czwartek, 19 marca 2015

Studentska grzane wino - jabłko mleczna z jabłkami, galaretkami i orzeszkami ziemnymi

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie pierwsze oznaki zimy (nie, nic mi się nie pomyliło), to pojawianie się grzanego wina w każdej możliwej odsłonie. Nie umiem się mu oprzeć, po prostu nie umiem. Pewnie zastanawiacie się, po co ja to piszę, ale następny akapit powinien to nieco wyjaśnić. 
Na wielu blogach można znaleźć bardzo pozytywne recenzje czekolad od Nestle, o nazwie Studentska, która od razu przywodzi na myśl mieszankę studencką (przynajmniej dla mnie). Zawsze byłam kompletnie wyprana z uczuć co do tej czekolady i mijałam ją obojętnie. W końcu, co nadeszło z limitowaną edycją zimową (tak, otwieram ją dopiero teraz), przełamałam się i dokonałam zakupu. Tylko ze względu na smak - grzane wino i jabłka. Jak dla mnie, od razu zabrzmiało to bardzo obiecująco, szczególnie, jeśli dodać do tego orzechy arachidowe, no i oczywiście, charakterystyczne galaretki, których w sumie byłam dość ciekawa. 


Po rozerwaniu papierka z zaskoczeniem odkryłam pazłotko, z którym chwilę się pomęczyłam, aż w końcu nadeszła chwila, kiedy dostałam się do samej czekolady. Nie pachniała zbyt ładnie. Słodko i jakby... tanią herbatą stylizowaną na grzaniec. W ogóle nie przypominało mi to zapachu mlecznej czekolady, którego się spodziewałam. Nie zrażona, ułamałam pasek. Gruby, widać, że środek jest nieźle naładowany. Może, mimo zapachu będzie smacznie. 
Przeliczyłam się. Tłusta, przeraźliwie słodka czekolada z kawałkami, których w pierwszych sekundach nie potrafiłam nazwać. Skupiłam się na czekoladzie, chociaż nie było to łatwe, po od razu dało mocnym smakiem soku jabłkowego średniej jakości, sklepowego, baaardzo dosłodzonego ze naganną ilością kwasku cytrynowego. Kakao w ogóle nie czuć. Nawet mowy o nim nie ma. Jest za to inna nuta... jakby cynamon? Niestety, zagłuszony słodkością. Ze zrezygnowaniem wzięłam się za wyłapywanie smaku nadzienia. Były orzechy arachidowe i to całkiem dużo - pierwsze pozytywne zaskoczenie. Była galaretka; klejąca i ciągnąca się, o wcześniej opisanym smaku jabłka. To te galaretki nadają ten smak soku? Czyli wracam do punktu wyjścia i dalej nie wiem właściwie, jak smakuje sama czekolada (i chyba nie chcę wiedzieć). Był jeszcze trzeci element, też jakby jabłko (ale kawałków jabłka w składzie nie ma), więc w sumie nie wiem. Na pewno czuć ten nieszczęsny sok. Po kilku kostkach nie oświeciło mnie, a ja miałam dość jakichkolwiek słodyczy przez resztę dnia. 

Ogólnie nie wiem, co o tej czekoladzie myśleć. Jest mało czekoladowa i w dodatku ma fatalny skład, z tych wszystkich dodatków zrobił się kompletny śmietnik, jakby chcieli zrobić czekoladę ze wszystkim, czym się da, a nie wyszło. I jeszcze kwestia grzańca... w ogóle nie zgadłabym smaku, gdyby nie było napisane na opakowaniu. 
Nie wiem, co ludzie widzą w tej firmie. Nawet nie mam zamiaru próbować innych smaków. 
Galaretki mogłyby wypaść fajnie, gdyby na nich się skończyło, bo jak dla mnie po prostu za dużo tu wszystkiego.
Kompletnie nie rozumiem fenomenu Studentskich. 


ocena: 3/10
kupiłam: jakiś mały sklep osiedlowy (nie w moim mieście)
cena: coś koło 7 zł
kaloryczność: 505 kcal / 100 g 
czy znów kupię: na pewno nie 

środa, 18 marca 2015

serki: Bakoma Bakuś Puszysty waniliowy, czekoladowy

W czasowej okolicy, gdy odkryłam lidlowe Mousse'y Deluxe (czekoladowy, amaretti) przypomniałam sobie, że istnieją Bakusie Puszyste. Lidlowe desery to limitowane, pojedyncze rzuty, więc liczyłam, iż okażą się godnym zamiennikiem. Może dziecięcym (których w sumie ja z dzieciństwem nie kojarzę, nie ciągnęło mnie do nich), ale jednak. A może miały okazać się młodszym rodzeństwem lidlowych? Zupełnie innym, ale też smacznym? Zaczęłam od potencjalnie gorszego.


Bakoma Bakuś puszysty waniliowy to serek twarogowy, który waży 90 gramów i zawiera "wsad smakowy" (w tym i oprócz jedynie naturalny aromat waniliowy, bez wanilii).

Serek waniliowy pachniał bardzo słodko jak waniliowy serek homogenizowany, trochę sztucznie, ale przyjemnie. Przełamał to lekko twarogowo-śmietankowy kwasek, co wyszło ciekawie.

Struktura zupełnie mi do tego nie pasowała. Mimo że napowietrzony jak mousse'owata chmurka, strasznie zatłuszczał. Czułam tłuszcz na ustach, a jednocześnie ściągnięcie chudego nabiału. Odpychało mnie od tego.

Smak jednak zaskoczył i wynagrodził mi to. Smakował słodko, bardzo słodko, ale w sumie w punkt, bo trochę neutralizował to kwasek twarogu. Wmieszał się w sztucznawy waniliowy klimat typowy dla serków homogenizowanych, trochę kojarzył mi się z Danio. Tylko że bardziej śmietankowo-twarożkowym.

Serek zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, gdy chodzi o smak i zapach. Może nie była to czysta, naturalna wanilia, ale cudownie serkowa. A do tego z nutą twarogu, którą lubię! Tylko że ta konsystencja mi do tego nie pasowała... Mimo że serek wyszedł lepiej, niż się spodziewałam, całościowo nie zachwycił.
Serki homo wolę o konsystencji serków homo i w dodatku bardziej niż w waniliowe, celuję w czyste.


ocena: 6/10
kupiłam: Lewiatan
cena: jakieś 1,20 zł (za 90 g) 
kaloryczność: 104 kcal / 100g 
czy kupię znów: nie


Bakoma Bakuś puszysty czekoladowy to serek twarogowy, który waży 90 gramów i zawiera 1 % odtłuszczonego kakao w proszku i 0,03% czekolady w proszku we "wsadzie o smaku czekoladowym".


Serek pachniał słodkim, delikatnym kakao i kwaśnym nabiałem, co stworzyło kwaskawo-czekoladkowo-serkowy, typowy klimat. Tu wydał mi się bardzo atrakcyjny.

Niestety konsystencja chmurki, napowietrzonej pianki rozczarowała. Wyszła jakoś za tłusto, oleiście. Tłuszcz osadzał się na ustach, a jednocześnie bardzo to ściągało w ustach jak nabiał odtłuszczony do granic możliwości.

W smaku serek wyszedł bardzo łagodnie. Słodko, ale nie za słodko i rzeczywiście kakaowo-czekoladowo. Niejednoznacznie, na pewno nie gorzko, ale z wyczuwalnym kakao. Było za to kwaśno. Trochę kakaowo, w dużym stopniu twarożkowo. Wydawał się aż śmietankowy, wyraźnie serkowy i nieco cytrynowy, co mnie zdziwiło.

Całość wyszła niby smacznie, bo jak to typowy serek czekoladowy / kakaowy, ale jednocześnie przesadzony: za kwaśny (w dziwny sposób), za tłusty (!) i jakby za chudy jednocześnie. Niby nie zły, ale nie ma w nim nic, bym znowu chciała go kupić.
Subiektywnie smakował mi chyba mniej niż waniliowy, ale w swoich kategoriach chyba oceny te same im się należą.


ocena: 6/10
kupiłam: Lewiatan
cena: jakieś 1,20 zł (za 90 g) 
kaloryczność: 104 kcal / 100g 
czy kupię znów: nie

wtorek, 17 marca 2015

McEnnedy Mini Brownies with Chocolate Chips

Zawsze, gdy pomyślę o lidlowym tygodniu amerykańskim, w głowie rozbrzmiewa mi tekst piosenki "Amerika" Rammsteina, a mianowicie "We're all living in Amerika, Amerika ist wunderbar". Z niemieckiego nigdy nie byłam dobra, ale nawet ja drugie zdanie jestem w stanie zrozumieć. Na szczęście, Ameryka to nie same hamburgery i frytki, to również bardzo cudowni, twórczy ludzie, którzy jakieś pewnie 100 lat temu wymyślili ciasto (ta, raczej zapomnieli dodać jednego składniku), którego różne wariacie dominują na wszelkich blogach z przepisami. Cudo to zwie się właśnie brownie i dzisiaj przedstawiam Wam jego lidlową, miniaturową wersję. Była jeszcze wersja z orzechami, ale nie zdecydowałam się na nią z prostej przyczyny - nie wiedziałam, jakiej to jest w sumie jakości i bałam się trafić na stęchłe orzechy (uraz przez pewną niedawną sytuację, w którą co prawda zaplątane były migdały, ale to szczegół). W internecie widziałam jeszcze kokosowe i karmelowe, ale oczywiście nie w Polsce.


McEnnedy Mini Brownies with Chocolate Chips, czyli nic innego jak 8 malutkich kawałków brownie z kawałkami czekolady ("biszkoptowe ciasto czekoladowe z płatkami czekoladowymi").

Każdy kawałek jest dokładnie pakowany osobno. Nie wygląda to może jakoś za ładnie, takie tam pazłotka, ale nie o opakowanie tu chodzi.

Mini brownie wygląda niepozornie. Taki ciastowy kwadratowy klocek. W dodatku tłusty. Pachnie przyjemnie, jak takie kakaowo-biszkoptowe ciasto z zakalcem i czekoladowe trufle.

A jak smakuje? Kakaowo-czekoladowo. Bardzo kakaowo, lecz wciąż słodko. Ku mojemu zaskoczeniu, podczas jedzenia w ogóle w smaku nie czuło się tego tłuszczu, o którym wcześniej wspomniałam. Ciasto jest tłuste, ale też cudownie mokro-wilgotne i mięciutkie. Środek wydaje się być wypełniony gęstą, mazistą masą, również kakaową, aczkolwiek już słodszą. Na jej obrzeżach natknęłam się na kilka całkiem sporych kawałków czekolady. Jej smak zlewał się z całą resztą, jednak ona nadawała całości jeszcze trochę słodyczy.

Warto zauważyć, że nie jest to taka czekolada, jaką producenci często dodają do muffinek, ciastek itp., która jest po prostu słodka i sztuczna. Nie. To jest prawdziwa, niezła czekolada.

Ogólnie te ciacha nie są sztuczne, nie przypominają "tworu z folii", a domowe, z blachy. Podsumowując: mamy kakaową bombę, która niektórym osobom (takim jak ja, uwielbiającą kakaowe rzeczy) na pewno skradnie serce. Na pewnie nikt nie będzie się krzywił podczas jedzenia. Warto spróbować, choćby jako ciekawostkę.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 6.99 zł 
kaloryczność: 438 kcal / 100 g; sztuka ok. 30g - 131 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, olej rzepakowy, pasteryzowana masa jajowa, 10,5% czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna sojowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, naturalny aromat), mąka pszenna, 4,6% płatki czekolady (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, naturalny aromat), mleko zagęszczone słodzone, mąka sojowa, syrop glukozowo-fruktozowy, białko jaja, stabilizator: glicerol, kakao w proszku, naturalny aromat, substancje spulchniające: difosforany, węglany sodu; sól, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna słonecznikowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem cytrynowym; substancje żelujące: guma ksantanowa, pektyny; kwas cytrynowy, mąka ze słodu pszennego

Aktualizacja z dnia 05.11.2017: Wróciłam do nich po latach i... udało im się podtrzymać ocenę. Pyszne! Zmieniłam tylko zdjęcia na ładniejsze.

poniedziałek, 16 marca 2015

Tasso rurki waflowe z kremem o smaku waniliowym

Mam w zwyczaju śledzić wiele blogów o tematyce słodyczy, przeglądać różne strony itp. Niestety (albo raczej stety) są też o wiele dojrzalsi ludzie, którzy tego nie robią. Ba, który nawet nie siedzą przy komputerach. Do tej właśnie grupy należy moja mama, która ostatnio przyniosła mi te właśnie rurki z kremem, gdyż zapamiętała, że je lubię, ale po prostu nie mogła wiedzieć, jak bardzo się one zepsuło, o czym swego czasu było głośno. Co ja na to wszystko? Będę musiała przekonać się na własnej skórze i chociaż tej recenzji w planach nie miałam, to jednak ciekawi mnie, czy jest aż tak źle, jak niektórzy mówią. 

Powoli, ostrożnie i podejrzliwie, otwieram żółte opakowanie rurek z kremem o smaku waniliowym. Czasami pierwsze wrażenie jest tym najważniejszym, bo grunt to dobre pierwsze wrażenie, bla bla bla.

Pierwsze co, zapach. Taki wafelkowy, słodki. Nie powiem, nawet przyjemny. Opakowanie jest dość spore, rurki leżą w kilku rzędach, wyglądają tak, jak takie rurki powinny wyglądać. (Z tym rozmiarem opakowania to różnie bywa, lepiej nie zostać sam na sam z takim dużym opakowaniem rurek). Ja jednak nie oceniam po pozorach, dla mnie liczy się wnętrze. Przynajmniej w słodyczach. Jak więc ze smakiem? Wafelek jest suchy, dość kruszący się, ale nie sypie się na wszystkie cztery strony świata. W smaku taki normalny, przeciętny, lekko słodki. Ciężko odrywał się, więc nie mogłam się pobawić przy obieraniu rurek, żeby dostać się do nadzienia dopiero po jakimś czasie. Moje spotkanie z nim nastąpiło szybciej niż zwykle. A wrażenia? Pierwsze, co przychodzi mi do głowy i pierwsze, co poczułam, gdy tylko ugryzłam rurkę, jest słodycz. Taka sztuczna, drapiąca w gardle słodycz. Krem jest bardziej rzadki niż gęsty, co, jak mi się wydaje, spotęgowało jeszcze ten smak. Kiedyś czuć było wanilię... a teraz? Teraz to oprócz słodyczy czułam jakby jakiś kwasek cytrynowy, którego co prawda w składzie nie było, ale pewnie ta cała chemia (skład... 0,002% sproszkowanej wanilii... wysilili się) zaburzyła moje zmysły. Oprócz tego krem jest dość tłusty i pozostawia nieprzyjemny posmak na języku. 

Chyba pierwszy raz w życiu nie zjadłam więcej niż trzy rurki. Nie ze względu na silną wolę, ale po prostu, w porównaniu z tym, co było kiedyś, nie smakowały mi. Niby nie są aż tak ohydne, żeby nie dało się ich zjeść (bo ze dwie z kawą, bardzo gorzką, się da), ale przy np. rurkach z lidla wypadają bardzo kiepsko. Tutaj mamy waflową rurkę z kremem z cukru z cukrem. Kiedyś rurki Tasso miałyby u mnie mocne 10/10 ale teraz... Niech się cieszą z tych 5. 


ocena: 5/10
kupiłam: Biedronka (moja mama kupiła, ale wiadomo gdzie)
cena: nie pytałam
kaloryczność: 546 kcal / 100 g - 184 kcal / 3 rurki
czy znów kupię: nie

niedziela, 15 marca 2015

Muller Greek Style Mix Mousse Lemon taste Crunch

Nigdy nie przepadałam za jogurtami "dzielonymi na dwa korytka", a już na pewno nie lubiłam jogurtów z wszelkimi czekoladowymi kulkami. Nie dość, że wydawały mi się nudne, to jeszcze smaki poszczególnych części nigdy się dobrze nie łączą. Co jednak wyróżnia Mullera? A no ciekawe połączenia i... no właśnie. To, że poszczególne części cudownie łączą się ze sobą.

Muller Greek Style Mix Mousse Lemon taste Crunch to jogurtowy mousse z cytrynowymi chrupkami zbożowymi, choć według producenta (który oczywiście wie, jak najlepiej przyciągnąć konsumenta, a przynajmniej jego uwagę): "fermentowany słodzony produkt mleczny z 10% chrupek zbożowych o smaku cytrynowym".
Jogurt to 90 g, chrupki 10 g (prosta matematyka).

Po otwarciu czuć "słodko cytrynkowy" zapach - może niezbyt naturalny, ale smakowity oraz (oczywiście) łagodny jogurt.

Wspomniany jogurt miał w tym przypadku boską konsystencję. Nie był zbyt tłusty, przypominała bowiem mus, puszek, a jednocześnie wciąż miała w sobie coś z sycącego jogurtu (za to kocham jogurty aero Mullera!). Napowietrzona w stopniu idealnym struktura w pełni pasowała do łagodnego smaku. Ten wydawał się głównie greckonaturalny, leciutko słodki. Wyraźnie czuć jogurtowość, ale żadnych kwachów czy cierpkości.

Podobnie jest z leciutkimi i przyjemnie chrupiącymi kulkami. Same były dość neutralne; to grubawa polewa skupiała na sobie całą uwagę. W smaku czułam tu słodycz i wyraźnie cytrynowy smak charakterystyczny dla cytrynowych słodyczy, może i trochę "podkręcony", sztucznawy, ale nie chamsko chemiczny. Jak najbardziej mi przypasował.

Przyjemnie wyszło to z jogurtowością: łagodny, przyjemny kwasek, nie będący odstraszającym kwachem. Słodko, ale jednak z motywami wnoszącymi rześkość, cytrusowość.

Wszystko bardzo mi smakowało zarówno osobno, jak i w połączeniu. Zwłaszcza w połączeniu. Słodkocytrynkowy smak po prostu idealnie podkreślał jogurtowość mousse'u.


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: około 1.50 zł
kaloryczność: 172 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak

Skład: mleko, śmietanka 15,7%, cukier, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, mąka ryżowa, białka mleka, mąka pszenna pełnoziarnista, sól, mąka ze słodu jęczmiennego, słodka serwatka w proszku, emulgatory: E472b, lecytyny (z soi); barwnik: karoteny; żelatyna, aromat, bakterie fermentacji mlekowej, substancja pianotwórcza: azot

sobota, 14 marca 2015

Aero bubbles mint

Nie wiem, co mnie ostatnio tak na miętę naszło... A, no tak, terminy... Jakby nie było, przedstawiam Wam Aero bubbles mint, czyli czekoladowo-miętowe kulki od Nestle (bąbelkowa czekolada w formie kulek). Nigdy nie jadłam czekolady Aero, a w czekoladach tego typu nie jestem obeznana (próbowałam tylko karmelową od Milki i chyba jakąś od Alpen Gold) i w sumie nigdy mnie do nich jakoś specjalnie nie ciągnęło. Biorąc produkt ten do rąk, od razu jednak domyśliłam się, jakiej jakości jest taka czekolada.

Kiedy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam bardzo intensywny zapach mięty. W sumie to liczyłam na produkt bardziej czekoladowy, z domieszką mięty, ale mówi się "trudno i żyje się dalej. Paczka jest zapełnione mniej więcej do połowy zielono-brązowymi kulkami, wielkości dużych orzechów laskowych (ewentualnie małych włoskich). Połowa czekoladowa, połowa miętowa? Nic bardziej mylnego! Prawie całość jest miętowa; to znaczy cały środek i połowa wierzchniej warstwy, której to druga połowa jest mleczno-czekoladowa. Nie jest to żaden wykwintny, kakaowy twór, ale to raczej oczywiste. Mamy słodką masę, taką jak w większości czekoladek dla dzieci. Część miętowa smakuje, tak jak i pachnie - jest wyraźna i, co nie jest żadnym odkryciem, słodka. Jeśli chodzi o konsystencję, oczywiście struktura każdej sztuki jest napowietrzona, bąbelkowa. 
Moja nieujarzmiona ochota na coś bardzo słodkiego i "udziwnionego" została zaspokojona. Zjadłam trzy kulki na raz. Wystarczyło. Sądzę, że większa ilość (jak np. sugerowana porcja, czyli 8 sztuk) by mnie zasłodziła, albo bym po prostu miałabym dosyć, a muszę przypomnieć, że mój próg zasłodzenia jest naprawdę wysoki. Tutaj chyba nawet nie chodzi o samą słodycz (słodsze od milki to to nie jest), ale... bo ja wiem? Ogólnie o smak. Żeby nie było, nawet smakują mi, ale nie jest to szczyt marzeń, zjadłam, bo zjadłam. 



ocena: 6/10
kupiłam: Wielka Brytania 
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 538 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

Przynajmniej nie będę już czyhać na smak pomarańczowy... chyba. :P 

piątek, 13 marca 2015

baton / wafel Lion Peanut

Odkąd pamiętam moim ulubionym batonem był Snickers. Na smak nie miał sobie równych! Ale... konkurencję miał z innymi sprawami związaną. KitKata jadłam równie często ze względu na to, jak fajnie można go było jeść (ogryzając z czekolady, dzieląc itd.). Do Liona zaś miałam słabość przez... lwa. No ok, i przez smak, choć zawsze sobie myślałam, że zamiast chrupek mógłby mieć właśnie orzeszki, ale tak. Od dziecka lwy były moimi ulubionymi zwierzętami, więc ten baton miał moje serducho i tyle! Gdy babcia się o tym dowiedziała, kupowała mi go na każdy mój przyjazd. A potem kupowała po dwa... "Te twoje ljony" - mówiła... mówiła i kupowała, kupowała... Kupowała... Aż na myśl o nich zaczęło mi się robić niedobrze i przez wiele lat nie mogłam na nie patrzeć. Gdy jednak szykowała się wyprawa w góry, z I. odwiedziłyśmy jakiś sklep i wpadło mi w oczy coś, czego nigdy stacjonarnie (chyba) nie widziałam, a co wydawało się być spełnieniem dziecięcego marzenia - "Lionem z domieszką Snickersa", czyli z fistaszkami.


Lion Peanut to "nadziewany wafel z karmelem (29,8%), płatkami pszennymi (3,2%) i orzechami ziemnymi (18%) w polewie kakaowej", produkowany przez Nestle.

Rozerwałam papierek i poczułam znajomy, bardzo, bardzo słodki zapach mocno mlecznej czekolady, cukru, karmelu i jeszcze raz cukru z wafelkowo-orzeszkowym tłem. Wydało mi się to trochę słonawe, masłoorzechowe.

Batono-wafel jak zwykle cudownie chrupał w każdym calu. Łamany trzeszczał, a w ustach? Czekolada, a właściwie polewa do złudzenia czekoladę przypominająca, rozpływała się w miarę szybko i tłusto-proszkowo. Wafel i chrupki chrupały, co potęgowały pierwszej klasy orzeszki. Trochę ich poskąpiono, ale dominowały nad chrupkami tak "wrażeniowo". Twardawo-zwartego, ciągnącego się karmelu było średnio dużo, ale tak zlepiał zęby i wszystko, że nie chciałabym go więcej.

Czekolada smakowała głównie czystym cukrem, zajeżdżała trochę plastikiem i mlekiem w proszku, ale na smak nie powiedziałabym, że to jedynie polewa. A tym bardziej kakaowa, bo kakao to na pewno w niej nie czuć. Czuć cukier z cukrem.

Karmel to kolejna dawka cukru. Zasładzał, przyprawiając o drapanie w gardle, ból w zębach i łzy w oczach (naprawdę! bo nie mogłam się go z zębów pozbyć).

Na szczęście przy polewie i karmelu znalazły się orzeszki, które były przerywnikami od cukrowości. Orzeszki czuć nieźle, chrupki wyszły nijako w smaku. Może trochę słonawo, co pasowało do wafelka.

Wafelek był raczej delikatny, świeży, nieźle wypieczony, ale trudno zwrócić na niego uwagę przez krem. Ten bowiem oprócz cukru mieszał się z fistaszkami i... nimi też smakował. Kojarzył mi się z masłem orzechowym i to nawet całkiem słonawym. Nie osłabił słodyczy, ale przekuwał ją epizodycznie. Jeszcze bardziej podkreśliły się fistaszki.

To jednak sprawiło, że potem odebrałam cukrową polewowość jeszcze gorzej, jako jeszcze bardziej sadystyczną.

Po zjedzeniu choćby gryza zostało okropne zasłodzenie i fistaszkowo-masłoorzechowy posmak. Czułam nutkę soli, ale marną stosunkowo do cukru.

Przez całą tą cukrowość po prostu nie dałam rady zjeść całego, mimo że w sumie... był całkiem smaczny. Albo raczej byłby, gdyby nie był batonem z cukru. Mniej cukru i... naprawdę byłby ciekawy. A tak? Nawet w górach i przy ochocie na coś bardzo słodkiego tak mnie zlepił i zacukrzył, że oddałam towarzyszce resztę. Ona nie narzekała i złego słowa o nim nie powiedziała.


ocena: 6/10
kupiłam: Lewiatan
cena: jakieś 2,50 zł
kaloryczność: 496 kcal / 100 g; wafelek 41 g - 203 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: polewa kakaowa 40,5 % (cukier, częściowo utwardzony tłuszcz roślinny, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna słonecznikowa, aromat), prażone orzechy arachidowe, syrop glukozowy, mleko zagęszczone słodzone (mleko, cukier), mąka pszenna, płatki ryżowe (mąka ryżowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, cukier, sól), olej roślinny, stabilizator: glicerol; maltodekstryna, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, sól, odtłuszczone mleko w proszku, emulgatory: lecytyna słonecznikowa, E 476; substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, węglan magnezu), aromaty, substancja zagęszczająca: karagen

czwartek, 12 marca 2015

Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces / Mousse D'Amour Mus mleczny o smaku amarettini z kawałkami ciasta

Czy pisałam już, jak bardzo kocham tematyczne oferty Lidla? Jedną z najlepszych jest według mnie oferta Deluxe, pojawiająca się w okolicy każdych możliwych świąt.

Z niej właśnie pochodzi Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces (przed walentynkami przechrzczony na Mousse d'Amour), czyli mus śmietankowy o smaku ciastek migdałowych z kawałkami ciasta. Podkreślę jeszcze, że w tłumaczeniu nie ma błędu. Amaretti to nic innego jak włoskie, migdałowe ciasteczka (amaretto to inna bajka). Tak więc, można podsumować jako mousse o smaku ciasteczkowym.

Po otwarciu opakowania, konsumenta dopada przyjemny, słodki zapach. Dla mnie skojarzył się z takim domowym ciastem, naszpikowanym migdałami (ewentualnie aromatem). Kolor ma lekko beżowy, a konsystencja? Jak to na porządny mousse przystało, jest bardzo lekki i napowietrzony. 

W smaku, deser jest słodki, jednak nie aż tak, żeby zamulić (syrop g-f robi swoje). Wyczułam tu śmietankę, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie jakąś starą śmietanę, tylko właśnie taką delikatną śmietankę. Ochów i achów już wystarczy, a teraz coś, co mi tutaj trochę nie pasuje.

(jak się przyjrzycie, to może te kawałeczki zobaczycie) 
Mianowicie, kawałki ciasta, które przypominają kawałki starych, namoczonych biszkoptów, w dodatku kompletnie pozbawione smaku. Jak się je całość, stanowią one taki po prostu neutralny dodatek, ale same w sobie zostawiają taki dziwny, mączny posmak. Na szczęście nie musiałam ich jeść jako osobną przekąskę. Swoją drogą, jest ich bardzo mało, na całe 175 g, może zaledwie kilkanaście sztuk (aż miałam problem ze zrobieniem im zdjęcia).
Mocną stroną mousse'u jest na pewno to, że potrafi on zasycić, jak niewiele takich produktów (chociaż to raczej ze względu na to, że większość mousse'ów ma po prostu mniejszą gramaturę). 
Mimo tego szczegółu o tych bezsmakowych grudkach (bo do kawałków ciasta to im daleko), stwierdzam, że jest to jeden z moich ulubionych deserów, którym nigdy się nie oprę.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 4.99 (tak mi się wydaje) 
kaloryczność: 199 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak tylko znów pojawi się w sklepie!


Aktualizacja: 01.12.2016
Mousse D'Amour Mus mleczny o smaku amarettini z kawałkami ciasta.

Po otwarciu opakowania poczułam zapach aromatu migdałowego oraz takiego kojarzącego się z jakimś zasłodzonym likierem, całość o wydźwięku bardzo, bardzo słodkim.

Zanurzyłam łyżeczkę.
Mousse był bardzo delikatny, wiecie, konsystencja chmurki.
W ustach okazał się nieco tłustawy, na sposób mleczno-śmietankowy, ale wciąż lekki, rozpływający się.

Jego poszczególne smaczki dotarły do mnie, jakby urządziły sobie wyścigi. Sama nie wiem, czy najpierw i wyraźniej poczułam bardzo przesadzoną słodycz czy sztuczne aromaty. Od pierwszej chwili deser zasładzał, a chemiczny smak bukietu aromatów (pseudo-migdałowy posmak, jakaś wanilina, coś likierowatego) nadawał temu mdlącego efektu. Po dwóch łyżeczkach naprawdę myślałam, że zaraz zwymiotuję, tym bardziej, że trafiłam na ciasteczka.

Gdy je zobaczyłam, myślałam, że to jakieś rodzynki - były w końcu ich wielkości i koloru. A okazały się... obrzydliwym niczym. Wydawało mi się, że nie miały smaku (czego nie sugeruje skład, bo na pierwszym miejscu jest cukier, więc to pewnie sprawka ogólnego zacukrzenia), były za to miękkie i zarazem zbite, nieprzypominające jedzenia. Z wierzchu obślizgłe i kojarzące się ze ślimakiem, w środku bardziej proszkowo-mączne.

Nie dałam temu rady. Po wspomnianych dwóch łyżeczkach czułam, że więcej chemii i cukru, nawet gdybym chciała, nie dam rady w siebie władować. Czy mnie to dziwi? Patrząc na skład i widząc, że np. nie ma tam migdałów (a amarettini to ciastka migdałowe), nie. Wspominając smak tego, co jadłam poprzednio... dalej jestem w szoku.
Nadmienię jeszcze, że moja Mama lubiąca wszelkie zwykłe słodycze napakowane chemią itp. też się tym nie zachwyciła.
Niestety, recenzując go poprzednio, nie zamieściłam składu, widzę jednak zmianę w nazwie (ze śmietankowego na mleczny) i kaloryczności. To oznacza tylko jedno: zmiany w składzie były. Pytanie tylko, jak duże.


ocena: 1/10
kupiłam: Lidl (moja Mama kupiła)
cena: 4.99
kaloryczność: 190 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 50 % pełne mleko, śmietanka, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, woda, 2,5 % kawałki ciasta (cukier, mąka pszenna, mąka ryżowa, białko jaja, mąka z fasoli, skrobia pszenna, skrobia ziemniaczana, olej słonecznikowy, aromat, substancja zagęszczająca: alginian sodu, sól), żelatyna wieprzowa, olej kokosowy, syrop glukozowy, białka mleka, skrobia modyfikowana, aromat, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym; substancje zagęszczające: karagen, guma ksantanowa; regulatory kwasowości kwas cytrynowy, cytryniany sodu; barwnik: annato; substancja spulchniająca: azot

środa, 11 marca 2015

Hit Twist Black & White

Nie znam nikogo, kto by nigdy nie jadł żadnych markiz. Ba! Nie znam nawet kogoś, kto by nigdy nie miał żadnego etapu na tego rodzaje ciastka, czy chociażby jednorazowej chęci na nie. Ja bardzo je lubię czasami pochrupać, szczególnie do kawy. Hit'y bardzo lubię, ale nie wiem, na ile to sentyment, a na ile zasługa producenta. Choć już do nich nie wracam, ostatnio skusiłam się na nowość, ale też tylko dlatego, że była spora promocja.

Hit Twist Black & White, czyli kakaowe markizy z kremem o smaku mlecznym, 

Opakowanie zawiera całkiem sporo straszliwie małych ciasteczek, są one wielkości monety. Szczerze? Liczyłam, że będą większe, te są dosłownie na jeden ząb. No, ale mówi się trudno. Każde ma oczywiście napis "Hit", tak żeby nie dało się zapomnieć jakie ciastka się je.

Przejdźmy jednak do tych ważniejszych kwestii. Zaleca się, żeby ciastka przekręcać, odkładać jedną połowę, a drugą, tę z kremem zjeść, bla bla bla. Spróbowałam oddzielić, jednak było to dość trudne (strasznie mocno połączone... kropelką, czy jakim czortem?). Taka zabawa jakoś mnie nie bawi, a i uważam, że takie jedzenie markiz jest po prostu bezsensowne.
Chrupiące i pozytywnie twarde herbatniki skrywają sporo gęstego kremu.

Ciasteczka, same w sobie, są intensywnie kakaowe, czuć w nich charakterystyczną goryczkę kakao i ani trochę słodkości. Przypadło mi to do gustu, bo połączenie tego z kremem znajdującym się w środku pasowało. On jest ich zupełnym przeciwieństwem. Osobno, mógłby strasznie zasłodzić, jednak w połączeniu z kakaowym ciastkiem wypada raczej pozytywnie. Ten mleczny smak... tu bym polemizowała. Jasne, smak jest taki mleczny (no bo nie kakaowy), ale przez słodkość ledwo go czuć... Wyjaśniło się, dlaczego napisali, że to krem "o smaku", a nie po prostu mleczny. Zdecydowanie jednak lepszy od tego, który jest np. w Oreo.
Z kawą, bądź mlekiem, zadowoliły mnie, jednak bez popitki byłyby o wiele za suche.


I zobaczcie, jakie "sprytne" rozwiązanie z zamknięciem wymyślili.

ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1.99 zł (promocja)
kaloryczność: 494 kcal / 100 g
czy znów kupię: jeśli tak, to nieprędko i tylko w promocji

wtorek, 10 marca 2015

lody Galatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter

Kocham tygodnie tematyczne w Lidlu. Kocham i nienawidzę. Pierwszego chyba wyjaśniać nie muszę, a dlaczego nienawidzę? Ano dlatego, że wiele świetnych produktów jest dostępna tylko właśnie przez tydzień, no chyba że chodzi o kiełbasy z oferty Deluxe, ale nie o tym dzisiaj mowa. 
Przedstawiam Wam... lody Galatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter, czyli po prostu lody o smaku masła orzechowego, z masłem (wiadomo jakim :D ) i czekoladą. Jak wiemy wszyscy, w Polsce jest poważny niedobór słodyczy z masłem orzechowym, Amerykanie zaś pchają je, gdzie się tylko da. Ja, jako wielka fanka tego orzechowego, słonawego tworu, nie mogłam przejść obok tych lodów obojętnie. 

Marka nie jest jakoś specjalnie mi znana, jadłam chyba tylko jedne ich lody, tak więc nie bardzo wiedziałam, czy spodziewać się czegoś pysznego, czy wielkiej klapy. Ciekawość to jednak pierwszy stopień do... zamrażarki z lodami, jak się okazuje, bo do piekła na pewno nie w tym przypadku. 

Kiedy przedostaniemy się przez wszelkie możliwe zabezpieczenia (czyt. uniesiemy wieczko i zerwiemy papierek), zobaczymy lody o lekko brązowym kolorze, z małymi, ciemnobrązowymi grudkami (nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo moja łyżeczka od razu poszła w ruch), a do naszych nozdrzy dopłynie pyszny zapach orzeszków ziemnych.

Lody są bardzo, bardzo twarde, ale kiedy już udało mi się nabrać ich trochę, zorientowałam się, że owe niepozorne grudki wcale nie są jakimiś tam grudkami, a porządnymi, naprawdę wielkimi kawałami czekolady i kremu orzechowego. Tak! Tak! TAK!

Pierwsza łyżeczka: lody są smaczne, wyraźnie fistaszkowe, słodkie, odrobinkę słone.
Druga łyżeczka: teraz to dopiero się zaczęło, dogrzebałam się do tych wielkich kawałków. Czekolady jest naprawdę dużo, jest ona słodka, taka mleczna i trochę milkowata, ale nie zasładza słonego smaku kawałków masła orzechowego, które są treściwe, nie miękkie ale i nie jakoś strasznie twarde.

Reasumując, w tych lodach wszystkiego jest pełno, są one wręcz przepyszne, jednak... brakuje mi jednej, malutkiej rzeczy. Szczegółu, który sprawiłby, że mogłabym wystawić 10/10. Mówię tutaj o chrupiących kawałkach orzechów, które byłyby strzałem w dziesiątkę (dosłownie, biorąc pod uwagę ocenę). 


ocena: 9.5/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 7.99
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: jak tylko znów będzie tydzień amerykański! 

Swoją drogą, przeglądając recenzje wyżej opisanych lodów z wcześniejszych tygodni amerykańskich, zauważyłam, że wygląd ich uległ zmianie. Kolor, a także ilość "wsadu" jest jakaś inna. Skoro dokonały się takie zmiany, to może w kolejnym nakładzie dodadzą mi te kawałki orzeszków? :D 

poniedziałek, 9 marca 2015

Hershey's Candy Cane Mint Candy with Candy Bits biała z miętowymi cukierkami

Wszyscy czekają już na święta wielkanocne, na sklepowych półkach pojawiają się czekoladowe zające, jesteśmy zasypywani słodkimi jajkami o różnych wariacjach, a ja wreszcie wyciągnęłam ze swojej słodkiej szuflady Hershey's Candy Cane Mint Candy with Candy Bits, czyli świąteczną edycję białej czekolady z miętowymi cukierkami. Świąteczna? Świąteczna! To nic, że trochę nie te święta, ale w końcu trzeba zjeść, no nie? 


Do białej czekolady mam mieszane uczucia. Albo bardzo mi ona smakuje i jestem w białym niebie (white power xD), albo próbuję jak najszybciej pozbyć się z ust okropnego, przesłodzonego smaku. Wszystko oczywiście zależy od składu, firmy, no wiadomo. Na skład białych czekolad, w tym tej, narzekać nie będę, bo... widziały gały co brały i tyle. A jakby się zastanowić to z tą nie jest jeszcze tak źle. 

Po otwarciu, moim oczom ukazała się cienka, z minimalnym żółtawym zabarwieniem, czekolada, podzielona na 4 paski, po 4 kostki każdy. Od razu rzuca się w oczy, że czerwonych cukierków nie poskąpili. Tutaj zrobiłam się podejrzliwa i jeszcze raz zerknęłam na opakowanie. Miętowa. To dobrze, bo kolor tych malutkich kropek jakoś mi się z truskawkami skojarzył i już do produktu nastawiłam się raczej sceptycznie. Zapach ma zwyczajny, jak każda inna biała czekolada, którą zaliczam do tej jadalnej grupy. Powoli dochodzimy (hehe, humor rodem z gimbazy) do smaku, czyli do sedna.
Pierwsze, co uderza w kubki smakowe, to intensywny smak mięty. Nie jest on zbyt mocny, ale nie ma najmniejszego problemu z wyczuciem go. Mini kuleczki przyjemnie chrupały pod naciskiem zębów, a wraz z rozpływaniem się samej czekolady zaczęłam skupiać się na innych smakowych nutach. Czuć śmietankę, słodycz oczywiście, może nawet jakby wanilię i raz jeszcze słodycz, co nie powinno być zaskoczeniem... To w końcu biała czekolada.
Wracając jeszcze do samych cukierków, są one tak malutkie, że gdy próbowałam je jakoś oddzielić, to nie wyczuwałam żadnego konkretnego smaku, więc o nich samych w sobie nie jestem w stanie nic powiedzieć. Ogólnie wszystko to jakoś ciekawie się łączy. Smak jest kompletnie nowy, w porównaniu do połączenia zwykłej czekolady z miętą, który to występuje już od dawna. Mimo mojego początkowego uprzedzenia do czerwonych kulek (co czerwone to złe! xD), muszę stwierdzić, że ogólnie smakowała mi. Dodatkowy punkt czekolada otrzymuje za to, że ten smak jest po prostu nietypowy, a na polskim rynku w ogóle niespotykany. 


ocena: 8/10
kupiłam: cosslodkiego
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 220 kcal / 43 g czyli 512 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie, nawet gdybym miała okazję (smaczne, ale jako ciekawostka)

niedziela, 8 marca 2015

Philadelphia with Milka with hazelnuts flavour

Philadelphia with Milka with hazelnuts flavour, czyli połączenie serka Philadelphia z Milką o smaku orzechowym - wszystko w jednym, malutkim, 150-gramowym opakowaniu. Przyznam się bez bicia, że produkt ten najpierw okrążałam w sklepie, powoli zmniejszając okrąg (nie całkiem dosłownie). W końcu podeszłam ostrożnie i... wreszcie się skusiłam. Czy było warto?


Po otwarciu dobiegł mnie czekoladowy zapach, taki, jakim charakteryzuje się większość budyni o tymże smaku, z nutką orzechów laskowych. Jak na razie, nie jest źle. A konsystencja? Przypomina bardzo gęsty, nieco kremowy budynio-jogurt. (Nie wiem, co mi z tym skojarzeniem do budyniu, ale mamy przy okazji odmianę tego właśnie słowa, poczułam się jak w podstawówce.) Przejdźmy jednak (wreszcie!) do smaku. Intensywnie czekoladowy, taki słodko-milkowy, bardzo mleczny, na równi z orzechowym. Żaden nie "zagłusza" drugiego; równowaga rodem z feng shui. Krem (serek?) od razu przywodzi mi na myśl Nutellę. Taką budyniowatą. Nie jest to jednak całkowicie ten sam smak. Tutaj mamy jeszcze posmak samego serka, to on różni ten produkt od innych czekoladowych kremów. Jest to taka smakowa mgiełka, co mi w sumie odpowiada i wolę, żeby to się nie zmieniło. 
O dziwo, w przeciwieństwie do Nutelli itp., całkiem nieźle komponuje się z pumperniklem (chyba właśnie przez tę serkowatość), a i połyżeczkować trochę się da - smarowidło jest naprawdę dobre.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 315 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: pełne mleko (24 %), czekolada mleczna z mleka alpejskiego [cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku (z mleka), tłuszcz mleczny, emulgator (lecytyna sojowa), aromaty], cukier, śmietana, odtłuszczone mleko w proszku (6,5 %), maltodekstryna, białka mleka, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, skrobia modyfikowana, sól, stabilizatory (E 410, E 407), aromaty, emulgator (lecytyna sojowa)