sobota, 18 listopada 2023

Czarna Czekolada Dominikana 77 % ciemna z Dominikany

Cenię twórców, którzy robią coś dla siebie, z pasji. Zupełnie przypadkiem trafiłam na Instagramie na małą polską manufakturę Czarna Czekolada, prowadzoną przez Annę Podsiadło. Trochę popatrzyłam, podpytałam i kupiłam czekoladę. Tak, jedną, bo interesują mnie tylko czyste ciemne, a właścicielka Czarnej Czekolady przyjęła ciekawą strategię, że w ofercie ma daną czekoladę przez jakiś czas i dopiero później kolejną. Jest to bardziej ekonomiczne, skoro ani wytwarzanie, ani sprzedaż nie są masowe. Śmiesznie się złożyło, że zaplanowałam ją w tak krótkim odstępie od The Swedish Cacao Company Dominican Republic 70 %, Oko Caribe, 2021 Harvest, ale chyba podświadomie miałam ochotę na ten region. Ogromną ochotę.

Czarna Czekolada Dominikana 77 % to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao trinitario Hispaniola z Republiki Dominikany, z wyspy Hispaniola.

Po otwarciu poczułam mocny zapach gorzkiego tytoniu i dymu, nasuwający na myśl papierosy, a także orzechów włoskich z lekką goryczką. Czułam też kawę - paloną i czarną, choć nie bardzo mocną. Kompozycja odznaczała się kwaśnością jeżyn. Czułam też trochę wiśni i jakby soczyste czerwone wino. Do tego dołączyła... nie tyle soczystość, co świeżość - też jednak jakby nieco ciężkawa, jak niektóre kwiaty, np. malwa, hibiskus. Kwaśność ze słodyczą i gorzkością w udany sposób podkreśliły grejpfruty czerwone. Mimo że ogólnie słodycz była niska, wydała mi się trochę piankowo-marshmallowowa.

Tabliczka wyglądała na bardzo kremową. Była też bardzo twarda i masywna, a trzaskała głośno, kojarząc się ze stukaniem pałeczek muzycznych. Wydała mi się właśnie... masywnie akustyczna.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale bez trudu. Wykazała się gładkością. Była tłusta w jakby pełny, maślany sposób i kleiście-mazista. Nieco oblepiała podniebienie, pokrywając je sobą zupełnie. Z czasem przybierała na soczystości, której mało nie było i znikała wciąż dość masywnie (nie rzedła).

W smaku pierwszy wyraźnie odezwał się gorzki tytoń i soczysta słodycz czerwonego grejpfruta. Ta może z sekundowym opóźnieniem. Wiązał się z nią lekki kwasek. W kwaśności przewinęły się też inne cytrusy, lecz były mało znaczące. Królował grejpfrut.

W słodyczy szybko pojawiły się lekkie przebłyski karmelu i czegoś ciężkiego. Ogólnie słodycz wydawała się niepewna, przemykała przez kompozycję, jakby nie próbując zawalczyć z mocniejszymi nutami.

A właśnie mocy nie brakowało gorzkości, która prędko wzrosła jako sporo dymu. Zasugerował papierosy, dym nieco smrodliwy.

Za dymem odnotowałam lekką maślaność, ale... nie masła, a jakby bardzo maślanego kremu budyniowego. Chyba nawet śmietanka mi przemknęła, starając się o jakby ugładzenie smaku. Z gorzkości doskoczyły do niego orzechy, jak się zaraz okazało - włoskie. Orzechy zapewniły harmonię tym łagodzącym akcentom z gorzkością.

Grejpfrut z domieszką innych cytrusów zapewnił kwaśność i soczystość. Z czasem pojawił się niezbyt jednoznaczny sok z porzeczek czarnych... ale na pewno właśnie też ciemne owoce. Nagle wystrzeliła jednoznaczna kwaśno-cierpka aronia. Pomyślałam o liofilizowanych, cierpkawych jeżynach i jeszcze jakiś niedookreślonych ciemnych... Acz to aronia je prowadziła niemal na pierwszy plan.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cierpkość zaczęła się zmieniać. Ta gorzkiego dymu łączyła się z soczystą, przekładając się na myśl o... cierpko-gorzkawej herbacie? Z suszonymi / liofilizowanymi owocami, które dopiero nasiąkają...? I dodatkiem kwiatów, np. malwy, hibiskusa. Mignęło czerwone wino, a soczystość wzrosła za sprawą ciągle wyczuwalnych cytrusowych przebłysków. Grejpfrut nie odpuszczał.

Z dymu wyłoniła się kawa. Pomyślałam o średnio mocno palonej, przejawiającej nuty ciemnych owoców. Jeżyny nieco się wzmocniły, dołączyły do nich wiśnie. Wino, raczej wytrawne, jedynie pobrzmiewało. Całość wydawała się raczej jedynie kwaskowata niż kwaśna, acz w sposób niemal przenikliwy (w pozytywnym sensie), znaczący.

Chyba w kontraście do słodyczy, która przejawiała ciężkawość jakby... budyniu i pianek marshmallow. Czułam też nieco palonego karmelu, ale właśnie i trochę lukrowo-piankowych akcentów się zaplątało.

Grejpfrut bliżej końca uderzył z nową mocą, zagłuszając słodycz cięższą, a swą goryczkowatą skórką podkreślając karmel. Soczystość zawalczyła o świeższy wydźwięk słodyczy, przywodzący na myśl ciężkie nie słodkości, a kwiaty, np. hibiskus, malwa.

Kawa z kolei pochłonęła dym i papierosy. Herbaciane wątki także się jej podporządkowały. Pojawiła się przy niej jakby lekka metaliczność czy nutka, jaka pojawia się w wysoko mineralizowanej wodzie.

Gorzkość zyskała soczystość, wyciągając z oddali orzechy włoskie.

Po zjedzeniu jednak dym wyległ w posmaku. Czułam wciąż właśnie taką "mineralność", a do tego kawę jakby z nutami ciemnych owoców. Ostała się aronia i sporo soczyście kwaskawego grejpfruta. Słodycz należała głównie do karmelu, acz z ciężkawym echem. Wszystko zespoiły nieco łagodzące, spokojnie gorzkawe orzechy włoskie.

Czekolada była pyszna i intrygująca. Dym, papierosy i kawa z garścią orzechów włoskich ustanowiły zacną gorzkość, a owocowy splot grejpfruta i aronii z tłem z innych czarnych owoców, winnymi, hibiskusowo-herbacianymi i cytrusowymi akcentami zadbał o soczystość i kwaśność. Słodycz nie narzucała się. Kojarzyła się głównie z karmelem, ale miała w sobie też coś budyniowo-marshmallowowego, ciężkość. Bez tego bym się obyła, ale i to nie przeszkadzało. Najpierw się wahałam i myślałam, że wystawię raczej 9, ale im więcej jadłam, tym bardziej utwierdzałam się, że tabliczka zasługuje na 10 choćby z racji rzadko spotykanych nut i zacnego ich zgrania.

Ciemne owoce, herbaciana nuta czy mieszanie się gorzkości z owocami miały podobny charakter do Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% Limited Edition, jednak ogólnie czekolady nie były szczególnie podobne.
Ciemne owoce z owocową cierpkością, orzechy włoskie czy przebłyski herbaciane i cytrusowe trochę przypominały The Swedish Cacao Company Dominican Republic 70 %, Oko Caribe, 2021 Harvest, jednak podlinkowana skupiła się bardzo na słodyczy z racji zawartości kakao. Czarna Czekolada poszła w bardziej gorzkim i cierpko-kwaśno-soczystym kierunku.


ocena: 10/10
cena: 20 zł (za 93g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 17 listopada 2023

Paccari Piura Quemazón 70 % ciemna z Peru

Po tym, jaki zawód sprawiły mi pogorszone tabliczki Pacari (Pacari Andean Rose 2021 i Pacari Passion Fruit 2021), po kolejnych zmianach, nie zapowiadających niczego dobrego, uznałam, że warto sięgnąć po czystą ciemną. Może te wciąż Pacari - ups, teraz to Paccari - wychodzą. Z dwóch posiadanych wybrałam nie dość, że o niższej zawartości kakao, to jeszcze z kakao Piura, czyli po prostu ziaren charakteryzujących się łagodnością. Pomyślałam, że jak Paccari miałoby mnie rozczarować kolejną czekoladą, to lepiej wcześniej niż później. W 2017 jadłam już taką tabliczkę od nich, jednak... no właśnie, było to przed sporymi zmianami. Czy i sam smak czekolady uległ zmianom?

Paccari Piura Quemazón 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Piura z Peru, z regionu Piura.

Otworzywszy, poczułam ziemię i czarną, gorzką kawę mocno osłodzone mlecznym toffi. Kawa wydała mi się nie za mocna, a łagodzona orzechową nutą. Ziemia z kolei, choć czarna i rozgrzana, pilnowana była akcentem drzew. Ciepłych... które to ciepło nakręcał cynamon, stojący na czele splotu ciepłych przypraw. Całość wykazywała także soczystość cytryny, nierozerwalne zmieszanej z goryczką - zarówno skórek cytrusów, jak i trochę cukierkowo-galaretkową.

Tabliczka była twarda i masywna. Łamała się z głośnym trzaskiem, który obiecywał, iż będzie pełna i gęsta, syta.
W ustach rozpływała się powoli i maziście. Rzeczywiście była zbita, długo zachowywała kształt. Opływała lekko tłustymi i bardzo soczystymi, mieszającymi się ze sobą falami. Pod tym względem wyszła wyważona, acz i tak wydała mi się ciężkawa (w pozytywnym sensie).

W smaku pierwsza odezwało się toffi z wyraźnym echem cytrusowym. Toffi było słodkie, niemal słodziutkie i łagodnie mleczne.

Cytrusowość rozeszła się jako cytryna, świeża i soczysta, ale zestawiona na równi z cytrusową, cukierkową (?) galaretką z racji wysokiej słodyczy. Dołączyły do niej też inne cytrusy, w tym słodka pomarańcza. Odnotowałam goryczkę łączącą naturalne skórki cytrusów (przewodziła cytrynowa) z galaretkowatością.

Zaraz popłynęła także inna, pełna gorzkość. Najpierw była delikatna, choć wyrazistości jej nie brak. Reprezentowała ziemię i nieco palone drewno. Prażona nutka pojawiła się, acz była niska i częściowo nikła w ogóle. W gorzkości po chwili pojawiła się też czarna kawa.

Cytrusom o cukierkowych zapędach w tym czasie świeżości nadały kwiaty. Cechowała je słodycz, acz właśnie podkreśliły naturalniejszy, świeży motyw - niczym powiew wiatru latem. W oddali przemknęły mi suszone owoce - słodko-kwaskawe morele i rodzynki?

Gorzkość wzrosła znacząco. Samą jednak kawę trochę zaczęły łagodzić orzechy laskowe i włoskie. Drewno w swym cieple zmieniło się za to w przyprawy, co przypieczętowały kwiaty. To była roślinnie świeża nutka, której nie brakowało goryczkowatej pikanterii.

W świeższym, owocowym splocie pojawiły się czerwone. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam wiśnie o winnych aspiracjach i czerwone porzeczki.

W tym czasie kawa odpłynęła na rzecz kawowo-mlecznego toffi. Ostała się może jako jedynie mleczne cappuccino. Do toffi dolatywała trochę mocniej palona nutka, mignął mi ciepły, palony karmel, ale nie zagrzał miejsca na długo. Mieszał się ze słodko-ostrawymi przyprawami. Poczułam na pewno cynamon i jakieś inne, niejednoznaczne i nie za mocne. Ciepła słodycz subtelnie musnęła jednak gardło.

Przyprawy podkreśliły ostrawą ziemię, a i cytrusom dodały goryczki; innym owocom cierpkości. Przy wiśniach wyłapałam jakieś bardziej cierpkawo-kwaskawe jagody, mieszankę porzeczek czerwonych i czarnych... A cytrusowa goryczka tym razem była jednak o wiele bardziej świeżo-soczysta. Pomyślałam o grejpfrucie oraz skórce cytryny i pomarańczy. Cytryna plątała się tam cały czas i choć była soczyście świeża, wydawało mi się, że echo cukierkowości też cały czas jest obecne. Chyba z racji toffi-karmelowej słodyczy. W pewnej chwili do głowy przyszedł mi też jakiś słodki serek owocowy (cytrynowo-jakiś... mango?). Nieco przesadzona kumulacja tego potrafiła trochę przytłoczyć i zadrapać.

Z czasem jednak kawa jakby się nieco przeciw niej zbuntowała. Wróciła ta czarna. Pomogły jej przyprawy, głównie cynamon, którymi wydawała się doprawiona. Goryczka cytrusów złączyła ją z wilgotną ziemią. W kompozycji dość ciepłej na znaczeniu wzrosła świeżość... właśnie wilgotnej ziemi.

Poczułam też kwiaty, zmieniające słodycz w bardziej roślinną... Przez moment przy drewnie czułam jakby żywiczną słodycz, acz już po chwili okazała się niemal żywicznymi suszonymi owocami. To były głównie rodzynki, które połączyły goryczkę, kwasek i słodycz.

Posmak należał to silnej słodyczy świeżych kwiatów, ale też mlecznego toffi. Trzymał się go bardziej palony, ciepły akcent. Pomyślałam o cynamonowym karmelu i innych przyprawach. Mieszały się z ciepłym drewnem, któremu nie brakowało świeżości, napędzanej przez kwiaty. Wyległa też ziemia, acz nieco ugłaskana orzechami, a także kwaskawo-goryczkowata skórka cytryny, przesycona ogólnie cytrusową soczystością.

Całość wydała mi się bardzo spójna, mimo kontrastowych nut. Słodkie, mleczne toffi i drewno mieszało się za sprawą cynamonu i kwiatów z owocami. Cytrusy (głównie cytryna, trochę grejpfruta i pomarańczy) oraz czerwone (głównie wiśnie z winnym echem) były kwaskawe, ale nie kwaśne. Trochę zalatywały cukierkowo, ale to jest do wybaczenia. Rodzynki świetnie zgrały się z drzewami i kwiatami. Mimo silnej słodyczy, gorzkość też znalazła miejsce dzięki ziemi, kawie i przyprawom, drzewom. Odrobina orzechów łagodziła to, ale raczej zapewniając harmonię niż przesadzoną łagodność. Niestety jednak całościowo wyszło to nieco za słodko.

Dzisiaj przedstawiana Paccari wydała mi się słodsza za sprawą toffi i łagodzona mlecznym cappuccino, orzechami niż dawna ziemiście-drzewna, kefirowo-serkowa Pacari Piura Quemazón 70 % z 2017 ze słodyczą suszonych owoców i wina z przyprawami. Obie były świeżo-roślinne, ale dzisiaj opisywana wyszła jakoś tak... łagodniej i cieplej. Jakby pewną dzikość poskromiono. Wciąż była bardzo dobra, ale już nie aż tak. Nie podoba mi się więc, że marka wciąż chwali się zdobytą w 2013 roku nagrodą - złotem. Przyznano to przecież wersji sprzed zmian...


ocena: 9/10
cena: 42 zł (cena półkowa za 50 g, ja dostałam rabat)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

środa, 15 listopada 2023

The Swedish Cacao Company Dominican Republic 70 %, Oko Caribe, 2021 Harvest ciemna z Dominikany

Marka The Swedish Company przypadła mi do gustu. Wprawdzie nie przełożyła się na żadne wyobrażenie o czekoladach do degustacji akurat ze Szwecji, ale co tam. Z zaskoczeniem jednak odnotowałam, że o dziwo z ich oferty dotąd nie próbowałam żadnej o chyba najpopularniejszej zawartości kakao, jaką jest 70%. Właśnie po taką tabliczkę sięgnęłam najpierw, gdy wybierałam spośród tych zakupionych wiosną 2023. To była najniższa zawartość, jaką miałam, padło na Dominikanę. Lubię ten kraj pochodzenia kakao. Do wyprodukowania tej tabliczki zakupiono je od kooperatywy Öko-Caribe, 

The Swedish Cacao Company Dom. Rep. 70 %, Oko Caribe, 2021 Harvest to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Republiki Dominikany, z prowincji Duarte.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach miodu, który jakby spływał po prażonych orzechach. Dominowały ziemne, ale sporo było w tej mieszaninie też pekan i chyba włoskich. Podkreśliła je nuta drzew, a konkretniej kory. Kompozycję cechowała też wysoka, słodka soczystość, oddająca truskawki. Truskawki i... truskawkową nalewkę? Za nimi przewijały się inne owoce: granat i ciemne jagody, może jakaś pojedyncza jeżyna, odrobina soku z cytryny. Ostatni wydobył jeszcze nutę jogurtu zmiksowanego z truskawkami. Mnie do głowy przyszły jeszcze truskawki trochę gnilne... mieszające się z ziemią o właśnie gnilnych akcentach.

Twarda tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno, trochę jak muzyczne pałeczki. Miejscami, gdzie była cieńsza, oczywiście słabiej. Wydawała się przy tym nieco pyliście-krucha, ale na dobrą sprawę nie była ani pylista, ani krucha.
W ustach rozpływała się ochoczo, acz powoli. Wykazała się maślanością i lepkością. Jej bezkresna aksamitna kremowość obklejała usta, a wtedy dotarła do mnie jej tłustość. Z czasem przełamała ją subtelna soczystość.

W smaku najpierw mignęło mi czerwone czy nawet różowe, bardzo słodkie winogrono, a potem poczułam się, jakby usta zalał mi jasny miód. Miód lipowy? Z leciutką, słodką nutą drzew, które kwitną i potrafią przez to aż zadrapać w nosie, gardle.

Chwilę po słodyczy w tle rozchodziła się lekka gorzkość. Pomyślałam o korze drzewa. Lipy? Lipa... czy może dokładniej lipowa herbata? Obudziła w niej drzewny motyw. 

Od drzew jednak po paru sekundach odwracały uwagę słodkie i soczyste truskawki. Owocowy motyw zapowiedziany przez winogrona rozbrzmiał, w zasadzie dominując. Za truskawkami przewinęło się trochę ciemnych jagód i chyba pojedyncze, charakterniejsze jeżyny, a one same chwilami wydawały się niemal słodziuteńkie, z racji ogólnie wysokiej słodyczy.

Z czasem truskawki nieco osłabły... Pomyślałam o mdławych i wodnistych sztukach, a w oddali odnotowałam kwasek chyba cytryny. Zasugerował kiepskawe truskawki zmiksowane z jogurtem, dzięki czemu wspomniane owoce i tak miały szansę zachwycić. Chyba przemknął mi jeszcze ananas.

W tym czasie, a już na pewno mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewna nuta zmieniła się niemal zupełnie w orzechy. Głównie prażone fistaszki, ale też pekany. Orzechy pekan zbierały się, umacniały... I w pewnej chwili - mocno podprażone, może oblane miodem... Wyszły na przód w orzechowej strefie. Za nimi podążała lekka goryczka, nakręcana przez... Orzechy włoskie. Włoskie nie pozwoliły też drzewom umknąć zupełnie, przypominając o nich. Gorzkość zaczęła rosnąć.

Subtelny kwasek owoców również odważniej się rozszedł. Obok truskawek pojawił się granat i sporo jagód. Drobnych, ciemnych i soczyście słodko-kwaśnych.

Gorzkość zdawała się opływać te owoce jakby z dwóch stron. Z jednej czułam drzewno-orzechową, trochę herbaciano-lipową (napar bardziej niż herbata), spokojną, a z drugiej... przebijającą się dopiero gorzkość ziemi. Czuć w niej gnilność... ta podkradła się do truskawek, sugerując właśnie nieco gnilne, wodniste i rozmiękłe owoce... Bliżej końca przemieszały się, oddając korę opadłą z drzew wmieszaną w wilgotną ziemię.

Ziemia daleko w tle zasugerowała owocową nalewkę - z mieszanki truskawek i jagód, z pewną cierpkością w tle. Nalewkę bardzo słodką, może... owocowy miód pitny (jakiś półtorak?). Po sekundzie-dwóch okazało się, iż to nie alkoholowość, a w zasadzie słodycz tak rozgrzała, przypiekła. 

Oczami wyobraźni zobaczyłam lepką od złocistego miodu słodką bułeczkę z owocami. Powiedziałabym, że jagodziankę, ale zawarła mieszankę truskawek i jagód, może nawet czerwonych porzeczek. Podsyconych w dodatku kropelką cytryny.

Po zjedzeniu czułam posmak miodowej, słodkiej bułeczki z owocami. Była to mniej jednoznaczna, a bardzo słodka mieszanka owoców czerwonych - jakiś jagódek - której słodycz przełamała cytryna. Do tego czułam wyrazistą goryczkę ziemi i orzechów z drzewnym echem. W głowie siedziała mi lipa, a z orzechów najwyraźniej wyłoniły się prażone pekany, chyba w dodatku w miodzie.

Całość była pyszna i ciekawa. Truskawki odmieniane przez wiele przypadków - i soczyście-słodkie, i gnilne, i zmiksowane z jogurtem, zestawione z innymi owocami: jagodami, granatem, odrobiną cytryny świetnie wyszły z drzewno-orzechowymi tonami. Prażone ziemne, potem bardziej laskowe i lipa, z czasem mnóstwo ziemi przełożyło się na odpowiednią wytrawność i gorzkość. Słodyczy czułam sporo, bo miód - jakby lipowy - na wiele sobie pozwolił, a i owoce były w dużej mierze słodkie, kompozycja potrafiła nieco zadrapać, lecz za słodko nie było. Kwaśności w sumie niby nie wiele, ale odegrała ważną rolę.

Trochę skojarzyła mi się z Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% pełną owoców jagódkowatych i czerwonych, cytrusów (dzisiaj opisywana jednak ograniczyła się do cytryny), orzechową i z nutą mokrej ziemi, która w dzisiaj opisywanej wyszła bardziej gnilnie. O ile podlinkowana była jakby mleczna w odniesieniu do słodyczy, dzisiaj opisywana dodała coś mlecznego (jogurt) do owoców. Obie bardzo słodkie, acz Fruition karmelowo-toffi, a dzisiaj prezentowana od miodu. Łączy je nawet motyw naparów - acz innych, bo wspomniana to herbata ewidentnie, a dzisiejsza bardziej namieszane napary z lipy i drzewa.


ocena: 9/10
cena: 36 zł (za 50 g; cena półkowa, ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 14 listopada 2023

Prime Chocolate Secondary Fermentation 70 % Cherry Wine ciemna z Hondurasu o smaku wina wiśniowego; z ziaren macerowanych w winie wiśniowym

Po piwnej Prime Chocolate Barrel-aged 70 % Imperial Sout one year przyszła kolej na kakao nasączone w czymś innym. Konkretniej w winie wiśniowym. Osobiście kocham nuty wina w czekoladach, ale z samym winem - jak ogólnie z alkoholem - mi nie po drodze. Raz w życiu piłam wiśniowe (tekst 18+ Potęga Tradycji Wino Wiśniowe), jednak uznałam, że w ogóle jak wino to wolę zwyklejsze czerwone i tyle, mimo że wiśnie ubóstwiam. Pomyślałam jednak, że w czekoladzie, zwłaszcza tak dobrej jak tego producenta, mogło utworzyć naprawdę ciekawy bukiet. Czułam, że to będzie czekolada alkoholowa właśnie dobra dla mnie. Bez alkoholu, a z jego smakiem.

Prime Chocolate Secondary Fermentation 70 % Cherry Wine to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hondurasu, nasączanego w winie wiśniowym; "o smaku wina wiśniowego".

Po otwarciu poczułam jednoznaczny zapach czerwonego wina i kwaśnych wiśni, zmieszanych z alkoholem. Były to głównie owoce nasączone alkoholem, właśnie winem, być może w nim duszone, ale i trochę o świeższym, surowszym charakterze. Otulała je wysoka, wręcz drapiąca słodycz miodu i kwiatów. Wiśnie podkręciły kwaskowate śliwki węgierki i częściowo też wkomponowane w coś alkoholowego... Wyobraziłam sobie czekoladowo-orzechowe trufle, nadziewane taką wilgotno-alkoholową truflą cukierki, zwieńczone akcentem ziemi.

Twarda tabliczka już w dotyku wydała mi się lekko kremowa. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski. W zasadzie było w nich coś z głuchego stukania (jakby przesypywanych kamyków).
W ustach rozpływała się średnio wolno, leniwie i gęsto niczym zbita grudka budyniu. Maziście-tłusto pokrywała podniebienie, eksponując lekką maślaność. Cechowała ją lekka chropowatość. Z czasem płynęła z niej soczystość, za sprawą której znikała już rzadziej.

W smaku pierwsza rozbrzmiała wysoka słodycz kwiatów i miodu, która od razu wydała mi się aż leciutko drapiąca... A przynajmniej drapanie zapowiadająca. W kolejnej sekundzie obecność zgłosiła soczysta kwaśność soku z cytryny, która na zasadzie kontrastu jeszcze podkręciła też słodycz.

Przemknęło miodowe wino... Miodownik czy miodowa nalewka... 

Wiśnie w miodzie! W miodowej zalewie i w końcu wino wiśniowe. Otarło się o lekką landrynkowość, co też podłapała nutka cytryny. Mimo wysokiej słodyczy, poprzez soczystość tego wina rozlała się kwaśna wytrawność. Było lekko cierpkie i soczyste. Poczułam alkoholowy motyw bardzo wyraźnie, a wyobraźnia podpowiedziała mi czerwone wino konkretnie w drewnianych beczkach. Dosłownie czułam piwniczny chłód.

W tym czasie miodowa słodycz rosła i wzbogaciła się jeszcze o średnio mocno palony karmel. Palony jednak niewątpliwie.

Pod naporem słodyczy wiśnie zaczęły mi zalatywać trochę słodko-pudrowo... nieco landrynkowo--cukierkowo wręcz. Wiśnie w alkoholu i niemal słodziutkie wino wiśniowe dominowało jednak zupełnie, rządziło całą kompozycją.

Gorzkość podporządkowała się temu, płynęła spokojnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przywiodła wyraźniejsze nuty dymu i drewna. Dym podkreślił średnią paloność całości, w tym karmelu, a drewno... Drewno i beczki wciąż mocno trzymały się wina. Pomyślałam jednak za jego sprawą o wytrawniejszym... Bez dwóch zdań czerwonym, ale jakby... czekoladowym? W tle pojawiła się kawa, też nieco palona. I może... chyląca się w stronę truflowych cukierków kawowych?

Z czasem wiśnie wydały mi się wsparte innymi owocami... Podkręciło je więcej cytrynowej kwaśności, choć jako że wciąż było też bardzo słodko... Do głowy wpadły mi jeszcze truskawki. Pudrowe wiśnie zmieniły się w "coś wiśniowego", ale już nie tak słodkiego. Jogurt wiśniowy?

Kompozycja zaczęła łagodnieć. Jogurt przywiódł nieco mleczno-śmietankowy wątek, a ten... podszepnął nugat orzechowy?

Nugat albo jakieś truflowe nadzienie czekoladek. Typu wiśnie w alkoholu w czekoladzie, alkoholowa śliwka w czekoladzie... bo właśnie że i obok wiśni poczułam kwaskawe węgierki. Wiśnie jednak niewątpliwie cały czas dominowały.

Z tym, że bliżej końca bardziej jako duszone wiśnie i... wiśnie niemal czekoladowe, czekoladowo-wiśniowe wino i wiśnie w czekoladzie. Jak mowa o czerwonym winie, to na pewno bardzo słodkim. Słodycz była bardzo, bardzo wysoka i drapiąco-rozgrzewająca, bardzo ciepła, do czego dołożył się alkohol. A jednak i kwasku nie brakowało.

W posmaku zostało głównie soczyście kwaśne wino wiśniowe zestawione ze słodyczą miodowo-kwiatową, co przełożyło się na ciepłe drapanie gardła. Do tego czułam surowo-świeże, słodko-kwaśne wiśnie i... wiśnie nieco cukierkowo-pudrowe. Wszystko z nienachalnym, ziemiście-dymnym, może nieco kawowo-czekoladowym tłem.

Całość była bardzo intrygująca i smaczna. Tak jednoznaczny smak wina wiśniowego, wina czerwonego i wiśni odmienianych przez wszystkie przypadki nie zabił czekoladowości. Wszelkie truflowe, czekoladkowe akcenty zacnie wpisały się w wydźwięk. Dym czy drewno także, jako beczki i lekka paloność mogłyby jednak popisać się wyższą gorzkością. Domieszki innych owoców, a więc cytryny i śliwek podkręciły soczystość i kwaśność, a jednak całość w pewnym momencie wydała mi się nieco za słodka. Ciepła (też od nut alkoholowych), ale i drapiąca miodowo-kwiatowo. Słodkie wiśniowe twory nieco zasładzały mimo kwaśności i soczystości. Kompozycja, choć bardzo winna, nie wydała mi się mocno wytrawna. Do tego soczystego smaku też średnio mi pasowała dość tłusta konsystencja.

Podobnie jak w Prime Chocolate Barrel-aged 70 % Imperial Sout one year także w tej tabliczce chyba wyłapałam też nuty samego kakao z Hondurasu, a więc cytryny, kawę i swoiste ciepło, znane mi z Duffy's Honduras Indio Rojo 72 %.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od producenta Prime (cocoa.by)
cena: ja dostałam, ale ich cena to 14€, czyli ok. 62 zł za 70g
kaloryczność: 563,3 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 13 listopada 2023

Loft Kulinarny Krem czekoladowy z orzechami laskowymi

Czasem w internecie trafiam na małych producentów. Gdy uznam ich ofertę za wartą uwagi, zdarza się, że występuję z propozycją mini współpracy, czyli wysłania wybranych przeze produktów do testów, bym mogła opisać je na bloga, podając link do strony sklepu. Tak było i w przypadku Loft Kulinarny. Bardzo miła obsługa, sporo ciekawych produktów (choć akurat dla mnie nie za dużo), ale... w zasadzie kiepski początek. Spotkało nas nieszczęście w postaci zniszczenia przesyłki w transporcie. Stąd musiałam czekać i czekać, aż wysłali drugą. Uznałam, że czekolady na spotkanie ze mną mogą poczekać jeszcze dłużej, dlatego najpierw sięgnęłam po krem, chcąc zjeść go jak najświeższy, by nie musiał stać w komodzie całe lato. I nie ukrywam, że po paru czekoladowych innych (migdałowym Pięć Przemian Krem Migdałowo-Czekoladowy Keto Friendly, fistaszkowym Grizly Krem orzechowy z belgijską czekoladą ciemną i nerkowcowym GymBeam Cashew Butter + Chocolate + Banana, do którego wróciłam), naszło mnie właśnie na czekoladowo-laskowy.

Loft Kulinarny Krem czekoladowy z orzechami laskowymi to krem zrobiony na bazie prażonych orzechów laskowych i belgijskiej czekolady mlecznej o zawartości 64 % kakao.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach orzechów laskowych prażonych średnio mocno, z wyraźną goryczką skórek oraz czekolady o charakterze słodkiego "kakałka", z drobnym tylko gorzkim akcentem. Od razu skojarzyło mi się to z kremami typu Nutella, bo czuć też sporo mleczno-maślanych nut, a słodycz ogółu była wysoka. Obok naturalnie orzechowej, stała cukrowa płynąca ze słodkiej czekoladowości. Kompozycja miała ciepły, prażony charakter.

Na wierzchu olej się nie wydzielił. Mało tego! Po odkręceniu krem wyglądał na suchy. Wystarczyło tylko dotknąć go łyżeczką, by zdradził swoją miękko-mazistą tłustość. Zanurzywszy łyżeczkę i mieszając, odebrałam go jako twór wręcz miękko-olisty, mimo że wciąż niewątpliwie gęsty i w miarę masywny. Wydał mi się plastyczny. Widać w nim sporo malutkich kawałeczków i drobinek orzechów.
W ustach krem dał się poznać jako miękki, ale dość konkretny. Obklejał usta i chwilowo wydawał się raczej gęsty, nieco przytykał. Rozpływał się w tempie szybkawo-umiarkowanym, eksponując swoją wysoką tłustość. Była miękko-oleista; nie ciężka, ale przesadzona. Czuć w nim kremowość czekolady, choć potem z łatwością rzedł (zwłaszcza przy wyższej temperaturze), zachowując tłustą lepkość. Drobinki orzechów wylegające na język oraz jakby wisząca w tle drobna pylistość próbowały odciągać od niej uwagę, ale i tak nieco męczyła. Z czasem kojarzyła się z tłusto-mazistymi kremami typu Nutella czy Pięć Przemian Krem Migdałowo-Czekoladowy Keto Friendly.
Po rozpłynięciu się kremu w ustach zostawały małe kawałeczki i drobinki orzechów. W zasadzie w większości nie wymagały gryzienia, ale ja wyłapywałam co większe i gryzłam. Niektóre okazały się bardziej chrupkawe, więcej było raczej trzeszcząco-skrzypiących. Zaplątało się dosłownie kilka drobineczek skórek.
Krem zwłaszcza pod koniec (czyżby się jakoś rozwarstwił?) bardzo łatwo stawał się bardziej płynny w wysokiej temperaturze (jadłam go w lipcu), co w moim odczuciu stanowi wadę.

W smaku pierwsza uderzyła wysoka słodycz. Poczułam jakby cukrowość należącą do czekolady, ale także naturalnie słodkie orzechy laskowe.

Orzechy podłączyły się pod lekką gorzkość i za jej sprawą przebiły się. Chyba uraczyły mnie akcentem skórek. Czekolada podchwyciła to i przez moment wydała mi się leciutko gorzkawa... Otarła się o słodkie kakao na mleku, acz drobna gorzkawość w tle zdradzała swoje nieczekoladowe pochodzenie (obstawiam olej kokosowy). Słodycz za to szybko rosła.

Orzechy zaraz postarały się o skupienie uwagi na sobie. Poniekąd im się udało, bo trochę na moment wyprzedziły czekoladowość, acz nie jakoś szczególnie. Spod skórek wypłynął smak słodkich średnio prażonych orzechów, ale jakby z echem także słodkich surowych. Wpisały się jakby... w ogólne ciepło kompozycji. Jak przez parę chwil rozbrzmiewały bardzo wyraźnie, tak z czasem na tej wyrazistości nieco traciły. Robiło się coraz bardziej maślanie.

Maślanie-słodko i cukrowo-ciepło. Wydawało się, że słodycz aż rozgrzewa gardło. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czekolada odsłoniła w pełni mleczny charakter. Orzechom podrzuciła mleczno-słodki wątek nugatu, sama zaś w zasadzie zaczęła dominować, cały czas umacniając słodycz. Ta zrobiła się cukrowo ciężka i drapiąco-męcząca.

Z czasem odnotowałam, w całej tej słodkiej maślaności, element bardziej tłuszczowy... Bardzo łatwo przez to o skojarzenie z kremem typu Nutella. Może nieco wytrawniejszym i szlachetniejszym, ale jednak. Delikatna gorzkość raz po raz powracała - nie była w pełni kakaowa (pewnie olej kokosowy). Wyobraziłam sobie też gorące kakao na mleku z bitą śmietanką. Sama czekolada miała w sobie ciepły wątek. Jakby nieco palony, prażony i zgrywający się z prażono-orzechowym wątkiem.

Wyłaniające się z masy kawałeczki orzechów podbijały na końcówce właśnie swój smak. Okazały się przyjemnie wyraziste, sporadycznie gorzkawe, podreślające właśnie laskowy smak.

Mimo to, gdy krem znikał z ust, w gardle czułam już palenie, drapanie od słodyczy. Było o wiele za słodko, a przez nieco maślano-oleistą, niedookreśloną nutkę przekładało się to na "echo plastiku". Gryzione kawałeczki stanowiły laskowe pstryczki w zasadzie głównie słodkie i lekko prażone. Pojedyncze to goryczkowate skórki. Wszystkie jednak przynajmniej w smaku przypieczętowywały orzechowość.

Po zjedzeniu został posmak lekko prażonych, słodko-goryczkowatych orzechów laskowych oraz przesłodzonej czekolady mocno mlecznej, z cukrowym drapaniem gardła, a do tego goryczka-niesmak. Mleczność... mieszała się z łagodnością, maślanością orzechów. Same laskowce czuć wyraźnie, ale właśnie niestety z nieprzyjemną goryczką oleju kokosowego.

Całość do mnie nie przemówiła zupełnie. Wyraziste orzechy laskowe jakby i trochę surowe, i o nie za mocnym stopniu prażenia, i przyjemnie zaznaczoną goryczką skórek zetknęły się z przesłodzeniem fundowanym przez czekoladę i goryczkowato-tłuszczową nutę, które po prostu krem nieco spłyciły, kojarząc się z kremami typu Nutella. To można określić jako jej zdrowszy i szlachetniejszy zamiennik. Bardzo żałuję, że oprócz cukrowości dodali ten olej kokosowy, przez co pojawiła się goryczka jakby starająca się udawać czekoladową i orzechową, jednak czuć, że to nie one, a olej kokosowy. Zepsuł też strukturę. Czekoladowość, słodycz i specyficzna tłusta miękkość poszły właśnie w tym kierunku, nie kremów, że tak powiem, bardziej opierających się na orzechowości. Mimo że tej nie brakowało! To jednak nie typ past, w których ja gustuję. Bliżej mu raczej do Pięć Przemian Krem Migdałowo-Czekoladowy Keto Friendly, acz w przypadku Loft bazę - czyli w jego przypadku laskowce - czuć wyraźniej. Pasta Loft ma potencjał, ale zmarnowany - wydaje mi się, że wystarczyłoby nie dodać tych 5% oleju kokosowego (zastąpić je orzechami), a już byłoby lepiej.

Jakąś 1/3 oddałam Mamie, bo po prostu już nie mogłam przez to przebrnąć i się zmusić do skończenia. Mama zaczęła łyżeczkować i stwierdziła, że "krem ma ogromny potencjał, pięknie pachnie jak taka szlachetna Nutella i podobnie smakuje, ale w smaku ma coś, co mi bardzo przeszkadza. Taka goryczka nie kakao, i nie orzechów. Chyba oleju kokosowego, która jest po prostu zbędna. Na słodycz wcale nie pomaga. Tak, gdyby nie ta nuta, krem nawet smaczny". Resztę skończyła z sucharkami (jednego dnia) i kruchymi ciastkami maślanymi z Kauflandu (drugiego). O tych połączeniach: "Tak z sucharkami to już lepiej niż osobno, ale niewiele. Z ciastkami tak sobie, do zjedzenia, choć ciastkom krem chyba bardziej przeszkadzał, niż coś dobrego wnosił". O konsystencji powiedziała, że "bardzo łatwo coś posmarować, ale szybko się na sucharku czy ciastku aż rozpływa nieprzyjemnie".
Zgodziła się ze mną, że przy takiej cenie na więcej niż 5 nie zasługuje. 


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od Loft Kulinarny
cena: ja dostałam, ale ich cena to 39 zł za 200g
kaloryczność: 631 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 55%, mleczna czekolada 40% (miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa), olej kokosowy

niedziela, 12 listopada 2023

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % ciemna z Wenezueli

Na widok czekolady marki Chapon, którą pokochałam na dobre, o tak wysokiej zawartości kakao jak 90 %, bardzo się podekscytowałam i po prostu wiedziałam, że muszę ją zamówić. Z kolei gdy paczka już przyszła, uznałam, że nie musi nadejść właściwa chwila, nie chciałam bowiem dobrać się do niej od razu. Zastanawiałam się też ciągle - czy to jednorazowy eksperyment czy może szykuje się poszerzenie oferty?

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Wenezueli.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach rodzynek, łączący wysoką strefę słodką, w której dominował miód, z kwaśną, należącą do owoców. Wśród nich czułam głównie cytrusy, a dokładniej cytrynę i pomarańczę, a w tle trochę leśnych niezbyt dojrzałych. Jakieś drobne jagody, borówki amerykańskie. Obok miodu pojawiło się sporo kwiatów białych i choć nie ciężkich, świeżych, to aż drapiąco słodkich. Daleko w tle odnotowałam odrobinę ziemi i średnio mocno paloną nutę idącą w kierunku wytrawniejszym, krakersowym i... chlebowym jak skórka od chleba.

Tabliczka była bardzo twarda i wyglądała na kremowo-pylistą. Trzaskała głośno i skaliście. 
W ustach rozpływała się bardzo powoli i gęsto, maziście. Początkowo wydawała się w tym wręcz skąpa, długo zachowywała pierwotny kształt. Obklejała nieco podniebienie coraz to kolejnymi, maślano-oleistymi falami. Nie była jednak mocno tłusta. Odznaczała się kremowością, w której z czasem zaplątała się pylistość i drobna soczystość. Nie rozbiła jednak zalepiania, a pod koniec trochę ściągała.

W smaku pierwsze wystąpiły w duecie ziemia i rodzynki. Słodycz wstrzeliła się w nie, przez moment jawiąc się jako dość wysoka. Były to rodzynki niemal słodziuteńkie.

Po chwili jednak słodycz szybko osłabła, a ziemia roztoczyła gorzkość. Wpisywał się w nią drobny kwasek, soczystość... Najpierw pomyślałam o kefirze i cytrynie, może cytrynowym kefirze, lecz z czasem... nuta ta zrobiła się mocarniejsza i mniej spożywcza. Poczułam smołę. Wraz z pewnym gorącem, jaki w sobie zawarła. Wyległa na pierwszy plan.

W tym czasie rozwinęła się słodycz, bo choć osłabła, nie zniknęła. Rodzynki, choć wciąż słodkie, okazały się soczyście kwaskowate. Kwasek właśnie zaprosił cytryny i trochę pomarańczy. Ostatnie również były słodko-soczyste i jednocześnie właśnie kwaśne.

Pomyślałam też o kwiatach pomarańczy i... miodzie pomarańczowym? Albo raczej miodzie z pomarańczą, bo pojawił się w nim lekki kwasek. Samych, niemal miodowo słodkich, białych drobnych kwiatów pojawiło się sporo.

Słodycz zaczęła ponownie nieco rosnąc, acz trzymając zachowawczy poziom. Rodzynki zrobiły się kadzidlano-żywiczne, a nuty kadzideł właśnie spójnie zgrały słodko-kwaśne motywy z gorzkością. Kwaśne cytrusy, głównie cytryny, zaopiekowały się smołą, mieszając się niemal w jedno. Pomyślałam o kadzidłach żywicznych, które podczas spalania wraz z dymem roznoszą swoistą niemal cytrusową kwaśność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość i smoła zaczęły łagodnieć. Ciepło zgrało się z kadzidłem, dymem i zaserwowało mi lekko pieczoną nutę. Podkreśliła wytrawność. Pomyślałam o krakersach. Krakersach z... miodem? Goryczkowato-ostrawym miodem gryczanym, jak już. Miodem, do którego może nawet dodano zioła? Przewinęła się też nieśmiała, niejasna wizja rogalików, typowych croissantów... jedzonych z kefirem? Śmietanką?

Kefir zmienił się w śmietankę, a jego kwasek przycichł. Ogólna kwaśność osłabła. Gorzkość z kolei trzymała się całkiem wyraźnie, ale zmieniła wydźwięk. Trochę ziemi jedynie pobrzmiewało, a jej i smoły miejsce zajął głównie dym. Dym z żywicznych i ziołowych kadzideł.

Śmietankę musiano wymieszać z owocami leśnymi. Cytrusy trochę wycofały się na rzecz owoców leśnych. Czułam głównie średnio dojrzałe jeżyny, ale i jakieś jagody, borówki amerykańskie... Wyszły słodko-kwaśno, rześko i soczyście. Soczystość... chwilami też wydawała się specyficznie ziołowa, trochę jak np. szałwia. Nabiałowi przypominały o kwaśniejszym kefirze.

Z czasem pojawił się jeszcze zielony agrest i kiwi... przywracające trochę impetu cytrynie. Ogólna słodycz jednak dodała do niej jeszcze mandarynki. Bliżej końca słodycz już nie dała się tak łatwo przegnać, acz na pewno nie stała na pierwszym miejscu. To zajął splot gorzko-kwaskawy, jako kadzidlany dym. Krakersy i croissanty zmieniły się z kolei w nieco za bardzo przypieczoną skórkę od chleba.

Po zjedzeniu został posmak cytrusów i niedojrzałych owoców leśnych, które rześkie borówki amerykańskie połączyły ze słodyczą żywicznych rodzynek i odrobiną kwiatów. Czułam sporo gorzkiego dymu i smoły, uładzonych nieco także właśnie żywicznymi rodzynkami. W kwasku zaplątała się też ziemia i kefir, sprawiające wrażenie cierpko-ściągających.


Całość była bardzo smaczna i intrygująca. Słodycz jakby igrała z kwaśnością i gorzkością. Próbowała, ale się specjalnie nie panoszyła. Kwiaty i miód, chwilami słodsze owoce, a więc borówki amerykańskie, pomarańcze i mandarynki mieszały się z cytryną, niedojrzałymi owocami leśnymi i owocami zielonymi (kiwi, agrest) czy mnóstwem rodzynek. Rodzynki właśnie wydawały się mieszać wszystko ze wszystkim z racji kadzidlanego wydźwięku. Tu z łatwością wchodziły gorzkość, głównie dymu, i kwaśność. Smoliste nuty, potem lekka pieczoność i krakerso-croissanty, kefirowo-śmietankowe wątki odegrały ciekawe, epizodyczne role.

Bardzo kwiatowo-ziołowa, cytrusowa i jak mleczna kasza manna z sosem z owoców leśnych, ziemista, bananowo słodka i z nutą naleśników, suszonych owoców (głównie fig) oraz zielonych winogron była Chapon Venezuela 75%.  Trochę się to kojarzyło, bo kwiaty dzisiejszej, jej cytryna i owoce ze śmietanką, croissanty, rodzynki i zielone owoce (agrest i kiwi) do nut podlinkowanej pasowały. Chapon Venezuela 75% różniły bardzo gnilnie-ziołowe nuty i że podstawa wszystkiego to ziemia. Dzisiaj opisywana była jednak oczywiście bardziej gorzko-kwaśna, a słodka jakby zachowawczo. Jakby chciała być słodka, ale wiedziała, że musi się pilnować.


ocena: 10/10
kupiłam: chapon.com
cena: 9,50 € (za 75g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 11 listopada 2023

Orfeve Quillabamba 70% Noir de Noir / Extra Fine Peru ciemna

Jak głosi opis Orfeve, czyli producenta czekolad, które nie zyskały mojego wielkiego uznania, małe miasto Quillabamba jest położone raptem kilka kilometrów od słynnego Machu Picchu, u podnóży Andów. Blisko płynie rzeka Urubamba, dzięki której kakao rośnie tam sobie od czasów Inków. I właśnie ponoć tradycja uprawy kakao jest tam porządnie kultywowana. Pozyskane stamtąd ziarna fermentują w drewnianych skrzyniach i suszą się na słońcu. Brzmiało dobrze. Nie było więc powodów, by miało dobrze nie smakować (mimo bowiem braku szczególnego zachwytu, nie mogę powiedzieć, by tradycyjne, a więc gładkie tabliczki Orfeve były złe). Byłam więc bardzo ciekawa, jak kolejna peruwiańska tabliczka tej marki wyjdzie (w odniesieniu do tych już jedzonych). Z opakowania dowiedziałam się, że jej prażenie trwało 43 minuty w 104 stopniach Celsjusza, a konszowanie 72 godziny. Ziarna kakao dojrzewały minimum 14 dni.

Orfeve Quillabamba 70% Noir de Noir / Extra Fine Peru to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuncho z Peru z prowincji La Convención, z okolic miasta Quillabamba; należąca do linii tradycyjnej (czyli gładkich tabliczek).

Po otwarciu poczułam zapach ciemnych owoców oraz kefiru, jogurtu, śmietanki - mieszaniny nabiału (nic konkretnego z wymienionych, wszystkiego po trochu). Zaplątała się lekka wytrawność, przypominająca kukurydziano-orzechowe chrupki. Wyraźnie czułam orzechy arachidowe i laskowe, ale właśnie jako "coś", i to niezbyt słodkiego. A jednak ogółowi słodyczy nie brakowało. Osadziła się w ciemnych, soczystych owocach i miodowo-kwiatowym akcencie. Za ciemnymi owocami, m.in. borówkami amerykańskimi snuły się czerwone porzeczki, dzika róża i chyba trochę jeżyn. Całość zwieńczyły niemal wytrawnie goryczkowate przyprawy: głównie gałka muszkatołowa. Trochę cynamonu i... szczypta pieprzu?

Wyglądająca na kremowo-tłustą tabliczka trzaskała dość głośno w sposób bardzo pełny. Cechowała ją kruchość. Nie łamała się po liniach podziału.
W ustach rozpływała się miękko, w tempie umiarkowanym. Kojarzyła się z tłusto mlecznymi czekoladami, z lekką soczystością w tle. Początkowo i przez długi czas odznaczała się gładką kremowością, w której z czasem jakby kryła się leciuteńka chropowatość. Pod koniec w ogóle zostawiała lekko pyliste wrażenie.

W smaku najpierw uderzyła wysoka i wręcz urocza słodycz. To był łagodny, maślany karmel i bardzo słodkie, niemal słodziuteńkie, borówki amerykańskie. Wielkie i soczyste...

Za słodyczą przemknęła lekka kwaśność owoców, która jednak nie od razu zdecydowała wyłonić się wyraźniej, przed owocową słodycz. Za borówkami wkroczyło sporo innych ciemnych i słodkich owoców: soczyste drobne jagody i niemal czarne granatowe winogrona.

Udało mi się też wyróżnić słodko-kwaskowate, bardzo soczyste jeżyny. Może częściowo niezbyt dojrzałe i podkreślone cytryną? Nagle poczułam wyrazisty sok porzeczkowy, wychodzący na przód nut owocowych. Czarne porzeczki tchnęły soczystą cierpkość i przez moment rządziły kompozycją. Kwaśniejsze owoce po paru chwilach mieszały się ze słodyczą, w dużej mierze ulegając jej w końcu. Nadeszły niemal miodowo-drapiąco słodkie, choć wilgotne i świeże kwiaty.

W świeżości tej pojawiła się egzotyczna nuta bardzo słodkich i bezkreśnie soczyście-rześkich owoców, w tym głównie pitai (tzw. smoczego owocu). Za jej sprawą kwaskawość zmieniła się prawie zupełnie jedynie w rześkość.

Z czasem, wręcz z ociąganiem do powyższych dołączyła gorzkość. Wydała mi się nieco palona, przywodząc na myśl palono-prażone przyprawy. One jakby zawisły w tle. Gorzkość mieszała się z wytrawnieszym, choć niedoprecyzowanym wątkiem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bardzo znacząco wzrosła słodycz. Wręcz podskoczyła jako zbiór słodkich ciemnych owoców, głównie borówek amerykańskich i winogron oraz kwiatów, acz za nią... znów zakręcił się kwasek. Choć wciąż czułam sporo czarnych porzeczek, tym razem należał raczej do owoców czerwonych, a więc porzeczek, może też dzikiej  róży. Wytrawność, trzymająca się gorzkości, podszepnęła niewiarygodnie słodki od cukru trzcinowego ketchup, acz żaden z owoców tego nie podchwycił. Poczułam za to więcej jeżyn.

Ta wytrawność... nazbierała coraz więcej przypraw: niemal gorzkawego pieprzu, gałki muszkatołowej... Zrobiło się bardziej gorzko właśnie od nich, a także dość pikantnie. Wychwyciłam nawet drobną sugestię ziemi. Cynamon jednak dbał, by i słodycz stała na wysokim poziomie. Ta owocowa i lekko kwiatowa chyliła się ku przesadzie, płynąc jakby obok przypraw, choć... te robiły do niej lekkie wybiegi (poprzez cynamon) i przy okazji lekko przypiekały w język.

Cynamon lepiej poradził sobie, splatając się z karmelem.

Mimo natłoku słodyczy, wytrawniejszy smak nie zanikł. Wręcz przeciwnie. Niby nieco złagodniał, ale wyklarował się jako kukurydziane chrupki orzechowe. Wówczas wyraźnie poczułam chrupki orzechowe, a więc arachidy. Zaraz dołączyły do nich orzechy laskowe, a wtedy już w ogóle zrobiło się łagodniej.

Pojawiła się maślaność i wręcz śmietankowa nuta. Coś mlecznego... jeszcze jogurt? Przypomniał kompozycji o kwasku, choć słodycz ani myślała odpuścić. Pomyślałam o posłodzonym miodem jogurcie z jagodami i czarnymi porzeczkami. Nieco wzmocniła je kropelka czy dwie cytryny.

Po zjedzeniu został posmak karmelu maślanego, przekładającego się na lekkie ciepłe drapanie przy asyście miodu i kwiatów oraz cynamonu. Czułam też jagody w jogurcie. To także prawie sama rześkość borówek amerykańskich, pitai i chyba echo ciemnych winogron oraz soku porzeczkowego (z czarnych i czerwonych). Na pewno trwała jeszcze goryczka i ostrość przypraw. Raczej gałki muszkatołowej, ale i cynamonu. Tylko że jakby doprawiono nimi karmel i jogurt z owocami.

Całość była smaczna i naprawdę interesująca. Mimo że za słodka, to jeszcze nie tak strasznie, bo w dużej mierze za sprawą rześkich owoców: borówek amerykańskich, jagód, smoczego owocu / pitai, winogron granatowych w towarzystwie kwiatów i maślanego karmelu. Czerwone owoce, jeżyny, sok porzeczkowy i potem na moment same czarne porzeczki oraz akcent cytryny przełożyły się na lekki kwasek i były po prostu naprawdę przyjemne. Mnie kupiły zwłaszcza tak jednoznaczne porzeczki i sok porzeczkowy. Do tego łagodniejsze nuty - wcale nie było to złagodzenie w złym sensie. Nabiał i kukurydziano-orzechowe chrupki mnie odpowiadały. Raczej gorzkie, ciepłe niż ostre przyprawy, dbające o wytrawność też. Gdyby było trochę mniej słodko, byłabym smakiem zachwycona. Konsystencja jednak  mogłaby być lepsza, a więc masywniej gęstsza i dłużej rozpływająca się.


ocena: 8,5/10
cena: 59 zł (za 70g; cena półkowa; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełny surowy cukier trzcinowy

piątek, 10 listopada 2023

Pszczelarz Kozacki Miód spadziowy liściasty

Jeszcze nie tak dawno temu nie powiedziałabym, że Mama sama sobie kupi miód ze spadzi iglastej. Zawsze omijała te miody, kręcąc nosem, że czuć w nich kwasek, którego nie lubi. Ja z kolei zawsze byłam nastawiona na nie raczej pozytywnie, choć wolałam miody gryczane. A że i Mama woli gryczane, zawsze to takie się u nas kupowało. Ostatnio jednak, z desperacji, że wszystkie ogólnodostępne gryczane nie satysfakcjonowały żadnej z nas, Mama kupiła właśnie spadziowy. Chciała bowiem jakiś "inny ciemny miód", a w Kaufie, gdzie wybierała, wrzosowe - których jeszcze nigdy nie próbowałyśmy - były zdecydowanie za drogie na eksperymenty. Gdy jednak przyjrzałam się, co Mama kupiła, czekało mnie zaskoczenie... Otóż to i owo jej się pomieszało i kupiła miód ze spadzi liściastej. A po (Huzar) Auchan Miód spadziowy ze spadzi liściastej uznałyśmy, że spadziowego liściastego więcej nie kupimy, bo podlinkowanemu w naszym odczuciu po prostu brakowało charakteru.

Pszczelarz Kozacki Miód spadziowy liściasty to miód spadziowy ze spadzi liściastej wyprodukowany przez Pszczelarz Kozacki Pasieka Tadeusz Kozak / Kozacki Honey.

Po odkręceniu poczułam bardzo delikatny zapach o spokojnej słodyczy. Zawarł w sobie lekką wytrawność, nasuwającą na myśl brudną, leśną glebę i żywice... las mieszany, wraz z jego świeżością i rześkością (nie kwaśnością lasów iglastych).

Dość ciemny, niemal zgniłozielono-brązowy miód był lejący i gęstawy, choć dosłownie przy samym dnie już ze trzy tygodnie po otwarciu, dostrzegłam krystalizowanie się. Lany z łyżeczki tworzył stożki na powierzchni, a na samej łyżeczce wypukłość.
Jedzony podtrzymał swoją miodową, lepką gęstawość, wydawał się pełny. Pozostawiał trochę śliskawe wrażenie, kojarząc się z syropem klonowym.

W smaku najpierw poczułam zaskakująco stonowaną jak na miód słodycz. Przedstawiła się jako ciemnomiodowa i z nieodłącznie wpisanym w nią drobnym kwaskiem.

Słodyczy towarzyszyła lekka świeżość, w której na dobre rozgościł się kwasek. Sam pobrzmiewał delikatnie, a całość przytoczyła myśl o spacerze po lesie. Czułam się, jakbym szła wśród drzew po mokrej, nieco brudnej ziemi. Pomyślałam o wdeptanych w nią gnilnych liściach. Kwasek wydał mi się dziwny... jakby nadpsuty (nie jak w miodach ze spadzi iglastej, gdzie czuć "kwasek igiełek"). 

Mniej więcej w połowie rozpływania się miodu w ustach, pomyślałam o specyficznej, wytrawnej, "słodkiej goryczce", w jaką czasami potrafi pójść gotowana marchew (to nie był ten smak w 100%, ale coś koło tego, znacznie delikatniejszego). Miód właśnie taką nutę wplótł - nie do końca gorzkość, niezupełnie wytrawność, ale coś błądzącego pomiędzy nimi. W pewnym momencie słodycz wydawała mi się zaskakująco niska, a kwasek znów wychynął. Wydawał się jednak bardziej niedookreślony, a jedynie z echem lasu. To był kwasek po prostu kiepskiego miodu (źle zebranego, źle obrobionego?).

Bliżej końca wzrosła słodycz. Znacząco i lekko drapiąco. Zrobiło się bardziej "przeciętnie miodowo".

Po zjedzeniu już małej ilości było bardzo słodko, ale nie muląco, nie strasznie drapiąco. Drapanie zaznaczyło się subtelnie, towarzysząc posmakowi miodu oddającego leśną glebę, wytrawniejszą nutę rodem z marchwi, pewną drzewność i echo kwasku.

Miód ogólnie więc był kiepski. Czuć, że leśny, ale bez czegoś, za co można by go pochwalić. Charakterystycznie mniej słodki od innych miodów, jednak jego kwasek czy goryczka zamiast ułożyć się w wyraziste, jednoznacznie żywicznie-drzewne motywy, trochę błądziły. Za tym, że był mniej słodki nie szło nic ciekawego. Goryczka czy kwasek, które czułam wydawały się raczej wynikać z kiepskości.

Daleko mu do całkiem w porządku (Huzar) Auchan Miód spadziowy ze spadzi liściastej. Nie dziwię się, w końcu Pszczelarz Kozacki swoim miodem gryczanym mnie i Mamie nieco podpadł. Oceniam biorąc pod uwagę cenę. Jako że najwyższa nie jest, można się spodziewać masowego wyrobu. Wiele jego wad wyszło w jego specyfice, więc cóż... Na pewno wiem, że nie jestem fanką miodów ze spadzi iglastej, bo nie mają charakteru. Ten jednak nie tylko go nie miał, ale do specyficznych nut dołożył nuty niesmaczne. Nie był jednak niezjadliwy. W pewnym kompozycjach nawet jakoś tam się sprawdził.

Jako że to Mamy miód, zjadła prawie cały (nie, że miała ochotę, po prostu... bo kupiła) miała o nim całkiem sporo do powiedzenia: "Ciekawy, bo rzeczywiście czuć w nim tą drzewność i nawet jakby iglastość. Mniej słodki, z kwaskiem, początkowo nawet mi nie przeszkadzał, bo doszukiwałam się w nim lasu i igiełek, ale w końcu przeszkadzać zaczął. Czuć w nim też... coś. Coś, co sprawiło, że ta ciekawość poszła w złym kierunku i miód całościowo jednak mi nie smakował. Oczywiście do zjedzenia, zwłaszcza jak potrzebuję tylko coś nim posłodzić, ale chyba to akurat rzeczywiście nienajlepszy miód spadziowy. Rzeczywiście drzewny, ale... jakby producent się starał zrobić dobry miód, a tak mu to jakoś nie wyszło...". Im więcej Mama go jadła, tym bardziej jej nie smakował - zwłaszcza na tostach (z serem żółtym i kremem orzechowym 100% z fistaszków): "Na  tostach to on w ogóle po prostu niesmaczny, ale raczej to i jego specyfika, i wykonanie tak się połączyły".

Ja spróbowałam go w twarożku z orzeszkami piniowymi i żurawiną, chcąc zafundować sobie taką "leśną kompozycję". 
Do twarożku (z połowy kostki twarogu Pilos i jogurtu typu greckiego Piątnicy dodałam wypłukane wcześniej ok. 40g suszonej żurawiny Helio So Soft! - musiałam sobie przysposobić, bo ją posłodzono - cukrem trzcinowym, ale każdy mnie drażni - oraz 40g orzeszków piniowych. Do tego, ostrożnie, łyżeczkę miodu (i o łyżeczkę za dużo).
Miód i tu był niesmaczny i zbędny. Prawda jednak, że wpisał się w leśny klimat. Wyszedł mi iście mieszany las, skoro orzeszki piniowe. O, te popisały się sugestią iglastego kwasku... co zacnie zgrało się z bardzo soczystą żurawiną. Miód podkreślił trochę drzewa, świeżość. Dosłodził, czego ja nie potrzebowałam, ale nie jakoś przeszkadzająco. Jak ktoś lubi twarożki z miodem, to jest to na niego jakiś sposób do zjedzenia. Co gorsze wady się raczej ukryły.


ocena: 3/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: nie pamiętamy
kaloryczność: 329 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie