sobota, 21 sierpnia 2021

A. Morin Madagascar Sambirano Noir 70 % ciemna z Madagaskaru

 Mimo że całe życie kocham czekoladę i od czasów dzieciństwa jest to mój słodycz numer jeden, taka prawdziwa, dojrzała przygoda z czekoladą zaczęła się wraz z blogiem. Wcześniejsze notowanie rozmaitości w różnych zeszytach to nie to samo. Pierwszymi porządniejszymi czekoladami, jakie na blogu się pojawiły były Moriny. I... ta uwielbiana przeze mnie marka przez lata też dojrzewała. Ulepszają swoją ofertę - od dłuższego czasu np. zamiast białego cukru dodają trzcinowy. Niezmiernie mnie to cieszy, bo to właśnie on według mnie najlepiej łączy się z kakao. Stąd i tak bardzo się cieszyłam, że będę mogła spróbować, jak z nim wyszło madagaskarskie kakao w ich wykonaniu. Otóż czekała mnie nowa wersja Morina Madagascar noir 70 % (2016). Chyba, bo wtedy to jeszcze nawet tak dokładnie regionu danego kraju nie określali.

A. Morin Madagascar Sambirano Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano.

Gdy tylko rozerwałam sreberko poczułam zapach czarnej, rozgrzanej ziemi i orzechów włoskich, pekan. Obok tego rozchodził się intensywny zapach drzew... świeżo lub właśnie ścinanych. Pomyślałam o obróbce wonnego drewna piłą, drewnianych wiórach. Zaraz za nimi rozchodziły się owoce o soczyście kwaśnych, a jednocześnie słodkich nutach. To przede wszystkich czerwone: mieszanka suszonej żurawiny i wiśni, z którymi wiązała się zwiewna, niemal kwiatowa słodycz oraz sporo cytrusów, głównie grejpfruta. Może odrobinka cytryny i pomarańczy, łagodzonych przez niekwaśny, łagodny twaróg w tle. Związała to karmelowa słodycz, jakby nieco karmelizująca orzechy i... wraz z nimi wchodząca pośród drzewa. Mnóstwo drzew, rozgrzewanych złocistym słońcem.

Przy łamaniu tabliczka wydawała bardzo głośne, głuche trzaski. Była twarda i masywna, a przekrój wydał mi się gęsto proszkowo-piaszczysty.
W ustach też rozpływała się dość piaszczyście, acz bardziej ziarniście. Na pewno powoli, ale nie opornie. Trochę kremowo, przy czym zupełnie nie tłusto. Wydała mi się za to esencjonalna i konkretna jak zbita, zdrowa ciasto-papka np. z suszonych owoców, która zachowała zacną soczystość.

Gdy tylko umieściłam kawałek w ustach, poczułam intensywne i charakterne drzewa rozgrzane słońcem. Jakby pośród rzadkiego lasu ktoś ścinał i obrabiał drewno... leciały z niego (z drewna, nie tego kogoś) jasne wiórki i odpadała kora prosto na czarną, żyzną ziemię. Złote promienie podkreśliły je, rzucając nieco inne światło na tę nutę... po chwili przechodzącą w migdały. Migdały zaraz zmieniły się w cały miks. Wyraźnie czułam w nim orzechy włoskie, wprowadzające gorzkość oraz chyba fistaszki.

Nagle orzechy skarmelizowano. Palone ciepło uderzyło słodyczą karmelu właśnie. Nie był to jednak zwykły karmel, a na stałe spleciony z orzechami i drzewami. Charakteru nadała temu ziemia - również rozgrzana słońcem. Zrobiło się dość gorzkawo, ale i bardzo słodko.

Poprzez słodycz dołączyła soczystość. Minimalna cierpkość i kwasek należały do miękkich i słodkich wiśni, które z czasem mieszały się z malinami. Te podszyte były ziemistością, ale i łagodzone nabiałową nutką w tle. Pomyślałam o delikatnym twarogu i... twarogowych lodach? Lodach śmietankowych? Mocno zabarwionych karmelową słodyczą.

Jakoś w połowie rozpływania się kęsa kwasek wzrósł. To cytrusy... Soczysta cytryna i... grejpfrut? Trzymający się goryczki i dyktujący ją także słodyczy. Pomyślałam o słodkich pomarańczach. Karmel otulający orzechy zmieszał się z nimi, po czym skojarzył mi się nieco z ciemnym miodem... Jakby otulającym skórki tychże cytrusów. Jakby tak nieco je w nim skarmelizować i przerobić je na... sorbet cytrusowy. Odrobinka kwasku tonęła, ale część trzymała się nieźle.

Poczułam za to prażone ciepło. Pomyślałam o rozgrzanym asfalcie oraz o drewnie ściętym i leżącym na ziemi... Tu z kolei mignęły nieco suszone... Skórki cytrusów? Nie... raczej zioła... Słodkawo-cierpko-pikantne...? Do głowy przyszła mi rześka trawa cytrynowa. Taka ziołowo-kwiatowa. Też karmelizowana?

W cierpkości i goryczce znów wzrosły cytrusy. Grejpfrut? Cytryna w wydaniu na słodko, a więc wciąż jako kwaskawy sorbet. Inne owoce, a więc maliny i wiśnie... za sprawą karmelo-miodu zmieniły się w... syrop owocowy? Też znacząco podkręcony cytryną.

I jakby jego krople nasączyły ziemię i asfalt... do pary z cytrynami. Wzrosła ogólna kwaskawość i owoce wmieszały się w ziemię. Pod koniec to ziemia, drzewa oraz orzechy wyszły na pierwszy plan. Za sprawą prażono-karmelizowanych włoskich (?) było słodko, ale gorzkość ciepłej ziemi i drzew nie odstawała.

Pozostało to w posmaku jako lekko kwaskawo-goryczkowaty smak, nasączony cytrynowym sokiem, ale... i tak było bardzo słodko za sprawą karmelo-miodu i naturalnej słodyczy owoców... w wydaniu syropowo-sorbetowym. Czułam też drzewa... jakby smak zapachu tartaku. 

Jestem zachwycona dwupłaszczyznowym smakiem tej czekolady. Z jednej strony drzewa, ziemia i orzechy, a z drugiej owoce: cytrusy, ale na słodko. Karmel tak się w to wszystko wpisał, że mimo iż głównie słodka za jego sprawą, nie wydała mi się przyciężka czy przesłodzona. Soczysta kwaśność, nietłusta struktura... Świetna. Może nie była tak bogato cytrusowa jak Madagaskar potrafi być, ale przyznaje, że Morin się popisał. W ogóle to już nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam tak soczystą i nietłustą tabliczkę.

Dawna również była słodko-cytrusowa, ale wydaje mi się, że bardziej palona, dymna. Drewno, skórki cytrusów, syrop z czerwonych owoców i trawa cytrynowa - te nuty znów poczułam, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, ponieważ to zestawienie dość rzadkie i bardzo charakterystyczne.
Cytrusy, nabiał i orzechy, ciepło - podobnie jak w GR, jednak Morin nie był gorzki, a kwaśniejszy. Jednocześnie wydał mi się nieciężki i mniej dosadnie słodki. Struktury za to podobne.


ocena: 9/10
cena: 27 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

piątek, 20 sierpnia 2021

Lindt Excellence Dark 85 % Cocoa (2021) ciemna

 Nie mam w zwyczaju dawać drugich szans czy robić drugich podejść do czekolad, które mi nie smakowały albo coś mi w nich nie grało. Za dużo mam interesujących i potencjalnie smacznych, by zawracać sobie głowę tymi nie dla mnie. Ostatnimi czasy jednak cierpiałam z powodu ciągłego wycofywania przez sklepy moim czekolad-bezpieczników (do dojadania i zagryzania, które mają np. 9, a są w miarę ogólnodostępne i przystępne cenowo) lub pogarszania ich. Postanowiłam wtedy wrócić do Linta Excellence 70 %, sprawdzić, jak on się ma po latach przerwy (i upolowany w promocji kosztuje czasem nawet mniej niż te "marketowe z wyższej półki"). Odkryłam, że nadal bardzo mi smakuje (recenzja z 2016; recenzja z 2020/21), więc dołączył do grona bezpiecznych. Wciąż jednak przy mojej chyba jeszcze spadającej tolerancji na słodycz, marzyła mi się dobra do zagryzania o wyższej zawartości kakao. Z desperacji postanowiłam wrócić też do Lindta 85 %. Chociaż... może nawet nie z desperacji? Byłam ciekawa, jak go odbiorę teraz, bo orientowałam się, że jakiś czas temu marka pewne zmiany powprowadzała tu i tam (w tym ponoć na gorsze, gdy chodzi o nadziewane).

Lindt Excellence Dark 85 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, wersja z lat 2021-2025.

Po otwarciu poczułam całkiem wyrazisty zapach żywych drzew i soczystych orzechów. Drzewa niosły aż rześkość lasu iglastego, drugie zaś... wydały mi się młode i wprowadzające jednak pewną łagodność i lekko paloną nutę. Ta przywiodła także ziarna kawy i karmel. Słodycz wydała mi się zachowawcza (niska, ale nie wyjątkowo), i... robiąca wybiegi do aż "karmelowo" słodkich, złotych suszonych owoców (bliżej nieokreślonych).

Przy łamaniu ciemna tabliczka trzaskała bardzo głośno, co nie dziwi biorąc pod uwagę jej twardość.
W ustach rozpływała się bardzo powoli. Początkowo trochę niechętnie, z czasem jednak się rozkręcała, stając się gęstym, mulistym kremem. Zalepiała zupełnie, zachowując pewną zbitość, zwartość. Potem trochę się gięła, ale wydała mi się w tym raczej... lepka i mazista, nieulepkowa. Co więcej, po paru chwilach stała się węgielna... i sugestywnie proszkowa, jakby tak tłusto-lepką masę zasypać pyłkiem. Nie był to ideał konsystencji, ale można się wciągnąć.

W smaku uderzyła drzewami. Oczami wyobraźni zobaczyłam iglaste, których igliwie niesie charakterną, soczystą, odrobinkę kwaskawą rześkość.
Otuliła je nienachalna, waniliowa słodycz.

Zaraz wzrosła gorzkość idąc zdecydowanie w kawowo-palonym kierunku. Paloność najpierw jedynie pobrzmiewała, niekoniecznie łącząc się z kawą. Płynęły z wolna obok siebie. Palona nuta poszła w kierunku czekoladowego ciasta, przy czym trafiłam na kakao w proszku. Jego lekka cierpkość odciągnęła uwagę od kawy. Pomyślałam o drzewach, żywych pniach.

W połowie rozpływania się kęsa drzewa pełne życie nie dały za wygraną i podsunęły owoce. Niosły słodycz niemal karmelowo-żywiczną, chwilowo spychając wanilię na dalszy plan. Były to jakieś bardzo słodkie, jasne, koloru niemal złotego. Może rodzynki z namiastką kwasku? Zdarza się, że w niektórych tabliczkach kakao w proszku chwilami może i próbowało się wychylić, ale jeśli to soczystość z czasem z nim wygrywała i tak. Wyeksponowała niemal nieuchwytne świeże żółte śliwki.

Te jednak zaczęły w swej słodyczy się zatracać i łagodnieć. Poczułam karmel i wróciło ciasto z wanilią. Znów poczułam wyraźniej kakao w proszku i kawę, które to ponownie wpisały się w ciasto; miały taki... złagodzony charakter, jakby tak wanilia trochę w nich pogmerała. Jak jakieś... cappuccino? Karmelowe cappuccino? Wzrosła maślaność, w której pojawiły się orzechy laskowe.

Jakby dodano je do kakaowo-kawowego ciasta na bazie masła... które jednak wciąż jest dosadnie kakaowe. Pomyślałam o tym, jak mocno je przypieczono, lecz dzięki maślaności nie było suche. Maślaność... uwypuklały wyraźnie wyczuwalne soczyste, młode orzechy. Orzechy otulone karmelem...? Gdzieś przy nich zawinęła się także drzewna nuta.

Bliżej końca maślaność i waniliowa słodycz zaprzestały na moment łagodzić, a znów pozwoliły na krótki, drobny popis cierpkawym, wonnym drzewom iglastym i palonym orzechom. 

Po zniknięciu kęsa w głowie miałam obraz maślanego murzynka i cappuccino... spożywanych w jakiejś chatce w iglastym lesie. Chatka była zakurzona, nie było w niej nic ciekawego, ale... było przyjemnie. Nic wielkiego, nic ambitnego, ale ten spokój był miły. Drobne poczucie pyłkowego kakao też nie burzyło tego. Posmak był bardzo leciutki i nie utrzymywał się długo.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Interesująco drzewny i wyraźnie kawowy - choć wtłoczony w cappuccinowo-ciastowe ramki - smak wyszedł przyzwoicie, mimo że z wyczuwalnym prostym kakao. Odrobinka suszonych owoców oraz nie za wysoka słodycz wanilii i karmelu także na plus, jak i brak chamskiego kwachu. Ta odrobinka, którą czułam, uznałam za ok.
Mimo wszystko, wyszła nieco mniej głęboko i intensywnie niż 70 %, ale przynajmniej mniej słodko. To, na którą mam ochotę uzależniam więc od dnia, acz z racji niższej słodyczy częściej ją miewam na 85 % właśnie. Natomiast od 78% jest znacznie lepsza, bo tamta miała nieprzyjemne, kontrastowe zgrzyty w smaku.

Zdecydowanie ją poprawili i choć nie mam pewności, co do składu, tak po kaloriach to widać: kiedyś Excellence 85 % (2016) miała 530, teraz 584 - obstawiam więc, że obecnie dodają o wiele mniej odtłuszczonego kakao w proszku. Wszystkie tabelki, jakie oglądałam w internecie pokazują "530 kcal" - jako dowód zamieszczam zdjęcie z mojego opakowania.

Aktualizacje z roku 2025:

Raz spróbowałam zrobić z tą czekoladą, a właściwie mieszanką tego Lindta z Wedlem Karmelową, kawowy ganache do jednego z moich ulubionych ciast, kawowego brownie nadzianego kremem kawowym, z kremem chałwowym na wierzchu. Tak zrobione nadzienie kawowe zepsuło mi ciasto, bo tak mocno kakaowa czekolada z kakao w proszku w połączeniu z kawą rozpuszczalną poszła w nieprzyjemną kwasotę. Przegrała z kretesem z tym, jak ganache wychodzi na bazie czekolady 70%.

Jako że polubiłam się z brownie, a zarazem prawie wszystkie wydają mi się za słodkie, długo kombinowałam właśnie tę czekoladę dodawać do brownie w formie kawałków. Niestety, mimo że robiłam z różnych przepisów, brownie z tą czekoladą wychodziło suche, w stylu "cakey", a właśnie same kawałki czekolady zmieniały się w twardo-suchawe, a zarazem trochę oleiście śliskie, gniotki. Żadnych cudnych maziście-półpłynnych kleksów czy choćby samych zwyczajnie czekoladowych kawałków. Nie pomogło nawet lekkie podgrzanie kawałka (czasem, by uzyskać ten maziście-półpłynny efekt, nagrzewam piekarnik do 180 stopni, wyłączam, wstawiam kawałek brownie na minutę do niego i szybko wyjmuję. Gdy po jakiś 10 minutach zabieram się do jedzenia, ciasto nie jest ciepłe, ma temp. pokojową, ale kawałki w środku stają się półpłynne, a wierzch na maksa chrupiący). Na tego Lindta to nie zadziałało. Smakowo to wciąż był ten palono gorzki, mocno kakaowy i leciutko karmelowy Lindt, ale co z tego, skoro zaburzał, rozwalał i zwyczajnie psuł strukturę wypieku.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6,99 zł (promocja)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: w promocji tak

Skład: miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy Demerara, wanilia

czwartek, 19 sierpnia 2021

Zotter Granola + Fruit ciemna 70 % z kokosowym ryżowym nugatem z owocami: rodzynkami, berberysem, marakują oraz płatkami ryżowymi i nerkowcami

Nigdy nie lubiłam crunchy czy granoli. Pewnie znaku "=" między nimi postawić nie można, a i rodzaje na pewno są różne, ale to i tak nie moja bajka. Kiedyś nawet próbowałam (jeszcze w gimnazjum, z Kauflandu), ale no nie. Płatki tego typu czy Choco Flakes (dawniej FlicFloc) Zottera też zupełnie mnie nie interesują. Czekolady z takowymi też mnie nie ciekawią. Nadziewane Zottery jednak są na tyle dziwne, że czasem działa element "ciekawostkowy", że się skuszę. A czasami sam fakt, że czekoladę dostanę za darmo. W tym przypadku - ot, wpadła mi i niczego od niej nie oczekiwałam. Nawet to, że granola Zottera została posłodzona tylko cukrem klonowym nie zrobiło na mnie wrażenia.
Swoją drogą obstawiam, że do czekolady dodali te płatki: Zotter Choco Flakes. To produkt z pomysłu Julii Zotter, tak jak chyba i cała ta czekolada.


Zotter Granola + Fruit to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (40%) kokosowym nugatem / praliną (na bazie napoju ryżowego, orzechów nerkowca, kokosa i jego wiórków oraz cukru kokosowego) i (5%) owocami: rodzynkami, berberysem, marakują oraz płatkami ryżowymi w czekoladzie-polewie (białej kokosowej, leśnoowocowej); słodzona tylko cukrem klonowym, daktylowym, miodem i wanilią; przy czym nadzienie stanowi 60 % całości; wegańska.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam mocno palony, gorzki zapach drzew, drewna, ewidentnie związany ze słodyczą syropu klonowego. Uderzyło skojarzenie z melasowymi ciastkami z nieco orzechowo-wegańskim, roślinnym podszyciem. Czekolada wydała mi się wysoce gorzka w zapachu i naturalnie orzechowa, z wyraźnymi przebłyskami oleju kokosowego. Po przełamaniu z kolei wydała mi  się nieco roślinnie mdława, wciąż gorzkawo-melasowa, palona i klonowa, ale już słodsza w sposób czysto słodki (a jednak miodowo-waniliowy? tylko tak przemieszany, że aż mdły). Owoce itp. kryły się umiejętnie.

Tabliczka łamała się z trzaskiem i wydawała się dość konkretna, twarda i niemal krucha, tak całościowo. Zarówno gruba warstwa czekolady, jak i zbite nadzienie, które wypełnione było małymi i średnimi kawałkami rozmaitych dodatków i sporą ilością kuleczek chia. Trafiłam tylko na dwie rodzynki, a sporo kiepskiego berberysu i drobnych płatków wyglądających jak białe, cienka że aż przezroczyste corn flaksy w cieniutkiej polewie pudroworóżowej. Z tego, co od Mamy wyciągnęłam, proporcje dodatków jakoś tak wyglądały i u niej. Mnie trafiły się ponadto spore kawałki orzechów.

W ustach czekolada rozpływała się bardzo powoli i gładko-kremowo. Była dość tłusta i bardzo gęsta, aż oporna. Chwilami udawała jakby lepko-zawilgoconą masę.
Nadzienie okazało się niemal równie gęste, zwarte. Odznaczało się zbitością, ale mimo że kruchość sugerowała suchość, daleko mu do niej. Było twarde, ale jak zimne margaryno-masło i właśnie jak coś takiego się rozpływało. Wydawało się też dodatkowo nasączone olejem i w porywach gumkowe. Mimo znaczącego pylistego efektu, nie było oporne, a wręcz ślisko-sprężyste, co potęgowały glutkowate chia i sprężyste drobinki orzechów. Z czasem rozpuszczało się już jakby z pyłu i tłuszczu wypływała olejo-woda.
Leniwie wyłaniały się z niego dodatki. Najszybciej odnotowałam "drobnicę wszelaką" (mikroskopijne kawałeczki orzechów, chia), dopiero potem pojawiały się większe.
Płatki pokryto polewą czekoladową, która rozpływała się integralnie z otoczeniem. Nie podobała mi się, ale dzięki niej (chyba) zachowały maksimum delikatnej chrupkości. Płatki chrupały do samego końca - były jak znacznie cieńsza wersja corn flaksów. 
Rodzynki wyszły twardawo-jędrnie. Chwilami trochę bardziej scukrzone i wysuszone, chwilami bardziej soczyście zwarte. 
Berberys za to, co na niego nie trafiłam, był twardo-suchym, głównie skórkowym czymś. Nieliczne kawałki były w środku trochę soczyste.
Marakuja okazała się głównie cząstkami jakby liofilizowanymi, bo chwilowo takimi aż napowietrzonymi, jednak szybko nasączającymi, mięknącymi. Wtedy to przypominały twarde kandyzowane skórki pomarańczy ze strzelającymi pesteczkami i mnóstwem soku, który  dosłownie eksplodował z nich. Było też trochę kawałków chrupkich, acz błyskawicznie mięknących i lepkich. Te straszliwie obklejały, udając miękko przyklejający się do zębów karmel.
Trafiłam na zaskakująco sporo kawałków i nawet dwie połówki sprężystych orzechów nerkowca. 
Wśród większych kawałków plątała się drobnica: przemielone orzechy, chyba wiórki i strzelające kuleczki chia z nieco glutkowym zacięciem. Te ostatnie zbędne zupełnie, bo podkreślały obrzydliwą, oleistą śliskość wnętrza.
Bardzo się jednak zdziwiłam, że mimo ogromu tego wszystkiego, tabliczka nie wydawała się przeładowana czy zbyt najeżona. Po prostu wszystkiego dodano po trochu i jedno do drugiego pasowało. Ciągle było co chrupać. Tak, to zdecydowanie tabliczka do tego przeznaczona, acz ja i tak wolałam najpierw pozwolić się temu rozpływać, a pogryźć dodatki po zniknięciu otoczenia (lub gdy już blisko). Forma zupełnie nie dla mnie.

W smaku czekolada od początku zaskoczyła paloną gorzkością, do której dodała również wyraźnie paloną słodycz karmelu i syropu klonowego. Niestety, obok gorzkości słodycz prędko nasiliła się tak, że wydała mi się zdecydowanie za wysoka. I nie pomógł jej osnuwający ją gorzki, ciężki dym. Odnotowałam też nutę słodką jakby żywicznie-roślinnie oleistą; pomyślałam o czymś melasowym (czyżby przesiąkła nieco nadzieniem? było to wyczuwalne bliżej niego).

Z czasem roślinność i słodycz umacniały się. Poczułam specyficzny, "wegański" smak takowych deserów, zamienników... to było jednocześnie maślane, ale tak... niby maślane? Z czasem poczułam trochę kartonowo-mydlanego kokosa i kokosa... jako orzecha. Ten niósł gorzkawość oleju (olejów?). Czasami pojawiał się kwasek trudny do określenia... wydawał mi się "kokosowo-podkręcony". Tchnął trochę soczystej rześkości. Maślany akcent chwilami klasyfikowałam jako bardziej maślano-orzechowy motyw... może nerkowce? Stało się jasne, że miałam do czynienia z nugatem, acz niejednoznacznym i takim, którego słodycz mniej więcej w połowie kęsa błyskawicznie przyspiesza, chwilami kojarząc się z czystym, najzwyklejszym cukrem.

Chwilami nagle dosadniej uderzała gorycz oleju kokosowego i wprowadzała prawie pikanterię (na parę sekund) oraz jakby ostro-słodzikową słodycz. Ta aż nieco... chłodziła?

Wszelkie wyrazistsze nutki zagłuszyła słodycz, sama wychodząc na pierwszy plan. Była dość... soczysta, a chwilami czysta i jakby słodzikowo-gryząca? Osobliwa. Skojarzyło mi się to ze zdrowymi, acz przesłodzonymi ciastkami... melasowymi? Po paru chwilach od włożenia kawałka do ust, zaczynała drapać. Może jak melasa sama w sobie (moje wyobrażenie)? 

Dodatki skutecznie przebijały się, odciągając smak od bazy (acz nie całkowicie). Niektóre przebijały się kwaskawo-owocowym smakiem leśnej mieszanki (chyba głównie malin) zespojonym z roślinnością. To były płatki ryżowe, które smakowały "chrupkowym kartonem", niczym.

Owoce od razu przebijały się swoim smakiem. Przeważnie był kwaśny. Nie musiałam gryźć, by je poczuć i mimo mnogości wyszły zaskakująco jednoznacznie, nie mieszały się ze sobą na zasadzie śmietnika. Jak już trafiły się obok siebie, i tak pasowały. Ja zajmowałam się nimi dopiero na koniec.

Nadzienie po dodatkach wydało mi się jeszcze bardziej słodko-oleiste, takie... przygłuszone i kwaskawo-wegańskie, nijakie. Chwilami wyraźnie za to czułam w tym glutkowo-roślinny smak chia, które podkreślały ogólną roślinność. W jednym gryzie natomiast nie trafiłam na żaden większy dodatek i poczułam... sól.

W zależności od tego, na jaki dodatek trafiłam, taki smak wchodził. I były to albo smaczne, słodko-kwaskawe rodzynki (niektóre wydawały mi się naturalnie scukrzone) przecinające kompozycję, albo coś kwaśno-żurawinowego jak kiepska żurawina (berberys? kawałki koloru niemal czarno-czerwonego), albo soczyście-egzotyczna, kwaśna marakuja. Ta dominowała najumiejętniej, łącząc kwaśność i słodycz, ale też genialnie wpisując się w rześkość.

Dziwna goryczka nadzienia na koniec splotła się z czekoladą, która na szczęście dymną cierpkością zakończyła to wszystko. Po zjedzeniu został posmak roślinności, ryżowej kartonowości i gryząco-chłodnego motywu oleju kokosowego, wzmocnionego "innymi olejami". To łączyło się z irytującą, nijaką, ale silną słodyczą. Trochę jak... po melasie? Melasowych ciastkach z bakaliami? I posmak należał głównie przeważnie do dodatku, który akurat został.

Całość okazała się "nawet smaczna jak na coś takiego", a obiektywnie nudna i kiepska, struktura zaś męczyła. Sporo w niej wszelakich drobinek, których nie widać gołym okiem, a które irytują. Z drugiej strony nadzienie samo w sobie wydawało się tak "obrzydliwawe", że możliwe, iż ratują je od bycia po prostu "obrzydliwym". Strasznie dużo w niej wszystkiego. Mało dobrych rodzynek, troszkę świetnych nerkowców, mnóstwo kiepskiego, skórowo-suchego berberysu i całkiem sporo dziwnej marakui. Może jednak obiektywnie stały na jednym poziomie? W sumie na co by nie trafić, było przynajmniej ok. Osobiście preferowałam rodzynki i nerkowce, potem marakuję (w większości wyszła mało przystępnie, ale smacznie), a bez berberysu bym się obeszła. O ile płatki bym wywaliła, ale nie przeszkadzały, tak chia owszem - przeszkadzały (i nie krytykuję ich za fakt bycia chia, a za uwypuklenie dziwnych cech nadzienia). Dodatki wrzucono tak, że... wyszła taka Studentska dla bogaczy albo rzeczywiście "instagramowo bogata w składniki" granola w formie tabliczki. Mało za to czekolady. 
Wydaje mi się, że jak i dodatków, nastąpiła taka kumulacja słodzideł, że utraciły wyrazistość i było po prostu słodko-mdło w smaku, mimo że ogólna słodycz nie należała do najwyższych.
Tak samo w kwestii tłuszczu... miałam wrażenie, że namieszali tam całą plejadę olejów, maseł i nie wiadomo czego, co wyszło źle.
Lubię konkretne nadzienia, ale nie konkretne w ten sposób, że jak zbity tłuszcz. O ile jeszcze mogłoby to przejść w orzechowych tabliczkach (np. całkiem ok Walnut Nougat), tak z owocami... wyszedł dziwny kontrast. Wprawdzie mogła wyjść tragedia, a wyszło... To jedna z czekolad, która nie jest zła, ale dobrą za nic szczerze nazwać jej nie można.
Nie było w tym prawie nic, dla czego miałabym chcieć to jeść. Szukać nerkowców i rodzynek, męcząc się? Podziękuję. Ponad połowę (jakieś 43 z 70 g) oddałam Mamie, bez emocji.

Mama miała podobne zdanie; zjadła bez emocji i podsumowała, że "typowe można zjeść, można nie zjeść", rozwijając: "samemu nadzieniu trudno coś zarzucić dzięki tym fajnym, kwaśnym dodatkom, choć nie wiem, co tam było: rodzynki, jakieś inne; coś bez smaku sobie pochrupało fajnie. I zza tego wszystkiego nie bardzo czuć nadzienie. Ot, jakieś słodkie, tłuste... nie powiedziałabym, że kokosowe ani w ogóle, że jakieś. Takie bez wyrazu, przynajmniej szybko się rozpuszczało." Stwierdziła, że bardzo przeszkadzała jej czekolada ("bo gorzka i za dużo jej"), odwracając od niego uwagę i nawet miała ją skroić, ale nie chciało jej się iść po nóż. Potem przyznała mi rację, że w sumie nie wie, czy chciałaby się lepiej w nadzienie czuć. 


ocena: 6/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), cukier klonowy, cukier z palmy kokosowej, olej migdałowy, płatki kokosowe, rodzynki, orzechy nerkowca, berberys, nasiona chia, płatki ryżowe (ryż, sól), cukier daktylowy, suszona marakuja, sproszkowany kokos (pasta kokosowa, mleczko kokosowe, mąka kokosowa), suszone maliny, sproszkowana wanilia, suszone jagody, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

środa, 18 sierpnia 2021

Selezione Piu Cioccolato Extra Fondente Venezuela 72 % ciemna z Wenezueli

 Razu pewnego przyszło mi długo czekać na przystanku. Traf chciał, że akurat dosłownie metr od niego otworzyli nieznany mi włoski sklep. Przez okno zobaczyłam, że jedzenie, np. sery, wędliny mają w cenach nie na moją kieszeń, ale weszłam. Od razu skierowałam się do czekolad i odkryłam, że akurat wśród nich mieli i zwykłe w niezwykle wysokich cenach, i jakieś dziwne, i... dzisiaj prezentowaną. Nie wiedziałam, do których ją zaklasyfikować, ale obstawiałam, że jej cena była sztucznie podbita. Mimo to uznałam, że z chęcią poznam właśnie potencjalnego lepszego zwyklaka z Włoch. Bo nigdy tego na oczy nie widziałam. W domu próbowałam coś wygooglać, ale nic nie znalazłam. Trafiłam na jakieś zdjęcia, na których kostki tej marki wyglądały tak samo jak kostki czekolad Sarotti, a to obudziło miłe skojarzenia, acz moja... wyglądała raczej jak tabliczki z Carrefoura. Z kolei jako że ostatnio dzięki tabliczkom Marana miałam do czynienia z kakao Piura (ale z Peru), wersja z Wenezueli wydała mi się miłym urozmaiceniem. Dopiero dzień przed degustacją (kiedy to wpadłam, że właśnie ona będzie "na jutro") wystraszyłam się, czy aby nie będzie to jak inne włoskie, paskudztwo z kryształkami cukru, ale już we właściwym dniu odkryłam, że... wyprodukowano ją we Francji.

Selezione Piu Cioccolato Extra Fondente Origine Venezuela 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Wenezueli wyprodukowana przez iN's Mercato.

Po otwarciu poczułam zapach kawowo-orzechowy, bardzo w tym wyważony i o delikatnym charakterze. Wyszedł minimalnie palono, słodko za sprawą wanilii, ale... wytrawnie czekoladkowo. Przyniósł na myśl burżuazyjną wersję Ferrero Rocher i śliwek w czekoladzie. Te otworzyły drogę lekkiej nucie owoców o "słodyczowym" charakterze. Pomyślałam o goryczkowato-słodkiej kandyzowanej pomarańczy i czymś truskawkowym.

Ciemna tabliczka ładnie trzaskała, wykazując przy łamaniu zacną twardość. Wyglądała na ziarnistą i nieco lśniącą w przekroju (jakby od cukru).
W ustach rozpływała się powoli i przyjemnie kremowo. Pochwalić się jednak mogła pozorną, epizodyczną gładkością i nie za wysoką tłustością gęstego, śmietankowo-maślanego wręcz, budyniu, który chwilami chylił się ku drobnej plastikowości. Czasami odnotowywałam leciutką szorstkawość jakby pyłku i niedokładnie zmielonego kakao. Zalepiała trochę, choć pod koniec rzedła, pozostawiając drobne poczucie wysuszenia.

W smaku występ zaczęła delikatna słodycz wanilii rosnąca z czasem jako słodycz ogólna, kojarząca się z ciemnoczekoladowymi... czekoladkami i w sumie innymi słodkościami.

Tuż-tuż za nią płynęła i podmywała ją gorzka kawa. Chwilami nieco słabła, stając się leciutko paloną jedynie gorzkawością. Wtedy to do głowy przychodzić zaczęły mi wyidealizowane czekoladki i piętrowe, czekoladowe torty. Wilgotne, tłustawe, delikatne... acz z truflowym podszyciem.

Pojawiły się orzechy laskowe, mocno związane z czekoladowością, lekką cierpkością kakao i kawy w wydaniu... właśnie pralinkowym. To tabliczkowa wariacja na temat kawowego wyobrażenia Ferrero Rondnoir... acz miała też trochę z Ferrero Rocher, ale idealizowanego, ulepszonego i osadzonego w ciemnoczekoladowych realiach dzięki palonej nucie. Tę zaraz podrasowała lekka goryczko-cierpkość owoców. Przebiły się - nutą scalającą paloność z wysoką już słodyczą - kandyzowane pomarańcze, z naciskiem na ich skórki.
Paloność i orzechowość zasugerowały słodkie, lekko soczyste śliwki w czekoladzie, w których (między śliwką a czekoladą) i jakiś truflowy krem czekoladowy się krył.

Od kremów i tortów, słodyczy wanilii blisko było już do wręcz maślanego złagodzenia. Orzechy laskowe odnalazły się w tym i przywołały na myśl... jakiś wysoki tort czy może lody czekoladowo-orzechowe... z sosem truskawkowym? Truskawki z zapachu pojawiły się nagle też w smaku. Musiały być jakoś dosłodzone, przetworzone... właśnie jak sos / syrop ze sporą ilością cukru i wanilii.

Bliżej końca wanilia i wszelkie te nuty podmyła kawa - jakby taki poczęstunek ktoś nią przepił. Cierpkawość i gorzkość wyłoniły się na wierzch.

Po zjedzeniu został posmak właśnie lekko cierpkawo-sosowy, przy czym czułam sporo orzechów, czekoladowo-truflowe słodkości i kawę, ale też sporo prostej słodyczy. Owoce... już odpuściły.

Całość wyszła bardzo przyjemnie. Przystępna i mocno, obłędnie czekoladowa, choć w wydaniu... słodkości czekoladowych. Orzechy i kawa to nuty wyraziste, acz delikatne. Owoce zaś, wcale nie uczyniły kompozycji owocową, bo również trzymały się kremowej czekoladowości, serwując śliwki w czekoladzie, pomarańczę i truskawki "w czymś".
Smakowało mi to - może bez szału, bo i gorzkości porządnej nie uświadczyłam, a słodycz jednak była bardzo znacząca, całość łagodna, to jednak wytrawności i fajnych nut nie sposób jej odmówić.


ocena: 8/10
kupiłam: Fettine Włoskie Delikatesy
cena: 17 zł
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z wanilii

wtorek, 17 sierpnia 2021

J.D.Gross 56 % Cacao Ziarna Kawy ciemna z prażoną kawą

Czasem jeszcze zdarza się, że nie umiem orzec, czy dana czekolada mi posmakuje. W dniu kupowania tego duetu (druga na blogu jednak się nie pojawi, bo oddałam ojcu, gdy zobaczyłam, że nibsów dodali jeszcze więcej niż do tej kawy), pojawiającego się epizodycznie (wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy), nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym ich nie kupić. Potem jednak do mnie dotarło, że dodatki nie dla mnie, a zawartość kakao taka, którą toleruję z fajnymi dodatkami. A tak? Ani jedno, ani drugie? Pocieszałam się przynajmniej, że Gross jest Grossem - to bez zmian i to wciąż plus sam w sobie.

J.D. Gross 56 % Cacao Ziarna Kawy to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao arriba z kawałkami prażonych ziaren kawy.

Gdy rozchyliłam papier, rozszedł się intensywny zapach palonej kawy. Był wiodący i złożony. Należał do palonych ziaren, kawy mielonej, kawy czarnej, kawy zaparzonej. 
Oczami wyobraźni zobaczyłam kawę mieloną w starodawnym, drewnianym młynku, bo kawę podkreślała nuta drzew / drewna. Do głowy przyszła mi też palarnia kawy... A słodycz nie pchała się do tego - wydała się przyjemnie niska.  

Tabliczka już w dotyku wydała mi się dość tłustawa, a jej kolor dziwnie nieciemny. Pochwaliła się jednak zacną twardością i głośnym trzaskiem. Przekrój zaskoczył mnie... kamyczkowosćią. To nawet nie ziarnistość, a już tak drobinkowość.
W ustach rozpływała się się powoli, raczej tłusto-kremowo przez dosłownie sekundę i... opornie. Nie jednak przez czekoladę, a przez dodatek. Okazała się bowiem dosłownie szyszką z drobinek kawy o ostrych krawędziach, jedynie zlepionych czekoladą. Nie udało mi się choćby wiórka z brzegu czy wierzchu zębami spiłować - kawa była wszędzie. Czekolada chwilami jakby znikała na tłustą wodę. Ziarna okazały się mocno przemielone i twarde, acz jeszcze "do pogryzienia". Twardo chrupały, niektóre wykazywały pozorną delikatność i kruchość. Niby gryzłam je pod koniec rozpływania się kawałka, ale aż trudno uchwycić, gdzie ten koniec. W tym czasie zdążyły już nieźle podrapać język i podniebienie, by na koniec jeszcze zęby pomęczyć włażeniem, gdzie się da.
To okropna struktura. Chyba jeszcze tak najeżonej czekolady nie spotkałam. 

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i paloną kawą. 

Słodycz rozeszła się w miarę statecznie, nie zacukrzając natychmiast. W mojej głowie jednak prędko pojawił się obraz glazury i piernika skrytego pod nią. Takiego... delikatnego, miękkawego. Poczułam maślaność bazy, wykazującą skąpą gorzkawość, jednak zaraz kawa przejęła ster.

W zasadzie właśnie kawa jako ziarna kawy dominowała, ale był to też smak... kawowy ogółem? Pomyślałam o bez umiaru posłodzonej czarnej kawie i ziarnach kawy. Ziarna z domieszką kawowego czegoś. Pierniki z kawą? Nasączone i utopione w kawie oraz z mnóstwem ziaren kawy w środku.

Słodycz za kawą rosła i wydawała się silna, ale zaskakująco nie za mocno jak na 56 % kakao. Kawa uniemożliwiała jej przebicie się. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakąkolwiek czekoladowość zaczęłam postrzegać jako tłusto-ulepkową i nijako-polewową. Pierniki stały się tylko echem, choć słodycz trzymała się nieco karmelowego akcentu. Gdy próbowałam drobinki kawy gryźć "obok czekolady", nie pomogło jej to ani trochę.
Z czasem w ustach miałam gorzki smak palonych ziaren po prostu, a czekoladowość jakoś odleciała.

Gdy czekolada w większości poznikała, zabrałam się za ziarna kawy. Były palone i gorzkie. Zupełnie zerowały smak czekolady.

Po zjedzeniu został posmak właśnie ziaren kawy i troszeczkę słodki. Delikatny motyw maślano-czekoladowy nieśmiało snuł się w tle. Czułam przede wszystkim ziarna kawy i może nutka pierników kawowo-czekoladowych.

Całość odebrałam... tragicznie. To nie czekolada, to jakieś... drobinki kawy jak miażdżone szkło zlepione czekoladą dosłownie jak jakieś sezamki (tu kawa w roli sezamu i czekolada w roli lepiszcza). To było podłe, gdy o strukturę chodzi - wyjątkowo nie dla mnie - takie nic, tylko chrupać. A w smaku? Czekolada poddała się kawie. Ostatnio kawowe słodycze mi nie podchodzą, ale... tu wyszło jeszcze coś. To nie był "słodycz kawowy". Czułam się, jakbym jadła po prostu ziarna kawy z "czymś ulepkowo-cukrowym", co przyjemne nie jest. Kawę to uwielbiam pić... 

Przypomniała mi się Millano-Baron Luximo Premium Czekolada 55 % śmietankowa z kawałkami ziaren kawy Arabica, która też była zupełnie nie dla mnie, ale jako czekolada ogółem... logiczniejsza, bardziej wyważona. Nie wiem, czy i teraz byłabym taka łaskawa w ocenie tamtej, ale dzisiejsza... mnie odrzuciła. Gryz i gdy tylko zaczął się rozpuszczać, nie miałam ochoty na więcej, acz trochę się przymusiłam (ale nawet kostce nie dałam rady; i tak przy tym nieźle się krzywiłam), bo mogłam trafić na taki fragment, prawda? Otóż nie: gdy się przyjrzałam, nie było szans, by trafić na mniej kawowej drobnicy. Aż kawałek dałam Mamie, by pokazać, o co mi chodzi (nie rozumiała, co ja aż tak narzekam). Jako osoba nielubiąca ciemnej czekolady i twardych dodatków: "całkiem niezła, dziwna taka. Nie taka gorzka, kawowa i dobra, tylko tak... ciężko się rozpuszcza i jak ta kawa tak zostaje to niefajnie się robi, jak już tylko ona jest. Ale i tak nie było źle, bo pochrupałam, pochrupałam i ok, a bałam się, że będzie twarda, że trzeba będzie pluć. A to, że czekolady ciemnej samej w sobie prawie nie czuć w czymś kawowym, dla mnie to plus". Jest to więc marny komplement dla czekolady ciemnej, ale jak widzę jako "słodycz kawowy" nie dla każdego jest tak straszna. Zakładam, że wiele zależy od tego, jak się czekolady je - czuję, że lubiącym je gryźć może o wiele bardziej posmakować. 
Powędrowała do ojca, którego zachwyciła, bo w końcu "mocno kawowa, słodka i fajnie się gryzie" (tak, on czekolady tylko i wyłącznie chrupie).
Jest to więc... dość skrajna propozycja.


ocena: 3/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 8% kawałki prażonych ziaren kawy, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario ciemna z Madagaskaru

Jedząc Grossa Madagaskar 70 % wpadło mi do głowy, że z ogromną ochotą w dość krótkim odstępie czasu porównałabym tabliczkę właśnie z Madagaskaru innej bardzo lubianej przeze mnie marki, której nawet owocowe propozycje nie wychodzą tak czysto owocowo. Coś w GR jest często czy roślinnego, czy mącznego, czy papierowego, co hamuje nawet ogrom owoców i co brzmi dziwnie, ale jest na swój sposób intrygujące. Stąd i Madagaskaru zrobiłam się bardzo ciekawa.
I właściwie nie tylko dlatego. Najpierw czekolada wydawała się wręcz elitarna, bo zrobiono ją z kakao z plantacji Maya; konkretnie z farmy Ottange, czyli najmniejszej z ośmiu farm wchodzących w skład całej plantacji, położonej w pobliżu rzeki Ramena (o proszę, jaka zbieżność nazw), płynącej przez północno-zachodni obszar Madagaskaru. Roczna produkcja ziaren z Ottange to 6 ton, przez co najpierw pomyślałam: "wow". Jak się jednak okazało... to ilość przeciętna, bo normalnie rocznie przeciętne farmy kakao produkują właśnie 6-8 ton. Cóż, przynajmniej taką wiedzę zdobyłam dzięki tej tabliczce. 

Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao trinitario z Madagaskaru z plantacji Maya, z farmy Ottange.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam czerwone owoce: głównie porzeczki (ale nie tylko), a także jakby kwiatowo-papierowy, wegański motyw... nabiału z orzechów? Kwiaty odpowiadały za słodycz kompozycji. Po niepewnym zaznaczeniu swojej obecności orzechy uderzyły pełnią mocy fistaszków i gorzkich włoskich, podtrzymując duszny motyw papieru i suszonych kwiatów (?). Nagle czerwone owoce zmieszały się z rozgrzaną ziemią i nastąpiła eksplozja soczystostości. Czerwone porzeczki i wiśnie zniknęły w czerwieni grejpfruta, a ten zaraz niemal utopił się w cytrynie. Przez większość degustacji stała na przodzie, podkreślona kwiatowo-ziołowym akcentem, wnoszącym słodycz. W tle poczułam kwaskawy jogurt, śmietankę... lub lody śmietankowo-cytrynowe?

Twarda tabliczka przy łamaniu wydawała trzask sugerujący, że może przypominać mokry piasek. Czerwonawy przebłysk ziarnistego przekroju nie oponował.
Już na dotyk nietłusta czekolada w ustach okazała się zupełnie nietłusta. Rozpuszczała się wprawdzie powoli, ale niczym zwarty i długo twardawy zlepek przemielonych owoców i orzechów z piaszczyście-proszkowym zarysem. Potem robiła się plażowym, miałkim piaskiem mokrym: miękła i rzedła na szorstkawy, niegładki krem. Kojarzyła się z drobnopiaskową zbitką, z której lały się hektolitry soku. Jakby soczysty sos opływał... bardzo twarde, zbite lody, które mimo wygładzania się, do końca utrzymują proszkowość (bo np. z mlekiem w proszku).

Pierwsza w smaku odezwała się cytryna, by puścić przodem znaczącą słodycz. Łapnęłam miód i kwiaty, których ciężkie płatki opadły niczym kurtyna, odsłaniając karmel rozchodzący się jako tło. Wyszedł łagodnie, jakby przymglony, ale zdecydowanie palony. Z tym, że delikatnie i zmieszany... z kwiatami i karmelkową wręcz śmietankowością.

Cytryna i karmel pomieszały się, przez co cytryna wydała mi się lekko pudrowa, mimo że wciąż soczysta. To jakieś słodkie cytrynowe twory - może lemoniada, lukier cytrynowy... Kandyzowane skórki? Albo jakiś mus z nich zrobiony? Nagle bowiem odnotowałam gorzkość skórek właśnie.

Gorzkość rosła i rozchodziła się, nie opuszczając kwasku. Wręcz przeciwnie: zdawały się wzajemnie nakręcać. W splocie tym odnotowałam też inne cytrusy. Za sprawą słodyczy pomyślałam o mandarynkach, ale zaraz przemieszały się i wybrały przewodnika. Dowodził grejpfrut, podsycany cytryną.

Mimo to, słodycz rosła i z czasem zaczęła mi się wydawać ryzykownie silna, wychodząc niemal na pierwszy plan. Aż zadrapała w gardle niczym kwiatowy, jasny miód. Przy śmietankowo-miodowym karmelu poczułam jeszcze nutę nabiału, a więc więcej śmietanki i jogurt. Pomyślałam o takowych jogurto-deserach w wariancie... Karmelowym? Cytrusowym? Chwilami zajeżdżał nieco wegańsko-orzechowo, nawet papierowo? Specyficznie "sucho smakowo", bez choćby cienia tłustawości nabiału.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wyszła na prowadzenie, spychając nieco słodycz. Wpisały się w nią orzechy, a dokładniej sporo arachidowych, laskowych (w wydaniu jakiegoś kremu / nadzienia; ewentualnie deseru mlecznego) i inne. Uderzyła ziemia, którą rozgrzewało słońce. Ziemia i orzechy, mieszając się, skojarzyły mi się ze skórzaną odzieżą / meblami... Gorącymi od padającego na nie słońca i... od przypraw korzennych? Pewna papierowość i kwiaty ułożyły się w suszono-ziołowy, nieco ostry splot. Pomyślałam o pieprzu, a to znowu podkręciło miodowe drapanie.

Gorzkość ziemi i skóry lekko się odymiła-"okarmelowiła". Z dymem nadciągała bowiem palona słodycz maślano-śmietankowego karmelu, jednak... W dymie też podpełzł do nich grejpfrut, podlewając je soczystym sokiem... swoim i cytryny. Zaprosił też czerwone owoce. Pomyślałam o kwaśnych porzeczkach, potem też wiśniach, może i suszonych malinach... Innej drobnicy? Schowanej wśród kwiatków i bardzo blisko ziemi? Kwiatów suszonych i... zmieszanych z przyprawionym (?) miodem...

Końcówka była kwaśno-owocowa, niejednoznaczna w tym i ziemista. Ziemia... podkręcona nieco skórą, z tak silną soczystością mignęła mi kawą. Słodycz też miała w tym swój udział, choć na końcówce jakoś odpadła.

Po zjedzeniu został posmak słodyczy miodu, maślanego karmelu, ale też już bardzo stonowanej, pudrowo-kwiatowej. Trwała także dynamiczna kwaśność cytryny i owoców czerwonych kontrastowo zestawiona z gorącą, czarną ziemią i skórą. Wszystko było nieco... gorzkawe za sprawą dymu.

Całość wyszła cudownie soczyście i jednocześnie dziwnie "sucho smakowo". Przypadł mi do gustu kontrast kwaśnych owoców i gorzkości, tego gorąca. Wysoka słodycz nie przeszkadzała, acz mogłaby być niższa. Pewne nuty też mogły się bardziej schować, np. pudrowość nie pasowała, ale... mimo kontrastów nie było zgrzytów. Pudrowość cytryn i dziwna suszoność malin... właściwie właśnie zapewniły spójność hektolitrom soków z ciepłem ziemi i orzechów, przypraw. Mimo łagodzenia, to czekolada z pazurem. Intrygująca. Podobało mi się, jak nietłusta była.

Była bardziej ziemista i gorzko-ostrawa niż Morin Madagascar Sambirano 70 % (recenzja już 21.08.2021), ale jednocześnie słodsza i to nie tylko karmelowo-miodowo, ale aż pudrowo. Przez to nie zachwyciła mnie bardziej niż soczysty i drzewny Morin.

PS Czułam czerwone porzeczki, ogólnie czerwone owoce - w internecie trafiłam, że czuć wyraźnie owoc "schisandra", ponoć bardzo charakterystyczny; tłumaczy się to jako "cytryniec chiński". Może to i on, ale piszę o tym, bo... spodobała mi się nazwa i moje wyobrażenie o tym czymś.


ocena: 9/10
cena: 30 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: gdybym nie znała Morina, to bym się zastanowiła

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 15 sierpnia 2021

Chocolove xoxox Raspberries in Dark Chocolate 55 % ciemna z malinami

Swego czasu dostałam parę czekolad z USA, które niezbyt wpisują się w mój gust, sama bym ich nie kupiła - to tak dla przypomnienia, bo nie jest to sprawa szczególnie ważna. Jako że potencjalnie wszystkie wyglądały jak tabliczki niekręcące mnie, kolejność otwierania była mi obojętna. Po średniej Chocolove xoxox Almonds & Sea Salt uznałam, że drugą i ostatnią posiadaną tabliczkę "marki od listowych opakowań" zostawię sobie na koniec, bo... obstawiałam, że od tych z Wegmans będzie lepsza. Choć nie obstawiałam, bym zatrzymała ją sobie, myślałam, że pewnie do ojca trafi. Nie chciałam jednak zwlekać z nią za długo, by móc się jakoś odnieść właśnie do konkurencyjnej Wegmans Dark Chocolate with Raspberry Flavored Flakes, którą dobrze pamiętałam.

Chocolove xoxox Raspberries in Dark Chocolate 55 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z malinami.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam palono-margarynowy zapach. Jakby ktoś mocno przypalił czekoladowe ciasto na jej bazie oraz jadł je w towarzystwie niezłej, palonej kawy. Margarynowość z czasem zaczęłam postrzegać coraz bardziej jako ogólną tłuszczowość, może nieco doprawioną słodyczą wanilii. Wyszło to mdląco i nie pomogła słodko-kwaśna nuta malin w tle, które od razu skojarzyły mi się z kwaśnymi owocami zasypanymi cukrem. Nieprzyjemne kontrasty, które nieco mnie odpychały.

Twarda i gładka, brzydko i tanio lśniąca tabliczka głośno trzaskała. Była piekielnie twarda - odgryzanie kawałka dosłownie bolało, a mimo to za sprawą "napowietrzonych", malin zdarzało jej się kruszyć. 
Maliny wystąpiły pod postacią wielkich owoców liofilizowanych, pustawych w środku - trochę jak lekkie chrupki zbożowe. Dodano ich odpowiednią ilość: były fragmenty bez nich, nie najeżono nimi czekolady, ale na brak narzekać nie można.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto i trochę maziście (jak smar?), plastikowo-opornie w tym. Kojarzyła się z zimnym masłem, niemal do końca zachowując kształt i formę. Udawała, że zaraz zmięknie, ale było to bardziej udawanie. Niechętnie wypuszczała z siebie kawałki malin. 
Te w pierwszej chwili były sucho-skrzypiące, wręcz chrupiące, jednak z czasem nasiąkały. Wtedy to robiły się miękkie. Sporo w nich... owoców! Co zaskoczyło mnie pozytywnie (bałam się, że jak w przypadku Novi Nero Nero 70% Extra Bitter chocolate with raspberries and almonds będę miała wrażenie, że dali same pestki, bez reszty owoców). Nieco gąbczasto-zmiękczone, ale wciąż soczyste maliny gryzione na koniec byłyby bardzo przyjemne, gdyby nie to, że i tak wydawało się, ze niemal połowa to twarde jak małe kamienie pestki. 

Od odgryzienia kawałka czułam wysoką słodycz, która tylko nakręcała się. Tylko w pierwszej chwili wydawała mi się czysto cukrowa. Zaraz zasnuła ją nutka wanilii, jakby nieco ją stopując. Mimo że wysoka, nie była straszliwa, bo w dodatku szybko przełamały ją inne nuty.

Poczułam kawę i maślaność. Jakbym jadła jakieś biszkoptowe ciasto kawowe, zrobione na bazie masła i margaryny, które ktoś nieźle przypalił. To jednak... nie było bardzo złe. Wyszło całkiem zadowalająco gorzko... gorzko-gorzkawo. Zaraz jakbym zapiła to kawą... kawą czarną, ale bardzo delikatną? Z pianką na pewno. 

Z pianką i z cukrem. Słodycz połączyła się z gorzkością, idąc w kierunku syropu lub likieru. Jakby tak nasączyć nim kawowe ciasto i zasłodzić kawę zupełnie. W kęsach z malinami (czyli w większości) nagle... pojawiła się nuta syropu lub nawet nalewki malinowej, oczywiście także bardzo słodkiej. Czekolada musiała częściowo przesiąknąć owocami, które miło się z nią zgrały. Jakby w tym cieście właśnie i maliny były?

Wraz z odsłaniającymi się owocami wyraźnie pojawiała się nuta słodkiego syropu malinowego, takiego naturalnego i z zaznaczonym kwaskiem. Nasilał się, bo wchodziła nuta słodko-kwaśnych suszonych malin. Gdy większy kawałek lub kumulacja kawałków spoczęły na języku, przeszyły kompozycję kwaskiem, a dopiero potem malinowo-kwaśnym, bardziej soczystym smakiem. Na zasadzie kontrastu uwypukliło to maślaność i tłuszczowość smakową, przez co baza straciła gorzki impet. Kęsy malin pozbawione lub z mniejszymi kawałkami potem wydawały się też bardziej cukrowe, te zaś z malinami - leciały w kierunku bardzo słodkiego syropu malinowego.

Bliżej końca czekoladowa gorzkawość jakby oklapła z sił, było bowiem maślano-margarynowo i bardzo słodko. Cukrowo, choć znów wrócił też waniliowy motyw. Smak malin zaś osłabł.

Gdy czekolada już zniknęła, zajęłam się dodatkami. Mimo że wcześniej ich nie gryzłam i tak miałam wrażenie, że zostały głównie pestki, a reszta jakby się rozpuściła. Odrobinka farfocli owoców smakowała kwaskawo, malinowo ogólnie, ale jakoś bez polotu. Skupiałam się na pestkach i ich smaku (?). 

Po zjedzeniu został posmak suszonych malin, cierpkawość kojarząca się z cukrowym likierem, waniliowe echo i posmak maślano-gorzkawego ciasta czekoladowego. Pestki po pochrupaniu na szczęście w zębach nie pozostawały.

Całość wyszła całkiem w porządku, ale raczej "można zjeść, jak już jest", a nie że jakoś na to specjalnie ochota nachodzi. Słodko, tłusto, a dodatek taki sobie (po prostu chyba nie jestem przekonana do liofilizowanych malin w czekoladzie... i w ogóle). Sama czekolada, gdyby dać do niej świetny dodatek, byłaby znośna. Jedzona czysta? Może też dałaby radę, ale maliny uwypukliły jej wady. One zaś... z dobrą bazą też by pewnie lepiej wyszły. Tu jednak wystąpiła kumulacja nudnej przeciętności i efekt był... bardzo przeciętny. Po zapachu, przyznaję, w ogóle spodziewałam się tragedii. A tak... Można zjeść, ale tylko jako coś niewymagającego. Ja nie widzę sensu jedzenia przeciętnych słodyczy, aby zjeść, więc po paru kostkach, gdy utwierdziłam się, że przeciętna czekolada z pestkami mi nie odpowiada, oddałam ojcu.
Zdecydowanie wygrała z Wegmans (recenzje: z 2016, 2021)! W sumie... nawet najgorsza malina wygrała by z cukrem o jej smaku. Irytująca struktura Novi też przełożyła się na to, że xoxox jawi się zadowalająco.
Bardzo ciekawi mnie jednak zajeżdżanie margaryną, której w składzie nie ma. Może przesadzili z lecytyną?


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 517 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), liofilizowane maliny

piątek, 13 sierpnia 2021

Marana Peru Cusco 80 % ciemna

Po Maranie Cusco 100 % uznałam, że pójdę tak trochę nietypowo dla mnie tym razem: od najwyższej zawartości do najniższej. I... w sumie nie miałabym nic do dodania, gdyby nie to, że decyzja zapadła dzień przed zjedzeniem, a pisząc wstęp - nie wiem dlaczego - przypomniałam sobie disneyowskiego Kuzco i jego lamią wersję. To ten, tego... lepiej się już czekoladą zajmijmy.

Marana Peru Cusco 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Chuncho z Peru z regionu Cusco z okolic miasta Quillabamba.

Już otwierając opakowanie poczułam intensywny zapach limonek i cytryn w wydaniu nieco galaretkowo-goryczkowatym oraz kefiru czy raczej maślanki wpływających w... bezkresną czekoladowość. Jakby tak otulała pierwsze i wciągała drugie. Wydała mi się niecodziennie spotęgowana i podkręcona orzechami, jak również suszonymi liśćmi tabaki i ... drewnianymi pudełkami na cygara (ciekawostka: nazywa się to humidor)? Zaplątała się w tym lekka słodycz, jakby niemająca zupełnie znaczenia w tym wszystkim, a jednak reprezentująca konkretnie wanilię i kwiaty.
O wiele większą wyrazistością cieszyły się limonki i inne owoce egzotyczne: kwaśne, których nie umiałam nazwać. Była tam też cytryna... wydało mi się to aż takie... musujące jak... wino (musujące właśnie)? Piwo? Ono i jego słodowość zawracały myśli ku czekoladowości. Chwilami wydaje mi się, że kryła się w niej truskawka (może i truskawkowe / czerwone galaretki w czekoladzie?)... też jakby łącząca owoce z resztą.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno z racji tego, jak twarda była.
Wrażenie to podtrzymała w ustach. Rozpływała się do pewnego momentu powoli, gęsto i maziście, zachowując zwarto-zbity kształt. Wydała mi się jędrna i mięsista, bardzo konkretna i za tłusta. Trochę jak... budyniowo rozpływający się tłusty deser, coś mulistego... ale z owocowym, minimalnie to rozrzedzającym wsadem-sosem, za sprawą którego pod koniec przyspieszała rozpuszczanie się i znikała.

W smaku od początku czułam nie za wysoką słodycz. Wydała mi się wręcz zwiewna, jak nieuchwytne, jasne winogrona rosnące jeszcze na winorośli. Odnotowałam wanilię oraz duet owoców i kwiatów. Jakby... chodziło o kwiaty wanilii i owoce rosnące wśród kwiatów na krzaczkach?

Oczami wyobraźni zobaczyłam krzaczki truskawek i poziomek, na których drobne czerwone owoce kryją się wśród kwiatów. Myślałam o... kolorze jasnym... beżowo-żółtym? Jakby słodycz miała jego wydźwięk. Kwiaty wanilii i jakieś żółtawe, słodko-kwaśne owoce - chyba brzoskwinie. Mignęły mi nawet dosłodzone wanilią... truskawkowe słodkości - naturalny, domowy zrobiony z nich dżemo-żel / galaretka?

Następnie opływała to łagodząca nuta nabiału. Maślanka? Odnotowałam drobny kwasek... coś kefirowo-śmietankowego... Smakowity kwasek rósł, ale nie mocno. To było jak picie chłodnej maślanki / kefiru w upalny dzień, a potem... Nabiał zmienił się w śmietankowo-waniliowy budyń... na pełnym... czy może jakimś kokosowym mleku / śmietance? By później pojawiła się nieco cięższa maślaność, odchodząca na tył.

Tam, po paru chwilach czekała ją niespodzianka. Wtopiła się w niekończącą się czekoladowość. Pomyślałam o dość tłustym, budyniowym brownie (albo "browniowatym budyniu") z cierpkawym motywem. Były w nim orzechy, nakręcające sprężystość, soczystość... młodych, świeżo-ciastowowilgotnych sztuk.

Orzeźwienie już wcześniej przejawiało leciutki kwasek (nabiału). Myślałam o takim podbuzowanym... Zaraz jednak ta czekoladowość i cierpkawość przywiodły coś aż musująco-bąbelkującego... Zasugerowały piwo z odrobinką kwasku, też podchodzące pod limonkę, ale myślałam o nim raczej jako o słodzie i... Do głowy przyszło mi wino, ale raczej jako "nuty wina" niż alkohol.

Wina różowego? Pojawiły się słodkie owoce. Truskawki i poziomki zmieniały się w fioletowy agrest i... Fioletowe winogrona...? Jakby suszące się? Toż to rodzynki! Wzrosła słodycz. Pojawiły się czerwone owoce oraz marakuja, ale także inne, egzotyczne, których nie umiałam nazwać. Pomyślałam o rodzynkach, niemal karmelowych i... orzechowo-soczystych? Może też z papkowatymi, naturalnie karmelowymi daktylami? Nagle objęły dowodzenie nad całą słodyczą Specyficzne, bo zestawione z innymi suszono-egzotycznymi owocami. To niemal muląco słodka, soczyście-jędrna brzoskwinia i... ananas? Słodko-kwaśne marakuje i miechunki? Przewijał się w nich kwasek, stąd i cytrusy z czasem się wychyliły. Cytryna, może odrobinka limonki... W nieco jednak żelowo-galaretkowatym (w 100%ach naturalnym) wydaniu, a więc złagodzonym i słodszym? Znów na myśl przyszły mi physalis i marakuja, ale... też trochę innych żółtych suszonych?

Te, wraz z rosnącą słodyczą zdawały się jednak wtapiać w ciasto. Niczym w brownie-czekoladowym bagnie / ruchomych piaskach. Zupełnie jakby tak... zrobić brownie na bazie daktyli? To już trochę zasładzało... Odnotowałam na szczęście znowu drzewną, żywszą nutę. Jak tabaka... lekko zawilgocona "czekoladowo", pudełka na cygara i... drzewna słodycz? Wanilii i suszonych owoców?

Pod koniec złagodziła to trochę maślano-orzechowa czekoladowość, by zostać w posmaku jako dość tłuste, cierpkawe brownie zestawione z kwaskiem słodkich owców (marakuja, cytrusy, winogrono-rodzynki) i odrobinką nabiału. Niby łagodnego, ale też z odrobinką kwasku. 

Całość wyszła bardzo ciekawie - zwłaszcza ten smak czegoś musującego i poziom czekoladowości. Mimo wielu kwaskawych nut, nie było bardzo kwaśno. Naturalne kwaśności były tu naturalnie łagodzone. Taak, właśnie łagodnie to to wyszło, a i tak pysznie. Chociaż... za nic nie zgadłabym, że to 80 %; obstawiałabym 70. Silną słodycz jednak wybaczam, zwłaszcza, że wpisała się w daktylowe brownie. 
Nuty nabiału od maślanki po budyń oraz te żółto-złote owoce (soczyste brzoskwinie, egzotyczny miks marakui, ananasów, miechunek - trochę podsuszonych) z czerwonymi (truskawki i inne) cudownie splótł winogronowo-rodzynkowy smak. Ten napędził słodycz aż karmelowo-daktylową, a wanilia... ta doprawiała owoce cały czas. Gorzkości prawie nie uświadczyłam, ale goryczek nie brakowało, a poziom czekoladowości i tak był wysoki. Podobało mi się jego podsycenie orzechowo-drewniano-cygarowymi nutami.
Wolałabym jednak mniej tłustą konsystencję, aczkolwiek... nie mogę powiedzieć, by ta mazistość i mięsistość nie pasowały do smaku. Akurat dzisiejszy oddawały doskonale.
Czekolada przez duże C.

Browniowato-budyniowa, a więc też "śmiesznie" wytworowa jak np. "sernik, którym była Cusco 100 %". Aż mnie zaskoczyły, ile w nich nut zbliżonych, ale tu ewidentnie zmienionych za sprawą słodyczy. Kwaśny kefiro-twaróg, gorzkawo-ciastowe orzechy, wiśnie, alkoholowo-beczkowe, czerwone wino 100 % kolejno można przypisać maślance i śmietankowemu budyniowi, orzechowemu brownie, truskawkom z wanilią, cygarowym pudełkom i musującym piwom / winom dzisiejszej. Różnią je jednak owoce: 100 % to więcej cytrusów (w tym słodkie pomarańcze), 80 % to o wiele więcej ogółem, ale w tym słodko-kwaśne egzotyczne i suszone (rodzynki, daktyle). Bardzo istotna różnica to to, że 100 % była aż korzennie ostrawa chwilami.
Wszystkie te owoce, karmelizowano-orzechowa słodycz i "wegańska śmietanka" za to pasują do nut Piura 80 %. 
Marana jak widać, ciekawie oddaje regiony. Wyciąga z nich, co charakterystyczne, co oczywiście umożliwia % kakao.
Winogrono-rodzynki z alkoholowym podszyciem, maślaność, drewno i delikatne orzechy normalnie rodem z Zotter Labooko Peru Chuncho 72%. Zotter jednak o wiele bardziej podpadł mi strukturą awokado.


ocena: 9/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy