czwartek, 9 listopada 2023

CZECO Czekolada Łamana 70 % Cocoa Organic ciemna z Republiki Dominikany

Chciałabym żyć w świecie, w którym całe jedzenie jest eko, bio, a nie że taka uprawa to atut nie dla wszystkich i w dodatku coś, na czym łatwo po prostu podbijać cenę. Nie uważam bowiem, by wszystko co eko na pewno było o wiele smaczniejsze, lepsze od reszty. Na producentów czekolady, którzy na pierwszym miejscu skupiają się na zachwalaniu ekologiczności produktu, a samo kakao wydaje się schodzić na dalszy plan, patrzę czasem trochę podejrzliwie. A jednak to właśnie te eko, bio tabliczki są o wiele częściej słodzone cukrem trzcinowym niż białym - to ma dla mnie ogromne znaczenie. Stąd wiele takich opcji przyciąga moją uwagę. Zupełnie przypadkiem natknęłam się w internecie na małą podwarszawską manufakturę, CZECO. Trochę żałowałam, że zdecydowali się na "czekoladę łamaną" (pilnując jedynie gramatury), ale cóż... to tylko forma. Zachwalają, że każda tabliczka jest unikalna, piszą o eleganckim opakowaniem, ale tak swoją drogą, nie czuję zbytnio, jak łamane fragmenty tabliczki mogą wyglądać ekskluzywniej. Może naturalniej... i wracamy do kwestii "aby wyglądać jak najbardziej eko"? Liczyłam mimo wszystko, że sama czekolada i jej smak też się jej twórcom liczy. Na wyobraźnię podziałał zwrot, którego użyli w odniesieniu do regionu: "wiecznie zielona Dominikana". I swoją drogą - poprosiłam, by wybrali mi czekoladę jak najbardziej "całą", nie połamaną na kawałeczki.

CZECO Czekolada Łamana 70 % Cocoa Organic Ręcznie Robiona to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała rozpuszczaną do ciasta czekoladę ciemną i piekące się ciasto typu brownie lub murzynek. Chwilami zalatywało spalenizną o mocnej gorzkości, która była skąpana w równie mocnej słodyczy. Ta należała głównie do karmelu, w którym czuć cukier trzcinowy. Oba wątki połączyły łagodniejsze przebłyski orzechów laskowych pozbawionych skórek i mleka, jakby do ciasta szykowano szklankę mleka lub... jakby tak gdzieś czekał krem orzechowo-mleczny.

Tabliczka (w formie trzech wielkich kawałów) wydawała się w dotyku lekko pylista i kremowa. Przy łamaniu okazała się średnio twarda, acz skalista. Trzaskała średnio głośno i z chrzęstem. Była nieco krucha w jakby suchy sposób, co pasowało do zbito-ziarnistego przekroju. Gdy odgryzałam kawałek, chrupała aż nieco kryształkowo.
W ustach rozpływała się w tempie średnim i maziście-lepkawo. Była mleczno-tłusta, zbita, a po dłuższym czasie łatwo rzednąca. Miękła i robiła się plastyczna, acz zachowując pierwotny kształt. Początkowo była bardziej gładka, potem pyliście-proszkowa. Okazała się średnio gęsta. Pod koniec w jej tłustość wkradała się soczystość i łatwo znikała, zostawiając pyliste wrażenie.

W smaku przywitała mnie polewa z ciemnej czekolady, wylewana na tylko co wyjęte z piekarnika słodko-gorzkie, jeszcze ciepłe czekoladowe ciasto typu murzynek lub brownie. Czekoladowa masa zawarła w sobie ciepłą słodycz, ale też wątek spalenizny.

Do głowy przyszły mi... palone liście? Mocna, cierpkawa herbata, ale jakby zrobiona z palonych, nie suszonych liści... Rozgrzewała wyraźnie.

Ciastowy wątek po chwili znacząco podniósł słodycz. Ewidentnie czułam cukier trzcinowy i jego karmelowy smak. Karmel wpisał się w paloność, przez moment otarł się o melasę. Obudował gorzkość konkretnie. Czekoladowy biszkopt zmierzał w łagodniejszym kierunku.

W tle, za dziwną niby herbatą odnotowałam soczystość. Soczyście kwaskowaty syrop wiśniowy? Niby subtelny, ale niewątpliwie obecny i znaczący. Może z małym wsparciem cytryny? To jednak niknęło w naparze i cieple... We właśnie smażących się w maśle pączkach jako czerwone nadzienie?

Mniej więcej w połowie rozpuszczania się kęsa do głowy przyszło mi przepicie brownie-murzynka mlekiem. To już zupełnie przypieczętowało złagodzenie. Doszły do tego leciuteńkie orzechy, blanszowane i... topiące się w delikatnej mleczności, aż w końcu zagubiły się zupełnie. Przez moment jeszcze zawisła ich nuta jako np. czekoladowo-orzechowe nadzienie... właśnie jakiegoś pączka w polewie czekoladowej? Ryzykownie słodkiego.

Gorzkość zmieniła wydźwięk z czekoladowego ciasta na kawę... Była trochę cierpka, acz z czasem i ona uległa ciastom. Wyobraziłam sobie właśnie kawowego murzynka, biszkopt. A może kawowy piernik, słodzony miodem? Wydało mi się z czasem, że ogólne ciepło pochodzi nie tylko od pieczonego ciasta i ciepłych pączków, ale też trochę od przypraw.

Napar, ta dziwaczna herbata, może bardziej kawo-herbata i poprzypalane liście ułożyły się w przyprawy. Pomyślałam o kawie, której gorzkość podkreślono kardamonem... Z sugestią słodko-ciepłego cynamonu? Kawa z przyprawami i kawowo-piernikowe ciasto czekoladowe roztaczały gorzkość obudowaną słodyczą tak, iż zaczęła z czasem - przy pomocy ciepła - aż zaznaczać się w gardle. Zrobiło się za słodko. Przyplątał się też herbato-napar z miodem. Wydawało się, iż w gardle drapie i aż chwilami grzeje miód właśnie.

Spod miodowo-kawowego piernika błysnęła nutka czerwonych owoców... Wiśni? Może mowa o murzynkowatym pierniku z sosem wiśniowym? Na pewno znów przemknął mocno wysmażony pączek z nadzieniem czerwonym, więc może właśnie wiśniowym. I ten akcent był bowiem bardzo słodki.

Po zjedzeniu został posmak piernika i ciemnoczekoladowej polewy, z gorzkością podkreśloną spalenizną oraz wizja ciasta czekoladowego i pączków w polewie czekoladowej... z nutami kawy, mleka... a także wiśniowe echo. Było bardzo słodko za sprawą karmelu i nieco cierpkawo.

Czekolada była niezła. Nuty ciepłego ciasta - a właściwie kilku, bo od brownie, murzynka, przez kawowe, piernikowe na pączkach kończąc - nieźle wyszło z mlecznym złagodzeniem. Czułam sugestie owocowe (wiśnia, cytryna), które jednak jakoś się nie wybiły. Jakby palone liście herbaty, spalenizna... w zasadzie pasowały tu. A jednak jedząc czuć, że czekolada była po prostu przypalona, cukier dawał się we znaki... Choć całkiem mocno gorzka, to też przesłodzona (drapiąca jak miód), co poważnie zaczęło po paru kęsach męczyć. Nuty z potencjałem, ale w kiepsko wykonanej tabliczce. Na szczęście jednak summa summarum wady tak się tu przedstawiły, że było ok. Szkoda jednak, bo jedynie "ok" to mogą sobie być tabliczki znacznie tańsze (np. Goplana Mocno Gorzka 75 % Cocoa czy J.D. Gross 70 % z 2023).

Napary (wyraźnie herbaty: czarne, zielone), mleczno-orzechowy wątek z cytrusami (cytryny, ale w większości grejpfrut) czułam też we Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% o o wiele bardziej złożonym smaku, bogatszej w owoce. 
Michel Cluizel Los Ancones 73 % Repulique Dominicaine była orzechowo-palona, o wiele bardziej wiśniowo-cytrynowa, ale je łączył taki wydźwięk "czegoś słodkiego". Cluizel był mocno "sosowaty", dzisiaj przedstawiana raczej jak ciasto / polewa / nadzienie.


ocena: 6/10
cena: 23 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 7 listopada 2023

Paccari Yerba Mate ciemna 60 % z Ekwadoru z liśćmi yerba mate

Nie piłam yerba mate, jednak trochę o niej słyszałam. Same pozytywy i neutralny fakt, iż jest mocna. Wyobrażałam ją sobie jako trawiasto-ziołową herbatę... A czy byłam bliska? Nie wiem. Niezbyt mnie to interesowało, acz już Pacari z nią trochę owszem. Jakoś odrobina sentymentu do tej marki została, mimo że ostatnimi czasy jestem zła, że tak się zepsuli i pogorszyli tabliczki, które smakowały bosko. Ich niektóre zmiany w ogóle wydawały mi się bez sensu - choćby zmiana nazwy z Pacari na Paccari. Po co, skoro już ta marka jest znana i w pewien konkretny sposób kojarzona? Mimo więc krzywego łypania na zmiany producenta, na nowość z oferty się skusiłam, mimo że już w zasadzie nie kupuję czekolad z dodatkami. Tu jednak... no, nie ukrywam, że chciałam yerbę poznać.

Paccari Yerba Mate to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru z suszonymi liśćmi yerba mate.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemi, łączący lekką goryczkę, pewną smrodliwość, ale i wilgotną, chłodną wilgoć, świeżość... Coś prawie jak eukaliptus? To mieszało się z mnóstwem kwiatów, głównie jednoznacznych róż. Ogólnie łączyły się z roślinami i świeżymi ziołami, obrazem łąki... Wysoka słodycz lekko palonego karmelu jednak za wszelką cenę starała się przerobić róże na cięższe perfumy. Zaprosiły ciepło pieprzu i cynamonu, ogólną korzenność i... jeszcze więcej słodko-goryczkowatego cynamonu. I zioła? Stanowiły most między kwiatami a przyprawami. Za świeżością roślin czułam trochę soczystych wiśni, jakąś pojedynczą cytryną... może bardziej trawę cytrynową? W ziemi zaplątała się jeszcze odrobinka ziaren kawy.

Dość jasna tabliczka była bardzo twarda z racji grubości. Sprawiała wrażenie lekko tłustawo-kremowej, a trzaski wydawała z siebie średnio głośne, acz świadczące o masywności.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i tłusto-maziście. Była kremowa, a chwilami nieco ulepkowata. Mimo to, pewną masywność i twardość zachowywała do końca. Z czasem odsłoniła odrobinę szorstkości, nakręcanej głównie poprzez dodatek (choć jestem pewna, że też na parę drobinek kakao trafiłam), i znikała bardziej rzadko. Okazało się, iż masę jakby ponabijano drobinkami przemielonej yerba mate. Wcale im się nie spieszyło, by "wyjść" z czekolady. Ta przy nich wydawała się jeszcze tłustszo-ulepkowata, mimo że realnie wcale taka nazbyt tłusto-ciężka nie była.
Po czekoladzie zostawało całkiem sporo malutkich kawałeczków liści, a także parę sporych gałązek. Okazały się dość konkretne jak na swój rozmiar, ale niewymagające gryzienia. Ja to jednak robiłam.

W smaku pierwsza zagrzmiała wysoka słodycz karmelu. Był słodki i lekko palony, ale palony niewątpliwie. Krył w sobie pewne ciepło, które po chwili wzmocniła szczypta cynamonu.

W ciągu kolejnych sekund do słodyczy zaczął się dobijać chłodek, nasuwający na myśl słodką miętę. I... charakterniejszego (chłodniejszego?) eukaliptusa?

Poczułam róże, lecz zza karmelu przebijały się głównie jako perfumy. Różane perfumy otworzyły jednak drogę kwiatom ogółem. Chyba wyłapałam też świeższy, jakby nieco wilgotny jaśmin. To były też kwiaty dzikie, polne.

Odnotowałam soczystość. Najpierw mieszała się z omawianymi już wilgotniejszymi nutami, jednak z czasem rozlała po ustach motyw kompotu wiśniowego. Słodko-kwaskawego, owocowego i jednocześnie ciepłego. Przez moment pomyślałam o syropie...

A potem myśli skupiły się na cieple. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi ciepły napar ze świeżych, ostrawych, charakternych ziół. Zawinęła się lekka gorzkość. Zagościła w niej wilgotna, czarna ziemia, a także niedookreślony splot mocnej herbaty, kawy.... Takiej rześkawej, acz z goryczką. Znowu do głowy przyszły mi zioła o słodko-chłodnym charakterze.

Owoce, ten kompot wiśniowy... Z czasem wyłoniły odrobinę kwasku. Pomyślałam o soczystej cytrynie, jednak ogólnie było na tyle słodko, że o samej cytrynie raczej nie da się mówić... To ewentualnie cytryna wkrojona do naparu / herbaty czy wręcz trawa cytrusowa. Eukaliptus z owocową naleciałością?

Wysoka słodycz także kwaśność wygłaskiwała. Karmel trwał cały czas niestrudzenie, a właśnie choć ogólnie rozchodził się spokojnie, bliżej końca znacząco rósł. Kwiatom trochę udało się od niego oderwać, róże smakowały słodko i naturalniej... ale wciąż też jak ciężkawe perfumy z palono-karmelowym ciepłem.

Ciepłem i ostrością? Rześkość, świeżość wpisane w pikanterię właśnie cały czas obracały się w kręgach dzikich roślin. Dołączyła do nich korzenność, w tym cynamon i pieprz... ale jakby bardzo rześki, cytrusowy... I ziołowy? Korzenność mieszała się z ziołami i jakby konkretnie goryczkowato-rześką szałwią. Kwaskawą białą? Trochę zatapiała się w wilgotną ziemię i lekko cierpkawą kawo-herbatę z paloną, dymno-gorzkawą mgiełką.
Jej towarzyszył subtelny chłód mięty i eukaliptusa, też jakby zaparzonych.

W momencie znikania kęsa karmel i słodycz kwiatów aż ciepło drapały w gardle, a na języku poczułam lekkie szczypanie chłodnej ostrości.

Wyłapywane językiem i zębami, gryzione malutkie kawałki yerby okazały się smakować zaskakująco wyraźnie. Były gorzkie w ziołowym kontekście, a do tego ostro-chłodne. Trochę jakby ziemiste, cierpko-dymne.

Po zjedzeniu został posmak prawie cytryny... acz jakby należała do perfumowej kompozycji? Wraz z różami i innymi kwiatami. Czułam też mnóstwo karmelu, jednak jego słodycz została wreszcie przełamana ziołami i naparem. Może szałwią, której wtórowała czarna ziemia i odrobinka kawy. Na pewno na języku czułam lekką ostrość, jakby nieco przenikliwie chłodzącą, co kojarzyło się z eukaliptusem o miętowo-lukrecjowych echu.

Całość mi smakowała, ale nie jakoś szczególnie. Przede wszystkim było za słodko od karmelu. Dobrze, że tak wyraźnie czuć samą kwiatowo-ziemistą ekwadorską bazę, wraz z soczystymi przebłyskami wiśni i cytryny, ale właśnie słodycz za bardzo się panoszyła. Wydaje mi się, że i samą yerba mate czuć w porządku, ale nie szczególnie intensywnie. Mogła podkreślić ostrość, kawę, świeżość roślin czy korzenność czekolady, jak również smakować sama trochę tak właśnie. Obstawiam, że wpisała się w smak czekoladowej bazy. Podoba mi się, że to nie olejek, a dodatek w przystępnej formie. Nie podoba mi się procent, bo choć nie chciałabym, by yerba zupełnie zdominowała kompozycję, to jednak jak już robi się czekoladę z dodatkiem, po prostu wypada dać go nieco więcej.
Czekolada więc ok ciekawostkowo, ale na tym koniec i bez większych zachwytów.


ocena: 7/10
cena: 42 zł (cena półkowa za 50 g, ja dostałam rabat)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, suszone i zmielone liście yerba mate (0,1%)

poniedziałek, 6 listopada 2023

GymBeam Triple Nut Butter / Potrójne Masło Orzechowe z fistaszków, nerkowców i migdałów

GymBeam nie jest marką dla mnie, bo nie przepadam za sportami i produkty, suplementy dla sportowców kompletnie mnie nie interesują, jednak... mają też małą kategorię, którą przejrzałam z zapałem. Ostrożnie zdecydowałam się na krem kuszący, ale i ryzykowny, GymBeam Cashew Butter + Chocolate + Banana. Jako że okazał się pyszny, zamówiłam za jakiś czas jeszcze jeden słoik i dobrałam dwa inne. Zamierzałam w końcu wziąć ich pasty pod lupę. 

GymBeam Triple Nut Butter / Potrójne Masło Orzechowe to krem 100% z orzechów prażonych: arachidowych (40%), nerkowca (35%) i migdałów.

Po odkręceniu poczułam intensywny zapach prażonych i jakby leciutko solonych fistaszków, którym towarzyszyły karmelizowane w miodzie, chyba też ze szczyptą soli, migdały. Jedne i drugie otulała maślaność nerkowców, zapewniając kompozycji raczej łagodny charakter. Wszystko to było głównie słodkie, średnio mocno prażone i umiejętnie przełamane sugestią soli (której realnie nie było). Po uporaniu się z olejem, przemieszaniu i w trakcie jedzenia słonawy aspekt uciekał prawie zupełnie na rzecz prażenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju, z czego zlałam 4,5 łyżki, a 1,5 łyżki (z czego 1 od razu*) wymieszałam, co było średnio trudne.
*Zawsze zlewam olej do słoiczka, by potem w razie czego odpowiednia ilość dodać i wymieszać.
Krem w zasadzie nie był bardzo suchy, a podeschnięty jedynie bliżej dna. Gdy mieszałam go wraz z olejem, niespecjalnie chciało się to połączyć do jednolitości - musiałam się uporać z masywnymi grudkami, ale w końcu mi uległy. Pasta była bardzo, bardzo gęsta i konkretna. Tłusta w sposób pełny, ale też jakby olej nieco się z niej wyciskał. Już gołym okiem widać też mnóstwo drobinek i skórek.
W trakcie jedzenia potwierdziła się jego gęstość. W ustach jeszcze jakby gęstniał, rozpływając się bardzo powoli i zalepiając konkretnie. Czuć w nim miazgowy element, na który złożyły się niewymagające gryzienia drobinki orzechów. Krem był tłusty w pełny, masywny sposób. Połączył w sobie orzechową maślaność i lekką oleistość, a jednak... w tle jakby czaiła się sugestia suchawości... czy raczej pylistości? Zaklejał usta, nieco przytykał, racząc jakby nieco miękko-gumiastą kremowością. Był ciężki, ale nie w negatywnym sensie.
Po rozpuszczeniu się masy, zostawały jeszcze malutkie kawałeczki, których w większości przypadków w zasadzie nie trzeba było gryźć. Ja to jednak, niby od niechcenia, robiłam. Były różne, ale w większości sprężyście-chrupkie, inne trzeszczące. Skrzypiały / trzeszczały głównie skórki orzechów. Parę trafiło się bardziej twardych, kilka bardziej chrupiących fistaszków i parę ewidentnie miękkich w nerkowcowy sposób.

W smaku przywitały mnie bardzo słodkie w naturalny sposób fistaszki. Ich charakter wydał mi się wręcz "słodziuteńki". Były lekko prażone, dzięki czemu spójne z resztą.

Orzechy nerkowca podkradły się właśnie poprzez tę nutkę prażenia i osnuły fistaszki maślanością. Nadały kompozycji łagodny klimat, rozchodząc się bardzo wyraźnie. Mimo to, dominowały arachidy. Nerkowce były tuż za nimi. Zawróciły jednak słodycz na po prostu słodki, nie "słodziuteńki" i uroczy tor.

Z czasem, też jakby za sprawą prażenia pojawiły się migdały. Wyobraziłam sobie prażone w miodzie, przez moment nawet mignęły raz po raz solą, ale jednak nie zdecydowały się na nią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach arachidy podchwyciły wizję budowaną przez migdały. Też jakby pokryły się miodowym karmelem. Prażenie wydawało się wręcz ciepłe. Arachidy, choć dominowały, dopuszczały do głosu też kolejno nerkowce i migdały. O ile nerkowce całą kompozycję osnuły maślano-słodką otoczką, tak migdały... jedynie podrzuciły parę nut.

Dodały też pewnej powagi, zasugerowały goryczkę. I ewidentnie podkreśliły skórki. Bliżej końca zwróciłam uwagę, wraz z mocniejszym wyleganiem kawałeczków i drobinek na język, na skórki fistaszków i migdałów. Wówczas nastąpił arachidowy kop. Skórki wydobyły z prażenia motyw masła orzechowego typu amerykańskiego (typowego "peanut butter"), a więc słodkiego, ale z echem soli. Prażono-maślane, już nie takie delikatniusio-słodziusie fistaszki zdominowały wszystko inne zupełnie na sam koniec, gdy krem znikał z ust.

Gryzione i ciamkane od niechcenia drobinki smakowały sobą, kontynuując smak bazy. Były prztyczkami - w zależności od tego, co się trafiło - fistaszków, migdałów i nerkowców. Gdy się zebrały, trudno rozróżnić jedne od drugich. Podprażone arachidy chyba najbardziej i w tej części degustacji się wyróżniały, acz nie jakoś nad wyraz bardzo. Trafiłam na dosłownie kilka większych kawałeczków nerkowców i... one z kolei wydały mi się maślano-słodziuteńkie, a mniej (od fistaszków) prażone. 

Po zjedzeniu został posmak prażonych orzeszków arachidowych, przywodzący na myśl - choć już odlegle - masło orzechowe amerykańskie i prażonych w karmelu migdałów. Orzechy nerkowca czułam jako słodką maślaność, tonującą poprzednie.

Całość wyszła przepysznie i rozkochała mnie w sobie już od pierwszego oblizania łyżeczki. Choć po zapachu spodziewałam się mocniej prażonej pasty (co mnie trochę wystraszyło), była prażona średnio mocno, w zasadzie w punkt. Mimo że dominowały fistaszki, orzechy nerkowca swoją łagodzącą maślanością odegrały bardzo ważną rolę, a migdały mimo że wyczuwalne najsłabiej, wplotły bardzo ciekawe akcenty. Zdawało się, że to one pewne motywy podrzucają. Bardzo ciekawe zestawienie orzechów - podkreślały się wzajemnie, wcale nie zagłuszając. Także gęsta, miazgowa konsystencja była niemal doskonała (choć trochę trudna do porządnego przemieszania przez to, że miała tendencję do zbijania się w grudki).

Ta pasta przypomniała mi Mixitelle: MixIt Mixitella Almond and Peanut Butter i MixIt Mixitella Cashew and Peanut Butter. Połączyła je, jakby podkradając, co najlepsze. GymBeam wyszła jednak nieco mocniej prażona - jak dla mnie mogłaby może być ciut mniej, ale i tak była przepyszna.


ocena: 10/10
kupiłam: gymbeam.pl
cena: 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: prażone orzeszki ziemne 40%, prażone orzechy nerkowca 35%, prażone migdały 25%

niedziela, 5 listopada 2023

Millesime Chocolat Guatemala Terroir Cahabon Feves Trinitario Noir 74 % ciemna z Gwatemali

Nie myślałam, że jakoś tak się wciągnę w Millesime. Wyglądały niepozornie, a ich opakowania do mnie nie przemawiały. Wiadomo jednak, że liczy się wnętrze. A to do pospolitych na pewno nie należało. Producent zawsze opisuje kakao konkretniej, nie ogranicza się do podania kraju jego pochodzenia. Dzisiaj opisywaną np. zrobiono z kakao od rdzennych rolników Q'eqchi Maya, którzy ponoć kakao uprawiają, jak starożytni Majowie przykazali.

Millesime Chocolat Guatemala Terroir Cahabon Feves Trinitario Noir 74 % to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao trinitario z Gwatemali, z regionów Cahabon i Lachuá.

Po otwarciu poczułam soczysty zapach soku / kompotu z kwaśnych suszonych śliwek i... jakby cały owocowy susz na coś takiego. Także odrobinkę kwiatów przekładających się na słodycz i trochę świeżości. Kompozycja ogólnie była bardzo świeża; przypominała jeszcze zielone orzechy, krążyła wokół jakiś zielonych, roślinnych nut i chwaliła się młodymi orzechami. Wyraźnie czułam zielone, słodkie winogrona. Do słodyczy tej podkradło się więcej suszonych nut jako rodzynki oraz drewno, drzewa, trochę przypraw - m.in. szczypta suszonej kozieradki? Kwaśno-słodki bukiet zwieńczyły czerwone, surowe i soczyste morele oraz białe wino.

Nielśniąca, twarda zwłaszcza w grubszych miejscach, tabliczka odznaczała się masywnością podczas łamania, acz... można domniemywać, że w ustach łatwo zmięknie. Trzask był raczej głośny.
W ustach rozpływała się średnio szybko. Miękła jakby powierzchownie. Wydawało się, iż bazowo, wewnątrz zachowuje twardość. Wydała mi się też ogólnie jakby proszkowo-ziarnista, a powierzchownie nieco aksamitnie nietłusta. Trochę tylko, w mleczny sposób. Z czasem ujawniała soczystość i chwilami jakby wygładzała nieco proszkowość, zostawiając poczucie... i pylistości, i soczystości. Sporo było w niej w dodatku chrupkiego niedomielonego kakao, które raz po raz gryzłam (gdy sama czekolada się już rozpuściła).

Już robiąc pierwszego kęsa poczułam się, jakbym ugryzła słodkie, chrupiące zielone winogrono. Polała się jego wysoka, soczysta słodycz.

Smak ogólnie wydał mi się zielony, roślinny. Pomyślałam o młodych, zielonych drzewach. Poprzez nie wemknęła się gorzkość i znacząco wzrosła. Za nią podążała ostrzejsza, świeża nuta drzew właśnie.

Do winogron z kolei dołączyły kompotowe śliwki. Słodko-kwaśne i soczyste. Specyficznie ciężko słodkie... zaprosiły cały susz owocowy, w tym wyraźnie sporo rodzynek. Lekka wytrawność z tła podszepnęła temu splotowi białe wino.

Gorzkość i drzewa z czasem przywołały orzechy. Żadne konkretne, ale delikatne i niemal maślane. Z racji całej zieloności pomyślałam też o orzechach niedojrzałych (a po zgooglaniu hasła "zielone orzechy" znalazłam jakieś zielone orzechy włoskie na nalewki" - coś takiego by pasowało do klimatu, jakim uraczyła mnie ta czekolada). Wpisywały się w słodycz, kojarząc się trochę z nugatem. Ta ogólnie wzrosła, odbijając w nieco karmelowym kierunku. Suszone owoce nie protestowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa suszone owoce i drzewa, rośliny zaobfitowały w kwiaty. W nich znalazła upust ostrawość. Wyobraziłam sobie kwiaty polne i kwiaty dzikie. Kwiaty... chwastowate i charakterne. Może też lekko ziołowo-przyprawowe, niczym charakterniejsze, mocno owocowe białe wino?

Z suszu owocowego wyskoczyły morele. Okazało się, iż te wcale nie są suszone, acz słodkie na pewno. Lekko kaszowate... a jednak mimo to kwaśne. Pomyślałam o soczystych morelach czerwonych. Podłapały to cytrusy, chyba głównie cytryna. Podkręciły razem kwaśność i soczystość, zmieniając suszone, kompotowe śliwki w twarde i soczyste śliwki czerwone. Ogólnie jeszcze jakieś inne czerwone owoce musiały tam przemknąć. Całość jednak mocno kwaśna nie była. Kwiaty stały na straży tego. W pewnej chwili poczułam bardzo słodkie róże, które jednak zaraz zniknęły.

Gorzkość w tym czasie już nie rosła, ale umocniła się. Zrobiła się wręcz ziemiście dosadna. Zza drzew i roślin, orzechów, posypała się sucha, rozgrzana ziemia. Podkręciły ją ciepło-goryczkowate przyprawy. Mignął mi chyba cynamon... Pomyślałam też o kardamonie... zielonym (to już była wizja wyraźniejsza). Znacznie "świeższym" od zwykłego. Pilnował, razem z innymi, chyba też suszonymi liśćmi kozieradki, by nuta zielonych liści, roślinności nie uciekła.

Kontrastowo pod koniec w owocowej strefie wyłapałam lekką pudrowość / cukierkowość. Słodko-kwaśną lemoniadę cytrynową? W nią musiało zmienić się białe wino.

Po zjedzeniu został posmak cytrynowo-śliwkowy, czego trzymały się czerwone owoce, w tym właśnie czerwone śliwki (i morele?). Czułam też zieleninę, zielone liście i jakby dopiero dojrzewające (takie jeszcze nie do jedzenia?) orzechy. Za nimi, o powadze i szlachetności, przypominała ziemia i drzewa. Drzewa lekko ukwiecone.

Czekolada smakowała mi i intrygowała. Zielone winogrona, śliwki z suszu owocowego i sam cały susz, czerwone morele i czerwone śliwki oraz podkręcenie tego cytryną i owocowym białym winem zacnie zgrały się z roślinnym, drzewnym i "zielonym" wątkiem. Zielone, niedojrzałe orzechy, trochę ziemi i liście zmieszały gorzkość ze słodyczą roślinnie-kwiatową. Stały na jednym poziomie, złączone akcentem świeżych przypraw: zielonego kardamonu i liści (głównie suszonej kozieradki). Niespotykana, choć nie przekonała mnie jej struktura, rozpływanie się i lemoniadowa końcówka.

Cukier cytrynowy po drzewnym, przyprawowym występie i splocie cytryn z wiśniami Ethicoco Craft Chocolate 75 % Guatemala Origin kojarzył mi się trochę z lemoniadą, drzewami i owocami dzisiaj opisywanej.
Śliwki, winogrona (ale ciemne), cała winorośl, rodzynki i cytryny przypomniały mi trochę French Broad Guatemala Dark Chocolate 73% o znaczącej nucie przypraw, choć podlinkowana miała nieprzyjemny wydźwięk słodyczy "scukrzenia" i po prostu białego cukru.
Millesime znalazła się - na odbiór w smaczności - pomiędzy nimi.


ocena: 8/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 562,61 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 4 listopada 2023

Terravita Gorzka Czekolada 70 % ciemna

Razu pewnego pomyślałam, że warto byłoby dać szansę jakimś czekoladom tak zwykłym, że normalnie aż ich nie zauważam. Zmotywowało mnie to, że zapasy się pomniejszały, a nie chciałam za szybko rozprawić się z posiadanymi do degustacji. Wolę je celebrować bardziej, a na zwyklejszy dzień... mieć do odkrywania coś innego. Nie zawsze bowiem mam ochotę po prostu zjeść czekoladę (którą już znam), czasem tak bardzo, bardzo chcę się powczuwać, opisać... Że w końcu sięgnęłam po prostą Terravitę. Do marki mam mieszane uczucia, suma summarum przekładające się na stosunek w zasadzie obojętny. W 2018 jadłam Terravitę Czekoladę Gorzką 70 %, która to nie zrobiła na mnie wrażenia, jednak jako że marka wprowadziła wiele zmian, skład też się nieco zmienił, ich odnowioną 70 % traktowałam jako zupełną nowość. 


Terravita Gorzka Czekolada Pełna / Dark Chocolate 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao; wersja dostępna od 2023.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, przywodzący na myśl kostkę piernikową z galaretką, koniecznie w polewie kakaowej. Pomyślałam o sowicie palonych piernikach, niezbyt jednak mocno korzennych, a czekoladowych. Podkreśliła je nuta migdałów, która razem z owocowymi akcentami wskazała na czekolady typu Lindt Excellence (z zatopionymi dodatkami: owocowymi cząstkami i migdałami). W ciemno upierałabym się, że tabliczka zawierała zarówno migdały, jak i kandyzowaną skórkę pomarańczy i jakieś galaretki cytrusowe lub ananasowe. Całość była nieco duszno słodka, acz nie słodka bardzo mocno - przede wszystkim za sprawą cukru, acz z pobrzmiewającą wanilią w tle.

W dotyku tabliczka wydała mi się trochę ulepkowata, powierzchownie niby aksamitnie pylista, czym jednak nie wykluczyła potencjalnej tłustości. Była średnio twarda, ale bardzo masywna, jakby pełna. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno.
W ustach czekolada rozpływała się w  tempie umiarkowanym, ochoczo mięknąc. Okazała się tłusta w mazisty, maślano-śmietankowy sposób. Było w niej coś z pylistej polewy i trochę ulepkowatości, wkomponowanych w aksamitną gęstość. Z czasem zmieniała się w "bagienko" niczym czekolady śmietankowe, acz znikała dość rzadko.
Czekolada i marka podpadły mi przy okazji jakością, a dokładniej bylejakością. Otóż w dwóch czy trzech kostce trafiło mi się parę małych kawałków migdałów czy orzechów i wiórków kokosowych - a to miała być czekolada czysta! Nie chcę myśleć, jak to się dba o wszystko w ich fabryce...

Gdy tylko kawałek czekolady znalazł się w ustach, poczułam słodycz, jakbym właśnie wzięła łyk bardzo słodkiej kawy. Kawy czarnej, palonej, ale z cukrem, którego nie żałowano. Słodycz wystrzeliła.

Za cukrową, ciężką słodyczą podążało echo wanilii. Także wpisało się w ciężkość, szybko przekładając się na duszny efekt, mimo że słodycz stała na przeciętnym poziomie, gdy chodzi o jej wysokość.

Kawa wplotła cierpkość... poprzez którą wkroczyły sowicie palone pierniki w polewie kakaowej. Cierpkiej i średnio gorzkiej. Wyobraziłam sobie przepijanie cukrową kawą takich sporych, miękko-wilgotnych pierniczków i... kostki piernikowej. Także w polewie kakaowej.

Kawowo-piernikowy splot ustanowił całkiem pewną siebie gorzkość, acz za nią pojawiła się nutka, która tylko czyhała, by kompozycję złagodzić. Gorzkawe migdały?

W połowie rozpływania się kęsa myśl o kostce piernikowej umocniła się, jako że w tle odnotowałam soczystość. Przez moment myślałam nawet, że pojawi się kwasek, lecz zakończyło się na jego sugestii. Pojawiła się wiśnia... jakiś dżem-nadzienie wiśniowe? Czy raczej wiśnia kandyzowana i może, gdzieś w oddali, bardzo słodka wiśniowa galaretka.

Cierpkość rozgościła się w delikatnych, owocowych akcentach. Zaobfitowało to w pojawienie się kolejno kandyzowanej skórki pomarańczy i kandyzowanego ananasa. Mimo drobnej soczystości, owoce wpisały się w słodycz. Nie było to jednak bardzo owocowe. Kojarzyło mi się raczej z czekoladami z dodatkiem owoców i migdałów, bo i nimi czekolada raz po raz zalatywała.

A słodycz rosła. Może nieznacznie, ale jednak tak, że w pewnym momencie niebezpiecznie zaznaczyła swoją obecność w gardle. Gorzko-słodka kawa zmieniła się z czasem w jedynie gorzkawe kakao na mleku. Może lekko piernikowe... Na pewno łagodnie czekoladowe. Do tego pojawiła się dodatkowo łagodząca maślaność, że gorzkość niemal zupełnie zniknęła. Ta podała mleczność w wątpliwość... Do głowy przyszedł mi napój migdałowy (wege zamiennik mleka). Czułam wyraźnie kakao w proszku, jego cierpkość, jednak końcowo już tylko jedynie wspomnienie gorzkawości.

Wanilia pod koniec wyłoniła się nieco bardziej. Akurat, by podkreślić wydźwięk wręcz maślano-migdałowy kakaowo-piernikowego napoju. 

Po zjedzeniu został cierpkawy posmak kakao w proszku, a także cierpkość i słodycz galaretek cytrusowych. Czułam paloną nutę "chyba kawy", usilnie łagodzoną przez maślaność.

Całość była kiepskawa. Już zapach był niezachęcający, mimo że nie jednoznacznie zły. Nie zawarł nut, które lubię po prostu, bo kojarzył się z tanią czekoladą smakową, z jakimiś niewysokich lotów dodatkami czy piernikami z galaretką (osobom lubiącym takie rzeczy może nie wyda się taki nieprzyjemny). Smak był nieco lepszy, choć też raczej budżetowy. Sporo kakao w proszku, wyraźna cukrowość, mimo że nawet nie taka strasznie wysoka słodycz, i łagodzenie. Maślano-migdałowe akcenty tonowały kawę i pierniki. Te byłyby w porządku, gdyby nie to, że owocowe nuty miały w dużej mierze kandyzowano-galaretkowaty wydźwięk. Niezbyt przemówiła do mnie taka tłusta konsystencja, nie za bardzo kojarząca się z czekoladami ciemnymi.

Terravita 70 % z 2018 roku była prostsza. Słodko-gorzkawa, też z motywami łagodzącymi, ale w przypadku czekolad z niższych półek to chyba właśnie prostota bardziej im służy. Poszczególne nuty dzisiaj opisywanej wyszły po prostu... cukierniczo-tanio.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 3 zł (za 90g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii

piątek, 3 listopada 2023

Grizly Krem orzechowy z belgijską czekoladą ciemną

Można powiedzieć, że o marce Grizly już porządnie wyrobiłam sobie opinię. Wyglądało na to, że za co się nie wezmą, wychodzi im. Prawda, że nie wszystkim kremom powystawiałam dziesiątki, jednak nie trafił się taki, który by mi nie smakował. Jak nawet białą czekoladę ogarnęli tak, że doceniłam i zjadłam ze smakiem krem nią (Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem), nie widziałam powodów, dla którego miałabym nie zainteresować się pastą z czekoladą ciemną. Wszystko wskazywało na to, że czeka mnie parę miłych kremowo-filmowych degustacji (zawsze podczas jedzenia kremów coś oglądam). Wolałabym co prawda, by inne orzechy stanowiły bazę, jakieś ciekawsze, ale w sumie... czekoladowo-fistaszkowy także miał szansę być pyszny. Wszak arachidy uwielbiam (acz jako krem jem dość często, bo że u nas w domu Sante Auchan Peanut Paste Smooth 100 % jest zawsze i często robię z nim jakieś kompozycje jogurtowe - stąd nie wydają mi się szczególnie ciekawe gdy o kremy "inne" chodzi).

Grizly Krem orzechowy z belgijską czekoladą (Arasidovy krem s belgickou cokoladou) to gładki "krem z prażonych orzechów arachidowych z ciemną czekoladą o zawartości 60 % kakao".

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach leciutko pieczonych fistaszków, jakby robiących za tło dla bardzo słodkiej, jakby mleczno-maślanej czekolady. Mimo że czuć subtelnie zaznaczone, palone kakao, klimat nie był specjalnie wytrawny. Kojarzył się natomiast mocno z cukierkami czekoladowo-arachidowymi typu Michałki. Wszystko za sprawą naturalnej słodyczy, wręcz "słodziuteńkości", i maślaności orzeszków.

Oleju wydzieliło się niewiele, z czego zlałam 2,5 łyżki, a wymieszałam 0,5 łyżki. Niemiłą niespodzianką było to, że wydzieliło się w nim też trochę różnej wielkości kulek tłuszczu (chyba tłuszcz kakaowy - trafia się to w przypadku kremów czekoladowych). W takich przypadkach producenci zaleją chwilowe podgrzanie kremu, by to wymieszać do gładkości, jednak jako że do mnie nie przemawia podgrzewanie kremów (zwłaszcza, że po otwarciu trzymam je w lodówce, czyli byłoby to kilkukrotne drastyczne zmienianie temperatury), wolałam je wybierać malutką łyżeczką w trakcie jedzenia. Nie było ich szczególnie dużo, ale obeszłabym się bez.
Krem był średnio gęsty, acz ewidentnie nieco zagęszczony w czekoladowy sposób. Ciągnął się, zachowując zwartość (nie był ani trochę lejący czy oleisty). Na oko widać pojedyncze drobinki - dosłownie kropeczki - orzeszków, mimo ogólnej bazowej gładkości.
Podczas jedzenia krem trochę zalepiał usta, ale nie jakoś szczególnie mocno lepiszczo. Na chwilę jakby nieco gęstniał, choć i tak nazwać go mogę jedynie gęstawym. Rozpływał się w tempie umiarkowanym, wydawał się przy tym leniwy i bardzo kremowy. Czuć zarówno pełną, nieco maślaną kremowość fistaszków, jak i czekolady. Z racji obecności pojedynczych, mikroskopijnych dosłownie kropeczek orzeszków, jawił się jednak raczej jako gładkawy niż gładki. Cechowała go lekka, aksamitna pylistość. Nie było w nim jednak kawałków do gryzienia. Z czasem robił się bardziej miękki, a znikał trochę rzadkawo, ale i tak nie wyzbył się poczucia orzechowo-czekoladowe konkretu. Raz po raz przemknęło skojarzenie z nugatem.

W smaku najpierw poczułam bardzo wysoką słodycz należącą do czekolady. Nie od razu zdradziła swój charakter, wydała się raczej niedookreślona, acz niewątpliwie szlachetna.

Słodycz czekolady zaraz podbiła naturalna słodycz fistaszków. Wydały mi się niemal słodziuteńkie. Wplotły maślaność, na którą czekolada przystała z ochotą. Dała się poznać jako właśnie maślana i delikatna. Jej słodycz, w obliczu arachidowej, zdradziła swój lekko cukrowy charakter.

Orzeszki ziemne przegoniły czekoladę, nieco dominując na pierwszym planie. Co prawda maślana, lekko palona czekolada otaczała je ze wszystkich stron, jednak to one skupiały na sobie uwagę. Wydawały się leciuteńko pieczone, maślane i łagodne, lecz... bardzo wyraziste w swej łagodności.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czekoladowość pod wpływem tej arachidowej maślaności i słodyczy, zrobiła się niemal mleczna. W pewnym momencie aż zaskakująco. Kakao jednak miało coś do powiedzenia. Podkreślało bowiem pieczony element w orzeszkach. Miało lekko paloną nutkę. Splot ten z czasem przywołał myśl o fistaszkowo-czekoladowych cukierkach typu Michałki.

Wysoka słodycz z czasem zelżała, ustępując miejsca gorzkości. Orzeszki nieco zwolniły, co wykorzystała czekolada. Wzrosła gorzkawość. Palony akcent kakao rozbrzmiał intensywnie, zachęcając do odezwania się skórki fistaszków. Pokazały one swój mocniejszy, ten bardziej pieczony, nie taki słodziuteńki, charakterek. Wciąż jednak wydawały się wtulone w czekoladę mleczno-maślaną, nie ciemną.

Po zjedzeniu został właśnie bardziej palono-pieczony posmak oraz myśl o fistaszkach w skórkach, podkreślona nutką kakao. Myślałam też o cukierkach czekoladowo-arachidowych. Było gorzkawo, ale nie mocno, a także intensywnie słodko. Nie jednak za słodko, bo słodycz czekolady wpisała się w naturalną słodycz maślanych orzeszków.

Krem bardzo mi smakował, acz trochę zaskoczył w niespodziewanym kontekście. Wyszedł bowiem zaskakująco maślano-mlecznie, nie tak ciemno czekoladowo jak liczyłam. A jednak nie rozczarował, bo i tak był zacny. To naturalna i szlachetna wariacja na temat cukierków typu Michałki o mocno arachidowym i czekoladowym smaku. Wysoka słodycz pochodziła głównie od orzeszków i podporządkowała sobie tę bardziej cukrową, czekoladową. Acz właśnie - czuć ją z racji kontrastu do naturalnej. Nie przeszkadzało to jednak. Lekka nutka kakao w moim odczuciu mogłaby być o wiele istotniejsza, bo tak to głównie przejawiała się w prażono-palonym wątku. A jednak to właśnie ona podkreśliła szlachetność! Jednak nie wytrawność. To więc ciekawie smakujący, czekoladowo-arachidowy krem, lecz nie powiedziałabym, że ciemnoczekoladowy. Bardzo smaczny, acz nie do końca oddający to, co można sobie wyobrazić na słowa "krem orzechowy z ciemną czekoladą".


ocena: 8/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 19,99 zł za 500g
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 75% orzeszki ziemne, 25% belgijska ciemna czekolada (miazga kakaowa 60%, cukier, tłuszcz kakaowy)

czwartek, 2 listopada 2023

Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 % ciemna z Haiti

Czeska marka Ajala (co w języku Majów znaczy "przebudzenie") nie zapisała mi się w pamięci w żaden szczególny sposób. Historia marki z Brna wydaje się... zwyczajna - grafik i lekarka rzucili swoje kariery i zajęli się czekoladą. Przypadek, pasja... co by to nie było, dobrze się stało, bo dzięki temu miałam, co odkrywać. Z paru zakupionych sięgnęłam po tabliczkę z kakao z Haiti, a więc region uprawy, który w moim odczuciu nie jest wyjątkowo smakowity, a samo środkowoamerykańskie państwo... hm, kojarzy mi się chyba tylko z wierzeniami hoodoo i... Tym, że jednak małą ilość czekolad stamtąd zjadłam - i nie zdobyły dziesiątek. Czy ta tabliczka miała to zmienić?

Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Haiti, z regionu Grand Nord, od kooperatywy Pisa.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała gorący asfalt. Mignęła mi też nuta jakby... opony? Albo kiepsko ususzonej, zszarzałej figi? Mieszały się ze średnio mocno prażonymi orzechami, bliżej nieokreślonymi. Do głowy przyszły mi za to algi i rośliny ogółem. Były leciutko wytrawniejsze, choć całość cechowała słodycz. Kompozycję przesycały cytrusy, ale w wydaniu sorbetu. Z echem jakiejś... musującej oranżadki w proszku? W tle ukrywały się egzotyczne czerwone owoce. Pomyślałam też o jakby przydymionym karmelu, w konsekwencji czego wszystkie te owocowe ułożyły się w obraz daktylowego "miazgowego" batona (tzw. raw bar). Koniecznie z niejednoznacznymi, różnymi orzechami. Do tego było w tym wszystkim, zwłaszcza w cieple, coś słodko kwiatowego, roślinnego.

Podczas łamania tabliczka wydawała z siebie dźwięki kojarzące się z grubymi gałęziami. Była twarda i masywna, co też czuć.
W ustach rozpływała się bardzo gęsto, jakby esencjonalnie. Była gładko-kremowa i lekko tłustawa. Nieco soczysta niczym gęsty, mięsisty owoc. Taki... zmiksowany z pełną śmietanką. Cechowała ją masywność, a znikając leciutko ściągała, zostawiając lekko pyliste wrażenie.

W smaku pierwsza rozeszła się karmelowo-daktylowa słodycz. Była wysoka i jakby esencjonalna. Mimo że mowa o suszonych daktylach, cechowała je lekka soczystość. Wydźwięk słodyczy po chwili zaczęła łagodnieć za sprawą naturalnej słodyczy fistaszków.

Zagrały orzechy, znacznie więcej i różnych. Najwięcej czułam fistaszków, ale też trochę brazylijskich, laskowych... Na pewno były lekko pieczone i prażone. Fistaszki z czasem wtuliły się w gęsty, ciągnący karmel.

Odnotowałam dym. Przez moment jakby przygasił karmel, podkreślając też jego palony aspekt. Rozeszła się gorzkość. Pomyślałam o gorącym, parującym asfalcie. Gorzkość i jego ciepło w orzechach umocniło prażono-pieczony motyw.

Słodki karmel w tym czasie spoczął na słodkim, maślano-mlecznym nugacie. Ten zdawał się lekko łagodzić gorzkość. Zrobiło się trochę snickersowo (mowa o wyidealizowanym wnętrzu i jakby wariancie z ciemną czekoladą), a następnie słodycz się uspokoiła. Jednak w połowie rozpływania się kęsa nagle jakby wypłynęła z nową siłą i nieco zmienionym smakiem. Zaserwowała daktyle suszone i "miazgowego" batona typu raw bar z daktyli z orzechami, w tym w dużej mierze arachidowymi.

Goryczka i asfalt zasugerowały ciastka orzechowo-jaglane, sowicie przypieczone. Może nawet lekko przypalone po brzegach? 

W tle przemknęła soczystość. Owocom drogę otworzył cytrynowy sorbet, znacząco posłodzony, ale wciąż lekko kwaskawy. Cytryna otarła się chwilowo o jakby musującą oranżadkę w proszku, a potem dołączyły do niej mniej jednoznaczne nektarynki... Jakby suszone? Granat i czerwone winogrona? Coś czerwonego na pewno. Nie było jednak bardzo soczyście, o co zadbała lekko kwiatowa, kwiatowo-roślinna nuta. Jakby tak... zrobić jaglankę z wymienionymi owocami?

Suszone daktyle i te bardziej soczyście-egzotyczne wątki z czasem przełożyły się na obraz niedosuszonych fig. Albo takich kiepsko ususzonych, słodkich, a z kwaskiem o szarawym kolorze (ja akurat lubię, gdy na paczkę ze 2-3 takie się trafią). To, co błysnęło mi w zapachu i najpierw określiłam jako oponę, okazało się dziwacznymi figami suszonymi. Zaplątała się przy nich brudniejsza nutka... nawet trochę ziemi?

Goryczka ziemi, figi i daktyle orzechom podsunęły nutkę jakby... wytrawniejszo-słodkich prażonych alg. Goryczka wemknęła się do owoców na stałe, nieco je wyciszając, a zostawiając tylko skórkę cytryny i odrobinę daktyli i fig jako surowy bakaliowy baton z kakao i orzechami.

Po zjedzeniu został posmak nektarynkowo-cytrynowy, słodko-kwaskawy, ale wmieszany w wysoką słodycz karmelu i daktyli. Te osnuł dym, jakby unoszący się nad gorącym asfaltem. Były lekko goryczkowate.

Całość była smaczna i bardzo ciekawa. Karmel, niejasne początkowo orzechy, potem ten debiut nut rodem ze Snickersa, a w końcu debiut słodyczy daktyli i fig przełożyło się na smak bardzo słodki, jednak czekolada wcale taka tylko słodka nie była. Sporo w niej gorzkości pieczono-poprzypalanej, gorącego asfaltu. Podobały mi się wytrawniejsze, intrygujące roślinne wątki (algi) czy te raw-bary, ciastka jaglane - bardzo to niecodzienne. Odrobinka kwaśności cytrusów i żółto-czerwonej egzotyki też nieźle się sprawdziła, rozganiając przesłodzenie. I tak jednak w pewnym momencie słodycz robiła się ryzykowna.

Aż mi się przypomniała nieco ziemista, pełna fig, z nutami herbaty, orzechów i czerwonych owoców (wiśni, żurawiny) Chapon Haiti 75%. Miały w sobie coś podobnego - ten motyw suszonych owoców (w przypadku Ajali figi i daktyle), herbaciano-roślinny (w Chapon wyraźnie herbata, w Ajali rośliny, algi). Goryczka, mnóstwo słodyczy, a jednak jakieś kwaskawe przebłyski ułożyły się w dość podobny klimat.


ocena: 8/10
cena: cena półkowa to 39 zł (za 45 g; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, syrop z surowego cukru trzcinowego

środa, 1 listopada 2023

J.D. Gross Czekolada Mleczna 32 % Cocoa Kokos mleczna z kokosem i płatkami kukurydzianymi

Wraz z kokosową (limitowaną) edycją Merci ojciec przywiózł mi także obiekt dzisiejszej recenzji, wychodząc z założenia, że kokosowych słodyczy nigdy za wiele i pewnie będę zachwycona możliwością takiego porównania. Jeśli miałam być szczera, na ten moment byłam trochę zmęczona kokosem, ponieważ żadna próbowana nie była najlepsza. A jednak i tę przygarnęłam i otworzyłam niedługo po wspomnianych, przedłużając kokosową serię. Otóż logika podpowiadała, że ta czekolada wyjdzie smaczniej. W końcu to Gross... Oczywiście jednak nie łudziłam się, że nawet on "chwyci mnie na dłużej". Nie przy tej ilości cukru. Naszła mnie jednak myśl, że ta czekolada jest niespotykana, ponieważ zawiera wiórki kokosowe i płatki kukurydziane, które przeważnie dodają do czekolad białych. Hm, jak to miało wyjść w mlecznej? Szczerze mówiąc, wyobrażenie sobie tego nie było takie proste.

J.D. Gross Czekolada Mleczna 32 % Cocoa Kokos to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z wiórkami kokosowymi (9%) i płatkami kukurydzianymi (2%).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach wiórków kokosowych, które tylko trochę wybijały się przed cukrowo-waniliową słodycz mocno mlecznej, wręcz śmietankowej czekolady, zalatującej jednak plastikiem. Ewidentnie czułam też płatki kukurydziane, powiedziałabym, że wraz ze sztukami palonym bardzo mocno i łączące się z lekko karmelowo-prażoną nutą.

Bardzo blada (a przez to niezachęcająco wyglądająca) tabliczka była jedynie twardawa, a przy łamaniu krucha, jednak niewątpliwie tłusta. Nie trzaskała i wydawało mi się, że już nie może się doczekać, by zacząć się rozpuszczać. Od razu widać mnóstwo zatopionych w niej dodatków. Spód to wręcz ich zatrzęsienie, a przekrój jeszcze to potwierdzał.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, z łatwością mięknąc. Była tłusta i bardzo, bardzo gęsta. Cechowała ją śmietankowość, jednak szybko zmieniała się w zlepek dodatków. Te prędko się spod niej wyłaniały. Dodano ich mnóstwo: całych, wielkich i mniejszych oraz posiekanych wiórków kokosowych, a także znacznie mniej rozmaitej, acz raczej drobnej, wielkości płatków kukurydzianych.
Dodatkami zajęłam się, gdy czekolada już zniknęła. Corn flakesy okazały się chrupiące, twardawe, choć po dłuższym czasie lekko nasiąkały. Odznaczały się świeżością, podobnie zresztą jak wiórki. Te trzeszczały i skrzypiały dość długo, lecz jeszcze nie mocno irytująco.

W smaku od razu zaszarżowała słodycz. Była bardzo wysoka, połączyła w sobie mnóstwo cukru i trochę wanilii. Słodycz rozchodziła się na śmietankowo-kokosowym tle.

Kokos prędko się odezwał, acz raczej delikatnie. Mignął mi jakby aromatem kokosowym, po czym pozwolił popłynąć mleczno-śmietankowej bazie. Pomyślałam o pełnym, naturalnym mleku i śmietance, do których z czasem dołączyło też sporo masła. Wszystko to jednak znacząco zabarwione kokosem i... z plastikowym echem.

Na tej śmietankowej fali kokos z czasem wypłynął niemal na pierwszy plan. Od wiórków odchodził ich smak, budując naturalniejszy klimat. Epizodycznie wtórowały im płatki kukurydziane. Również były wyraziste - czuć je nawet bez gryzienia. Cały czas jednak w tle pobrzmiewał mi aromat kokosowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz osiągnęła apogeum i drapała w gardle. Kokos, czy raczej słodki kokosik, mknął tuż za cukrem, lecz to on dowodził. Wanilia jakoś odpadła... a słodycz pokierowała kompozycję w jednoznacznie plastikową stronę. Choć kokos i mleczność próbowały nadążyć za słodyczą, wydźwięk zrobił się tani. Tym bardziej, że kokosa trzymała się sztuczność. Słodycz tak rozgrzewała, piekąc w gardle, że pomyślałam o jakimś tandetnym likierze cukrowo-kokosowym.

Śmietanka i mleko niby próbowały ten cukier jakoś tam poskromić, ale bez powodzenia. Po likierze do głowy przyszło mi coś jakby plastikowo-kokosowe toffi z racji prażonego akcentu, który sporadycznie rozchodził się od płatków kukurydzianych.

Bliżej końca dodatki zdawały się wirować na równych prawach z cukrem i śmietankowym echem, aż zostały tylko one.

Gdy je gryzłam, właściwie za słodki smak tonowały, eksponując siebie. Przewodziły wiórki z racji ilości. Płatków kukurydzianych było bowiem mniej, acz gdy się trafiły, to one przyciągały uwagę z racji wyrazistości. Płatkismakowały czystymi sobą, niektóre były bardziej poprzypalane. Wiórki wyszły raczej zwyczajnie świeżo. Cechowała je naturalna słodycz. W zasadzie tylko dzięki temu, jak dodatki starały się neutralizować tanio-przesłodzony smak, byłam w stanie robić kolejne kęsy.

Po zjedzeniu został posmak kokosa i płatków kukurydzianych, ale też śmietanki i dosłownie słodziusiej czekoladki o waniliowych zapędach, wraz z przecukrzeniem i drapaniem w gardle. Za cukrowym pożarem tlił się motyw aromatu - już nie tak jednoznacznie kokosowego, bo naturalne wiórki zepchnęły go w siną dale, ale coś tam zostało.

Całość wyszła poniżej przeciętnego poziomu, z poważnymi, kardynalnymi wadami. Na pewno ją przesłodzono - to po pierwsze. Nie był to czysty sam cukier, ale niestety strasznie się rządził do tego stopnia, że czekolada z czasem pobrzmiewała plastikiem. Nie wiem też, czy to tylko przez to, że faktycznie dodali aromat kokosowy - jeśli tak, psuł efekt. Kokos, mleko i śmietanka jedynie starały się to ograć. Tych czuć mnóstwo, podkreślanych sporadycznie pojawiającymi się corn flakseami, co wyszło prawie przyjemnie. Stąd mam jeszcze większy żal o to przesłodzenie - wśród tylu białych tabliczek z takimi dodatkami aż się prosi zrobić kompozycję o wiele mniej słodką. Nie wiem też, co dodało tak nachalną plastikową nutę. Do tego konsystencja mnie męczyła - nie lubię takich zlepków, co to czekolada pełni w zasadzie jedynie funkcję czegoś, co te wiórki zlepia. Potencjał w niej drzemie, ale niestety... Śpi głęboko, snem kamiennym. To nie wystarczyło, bym miała ochotę zjeść więcej niż jedną kostkę (a byłam pewna, że dwie na pewno zjem... niestety ta słodycz, ten wydźwięk i konsystencja...). Wyszła jeszcze bardziej tanio niż Merci Coconut Collection White Coconut Crisp.

Mamie też nie smakowała, w konsekwencji czego spora reszta tabliczki poszła do ojca. Mama podsumowała: "Aż nie mogłam uwierzyć, że to Gross. Już zapach taki tani, nieprzyjemny, a smak? Nie dość, że cukrowy, to jeszcze plastikowy, nawet nie jak czekolada, a figurki czekoladopodobne, tandetne i tanie. Tylko te wiórki i chrupki kukurydziane w niej fajne, ale i tak... taki to ulep z nich. Chociaż przy tym smaku nie chciałabym, by czekolady było więcej".


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od ojca (on kupił w Lidlu)
cena: jak wyżej (ale zapłacił chyba około 6-7 zł za 125g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy mleko w proszku odtłuszczone, wiórki kokosowe, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, płatki kukurydziane (kukurydza, sól, ekstrakt ze słodu jęczmiennego, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), lecytyna sojowa, naturalny aromat, ekstrakt z laski wanilii