czwartek, 6 marca 2025

Cachet Dark Chocolate Ginger & Blackberry ciemna 57 % jeżynowa z imbirem; zmieniona 2023/24

Droga przy Litworowym i Zmarzłym Stawie pod Polskim Grzebieniem była przyjemna, a za nimi zaczęło się konkretniejsze podejście. Nawet jednak nie zauważyłam, a znalazłam się na przełęczy Polski Grzebień. Byłam tam już kiedyś, ale nie miałam widoków. Tym razem wręcz przeciwnie, więc uznałam, że to świetny moment na czekoladę. A tej się trochę obawiałam, bo zmiany w składzie budziły wielkie wątpliwości. Czekolada jeżynowa bez jeżyn? No brawo... Cachet Blackberry & Ginger z 2017 mi smakowała, ale coś czułam, że ta będzie zupełnie czymś innym. Zrobiło mi się z tego powodu smutno jeszcze przed otwarciem.

Cachet Dark Chocolate Ginger & Blackberry / Chocolat Noir Gingembre & Saveur Mure to ciemna czekolada o zawartości 57% kakao o smaku jeżyn / z aromatem jeżynowym i kawałkami imbiru; nowa / po zmianach 2023/24.

Po otwarciu poczułam intensywny, cukierkowy zapach jeżyn w wydaniu bardzo słodkich landrynek. Mimo to, cukrowość nie była aż tak jednoznaczna. Ten zapach dominował zupełnie, jednak czuć też paloną, gorzką czekoladę. Miała w sobie coś... Owocowego? Jakby próbowała się ciemnymi owocami leśnymi  dopasować do owocowej nuty. Imbir nawet po podziale specjalnie się nie ujawnił. 

Twarda tabliczka wyglądała na suchą, a przy łamaniu trzaskała głośno w chrupki sposób. Przekrój ujawnił sporo drobnych kawałków imbiru.
W ustach rozpływała się wolno i maziście-kremowo. Bazowo była raczej gładka, choć z domniemaniem pylistości. Z czasem na języku zaznaczały się drobne kawałki dodatku, a czekolada wydała mi się trochę sucha, mimo maślanej tłustości.
Kawałki imbiru, które wypadały z czekolady po dłuższym czasie, trochę cukrowo stukały o zęby. Inne zaś trzymały się kurczowo czekoladowej mazi.
Kawałki zostawiałam na koniec. W większości do końca były sucho-kruche, pod naporem zębów rozpadające się na proszkowo-pylista miazgę. Raz po raz trafiłam na włóknisty efekt. Nieliczne na sam koniec były nieco bardziej miękkie i właśnie jakby ciutkę włókniste.
Tylko przy dwóch-trzech kęsach pogryzłam je na spróbowanie obok czekolady. Wtedy jawiły się jako jeszcze bardziej suche.

W smaku pierwsza wystartowała słodycz, która szybko przybrała wydźwięk owocowo cukierkowej. Pomyślałam o landrynkach w wariancie jeżynowym i chyba owoców leśnych. Przez nie słodycz wyszła denerwująco, mimo że od razu nie była bardzo wysoka.

Zaraz poczułam słabą gorzkość palonej... kawy? W kęsach z mniejszą ilością imbiru zdarzyło na moment wyłonić się kakao w proszku. Gorzkość ogólnie wydawała się bardzo wycofana. A w dodatku łagodziła ją drobna maślaność.

Słodycz za to rosła, rozkręcała się. Cukrowy charakter nakręcał się z landrynkowymi jeżynami. 
Niegryziony imbir w zasadzie ukrywał się bardzo długo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do landrynkowej jeżyny dołączyło soczyste echo... Nieco bardziej naturalne. Czekolada jakby próbowała przydać jeżynom trochę bardziej naturalny wydźwięk, ale kiepsko jej szło.

Palona gorzkość za to trochę się nasiliła. Wydała mi się... Ciepła? Jakby palono-pieczona... Pomyślałam o bardzo maślanych truflach (może leciutko kawowych?) obtaczanych w kakao w proszku, acz zaraz umknęły.

Imbirowi raz po raz zdarzało się trochę nieśmiało pobrzmiewać, ale daleko w tle. Jego ciężka kandyzowana cukrowość na moment skierowała bazę w kierunku sosu/syropu kakaowo-jeżynowego.

Gdy kawałki długo już nasiąkały, podwyższały słodycz w cukrowym kontekście. Ewidentnie rozchodził się od nich motyw kandyzowania, a z czasem podchwycały ciepło. Gdy baza prawie znikała, wkraczał imbir, acz wciąż dokładający słodyczy. 
Końcowo kawałki imbiru nawet nie gryzione tchnęły niską, ciepłą ostrość. Zaznaczyły się jako pieczenie na języku i ociepliły trochę gardło. Słodycz chyba też miała w tym udział.
Gryzione kawałki wpierw wciąż serwowały cukrowo-kandyzowaną słodycz, ale nie brakowało im ostrości i smaku imbiru. Połączyły jakby docukrzony imbir-przyprawę oraz ewidentnie podsuszony korzeń. Wpisało się to w trochę korzenna słodycz. 
Gdy na próbę pogryzłam parę kawałków obok czekolady, przygłuszyły jej czekoladowość, a zostawiły landrynkowe jeżyny. Same zaś smakowały cukrem, kandyzowaniem i ostrością słodko-korzenną. 

Po zjedzeniu został posmak cukierkowy landrynek jeżynowych i może ciemno owocowych ogólnie. Czułam też lekką, korzenną ostrość imbiru, zmieszaną z kandyzowaniem. Czekolada w zasadzie odpadła.

Choć czekolada nie była skrajnie okropna, zostawiła ogromny niesmak i żal. Potwierdziły się moje obawy. Jak oni mogli tak zepsuć przyjemną Cachet Blackberry & Ginger z 2017?! Zamiast cukierkowo-naturalnych jeżyn w formie jeżynowych, całkiem w porządku kawałków, załatwili sprawę aromatem. Okropnie dominował. Imbir nie domagał i... po prostu sobie był. Sama baza przez to wszystko nie miała charakteru. Już lepiej by było, gdyby wcale zrezygnowali z jeżynowości, a zrobili po prostu ciemną z imbirem. Smakowała by pewnie ok i tyle. No, najlepiej, gdyby po prostu dali jeżyny, ale cóż... obecnie jak coś zmieniają, to jak widać przeważnie niestety na gorsze.

Dałam radę połowie - większość w górach od niechcenia, bo alternatywą była kompletnie nie w moim typie, zasładzająca Ritter Sport Knusper-Nuss (a mimo wszystko wolę kiepską ciemną od nawet udanej, ale zacukrzającej mlecznej). Trochę do zweryfikowania w domu i no nie, czekolada w ogóle nie sprawiała mi przyjemności. Jak ktoś nie ma problemu ze sztucznością, to pewnie odbierze ją bez jakichkolwiek emocji. Szkoda, bo Cachet Blackberry & Ginger z 2017 była naprawdę ciekawa.

Połowę oddałam Mamie. Opisała ją: "Niesmaczna. Jeżyn to ja w niej za bardzo nie czułam, ale ogólnie taka... słodka i niesmaczna po prostu, a te kawałki - imbir kandyzowany? - taki sobie. Nie lubię ani imbiru, ani kandyzowanych rzeczy, ale to nie było ani czymś porządnie kandyzowanym, ale wyraźnym imbirem. Jakoś tak kiepsko ten dodatek zrobiony, że zostawał na sam koniec w ustach i wtedy dopiero go czuć, bez zgrania z czekoladą".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki imbiru 4%, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, naturalny aromat jeżynowy, lecytyna sojowa

środa, 5 marca 2025

Ritter Sport Knusper-Nuss mleczna z orzechami laskowymi i płatkami kukurydzianymi

Gdy zobaczyłam tę czekoladę w sklepie, z czymś mi się kojarzyła. Wydała mi się ciekawa, ale nie niespotykana. Hm... Aż w końcu przypomniałam sobie Choceur Erdnuss & Flakes. W przypadku dziś przedstawianej, nic nie powinno być karmelizowane i solone, więc jak ojciec powiedział "bieeerz", wzięłam. Ot, pomyślałam, że w górach spróbuję. Zgarnęłam ją na podejście na Polski Grzebień, m.in. na który wybrałam się niebieskim szlakiem z Łysej Polany, ponieważ ciekawiła mnie Dolina Białej Wody. O ile na Polskim Grzebieniu byłam, tak nią nigdy nie szłam. Znalazłam sobie wielki kamień z zacnymi widokami nieopodal Litworowego Stawu. Miałam ją też jako dopalacz energii na drogę, która zaczęła potem iść mocno w górę.

Ritter Sport Knusper-Nuss to mleczna czekolada z całymi prażonymi orzechami laskowymi (15%) i płatkami kukurydzianymi (5%).

Po otwarciu poczułam cukrową słodycz, nadającą całości plastikowego klimatu. Zarysowała się na wyraźnie mlecznym tle, a do tego dobrze wyłoniły się prażone orzechy laskowe. Płatki kukurydziane nie ujawniły się.

Tabliczka o dość ulepkowatym wyglądzie w dotyku wydała mi się i trochę pylista, i tłusta. Przy łamaniu wydawała z siebie chrupkie dźwięki i słychać było chrzęst dodatków. Już na spodzie widać, że ich nie pożałowano. 
Czekoladę wypełniały średnie i średnio-duże kawałki płatków kukurydzianych oraz orzechy laskowe jako głównie całe, ale też połówki. 

Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, najpierw trochę stawiając opór. Potem już łatwiej miękła na lepką, tłustą masę, z której po paru chwilach wyłaniały się dodatki. Długo jednak pokrywała je czekolada. Na szczęście nie stworzyły z niej zlepka, a krawędzie nie były ostre. Wśród nich lekko przewijała się lekka proszkowość bazy.
Płatki kukurydziane lekko nasiąkały i miękły, ale i tak do końca pewną chrupkość zachowywały. Ja właśnie na koniec zostawiałam jedne i drugie dodatki. 
Corn flakesy chrupały i trzeszczały (zależy od kęsa i wielkości płatka). Okazały się napowietrzone i delikatne, czym upodobniały się do wafelków.
Orzechy były krucho-chrupiące i też delikatne. Na paru trafiło się trochę skórek. Dodano i całe, i połówki (a nie tylko całe, co sugeruje opis).
Na próbę trochę dodatków gryzłam obok czekolady. Płatki kukurydziane wtedy były suchsze i bardziej chrupiące, ale nie jakoś mocno. Tak czy inaczej płatki trochę wlepiały się w zęby.
Jedząc, miałam wrażenie, że corn flakesy dominowały ilościowo nad orzechami - obstawiam, że to przez ich podrobienie. Orzechów czułam niedosyt, bo i dodatki były różnie rozmieszczone (np. trafiło się sporo kostek bez orzechów). 
 
W smaku pierwsza pojawiła się słodycz w parze z mlekiem. Tylko co pomyślałam, że są wyrównane, a słodycz pognała do przodu. Przedstawiła się jako cukrowa i dominująca.

Mleko w zasadzie też było dość wyraziste, ale w obliczu tej przesadzonej słodyczy, i tak wydało mi się dość płytkie.

Z samej czekolady rozchodziło się echo orzechów laskowych - baza odrobinę nimi przesiąkła (dało się ich doszukać nawet w kęsach bez orzechów). W kęsach z orzechem, motyw laskowców był intensywniejszy, ale nie pomógł na plastikowość. Może jednak odrobinkę tonował słodycz? 
Corn flakesy za to ukrywały się.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tak wzrosła, że drapała w gardle. Mleko starało się nadążyć, ale wciąż zostawało w tyle, za cukrem. Za jego sprawą plastikowość panoszyła się bezkarnie. Dodatki niby trochę rozbijały smakowe zacukrzenie, ale to i tak męczyło na poziomie gardła.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, wydawały się średnio wyraziste - orzechy bardziej, płatki kukurydziane mniej -  jednak baza kontrastowo jawiła się jako jeszcze bardziej plastikowa.
Ja wolałam zostawić je na koniec.

Gdy gryzłam dodatki na koniec, wychodziły... Różnie. Jak osobno, to było wyraźnie czuć jedne lub drugie. Gdy orzechy - naturalnie słodkawe, delikatnie prażone orzechy laskowe, w których przewijała się drobna goryczka.
Gdy corn flakesy - lekko pieczone płatki kukurydziane, acz chwilami mniej jednoznaczne. 
Z kolei gdy gryzłam je razem, połączenie czasem robiło się specyficzne. Chwilami orzechy bardzo dominowały, a czasami szły w goryczkowatym kierunku i wtedy płatki były mniej kukurydziane. Bardziej ogólno zbożowe i wręcz wafelkowe. Dominowały raczej laskowce, chyba że płatków zebrało się bardzo dużo.
Ja wolałam pogryźć najpierw płatki, potem orzechy. Tak połączenie to wydawało się ciekawe.

Po zjedzeniu został posmak w dużej mierze dodatków, a więc prażonych orzechów laskowych i o wiele delikatniejszych od nich płatków kukurydzianych, ale też cukrowej, mleczno-plastikowej czekolady. Do tego czułam drapanie słodyczy w gardle.

Czekolada wyszła poprawnie - była, czym miała być, ale w wydaniu po linii najmniejszego oporu. I w sumie wyszła całkiem ciekawie ze względu na to zestawienie dodatków, ale bez wad się nie obyło. W połączeniu chwilami wydawały osobliwe, że aż nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy na plus, czy na minus. Ogół był jednak na pewno zdecydowanie za słodki i aż plastikowo-tani. Nie moja bajka, ale wydaje mi się, że może smakować, jak ktoś jest przyzwyczajony do takich słodkich tabliczek i nie liczy na wysoką półkę. Ja po prostu nie jestem grupą docelowa, więc trochę spróbowałam w górach, kostkę w domu, by zweryfikować odczucia. Choć w dzisiaj opisywanej - przynajmniej dla mnie - trafiły się o wiele lepiej zrobione płatki kukurydziane, to jednak ta podpadła mi czym innym niż RS Kaffee Knusper z przesadzoną ilością płatków o ostrych brzegach i nutce soli. Dziś przedstawiana wyszła bardziej tanio - kawa ze wspomnianej sprawiała jednak, że tamta była mniej plastikowa. Obie wyszły kiepskawo, tylko że z innych powodów i obie chyba mogą bardziej smakować tym, którzy czego innego niż ja oczekują od czekolad.

Zjadłam 5 kostek, resztę oddałam Mamie. Opisała: "No taka zwykła czekolada raczej kiepska, ale to w końcu Ritter, on po prostu jest kiepski i za słodki. Orzechy dobre, ale ich mało w stosunku do tych płatków kukurydzianych. A tych mi akurat trafiło się tak dużo, że aż czasami w podniebienie i język nieprzyjemnie drapały. Taka w sumie fajna, ciekawe połączenie, tylko że baza plastikowa i tania, przez co ogół taki... niewywołujący emocji". Jak Mamie trafiły się łagodniejsze płatki w Ritter Sport Kaffee Knusper, tak mi w tej. Przynajmniej jednak w dziś przedstawianej żadna z nas nie czuła soli - i tym wygrywa ze wspomnianą, a także zwyczajnie tym, że jest, czym na być (bo ciemnej warstwy we wspomnianej warstwowej nie czuć).


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,49 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, prażone orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, ziarna kukurydzy, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

poniedziałek, 3 marca 2025

DM Bio Feine Bitter Schokolade 70 % Kakao ciemna z Dominikany

Czekolady marki własnej Drogerii DM zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Zwłaszcza DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter uznałam za przepyszną, więc bardzo cieszyła mnie perspektywa porównania jej z opcją o zbliżonej zawartości kakao, zwyklejszą. Obstawiałam mniejszy zachwyt, niemniej zachwyt na pewno. Na stronie sklepu znalazłam informację o pochodzeniu kakao, bo po zewnętrznej stronie opakowania akurat o tym chyba nic nie było, a dokładnie opisano cały proces ekologicznego podejścia do składników (albo ja tak "uważnie" czytałam tekst po niemiecku).

DM Bio Feine Bitter Schokolade 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Republiki Dominikany, marki własnej Drogerii DM.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach palonego karmelu, mieszający się z soczystością wiśni i owoców leśnych. Borówko-jagody i wiśnie przełożyły się na cierpkość, która zgrała się z lekką gorzkością ciemnej czekolady, przywołując z oddali wizję ciemnych czekoladek z wiśniami w alkoholu. Ich słodycz miała w sobie coś... pikantnego? Co przywołało jeszcze ciastka korzenne. Z czasem doszukałam się jeszcze jakby... cytryny, niechcącej się ujawnić?

Tabliczka była twarda, co potwierdzały głośne, chrupkie trzaski, jakie wydawała podczas łamania.
W ustach rozpływała się gładko i powoli. Była kremowo-miękka, a także średnio tłusta. Zachowywała luźny kształt i raczyła mnie wysoką gęstością.

W smaku pierwszą poczułam słodycz karmelu, rosnącą szybko i znacząco. Był to karmel palony, o ciepłym charakterze, który po chwili umocniły jeszcze ciastka korzenne. W ciastkach ulokowało się trochę maślaności. Karmel w asyście ciastek korzennych wyprzedził i zostawił w tyle leciutko dającą o sobie znać gorzkość.

W tle, też w słodyczy, polała  się za to soczysta cierpkość. Odnotowałam owoce leśne. Ciemne jagody i inne, drobne leśne wzmocniła słodko-cierpka, mięciutka wiśnia. Wybiła się ponad resztę owoców. Choć wątek owocowy był wyraźny, miał spokojny, delikatny charakter i nie próbował zawojować reszty.

Słodycz karmelowo-ciastkowa w tym czasie osiągnęła już wysoki poziom i zatrzymała się. Była wiodąca, ale nie sprawiała wrażenia przesadzonej. Dołączył do niej akcent mleka, podanego do konkretnych, twardych ciastek korzennych.

Gorzkość pojawiła się z ociąganiem. Zamknęła wiśnie i owoce leśne w czekoladkową formę. Pomyślałam o czekoladkach z wiśniami w alkoholu, w których jest też krucha warstwa "szkiełka" z cukru. Soczystość wydała mi się mocno osłodzona, ale w lekko pikantnawy sposób. A wtedy gorzkość jeszcze wzrosła. Oczami wyobraźni zobaczyłam palone drewno, a potem jeszcze do głowy przyszedł mi konkretnie mahoń.

Cierpkość palonego drewna w harmonii mieszała się z sowicie wypieczonymi ciastkami korzennymi, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość zrównała się z silną słodyczą. Wzmocnił ją dym, acz nie palona nuta. Paloność jako taka jawiła się jako tylko dodatek.

Ciastka z mlekiem kontrastowo złagodniały. Przemknęły mleczne krówki (przy czym w głowie pojawiło mi się konkretnie słowo: "pomadki"), a potem... już krówki mniej mleczne? Podkradła się do nich maślaność. Ugłaskała słodycz i spróbowała tego samego z gorzkością...

Ta jednak się nie dała. Przybyło więcej dymu. Lekka cierpkość wróciła za to do soczystości i też jakby grała w drużynie gorzkości. Z dymu powoli wyłonił się słodki kompot śliwkowy... Z wkrojoną cytryną dla przełamania? Który nagle rozkręcił soczystość, a śliwki wyrwały się z niego, pokazując jako świeższe i charakterniejsze. Także zwalczały słodycz i przeciwstawiły się łagodnieniu.

Kompozycję zamknęła cierpkość dymu, palone drewno, podsycone nutą śliwek i mniej jednoznacznych owoców leśnych, ale i palonemu karmelowi udało się wyłonić - charakterem lepiej się odnalazł w tych realiach, niż zagubiona w końcu krówka.

Po zjedzeniu został posmak palonego karmelu, nieco złagodzonego delikatniejszą krówką i gorzkość dymu. Ogólnie wybiła bardziej palona nuta, acz tylko podkreśliła dym i drewno. Czułam też owoce leśne cierpkie i słodkie, a do tego śliwki i echo plastra cytryny, wkrojonego do czegoś.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła ryzykownie słodko, bo słodycz karmelu, krówek i ciastek korzennych miała wiele do powiedzenia, długo wydawała się wręcz wiodąca, lecz gorzkość dymu i drewno dobrze sobie z nią poradziły. Soczyste owoce leśne, wiśnie i śliwki stanowiły zacne, wyraziste wtrącenia, kierujące uwagę na gorzkość i cierpkość.

Jej nieprzesadzona paloność trochę przypominała DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter, ale miały zupełnie inne profile smakowe. Wspomniana bardziej połączyła słodycz z owocami. Obie przepyszne, acz osobiście żałuję, że dziś przedstawiana nie była odrobinkę mniej słodka i obeszło by się bez prób maślanego łagodzenia.


ocena: 9/10
kupiłam: www.dm.pl
cena: 7,95 zł
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy znów kupię: pewnie tak

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 2 marca 2025

(Lidl) McEnnedy American Way Crunchy Almond Butter

Nigdy nie kupuję wersji "crunchy" kremów orzechowych, w zasadzie długo było mi trudno sprecyzować, dlaczego. Gdy jadałam masło orzechowe amerykańskiego typu lata temu, właśnie po te z kawałkami orzechów sięgałam. W kremach... może zawsze za bardzo obawiam się, że wyjdzie masa do ciągłego ciamkania i gryzienia, zamiast błogo rozpływająca się, a po prostu urozmaicona kawałkami? Chyba tak. Gdy pojawiła się perspektywa dostania lidlowych kremów 100% od ojca, chciałam jednak nie tylko McEnnedy American Way Smooth Almond Butter, ale też właśnie chrupiący do porównania.

(Lidl) McEnnedy American Way Crunchy Almond Butter to krem 100% z prażonych migdałów, wersja chrupiąca; marki własnej Lidla.

Po odkręceniu poczułam zapach poprzypalanych, przeprażonych migdałów o wytrawno-goryczkowatym wydźwięku. Wyobraziłam sobie migdały przesmażone w oleju migdałowym, ale akurat to zniknęło po uporaniu się z olejem. Spalone migdały zahaczały ze względu na lekką słodycz o jakieś ciastka czy batony w formie migdałów zlepionych słodkim syropem, może nawet z miodem, w tym przypadku wysmażone w nim.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju - zlałam prawie 3,5 łyżeczki łyżeczek, a wymieszałam jakieś 2 łyżeczki.
Było to problematyczne z tego powodu, że spore i średnie kawałki orzechów znalazły się na wierzchu, pod olejem, a niżej krem wysechł znacząco (mimo długiej daty). Kawałki strasznie to utrudniały, musiałam więc zgarnąć je łyżką na talerzyk, wymieszać i dopiero z powrotem je dorzucić.
Jak się okazało, sporo kawałków było też niżej, ale większość na wierzchu - nie wiem, czy jakoś tak same wybiły, czy to celowy zabieg producenta. Tak czy inaczej, nie podobało mi się to.
Krem oprócz tego i tak było trudno mieszać, bo był sucho-zbity i masywny, a po przyjęciu oleju i tak jeszcze zostało uporanie się z grudkami, w które się pozbijał. Dał się poznać jako twardawy, choć także oleistość w nim czuć. W końcu udało mi się uzyskać na wpół jednolity efekt.
Podczas jedzenia krem zapewnił mnie o swojej masywności, zalepiając i rozpływając się wolno we wręcz przytykający sposób. Był gęsty i ciężki, lecz nie wydawał się mocno tłusty, mimo że czuć w nim splot tłustości masywnie orzechowej i oleistej. Pobrzmiewała w nim suchość, chyba nakręcana przez orzechowe skórki, a oprócz efektu miazgowego, wystąpiły w nim spore kawałki migdałów. W zasadzie chwilami odebrały mu kremowość, tworząc z tego jeden wielki zlep.
Drobinki napędzające miazgowość nie wymagały gryzienia, ale i o nie można raz po raz zahaczyć zębem. Co innego oczywiście kawałki większe. Były tam nawet ćwiartki, ale w większości drobno-średnie kawałki.
Migdały gryzłam w większości na koniec, gdy masa już zniknęła, acz... było ich tyle, a całość miała taką strukturę, że w sumie trochę wymuszały gryzienie wcześniejsze. Cały krem czasem wydawał się przeznaczony do gryzienia.
Kawałki cechowała chrupkość i krucha twardość. Nie wydały mi się ani trochę zawilgocone. Na części ostała się migdałowa skórka. Z niektórych w ustach schodziła.

W smaku od początku czuć mocne, przesadzone prażenie. Było w tym coś trochę ze spalonych migdałów, acz złagodzonych olejem migdałowym. Nuty te wydały mi się trochę rozjeżdżać, ale zaraz połączyła je wytrawność.

Do wytrawności doszła lekka goryczka chyba skórek migdałów, acz nie była zbyt jednoznaczna. Zwłaszcza w pierwszej chwili przypisałabym ją raczej do spalenia, ale właśnie jak się okazało w ciągu kolejnych chwil, niekoniecznie.

Migdały jako takie rozbrzmiały mocniej. Wciąż ich smak wydawał się przesycony przeprażeniem, ale starały się nieco jakby wygładzić i wytoczyć odrobinę naturalnej słodyczy. Odnotowałam drobną maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach jednak migdały wróciły do przypalenia i goryczki, ale jako że wciąż i słodycz trwała na swoim miejscu, wyobraziłam sobie ni batony, ni ciastka "zlepki" zrobione z migdałów w słodkim lepiszczu, jakby wysmażone w jakiejś karmelowawej masie. Takiej palonej do goryczki.

Kawałki migdałów, zaznaczające się na języku, nakręcały przeprażony migdałowy motyw. Podobnie drobinki stanowiły jego kontynuację.

Gryzione obok masy kawałki wydawały się tonąć w jej smaku. Gryzione na koniec wydawały się wyrazistsze w migdałowość, mimo że w zasadzie miały bardzo podobny charakter. Były bowiem przeprażone. Niektóre trafiały mi się bardzo gorzko-palone. Ta przeprażona goryczka mieszała się z goryczką skórek, acz obie goryczki splotły się też z naturalną słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak migdałów przeprażonych, wręcz przypalonych o wytrawnym charakterze z motywem goryczkowatych skórek. Zaznaczyła się też oleistość.

Krem wyszedł jeszcze gorzej niż McEnnedy American Way Smooth Almond Butter. Baza na pewno była ta sama, ale kawałki migdałów nie wniosły niczego dobrego, a tylko skomplikowały mieszanie, jedzenie itd. One, jak i baza, były przeprażone, więc to taki dodatek, aby sobie był. Można było go lepiej dodać. A forma, wymuszająca ciągłe gryzienie; zlep, a nie błoga kremowość to nie moja bajka.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Lidlu
cena: 12,99 zł (za 170g; chyba, bo nie pamiętał na pewno)
kaloryczność: 631 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały

piątek, 28 lutego 2025

Henry Lambertz Eierlikor Dark Chocolate with eggnog truffle filling ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem jajecznym

Choć u nas w domu to Mama, nie ja, ma hopla na punkcie słodyczy adwokatowych, zabajone itd., to gdy dostałam serię 3 tabliczek Henry Lambertz z nadzieniami alkoholowymi, założyłam, że dziś przedstawiana będzie najlepsza. Stąd decyzja o zostawieniu jej na koniec. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to nie moja bajka i większość i tak trafi do Mamy. Trzymałam tylko kciuki, by okazała się na tyle adwokatowo zadowalająca, by jej posmakowała. I może przy okazji, ciekawostkowo, także trochę dla mnie?

Henry Lambertz Eierlikor Zartbitter Schokolade mit Eierlikor Truffelfullung / Dark Chocolate with eggnog truffle filling to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z (35%) truflowym nadzieniem na bazie likieru jajecznego / advocata.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach adwokata, zasładzającego w ciężki sposób, mieszającego się z przecukrzoną ciemną czekoladą. Dominował, ale jej nie zagłuszył zupełnie. Ułożyły się ze sobą tak, że czuć, iż zarówno sam advocat, jak i czekolada zostały przesłodzone. Zwłaszcza przy podziale i już w trakcie jedzenia, odważyła się nutka śmietankowa, osadzona w likierowej słodyczy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się polewowa. Przy łamaniu też kojarzyła się z twardą polewą, średnio głośno, ale bardzo chrupko trzaskając. Kostki wyglądały na zrobione z warstwowej, chrupkiej polewy. Nadziano je średnio-małą ilością mazistego i lepkiego kremu, wykazującego plastyczność. Nie dość, że warstwa czekolady była bardzo gruba, to na dnie każdej kostki tworzyła wypukłość. Przy odgryzaniu kawałka łamała się i wgniatała w miękkie nadzienie.
W ustach czekolada rozpływała się maziście i tłusto w maślany sposób. Wydała mi się ulepkowa, prawie trochę oporna, acz jednocześnie kremowo-gęsta. Rozpuszczała się szybkawo, po chwili ujawniając nadzienie.
Wnętrze dopasowało się do niej. Też rozpływało się dość szybko i było maziste, ale inaczej. Odznaczało się wyższą tłustością. Zmieniało się w maślano-śmietankową, trochę maślaną zawiesinę. Odebrałam je jako trochę śliskawo-gładkie, mimo że znalazła się w nim też lekka pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz ciemnej czekolady, która kojarzyła się z likierem i syropem kakaowym. Krem niemal błyskawicznie zdradził swoją obecność. W czekoladzie z czasem pojawiła się śmietankowa sugestia, a ja zarejestrowałam, że lekko przesiąkła nadzieniem nawet w miejscach, gdzie go nie dotykało. Gorzkość o palonym zabarwieniu odezwała się po chwili. Mimo drobnej cierpkości, całość jawiła się jako bardzo cukrowa.

Nadzienie rozbrzmiało się już po chwili, umacniając likierowy wydźwięk czekolady, ale dokładając do niego likier jajeczny, którego alkoholowość była już realna. Kiedy rozlało się po ustach, wychodziło na pierwszy plan. Advocat dominował; alkoholowość była wyrazista, ale nie uderzała do głowy. Advocatowy krem był bardzo słodki w zrozumiały sposób. Zarysował się na śmietankowym tle, a po chwili w słodyczy przemknęła lekka sztucznawość. Zaraz jednak zniknęła na rzecz wszechobecnej jajecznej alkoholowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz i alkohol rozgrzewały w gardle. Likier jajeczny sprawił, że sama czekolada wydała mi się nieco bardziej cierpka i gorzkawa. Może kawowa? A zarazem polewowa, ale o dziwo nie gryzło się to z likierem jajecznym.

Alkohol z czasem słabł, ale nie znikał, a ja w nadzieniu odnotowałam maślaność i bardziej zwróciłam uwagę na jego śmietankowy aspekt. Jego silna słodycz wciąż jednak wydawała się zrozumiała. Mimo że nie było mocno, chamsko alkoholowe, im nadzienie bardziej znikało, tym mocniej spłycona wydawała się czekolada - właśnie chyba przez alkoholowość. Końcowo przypominała cukrową, trochę gorzkawo kakaową i maślaną polewę.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, śmietankowego ajerkoniaka i ogólne przesłodzenie. Czułam cukrowość, wzmocnioną alkoholem w gardle. Nutka czekolady niby wyszła cierpko-gorzkawo, palono, ale w sposób polewowy i trochę tandetny. Także ona dołożyła się do przesłodzenia.

Tabliczka byłaby w zasadzie dobra, ale mam zastrzeżenia. Kremu pożałowano, a sama czekolada była mocno średnio-kiepskawa. Nadzienie było intensywne, że jeszcze ją spłyciło, ale samo w sobie też wydawało się przytłoczone. Dobrze oddawało advocata, ale to za mało, bym miała tę czekoladę ogólnie chwalić. Ogół był przesłodzony. O ile słodycz wnętrza rozumiem, tak czekolady nie, tak samo jak jej polewowość. W sumie... Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że akurat takiemu nadzieniu nie przeszkadzała i całkiem nieźle to współgrało, jednak i tak wolałabym lepszą czekoladę. Do likieru jajecznego warto byłoby dać coś stonowanego. Nie lubię wystawiać połówek, ale tu musiałam, bo choć tabliczka wyszła lepiej od Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey, to jednak nie czuję tej 7, którą najpierw chciałam jej wystawić. Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling dostała 7, bo ogólnie patrzyłam na nią przychylniej z tego powodu, że zaoferowała coś ciekawego, łącząc pina coladę z mleczną czekoladą (a nie jak zawsze wszyscy z białą).

Połowa to było moje maksimum, resztę z przyjemnością oddałam Mamie. Jej opinia trochę mnie zaskoczyła: "Mi w ogóle ta czekolada nie smakowała. Napaliłam się na to nadzienie, a ono było takie trochę bez wyrazu. Niby ajerkoniakowe, ale jakieś mdłe nawet jak same wyjadałam. Bo czekolada to taka jak denko w czekoladkach, kiepsko ciemno-polewowa".


ocena: 6,5/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 17,5% likier jajeczny (zawiera barwnik: beta-karoten), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowy, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

czwartek, 27 lutego 2025

Chapon Cacao Rare Equateur ciemna 74 % z Ekwadoru; po zmianach 2024

Gdy wiosną 2024 weszłam na stronę Chapon zobaczyłam duże zmiany: pozmieniały się opakowania i zawartości kakao na stronie. Jak się jednak okazało, zmiany w zawartościach były błędami - nie zmieniono tego. A jednak zmiany w produkcji były. Zaprzestano bowiem używać cukru trzcinowego, a zaczęto białego, ku mojej rozpaczy. Chapon Chocolatier Chocolat Noir D'Origine Equateur była dobra, acz delikatna. Czy w jej przypadku posłodzenie innym cukrem mogło wyjść na dobre? Byłam sceptyczna, ale może uwielbiane przeze mnie Chapon wie, co robi?

Chapon Cacao Rare Equateur to ciemna czekolada o 74% zawartości kakao z Ekwadoru; wersja od 2024.

Po otwarciu poczułam kwiatowe uderzenie jaśminu i róży o wielu odsłonach, podsyconych nutką cytrusów. Czułam zarówno świeże, ciężkawe kwiaty, jak i słodką wodę różaną oraz bardzo słodką konfiturę z róży - ucierane z cukrem płatki (z odrobinką soku z cytryny?). Słodycz ogółu stała na wysokim poziomie, bo dołożyły się do niej krówki i wilgotne daktyle. Przechodzące w lody krówkowe i daktylowe? Podane w nieco karmelowym, cukrowym waflu duńskim. Przełożyły się na wizję śmietankowo-czekoladowego mousse'u. Ta właśnie śmietankowość zaprosiła... sernik... cytrynowy, ale bardzo delikatniusi i słodziusi. Wychwyciłam jeszcze mandarynki i truskawki (acz też jako coś truskawkowego?), a w oddali ciepłą, rozgrzaną letnim słońcem ziemię. Czystą, zmieszaną z kwiatami, że może w doniczkach rozstawionych na oknach?

Podczas łamania, masywna tabliczka głośno trzaskała. Choć była twarda, wydawała się trochę krucha. 
W ustach rozpływała się powoli, niczym chłodne, a dopiero ocieplające się masło. Powoli przybierał postać gęstego budyniu i topiących się, ciężkich lodów śmietankowych. 
Końcowo w miękkiej mazi odnotowałam drobną pylistość.

W smaku od początku czułam bardzo wysoką słodycz. Przywitała mnie woda różana, w asyście wanilii, mlecznych krówek i karmelu. Ten ostatni przedstawił się też jako mleczno-śmietankowy, mało palony.

Woda różana przybrała na słodyczy, a ja wyobraziłam sobie płatki róży ucierane z cukrem, przerabiane na słodką i mocno kwiatową konfiturę. Różę wsparły nieco bardziej rześkie kwiaty... jaśmin? I róża też pokazała się z nieco bardziej świeżej trony.

Obok kwiatów pojawiło się trochę po prostu świeżości roślin i czysta ziemia z doniczek. Przemknęły mi jeszcze naturalnie słodkie, lekko prażone orzechy laskowe.

W tym czasie od karmelu popłynęła śmietankowość. Zmieniła się w lody śmietankowo-waniliowe, podane w waflach duńskich. One zdradzały lekką cukrowość, ale kryły też mocniej pieczone echo. Ziemia podkręciła goryczkę.

Ziemistość i wafle przełożyły się na wizję mousse'u czekoladowego. Czekoladowo-orzechowego? Ze szczyptą cynamonu? Wafle przywołały... płatki kukurydziane? Acz z orzechami siekanymi, bardziej orzechowe. Gorzkość zaczęła się oddalać, a mousse zrobił się bardziej orzechowo-śmietankowy, mleczny.

Przy mleku i śmietance pojawiła się lekka soczystość czerwonych owoców, ale w wydaniu czegoś. Lodów truskawkowych? Soku z truskawek? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam delikatniusi, znikomy kwasek.

Wyobraziłam sobie truskawki, maliny i poziomki ze śmietaną i cukrem, a potem przemknął mi sernik cytrusowy. Baza mogła być lekko cytrynowa, wzbogacona o cząstki... słodziutkich mandarynek? Kwasek przycichł, lecz słodycz przecięła lekka cierpkość skórek cytrusowych.

Słodycz rosła. Sernik przeszedł w lody... Oczami wyobraźni patrzyłam na pucharki wypełnione lodami truskawkowymi i cytrynowymi, ale... wydawały mi się coraz bardziej mgliste. Musiały być sowicie posłodzone wanilią. Dołożono jeszcze lody niby, ale mało wyraziście krówkowe? Orzechowo-śmietankowe? Te jeszcze bardziej dosłodziły kompozycję, a mi przemknęła zwykła cukrowość. 

Aż prawie zniknęły, zostawiając soczystość. Krówki za jej sprawą zmieniły się w wilgotne, miękkie daktyle. Wydawały się naturalnie wpisywać w czekoladowość i przywróciły mousse bardziej czekoladowy. Może właśnie zdrowszy, daktylowy? Odrobinka cynamonu przywróciła z tła ziemię, acz podporządkowaną słodyczy. Na myśl przyszło mi... mleko cynamonowo-waniliowe?

Echo czerwonych owoców mignęło mi gumą balonową, acz odrobinka mandarynek kierowała myśli ku soczystości i odrobince kwasku.

Końcowo ziemia pozwoliła sobie na więcej. Była to ziemia z doniczkowych kwiatów. Wróciła wyraźnie, a także przypomniała o kwiatach. Znów czułam ciężkawe róże i wodę różaną, ale z rześkością jaśminu.

Po zjedzeniu został posmak niemal zasładzających daktyli i ziemi. Była czysta, doniczkowa i związana z rześkością roślin, kwiatów, mimo że tuż obok utrzymywała się ciężkawa słodycz wody różanej. W oddali czułam echo cytrusów jako lody / sernik, z wyraźną śmietankowością, a także coś leciusio truskawkowego.


Czekolada w zasadzie bardzo przypominała  Chapon Chocolatier Chocolat Noir D'Origine Equateur z 2022, ale jakby prawie zupełnie zrezygnowała z większości i tak delikatnego kwasku. Zostawiła sobie za to soczystość. Brak kwasku sprawił, że słodycz wyszła silniej, ale nabrała innego wydźwięku - bardziej daktylowego. Cytrynowe lody, mandarynki, sok z truskawek i malin z delikatnych nutek zrobiły się dosłownie nuteczkami. Ogólnie też słodycz wydała mi się uproszczona, mniej palona i jakby trochę okradająca z paloności całość, ale... jednocześnie wyłoniła się inna, pyszna nuta: woda różana. Słodka róża tu mocniej zagrała.
Jestem zaskoczona tak pozytywnym efektem. Choć żal mi, że gorzkość była tak niska, a słodycz jednak za wysoka, to ogólny wydźwięk wyszedł... lepiej? Trochę tak. Dzisiaj przedstawiana była nie tylko przyjemna, ale i wciągająco-ciekawa.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: €8 (około 34 zł; za 75g)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 25 lutego 2025

Ritter Sport Kaffee Knusper ciemna 50 % i mleczna kawowa z kawałkami płatków kukurydzianych

Mimo że nie przepadam za Ritter Sport, ich czekolady raz po raz pojawiają się u mnie. Te, które zawierają dodatki do gryzienia, wydają się w porządku, niewymagającymi opcjami do zabrania w góry. Nie wiem jednak, co to musiałby być za wariant, bym sama go sobie kupiła. Na dziś przedstawianą sama się co prawda natknęłam, ale było to podczas zakupów z ojcem, za które on płacił, więc tylko dlatego się na nią zdecydowałam. Ostatnimi czasy przeszła mi zupełnie kawa, ale jej połączenie z płatkami kukurydzianymi wydało mi się tak dziwne, że aż postanowiłam spróbować. O tym jednak, jak dziwna, warstwowa to czekolada jest, dowiedziałam się jednak już przygotowując posta pod recenzję i planując, gdzie ją wezmę.
Nie zaplanowałam jej na żadne konkretne miejsce, acz obstawiałam, że otworzę ją jakoś... ja wiem? Jeszcze przed samym Koprowym? Jako pierwsza, przed Frey Supreme Crunchy Dark Fruit & Nut. Tak się jednak nie stało. Musiała trochę poczekać (wcześniej nie było dobrego miejsca, a nie chciałam przeznaczyć potencjalne gorszej tabliczki na sesję na szczycie). Koprowy Wierch upatrzyłam sobie już jakiś czas temu, jednak odkładałam go zawsze na kiedyś tam, bo nie widziało mi się iść tą samą drogą tam i z powrotem, a moja wymarzona pętla przerażała długością wszystkich i jakoś nie miałam, jak się tam wybrać. Aż wreszcie, acz z lichą nadzieją, poszłam. Gdy z Koprowego Wierchu zeszłam na Koprową Przełęcz, w oddali, gdzieś pewnie nad Rysami, zaczęło błyskać. Nad trasą, którą weszłam, chyba padało, więc prawie oczywistym było pójście niebieskim szlakiem do Tri Studnicky, czyli wreszcie mogłam zrobić moją wypatrzoną pętlę! Hlinską Dolina (którą potem poszłam do Doliny Koprowej) robiła ogromne wrażenie, choć musiałam trochę się spieszyć, bo bałam się, że burza zacznie mnie ścigać. Co nie znaczy, że nie znalazłam chwili na sesję zdjęciową czekolady. 

Ritter Sport Kaffee Knusper to (36%) ciemna czekolada o zawartości 50% kakao na (59%) warstwie czekolady mlecznej kawowej z (5%) kawałkami płatków kukurydzianych.

Po otwarciu poczułam zapach słodkiej, mlecznej kawy czekoladowej z zaznaczonym akcentem kakao. Słodycz była wiodąca, ale nie bardzo wysoka czy cukrowa. Dodatki nie ujawniły się nawet przy i po podziale.

Tabliczka złożona z dwóch warstw na wierchu wyglądała jak polewa kakaowa, a od spodu wydawała się bardziej ulepkowata, potencjalnie proszkowa. Choć z opisu wynika, że więcej było kawowej, pod względem struktury tak tego nie odebrałam.
Łamana dała się poznać jako twarda i krucha. Raczyła mnie raczej chrupnięciami i chrzęstem, za który odpowiadały dodatki, niż trzaskami. Przekrój potwierdził, że nie pożałowano małych i średnich kawałków (które prześwitywały na spodzie). Umiejscowiły się tylko w beżowej części.
Próbowałam warstwy rozdzielić, ale nie udało mi się to ani zębami, ani w domu przy pomocy noża.
W ustach czekolada ogólnie rozpływała się chętnie, w tempie umiarkowanym, ogólnie łatwo rzednąc. Dół trochę stopowały dodatki, więc zostawał czasem razem z wierzchem, ale coś czuję, że gdyby nie one, zniknąłby pierwszy. Całość była zbita, ale nie bardzo twarda, a z pewną miękkością, mimo że czekolada zbyt miękka też nie była. Dół odznaczał się lekką pylistością, wierzch szedł bardziej w kierunku mazistej, maślanej polewy. Niby był gładki, ale jakby niezupełnie.
Obie części były tłuste.
Dość szybko na języku i podniebieniu zaznaczały swoją obecność kawałki kukurydzianych płatków. Wiele z nich miało ostre brzegi.
Tylko na próbę w przypadku może ze dwóch kęsów pogryzłam je obok czekolady - wolałam zostawiać je na koniec.
Corn flakesy gryzłam, gdy wszystko inne już zniknęło. Były chrupiące i twarde, tylko nieliczne trochę częściowo nasiąkły i zmiękły. Gryzione już oczywiście tak - wtedy wlepiały się w zęby.

W smaku niezależnie od tego, jak ułożył się kawałek, witała mnie słodka kawa. Od samego początku dominowała. 

Ewidentnie była to kawa mleczna. Mimo jednak łagodności, wprowadziła lekką gorzkość.

Pomyślałam o kawie zrobionej na znacząco palonych ziarnach, ale z dodanym mlekiem i mnóstwem cukru. Słodycz znacząco rosła.

Gorzkość odrobinę też, ponieważ ciemna czekolada wkroczyła do gry. Wciąż jednak nawet nie starała się wyprzedzić delikatnej gorzkości kawowej. Całość ułożyła się w wizję czekoladowej kawy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukrowa słodycz dawała się we znaki, mimo że wyłaniały się corn flakesy, trochę ją rozbijające. Niegryzione w smaku niewiele wnosiły. Po prostu zaznaczały swoją obecność. Pogryzione na próbę obok czekolady okazały się średnio intensywne, ale spodziewanie cornflakesowo-zbożowe. 
Ogólnie do głowy zawitało wyobrażenie o... Płatkach kukurydzianych z mlekiem kawowym? Oczywiście dosłodzonych do przesady.

Gdy spróbowałam trochę osobno spodu, okazał się zaskakująco dobrze wyważony. Bardzo słodki, ale jeszcze nie bardzo przesadnie, bo jednocześnie mocno mleczny i wyraźnie kawowy.
Wierzch z kolei przedstawił się jako przecukrzony zupełnie, trochę palono gorzki w polewowym stylu i bez polotu. W zestawieniu po prostu trochę wspierał część kawową kakaową nutką. Niestety jednocześnie przełożył się też na przesłodzenie. I... Trochę pralinowy charakter całości? W smaku czuć, że kawowa część stanowi większość.

Z czasem cukrowa słodycz drapała w gardle.

Myśl o przesłodzonej, czekoladowej kawie z mlekiem utrzymała się. Jej echo z cukrowością robiło za niewyraźne tło płatkom kukurydzianym. Te dziwnie, w zasadzie pozytywnie dopóki nie odezwała się sól (a odzywała się nie przy każdym kęsie), zgrywały się z kawową czekolada. 

Corn flakesy gryzione na koniec smakowały wyraźnie sobą. Nie trafiłam na mocniej pieczone, za to dość często pojawiała się w nich odrobinka soli. Nie w przypadku wszystkich kęsów, ale epizodycznie ją czułam. Wyraźnie mniej więcej w połowie zjedzonych kostek

W posmaku zostały głównie płatki kukurydziane, czasem z lekko słonawym echem, ale też odczuwalna ogólnie, także w gardle, cukrowa słodycz. W oddali majaczyła kawa z odrobiną mleka.

Całość nie usatysfakcjonowała mnie pod względem gorzkości - ciemna czekolada miała zdecydowanie zbyt spolegliwy charakter. Jak dla mnie to ona powinna być bazą. Płatków kukurydzianych za to miałam przesyt i nie podobało mi się, że zdarzały się słonawe. Z zaskoczeniem uznałam, że częściowo (te niesłone) w zasadzie pasowały do czekoladowo-pralinowej kawy z mlekiem. Jednak zostaje jeszcze kolejna wada: kaleczyły język i podniebienie. Pojawiająca się w nich sól do niczego mi w tej kompozycji nie pasowała. Ona, jak i w ogóle dodatek, pewnie miały zwyczajnie przełamać słodycz, ale gryzły się na smak z resztą, a słodycz i tak była drapiąca. Wydaje się jednak przesadzona tylko trochę, niektórym pewnie może się spodobać.
Jako ciekawostkę trochę można zjeść, ale raczej tak ot, w górach. W domowych warunkach nie sprawiała mi przyjemności i zjadłam tylko trochę, by zweryfikować. Ogólnie wystarczyło mi 7 kostek (w tym jedna w domu), a potem... No już jakoś miałam przesyt.

Resztę oddałam Mamie. Podsumowała: "Smaczna, ale szkoda, że taka słodka. Tak słodka, że całej na pewno bym nie dała rady. Nie czułam, by coś z ciemnej w niej było. Taka po prostu mleczna kawowa z płatkami kukurydzianymi. Mi się słone nie wydały. Albo nie trafiłam, albo tak się na tej słodyczy wszechobecnej, zasładzającej skupiłam. Za słodka, a tak byłaby bardzo fajna. No i może jeszcze przesadzili z ilością tych corn flakesów".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,49 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, kukurydza, laktoza, kawa (mielona) 1,5%, masło klarowane, emulgator: lecytyna sojowa; sól, słód jęczmienny. 

poniedziałek, 24 lutego 2025

Frey Supreme Crunchy Dark Fruit & Nut ciemna 44 % z rodzynkami, migdałami, orzechami laskowymi siekanymi i mielonymi oraz orzechowym brittle / karmelizowanymi kawałkami orzechów

Po Frey Supreme Crunchy Dark Hazelnut uznałam, że z ochotą kiedyś w góry zabiorę jeszcze jakąś ich tabliczkę. Jako że od dłuższego czasu chodziła za mną czekolada ciemna z rodzynkami i orzechami laskowymi, a Milka Mmmax Trauben-Nuss / Raisins & Hazelnuts oczywiście nie usatysfakcjonowała, ta wydawała się idealna. Przyznać się jednak muszę, że kupując nie wczytałam się, czym jest dokładnie. Gdybym to zrobiła, pewnie decyzja o kupnie byłaby trudniejsza, bo od razu wydała mi się zbyt przeładowana tym wszystkim. I tak jednak uznałam, że jest godna na bardzo obiecujący szczyt w Tatrach Słowackich.
Choć zaplanowałam trochę inny początek trasy, wyruszyłam niebieskim szlakiem z Tatranskiej Strby do Rozdroża przy Popradzkim Stawie, ale od razu odbiłam tam w stronę Koprowej Przełęczy. Wciąż szlakiem niebieskim, o staw nawet nie zahaczając. Droga wyraźnie szła w górę, ale wcale nie czułam w nogach wysokości. Sporo w lesie, potem część niestety wyeksponowana na słońce, ale chmury ratowały sytuację. Na szczyt z Koprowej Przełęczy było trochę dreptania po skałach, czasem dość wysokich, ale podejście mi się podobało. Na samym Koprowym Wierchu trochę ludzi było, ale tłumem nie mogę tego nazwać. Bez trudu znalazłam wyjątkowo wygodną skałę z zachwycającymi widokami i na niej zabrałam się za dziś prezentowaną czekoladę. 

Frey Supreme Crunchy Dark Fruit & Nut Dark chocolate with raisins, hazelnuts and almonds, topped off with crunchy hazelnut brittle to ciemna czekolada o zawartości 44% kakao z miazgą z orzechów laskowych (gianduja?) oraz z rodzynkami, orzechami laskowymi i migdałami oraz "brittle" z orzechów laskowych, czyli kawałkami karmelizowanych orzechów ("na wierzchu" - jak rozumiem, na wierzchu dodatków, nie tabliczki); wyprodukowana przez Delica AG.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych, słodkich w naturalny sposób orzechów laskowych i rodzynek. Nieco dalej za nimi znalazła się cukrowa, acz ze szlachetniejszym echem, czekolada. Nie powiedziałabym, że ciemna, jednak mleczna na pewno też nie. W oddali ujawniło się echo migdałów i palonego cukru. Ostatnie nasiliły się przy podziale i w trakcie jedzenia.

Twarda tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie trochę ulepkowatej. Na spodzie widać w niej średnią ilość trudnych do rozpoznania dodatków.
Przy łamaniu trzaskała krucho i głośno. Także przekrój sugerował, że dodatków było średnio dużo (ale to tylko złudzenie). Część łamała się wraz z nią, część zostawała w którejś z części. Wyłoniły się migdały w skórkach, kawałki laskowców i trochę rodzynek.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, mięknąc po chwili. Dała się poznać jako aksamitna, kremowa i maślana, ale nie za mocno tłusta. Podniebienie pokrywała coraz bardziej mazistymi smugami i ujawniała dodatki. Trzymały się jej długo. Okazało się, że summa summarum była nimi sowicie wypełniona, a jednak nie miałam wrażenia, że to zlepek-ulepek, a czekolada z dodatkami.
Tylko na próbę ze dwa czy trzy razy pogryzłam je obok czekolady, większość zostawiałam na koniec.
Miałam wrażenie, że dominowały kawałki orzechowego brittle, czyli w zasadzie zlepki orzechów w karmelu. Bardzo dużo było też rodzynek. Migdałów (głównie całych, ale zdarzyły się też słupko-kawałki) z kolei tak sobie, a małych, średnich i dużych kawałków orzechów laskowych mało. 
Od kawałków orzechowego brittle wraz z czekoladą trochę rozpuszczał się trochę cukier, ale niewiele wniósł. Im zdarzyło się raz po raz stukać o zęby. Rodzynki zaś tchnęły w całość lekką soczystość.
Migdały gryzione na koniec okazały się krucho-twardawe i chrupiące. 
Orzechy laskowe - głównie średnie kawałki i ćwiartki, acz zdarzyły się też połówki - wyszły nieco delikatniej, ale i one przyjemnie chrupały.
Kawałki orzechowego brittle to mikroskopijne kawałeczki mocno skarmelizowanych orzechów laskowych. Były twarde, chwilami wręcz kamienne i rzężące ze względu na skorupko-lepiszcze z palonego cukru, jaka je pokrywała i w jaki kawałeczki były powtykane.
Rodzynki przedstawiły się jako jędrne i soczyste, a zarazem kleiste.
W rozmieszczeniu nie było żadnego ładu. Choć opis głosi, że brittle dodano na wierzch, nie odczułam tego. Przeplatało się z resztą. Ta była rozmieszczona bardzo różnie. W pewnych miejscach skumulowały się np. rodzynki, w innych kawałki orzechów. Ogólnie jednak odczułam niedosyt laskowców i w sumie też migdałów.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz o lekko waniliowym zabarwieniu. Cukier także się ujawnił, acz odnotowałam też drobną nutkę orzechów, przekładającą się na nugatowe skłonności całości.

Całość trochę przesiąkła laskowcami. Przemknęło mi echo palonego cukru, który trochę rozchodził się od pojawiających się co i raz kawałków brittle.

Do głowy dość często, choć nie przy każdym kęsie, przychodził mi zdrowy, rodzynkowy karmel. Rodzynki dawały o sobie znać, włączając drobną, słodką soczystość.

Słodycz rosła konsekwentnie i znacząco, ale nie męczyła bardzo ze względu na dodatki. Za nimi przewinęła się bardzo łagodna gorzkawość. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukrowa słodycz raz po raz zaznaczyła się w gardle, a baza tak złagodniała, że robiła małe aluzje do mleczności. Ta jednak zaraz umykała w słodyczy i nasilającym się wątku dodatków. W zależności od tego, jakie akurat znalazły się w ustach, końcowo baza robiła się albo bardziej cukrowa (chyba głównie przy brittle), albo bardziej cierpkawa za sprawą kakao. Czasem ta leciutka cierpkość robiła z dodatkami za przeciwwagę cukru (z echem waniliowego nugatu?)

Gdy baza zniknęła, gryzłam dodatki. Niemal zupełnie przygłuszały czekoladowe echo. Smakowo dominowało to, czego akurat znalazło się w ustach najwięcej, acz ogólne wrażenie miałam takie, że brittle miało najbardziej imperatywne zapędy.

Brittle, czyli zbitki karmelu i kawałeczków orzechów laskowych miały bardzo intensywny smak. Zaserwowały mocno wysmażone w cukrze-karmelu orzechy. Na siłę dało się rozpoznać laskowe, ale nie w przypadku każdej ich zbitki, i jak już, to palone do goryczki. Podobnie zresztą jak cukier, który zdecydowanie nad nimi dominował.
Kawałki orzechów laskowych były mocno prażone, chwilami przeprażone, z echem epizodycznej goryczki. Czuć je, choć w obliczu całej reszty, jawiły się jako bardzo nieśmiałe.
Migdały dla odmiany wyszły wręcz surowawo. Były neutralne, leciutko słodkie. Okrywały je skórki, które wpisały się w neutralność.
Rodzynki w większości były bardzo, bardzo słodkie, niektóre wręcz zasładzające. Powiedziałabym, że to sułtanki. Mimo słodyczy, dodały także soczystość, a czasem nawet leciutki kwasek.

O ile rodzynki, migdały i orzechy laskowe przyjemnie ze sobą współgrały, tak np. zestawienie rodzynek z cukrowo-smażonym brittle chwilami wydawało się osobliwe.

W posmaku dominowały głównie dodatki - dokładniej to, co akurat pogryzłam. Największą łatwość w utrzymaniu się, miało jakby smażone brittle, potem rodzynki, a dalej migdały i na końcu laskowce. Osnuwała je przesłodzona, ale nie drastycznie czekolada. Miała w sobie coś z... kakaowego zdrowego karmelu z rodzynek? I trochę z nugatu z domniemaną śmietankowścią.

Czekolada całościowo w sumie była smaczna, ale jak dla mnie napchali do niej za wiele, przez co zrobił się mały śmietnik. Nie wszystkie dodatki do siebie pasowały. Nie odpowiadało mi też zbyt chaotyczne, nierówne ich rozmieszczenie. Wolałabym, by było więcej migdałów i orzechów laskowych, ale całych, a brittle wcale bym się pozbyła. Sama czekolada choć przesłodzona, w zasadzie jako baza się sprawdziła z tym swoim niemal mlecznym zacięciem. Ja jednak wolałabym więcej gorzkości. 
W górach szła całkiem nieźle, w domu skończyłam, co zostało, ale jej zasładzanie już trochę bardziej mi przeszkadzało.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 22,89 zł (za 180g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, rodzynki 8%, siekane i mielone orzechy laskowe 6%, tłuszcz kakaowy, brittle z orzechów laskowych 4,5% (cukier, orzechy laskowe), migdały 4%, masło klarowane, emulgator: lecytyna