środa, 25 września 2024

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana ciemna z Ghany

Latami kompletnie nie interesowały mnie czekolady tej marki. Czyste ciemne z określonych krajów nie zdobyły mojego uznania, a próbowane ostatnio w górach z orzechami też nie chwyciły. Mimo to, uznałam, że nowość o sowitej zawartości kakao spróbuję. Może dlatego, że wciąż boję się, że nieznanych mi, niedegustacyjnych czystych ciemnych robi się jakoś tak... mało? Ghana wydaje się regionem bezpiecznym, jeśli o nuty chodzi. A pamiętałam, że Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth podpadła mi akurat rzeczami niezwiązanymi z kakao.

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana to ciemna czekolada o zawartości 81 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam cukrową słodycz, która poszła w dusznym kierunku przez tłustość masła. Je bowiem także wyraźnie czuć - kontrastowo podkręciło się z przesadnym paleniem. Do głowy przyszło mi palone i spalające się drewno. Oprócz masła, tłustość zaserwowała mi tłusty, zrobiony na pełnej śmietance, drink z likierem w wariancie "orzech laskowy". Albo orzechowy z nutą kokosa? Odlegle przypomniały mi się tanie draże kokosowe (typu Korsarz Skawy). Cierpkość zaplątała się tam, jednak nie wydobyła słabej, palonej gorzkości.

Tabliczka w dotyku wydała mi się ulepkowato-sucha i masywna. Przy łamaniu wyszła na jaw jej twardość, jednak trzask był dziwny - nie tyle głośny, co konkretny i jakby zawilgocony.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo niepewnie. Powierzchownie miękła, zachowując jakby wewnętrzną twardawość i zmieniała się w tłusto-maślany, zbity krem. Wydała mi się prawie przytłaczająco tłusta. Jeszcze jednak nie jakoś straszliwie, bo czułam ukrytą pylistość. Czekolada wykazywała lekką, luźną mazistość, ale też gibką zwięzłość. Znikała rzadko, ale wciąż bardzo tłusto niczym stopione masło.

W smaku pierwsza rozgrzmiała słodycz o jawnie cukrowym charakterze. Podkreśliła ją nuta przepalona (choć jeszcze nie spalenizny) na zasadzie kontrastu. Słodycz panoszyła się w najlepsze i jeszcze delikatnie rosła.

Za zbyt mocno palonym tonem podążało masło. Poniekąd próbowało go załagodzić, co jednak wyszło tylko częściowo. Gorzkość jednak nim zdążyła się porządnie rozwinąć, już była lekko ugłaskana. Ogólnie więc nie okazała się mocna.

Paloność poszła w kierunku odtłuszczonego, suchego, pylistego kakao. Choć nie było ewidentnie wyczuwalne, kompozycja chwilami się ku niemu chyliła. Przemknął mi w tym wątku leciutki kwasek... Kwasek drewna iglastego! Jakby nieopodal drzew iglastych na ognisku trzaskały zielone igły?

Słodycz, która lekko się nasilała, z czasem zaserwowała mi drink orzechowy na bardzo, bardzo tłustej, śmietankowej bazie z cukrowo słodkim likierem w wariancie orzecha laskowego. Zaplątała się w nim drobna cierpkość - może to był likier orzechowo-kakaowy? I z nutą... kokosa? Wychwyciłam coś słodko-rześkawego, orzechowawego, ale nie do końca... Znów przemknęły mi przez myśl kokosowe, ale jakby bardziej kokosowo-orzechowe, draże. Zaraz jednak zniknęły, bo do drinka zaczęła podkradać się kwaskawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przestała rosnąć - choć była nieadekwatnie wysoka, nie wyszła chamsko. Przygłuszyły ją łagodzące śmietanka i maślaność.

Tłustsze nuty ułożyły się jeszcze w jakiś śmietankowo-maślany deser czy... krem do ciasta? Już nie tylko za ciężki drink. Kwasek wyszedł nieco wyraźniej, płynąc w prawie soczystym kierunku. Wywołał motyw pina colady, ale z nieuchwytnego owocu. Może w bardziej cytrusowo-ananasowej wersji? 

Nakręcały się nawzajem z paloną nutą i cierpkością. Te jednak nie rozwinęły gorzkości. Wciąż trzymała się niskiego poziomu, a tylko trochę odważniej się zaprezentowała.

Gorzkość pokazała mi płonące, spalające się na węgiel drewno. Wciąż iglaste, ale nie tylko. Wydało mi się lekko ciepłe. Czuć żar i cierpkość drewna, dymu. Podkręciła to szczypta rozgrzewających przypraw - kardamonu? Z żaru na końcówce jakby wymknęły się naturalnie słodkie i dziwnie maślane (przez kontrast?) orzechy laskowe. Też trochę palone. Wyobraziłam sobie trochę korzenny, orzechowo-maślany deser z jakimś cytrusowym sosem. Albo... łączonym cytrusowo-ciemnoowocowym?

Po zjedzeniu został posmak spalonego drewna z echem orzechów i suchego kakao. Było więc trochę cierpko, ale też maślano tłusto i bardzo słodko w prosty, cukrowy i trochę ciężki sposób. Do głowy przyszły mi tanie, margarynowe draże kokosowo-orzechowo-kakaowe oraz niedookreślony kwasek. Bardziej pochodzenia roślinnego, zielony, niż owocowy, ale... chyba i znikomo cytrusowy.

Czekolada była przeciętna... no, przeciętna+. Owszem, gorzka i cierpka, ale jej palone nuty wyszły zbyt palone, by cokolwiek naprawdę zacnego zaserwować. W dodatku były łagodzone tłustością masła i śmietanki, co nie pomogło. Na zasadzie kontrastu wszystko to się podkręcało, wady lepiej się wyłoniły. Pojedyncze lepsze aspekty, a więc trochę orzechów i kokosa, drobny kwasek iglaków i niedookreślonych owoców, mogłyby stworzyć naprawdę smaczną kompozycję, gdyby były silniejsze. Słodycz o cukrowym charakterze za to była za silna i bez polotu. Niby nie mordowała, ale brakowało jej intensywnego towarzystwa, które by sobie z nią poradziło. W dodatku takie twarde i małe, wysokie kosteczki były niewygodne do jedzenia.
Jej naturalnie śmietankowo-maślane nuty wyjaśniały by poniekąd, dlaczego Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth wyszła aż tak mleczno-tłusto. 
O dziwo już Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection 74 % Intense from Peru zaserwowała więcej nut owocowych. A jednak mimo wszystko to dziś przedstawiana jakoś lepiej wyszła - cukrowość i tłuszcz były w niej po prostu przesadzone, nie "strasznie przesadzone" jak w podlinkowanej.
A wystarczyło po prostu nie przepalić kakao i nie zawyżać zawartości kakao - bo prostota też może być smaczna jak w przypadku (Libeert) Fair Pure Chocolade 72 % Cacao Ghana (też o nutach orzechów, likieru, drewna - ale głębszych).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 8,20 zł
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 23 września 2024

Moser Roth Prażone Orzechy Laskowe ciemna 52 % z kawałkami orzechów laskowych

Choć wyprawa w Beskidy pod koniec kwietnia nie była wymagająca, i tak zaplanowałam na nią dwie czekolady. Wiedziałam, że część Schogetten Limited Freeze Me Dark Chocolate Hazelnut wróci, by posiedzieć trochę w lodówce, a po dziś prezentowanej nie spodziewałam się niczego zachwycającego. Pomijając formę, wyszło, że ta sobota była pod patronatem orzecha laskowego. Szkoda że w przypadku dziś prezentowanej w formie siekanej, no ale cóż. Otworzyłam ją na szczycie Wielkiej Rycerzowej, a zdjęcia dokończyłam nieco dalej, skąd było widać schronisko bacówka Rycerzowa. Dojście było dość parszywe - topniejący śnieg, błoto i liście to bardzo niepewny grunt. Gdy zobaczyłam tabliczkę (a w zasadzie 1,5 tabliczki, bo była też ułamana słowacka), ucieszyłam się. Choć bez widoków, po krótkiej wspinaczce, jakoś mi się tu spodobało - zwłaszcza, gdy jedyni spotkani na szlaku ludzie sobie poszli. Po ostatniej wyprawie na 3 wieże widokowe jednego dnia utwierdziłam się w tym, że nie mam nic do zalesionych szczytów, gdy np. na podejściu czy zejściu są ładne widoki. Wieże często odbierają im klimat, dobrze więc, że na Rycerzowej żadnej nie walnęli. Widoki miałam potem, gdy szłam przez Halę Rycerzową i potem na szlaku czerwonym do Rycerki Dolnej, z którego przeszłam na niebieski, by jakoś tam wyjść na asfalt i parking.

Moser Roth Prażone Orzechy Laskowe to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z siekanymi prażonymi orzechami laskowymi.

Po otwarciu uderzył zapach prażonych orzechów laskowych, zrównanych z cierpko-gorzkawą czekoladą o średnio wysokiej słodyczy. Miała nieco cukrowy charakter, ale nie wydawała się zbyt ciężka.

Mini tabliczki w dotyku obiecywały kremowość, która równie dobrze mogła pójść w trochę ulepkowatym kierunku. Były twarde i przy łamaniu trzaskały średnio głośno w kruchy sposób. W przekroju widać mnóstwo średnich i drobnych kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się ochoczo, w tempie umiarkowanym. Miękła, wykazując gibkość i plastyczność. Wyszła kremowo, acz trochę ulepkowato, a kawałki dodatku wyłaniały się z niej po pewnym czasie, bez pośpiechu. Im wyraźniej jednak, tym czekolada bardziej zmierzała w stronę ulepkowatej. Okazała się ich zlepem. Zdecydowanie przesadzono z ilością kawałków.
Orzechy zostawiałam sobie na koniec, aż czekolada się rozpłynęła. Tylko nieliczne sporadycznie podgryzałam obok niej.
Zarówno podgryzane wcześniej, jak i te gryzione na koniec kawałki orzechów dały się poznać jako chrupkawo-delikatne. Większość bardziej miękka, inne nieznacznie twardsze. W zasadzie były pozbawione skórek - może pojawiła się odrobinka na pojedynczych kawałkach. 

W smaku przywitała mnie delikatna gorzkość, do której błyskawicznie dołączyła słodycz o trochę zbyt napastliwym charakterze. Za cukrem podążała wanilia, ale to ten pierwszy się rządził. W dodatku jeszcze dalej coś pobrzmiewało... Coś, czego nie mogłam uchwycić. 

Gorzkość rozeszła się leniwie, przywodząc na myśl przesłodzony, ale jednak cierpki kakaowo-ciemno czekoladowy syrop w palonym klimacie. 

Zza niego przebijał się orzech laskowy. Zgrał się z palonym wątkiem i wprowadził wyraźnie prażoną nutę. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zaczęła drapać w gardle, jawiąc się jako bardzo ciężka. Jednocześnie motyw orzechów laskowych nasilał się. 

Od kawałków ewidentnie odchodził ich smak, acz chyba i cała czekolada przesiąkła lekko ich chwilami przeprażoną nutą - wydaje mi się, że to ten dziwny posmak. Prażenie jakby chciało wpisać się w gorzkość czekolady, jednak ta kakaowa była na tyle słaba, że wyszło to trochę topornie. Kawałki orzechów niespecjalnie przełamywały słodycz. Nawet podgryzane obok po prosty pojawiały się za przesadzoną słodyczą.

Z czasem cukier, coraz więcej wanilii i orzechy zahaczyły o jakiś syrop orzechowy. Gdy czekolada znikała, czułam się już mocno zasłodzona. 

Kawałki orzechów gryzione na koniec okazały się średnio intensywne, ale jednoznaczne. Czuć, że to laskowe, acz jakby trochę onieśmielone przesłodzeniem i przerażone. Raz czy dwa przewinęła mi się lekka goryczka właśnie przerażenia, bo skórek na nich nie było. 

Po zjedzeniu został posmak przeprażonych, a od tego lekko gorzkawych orzechów laskowych oraz przesłodzenie cukrem i wanilią. Kakaowa cierpkość przypominała raczej taką przesłodzonego kakaowego syropu z echem orzechów.

Czekolada w zasadzie była tym, czym miała być, bez drastycznych wad, acz wydała mi się pójściem po najmniejszej linii oporu. Przeciętna, przesłodzona czekolada z przeprażonymi  i siekanymi orzechami - brak jej... Finezji? Lepszego wykonania na pewno. Taka, co to na szlaku można zjeść dlatego, że się kupiło. Odczucia zweryfikowałam w domu i miałam skończyć, ale jakoś zmęczyła mnie ilość siekanych dodatków, robiących z tabliczki słodkiego zlepa.
Cóż, utwierdziłam się już w przekonaniu, że Moser Roth raczej przedstawia półkę mocno średnią, a po prostu zdarzają jej się zacne czekolady, jak np. Moser Roth Chocolat Compose Dark Almond.

Jedna mini tabliczka powędrowała do Mamy, ale nie zjadła całej: "Taka mocno przeciętna, słodka i no... z orzechami za mocno posiekanymi. Nie wiem, po co je tak podrobili. Nawet niezła, zwykła, ale większe kawałki wyszłyby o wiele lepiej. Tak to nie w moim typie".


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wyciąg z wanilii

niedziela, 22 września 2024

Schogetten Limited Freeze Me Dark Chocolate Hazelnut ciemna z nadzieniem o smaku orzechów laskowych

Nigdy nie przepadałam za czekoladami Schogetten i w sumie zawsze w sklepach je omijałam. Najpierw "bo to czekoladkowe Schogetten" (nie lubię formy gotowych podzielonych kostek), potem bo marka specjalizuje się w czekoladach nie w moim typie. Na przestrzeni lat co sprawdziłam skład limitowanych edycji, czymś mi zawsze podpadał. Schogetten Praline Noisettes zaskoczyła mnie jednak pozytywnie. Stąd, gdy znajomy wyszukał w sklepie dzisiaj przedstawianą, sprawdziłam skład i uznałam, że można dla porównania spróbować. Jako że pamiętałam niesmacznego Lindta Banana Split oraz wafelki Familijne Gofrowe o smaku Czekolada & Mięta, które to i tak już mniej złe były w temp. pokojowej, tę czekoladę zabrałam na szlak, zamierzając część wziąć do domu i spróbować opcję schłodzoną. Ok, nie lubię niczego zimnego jeść, ale ciekawił mnie efekt, jak to udało się Ludwig (bo że taka czekolada ma szansę się udać, pokazał np. Lindt Creation Menthe Frappe / Refreshing Mint Dark).  
Opisywaną dziś otworzyłam 27 kwietnia, czyli niedługo po tym, jak czekolada pojawiła się w sklepach, na przełęczy Przegibek przy uroczym schronisku. Doszłam tam z Joneczkowych Rycerek (mam nadzieję, że dobrze odmieniam), z parkingu, na którym naprawdę kiepsko z oznaczeniem, gdzie właściwie zaczyna się zielony szlak. Trochę trwało, nim go znalazłam, ale potem już oznakowania były dosłownie co chwila. Pomyślałam, że zła passa z nieoznakowanymi jak trzeba szlakami trwa (bo w Sudetach, gdzie byłam ostatnio, naprawdę z tym kiepsko).

Schogetten Limited Freeze Me Dark Chocolate Hazelnut to ciemna czekolada nadziewana (46%) kremem o smaku orzechów laskowych; wyprodukowana przez Ludwig Czekolada / Ludwig Schokolade; edycja limitowana na wiosnę / lato 2024; polecana do jedzenia po schłodzeniu (zamrożeniu).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, cierpko-gorzki zapach, łączący ciemną czekoladę z kawą i akcentem gorzkiego orzecha laskowego. Nie był prażony, czy jakiś konkretny, a podporządkowany kawie z mlekiem, stojącej obok ewidentnie ciemnej, średnio słodkiej czekolady. 

Wyglądające na plastikowo-polewowe czekoladki w dotyku były masywne i twarde. 
Przy odgryzaniu kawałka czy przekrajaniu kostki czekolada twardo chrupała. Często z  chrupnięcio-trzaskiem wgniatała się w bardzo miękki, maziście tłusty krem. W dotyku był klejący.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i tłusto, trochę opornie. Robiła to w tempie umiarkowanym. Była zbita i kojarzyła się trochę z maślaną czekoladą-polewą np. z lodów na patyku. 
Po pewnym czasie pękała i oddawała pole do popisu nadzieniu. W zestawieniu z nim, sama wydawała się bardzo ulepkowata i trochę plastelinowa.
Krem rozpływał się znacznie szybciej od niej, wręcz błyskawicznie. Był od niej tłustszy w bardziej oleisty sposób i nieco wodnisty. Wydał mi się wręcz glutkowaty, dziwnie śliskawy i jakby zbity, ale na pewno nie gęsty. Kojarzył mi się z wodnistymi lodami niby śmietankowymi. 

W smaku czekolada przywitała mnie lekko gorzkim smakiem. Zaznaczyła się w tym kawa i lekka cierpkość. Zaraz pokazała się też średnio wysoka słodycz, a z nią nasiliła się kawa, a dokładniej cappuccino. Nie miała imperatywnych zapędów, ale... Gorzkość też nie. Współgrały całkiem nieźle. 

Nadzienie odezwało się jeszcze przed pęknięciem wierzchu. Jeszcze bardziej umocniło kawowy motyw. 

Gdy kostka pękała, a więc mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, krem dominował. Czekolada, jako gorzkawy wątek, jedynie delikatnie pobrzmiewała w oddali. Królować zaczęło słodkawe cappuccino. Kawa i mleko dopuściły tylko echo orzechów laskowych. Tak wątłe, że można by je w ogóle przegapić.
Słodycz wzrosła na jakiś czas znacząco i aż zaznaczyła swoją obecność w gardle, acz tylko chwilowo.

Dolatujący z oddali smak czekolady, także ją wpisał w cappuccino. Słodycz trochę się opamiętała i zelżała.
Smak wnętrza prawie zniknął wraz z nim, zostawiając lekki posmak.

Po debiucie wnętrza, czekolada wyszła bardziej nijako. Niby wciąż nie cukrowo, ale już za słodko. Do tego trochę gorzko, ale jak średnia polewa czekoladowa, nie czekolada. 

Po zjedzeniu został posmak lekko gorzkawego splotu słodkiej polewy kakaowej i bardziej mdławego cappuccino. Czułam też sztuczną mgiełkę, w której chyba zaplatały się orzechy. Aromaty dziwnie zaznaczyły się na języku.

Nieprzekonana do aż tak skrajnego potraktowania czekolady jak włożenie jej do zamrażarki, na próbę dwie kostki trafiły do lodówki na kilka godzin. 
Po odwinięciu sreberka zapach był znikomy. Lekko zaznaczyło się nieśmiałe, słodkie cappuccino.
Czekolada była trochę twardsza, ale minimalnie. Długo nie chciała zacząć się rozpływać. Nadzienie wyszło niemal identycznie, co w wersji w temp. pokojowej.
W smaku czekolada bardzo długo się nie odzywała. A gdy w końcu raczyła, wyszła bardzo delikatnie gorzkawo i słodko. Była mdła z racji chłodu. Nadzienie smakowało prawie dokładnie tak samo co w temp. pokojowej, tylko trochę mniej intensywnie. Echo orzecha laskowego pojawiło się, ale czy ja wiem, czy mocniej? Ewentualnie odrobineczkę.

4 trafiły kostki do zamrażarki, zgodnie z tym, co zalecał producent: włożyć czekoladę przed jedzeniem do 18 stopni. Producent napisał, by mrozić przez 2 godziny, u nas spędziła w niej prawie 3.
Zapach zniknął zupełnie. Czekolada była jeszcze twardsza, ale nie straszliwie kamiennie, a jak z mocno zamrożonych lodów na patyku. Bardzo długo się nie rozpływała w ogóle, a gdy zaczęła wyszła bardziej ulepkowato. Nadzienie w zasadzie nie zmieniło się szczególnie. Było tylko nieco bardziej zwięzło-zwarte.
W smaku czekolada była nijaka, jeszcze gorzej niż w przypadku wersji z lodówki. Nadzienie dalej smakowało prawie tak samo, acz - jak z lodówki - nieco mniej intensywnie ogólnie, przy czym akurat echo orzechów jakby nie osłabło - chyba były nieco bardziej (ale i tak słabo) wyczuwalne . Słodycz ogólnie wydała mi się leciuteńko słabsza, ale nieznacznie.
1 kostka tej wersji mi zdecydowanie wystarczyła (mam awersję do zimnego jedzenia, a efekt smakowy na pewno nie był warty jedzenia tego).

Czekolada była dziwna. W zasadzie ciekawa i całkiem smaczna jak na czekoladę kawową, ale zupełnie nieadekwatna do tytułu obiecującego orzechowość. Orzechów laskowych prawie w niej nie czuć. Mimo wysokiej słodyczy, na szczęście nie przesłodzili jej, ale i tak mogli dać więcej kakao, bo chyba go za wiele nie było (około 50%?). Obstawiam, że zrobili ją jakoś nie jak zwykłą czekoladę, a np. czekoladę do lodów na patyku. Krem odpychał mnie strukturą szybko znikającego mazistego glutka.
Wersja z lodówki czy zamrażarki nie różniła się za bardzo - tylko czekolada wyszła bardziej mdło, a orzecho...wawawe echo odrobinkę bardziej się wyłoniło, więc nie mam pojęcia, to producent tu kombinował.
Ogółem zjadłam połowę - większość w górach, gdzie jakoś poszła. W domu zweryfikowałam odczucia i nie zmieniły się, ale już tak nie cieszyła. Wersje schłodzone bardzo mi nie podeszły - zachowywały się tak, jak zachowywałaby się każda inna czekolada wsadzona do lodówki. Bezsensowny pomysł.
 
W sumie dałabym jej 7, gdyby nie to, że wyszła kompletnie niezgodnie z nazwą. A gdyby jeszcze krem był gęstszy i bardziej kremowy, spójny z czekoladą, w ogóle oceniłabym wyżej.

3 kostki powędrowały do Mamy. Jedną zamroziła. Jej opinia: "Jadłam ją ciepłego dnia i tę z zamrażarki o wiele lepiej odebrałam. W temperaturze pokojowej sama czekolada była niefajna, jak masło, a z zamrażarki jakoś lepiej, nie tak odpychająco maślano-ulepkowato wyszła ogólnie. W smaku w temperaturze pokojowej czułam kawę z mlekiem, jakby z echem orzechowym, a po wyjęciu z zamrażarki też kawę, ale tak jakby trochę bardziej kawę z nutą orzechową, ciekawe połączenie. Ogółem bardzo słodka, ale tak jeszcze nieprzesadnie. Smakowała mi, zwłaszcza z zamrażarki, tak jakby trochę zamiast lodów".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, olej rzepakowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, 3,5% miazga z orzechów laskowych, mleko pełne w proszku, tłuszcz mleczny, serwatka słodka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; laktoza, śmietanka w proszku, sól, aromaty (zawierają orzechy laskowe)

piątek, 20 września 2024

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food

Filmy science-fiction lubię, a i o pomysłach na przyszłość w kwestii jedzenia w kosmosie swego czasu coś tam czytałam, ale gdy zobaczyłam obiekt dzisiejszej recenzji, zatrzymałam się na chwilę. Przewijałam stronkę amerykańskiego sklepu z rzeczami w góry, bo ktoś z rodziny miał mi zrobić paczkę i niewiele mogłam tam znaleźć produktów naprawdę funkcjonalnych dla mnie, ale to coś wydało mi się tak dziwne, że aż zechciało mi się tego spróbować. Suche lody dla astronautów? Ale jak to tak? Nie umiałam sobie tego wyobrazić. A że akurat duet mięty i czekolady w lodach wspominam z sentymentem (ulubiony wariant w dzieciństwie), to dodatkowo kusząco zadziałało. Poprosiłam więc o to przy okazji. Nie zabrałam jednak tego w góry, bo zwyczajnie nie wiedziałam, czego się spodziewać - dziwaczne niespodzianki wolałam mieć w domu i nie lubię nadto się w górach zasładzać (od tego mam czekolady). Kompletnie nie wiedziałam, co zastanę w opakowaniu po otwarciu. Wiedziałam tylko, że to coś jest... lekkie. I na opakowaniu przeczytałam, że Astronaut Ice Cream zostało wymyślona dla misji Merkury NASA. Przez formę aż miałam problem, do jakiej to w zasadzie kategorii dać.

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food to liofilizowana kanapka lodowa w wariancie "mięta & kawałki czekolady" z ciastkami ("waflami") czekoladowymi; sztuka waży 31g.

Po otwarciu poczułam średnio mocny, ale dosadny zapach mleka w proszku. Poczułam się, jakbym wąchała tylko co otwartą paczkę takiego, które wystąpiło w towarzystwie słodyczy. Ta stanęła na średnio wysokim poziomie. Za jej sprawą odezwała się mięta, która jednak nie pchała się na pierwszy plan. Spokojnie łączyła się z mlekiem, co ogólnie dominowało. Musiałam bardzo się skupić, by zarejestrować, że ciemne warstwy oddają ciastka o palono-gorzkawym, kakaowym echu. 

Już kiedy tylko otworzyłam paczkę, a lodowy baton siedział jeszcze w papierku, wszystko to wydało mi się bardzo pyliście-lepkie. Papierek był dziwnie zawinięto-niedowinięty, więc trochę pyłku z batona się już posypało. Gdy go wydobyłam, trafiłam na spodziewaną już suchość i pylistość. 
Kanapka lodowa wyglądała na konkretną, była wysoka, ale niewiarygodnie lekka.
Brązowy wierzch był zwyczajnie suchy jak sucho-kruche herbatniki, natomiast miętowe wnętrze sucho-lepkawe. Nie wyglądało to na masywne, a takie, co to się zaraz rozwali. 
Przy łamaniu trafiłam na przepotężną twardość. Z kolei przy przekrajaniu baton rozwalił się, a część brązowa odskoczyła. W miętowej widać kilka małych kulek-łezek czekolady. Baton łamał się na kostko-kawałki. Bardzo dziwne doświadczenie, a to wszystko, nim spróbowałam!
W trakcie gryzienia całość krucho chrupała i trzeszczała. Wciąż była bardzo twarda. Zdecydowanie za twarda jak na tę wysokość, że jedzenie, gryzienie było problematyczne. Ja w zasadzie nadgryzałam i odłamywałam zębami kawałek po kawałku. Czasem zęby ześlizgiwały się z twardej miętowej części. Część brązowa podczas gryzienia przypominała suche i twardo-masywne ciastka, jednak miętową trudno mi do czegoś porównać... Skojarzyło mi się z trochę bezowatym pumeksem o zerowej wadze, skorym do wilgotnienia.
Kanapka gryziona była sucho-chrupka (czym przyprawiła mnie aż o ciarki) i nieprzyjemnie zaklejała zęby, więc wolałam pozwolić kęsom rozpływać się. Ciemne części oklejały zęby jak herbatniki, natomiast jasny środek jak wilgotniejące mleko w proszku.
W ustach kanapka lodowa bardzo szybko nasiąkała, miękła i rozpuszczała się. Częściom brązowym zajmowało to więcej czasu. Trochę trwało, nim nasiąkły i zmiękły, stając się gęstawą papką. Przypominały twardsze i suchsze herbatniki i takie ciastkowe warstwy z kanapek lodowych, a więc wykazywały zawilgocenie i były jakby stwardniałe. Wyszły znacznie masywniej niż jasny środek, który zamieniał się w pylistą zawiesinę dosłownie w sekundę, trochę oklejał zęby, przedstawiając się jako miękki pumeks i zaraz znikał. Czuć w nim dziwną, lekką gumiastą kleistość pełnego mleka w proszku.
W jasnej części zatopiono kilka kulek czekolady. Te potrzebowały chwili by... rozpuścić się ulepkowato-gumiaście. Wydały mi się proszkowo-tłuste, jak wiele kawałków niby czekolady w lodach itp., ale z tych bardziej przystępnych.
Kawałki czekolady rozmieszczone zostały bardzo nierówno. W 1/3 batona w ogóle nie wystąpiły, w jednym fragmencie był dosłownie kawałek na kawałku.
Łamliwe to i krucho rozlatujące się, nieprzyjemnie twarde, trudne w jedzeniu.

Popróbowałam oczywiście i całość, i rozdzielając na poszczególne części i odkryłam, że przy próbowaniu poszczególnych elementów łatwiej wyłaniają się wady. Jednak przez to, jak się to rozwalało, trudno cały czas jeść normalnie przegryzając się.

Brązowe części, nazwane przez producenta waflami, przedstawiły się jako zachowawczo słodkie, pszenne ciastka trochę kakaowe. Za nic nie nazwałabym ich waflami. Słodycz prędko rosła, wzbogacając się o palony motyw. Pojawiła się delikatna gorzkość i cierpkość kakao w proszku, acz wydawała się nie mieć siły przebicia zza słodyczy, którą nasilił środek. Części ciemne smakowały w zasadzie jak średnio wypieczone, lekko kakaowe herbatniki.

Część jasna uderzyła wysoką słodyczą i pełnym mlekiem w proszku. Śmietanką wręcz. Słodycz rosła bez trudu. Wyłoniła się z niej olejkowa mięta. Mieszała się z mlekiem tak, że łatwo o myśl o zwykłych lodach miętowych, lecz czuć było specyficzny motyw... liofilizacji? Chyba można to tak ująć. Słodycz z czasem trochę męczyła, a oprócz cukru czułam w niej lekką sztucznawość. Śmietanka jednak robiła, co mogła, by to ukryć. Mięta nasilała się z czasem do tego stopnia, że na końcówce weszła na pierwszy plan (i chyba część drugiego), acz nie zdominowała go.

Kawałki czekolady na słodkim tle miętowej części wyłoniły się poprzez swoją gorzkość i cierpkość, jednak z czasem okazało się, że i one fundują cukrowość. To czekolada ciemna, acz bardzo cukrowa. Czekoladowe dropsy raz po raz próbowały się wybić zza mięty.

Mniej więcej w połowie każdego kęsa, słodycz przeginała. Im więcej jadłam, tym bardziej się w tym utwierdzałam.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie łączące cukier i miętę o sztucznie-cukierkowym charakterze. Ogólne przerysowanie, sztuczność aż zaznaczyły się na języku. Oprócz tego pobrzmiewało delikatne kakao, płynące i z ciastek, i z niby czekolady. Czułam się też trochę, jakbym najadła się mleka w proszku.

Całość w zasadzie uzupełniała się i nieźle współgrała. Ciastka próbowały trochę tonować słodycz miętowego środka, ale kiepsko im szło ze względu na ich własną słodycz i delikatność kakaowego motywu. Przydałby się o wiele wyrazistszy! Jako że były dość bazowe w smaku, śmietanka i mięta miały okazję się popisać, to na plus, ale szkoda, że pobrzmiewała lekka sztuczność, a śmietanka zdradzała swoją proszkową naturę. Mięta nie szarżowała, a przyjemnie wmieszała się w otoczenie. Przegięła dopiero w posmaku, psując dobre pierwsze wrażenie. Czekolada raz po raz wyróżniała się trochę, ale stanowiła znikomy dodatek. Powinno być jej dużo w całym batonie, a nie tak punktowo i nierówno.

Za dużo było tu cukru, a za mało ciemnej czekolady i czekoladowości, kakaowości ogółem - uważam, że części waflowo-ciastkowe powinny być kakaowe do potęgi. Wtedy mogłoby być smacznie, bo tak, gdy zaznajomiłam się już z  tym, uciekła ciekawostkowość, produkt wydał mi się nie warty uwagi. Nie wydaje się, by był to produkt funkcjonalny, bo był zwyczajnie niewygodny w jedzeniu. W górach czy na kempingu by się przez to nie sprawdził i... nie widzę sensu robienia namiastek kanapki lodowej na takie wyprawy. Jak naprawdę pomyślę o podróży w kosmos na np. długie lata czy miesiące, uwierzę, że taka przekąska mogłaby zaspokoić ochotę na to, czego tam nie da się mieć, ale... nie czarujmy się, że to produkt naprawdę dla astronautów, tylko masówka. Niewątpliwie jednak pomysłowe coś.

Batonów dostałam 5, więc obdzieliłam parę osób. Jeden przypadł Mamie. Opisała: "Jako ciekawostka na raz w sumie to i ciekawe, fajne. No, liofilizowane, suche lody? Kto by coś takiego wymyślił? Ale sama bym nie kupiła i nie wróciła do tego. Ten środek pozytywnie miętowy, nienachalnie tak, żadnych skojarzeń z pastą, te kawałki czekolady dobre o dziwo, tylko mi to ciastko nie pasowało. Za ciężkie. Ciastka jak takie zwykłe herbatniki kakaowe, a ten środek dziwny. Szybko znikał, a i tak zęby na długo wszystko pozalepiało. On smakował tak... tak trochę z piankami mi się skojarzył, ale mleczno-miętowymi. A całość zdecydowanie za twarda, że aż trudno i niewygodnie to jeść. Funkcjonalne zbyt to nie jest". 
Ojciec zaś stwierdził: "Taki tam ten niby lód, nic specjalnego. Mało miętowy, ciasteczka ok. Środek bardziej przypominał bezę niż lody. Ale jako ciekawostka może być.".
Jedną wysłałam przyjaciółce. Jej opinia: "zapachniała mi trochę jak Bake Rolls. Ale mi smakowała. Ciastko takie mega czekoladowe - szok. Całość tak trochę się rozpuszcza, a to ciastko czekoladowe to jakby czekoladę się jadło trochę. W środku nawet czuć miętę, ale mogło być mocniej. Dla mnie słodkie. Konsystencja bezy, ale 100 razy lepsza".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 452 kcal / 100 g; sztuka (31g) - 140kcal
czy kupię znów: nie

Skład: lody (mleko, śmietana, cukier, mleko odtłuszczone, syrop kukurydziany, kawałki czekolady: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy; serwatka, 2% lub mniej naturalnego aromatu miętowego, mono- i diglicerydy, guma guar, guma karobowa, polisorbat 80, karagen, tartazyna / yellow 5, błękit brylantowy FCF / blue 1)
wafle: mąka pszenna, barwnik karmelowy, dekstroza, olej palmowy, mniej niż 2%: mąka kukurydziana, syrop kukurydziany o wysokiej zawartości fruktozy, modyfikowana skrobia kukurydziana, kakao alkalizowane, sól, syrop kukurydziany, proszek do pieczenia, mono- i diglicerydy, lecytyna sojowa

czwartek, 19 września 2024

Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate ciemna

Zazwyczaj mniej popularne kraje uprawy kakao bardzo mnie ciekawią, jednak akurat Haiti stanowi wyjątek od tej reguły. Jadłam stamtąd parę czekolad, które zwyczajnie mnie nie porwały i kiedy trochę poczytałam, co się tam uprawia, jakoś doszłam do wniosku, że raczej mało prawdopodobnym jest, by jakaś haitańska tabliczka zaserwowała mi oszałamiające nuty. Samo Haiti, jak już, ciekawić by mnie mogło bardziej pod innym kątem, a mianowicie wierzeń i magicznych działań hoodoo. Nie o tym tu jednak, a o (względnej) nowości Zottera. Acz w sumie... w opisie i o tym wspomniano! Rzekomo bowiem można szczyptę magii i kreolskiego ducha w niej poczuć. Do jej zrobienia zakupił kakao od kooperatywy Pisa, która zrzesza ponad 1200 członków. Starają się pokazać, jak ważne jest fair trade, zwłaszcza w niestabilnych politycznie regionach. Do produkcji Zotter zastosował metodę FMR (Fine Mist Roasting), w której chodzi o dodanie przy prażeniu pary, w celu kontroli i obniżenia temperatury.

Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Haiti.
Czas konszowania to 8 godzin.

Po otwarciu poczułam poważny, stateczny zapach drzew, dymu i mnóstwa przypraw. Na pewno można wyróżnić pieprz, gałkę muszkatołową, kardamon i kozieradkę, ale też bukiet innych. Mieszały się z wytrawnością... groszku? Słodkiego groszku, splatającego się z orzechami, głównie arachidowymi. Też jednak tak słodkimi, że... jako krem 100%? Od dymu odchodziła słodycz karmelu. Nie brakowało też soczystości i kwaskawych akcentów. To były jednak tylko akcenty, wpisane w czerwoną słodycz. Jakbym wąchała słodkie, ale kwaskowate wino czerwone oraz niemal winne wiśnie, zestawione ze słodkimi czereśniami i czerwonymi, drobnymi, chrupkimi winogronami.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała niczym suche, cienkie, ale właśnie twarde gałązki.
W ustach rozpływała się kremowo, łatwo. Robiła to w tempie umiarkowanym, acz na samym początku nieco się ociągając. Wykazywała tłustość masła i drobną soczystość. Bliżej końca wyłoniła się lekka pylistość, hamująca soczystość. Znikała raczej rzadko za ich sprawą, a końcowo trochę ściągała.

W smaku na początku uderzyły wręcz słodziuteńkie czereśnie. Słodycz dała się poznać jako bardzo wysoka i jeszcze rosnąca. Pokazały się bardzo słodkie, czerwone winogrona, a za nimi w tle... poziomki?

Swoją obecność po chwili zgłosił pikantny piernik i gorzkość.

Słodycz owoców wzmocnił lekko zaznaczający się w tle karmel. Pomyślałam o liofilizowanych i karmelizowanych wiśniach i winie z przyprawami. Może to był grzaniec? Z subtelnym, ale coraz bardziej wpływowym kwaskiem. Na zasadzie kontrastu pikanteria piernika podsyciła wiśnie i w końcu zmieniły się w liofilizowane, chylące się w stronę świeższych; już na pewno nie karmelizowane. Kwaśność jednak trzymała się niskiego poziomu. Czerwone owoce pobrzmiewały już później cały czas na drugim planie.

Gorzkość pomagała sobie cierpkością przypraw. Te zmieniły karmel w melasę. Za sprawą słodyczy wemknęła się przypalona nuta, pewna ciężkość. 

Gorzkość rosła wraz z przyprawami. Wyeksponował się cały bukiet wytrawniejszych, ostrych. Najpierw dominował pieprz, ale później wmieszał się w gałkę muszkatołową, kozieradkę i kardamon. Pikanteria narastała i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiła się ciężka. Potem odnotowałam imbir.

Ostrość częściowo zaczęła przybierać bardziej... świeższy charakter? Kozieradka-przyprawa zmieniła się w kozieradkę-listki, odnotowałam jeszcze świeżą kolendrę. Akcent słodko-kwaskowatych czerwonych owoców umocnił ich świeżość. 

Zioło-przyprawy wyłuskały z oddali, jeszcze zza owoców, w których pojawiły się słodko-kwaskawe śliwki, z których leje się ogrom soku, pewną ogólną roślinność. Przemknął mi słodkawy, zielony groszek, a potem zaczął chować się wśród różnych orzechów. Orzechowość nagle szybko zaczęła rosnąć. Orzechom przewodziły fistaszki. Najpierw bardziej surowe, ale zmieniające się w prażone.

Palona słodycz, melasa kontrastowo do tej świeżości wyszła jeszcze bardziej słodko. Mieszając się z resztą ostrych przypraw ułożyła się w wizję mocno korzennych, melasowych ciastek. Korzenna pikanteria niemal piekła w język przyprawami (głównie imbirem), do których dołączył cynamon i słodyczą.

Przewinął się dym, przypominający o gorzkości. Paloność na chwilę i do niej dotarła. Cały czas jawiła się jako stateczna, zdecydowana, ale nie zapędzała się na prowadzenie. Sprawiła jednak, że orzechowa nuta wydała mi się jeszcze łagodniejsza.

Zupełnie, jakbym jadła krem orzechowy 100% z fistaszków o naturalnie słodkawym smaku. Pojawiła się obok śmietanka, po czym razem złagodziły gorzkość. Wyobraziłam sobie gorzkawo kawowy krem orzechowo-śmietankowy, lody na bazie śmietanki w wariancie orzechowo-kawowym. Jakby tak gałki dwóch smaków trwały obok siebie, a tylko trochę się ze sobą mieszały. I jakby... posypać je kwaskawymi, liofilizowano-świeższymi, wilgotniejącymi wiśniami! Dym zupełnie zmienił się w kawę i orzechy w formie deseru, w dodatku jeszcze ozdobionego wisienką. 

Po zjedzeniu został posmak kwaskowatego wina, mieszającego się ze słodziutkimi czereśniami, liofilizowanymi wiśniami i czerwonymi winogronami oraz silna pikanteria przypraw, w tym imbiru. Pomyślałam jeszcze o dużych, jasnofioletowych śliwkach, z których lał się sok i... w zetknięciu z imbirem podszepnął mu lekką mydlaność. Przyprawy były korzenne i suche, ale z paroma akcentami świeżych ziół. Te trochę przygłuszył dym i paloność melasy, karmelu. Pojawiły się też łagodzące arachidy jako krem orzechowy.

Czekolada była smaczna i bardzo, bardzo złożona. Działo się w niej tak wiele... ale wcale nie wyszła chaotycznie. Wszystko cudnie przechodziło jedno w drugie. Słodziutkie czereśnie, winogrona czerwone i liofilizowano-karmelizowane wiśnie, a potem wino i świeższo-liofilizowane wiśnie rozchodziły się obok pikanterii przypraw. Najpierw była wytrawniejsza, potem za sprawą słodyczy melasy coraz bardziej słodko-korzenna. Dobiegały do niej świeższe, ziołowe akcenty, które obudziły zielony groszek i orzechy, a końcowo orzechowy krem ze śmietankowym wątkiem. Paloność pojawiała się epizodycznie. Zaskoczyła mnie wysoka słodycz i niska kwaśność - myślałam, że to ta druga bardziej się rozwinie. Gorzkość była konsekwentna i odważna, ale w sumie też nie jakoś tak mocna, jak mogła by. Było za to pikantnie.

Pomyślałam o Chapon Haiti 75 %, w której czułam nuty fig suszonych, świeżych i kandyzowanych, a także sporo czerwonych owoców: wiśni, winogron, które były dziwnie słodkie jak kandyzowane. Było tam trochę kwasku, a także maślaność. Orzechy, herbata i rozgrzana ziemia sprawiły, że gorzkość wyszła zupełnie inaczej. Kwiaty Chapon dały podobnie świeży efekt co zioła Zottera. Obie końcowo przywodziły na myśl kremy orzechowe. Ogólnie Chapon wydała mi się bardziej prażono-rozgrzana, Zotter zaś jakby rozgrzewał przyprawami, a paloność ograniczyła się do słodyczy.
Smaczne na tym samym poziomie i podobnie w obu coś jednak odrobinę wolałabym, by poszło w innym kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 19,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 18 września 2024

Niederegger Glucklichsein Innere Kraft Kakao Marzipan mit Kakaonibs ciemna 50 % z kakaowym marcepanem z nibsami

Zobaczywszy tę czekoladę w internecie, myślałam, że wezmę ją w góry, jednak w końcu uznałam, że wolę nadziewanych nie brać - jeszcze się nadtopią, rozwalą i problem będzie. Marcepan akurat jest nadzieniem bezpieczniejszym, ale jakoś i tak... Ostatnimi czasy mi nieco przeszedł, lecz dobry docenić umiem. To, że marka Niederegger słynie z marcepanów, wiem. Czekolada Niederegger Marzipan Classic była dobra. A dziś przedstawiana... wydała mi się strasznie prosta, a jednocześnie niespotykana, że aż musiałam spróbować. To aż dziwne, że w zasadzie chyba nie ma marcepanów kakaowych. Byłam bardzo ciekawa efektu - na tyle, że nawet nibsy tu nie wydawały mi się zbędne. Czułam, że i one mogą zagrać.

Niederegger Lübeck für ein bisschen Glücklichsein Innere Kraft Kakao Marzipan mit Kakaonibs to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z kakaowym marcepanem z krokantem z nibsów (karmelizowanymi ziarnami kakao).

Po otwarciu poczułam intensywnie alkoholowo-truflowy zapach rozchodzący się spod cierpkiej, a jednocześnie mocno cukrowej czekolady. Marcepan przewinął się jedynie w oddali. Mimo słodyczy wyszło ciężko i poważnie. Po podziale i w trakcie jedzenia alkoholowo-truflowy motyw znacząco nasilił się, idąc w kierunku alkoholowej, kakaowo-czekoladowej babeczki o truflowo-brownie charakterze. Raz po raz wydał mi się nieco przerysowany. Alkohol sprawiał wrażenie pełni wgranego, wmieszanego we wszystko inne - nie uderzał jako on sam w sobie.

Tabliczka wydała mi się masywna, jednak jednocześnie było w niej coś z delikatności. Przy łamaniu ukazała się twarda, a czynność tę wieńczył dość głośny trzask grubej warstwy czekolady. Pod nią znalazło się sporo grudkowego marcepanu, który wyglądał na soczysty. Czekoladę łatwo podważyć i oddzielić od nadzienia - w zasadzie przy łamaniu na kostki czy odgryzaniu kęsa sama miejscami odskakiwała. Jako że także marcepan był konkretny, twardawy, nie wgniatała się w niego przy podziale.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Początkowo była zbita, potem kremowo rzedła, wykazując mazistość i dość tłustą, gładką kremowość. Spowijała marcepan przez pewien czas - wyłaniał się spod niej szybko, a chwilami w ogóle czekolada oddzielała się od niego (mimo świeżości i kilkumiesięcznej daty). W trakcie jedzenia nie było to specjalnie spójne.
Gęsto-zawiesinowa czekolada mieszała się więc z gęstym marcepanem. Cechowała go zwarta plastyczność i grudkowość, wydawał się słabo przemielony i miękki w konkretny, syty sposób. Początkowo wydawał się podeschnięty, jednak zaraz zaskakiwał na nieco wilgotny tor. Długo zachowywał zbitość. Rozpuszczał się, a właściwie rozchodził na coraz luźniejsze grudki średnio wolno. Ujawniał pojedyncze, średniej wielkości nibsy oraz nieco więcej bardzo drobnych nibsów. Niektóre pokrywała chyba cienka warstewka cukru, rozpuszczającego się wraz z resztą tak, że na koniec zostawały prawie same nibsy.
Kawałki kakao i resztki marcepanu zostawiłam już na koniec, gdy wszystko inne się już rozpłynęło.
Drobinki i wiórki marcepanu lekko trzeszczały, wykazując miękkość. Nibsy również okazały się miękkie. W ich przypadku chrupnięcia były marginalne i epizodyczne. Na dosłownie kilku jeszcze na koniec została bardziej chrupka warstewka cukru.
Raz po raz spróbowałam jednak wyłuskać kawałek nibsa i podgryźć obok marcepanu - wtedy jawił się jako twardszy i bardziej chrupiący, przy czym bardzo czuć nieprzyjemne rzężenie cukru.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, na który po chwili nadciągnęła cierpkość. Cierpkość wzrosła w truflowo-alkoholowym sensie.

Nadzienie szybko dało o sobie znać, jednak przystało na to, by najpierw to czekolada porządnie pokazała, co ma do zaoferowania. Poczułam lekką gorzkość o mocno palonym charakterze. Rosła powoli, spokojnie i daleko za słodyczą. Sama czekolada przesiąkła nadzieniem, więc cukrową słodycz podbiła alkoholowa nuta. Była silna nawet, gdy spróbowałam czekoladę osobno. Wtedy też doszukałam się w niej znikomego śmietankowego echa.

Marcepan także był cukrowo słodki, lecz znacząco mniej, a do tego wyrazisty w smak kakaowy. Nie jednak jak czekolada, a niczym trufle kakaowo-migdałowe. Po chwili dołączyła do tego wizja ciasta przypominającego zakalcowe, wilgotne brownie, ale o bardziej marcepanowo-migdałowym i truflowym charakterze. Alkohol dodał temu powagi, mimo że ogólna słodycz wyszła aż drapiąco. Marcepanowość dziwnie kryła się za wątkiem cukierków typu trufle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o truflach kawowych. Od nibsów sporadycznie wyłaniających się z nadzienia odchodziło trochę gorzkości, a także sporadycznie cukrowość. Robiło się przez to niebezpiecznie za słodko. Do słodyczy czekolady doszła jeszcze wanilia, kierując ją już w mdlącą przesadę, jednak marcepan o intensywnie truflowym, alkoholowym w niechamski, ale poważny i dosadny sposób speszył słodycz czekolady. Trochę się wycofała, jako że z czasem to środek dominował. Marcepan jako marcepan czuć wtedy trochę wyraźniej, acz potem znów osiadł jakby w realiach brownie babeczki zrobionej na bazie zmielonych migdałów i nasączonej alkoholem. Zrobiło się ciężko, a alkoholowość wnętrza wydała mi się nieco sztucznie podkręcona.
Marcepan spróbowany osobno wyszedł trochę bardziej marcepanowo niż marcepanowo-truflowo (to więc pewnie podszepnęła czekolada). Niegryzione nibsy miały marginalny wkład. Raz czy drugi spróbowałam pogryźć któregoś obok czekolady i marcepanu - przedstawił się owszem, jako gorzki, ale też bardzo cukrowy.

Końcowo czułam drapanie słodyczy w gardle, ale gdy czekolady zostawało coraz mniej i w końcu całkiem zniknęła, słodycz słabła i końcowo znacząco zelżała. Drapanie utrzymało się jednak, wzmocnione rozgrzewaniem alkoholu. Migdałowo-kakaowo-kawowe trufle z alkoholem miały się świetnie, zaznaczając się też na języku - chyba wraz z aromatami.

Drobinki marcepanu gryzione na koniec smakowały wyraźnie migdałowo ze słodkim echem. Nibsy zaś zaskakująco się wśród nich gubiły. Dodały tylko leciutką gorzkość, chyba że trafiło się ich więcej - wtedy i tak jednak jedynie zrównywały się z marcepanem. Osobno, gdy gryzłam tylko poszczególny kawałek kakao, wyraźnie czuć mocno paloną, prostą gorzkość. Jedne i drugie starały się zatrzeć wspomnienie o przesadzonej słodyczy, acz nie zawsze się to udawało, bo gdy szybciej brałam się za gryzienie także pozostałej drobnicy, słodycz się zachowała - płynęła też od nich.

Po zjedzeniu został posmak jakby truflowo-kakaowo-migdałowego ciasta nasączonego alkoholem, a także niemal mdląca słodycz. Połączyły się w niej wanilia i cukier, a alkohol jeszcze jakby nasilił ich drapanie i rozgrzewanie gardła.

Całość wyszła bardzo dobrze, ale zaskakująco mało marcepanowo. Powiedziałabym, że to raczej czekolada z nadzieniem truflowym, zrobionym na bazie migdałów, w sumie nawet z marcepanem, ale nie nadziewana marcepanem. Było znacząco i poważnie alkoholowe, wręcz ciężkie, choć alkohol sam w sobie nie uderzał. Wpisał się w kakaową czekoladowość. Marcepan jednak oczywiście czuć, ale nie tak, jak się spodziewałam. Efekt jednak uważam za ciekawy. Z tym, że żałuję, że tak przesłodzili czekoladę. Podobnie nibsy, mające być gorzkimi punktami, tu przez karmelizowanie też jeszcze tej słodyczy dorzuciły, że wyszło to aż chwilami mdląco. Fakt, nibsy nakręciły kakaowość, ale bez cukrowej otoczki zrobiłyby to lepiej. Jestem zaskoczona, że wyszły tak mało znacząco w ogóle, a ja dzięki temu odebrałam je raczej pozytywnie (z zastrzeżeniem w kwestii cukru). Mimo jednak przesłodzenia, ogół miał interesujący charakter i był smaczny. Wydaje mi się, że w marcepanie wcale tak dużo alkoholu nie było, ale że był on podkręcony np. aromatem alkoholowym (?). Mniej cukru w czekoladzie i aromatów w marcepanie, lepsza spójność, a to naprawdę byłaby pyszna tabliczka. Nawet gdyby nie to rozwalanie się, w zasadzie spokojnie miałaby 7. A gdyby kosztowała chociaż trochę mniej mniej (sprawdziłam na stronie producenta - tam kosztuje jakieś 13 zł), to i 8. Potencjał miała.

Już ostatnią kostkę oddałam Mamie - wiedziałam, że nie jej bajka, ale ciekawiło mnie, czy podobne odczucia będzie miała. Powiedziała: "Sama czekolada mi nie smakował, a marcepan był za bardzo kakaowy, a jakiś taki za mało marcepanowy. I te nibsy jeszcze... Alkoholowe specjalnie mi się to nie wydało. No zamysł kompletnie nie mój, no nie lubię kakaowych wariantów, więc mi to nie podeszło". 


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 17,70 zł (za 110g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 51% ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), 26% migdały, cukier, 1,9% krokant kakaowy (nibsy kakaowe, cukier), syrop cukru inwertowanego, 1,1% kakao odtłuszczone alkohol, naturalny aromat kakaowy, naturalne aromaty

poniedziałek, 16 września 2024

DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter ciemna

Mimo że już zjadłam DM Bio Edelbitter Schokolade 90 % Kakao, nie miałam wyrobionego zdania o czekoladach marki tej drogerii. Po kolejną sięgnęłam bez emocji, ale przeczuwając, że może być niezła. Zwyczajna, ale niezła. Zaraz jednak mnie tknęło, czy aby na pewno bez emocji. Dotarło do mnie, że w zasadzie nie bardzo wiedziałam, gdzie kraj Sierra Leone leży. Zrobiło mi się aż trochę wstyd. Jak szybko sprawdziłam, okazało się, że w zachodniej Afryce, w sumie nie tak daleko od Ghany. Ta z kolei kojarzy mi się z prostym (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) kakao. I smacznym. Czy czekała mnie właśnie prosta i smaczna kompozycja? A może... nie taka prosta? Zrobiono ją z kakao kupionego od dwóch kooperatyw: Kasiyatama i Salmed. Obie zajmują się bio uprawą w dytrykcie Kono.

DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Sierra Leone, z dystryktu Kono, marki własnej Drogerii DM.

Po otwarciu poczułam gorzką, czarną kawę i sporo aromatycznego miodu z pazurem, ale i tak ustanawiającego słodycz na wysokim poziomie. Obok pojawiły się bardzo słodkie, suszone morele, które dodały całości soczystość i sczerniałe, miękkie banany. Za nimi zaplątała się odrobinka kwasku owoców... czerwonych? Z kawą zaś mieszały się drzewa i palona nuta. Palona dosadnie, ale nie przesadnie. W oddali kryły się jeszcze orzechy - jakby orzechy w ciemnej czekoladzie?

Twarda tabliczka trzaskała głośno i chrupko, jakby w pełny sposób, obiecując gęstą zbitość. 
W ustach rozpływała się powoli, ale bardzo ochoczo. Pokrywała podniebienie gładką, kremową mazią. Była średnio tłusta i coraz bardziej miękka. Niby trzymała kształt, dając się poznać jako gęsta, ale nie była zbyt zbita.

W smaku przywitała mnie wysoka, lekko soczysta słodycz ze śmietankowym echem. Do głowy przyszedł mi bardzo dojrzały banan, za którym podążał roślinny akcent. Śmietanka niby zaczęła rosnąć, ale była jakby niepewna siebie. Banany wycofały się trochę.

Po sekundzie czy dwóch wkroczyła gorzkość. Nie cackała się i szybko się nasiliła. Palony motyw przeszedł na jej stronę i właśnie osiadł w gorzkości. Zaobfitowało to w czarną kawę zaparzoną na gorzkich ziarnach, ale też same palone ziarna.

Śmietanka wystraszyła się i prawie zniknęła. Banany lekko pobrzmiewały, a do ich słodyczy dołączył miód, który dodał im odwagi. Miód z pazurem, słodki, ale z pewną ostrością. Miód dziki? Na myśl przyszedł mi też miód wymieszany z kakao. Pomyślałam o jakimś bananowym deserze z miodem i kakao.

Rosnąca słodycz spowodowała jeszcze większy wzrost gorzkości. Obok niej zaznaczyły się jednak też drzewa z zielonymi liśćmi i palone drewno... Trochę węgla roślinnego? Jakby leciutka, łagodząca mgiełka... która jednak zamiast złagodzić, jeszcze zmotywowała kawę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawa pokazała się jako ziarna kawy w ciemnej czekoladzie. Ta w udany sposób połączyła wysoką słodycz z gorzkością.

W słodyczy soczystość trochę wzrosła. Do bananów dołączyły suszone morele. Były to morele czysto słodkie, bez cienia kwasku. Zdawały się mieszać z bananami i razem z nimi tonąć w miodzie. Ten jednak trafił na... śmietankę? Pomyślałam o śmietance z miodem albo... o śmietankowym jogurto-deserze z miodem, morelami i bananami? Ale pozbawionym kwasku i oprószonym kakao.

Gorzkość nieco zwolniła... Już nie rosła, a dopuściła do siebie te łagodzące wątki. Drzewa mieszały się z miodem - pomyślałam o ulu na drzewie gdzieś w lesie, a ich sojusz, przemieszanie, a więc i pewne zawahanie co do jednoznaczności wykorzystały orzechy laskowe. Też nie jakoś szczególnie wyraziste, bo oblane ciemną czekoladą.

Na koniec było, jakbym jedząc mieszankę orzechów i ziaren kawy w czekoladzie, trafiła właśnie na kawę. Paloną i cierpką.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej, czarnej kawy oraz wyraźnie ziaren kawy w czekoladzie, wymieszanych z orzechami laskowymi w czekoladzie. Jedne i drugie w ciemnej. Do tego czułam wysoką słodycz wonnego, dzikiego miodu, suszonych moreli i banana - ale dziwnie, jakbym właśnie przegryzła się zębami przez cierpką  skórkę, by go obrać.

Czekolada bardzo mi smakowała. Mimo wysokiej i odważnej słodyczy miodu i bananów, nie zasładzała. Miód wydawał się dziki. Zarówno banany, jak i on wprowadzały roślinne akcenty. potem dołączyło do niego trochę słodkich, suszonych moreli. W udany sposób słodycz połączyła się z gorzkością poprzez wizję ciemnej czekolady otulającej laskowce i ziarna kawy. A samej kawy, i jako ziarna, i jako czarny napój na nich zaparzony, czułam bardzo dużo. Gorzkość ogólnie była wysoka i odważna. Trochę palona, z paroma drzewnymi akcentami. Nie imały się jej łagodzące akcenty, które też wystąpiły jako śmietanka. Końcowo zajęły się jednak raczej słodyczą.


ocena: 9/10
kupiłam: www.dm.pl
cena: 5,95 zł (za 80g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 15 września 2024

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 % ciemna z Kolumbii

Po ostatnim wypadzie w góry do głowy przyszły mi dwie rzeczy: nie mogłam się doczekać kolejnej czystej ciemnej czekolady BTB oraz te głębokie ciemne czekolady marnują się jako bazy pod dodatki. Wtedy nie sposób zachwycić się w pełni duetem czekolady i owoców. No chyba że tylko Madagaskar tak wyszedł. Kto wie? Czekały mnie jeszcze BTB z ziaren z Kolumbii z dodatkami, więc najpierw po prostu musiałam zjeść czystą.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Kolumbii.

Po otwarciu poczułam niejednoznaczny splot, na który złożyła się palona kawa, drzewno-migdałowy wątek, maślane, zakalcowe ciasto, słodki karmel i kwaskawe suszone owoce. Wszystkie te nuty stały na jednym poziomie, nic nie dominowało. Pomyślałam o cieście, które choć porządnie przypiekło się na wierzchu i brzegach, w środku pozostało półsurowe. Drzewa i migdały prawie zlewały się w jedno, a suszone owoce kryły kwasek jakiś innych owoców. Poczułam suszonego ananasa, do którego dołączył sok z cytryny. Inne suszone owoce podeszły pod karmel, dzieląc z nim średnio wysoką słodycz.

Lśniąca tabliczka była masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała chrupko i głośno.
W ustach rozpływała się ni wolno, ni średnio. Była zbita i zachowywała kształt niemal do końca, wykazując dość wysoką maślaną tłustość i trochę oklejając podniebienie. Uraczyła mnie gładką kremowością, a pod koniec roztoczyła wysoką soczystość. Przez nią zniknęła rzadko, acz wciąż rzadko-tłusto.

W smaku przywitała mnie słodycz karmelowego ciasta, zarysowana na statecznej, wyrazistej gorzkości. Przedstawiło się po chwili porządniej jako biszkopt z maślanym zakalcem, polany polewą lub sosem karmelowym.

Wychwyciłam... kwasek? Stanął jednak pod znakiem zapytania.

Karmel był to słodki, ale na pewno palony. Z tym że... palony łagodnie. Z czasem zaczął rozchodzić się na dwa wątki: słodycz i paloność. Z jednej strony pojawiła się słodziutka czekolada karmelowa, z drugiej stanęła paloność. Słodycz umacniała się, a obietnica kwasku zniknęła zupełnie.

Nadciągnęła gorzkość kawy, niczym ciemne chmury przed burzą. Już wiadomo było, że zaraz się rozkręci. Gorzkość wydała mi się mocarna, ale jeszcze nie próbująca zdominować kompozycji. Dołączyła do ciasta. Ciasta o ciemnym kolorze?

W tym czasie paloność zadeklarowała się jako palone drewno. To jednak szybko zmieniło się w drewno po prostu. Drewno albo wręcz drzewa? Z żywszym akcentem. Przy drzewach pojawiły się migdały. 

Paloność została jakby odosobniona. Przez moment wahała się, osłabła, po czym zaserwowała po prostu dym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dym jeszcze podkreślił kawę. Zaraz... czyżby ukrył się w niej kwasek? Nie, chyba jednak nie... Wtedy już wyszła na pierwszy plan i zaczęła się trochę rządzić, ale z czasem się opanowała. Wyjaśniło się, że ciasto wcale nie było mocno przypieczone, a kolor zawdzięczało kawie. Do głowy przyszło mi mocno gorzko kawowe ciasto, kryjące zakalec.

Zza gorzkości wyłoniła się leciutka kwaśność. Przemknął w niej suszony ananas. Karmelowa czekolada wróciła do karmelu, ale i on już nie był zbyt pewny siebie. Częściowo przeszedł w suszone, słodkie owoce. Mimo że kwasek był znikomy, na zasadzie kontrastu przy nim słodycz i tak podskoczyła. Acz tylko na moment. Kwasek jednak i tak po chwili zdecydował się raczej odpuścić.

Kawowość ciasta trochę się rozmyła. Poczułam się, jakbym w słodkim, maślanym biszkopcie z zakalcem zaczęła trafiać na rodzynki o słodko-kwaśnym charakterze. Rozkręciła się soczystość. Ananas suszony stał się warstwą ciasta zrobioną ze świeżego owocu. Podkręconą cytryną? Kwasek jakby... wtapiał się w kawę?

Migdały zasugerowały jeszcze marcepan z ananasem i rodzynkami. Czułam i trochę migdałów marcepanowych, i więcej naturalnych, słodko-łagodniejszych. Wykorzystała to maślaność. Przemknęła obok migdałów i prześcignęła je, po czym znalazła się przy gorzkości.

Kawa i dym zostały złagodzone dość znacząco, choć i na koniec pokazały, co potrafią, wysuwając cierpkość. I jakby kwasek espresso? A dym... ukrył w sobie karmel?

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej, gorzkiej kawy, chyba espresso, na maślanym tle. Czułam też kwasek chyba ananasa i słodkie, suszone owoce, głównie rodzynki. Podkradła się do nich delikatna słodycz karmelowego sosu i trochę czekolady karmelowej.

Czekolada smakowała mi i zaintrygowała. Obrazowa nuta maślanego ciasta z zakalcem, karmel zmieniający się w suszone owoce i suszony ananas, potem ananas jako warstwa ciasta i składnik marcepanu ciekawie prezentowały się obok porządnie gorzkiej kawy (espresso?) i dymu. Słodycz narastała cały czas, ale nie była za wysoka. Kwaśność występowała jakby etapami, a gorzkość pięła się ku dominacji, po czym nagle została złagodzona maślanością. Dynamiczna kompozycja!

Karmel, miód, masło, herbata i owoce suszone, głównie figi, kwiaty Chapon Colombie (2022 czy 2024) niby mogły się trochę kojarzyć, ale jej znaczący wątek czerwonych owoców i wina już nie. 
Zotter Labooko Colombia 80% Dark Chocolate o nutach ciastek z karmelem, rodzynek, marcepana z rumem, moreli i ananasa już bardziej. Nawet smakowała mi na tym samym poziomie, co Zotter - on co prawda podpadł mi nutą melasy, a BTB za wysoką maślanością i tym, że kwasek był niezdecydowany, ale to i tak małe wady. Oceny zróżnicowałam jednak, bo tłustość i rzadkie znikanie BTB wolałabym zmienić w gęstą kremowość.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 10 zł (za 50g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy