladowy również był raczej gęstawy niż gęsty; dość miękko-mazisty, ale już bardziej zwarty. Jego tłustość była konkretniejsza, idealnie gładka i bardziej czekoladowa, choć nie ciężka, a trochę śmietankowa.
Nadzienia znikały mniej więcej równocześnie (białe szybciej, ale zostawały z niego dodatki), mieszając się ze sobą. Świetnie się komponowały, uzupełniały i przełamywały. Dodatków w części kokosowo-ananasowej było dużo, jednak całościowo nie czułam się nimi zmęczona - dzięki drugiemu kremowi. Całość rozpuszczała się z ochotą, dość szybko.

W smaku czekolada okazała się słodka, nawet trochę za bardzo. Wydała mi się dość orzechowa, leciutko tylko goryczkowata, a bardziej neutralna. Był w niej posmak wanilii i mleczka kokosowego. Czekoladowość trochę podkreślała warstewka mlecznej. Kokosowa biała jeszcze podkręciła kokosa, ale dodała tez dziwną nutkę (kwasku i kartonowości?).

Na szczęście kokosowy motyw nadzienia, wyniesiony na mocno słodkiej i mlecznej fali, był żywszy. Już przegryzając się przez całość poczułam wyraźny smak mleczka kokosowego. Znalazło się na pierwszym planie, po czym nieco przesunęło się na bok. Szybko swoją obecność zgłosił również rum i ananas. Przez słodycz i kokosowo-roślinną mleczność najpierw lekko pudrowy, ale za sprawą kwasku cytryny, zaraz przybrał na soczystości. Egzotyka wybuchła niczym bomba, rozlewając się po całych ustach. Owoc wydawał się niemal świeży i zacnie słodki.

Silna słodycz już w połowie rozpływania się kęsa skumulowała się jako mniej owocowy motyw. Od razu czuć, że słodkiego rumu nie żałowano. Orzechowość czekolady została podkreślona goryczką, kakao na moment wzrosło, a moje gardło rozgrzał alkohol. Wraz ze słodyczą aż drapał przy niektórych kęsach. Wyraźnie poczułam rum, podkreślający czekoladowość i kokosa o orzechowym wydźwięku. Przez moment rum dominował, ale zaraz jakby wsiąkł w owocową soczystość i ogólną mleczność (nie tylko kokosową).

Gdy dodatki wyłaniały się z kremu, soczystość owoców zdecydowanie wyeksponowała kwaśniejsze. Cytryna i ananas podpięły się pod rum i mleczko kokosowe, co pasowało ale chwilami dodawało "echo dziwności". Cytryna wydawała mi się jakaś karykaturalna.

Wysysane wiórki wprawdzie i tego popularniejszego, wiórkowego kokosa wprowadzały, ale zza słodyczy i rumu wciąż w dużej mierze to mleczko pobrzmiewało.

Bliżej końca na pierwszy plan wyszła alkoholowość, kwasek cytryny i ananasa oraz słodycz ogólna, zbyt namieszana jak na mój gust. Wszystko to wciąż rysowało się na mleczku kokosowym.

Mimo to, w posmaku została przyjemna kakałkowa czekoladowość, orzechowość trochę rozmyta na wiele elementów i soczysty ananas. Mleczko i kokos w tym momencie znaczenie utraciły wpływy.

Całość wyszła bardzo smacznie. Była mocno czekoladowo-kakałkowa, choć z mocnym udziałem mleczkiem kokosowym. Ananas nie wyszedł napastliwie, ale podkreślił cudownie egzotyczny klimat. Rum, mimo że silny, nie zabił poszczególnych smaków. Słodycz jednak była bardzo silna i właśnie już na granicy tych smaków zabicia. Na brak kwasku jednak nie narzekam. Mimo że nie był za silny, myślę, że bez cytryny by się obyło (bo niezbyt pasowała).
Ta wersja jest więc bardziej czekoladowa, bardziej mleczkowo-kokosowa, ale i dziwnie słodko-kwaśniejsza. Mimo jednak tych kontrastów, znalazły się elementy tak to wygładzające (ananas, kokos, chyba też wbrew pozorom głównie alkohol - tłumiący skrajności), że wszystko w zasadzie grało.


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wiórki kokosowe, syrop ryżowy, mleko, ryżowy napój w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), rum, suszony ananas, pełne mleko w proszku, mleczko kokosowe (kokos, woda, substancja zagęszczająca: guma guar), odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat ananasowy, sproszkowany kokos (mleczko kokosowe, maltodekstryna), koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, lecytyna słonecznikowa

piątek, 7 sierpnia 2020

batony 3Bit klasyczny, 3Bit orzech laskowy

Kiedy częściej jadałam zwykłe batony, czyli jakieś dobre kilkanaście lat temu i w dzieciństwie, decydowałam się na te nie zabójczo słodko-lepiące. Swego czasu często sięgałam po 3Bity, zamiennie z Twixami. Jakoś odpowiadała mi taka forma z herbatnikiem, choć nie były to numery jeden. Nigdy jednak (kiedy słodycze tego typu jeszcze mnie interesowały, a więc jeszcze w poprzednim miejscu zamieszkania) nie widziałam w sklepach orzechowego, więc gdy zobaczyłam jakiś czas temu* z Mamą postanowiłyśmy sprawdzić, jak w zasadzie smakuje. Najpierw jednak chciałyśmy wrócić do klasyka.
Byłam trochę niepewna, już samo nowe opakowanie ani trochę do mnie nie przemawiało, bo wolałam to sprzed zmian, ale trudno. Bez bicia przyznam się, że pierwotnie uznałam, iż recenzja do publikacji nie pójdzie - tak się na klasyka wkurzyłam. Recenzję za to sobie wydrukowałam. Potem pożałowałam tego, ale... jedyne zdjęcia, jakimi dysponowałam to byłyby ewentualnie takie zeskanowane. Jakoś nie miałam serca zostawić recenzji "gdzieś indziej". I... tak mnie irytowało, że spróbowałam batony, które w pewien sposób jakiś wpływ na moje postrzeganie słodyczy wywarły, bez echa na blogu, że po długim okresie czasu (*jadłam je i napisałam tę recenzję w, uwaga, lutym 2017!) namówiłam Mamę na ponowny zakup. Tylko w celu zdjęć, całość więc musiała kończyć ona. Pisząc ten wstęp jednak cały czas parskałam z rozmowy, jaka się przy tym nawiązała:
Mama: -No skończyłaś, mogę już...?
ja: -Proszę, weź jeszcze ugryź i daj mi na chwilę.
M: -Ale po co?
ja: -No do zdjęcia!
M: -Chcesz taki gryziony? Ugryźć mam...? Ale to, co ugryzę mogę już zjeść, tak?

3Bit klasyczny to baton w czekoladzie mlecznej (46%) z nadzieniem mlecznym (39%) i herbatnikiem, od Mondelez.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim cukrową słodycz, mającą jakiś tam urok, podkręcony silną mlecznością i zalatujący waniliną. Zakrawało o ulepek tak słodki, że aż mdląco-nijaki.

Tłusty w dotyku baton nie zachwycał jakością. Wydawało mi się, że lada moment zacznie rozpuszczać się w dłoniach. Miękkie to i jakieś kruche, mimo że herbatnik cechowała świeża twardość.
W ustach czekolada szybko miękła i zalepiała w bardzo tłusty i lekko proszkowy sposób. Podobne cechy miał krem. Ten jednak był jeszcze bardziej miękki, wręcz tłusto-plastyczny i jeszcze bardziej proszkowy, a przy tym okropnie oleiście-margarynowy.
Herbatnik był również lekko margarynowy, a jednocześnie jakby sucho rozpadający się. Albo lekko chrupał, albo rozpływał się, to zależy, czy się szybciej gryzło, czy pozwalało mu się na dłuższy pobyt w ustach. Dodawał konkretu, to pewne.
Temu wszystkiemu jednak jakoś brakowało spójności.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem, cukrem i mlekiem, w czym doszukałam się mleka w proszku i kiepskiego posmaku. Jakiś aromat mieszał się wprawdzie z dziecięcym urokiem, ale sprawiała wrażenie cukrowo-taniej i tyle.
Biały krem nie zaprezentował niczego lepszego. Wydawał mi się jeszcze słodszy w cukrowo-nijaki sposób, że aż trudno coś o nim powiedzieć. Z czasem roztaczał lekko mlecznawo-tłuszczowy posmak. Podkreślił chyba trochę dziecięcy wydźwięk całości, ale i tak było to dość... żadne.
Żadnym smakowo nazwałabym również herbatnik. Jasny, ale dość mocno wypieczony, odznaczał się słodyczą i nijakością taniego herbatnika. Ot...
Szybko zasładzało to, drapiąc w gardle, i nudząc jeszcze szybciej, że po kęsie nie miałam ochoty na ani trochę więcej.
Całość wyszła do bólu nijako, nudno. Tak, jakby bezsensownie: kiepska czekolada, nijaki krem i nijakie ciastko. Bez charakteru, a zacukrzające i jakieś takie... tanie, nudne.


ocena: 3/10
kupiłam: Mama
cena: jak wyżej
kaloryczność: 547 kcal / 100 g; baton 46g - 252 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku (7% w nadzieniu), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, permeat serwatkowy, tłuszcz mleczny, emulgatory: E442, lecytyna sojowa, E481, lecytyna słonecznikowa; pełne mleko w proszku, aromaty, sól, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu

--------------

3Bit orzechowy / orzech laskowy to baton w czekoladzie mlecznej (46%) z nadzieniem o smaku orzechowym (39%) i herbatnikiem, od Mondelez.

Po otwarciu poczułam straszliwie cukrową słodycz, mieszającą się ze sztucznymi orzechami laskowymi. Mimo ulepkowatego charakteru, nie było to nieprzyjemne, chemia nie wydała się napastliwa.

Pod względem formy i struktury nie różnił się od klasyka.

O ile przy czekoladzie aż mnie zamurowało od ilości cukru, czemu nie pomógł nawet ogrom mleka, krem orzechowy bardzo szybko się spod niej przebijał.
Nadał jej innego, choć również dziecięcego uroku. Ten tu kojarzył się jakoś tak "zimowo-świątecznie".
Nadzienie nie odstępowało czekoladzie poziomem przesadzonej, cukrowej słodyczy. Również czułam w nim mlecznawość i tłuszczowość, oleistość, ale wszystko to zabarwione sztucznym orzechem laskowym. Był wyczuwalny, słodko-uroczy i nienapastliwy. Nadał całości jakiegoś wyrazu. Mimo że był chemiczny, wyszedł pozytywnie. Może od ogromu cukru moje kubki smakowe zaczęły wariować, ale doszukałam się tu jakiejś leciuteńkiej goryczki (albo "taniości"?).
Tanio i sztucznawo smakował na pewno mocno wypieczony herbatnik. Z orzechowym kremem jakoś jednak mniej przeszkadzał niż z nijakim mlecznym w klasyku.

Z zaskoczeniem uznałam, że sztuczny orzechowy był nawet w porządku.
Jak widać, lepszy smak sztucznego orzecha (dziwnie uroczo sztucznego) niż smak żadnej taniochy.
Podobnie zaskoczyły mnie KitKaty: klasyczne i orzechowy.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama
cena: jak wyżej
kaloryczność: 549 kcal / 100 g; baton 46g - 253 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, permeat serwatkowy, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych 0,7%, emulgatory: E442, lecytyna sojowa, E481, lecytyna słonecznikowa, pełne mleko w proszku, aromaty, sól, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu

czwartek, 6 sierpnia 2020

MIA 65 % Madagascar Hemp & Almond ciemna z Madagaskaru z nasionami konopi i migdałami

Przy turronie jogurtowo-truskawkowym (mimo że nie zawierał migdałów), do głowy przyszło mi połączenie jogurtu i migdałów właśnie. W ogóle jakoś czułam niedosyt prawdziwie dobrych i satysfakcjonujących rzeczy z migdałami. Z pomocą przyszła mi więc dzisiaj prezentowana tabliczka, kolejna tej uwielbianej przeze mnie marki z dodatkiem, na jaką się zdecydowałam. Gdy pomyślałam o kefirowo-jogurtowych nutach Madagaskaru i migdałach - hm, dlaczego nie? Sęk w tym, że drugi dodatek budził we mnie lekką niepewność. Żadna z czekolad z konopiami, jakie jadłam, mnie nie zachwyciła. I nawet nie umiałam sobie wyobrazić, jak to wszystko połączy się z typową dla Madagaskaru nutą cytrusów... Ot, tabliczka-zagadka. Obstawiałam jednak, że nie rozkocha mnie w sobie, jak czyste. Tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, iż będzie z posypką, a taką formę lubię ostatnio... mało. Zdecydowanie bardziej podoba mi się to, co robi z dodatkami Naive - dodaje zmielone, zupełnie integralne z czekoladą.

MIA 65 % Madagascar Hemp & Almond to ciemna czekolada o zawartości 65% kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano z nasionami konopi i migdałami.

Już w trakcie otwierania poczułam zapach migdałowo-siankowo-suchokakaowy. Przy nachyleniu się nad tabliczką od strony spodu uderzył mnie intensywny zapach grzybów przyprawionych na ostro-słono. Wychodziły z migdałowo-siankowo-orzechowego splotu. Dopiero za tym wszystkim, przy delikatniejszych, bardziej czekoladowych wątkach doszukałam się skąpej, lekko maślano-zgaszono-karmelowej słodyczy i odrobiny słodko-podfermentowanych owoców leśnych. Pomyślałam o wyschniętej ziemi i nabiale. Klimat odebrałam jako trochę roślinnie-migdałowy. 

Przy łamaniu tabliczka zdrowo trzaskała, wydawała się pełna i kremowa, acz przekrój miała ziarnisty. Dodatki dobrze się jej trzymały, tylko trochę się osypywały. Nie przeszkadzało to jednak, ponieważ na posypce nie oszczędzano. Częściowo wtopiona była w czekoladę, ale to zdecydowanie posypka.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie powoli i gęsto. Cechowała ją gliniastość i szorstkość. Długo zachowywała formę, przypominając w tym suchawy, zapychający krem, który z czasem robił się przyjaźniejszy. Trochę jak... gliniasto-gęsty sernik (przez smak pomyślałam o takim jakimś wegańskim). Nie był zbyt tłusty, a specyficznie wilgotnie-nasączony.
Dodatki okazały się zacnie chrupiące, świeże. Migdały wydały mi się miękko-świeżo-wilgotne i jednocześnie twardawe, tak bardzo pomiędzy - pewnie z racji tego, że konopie były już po prostu twarde.
Wszystko to wyszło spójnie. Jako że spora część tabliczki była czysta, nie miałam wrażenia, że jest za mocno najeżona czy niewygodna w jedzeniu.

W smaku od pierwszej sekundy po ustach rozlała się gorzkawość ziemi, migdałów i orzechów odymionych i lekko w tym dusznych. Dusznych jak... tłusty twaróg niepierwszej świeżości? Wszystko to było dość delikatne, nabierające impetu z czasem. Twaróg początkowo pozbawiony był kwasku, a cechowała go kremowość, łagodność... i jakiś bardziej wegańsko-kaszowy smak. Pomyślałam o goryczkowato-dusznej kaszy jaglanej i sianie. Gorzkość rosła, rozkręcając coraz to intensywniejszą ziemistość.
Miałam wrażenie, że całość przesiąkła nieco dodatkami.

Słodycz na pewno opierała się na mocno palonym, wręcz odymionym i przygaszonym karmelu, ale w dużej części pochodziła także od owoców. Wśród ziemistych nut kryły się leśne... trochę podfermentowane, goryczkowato-słodkie. Wyodrębniłam jeżyny i jagody, borówki amerykańskie.

Goryczka tchnęła lekkie cytrusy: skórkę cytryny, grejpfruta... i chyba grejpfruta całego, ale raczej mało soczystego, suchego. Dopiero tu mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wkroczyła kwaśność. Należała do cytryn i robiła wybiegi do twarogu - pomyślałam o jakimś cytrusowym jogurcie.

Zaraz zrobiło się bardziej jogurtowo-kefirowo rześko. Czułam kwaskawy, charakterny twaróg i coraz więcej cytrusowo-cytrynowego soku.
Nabiał zdawał się tworzyć tło.

Zaraz wyraźniej wkroczyły też dodatki, których nie musiałam rozgryzać, by poczuć. Zaczęłam je przewracać i lekko podsysać. Pod sucho-skórkowe nuty wpięły się migdały. Odznaczały się lekko duszno-gorzkawym, niemal neutralnym smakiem. Były świeże i łagodne, ale przemieszane z kaszowo-roślinnymi elementami. Wyraźnie czułam więc nie same migdały a jakby "migdały z czymś" - tak zupełnie integralnie. Były to... migdałowe grzyby? Goryczkowate, jak trufle (grzyby) albo jakiś ostry z nich sos... oliwa truflowa? W pewnym momencie pojawiła się subtelna pikanteria. Doszukałam się motywu goryczkowatego oleju (coś a'la kokosowy). Mieszało się to z odymiono-migdałowo-ziemistą bazą, nie było napastliwe.

Dodatki gryzione bliżej końca podkreślały goryczki czekolady, ta zaś napierała na nie owocami i słodyczą karmelu, który po fali migdałów, grzybów i roślinności, zrobił się bardziej maślany. Migdały oczywiście wyraźnie smakowały sobą. Świeżymi, bezskórkowymi, a więc delikatnymi, niemal neutralnymi. Konopie zaś... wyszły roślinnie-grzybowo i ostro. Chwilami wydawały mi się słonawe, chwilami bardzo pikantne. Trochę mi to zgrzytało ze smakiem madagaskarskiego kakao, które normalnie jest rześko-soczyste. Tu wyszło tak... dusznawo.

Po wszystkim pozostał właśnie dziwny, grzybowo-maślano-pikantny posmak. Czekoladowość trochę czmychnęła w ziemię i orzechy, czemu dopomogły migdały. Delikatne owoce... widziały mi się jako pestki owoców leśnych i suche skórki cytrusów. Leciuteńki kwasek wplótł się w słodycz, która też pod koniec jakoś tak przypomniała o sobie.

Całość wyszła intrygująco i dziwnie. W zasadzie mi smakowała, ale... kładę nacisk na "w zasadzie". Podobało mi się, że były też fragmenty bez dodatków, bo mogłam w pełni cieszyć się samą czekoladą, i tak jednak trochę nasiąkniętą nimi. Dodatki... współgrały, a jednocześnie pasowały do bazy, nie pasując do nut... nie do wszystkich. Ziemistość uległa zmianie w roślinnie-wegańskie klimaty, nabiałowy kwasek wycofał się. Owoce leśne... przegrały. Cytrynom udało się wybić. Orzechowość i karmel były wyraźnie wyczuwalne, ale przy nich robiło się jakoś maślanie, w co wkręciły się migdały i dziwaczne, roślinno-grzybowe, ostrawe konopie. To dziwny dodatek. Niby pasował, ale chyba po prostu nie jestem ich wielbicielką. Lubię niektóre grzybowe nuty w czekoladach, niektóre czekolady z grzybami mi smakowały (Naive Porcini i Zotter Kandierte Preiselbeeren / Candied Cranberries). Np. Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles tak sobie - a ta właśnie z nią się kojarzyła. Dobrze zrobiona, przemyślana, ale niezbyt moja. Zjadłam całą, ale z poczuciem "hmmm".


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17 zł (za 75 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, migdały 6%, nasiona konopi 4%, lecytyna słonecznikowa.

środa, 5 sierpnia 2020

Lindt Excellence Granatapfel Feinherb / Dark ciemna 48 % z granatem / galaretkami owocowymi

Uwielbiam smak granatów, ale to owoce, których prawie nie jem. Obieranie i dobieranie się do części jadalnej dosłownie mnie zabija, a te pestki... Grr. Po prostu nie umiem ich jeść. Lata temu Mama mi granaty rozbierała (rozbrajała, hue hue), a ja jadłam je potem tak, że nabierałam kulki łyżeczką, rozgryzałam, wysyłałam sok i plułam pestkami. Niezbyt komfortowe, prawda? No właśnie. Ale ten smak słodkiego, dojrzałego... Mniam! Stąd zdarzyło mi się z deperacji nawet jakieś żelki o ich smaku spróbować (i utwierdziłam się w przekonaniu, że nie cierpię takich słodyczy) oraz Redd'sa granat-malina, który okazał się dla mnie jednym z nielicznych słodkich, smakowych piw do wypicia. Czekolady z granatem? To prawdziwy biały kruk, ale właśnie - wisiała groza obecności pestek. Zdecydowanie wolałabym więc jakiś żel czy coś (nadzienie), a nie tabliczkę z serii Excellence, ale z braku alternatywy, jako coś, co po prostu dobrałam do większego zamówienia (by przesyłka się bardziej opłacała), miałam nadzieję, że będzie ok. Porządnie w skład wczytałam się właściwie w dniu otwarcia.

Lindt Excellence Granatapfel Feinherb / Dark to ciemna czekolada o zawartości 48 % kakao z owocowymi kawałkami (galaretkami / żelkami) o smaku granatu.

Rozrywając sreberko poczułam intensywną woń cukrowej słodyczy i palono-kawowej czekolady, co przełożyło się na skojarzenie z likierem. Likierem dość soczystym i goryczkowatym, bo wyraźnie zaznaczyły się też owoce... Jednak jako nuta galaretek owocowych. Likierowe galaretki w czekoladzie?

Już w dotyku tabliczka odznaczała się tłustością i pewną miękkawością.
Przy łamaniu raczej pykała ujawniając bladoróżowo-beżowe, twardawo-gumiaste cząstki. Nie rwały się, ale w całości "wyciągały" pozostając w jednej lub drugiej części.
W ustach czekolada rozpływała się w gęsty i zalepiający sposób, w tempie umiarkowanym. Była tłusta i miękka. Z wolna odsłaniała ogromną ilość dodatków. Dodano ich mnóstwo.
Ucieszyłam się, że to nie owoce, ponieważ nie zawierały pestek. To jednak nawet nie kawałki owocowe, a właściwie po prostu twardo-żelkowe galaretki. Z czasem trochę miękły, sprawiały wrażenie lekko przecierowych i jakby "podsuszonych mąką". Lepiły się, ale nie nie irytowały tym, bo zaraz rozpływały się, przy czym jeszcze bardziej czuć owocową strukturę. Wyszły przyjemnie naturalnie i soczyście.

W smaku czekolada, podobnie jak w zapachu, od początku okazała się zdecydowanie za cukrowa, ale jednocześnie mocno cierpko-kakaowa. W tej kwestii serwowała silną paloność, nasuwającą na myśl przede wszystkim kawę i (trochę mniej) likier - czy to jakiś kakaowy dodany do kawy, czy likier kawowy. Mimo silnej słodyczy miała pewien charakterek.

Bardzo szybko zabarwił go słodko-owocowy motyw, trochę soczysty i robiący aluzję do odległej kwaskawości. Nie był jednoznaczny, ale na pewno galaretkowaty. Gdybym miała obstawiać... najpierw obstawiłabym jabłka, cytrusy i jakieś czerwone. Dopiero, gdy dodatki zaczęły wydobywać się spod czekolady, jeszcze mocniej poczułam jabłka, ale też wyraźnie słodki granat.

Po pojawieniu się wyraźniejszych owoców, sama słodka baza złagodniała. Na znaczeniu wzrósł maślany smak.

Ssąc, ciumkając i gryząc galaretki odkryłam, że były zaskakująco mało słodkie, a kwaskawe i... raczej pod przewodnictwem jabłek, wieloowocowe. W pewnym momencie soczystość wyraźnie podkreśliła cytryna, choć i granat się w tym przewijał. Miały specyficznie słodko-goryczkowaty akcent galaretko-żelek. Nie wyszły jednak przed czekoladę. Dało to efekt naturalnych, bardzo owocowych galaretek w czekoladzie.

Po zjedzeniu pozostał posmak cukrowo-cierpkawej, kawowo-likierowo-palonej czekolady i galaretek: trochę żelkowatych, kwaskawo-wieloowocowych, słodkich i rzeczywiście smakujących granatem.

Całość wyszła pozytywnie. Za słodko, ale nie tak straszliwie, bo owocowo-galaretkowata nuta to przełamała. Dodatek wyszedł tak sobie, bo taki, ot, nieokreślony - mało granata w granacie, a sporo jabłka z cytrynową nutą, ale w zasadzie nie jest to ogromny minus. Jabłka też przyjemnie wyszły, tym bardziej, że miały posmak granatu, ale... no to jednak nie 100 % (swoją drogą, zamawiając spojrzałam - 5% przy granacie zobaczyłam, ucieszyłam się, a tu 5 % cząstek, haha). Z drugiej strony podoba mi się obejście dodania pestek. Tak w odbiorze tabliczka zasłużyła na 7 - tyle by dostała, gdyby nie nazwa (zobowiązuje!).
Skład... cóż, z jednej strony skąpstwo jak nic - toż tego granatu prawie tam nie ma, z drugiej, przynajmniej nie cukry / syropy.
Zjadłabym Creation z żelem z soku z granatu.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 7 zł
kaloryczność: 511 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, cząstki granatowe 10% (koncentrat jabłkowy, koncentrat soku z granatu 5%, mąka ryżowa, naturalne aromaty, pektyny, olej palmowy, koncentrat soku cytrynowego), tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, aromat: wanilina

wtorek, 4 sierpnia 2020

lody Breyers Spiced Cookie Dough

W sumie nie podoba mi się wyrabianie sobie opinii o całej marce na podstawie jednego produktu, ale uważam, że po jednym rozsądny człowiek jest w stanie powiedzieć, czy ma czego szukać dla siebie wśród asortymentu danej marki. Myślę tu o prześledzeniu kategorii, składów i opisów innych produktów. Tak po jednej rzeczy mogę więc spokojnie porzucić markę nieczekolad. Producentom czekolad czasem daję drugą szansę (czasem nawet więcej), nawet jak trafię na paskudę. Po prostu przyzwyczaiłam się do swojego pecha i tendencji do trafiania na np. najgorszy wariant z serii (dlatego długo kupowałam od razu całą serię). Z lodami jest jednak problem. Jem je rzadko, bo lubię te duże, a nie jestem lodożercą, nie wyobrażam sobie jeść codziennie lodów. Gdy na jakieś się natnę, zazwyczaj już do całej marki jestem sceptyczna. Tak stało się z Marletto (po zwykłych kawowych i po jednych wegańskich, których recenzja kiedyś tam), a także z Halo Top Cinnamon Roll. Zrobiłam to jednak biorąc pod uwagę kategorię - bo ani lody czyste, ani wegańskie, ani widać niskokaloryczne nie są dla mnie. W ogóle uważam, że jak przesadnie obniża się kaloryczność, nie wychodzi w końcu nic dobrego. Pewne produkty swoją muszą mieć i kropka. Breyers skreśliłam po Cookies & Cream. Nie myślałabym o dawaniu im drugiej szansy gdyby jednak nie korzennie-zakalcowy wariant i to, że pojawił się w ramach nowej linii, wprowadzonej razem z (ponoć) poprawieniem dawnych smaków. Podejrzliwie bo podejrzliwie, dla zakalców zrobiłam wyjątek. Bo wciąż też nie mogłam przeboleć, że tak zepsuli (Gelatelli Cookie Dough - recenzja z roku 2020) niegdyś idealne (McEnnedy / Gelatelli Master of Taste Cookie Dough) zakalce w lidlowych lodach.

Breyers Spiced Cookie Dough to lody cynamonowe z kawałkami zakalcowych ("cookie dough") ciastek imbirowych; z wysoką zawartości białka, bez cukru.
Pudło zawiera 465 ml / 251 g.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam smakowicie ciasteczkowy, maślano-ciastowy zapach. Od razu pomyślałam o jakimś jasnym, kapciowatym ciachu, "waniliowatym" drożdżowym, trochę słodzikowym. Na pewno słodkim, ale nie napastliwie. Zajechało to odrobinę zakalcem. Zawarł w sobie lekką ostrość ciepłych przypraw korzennych. W trakcie jedzenia o wiele wyraźniej poczułam korzenną nutę, mieszającą się ze słodzikowością. Pachniało to całkiem ładnie.

Masa lodowa nie była twarda nawet na początku po wyjęciu z zamrażarki. Wykazywała trochę gumową miękkość, choć topiła się, jakby coś ją stopowało. Niby w miarę szybko, ale dziwnie... Bardziej "rozchodziła się". Nie była gęsta, a rzadkawa... choć też nie rzadka czy jednoznacznie wodnista. Raczej wodniście-jakaś... Wodniście-zagęszczona? Wydała mi się lekko szorstkawa, tłustawa, ale nie tłusta. Co więcej, czuć w niej drobinki cynamonu. Sumując to wszystko, tragedii nie było, ale brakowało mi kremowości i odrzucała mnie gumowość (to jednak bardzo subiektywne odczucia - np. Grycan są według mnie bardziej gumowe, czego nie cierpię).
Dodano do niej całkiem sporo średniej wielkości ciastek w kształcie wałków. Nie chrupały, były zwarte i wilgotne. Dziwnie rozłaziły się na mączno-pyliste grudki. Wydawały się zrobione na bazie miałkiego cukru, zmielonych kryształków. Okazały się lekko tłustawe i chrzęszcząco-rzężąco-trzeszczące. Rzeczywiście w pewnym stopniu zakalcowe, ale... jak słodzikowy zakalec.

W smaku masa lodowa od początku przedstawiła się jako delikatnie mleczna, wodniście-mleczna jak nijakie mleko odtłuszczone i jedynie słodkawa. Zaskakująco wyraźna wydała mi się natomiast jakby maślana nuta. Po chwili słodycz rosła w kontekście chłodzącym słodzikowo-waniliowo, a ja pomyślałam o maślano-drożdżowym cieście. Czułam, że masę naaromatyzowano trochę, ale chyba też przesiąkła dodatkami. Nie mogłam jednak odegnać myśli o tym, że w gruncie rzeczy baza wydaje się nijaka.

Na tym mdłym tle całkiem nieźle zarysował się jednak cynamon. Ewidentnie poczułam słodką pikanterię jego i słodziku. Zaczęło to aż nieco gryźć w język. Wraz z tym, jak masa coraz bardziej się topiła, w pieczeniu coraz większą rolę odgrywał słodzik. Z czasem sama baza nie wydała mi się już tak mocno przyprawiona cynamonu, więc brakowało mi w niej jego charakteru. A pieczenie przeszkadzało.

Zakalcowe ciastka niewiele pomogły, acz rozgrzewającą, korzenną nutę trochę rozkręciły. Czułam w nich ostrzejsze przyprawy i chłodno-ostrą słodycz. Prędko rozgrzewały gardło ostrością imbiru. Chwilę potrzymane w ustach piekły w język, ale nie były specjalnie wyraziste w smak. W sensie: nie było w nich czuć mocnego smaku imbiru. To raczej jego ostrość zmieszana ze słodzikiem. Na pewno były też mączne i... słodkawe? Słodkawo-żadne. Rzeczywiście oddawały maślaną masę na ciasto, jednak pozostawiając dziwną goryczkę, nie wyszły jak smakowite cookie dough.

Po nich masa lodowa wydawała się w sumie bardziej słodko-żadna, bez polotu i już nawet nie taka szczypiąca.

Po zjedzeniu nawet niewielkiej ilości (1/5 pudła?) został intensywny i męczący posmak słodziku i jego chłodkowaty efekt, mimo ciepłych przypraw. Było ich zdecydowanie za mało, za to nijako-gryząca słodzikowość i mączność ciastek wybiły się bez skrupułów. Pieczenie imbiru czułam, natomiast sam imbir jakoś nie zaprezentował się tak, jak bym chciała. Jego leciutki posmak z zakalców, tak jak odrobinka przyprawienia nie wyszły atrakcyjnie.

Niewątpliwie mają wiele. Struktura nie odpowiadała mi, a maślane posmaki, słodzikowa, napastliwa ostrość i jednocześnie nijakość drażniły. Zakalcowy dodatek od biedy mógł być, mimo że nie był spełnieniem marzeń... ani na dobrą sprawę wzorowym cookie dough. Przypraw trochę czuć, choć brakowało im dobrej bazy. Z jednej strony staram się patrzeć na nie, jako na lody, których starano się obniżyć kaloryczność, jak to tylko możliwe, ale z drugiej... Co z tego, że coś ma mało kalorii, jak smakuje tak, że aż jeść się tego nie chce? To chyba nie sztuka.

Daleko im do smakowitych, autentycznie imbirowych (ale jednak o normalnej kaloryczności) Haagen-Dazs Artisan Collection Ginger Molasses Cookie. Skojarzyły mi się za to z Halo Top Cinnamon Roll z tym, że jakby pseudozakalcowo-ostrą i niezjadliwą ich wersją. Wolałam podlinkowane, bo miały mleczną bazę, której słodycz była po prostu niska, a nie dziwna i "niska, ale nic oprócz niej".
Trochę pojadłam, resztę oddałam Mamie, która także uwielbia lody z cookie cough, a i do korzennych smaków nic nie ma. Jej opinia: "Fu, jakie okropne, ta sama baza ohydna. Tam ten cynamon chyba aż mnie w język gryzł, choć jego smaku to specjalnie nie czułam. Ostre to, nie topiło się, a zakalce? Próbowałam się przekonać, ale i one okropne. Koło zakalca to one nie stały. Imbirowe? Smaku imbiru raczej nie znam, ale może, bo takie też trochę ostre były. Jak można coś takiego wyprodukować?". Lody żywota dokończyły w kiblu.
(Trochę zaginam czasoprzestrzeń, bo puściłam tę recenzję przodem, niechronologicznie, by może dzięki mnie ktoś się ustrzegł; po nich i po jeszcze jakiś jednak już w ogóle zraziłam się do pewnego typu lodów.)


ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour (ojciec mi kupił)
cena: 19,49 zł (za 465 ml - on płacił)
kaloryczność: 139 kcal / 100 g; 75 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, zagęszczone odtłuszczone mleko, maltodekstryna, słodziki (erytrytol, maltitole, sukraloza), białka mleka, śmietanka 4,6%, mąka pszenna, stabilizatory (glicerol, guma guar, mączka chleba świętojańskiego), olej kokosowy, masło, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), aromaty, cynamon, imbir, sól

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Ambiente Czekolada Sól Himalajska ciemna 50,3 % z solą

Marka własna Aldiego Ambiente zdążyła zdobyć moje uznanie i zburzyć całe moje wyobrażenie na temat tego, jak różnie można rozumieć termin "czekolada nadziewana" (pieję do jednej z najgorszych rzeczy niby do jedzenia, z jakimi się spotkałam: Ambiente: Pistache i Panache). Nie lubię, jak pod jeden szyld dla danego marketu robi kilku producentów. To strasznie mylące. W przypadku serii, z którą wcześniej się nie spotkałam, byłam więc trochę podejrzliwa, acz czekolady były już kupione, więc... I tak czekało mnie spotkanie z nimi. Gdy sprawdziłam producenta, uspokoiłam się nieco. To The Belgian, której jadłam najzwyklejszą 72 % i była w porządku (wprawdzie nie mogę tego powiedzieć o Belgian 53 % bez cukru z zieloną herbatą, ale większość bezcukrowych czekolad mi nie podchodzi). Miałam trzy i wszystkie takie, które mogły okazać się bardzo smaczne albo tragiczne. Dobrze, że terminy ważności się różniły, bo to właśnie nimi poukładałam sobie kolejność otwierania. Tak bym miała problem, jak je w czasie rozłożyć. Jak widać, producent z kolei z czym innym ma chyba problem (z główką?), dając taką zawartość kakao. I jeszcze masło klarowane - kompletnie nie rozumiem, po co ono w ciemnych (jeszcze tak szlachetnie, tajemniczo często zwane "bezwodnym tłuszczem mlecznym").

Ambiente Czekolada Sól Himalajska to ciemna czekolada o zawartości 50,3% kakao z różową solą himalajską, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Po otwarciu poczułam słodki zapach, zabarwiony lekko połączeniem waniliny i wanilii (co nie było takie mocno sztuczne) o silnym maślanym motywie, ale i dość znacząco palony. Przypominał tym samym jakąś delikatną, pewnie mleczną, kawusię, do której podano waniliowo-maślane ciastka. Ciastka kruche i otłuszczające palce (coś jak kokosanki? - nigdy nie jadłam, to moje wyobrażenie). A jednak przy uważniejszym wąchaniu, po przełamaniu, trafiłam też na nutę soli.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała dość głośno, gdyż była twardo-krucha. Nie kruszyła się wprawdzie za bardzo, ale łamała z suchą łatwością.
Jednocześnie, w dotyku chociażby, nie wydawała się taka sucha. Bardziej sucho-tłusta, może trochę ulepkowata.
W ustach rozpływała się raczej powoli, ale łatwo i właśnie nieulepkowo, mimo że trochę z tym zwlekała. Okazała się gęsta i dość kremowa, miękkawo-tłusta, a suchsza dopiero na koniec, kiedy to pozostawiała pylisty, jakby trzeszczący efekt. Ten ostatni przypominał efekt wymieszanego kakaowego pyłku z cukrem, ale żaden cukier tu realnie nie trzeszczał.
Podobnie zresztą, jak nie trafiłam na żadne kryształki soli - ta była zupełnie integralna z czekoladą, rozpływała się niezauważona wraz z nią.

Od początku po ustach panoszył się smak słodkiego, słodziutkiego maślanego toffi.
Wzbogacony był o element gorzkawy, ale nie gorzki. Osadzony w mocno palono-wypieczonych, suchszych klimatach. Z racji silnej słodyczy, wyraźnie waniliowo-wanilinowej, pomyślałam też o ciastkach maślanych. Wydały mi się leciutko wręcz przypalone i zdecydowanie przesłodzone.

Stała przy nich delikatna kawa. Tu wyraźniej odezwała się goryczka, ale wciąż była bardzo delikatna. Może odrobinkę cierpkawa? Skojarzenia jednak i tak obracały się raczej wokół pylistej kawy rozpuszczalnej. W miarę jedzenia kawa wydawała się coraz bardziej rozmyta. Utwierdzałam się w przekonaniu, że to na pewno jakaś delikatna, najpewniej nawet z mlekiem.

Samą mleczność... maślaność również (bo ta wyraźna była cały czas) podkreślała sól. W połowie rozpływania się kęsa znów przybierała na znaczeniu. I nie mam na myśli tylko tej specyficznej, tłuszczu kakaowego, a też po prostu maślaność takowych słodkich wypieków. Raz po raz nakręcała ją... sól. Pojawiała się epizodycznie, w ilości nieprzesadzonej, acz wyczuwalnej bardzo wyraźnie. Wylegiwała na język, podszczypywała, podsycała smak maślanego, słodziutkiego toffi. Sugerowała również maślane krówki. Bliżej końca robiło się słonawo. Wyraźnie ją czułam, a jednocześnie słodycz w gardle aż drapała.

Na sam koniec ogólna przesadzona słodycz kumulowała się jako toffi, krówki i ciasteczka, a jednocześnie czułam wręcz leciutki kwasek (kawy i soli?) oraz dość mocną, pożądaną słoność.

W posmaku pozostała sól, gorzkawość kawy i przypieczonych ciastek oraz cukrowe zasłodzenie. Trochę tylko "maślano słodyczowe". W tym momencie sól, jak i słodycz, odebrałam jako nazbyt wysokie jednocześnie.

Po spróbowaniu, wydaje mi się, zrozumiałam konwencję. Miało być słodziutko-maślanie, słonawo-toffi. O, nawet rozumiem, że to może bardzo się komuś podobać. Mnie nie kupiło, bo to, że to w sumie ciemna czekolada, budziło we mnie dyskomfort i czułam niedosyt kakao i gorzkości. Nie mniej, to całkiem niezła, choć pozbawiona cierpkości, tabliczka. Ważne, że umiejętnie wkomponowali sól, tak, że ją czuć, a mimo to w żadnym stopniu nie przeszkadzała, nie wyszła natrętnie.
Podobna do Lindta Excellence Sea Salt, gdy chodzi o poziom słodyczy, miękkość i jakość, ale inna, gdy mowa o wydźwięku i soli. Lindt sprawiał wrażenie bardziej "cierpko-ciemnego", mimo że jednocześnie był mniej słony i bardziej cukrowy. Dziwne, bo Ambiente miała słodszy charakter - choć to była taka spokojniejsza słodycz. Którą wolę? A to już chyba zależałoby od dnia.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 522 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, sól himalajska 1%, aromat, emulgator: lecytyny

sobota, 1 sierpnia 2020

Prime 70 % Tocache ciemna z Peru

Nie jestem zbyt spontaniczna, ale mam takie strzały. Gdy przyszło do mnie ogromne zamówienie z Sekretów Czekolady, w którym była jedna tabliczka, o której nie wiedziałam nic, uznałam, że wezmę się za nią już następnego dnia. Wprawdzie wiedziałam, że paczka będzie zawierać "czekoladę z Białorusi", ale dokładnie co i jak? To było tajemnicą. Uzbrojona w translator, ruszyłam na przeszukiwanie strony producenta. Chwała technologii! Tylko dzięki temu czegoś tam się dowiedziałam. Taak, to jakieś dziwo z Białorusi. Znaczy marka, bo kakao oczywiście nie. Niepozorne kraje sąsiadujące z nami już raz i drugi zaskoczyły jakością swoich marek, więc liczyłam, że i teraz na coś takiego trafię.

Prime chocolate bean-to-bar 70 % Tocache to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo z Peru z regionu Tocache.
Waga tabliczki to 70 g.

Gdy tylko rozchyliłam najtradycyjniejszą formę sreberka jaką można sobie wyobrazić, poczułam głęboką i intensywną woń drewna / drzew. Obudziły skojarzenia z drewnem do wędzenia, popularnym "hickory smoked", czyli jedzeniem wędzonym na amerykańskim drzewie orzechowym (które ponoć jest bardzo cenione do wędzenia). Drzewka... też owocowe, i też do wędzenia. Drzewka wiśniowe, śliwkowe, wzbogacone o motyw kwiatów, i w końcu soczystość samych śliwek, również wędzonych. Było w tym sporo gorzkości i soczysta kwaśność porzeczek, jak również sporo bakaliowej (rodzynkowo-śliwkowej) słodyczy. Doszukałam się również sezamowego elementu i potem też trochę orzechów. Bardzo ciekawa kompozycja.

Przy łamaniu pięknie lśniąca tabliczka trzaskała ładnie z racji tego, iż była twarda. Ujawniała jakby pełny, acz z paroma pęcherzykami powietrza, przekrój. Gdy robiłam gryza, wydawała się chrupka.
W ustach sprawiała wrażenie niemal mięsistej, gęstej i bardzo, bardzo kremowej. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, ale bardzo przyjemnie soczyście. Zalepiała usta stając się gęstawym budynio-kremem. Była dość tłusta, ale w granicach pozytywności, bo przełamana soczystością i lekko szorstkawym efektem ujawniającym się bliżej końca. Miałam wrażenie, że to nie tylko kwestia zmielenia miazgi, ale też jakby nie do końca rozpuszczonego cukru.

Od początku poczułam ogrom soczystości. Należała do słodko-cierpkich wiśni i jeżyn. Kwasek zaznaczył swoją obecność, po czym wzrosła charakterna słodycz tychże owoców. Na przód wyszły jeżyny, wyciągając z toni soczystości czarny bez: owoce czarnego bzu i kwitnące kwiaty.

Pomyślałam o bardzo słodkich i kwaśnych jednocześnie wędzonych śliwkach węgierkach, które trzeba nieźle ssać, by oddzielić miąższ od pestki. Podrasowane były goryczką wędzenia i przypraw korzennych.

Wędzony motyw wprowadził goryczkę, a następnie gorzkość, oplatające smak drzew i orzechów. Te miały w sobie coś owocowego, rześkiego, a jednocześnie bez dwóch zdań niosły charakterek siebie samych. Oczami wyobraźni zobaczyłam też trochę ukwieconych drzew / krzewów (czarnego bzu?). Z orzechów dominowały włoskie, może tłustsze pekany z gorzkawymi akcentami... Oczami wyobraźni widziałam te świeże, lekko duszne i w gorzkiej skórce pomarszczone orzechy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi sezam. Prażony, może aż leciutko za mocno, goryczkowaty... Robiący sugestie do pewnej mięsistości, oleistości ("tłuszczyku" obecnego przy wędzeniu).

Okrywał to wszystko lekki dym, z którego z czasem (i z soczystości) wyłoniła się słodycz. Dzięki soczystości przypominała o suszonych owocach z zapachu. Na pewno były to rodzynki i jabłka. Do głowy przyszły mi lekkie, raczej słodkie przyprawy korzenne. Rodzynki i wędzone śliwki wplotły tu również bardziej kwaśne, wiśniowe i cytrusowe motywy. Wyraźnie poczułam cytrynę. Nie była jednak nachalna.

Słodycz nieco rosła, sezam stał się chałwą, a owoce skumulowały słodycz. Cynamon i goździki rozgościły się na dobre. Pomyślałam też o jeżynach i śliwkach, już nieco świeższo-słodszych, kwiecistym czarnym bzie, choć wciąż z cytryną w tle. Może były to jakieś jabłecznikowo-szarlotkowe, trochę kwaskawe pieczone jabłka (z cynamonem)?

Po wszystkim pozostał posmak drewna i wędzenia, orzechów i sezamu oraz sporo kwasku cytrusów, jeżyn i wiśni. Słodycz... też była, ale nienachalna i jakby naturalna. Bardzo długo się to utrzymywało, najwytrwalsze były chyba cytryny i cierpkie wiśnie. Miałam też poczucie tłuszczowości, a cierpkiego ściągnięcia, co już było niezbyt miłe.

Całość zachwyciła mnie głębią i smakiem. Wiśnie, wędzone śliwki (te kwaśne węgierki zdecydowanie wygrywają u mnie z mdląco słodkimi kalifornijskimi!), a ukochane orzechy włoskie i sezam, ogrom i wielopłaszczyznowość drzewnych nut, a w końcu owoce soczystsze i przyprawione korzennymi przyprawami - mniam! Intrygujący był tu czarny bez i cały wędzony wydźwięk. Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to tłuszczowość - zarówno smakowa, jak i trochę ta struktury.

Wiśnie, cierpkość (choć bardziej winna), białe kwiaty (w Prime ewidentnie bzu), dym i kwaśne owoce (raczej miechunka) Georgii Ramon Fahrenheit 132 Peru Trinitario 82 % R.A.W. miały podobny wydźwięk, Z kolei drzewa, wiklina / orzechy, ogrom owoców, dym Zottera Labooko Peru "Cacao Tocache" 72% też jak nic przypominały nuty tej. Ogólna maślaność również była bardzo podobna, choć tu raczej chodzi o smak, bo ze struktury to już bliżej Prime do GR. Kwaskawy miód Zottera w klimat tej także by się wpisał.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam z Sekretów Czekolady
cena: -
kaloryczność: 563,3 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany tłuszcz kakaowy, nierafinowany cukier trzcinowy