czwartek, 21 grudnia 2023

The Swedish Cacao Company Uganda 90% Semuliki Forest, 2021 Harvest ciemna z Ugandy

Bardzo się cieszyłam, że ostatnio zamawiając czekolady miałam możliwość kupienia tabliczek The Swedish Cacao Company /  Svenska Kakao o różnych zawartościach. Ciekawiło mnie, jak z jaką ilością kakao radzi sobie ta szwedzka marka. Kolejną, którą by tu zjeść, wybrałam z Ugandy nie przypadkowo. Było to w czasie zbliżonym do Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 %, czyli z kolei tabliczki bardzo lubianej przeze mnie marki białoruskiej. O ile wspomniana jest bezpośrednio z lasu Semuliki, tak dzisiaj prezentowana z z dystryktu Bundibugyo, który graniczy z Parkiem Narodowym (a więc i lasem) Semuliki. Z dokładnego opisu wywnioskowałam, że i do tego dystryktu ten las dochodzi.

The Swedish Cacao Company Uganda 90% Semuliki Forest, 2021 Harvest to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao trinitario i Amelando z Ugandy, z dystryktu Bundibugyo, z lasu Semuliki.

Po otwarciu dosłownie uderzył zapach słodkiej whisky, koniaku i miodu. Koniak wprowadził wysoką soczystość winogron, z czego skorzystały banany. Czułam ich sporo: zarówno dojrzałych i słodkich, jak i jeszcze zielonych, jakby z motywem roślin, samego bananowca-drzewa. W alkoholowo-owocowym splocie pojawiły się też kwaśno-goryczkowate, a zarazem znacząco słodkie, pomarańcze duszone w alkoholu. W tle pobrzmiewał mi z kolei winny ocet malinowy, wpisujący się w soczystą kompozycję z przebłyskami czerwonych owoców. Do tego pojawiła się stonowana, spokojna, acz wyrazista gorzkość ziemi z lekko palonym, bardziej jedynie ciepłym akcentem.

Tabliczka trzaskała średnio głośno i w zasadzie średnio twarda była. To pewnie przez miejscową cienkość tabliczki. Wydała mi się dość krucha.
W ustach rozpływała się wolno i gładko. Była masywna i ciężka, tworząca w ustach gęstą masę maślanego kremu z nieco oleistym motywem. Pod koniec lekko ściągała.

W smaku pierwsza rozeszła się znacząca, przez parę sekund wiodąca, nuta maślana, do której błyskawicznie dołączyła słodycz, przekładając się na myśl o maślano-bananowym kremie. Takim do przełożenia ciasta lub... W ogóle jako ciasto. Bananowy, mocno maślany chlebek? Pojawił się bowiem pieczony, ciepły akcent.

Z tła z kolei odezwała się świeżość. Jakby zielona świeżość roślin, masywnych liści, np. bananowca. Wyobraziłam sobie zielone banany i parę bardziej dojrzałych sztuk.
Także w tle zaznaczyła się subtelna, spokojna gorzkość. Miała lekko palony charakter.

Świeżość zaczęła rosnąć dzięki soczystości, która ruszyła odważnie. Z owoców pierwsze rozbrzmiały banany - bardzo różne, bo od takich "ciastowych" po świeże o różnym stopniu dojrzałości. Wemknął się wśród nie kwasek. Przemknęła mi nuta cytrusów, a zaraz po niej poważniejsza, należąca do winnego octu malinowego.

Ocet malinowy skupił na sobie uwagę, a wsparły go niedookreślone czerwone owoce z echem wina. Alkoholowy motyw wpisał się w ogólne ciepło... Po czym nagle z owoców nieco śmielej wychynęły dość kwaśne wiśnie, wsparte właśnie alkoholem (nalewką?) z kwaśnych wiśni. Podkreślił je cytrusowy akcent.

Roślinną świeżość, ciepło i owocowo-ciastową słodycz dodatkowo przeplótł i tym samym zharmonizował miód. Pomyślałam o jakimś pikantniejszym, ciemnym, acz na długo miejsca nie zagrzał. Bananowy chlebek na moment zmienił się w suszone chipsy bananowe - takie z olejem kokosowym, bez cukru i sztucznych dodatków. Przejęły pewną neutralnawość od maślaności, a ją wypchnęły z kompozycji niemal zupełnie. Słodyczy też podyktowały zachowawczy, nie za wysoki tor. Olej kokosowy raz i drugi aż zaskoczył mnie swoją jednoznacznością.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość znacząco się nasiliła. Poczułam w niej czarną ziemię. Nieco wilgotną, lekko pikantną. Wówczas to ziemia zawładnęła goryczką i ostrością, natomiast olej kokosowy zmienił się w samego kokosa... jakby palonego.

Kwaśne owoce rozwijały wątek alkoholowy. Kwaśność została stonowana słodyczą winogron, którym trochę pomogły banany - tym razem soczyste i dojrzałe w punkt. Winogrona były to zielone i po chwili już zmieszane z koniakową nutą. Koniak wpisał się w ciepło, a to z kolei zaraz zasugerowało lekką korzenność.

Wyobraziłam sobie duszoną w alkoholu, jakimś mocnym i słodkim, np. whisky pomarańczę. Zupełnie pochłonęła resztę cytrusów i została wyraźnie tylko ona. Słodko-cierpki i soczyście kwaśny owoc mieszał się z cynamonem i goździkami w szlachetnie alkoholowej toni. Może miodowym grzańcu? Po chwili uwagę od owocowości odciągnął nieco motyw alkoholu - nie ordynarnego, a może miodowego alkoholu - z cynamonem po prostu.

Pikanteria płynąca z ziemi też przybrała bardziej cynamonowy wydźwięk. Cynamon podkreślony ziemią przypomniał o podpieczonej nucie chlebka bananowego. Takiego nieco nasączonego pomarańczą? Lub pokrojonego w grube plastry i podanego z konfiturą z pomarańczy duszonych w alkoholu?

Po kwaśniejszym i poważniejszym epizodzie, banany wróciły z impetem jako bardzo słodki bananowy chlebek lub... bananowe brownie? Gorzkość ani myślała ustąpić słodyczy, raczej się z nią zrównała. Bananowo-kakaowy wypiek zdawał się lekko posłodzony miodem i przyprawiony korzennie, co też na ostrość i cierpkość się przełożyło.

Wróciła maślaność, która łagodziła gorzkość ze wszystkich swoich sił, trochę stonowała słodycz, acz nie tknęła przypraw, alkoholowego wątku koniaku i whisky, a kwasek lekko uciszyła.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu i kakaowo ziemistego chlebka i / lub brownie z bananów. Do tego czułam słodko-kwaskawy koniak z akcentem winogron, mocny i właśnie słodki alkohol, acz i pewną świeżość, rześkość, a nie tylko ciężkość. Delikatnie kwaśne owoce, w tym cytrusy prosto z grzańca, także tu się odnalazły.

Czekolada smakowała mi, choć trochę zaskakiwała w nie do końca czysto pozytywnym sensie. Gorzkość na odpowiednim poziomie i nieprzesadzona słodycz spotkały się z kwaśnością o złożonym i ciekawym charakterze, w której właśnie jednak nie wszystko mi grało. Zbyt octowe wątki, mimo owocowości i alkoholowości, chwilami jakoś nie pasowały. Duszone w alkoholu pomarańcze, koniak z winogronami czy whisky na plus, ale winny ocet malinowy niezbyt. Pikanteria łącząca ziemię z końcową cynamonowością, ogólny ciepły wydźwięk także mi się podobały. Wolałabym, by ziemistość była istotniejsza, ale i tak nie mogę narzekać na jej małą ilość. Wyrazisty chlebek bananowy, krem bananowy i suszone chipsy bananowe były intrygujące, choć właśnie chipsy i maślaność kremu nieco za bardzo mi kompozycję łagodziły we wszystkich aspektach.
Całość uważam za dobrą i niespotykaną, acz jak zwykle w przypadku tabliczek tej marki nie odpowiadała mi także forma tabliczki we wzorki o różnej grubości (miejscami strasznie cienkie).

Korzenność, wypiek i duszone owoce (w dzisiaj przedstawianej duszone w alkoholu pomarańcze, w podlinkowanej dżem-nadzienie z czerwonych owoców) trochę przypominały mi Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 %, a miód, cynamon i maślano-bananowe ciasto Ethicoco Craft Chocolate 75 % Uganda Origin, jednak czekolada nie była podobna do żadnej jedzonej przeze mnie z Ugandy.


ocena: 8/10
cena: 41 zł (za 50 g; cena półkowa, ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 20 grudnia 2023

Pure&Good Dark Chocolate with coconut / Czekolada Gorzka z kokosem ciemna 52 % bez cukru

Ta czekolada wpadła do mnie prawie przypadkiem. Zamówiłam przez internet kaszę manną razową, nie mogąc jej znaleźć nigdzie stacjonarnie, jednak czas oczekiwania na wysyłkę niemiłosiernie się przedłużał. W końcu zaproponowano mi w ramach rekompensaty trzecią paczkę tej kaszy. Nie chciałam jednak robić takich zapasów, tym bardziej, że kaszę akurat tego producenta kupowałam pierwszy raz. Zaproponowali mi więc dowolny produkt z rzeczy, jakie wystawiali w określonym przedziale cenowym i po prostu nie znalazłam niczego ciekawszego czy czegoś, co po prostu bym chciała. Nie sprawdziłam dokładnie składu tej czekolady, a miałam ochotę na ciemną z kokosem. Skład wystraszył mnie dopiero po czasie - malutko kakao, mnóstwo słodziku... To już sugerowało, że mnie nie zachwyci. A jednak pocieszałam się, że wpisze się w swego rodzaju kokosową serię, jaka mi wyszła z racji wstawienia na bloga kokosowych Merci i Grossa. Oby ta była choć trochę lepsza.

Pure&Good Dark Chocolate with coconut No Sugar Added / Czekolada Gorzka z kokosem Bez dodatku cukru to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z kokosem; bez cukru (słodzona słodzikiem maltitolem).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach kokosa, który dominował nad nieco ulepkowatą, cierpko-paloną ciemną czekoladą. Cechowała ją niska, acz obecna gorzkość oraz bardzo wysoka słodycz o rześkim charakterze. Wydała mi się roślinnie-słodzikowa i trochę drzewna. Oczami wyobraźni widziałam drzewo z powiewającymi na wietrze liśćmi. Do głowy przyszedł mi jakby słodki syrop z brzozy. Coś w tej słodyczy było jednak lekko drapiącego, chyba już sama jej ilość w stosunku do gorzkości i kokosa.

Tabliczka w dotyku wydała mi się ulepkowato-tłusta. Łamała się z głośnym, chrupkim trzaskiem. Była nieco krucha.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ochoczo mięknąc, acz zachowując kształt. Była tłusta i wodnista, bazowo gładka. Maziście pokrywała podniebienie, powoli odsłaniając sporo wiórków. Chwilami wykazywała jakby zwięzłą ulepkowatość.
Kokosa nie pożałowano, acz to wyszło na jaw dopiero, gdy czekolada prawie zniknęła. Po niej zostało w ustach mnóstwo różnej wielkości wiórków: i trochę całych, i bardzo dużo posiekanych. Wiele z nich była naprawdę mocno posiekana, bardzo drobna, co też pewnie przełożyło się na wrażenie, iż dodatku jest bardzo dużo.
Wiórki okazało się świeży miękko-trzeszczące, lekko chrupkie i szybko znikające z ust. 

W smaku pierwsza zwaliła się na mnie wysoka słodycz i podążająca za nią, a jakby niemogąca dogonić, delikatna, palona gorzkość. Trzymała się jej leciuteńka cierpkość, zabiegająca o ciemny wydźwięk czekolady.

Sama słodycz bez skrępowania rosła. Przez moment wydała mi się prawie cukrowa, acz ta cukrowość... zaraz zrobiła się bardziej roślinna, słodzikowa. Po paru chwilach obrała chłodny jak mięta kurs. Z samą miętą, czy raczej miętowym słodzikiem też się trochę kojarzyła.

Gorzkość, choć i tak niska, za nią uległa maślaności i właśnie słodyczy. Zrobiła się jeszcze bardziej wycofana, przypominając tylko o palonym wątku. Cierpkość mignęła mi zwykłym, odtłuszczonym kakao w proszku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do tej gorzkawości dołączył kokos. Czułam raczej aromat... pomyślałam o syropie, sosie czy likierze pozbawionym alkoholu kokosowym. Z maślanością czekolady związał się wątek jakby kokosowo-orzechowy.
A z racji słodzikowego chłodu pomyślałam o słabej, mrożonej kawie czarnej (konkretnie o pitym może ze 2 razy w życiu cold brew).

A wiórki kokosowość podkręcały, ale w innym, naturalniejszym stylu. Cechowała je jakby rześko-soczysta słodycz. Wydały mi się podprażone minimalnie, wpisując się tym samym w ogólną paloność.

Słodycz trochę się uspokoiła i prawie już nie rosła, choć rządziła się bardzo. Nieco drapała, mimo chłodu i rześkości. Znowu pomyślałam o drzewach z liśćmi powiewającymi na wietrze, korze brzozy i miętowym słodziku. Choć było mi za słodko, nie zabiło to lichej gorzkości i kokosa. W zasadzie... z czasem słodycz nawet nieco soczystemu kokosowi uległa.

Kokos na samej końcówce wyszedł na prowadzenie. Był to kokos naturalny, ale podkręcony aromatem kokosowym. Ten związał się i podkręcił wzajemnie z cierpkością odtłuszczonego kakao w proszku.

Wiórki podkreślały kokosowość, na szczęście naturalną. Były dość wyraziste już wtedy, gdy czekolada je odsłaniała, bo słodzik w zasadzie jakby starał się wpisać w ich soczystość, ale znacznie wyrazistsze, gdy zniknęła. Gryzione okazały się smakować w pełni sobą. Jakby soczystymi, słodkimi i choć względnie delikatnymi, to właśnie w tę delikatność wyrazistymi.

Po zjedzeniu został niezbyt przyjemny posmak aromatu kokosowego zmieszanego z cierpkim, prostym kakao, ale też motyw palony, lekko gorzkawy czekolady jakby przesyconej motywem wiórków. Same wiórki też zaznaczyły się także w posmaku. Wszystko to przy jednoczesnym przesłodzeniu. Choć nie było straszne, napastliwe, to... po prostu drażniące.

Czekolada w zasadzie wyszła w porządku, ale trudno tu o coś, za co mogłabym ją szczerze i w pełni entuzjastycznie pochwalić. Czułam niedosyt gorzkości, mimo że jakaś tam się pojawiła. Wydawało się, że kokosa jest sporo (ze względu na podrobienie) i nie zrobił z czekolady zlepka-ulepka - z ilością wiórków świetnie trafili. Pobrzmiewały aromaty, co mi przeszkadzało. Słodzik, zwłaszcza w tej ilości, odebrałam jednak zaskakująco nie źle. Wpisywał się swoją "roślinnością" w kokosa, ale i tak sprawił, że słodycz ogółu była za wysoka. Szkoda, że pożałowali kakao, bo myślę, że gdyby czekolada miała go tak z 70%, byłaby to smaczna propozycja nie tylko dla osób stroniących od białego cukru. A tak to... ot, można trochę zjeść, jak już jest. Nałożyłam sobie połowę, zjadłam trochę się zasładzając, ale zaspakajając ochotę na ciemną czekoladę z kokosem i podziękowałam jej. Nie miałam ochoty na drugie podejście, mimo że strasznie złego wspomnienia nie zostawiła.

Resztę oddałam Mamie, ale nie dorwałam jej na spytki od razu po zjedzeniu, a dopiero po paru dniach i usłyszałam tylko: "Ja tę czekoladę już i słabo pamiętam, bo nie smakowała jakoś szczególnie, a tylko wyróżniała się tymi niespotykanie drobnymi, posiekanymi wiórkami i cały czas się zastanawiałam, czy to, że są takie malutkie mi przeszkadza, czy się podoba... Chyba wolę duże, całe wiórki, przynajmniej do takich przyzwyczajona jestem. Czekolada ogólnie mi smakowała, ale nie umiem o niej za wiele powiedzieć".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam ze sklepu z Allegro
cena: jak wyżej, ale cena to 8,54 zł (za 75g)
kaloryczność: 490 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: substancja słodząca: maltitol, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, rozdrobniony orzech kokosowy (8%), inulina, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna słonecznikowa, aromaty: kokosowy i naturalny waniliowy

wtorek, 19 grudnia 2023

krem Zotter Crema Pumpkin Seed / Kurbiskern vegan

Jakiś czas temu przeszły mi kompletnie Zotter Crema Choco / Schoko / Nuss + Schoko Extradark (mimo że ta seria Zottera nigdy do mnie nie przemawiała, swego czasu w ten nieźle się wkręciłam). Łyżeczkowanie ich przestało mi się podobać, więc cała linia Crema mogła być już określana jako "nie dla mnie". Niestety, nim tak jasno i definitywnie się to dookreśliło w mojej głowie, skusiłam się na jeszcze jeden słoik, który czekał i straszył w komodzie. Zdecydowałam się na niego tylko dlatego, że wszystko od Zottera dostaję za darmo, bo w życiu bym tego nie kupiła. Wydało mi się, jak tylko weszło jako nowość, na tyle dziwne, że "może warte poznania". W końcu niewiele jest dyniowych produktów, a pestki dyni bardzo lubię. Mimo że nie przepadam za dyniowymi kreacjami Zottera. Gdy jednak stanęłam wreszcie przed otwarciem, zwątpiłam zupełnie. 

Zotter Crema Pumpkin Seed / Kürbiskern vegan to pralinowy krem dyniowy zrobiony na bazie pestek dyni z sukrem trzcinowym, tłuszczem kakaowym oraz olejami (dyniowym i słonecznikowym); wegański ("mousse smarowidło do pieczywa").

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam dość słaby zapach o słodkawym charakterze. Czuć jakby roślinne, nieprażone pestki dyni, których trzymała się pewna soczystość. Było to maślane i pozbawione charakteru.

Na wierzchu wydzieliła się dosłownie odrobina oleju, ale tak mało, że nawet nie było, jak zlać. Krem ogółem wykazywał oleistość. Miejscami w całym słoiczku jakby pojedyncze kropelki się powydzielały. Pomogło jednak jedno porządne przemieszanie łyżeczką. Był lejąco-ciągnący i oleisty, niezbyt gęsty, ale też nie jednoznacznie rzadki, a jakby zagęszczony czekoladą. Choć widać w nim kropeczki, nie zawierał drobinek (te widoczne kropeczki nie wyróżniają się z gładkiej masy).
W trakcie jedzenia okazał się bardzo tłusty. Przypominał trochę nadtopione masło z oleistym elementem. Był miękki i lepkawy. Z ust znikał dość szybko, wykazując lekką pylistość. Ogólnie jednak to gładki krem, bez żadnych drobinek czy kawałków, choć sporadycznie trafiłam na nawet nie drobinkę, a dosłownie kropeczkę pestki dyni (nie chodzi o te ciemne widoczne gołym okiem). Miał w sobie też odrobinę z topiącej się białej czekolady - w jego lejącej konsystencji było coś jakby z zagęszczenia nią.

W smaku od pierwszej sekundy wyraźnie czuć delikatne, surowe pestki dyni. Kryły w sobie lekką roślinność, świeżość. Wydały mi się neutralne, ze wzmocnioną maślanością.

Słodycz dołączyła szybko. Startowała z wysokiego pułapu i stała jakby obok dyniowości. Wystrzeliła, uderzyła, po czym trochę się opamiętała, eksponując karmelowo-maślany charakter, kojarzący się z białą czekoladą.

Słodycz przemieszawszy się z dynią poszła w kierunku pestkowego nugatu, nie jednak bardzo jednoznacznego. Dyniwość nieco się rozmyła. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poczułam oleiste echo (mieszanka oleju dyniowego i słonecznikowego?) i drobną wodnistość. Jakby wewnątrz kryła się nijakość.

Dynia z oleistością mignęła mi nawet lekką wytrawnością (podkreśloną solą, niewyczuwalną jednak jako ona sama?), acz ogólnie dominująca słodycz w gardle i tak się zaznaczyła. Pomyślałam o wegańskiej, właśnie nugatowo-roślinnej białej czekoladzie. Drapała i była wyraźnie przesadzona, kontrastowo do dyni o neutralniejszym charakterze. To jednak pod koniec zmotywowało trochę samą dyniowość do wspięcia się na wyżyny jako surowe pestki. Acz wciąż w słodkiej otoczce.

Po zjedzeniu czułam posmak karmelu, jakby maślano-białoczekoladowego, nijakiego nugatu i dyni - niekoniecznie ze sobą zgranych. Nie obyło się bez przesłodzenia i oleistości zarówno smakowej, jak i jako warstwa na ustach.
Osobno, jedzony łyżeczką szybko zmęczył słodyczą, brakiem charakteru i konsystencją - tak zjadłam góra z 10 gramów.

Całość wydała mi się mocno średnia. Owszem, ciekawa, bo słodki krem z pestek dyni to rzadka rzecz, a jednocześnie produkt ten miał wiele wad. Nie dość, że po prostu za słodki, to jeszcze jego słodycz kłóciła się z dyniowością. Może właśnie przez jej siłę nie zgrały się. Lekko biało czekoladowy akcent mieszał się co prawda z roślinną nutką przekładając się na myśl o wege tabliczce, jednak choć "roślinną nugatowość" czuć, dynia chwilami uciekała. Uderzyła na początku i występ zakończyła, ale przez pewien czas za słodyczą jakby nic nie stało - nijakość, maślaność i oleistość pozwoliły sobie na o wiele za dużo. Nie podobała mi się też taka konsystencja. Taka lepkawo-półpłynna, z tendencją do lania się mi nie odpowiadała. Jej tłustość złożona z wielu elementów wyszła przesadzona - za nią poleciał cały punkt (a może i więcej? kto wie, jak rozłożyłby się smak gdyby nie ona?).

Jako że szybko nabrałam przekonania, iż krem nie nadaje się do łyżeczkowania, uznałam, że zjem go z twarożkiem, który to podrasuję pestkami dyni. Do twarożku (wymieszane pół kostki twarogu Pilos i jogurt typu greckiego Piątnicy) dodałam około 40g pestek dyni (z których część lekko podprażyłam) i jakieś 50-55g kremu.
To połączenie sprawdziło się, choć też nie zachwyciło. Oczywiście dodane pestki podkreśliły odrobinę dyniowość samego kremu, lecz i tak nie serwował dyniowego uderzenia. Podprażone sztuki ciekawie nieco uwypukliły natomiast pewną roślinną soczystość kremu. Nabiałowa baza stonowała słodycz, jednak wciąż przeszkadzała mi w nim oleista nijakość. Ta też była wyczuwalna cały czas tak czy inaczej. W twarożku i w obliczu pestek krem zdecydował się na jednoznacznie słodki wydźwięk, mimo że ta słodycz nie wydawała się aż tak wysoka (zapomniał jednak o wytrawności czy neutralności, co w zasadzie dobrze wyszło). Nawet w daniu nieco przesadzona, ale nie straszliwie. I także w nim kojarzyła się trochę z białą czekoladą. Problem w tym, że to właśnie słodycz była w kremie najwyrazistsza - on cierpiał na brak charakteru.
Półpłynna konsystencja w twarożku z pestkami nie przeszkadzała, a w zasadzie nawet nieźle się dopasowała, ale to nie moja bajka (wolę gęste, masywne kremy).
Krem w czymś sprawdził się więc, ale i tak nie zachwycił.

Nieco ponad połowa powędrowała do Mamy. Ona zjadła go z kruchymi ciastkami maślanymi z Kauflandu i opisała tak: "Dobrze zaczął takim wyraźnym smakiem pestek dyni, ale potem niestety dynię ledwie czuć. Krem wyszedł głównie po prostu słodko, no, jeszcze w posmaku tam dynia trochę mignęła. Na ciastkach się sprawdził, wyszedł nawet smacznie, na pewno ciekawie, ale charakteru nie zyskał. Im więcej go jadłam, pod koniec słoiczka zwłaszcza, czułam w nim coś nieprzyjemnego, czego nie mogę uchwycić. Z czasem smakował coraz mniej.".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl
cena: 34,90 zł (cena półkowa za 130g; ja dostałam)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: pestki dyni (68%), nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olej słonecznikowy, olej z pestek dyni (1%), lecytyna sojowa, sól kamienna

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Ajala Single Origin Ecuador 70 % Cacao ciemna z Ekwadoru

Najpierw do marki Ajala nie żywiłam żadnych uczuć czy emocji, tak z czasem nabrałam pewnej niechęci. Niby do pewnego stopnia ich nieznane mi tabliczki wciąż trochę ciekawiły, ale o wiele mniej niż wiele innych marek. A jednak nawet nie mam żadnych kolosalnych zarzutów do ich propozycji. Ostatnią z posiadanych zaplanowałam, by mieć je z głowy, co też sprawiło mi żal. Nie lubię, gdy jakaś obiecująco wyglądająca marka nie spisuje się u mnie tak, jak by mi się marzyło. Po Ekwadorze nie spodziewałam się żadnych niespodzianek, chociaż... kto to wie?

Ajala Single Origin Ecuador 70 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Ekwadoru, z plantacji Limon.

Po otwarciu poczułam zapach mocno palonej melasy i goryczkowatego syropu klonowego, do którego docierała nuta drzew. Czułam zarówno rosnące, żywe drzewa, jak i stare drewno, przywodzące na myśl drewnianą chatę i drewniane meble. W słodyczy wystąpiły też kwiaty polne, w tym ewidentnie rumianek. Wzmocniła je herbata zielona z rześkim wątkiem. Trzymały się go wysokie trawy o nieco ostrym, też świeżym charakterze.

Tabliczka była twarda, przy czym sprawiała wrażenie lekko kruchej. Trzaskała niczym grube, suche gałęzie, kiedy ją łamałam.
W ustach rozpływała się gładko i gęsto. Robiła to w średnio-"wolnawym" tempie i sucho-kremowo. Odznaczała się masywnością, a także niską tłustością. Pod koniec lekko ściągała.

W smaku przywitała mnie palona gorzkość, za którą niczym cień, nierozłącznie, podążała słodycz. Również mocno palona.

Choć w pierwszej chwili dała się poznać jako niska i spokojna, rozwijała się ochoczo eksponując melasę i goryczkowaty syrop klonowy. Palony wątek miał się świetnie. Do głowy przyszedł mi jeszcze karmel, ale melasa i syrop stanowiły o wiele mocniejszych graczy.

Gorzkość trzymała się niskiego poziomu, lecz dosadnie zaakcentowała paloność. Do głowy przyszło mi palone drewno, jakieś wypalane w drewnie obrazy itd., a także trochę kawy.

Kawowa gorzkość wyobraźni podszepnęła napary i herbatę. Nagle zmieniła się w goryczkowato-cierpką, a zarazem bardzo świeżą herbatę zieloną. Zaprosiła do siebie zieloną świeżość - wyobraziłam sobie wysoką trawę, falującą od wiatru na jakimś dzikim polu, łące.

Gorzkość w tym czasu zasugerowała liście... I tytoń, tabakę? Może śrut, proch strzelniczy? Wciąż miała w sobie sporo paloności. Do tego dołączyła brudna, czarna i nieco gliniasto-wilgotna ziemia.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaniechała rozwijanie tych akcentów, zostawiając może tylko trochę tytoniu i wtłaczając go w obraz drewnianej charty, z drewnianymi meblami. Czułam stare drewno i jego cierpką goryczkę. Nawet pewną pikanterię?

Nieco wręcz rozgrzewająca pikanteria zgrała się ze wzrostem słodyczy. Po tym, jak gorzkość się uspokoiła, ta wypłynęła na wierzch na maślanej fali. Wyobraziłam sobie melasowo słodką, czekoladową krówkę. Równie gliniastą jak opisywana ziemia, zalepiającą usta przesadzoną słodyczą, acz z wpisaną w nią lekką gorzkością. Wyszło to więc lekko przełamane (nie takie czysto słodkie). Melasa chwilami dominowała nad wszystkim innym.

Oczami wyobraźni nagle dostrzegłam, że omawiane pole jest bardzo ukwiecone. Dzikie, polne kwiaty popisały się niemałą ostrością. W tle majaczyły rozmaite, kwiatowe napary, także zielonej herbacie trochę kwiatów dodając. Czułam całkiem sporo rumianku, a innych kwiatów nie umiałam nazwać, acz na pewno były słodko-pikantne i dzikie.

Z tła wyłapałam przebłysk owoców. Cytrusowe echo, jakby herbata zielona była w japońskim klimacie, np. z nutą owocu yuzu (przypomina połączenie pomarańczy i cytryny).

Gorzkość nasiliła się trochę, wspominając nieśmiało kawę. Owocowy wątek nie zaczął się na dobre rozwijać, a dotarła też do niego. Poczułam mocno przypalony dżem / konfiturę z wiśni... tak paloną, ciepłą, że aż mało wiśniową. A z kwiatową nutką? I na pewno sporą ilością melasowej słodyczy, bo ona na końcówce bardzo podskoczyła. Jako że i cierpkość się ostała, do głowy przyszła mi jakaś galaretka yuzu.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej zielonej herbaty i świeżej ostrości kwiatów. Słodycz melasy aż nieco drapała, a wrażenie to nasiliło lekkie szczypanie ostrości w język. Podkreśliło to cierpkiego, niedookreślonego cytrusa. Palone, kawowe echo zdawało się próbować stonować to wszystko.

Czekolada miała naprawdę smaczne momenty, choć ogół jawił się raczej jako za słodki i to w dosadny sposób. Melasa i syrop klonowy skupiały na sobie mnóstwo uwagi i topornie przesłodziły. Zielona herbata i inne napary, stare drewno, odrobina kawy przełożyły się na zacną, ale niestety niską gorzkość. Sporo dzikich, ostrych kwiatów i świeżość dzikiej trawy też mi odpowiadała, ale nie wydawała się zbyt zgrana ze słodyczą melasową.
Region w zasadzie do rozpoznania, ale nie była to typowo ekwadorska kompozycja.


ocena: 7/10
cena: cena półkowa to 39 zł (za 45 g; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

sobota, 16 grudnia 2023

Letterpress Chocolate Vietnam Ben Tre Cacao 70 % Dark Chocolate ciemna z Wietnamu

Swego czasu parę czekolad z Wietnamu nie tylko mnie zachwyciło, ale też zaintrygowało, stając się moimi ulubionymi. Marka Erithaj, chyba można powiedzieć, że zmieniła moje postrzeganiu niektórych czekolad. Stąd, gdy nabrałam przekonania, że Letterpress to naprawdę obiecująca amerykańska firma, wybierając, które ich tabliczki zamówić, wietnamskiej nie mogłam pominąć. Jako ciekawostka-przypomnienie, na stronie producenta można przeczytać, że kakao rośnie w Wietnamie od 19 wieku, kiedy to przywieźli je tam Francuzi.

Letterpress Chocolate Vietnam Ben Tre Cacao 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu, z prowincji Ben Tre.

Po otwarciu poczułam wysoką, ciepłą słodycz karmelu, mieszającego się z orzechami włoskimi i ziemią. Ciepło palonego karmelu chyba robiło nieśmiałą aluzję do korzenności, zaś ziemia wydawała się nasączona kwaskawym, owocowym sokiem. Z cytryny i chyba odrobiną z brzoskwini. O niej pomyślałam za sprawą bananów, które z czasem zajęły mocną pozycję obok karmelu. Doszukałam się przy nich też bardzo słodkich, suszonych fig i rodzynek wręcz czysto słodkich, a jednak z żywicznym zacięciem, podpowiedzianym przez ziemię.

Wysoce twarda tabliczka już w dotyku zdradziła kremowość. Przy łamaniu trzaskała głośno i nieco krucho, jakby była stwardniałym, bardzo gęstym kremem.
W ustach rozpływała się wolno i gęsto. Cechowała ją aksamitna, masywna miękkość. Kremowo pokrywała podniebienie. Okazała się dość tłusta w pełny, maślany sposób.
 
W smaku najpierw odezwała się słodycz w dużej mierze bananów. Za nimi mknął też karmel... a w zasadzie to banany częściowo w ten karmel przechodziły. Zdrowy karmel, zrobiony z bananów i miodu lub syropu klonowego? Dołączyły do nich figi.

O karmelu pomyślałam, bo szybko swoją obecność zaznaczyło pewne słodkie ciepło. Tak subtelne, że aż trudne do określenia.

Zaraz po ustach rozeszła się gorzkość za sprawą ziemi. Ona również wpisała się w ciepło. Mimo wysokiej słodyczy, to ziemia zdawała się rządzić kompozycją. Oczami wyobraźni widziałam ciemną, rozgrzaną słońcem ziemię. I... pomyślałam o przekopywaniu się do jej wilgotniejszej części - tej, która nie poznała jeszcze słońca.

W tle przemknął mi lekki, owocowy kwasek. Bananowa słodycz najpierw zasugerowała niezbyt dojrzałą brzoskwinię... Może także odrobinkę, dosłownie kropelkę cytryny?

W tym czasie do ziemi dołączyły prażone / pieczone orzechy włoskie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaczęły skupiać na sobie więcej uwagi, niż ona. Potem jednak zrównały się i razem płynęły spokojnie jako splot gorzkości i łagodniejszego wątku orzechowego. 

Słodkie ciepło zaczęło się nasilać jako szczypta cynamonu, chyba cejlońskiego.

Wzmocniła się również owocowość i wyraźnie wróciły banany. Choć dojrzałe i przede wszystkim słodkie, okazały się soczyste. O soczystość całości zadbała cytryna - też już w nieco większej ilości. Wciąż jednak kwaśność była wręcz znikoma, bo nawet sama cytryna trochę ją hamowała akcentem swojej goryczkowatej skórki. Figi przypomniały o sobie, brzoskwinia zakręciła się raz po raz, a ja wyłapałam jeszcze zielone winogrona, które jakby błyskawicznie się ususzyły na niemal czysto słodkie suszki. Ciepło i prażono-pieczone orzechy podpowiedziały im goryczkowaty, szlachetnie żywiczny akcent.

Wysoka bananowa słodycz nie odpędziła ciepłego karmelu zupełnie... Karmelu lub / i syropu klonowego Zaopiekowała się nim, przekładając się na myśl o ciepłym jeszcze wypieku, a dokładniej sowicie przypieczonym po brzegach bananowym chlebku z orzechami włoskimi i cynamonem. Dodatkowo lekko nasączonym sokiem z cytryny, który to dosłownie na końcówce bardzo przybrał na znaczeniu.

Po zjedzeniu został posmak karmelu chyba w jakiejś zdrowszej, naturalniejszej osłonie i bananów, wpisujących się częściowo w ciasto-chlebek z orzechami z nutą cytryny. Właśnie sporo orzechów włoskich czułam, które zwieńczyła odrobinka ziemi.

Czekolada była przepyszna, mimo że nieco za słodka. Mnóstwo bananów, akcenty fig, brzoskwiń i rodzynek spotkały się jedynie z odrobiną kwasku cytryny, a do ogromu słodyczy dołożył się jeszcze karmel. Zaobfitowało to w skojarzenie z ciastem chlebkiem bananowym. Czułam też bardzo słodki cynamon. Ziemia i orzechy włoskie zrobiły kawał dobrej roboty, wprowadzając gorzkość i pewne stonowanie, szlachetność. Ziemia podtrzymywała ciepło, bo kompozycja jawiła się właśnie jako ciepła. Głównie słodka, przyjemnie gorzka i leciuteńko kwaśna. Pyszna, acz od zakochania się dzieliło lekkie przesłodzenie.

Gdy pomyślałam o Marou Ben Tre 78 %  i jej drzewno-pergaminowych nutach, niemal mięsnej soczystości, zdrowych wypiekach (biszkoptach) i maśle orzechowym o niemal fasolowym charakterze oraz o żółtych owocach tropikalnych, w tym bananach czy owocowym karmelu, które mocno dosłodziły wytrawną kompozycję, przyszło mi do głowy, że coś podobnego w nich jest. Choćby i słodyczy było bardzo dużo, czekolady z wietnamskiego Ben Tre wychodzą dość wytrawnie. Nie były jednak bardzo podobne pod względem konkretnych nut.


ocena: 9/10
kupiłam: letterpresschocolate.com (przez osobę pośredniczącą)
cena: $12 (za 57g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy

piątek, 15 grudnia 2023

Ekogram The Real Almond Paste

Choć lubię bazujące na orzechach kremy smakowe, zawsze gdy jakoś za dużo mi się ich skumuluje, odczuwam niewiarygodnie silną ochotę na jakiś czysty krem 100% z orzechów. Po obłędnym kremie Ekogram The Real Cashew Paste i rewelacyjnej miazdze kokosowej Ekogram The Real Creamed Coconut postanowiłam przyjrzeć się innym propozycjom marki. Najbardziej ciekawił mnie dzisiaj opisywany, z migdałów - tak diametralnie odmienny od  Sticky Blenders Migdał Vegan o niemal białym kolorze. Propozycja Ekogram kusiła kolorem ciemnym, niemal czekoladowym. Byłam jej bardzo ciekawa. Czy będzie słodka czy mocno wytrawna, skórkowa?

Ekogram The Real Almond Paste to krem / pasta w 100 % ze zmielonych prażonych migdałów z Hiszpanii; firmy Michał Pelc Anagram.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałów o średnim stopniu prażenia, które jako samo w sobie tak nie dawało się we znaki, a jedynie podkreśliło migdałowość. Czułam goryczkę skórek, która przybrała postać duetu czekolady i kawy. Nie za mocnych, może z mleczną nutą. Do tego dołączyła jakby roślinna świeżość i maślano-karmelowy popcorn. Pomyślałam o jakiejś festynowej budce z nim, gdzie wystąpiło też może trochę migdałów w maślanym karmelu po prostu. Całość wyszła słodko, ale subtelnie, od razu w sposób przełamany.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju (łącznie 5 łyżek na słoik 300g), z czego zlałam 1,5 łyżki, a wymieszałam w sumie 3 (od razu 1,5 łyżki, potem jeszcze 2 łyżki).
Było to średnio trudne, gdyż masa okazała się dość twarda i zwarta, masywna, mimo że nie była zupełnie sucha. Szybko dała się poznać jako kleista i lekko ciągnąca. Poszła w grudki, więc aby uzyskać efekt jednolity, musiałam się trochę z mieszaniem pomęczyć.
W końcu jednak mniej więcej się udało. Wówczas krem wciąż odznaczał się masywnością, ale właśnie ciągnącą.
W trakcie jedzenia wydał mi się nie tylko gęsty i masywny, ale wręcz gęstniejący. Konkretnie zalepiał usta i rozpływał się leniwie. Eksponował przy tym swoją pełną tłustość, w której odnotowałam jednak też marginalną oleistość. Masa była kremowa i aksamitna, twardawo-żujna, a także urozmaicona sporą ilością drobinek, z których w zasadzie tylko część naprawdę wymagała gryzienia. Przełożyły się po prostu na przyjemny, "miazgowy" efekt. Miło jednak tą drobnicę sobie niby od niechcenia, niewymagająco pociamkać.
Były to drobinki i samych migdałów, i konkretnie ich skórek.

W smaku pierwsze rozbrzmiały wyraziste, acz o delikatnym, maślanym charakterze migdały, już zdradzając, jaki wydźwięk będzie miała kompozycja.

Słodycz czułam już w tych naturalnie maślanych migdałach, acz znacząco wzrosła dopiero po chwili. Wydawała się nasilać wraz z nutą prażoną, która od marginalnej, przechodziła w wyraźną, choć o średnim natężeniu.

Maślaność przybrała w końcu charakter maślanego karmelu, w którym to nagle pojawił się popcorn. Delikatny, niesolony, a właśnie "na słodko" popcorn w karmelowych skorupkach wsparły migdały tylko co lekko wyprażone w karmelu. Takim prażonym nie za mocno. W pewnej chwili zrobiło się zaskakująco bardzo słodko, lecz zaraz słodycz ta uspokoiła się.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam echo czekolady. Pozwoliła sobie otoczyć parę migdałów, zasugerować jakieś czekoladki z karmelowo-popcornowym nadzieniem... Kontrastowo do średniego prażenia i maślaności rozeszła się drobna gorzkawość. Należała do skórek migdałów, choć zadbała właśnie o niemal czekoladowo-kawowy efekt. Pomyślałam o czekoladzie ciemnej mlecznej, a kawie z nie za mocno prażonych ziaren, acz też z odrobiną mleka. Może to raczej cappuccinowe czekoladki, z racji wciąż wysokiej maślaności? 

Czekolada też wyszła dość maślano... Wyobraziłam sobie niby łagodną, choć charakterną tabliczkę ciemną mleczną z migdałami w karmelu.

Pod koniec w średnio mocno prażonej migdałowej toni, której charakter podkreśliły wylegające na język skórki, popcorn jakby uznał za punkt honoru raz jeszcze zadebiutować. Raz czy drugi mignął mi iluzoryczną nutką soli. Tę jednak łagodziła jakby szlachetność i wytrawność dosadnych skórek, które wprowadziły też wątek jakby suchych, szeleszczących liści. Taką smakową, roślinną suchość?

Gryzione - czy też jedynie ciamkane - drobinki (co robiłam dopiero, gdy basowa pasta się już rozpłynęła) kontynuowały smak migdałów już nawet nie średnio, a lekko prażonych. Sporo wśród drobnicy znalazło się gorzkawych skórek, przypominających lekko kawowe pstryczki.

Po zjedzeniu został posmak maślano-podprażonych migdałów z kawowo-skórkową goryczką i echem maślano-karmelowego popcornu. Do tego czułam jakby... szlachetność roślin, suszonych liści?

Pasta wyszła zaskakująco, ciekawie i smacznie. Podobała mi się jej gęsta, masywna konsystencja i miazgowy efekt, a także nie za mocne prażenie. Trzymało się średniego poziomu, przytaczając niecodzienne nuty. O ile migdały w karmelu to nic nowego (łatwo o takie skojarzenie w przypadku tego typu produktów), tak już maślano-karmelowy popcorn? To było ciekawe (mimo że ja popcornu nie lubię - ten akcent tu był do przyjęcia). Krem jawił się jako słodki, ale subtelnie. Sporo w nim maślaności, acz nie wyszedł nadto łagodnie. Gorzkość skórek również była w punkt. Wzbogaciła całość o ciekawe motywy czekolady i kawy.
Swoją smakowitą gorzkością krem sprawił, że nawet mimo popcornowego akcentu, zachwycił mnie nawet bardziej niż Naturalna Miazga z Migdałów Orzechowni. Niemal tak dobry, co Grizly Krem migdałowy 100% (Ekogram ma lepszą konsystencję, ale jednak to lekkie skojarzenie z popcornem przełożyło się na niemaksymalną ocenę). A np. do Sticky Blenders Migdał Vegan w ogóle nie porównuję, bo ten był innego typu, nieskórkowy, więc nie mam zamiaru ich zestawiać.

Odrobinę zostawiłam do twarożku z różą i migdałami, zobaczyć, jak pasta sprawdzi się w czymś, bo akurat miałam go zrobić dzień po dniu, na który zaplanowałam wykańczanie słoika Ekogram.
Do twarożku (pół kostki twarogu półtłustego Pilos i jogurt typu greckiego Piątnicy) dodałam ok. 50g migdałów, ok. 40g domowej konfitury z płatków róż ucieranych z cukrem trzcinowym (trochę rozpisałam się o niej tu, na Instagramie) oraz łyżeczkę pasty migdałowej Ekogram. Efekt był tak dobry, że... aż takiego się nie spodziewałam. Charakterny, słodko-gorzkawy krem boski zaprezentował się na łagodnej, twarożkowej bazie. Nakręcał się wzajemnie z surowymi migdałami, które przy nim wydawały się jeszcze słodsze i delikatniejsze. A ze słodko-goryczkowatą, intensywnie kwiatową konfiturą wyszedł cudnie szlachetnie. Słodko, ale i gorzko w najlepszy możliwy sposób. Płatki róż jeszcze podkreśliły jego niemal czekoladowo-kawowy akcent, głębię. A i one przy tak wyrazistej paście wyszły... różano w 200%. Aż żałowałam, że nie zostawiłam więcej tej pasty. Ogólnie to połączenie mogłabym powtórzyć jeszcze nie raz (i pewnie to zrobię z jakąś inną pastą migdałową).


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 39,99 zł (za 300g)
kaloryczność: 610 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: 100% prażone migdały

-----------
Aktualizacja z dnia: 19.09.2024
 
Po McEnnedy American Way Smooth Almond Butter i McEnnedy American Way Crunchy Almond Butter zachciało mi się dobrej pasty migdałowej 100%, by złą passę przerwać. Co do podlinkowanych, moim zarzutem było za mocne prazenie, a akurat sięgnięcie po propozycję Ekogram - przy całym moim szacunku i uwielbieniu do marki - mogło nie być w pełni trafionym remedium. Ich pasty bowiem często są właśnie mocno prażone. Nie ukrywam też, że zwyczajnie nie mogłam doczekać się porównania, jakie mnie czekało. Ekogram ma w ofercie bowiem dwie pasty z migdałów: normalną i białą, czyli z migdałów blanszowanych. Tak nakręciłam się na to porównanie, że... aż zapomniałam, że przecież klasyczną migdałową pastę tego producenta już jadłam. Jako jednak, że na świeżo wzięłam ją pod lupę, uznałam, że małą aktualizację mogę dodać.

Po otwarciu poczułam znajomy zapach średnio mocno prażonych migdałów, trochę sugerujących czekoladę. 
Konsystencja minimalnie miazgowa, kremowa i aksamitnie-gładka, acz jednocześnie syta znów - jak dawniej. Tym razem tylko szybciej uzyskałam jednolitość, a krem nie szedł w grudki, ale zwyczajnie mogło to wynikać z daty (tym razem trafił mi się bardzo świeży).

W smaku poczułam znajomy, maślany początek. Maślaność przechodziła potem w maślany karmel i mleczną czekoladę. Tym razem do głowy przyszła mi też "mleczna" wegańska czekolada migdałowa, a skojarzenie z popcornem było ledwo do odnotowania.
Prażenie było średnio mocne, a gorzkawość należała raczej do skórek migdałowych, chylących się w kawowo-czekoladowym kierunku - wszystko jak zapamiętałam.
A jako że ten słoik był mniej popcornowy, smakował mi jeszcze nieco bardziej.
Ocena obroniona! Miło było do niego wrócić (też do twarożkowej kompozycji) tuż przed porównaniem z wersją białą.

czwartek, 14 grudnia 2023

Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 % ciemna z Ugandy

Gdy przyszło mi sięgnąć po tę czekoladę pomyślałam, że Prime skończyły mi się stanowczo za szybko. Miałam nadzieję, że producentowi uda się w końcu zadebiutować także na europejskim czekoladowym rynku, bo robi kawał dobrej roboty. Zanim to jednak... mnie czekała tabliczka z Ugandy, a więc z kraju, z którego większość czekolad wspominam bardzo pozytywnie, a nie jest zbyt popularny.

Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Ugandy, z regionu lasu Semuliki.
 
Po otwarciu poczułam słodki zapach miodu z chłodną pikanterią anyżu i lukrecji zaraz obok, która mieszała się z korzennością tak ostrą, że chyba wśród przypraw zaplątało się nawet sporo chili. Cynamonu też nie brakowało i wprowadził migdały, jakieś niedookreślone orzechy i drewno. Słodycz i cieplejsze aspekty przełożyły się na obraz krucho-maślanych ciastek i kruszonki. W tle czułam lekką soczystość wiśni i słodkiego wina, a także soczystość o wiele bardziej rześką, wskazującą melona miodowego. Raz po raz chyba mignęła mi sugestia cytrusów - grejpfruta?

Twarda i konkretna tabliczka, już w dotyku zdradzająca trochę kremową tłustawość, podczas łamania trzaskała głośno i chrupko-skaliście.
W ustach rozpływała się kremowo i gęsto. Była tłusta w maślano-śmietankowy sposób. Robiła się trochę miękkawa i zalepiająca. Do końca sprawiająca wrażenie pełnej i aksamitnej, acz z drobną soczystością w tle.

W smaku pierwszą poczułam wysoką, choć delikatną z charakteru słodycz miodu i melona. Miód to był ciemny, może gryczany...

A jednak to i tak melon, słodszy w niemal uroczo słodziuteńkim stylu, bardziej przyciągnął uwagę. Musiał to być soczysty, idealnie słodki melon miodowy.

Za miodową słodyczą niemal natychmiast pojawiła się gorzkość. Wprowadziła pewien spokój, wpisując się w szlachetność. Zasugerowała trochę ciastek, coś pieczonego.

Miodowość na jej rzecz jakoś jakby się rozeszła, nieco zanikła. Została natomiast goryczka i leciutka pikanteria ciemnego miodu. Ostrość szybko rosła, celując w korzenność. Pomyślałam o ostro-gorzkiej gałce muszkatołowej, trochę wzmocnionej chili.

Odkąd zarejestrowałam melona, w tle pobrzmiewała nieśmiała soczystość, wchodząca na czerwono owocowy grunt. Cieplejsze aspekty zasugerowały dżem, konfiturę jako nadzienie czegoś... Kruchych rogalików? Ciastek? 

Z gorzkości wyłonił się subtelny wątek orzechowo-migdałowy. Dodał jej nieco maślaności, ale nie osłabił. Gorzkość wzrosła, eksponując drzewa... i drewno palone?

Maślaność orzechów mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mocno przemieszała się ze słodyczą. Pomyślałam o kruchych ciastkach maślanych i ogromnej ilości kruszonki. Kruszonki korzennej? Przyprawy na pewien czas złagodniały, a ciastka i kruszonka rozgościły się na pierwszym planie. Gorzkie, spalone drewno dodatkowo trochę przygłuszyło korzenność.

Słodycz ogólna cały czas rosła. Nie była jednak specjalnie owocowa, a melon jakby słabł. Owocowość zeszła do minimum, ale nie zniknęła zupełnie. Dosłownie "dżemikowa" mgiełka wiśni unosiła się gdzieś za nutami, które były graczami głównymi. Sugerowała maślane ciastka z dżemikiem i rogaliki, również z konfiturą-nadzieniem.

Z czasem za to znów obudziły się przyprawy korzenne i zdecydowały się na silniejszą ostrość. Ta zawarła w sobie rześki chłód. Pomyślałam o lukrecji i anyżu, dominującymi nad bardziej złożonym, korzennym splotem. Czułam tam też odrobinę chili, słodszy cynamon. Lukrecja i anyż wydawały się wręcz trochę szczypać w język.

Melon zniknął zupełnie, pozostała tylko jego rześka nutka, i wpisała się w rześkość przypraw.

Po korzennej fali słodycz znów zaczęła wyraźnie smakować ciemnym miodem. Pomyślałam o gryczanym, ale jakby doprawionym ostrymi korzennymi przyprawami. I o... mieszance migdałów, orzechów w miodzie i przyprawach? Te jednak pierzchły przed miodem gryczanym, tak wyrazistym, jakby to on zalał mi usta.

W tle przewinął się delikatny kwasek wiśni już jako owoce, nie dżem, który zaraz przeszedł w czerwone, dość słodkie wino z pikantnie korzennymi nutami. Raz po raz wyłapałam też dosłownie sugestię grejpfruta, którą robiła goryczka po zmieszaniu się z owocowymi akcentami.

Po zjedzeniu został posmak ciemnego miodu - chyba gryczanego - z chili oraz ostrego, korzennego wina, zmieszanych z rześkością melona (ale niekoniecznie wyraźnie samym jego smakiem) oraz palone, miejscami wręcz zupełnie spalone, drewno. Było bardzo słodko, nieco drapiąco, ale do tego dołożyły się też przyprawy korzenne.

Całość smakowała mi, okazując się przy tym bardzo ciekawą. Sporo miodu gryczanego i melon miodowy dosłodziły mocno korzennie ostrą kompozycję, w której znalazło się sporo drewna, ciastek i kruszonki. Anyż i lukrecja były bardzo jednoznaczne, a soczystość i nutka dżemu przechodząca w wino ciekawie się z nimi zgrała. Bardzo pikantnie korzenna, satysfakcjonująco gorzka i w zasadzie niekwaśna, nuty owoców (melon miodowy, dżem wiśniowy) znikome. Niestety trochę za słodka, ale to aż tak nie raziło z racji ostrych i rześkich wątków.

Przypominała trochę Latitude Craft Chocolate Semuliki 70 %, gdy chodzi o ciemny miód, rześkość owoców (w obu trochę wiśni), słodki wypiek (Prime to ciastka i kruszonka, Latitude ciasto blonde), orzechy (acz zupełnie inne). Wspomniana była jednak o wiele bardziej owocowa. Chyba jednak też jeszcze słodsza.
Z Zotterem Labooko Uganda 70 % niby wiążą Prime pewne nuty, a więc korzenne ciasto (ciastka i chlebek w przypadku Zottera), orzechy (inne) i słodycz czegoś ciemnego (melasa u Zottera) oraz odrobina wiśni. Zotter zawarł w sobie więcej słodyczy różnych ciemnych owoców jako dżemy. Nie był jednak słodszy, a ogólnie bardziej harmonijny, mimo że nieco bogatszy w nuty. Kupił mnie ziemią i to właśnie jego wolę nieco bardziej.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od producenta Prime (cocoa.by)
cena: ja dostałam, ale ich cena to 8,50€, czyli ok. 38 zł za 70g
kaloryczność: 563,3 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 13 grudnia 2023

Menakao Madagascar Chocolate 100 % Dark Bar & Cocoa Nibs Single Origin Dark / Noir ciemna z Madagaskaru z nibsami kakaowymi

Czekolady zrobione z samego kakao, a więc tzw. "setki" nie są moim ulubionych typem i nie zawsze mam na nie ochotę. A gdy już ona się pojawi, wolę celować w marki-pewniaki, które wiem, że umieją się z kakao obejść. I choć uwielbiam wszelkie porównania, czyli planowanie degustacji czekolad w pewien sposób powiązanych na zbliżone dni, tym razem zupełnie przypadkiem wyszło, że dzisiaj prezentowaną jadłam dzień po Firetree Solomona Madagascar Sambirano Valley 84 % Cocoa Single-Estate. Dwie wysokoprocentowe z Madagaskaru, a skrajnie różne pod tym względem, że Menakao bardzo lubię, zaś Firetree zwyczajnie nie. W 2019 uznałam, że do Menakao Dark Chocolate 100 % Bold & Punchy mogłabym wrócić i przed złożeniem jednego z zamówień w Sekretach Czekolady, zerknąwszy w internecie na zdjęcia opakowań, tknęło mnie, że teraz "setka Menakao wygląda jakoś inaczej", więc zamówiłam. Zastanawiałam się, co też się zmieniło. Odpowiedź czekała mnie w dniu degustacji, kiedy to przyjrzałam się opakowaniu i doczytałam, że to setka z nibsami. Czyli czekolada z dodatkiem? Menakao ma w swojej ofercie takie, ale ja wolę czyste. Na moje nieszczęście przy tych wielu zmianach zdecydowali się na wprowadzenie tej setki z nibsami kosztem czystej, wycofując podlinkowaną. Nie podobało mi się to i w ogóle nie rozumiem takiego posunięcia - przecież jedni lubią dodatki, inni po prostu nie. Czy tak trudno byłoby mieć obie w ofercie? Tym bardziej, że Menakao po prostu dodaje dodatki na spodzie, jako "posypka / nalepka". Niepocieszona, zabrałam się za degustację tej.

Menakao Madagascar Chocolate 100 % Dark Bar & Cocoa Nibs Single Origin Dark / Noir to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Madagaskaru, z regionu Ambanja, z doliny Sambirano z nibsami kakaowymi (kruszonymi ziarniami kakao).

Po otwarciu poczułam zapach mocno prażono-palonych orzechów i ziaren kawy, mieszających się ze słodką soczystością grejpfrutów i pomarańczy. W tle pojawiły się kwaśniejsze wiśnie, a do tego również kwaśny kefir i twaróg. Wszystko połączyła rozgrzana, czarna ziemia. Zapach był mocno palony, choć też typowo madagaskarsko soczysty.

Na spodzie tabliczki zatopiono małą ilość nibsów tak, że tylko część kostek była z dodatkiem. Choć w zaistniałej sytuacji taka niespodzianka mnie ucieszyła, normalnie kupując z dodatkiem, taką ilość na pewno można uznać za rozczarowującą.
Twarda i masywna tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, a nibsy trzymały się jej dobrze.
W ustach rozpływała się powoli i nieco niechętnie, skąpo. Była zbita, przypominała szorstkawą grudkę suchawego kremu, mimo że wykazywała też tłustość. Ta wyszła nieco oleiście, trochę jak smar. Z czasem wzbogaciła się o lekką soczystość. Nibsy nie przeszkadzały (nie miały żadnych ostrych krawędzi itp.), po pewnym czasie po prostu odpadały. Ja gryzłam je dopiero, gdy czekolada zniknęła, acz zdarzyło mi się przegryźć raz czy drugi "obok" rozpływającej się masy. Wolałam jednak opcję pierwszą.
Kawałki kakao były krucho-chrupiące. Raczej delikatne, nietwarde, ale i nie miękkie. Wydały mi się lekko soczyste.

W smaku, niezależnie czy trafiłam na nibsy, czy nie, witała mnie gorzkość w asyście cytrusów.

Owoce dały się poznać jako bardzo soczyste i słodkie. Przede wszystkim czułam pomarańcze i grejpfruty, jednak już po chwili zrobiło się tak słodko, że... musiały tam też być mandarynki! I to nie mało. Za nimi podążała lekka, także słodka, kwiatowość.

Raz po raz odnotowałam gorzkie przebłyski kawy, które chyba podkreślały nierozgryzane nibsy, acz to kwasek rozszedł sie zaraz po eksplozji soczystej słodyczy. Kwaśność owoców wsparła kwaśność nabiału. Głównie twarogu, podkreślonego jeszcze charakterniejszym kefirem. Zrobiło się cierpko, pomyślałam o jogurcie greckim.

Gorzkość rosła jakby po cichu, w tle niezależnie od powyższych. Nagle jednak dosłownie uderzyła. Poczułam ciepło gorącej, czarnej ziemi. Ziemia i jeszcze raz ziemia wyeksponowała się, mieszając się z soczystym grejpfrutem i kwaskawym nabiałem. Jakby nieco kontrastowo do tej kwaśności, wystąpiła po chwili kawa. Pomyślałam o mocnej czarnej, zaparzonej na mocno wyprażonych ziarnach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa i do kawy, i do nabiału doszła silna, szlachetna słodycz. Miała nieco kwiatowe echo, ale smak waniliowy. Zaskakująco mocno osłodziła kompozycję.

W owocach pojawiły się przebłyski czerwonych. Wiśni? Wsparła je ziemia, nieco odciągająca uwagę od cytrusów, które jednak nie zgodziły się na taki stan rzeczy i rozbrzmiały z nową siłą. Grejpfruta tym razem wsparła cytryna. Zwłaszcza w kęsach z nibsami, w drugiej połowie rozpływania się kęsa, baza wydawała się nieco bardziej kwaśno-soczysta na zasadzie kontrastu.
Cytryna w bardzo zgrany sposób mieszała się z kefirem, ogólnie kwaśnym nabiałem.

Ziemistość z wpisanym w nią ciepłem w pewnej chwili przytoczyła wręcz pewną pikanterię... Kawa z ochotą na to przystała, a ja wyobraziłam sobie kawę posłodzoną wanilią i lekko przyprawioną cynamonem. Nibsy jeszcze ziemię podkreśliły, a w niej sporadycznie przewijały się orzechy. Gdy gryzłam je obok czekolady, harmonijnie zeszły się z czekoladą, łącząc soczyste owoce z gorzkością paloną, jako że same zawarły i to, i to. W splocie tym, jakby w pełni chwały, prezentowały się słodko-kwaśne grejpfruty czerwone.

Gryzione na koniec nibsy kontynuowały palone smaki, jako że były właśnie mocno palone i gorzkie. Wpisała się w nie ziemia i palona kawa, ale także ogrom soczystości. To soczystość właśnie kakao, sugerująca odlegle słód i piwo z cytrusową nutą.

Po zjedzeniu został posmak względnie delikatnego twarogu i cytrynowo-grejpfrutowo kwaśny oraz lekko goryczkowaty. Mieszało się to z kwaśnym, nieco cierpko-ściągającym kefirem czy jogurtem, a także słodyczą waniliowo-kwiatową. Pomyślałam o delikatnych drzewkach cytrusowych, rosnących na żyznej, ciepłej glebie - bo i ziemia zaznaczyła swoją obecność.
Gdy kęs zwieńczała większa ilość nibsów, to ich palono-soczysty, kwaskawy smak dominował. Kojarzył się trochę z kawą. Po chwili jednak odpuszczał, bo to posmak samej czekolady okazał się bardziej długotrwały.

Czekolada zaskoczyła mnie... trochę. Przede wszystkim jednak mam drobny obiektywny zarzut, że poskąpiono dodatku. Około połowa kostek była bez kawałków kakao, a np. żeby porównać wystarczyłaby i jedna bez dodatku. Jak napisałam: "drobny", bo jednak skoro wycofali czystą setkę, to rozumiem, że ta z nibsami ma być... i trochę czysta, i trochę z dodatkiem? Może i niegłupie, ale i trochę dziwne. Wolałabym rozwiązanie, by w ofercie mieli czystą bez nibsów oraz z dodatkiem nibsów w sowitej ilości.
Na plus jednak, że nie nabito tym czekolady, robiąc z niej zlepek dodatków. W smaku baza to w zasadzie Menakao Dark Chocolate 100 % Bold & Punchy, tylko że z uwypuklonymi za sprawą nibsów palonymi nutami, a więc bardziej gorzka i z kwaśnością na zasadzie kontrastu. 
Takie palone, lekko soczyste kawałki kakao dobrze pasowały do łagodnej, dość słodkiej setki.


ocena: 8/10
cena: 29 zł (za 75 g; cena półkowa, ja dostałam rabat)
kaloryczność: 635,74 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nibsy kakaowe (śruta kakaowa / kruszone ziarno kakao)