poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Rapunzel 70 % Kakao Edelbitterschokolade / Chocolat extra noir ciemna z Boliwii

Marce Rapunzel już na dobre przypisałam przesładzanie. Miałam jednak do czynienia tylko ze smakowymi opcjami. Gdy nadarzyła się okazja, uznałam, że warto byłoby też spróbować ich czystych czekolad. Z opisu dowiedziałam się, że marka wspiera lokalnych rolników w krajach, z których składniki kupuje: poprzez El Ceibo w Boliwii (kakao) oraz Planeta Verde w Brazylii (cukier).

Rapunzel 70% Kakao Edelbitterschokolade / Chocolat extra noir to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Boliwii, słodzona cukrem trzcinowym Rapadura.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach czekoladowego puddingu, deseru mlecznego z likierowo-truflowym, czekoladowym sosem. Wtórował mu wręcz melasowy, mocno palony karmel i melasa - minimalnie soczysta? Melasa z winogron? Gorzkość oddawała cappuccino z odrobinką mleka, a do głowy przyszły mi jeszcze mocno palone, melasowe krówki typu krucho-suchszego oraz ciastka, może baton z płatków owsianych zlepionych karmelową masą-lepiszczem (coś takiego: Ania Baton Crunchy Owsiany). W kompozycji zaplątało się bowiem ciepło... jakby jakiś przypraw?

Czekolada dotarła do mnie w opłakanym stanie. Mimo to, dane mi było ją raz po raz przełamać - wtedy też okazała się twarda i głośno trzaskała głośno. Wydawała się bardzo zbita, a w dotyku lekko pyłkowa. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Była gładka i tłusta, kojarzyła się trochę z chłodnym masłem. Poczucie tłustości osłabiał jednak lekki, pylisty efekt. Z czasem układało się to w mazistą, miękką kremowość. Mimo bowiem trzymania kształtu, masa miękła niczym maślany pudding.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz bardzo mocno palonego karmelu, której towarzyszyła prawie tak samo dosadna palona gorzkość.

Gorzkość skojarzyła mi się z gorącą, cierpką, ziarnistą kawą z ekspresu, za której sprawą słodycz też zaczęła robić się poważniejsza i jakby lekko goryczkowata sama w sobie. Karmel zmienił się w mocno paloną, ciężką melasę. Melasę z winogron o nikłej soczystości?

Do kawy w tym czasie dodano odrobinkę mleka. Gorzkość łagodniała, a choć wciąż czułam goryczkę ziaren, to w głowie miałam raczej cappuccino. Zakradło się mleko, podkreślone wanilią. A cappuccino musiało to być nienachalnie posypane lekko kakao w proszku.

Mleko nie próżnując, zbliżyło się na chwilę do słodyczy, tworząc obraz mocno palonych, melasowo-karmelowych, kruchych krówek. Krówek kakaowych? Może nawet niekoniecznie samych krówek, co wspomnianych już ciastek, batonów smakujących krówkowo, a zrobionych z wypieczonych płatków owsianych, zlepionych słodko-paloną masą. Ciepła słodycz robiła wręcz aluzje do przypraw. Słodycz na chwilę się zawahała, jednak w ramach krówkowego motywu znów zaczęła nieco rosnąć.

Gorzkość nie pozostawała w tyle. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mocna paloność przywiodła na myśl kominek w salonie z drewnianymi meblami. Drewno w nim trzaskała i ogrzewało scenerię.

W oddali przemknęła leciutka soczystość. Pomyślałam o doprawionych cynamonem, chyba trochę korzennie, powidłach śliwkowych - właśnie robionych, jeszcze ciepłych? Śliwki jak już się pojawiły, tak zostały do końca, subtelnie pobrzmiewając gdzieś w tle.

Ciepło zagościło więc i do słodyczy. Palone, karmelowo-melasowo-krówkowe tony ewidentnie przeplotła ciepła korzenność. Owsiano-krówkowe ciastko-batony zmieniły się w ciastka korzenne. Korzenność zbliżała się do pikanterii, lecz nagle zmieniła kierunek.

Korzenność nagle prawie zupełnie uciekła na rzecz rozgrzewającego alkoholu, a ja nagle poczułam się, jakbym jadła zrobiony na mleku deser, pudding kakaowo-czekoladowo-cynamonowy z charakternym, likierowo-truflowym sosem czekoladowym. Jego słodycz i alkoholowość, odległa pikanteria lekko rozgrzewały język. W nim też kryła się cierpka nutka kakao w proszku i wanilia. Korzenność nie dawała za wygraną, przekładając się na posypkę z ciastek korzennych, owsiano-krówkowo-korzennych, wieńczącą opisany pudding.

Po zjedzeniu został posmak truflowo-kakaowy i mocno palono karmelowo-melasowy, lekko doprawiony cynamonem, co przełożyło się wręcz na lekkie gryzienie w język. Przyprawy na cynamonie nie skończyły - bardziej złożona korzenność jakby chowała się za motywem palonego, kominkowego drewna. Paloność ogólnie stanęła na wysokim, poważnym poziomie.

Czekolada wyszła smacznie, choć mogłaby być odrobinę mniej słodka. Podobał mi się jej poważny wydźwięk, jaki fundowały melasowe krówki i pudding korzenny z sosem truflowo-likierowym. Choć słodycz była wysoka, zagościło mleko w ramach cappuccino, to ogół nie był przesłodzony czy łagodny. Gorzkość ładnie się wyeksponowała. Palone nuty i pewne ciepło dobrze się spisały. A kakao w proszku nie dawało się za bardzo we znaki, nie przeszkadzało, mimo że wyczuwalne. Wydaje mi się, że cukier Rapadura (inaczej Panela / Muscovado) dobrze je ograł. O ile delikatniejsze nadzienia przesładzał kompletnie, tu się sprawdził, chowając kakao w proszku.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 16,76 zł (za 80g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy pełny Rapadura 27%, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, wanilia Bourbon

niedziela, 17 sierpnia 2025

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą

Choć nie lubię białej czekolady i nie przemawia do mnie większość kremów orzechowych, do których jest dodawana, akurat zestawienie migdałów i kokosa właśnie z nią, uznaję. Oczywiście, w granicach rozsądku, by nie było za słodko. Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem odebrałam bardzo pozytywnie, jednak ze względu na wielkość opakowania wiedziałam, że do niego nie wrócę. Stąd myśl, że warto dać szansę dzisiaj przedstawianemu. Zamawiając, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. A po zjedzeniu paru kremów Dobrego Orzecha... też nie ułożyłam sobie w głowie żadnego wyobrażenia.

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą to czekoladowo-migdałowy krem z prażonych, blanszowanych migdałów z pastą kokosową i białą czekoladą.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkiego kokosa. Do głowy przyszła mi biała czekolada z wiórkami oraz tłusty krem z pralinek typu Raffaello. Biała czekolada była istotnym elementem, niewątpliwie dosładzającym i napędzającym mleczność. Zalatywała trochę tanio. Raz po raz przemknęło mi echo kwasku kokosowo-śmietankowego. Obok wyraźnie pokazały się migdały - choć one nasiliły się dopiero, gdy uporałam się z olejem i już w trakcie jedzenia. Wtedy rozbrzmiewały na równi z kokosem. Tchnęły w kompozycję szlachetną wytrawność, mimo że i one zawierały słodycz.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam, ile się dało, czyli jakieś 4 łyżeczki. Odrobina oleju mieszała się już niestety za bardzo z ruchomo-lejącym, rzadkim wierzchem kremu. 
Podczas mieszania okazało się, że na dnie krem nieco podsechł, ale biorąc pod uwagę, jak lejąco-tłusta była większość słoika, wyrównało się... Trochę trwało, nim rozmieszałam grudki, w jakie krem się pozbijał, do jednolitej konsystencji, ale w końcu osiągnęłam jednolicie-kremowy efekt. Wtedy krem wciąż był raczej rzadki i półpłynny, ale jednocześnie trochę kleisty. Wyglądał na bardzo oleisty. Widać w nim do tego pojedyncze drobinki wiórków i czarne kropeczki.
W ustach rozpływał się w tempie średnio-szybkim, bardzo łatwo rzednąc. Na chwilę trochę zalepiał, ale prędko odpuszczał. Był rzadkawo-miękki. Czuć w nim proszkowość i pylistość, napędzane głównie mocno zmielonym kokosem, nie migdałami. Tłustość była wysoka. Połączyła w sobie kremową, tłusto-mleczną czekoladę z oleistością.
Gdy z ciekawości pogryzłam pastę, trzeszczała jak delikatne wiórki kokosowe wymieszane z jakimś pyłkiem.
Gdy masa rzadko zniknęła z ust, zostawały w nich pojedyncze drobinki kokosa, wręcz proszek kokosowy. Nie wymagały gryzienia, ale urozmaicały strukturę. Ja je jako tako czasem ciamkałam - wyszły subtelnie krucho-chrupko.

W smaku krem przywitał mnie wysoką słodyczą. Wyszła trochę rozpoznawalnie, ale nie chamsko cukrowo, na co przełożyła się biała czekolada. Pokazała się, mignęła taniością, po czym minimalnie wycofała słodycz. Tak, że stanęła na poziomie bardzo wysokim, nie straszliwie wysokim.

Czekolada pozostawiła za to wyrazistą mleczność. Przemknęło mi nawet mleko w proszku, ale zaraz mleczność zaczęła się zmieniać. Poczułam wręcz śmietankowość, co po chwili spójnie wprowadziło kokosa. Wykazywał też wysoką, w pełni naturalną słodycz i pewien mleczny ton, więc zgrał się z czekoladą w jedno. Tak, że biało czekoladowość przestała być taka oczywista.

Migdały pojawiły się za nimi, dość szybko. Wplotły ledwo uchwytną prażoną nutkę oraz ogrom słodyczy. Słodycz kremu pod ich wpływem zdecydowała się na bardziej kokosowo-migdałowy, niecukrowy wydźwięk, a jednak... pralinki typu Raffaello zagościły w mych myślach. Czułam się, jakbym jadła krem z pralinek, niekoniecznie w wersji wyidealizowanej. Wegańskie Raffaello? Migdały kryły jakby roślinnie wegańską nutkę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji migdały dosłownie przez ułamek sekundy obiecały pewną wytrawność, ale... jednak nie nadeszła. Zatraciły się w swej słodyczy. W dodatku wróciła wyższa, białoczekoladowa słodycz. Okazała się trochę przesadzona, mimo że częściowo podporządkowana migdałom. Kokos również się w niej odnalazł, na dobre sprawiając, że czułam się, jakbym jadła wspomniane pralinki w wersji pozbawionej migdała ze środka. 

Słodycz kremu kokosowo-migdałowego zmierzała w drapiącym kierunku. Nie pomogły akcenty kokosa bardziej wiórkowego, który wyłonił się wraz z wyłaniającymi się drobinkami. Zwieńczył wizję pralinek kokosowych i białej czekolady o nazbyt słodkim, trochę tanim smaku.

Po zjedzeniu został posmak średniej białej czekolady, słodkiego kremu i miazgi kokosowych. Biała czekolada zbytnio się rządziła - pomogła w tym sobie drapaniem w gardle. W oddali zaznaczyły się słodko-kremowe migdały. 

Krem mi nie podszedł. Już po paru łyżeczkach wiedziałam, że nie dam rady za dużo go zjeść osobno (kremy orzechowe przeważnie, dość często jem po prostu łyżeczką). Wyszedł za słodko i za rzadko, jak sos. Nie rozumiem, po co tyle białej czekolady do tak słodkiego duetu jakim jest miazga kokosowa i blanszowane migdały. One przecież same w sobie potrafią wręcz zasładzać. Do kremu kokowo-migdałowgo z białą czekoladą widziałabym właśnie nieblanszowane migdały dla przełamania. Ten smakował... niczym krem z pralinek typu Raffaello, ale bez migdała w środku. A to przecież on był zawsze główną atrakcją. Biała czekolada w sumie wpasowała się, ale niczego dobrego nie wrosła... po prostu była.

Jako że kojarzyło mi się to bardziej z sosem niż kremem, postanowiłam tak to wykorzystać. Jako że do głowy przyszły mi pralinki typu Raffaello pozbawione migdałów, czułam, że tam aż się prosi całe migdały dodać. Stąd i pomysł na twarożek z tym kremem i migdałami.
W zestawieniu z naturalnymi, wyrazistymi migdałami krem... wyszedł blado migdałowo. Kokosa jako tako czuć, ale niestety na przód wybiła słodka biała czekolada. Wyszedł jak bardzo słodki, sosowaty dodatek, który niby wyszedł nieźle z twarożkiem, ale nie tak, bym miała to połączenie szczególnie chwalić.

Uznałam, że można by to też podrasować w kokosowym stylu i zrobiłam jaglankę (bo od dawna za mną chodziło). Inaczej jednak niż zwykle, bo ugotowałam ją na odrobinie wody i mleczku kokosowym light, a już w misce posypałam jeszcze wiórkami. Dodałam do tego łychę kremu (jakieś góra 25g?).
Ku mojemu zaskoczeniu, krem nie popłynął od ciepła kaszy, a wręcz chwilami wydawał się ciutkę gęstnieć. Wyszedł bardzo lepiszczo, a tłustość dawała się we znaki.
W smaku na pierwszy i chyba drugi plan wybiła słodycz białej czekolady. Pod wpływem ciepła zasładzała i drapała w gardle po sekundzie czy dwóch. Za słodyczą znalazł się kokos. Nie wydawało mi się, że to mleczko kokosowe i wiórki go podkręcały. Po prostu w cieple kokos jakoś bardziej niż migdały uczepił się słodyczy. Migdały... odeszły na bardzo daleki plan. Kasza zdawała się je trochę wydobywać, ale dałoby się zapomnieć, że to krem migdałowy. Wyszło to raczej jak zacukrzający, białoczekoladowy kremo-sos. Na ciepło to najgorsza opcja.

Jak widać, nie wyszedł najlepiej ani sam w sobie, ani do czegoś. Ani sam, ani z czymś mi ten krem nie pasował, więc oddałam Mamie. Jej słowa: "W pierwszej chwili, gdy samego kremu spróbowałam łyżeczką, wydał mi się niedobry, jak tania biała czekolada. Gdy go próbowałam jeść z ciastkami pełnoziarnistymi, to czułam w nim wyraźnie mleko w proszku i głównie białą czekoladę. Kokosa potem. Całość mi nie smakowała i w dodatku zbyt lejąca była". Mama nie skończyła kremu, więc resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 5/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 28 zł za 180g
kaloryczność: 609,2 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone blanszowane migdały 70%, pasta kokosowa 15%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii)

piątek, 15 sierpnia 2025

Lila Cokolada 75 % Tmava Cokolada Indie Idukki ciemna z Indii

Choć czeska marka Lílá Čokoláda powstała około walentynek 2016 roku, ja zobaczyłam ją po raz pierwszy niedawno. Postanowiłam zamówić tabliczkę na próbę i trochę o niej poczytałam na krótko przed degustacją. Swoją przygodę z czekoladą twórcy marki zaczęli w 2009, kiedy to mieszkali w Anglii. Na początek zamówili ziarna z Indii i wszystko robili sami, od zera, co im się bardzo spodobało. Mnie z kolei bardzo się spodobało, że traf chciał, że ja kupiłam ich czekoladę właśnie z indyjskiego kakao. Obstawiam, że może być ona wręcz popisową. Wracając do ich historii: po powrocie do ojczyzny uznali, że i tu zajmą się czekoladą. Mieli jednak ponoć prawdziwy "cyrk" z rozpoczęciem sprzedaży, bo nikt ich nie znał. A jednak... Stworzyli markę i pomalutku, powolutku... Markę sobie wyrobili, jak to się mówi, bo degustatorski świat ich docenił. Miłe, że producent sporo zdradził w opisie, np. że fermentacja trwała 5 dni w drewnianych skrzyniach wykonanych z drewna dzikiego chlebowca, przykrytych workami jutowymi, a kakao było suszone na stołach pod zadaszeniem, pod stałym nadzorem i regularnie obracane.

Lílá Čokoláda 75 % Tmava Cokolada Indie Idukki to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Indii, ze stanu Idukki.

Po otwarciu poczułam soczyste słodko-kwaskawe jabłka i chyba śliwki. Szły trochę w kierunku białego słodkiego wina pozbawionego jednak alkoholowości. Pewne ciepło, rozgrzewanie sobie zostawiło. Wkradły się poprzez to goryczkowate przyprawy: kardamon i pieprz. Wyszły trochę ciężkawo, co kontynuował też wyczuwalny, goryczkowaty mak. Mak z wciąż soczystymi, kwaskawymi owocami suszonymi - niekoniecznie jako masa makowa, ale po prostu z owocami i orzechami. Mak pozbawiony słodyczy, mimo że słodycz obok się zarysowała. Bardziej jednak jako ciasto ucierane... też z owocami - jabłkami? I... niezwykle jednoznaczny, kwaskawy sernik z rodzynkami. W zasadzie czułam bardziej rodzynki z sernika, niż sernik z rodzynkami. Zapach wydał mi się przytulnie ciastowy i niezwykle soczysty.

Tabliczka wyglądała na kremową i jednocześnie masywną. Taki odbiór zapewniła jej grubość i związana z nią twardość. W dotyku wydawała się potencjalnie lepkawa (mimo że nie rozpuszczała się w dłoniach ani nic z tych rzeczy), a trzaskała średnio głośno, ale konkretnie, jakby była bardzo gęsta.
W ustach czekolada rozpływała się istotnie bardzo kremowo i gęsto-maziście. Była średnio tłusta i zalepiająca. Rozpływała się powoli, ochoczo mięknąc. Końcowo sprawiała wręcz suchawe wrażenie.

W smaku przywitała mnie jako pierwsza wysoka słodycz jasnego miodu. Przywołała masę makową, za którą pojawiło się bardziej palone echo karmelu. Przez myśl przemknęła mi też pszenna bułeczka polana miodem. Bułeczka drożdżowo-pszenna?

Miód zaczął odpuszczać, ustępując miejsca owocom suszonym. Te połączyły już słodycz z kwaśnością. Bułka z kolei zaczęła przeistaczać się ewidentnie w słodki wypiek. Właśnie z owocami... i makiem?

Słodycz nieco osłabła, zmieniając wydźwięk. Przemknęło mi przez myśl ciasto ucierane z miodem... po chwili już może nawet nie z miodem, a zwyklejsze, ale na pewno z owocami. To był wręcz jakiś placek wilgotny od mnóstwa owoców: jabłek, paru śliwek. Jabłka przedstawiły się jako słodko-kwaśne i przez chwilę bardziej świeże, surowe; kwaśniejsze.

Swoją obecność zgłosiła gorzkość. Najpierw niska, ale już w ciągu kolejnych chwil bardzo znacząca. Wiązało się z nią ciepło, przywodzące na myśl charakterniejsze korzenne przyprawy. Kardamon? Trochę pieprzu?

Pod wpływem ciepła przypraw, jabłka odbiły w stronę prażonych z cynamonem, trochę karmelizujących się w swoim soku.

Suszone owoce mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa roztoczyły więcej kwasku i nawet cierpkości. Pomyślałam o suszonej żurawinie i kwaśno-soczystych suszonych śliwkach, a także rodzynkach... Rodzynkach prosto z sernika. Dały się poznać jako słodko-kwaśne, ale też z echem tego twarogowo kwaskawego ciasta. Przy tym wszystkim nawet jabłka zrobiły ukłon suszoności, a mi do głowy przyszły gąbczaste, suszone plastry jabłek.

Sernik i ciasto ucierane mieszały się z lekko orzechowym akcentem. Był niedookreślony, nieco splatający się z goryczką, więc do głowy przyszły mi orzechy włoskie i laskowe koniecznie w skórkach. Także wspomniane przyprawy weszły w ciasta, dodając im korzennego klimatu.

Mak nie odpuszczał, obfitując w wizję serowo-makowego ciasta z wyraźną kwaśnością twarogu. Także on podpiął się pod lekką gorzkość. Lekką, bo po nagłym wzroście zdążyła już osłabnąć i ustąpić sporo miejsca słodyczy.

Kwasek zdawał się krążyć, bez prób zdobycia pierwszego planu. Owoce suszone trochę się zgubiły, a jabłka odłączyły się od ciastowych realiów. Śliwki i jabłka wyszły świeżo-surowo i słodko, po czym pojawił się przy nich malinowy krem do ciasta, budyń. Zawrócił owoce ku słodkim wypiekom.

A wypieki na dobre związały się  już z kardamonem i pieprzem. Wyobraziłam sobie bardzo słodkie, jakby trochę przyprawione, białe wino o soczyście-ciężkim smaku. W nim osiadły jabłka i śliwki, wraz z kwaskiem. Ale... jakby bez alkoholu.

Po zjedzeniu został posmak ciężko słodkiego, ale jakby nie alkoholowego białego wina, mieszającego się z miodowym ciastem ucieranym i kwaśnymi rodzynkami prosto z sernika. Czułam też sporo ciężkich ciepło-goryczkowatych przypraw; "pieprznych" (niekoniecznie samego i tylko pieprzu), acz już niejednoznacznych.

Czekolada była bardzo ciekawa i obrazowa. Mak z suszonymi owocami i orzechami, rodzynki z sernika i ciasto twarogowo-makowe, mieszające się z jabłkami i śliwkami, które epizodycznie były a to jak z ciasta ucieranego, a to z wina, a to surowe. Trochę orzechów i gorzkich przypraw dodało charakteru, pazurków tej słodkiej kompozycji. Słodycz bowiem nie próżnowała - wszak był tu jeszcze i miód, i echo karmelu, oprócz ogólnej ciastowości. Mimo wielu owocowych nut, kompozycja nie wyszła bardzo owocowo. Kwasek był dodatkiem, acz bardzo istotnym. Wydało mi się to dynamiczne i zgrane, jakby przemyślane. Konsystencja błogo gęsta i konkretna.

Ta wysoka słodycz została tu ciekawie ograna, co przełożyło się na to, że smakowała mi bardziej niż np. za delikatnie ciasteczkowa, maślano-puddingowa Millesime Chocolat Inde Terroir de Kaithapara Forastero Noir 74 % o nutach miodu i fig. Podobało mi się też, że wyszła tak poważniej, a nie np. jak Sirene Chocolate Limited Edition Idukki, India 73 % Dark Chocolate z gorzkością hamowaną maślanością i nutami korzennego toffi.


ocena: 9/10
kupiłam: cokobanka.cz
cena: €3,55 (15 zł; za 50g)
kaloryczność: 586,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy

czwartek, 14 sierpnia 2025

Ehrmann High Protein Double Choc

Ten deser miał pecha. Tego typu rzeczy dawno mi przeszły, ale od jakiegoś czasu coś takiego czekoladowego, z czekoladową śmietanką lub mousse'em za mną chodziło. W dodatku dowiedziałam się, że muszę znacznie zwiększyć spożywanie białka. Zaczęłam więc zerkać na produkty białkowe - acz jak z głową zaczęłam porównywać składy, większość okazała się tylko drogimi chwytami. Ten na przykład wcale aż tak zachwycająco proteinowy mi się nie wydał, gdy porównałam go do ulubionych jogurtów. Owszem, w porównaniu do innych czekoladowych deserów ze śmietanką wyglądało to już lepiej. A jako, że zwyczajnie miałam ochotę na coś takiego, tego nie próbowałam, postanowiłam kupić. Niestety, niedługo po tym Mama kupiła Nestle Gold Knackige Mousse Vanille. A że datę miał krótszą, najpierw rozprawiłyśmy się z podlinkowanym deserem. No i nasyciłam się takimi deserami na długo. Biorąc się za dziś przedstawiany deser, czułam, że mam przesyt za bardzo niemoich produktów. 

Ehrmann High Protein Double Choc to "czekoladowy deser mleczny z wysoką zawartością białka z bitą śmietanką czekoladową"; słodzony słodzikami, bez cukru; bez laktozy.

Nim zabrałam się do jedzenia, deser wystawiłam z lodówki na prawie 2 godziny, by doszedł do przystępnej temperatury.

Po otwarciu poczułam średnio, choć wyraźnie słodki zapach czekoladowo-kakaowego, acz niegorzkiego budyniu, w którym zaplątało się sugestywne echo orzechów laskowych, prezentujących się na mlecznej bazie. Czekolada i kakao stały jakby obok mleczności, nie było efektu mlecznej czekolady - do głowy przyszły mi raczej desery typu Monte.

Proporcje śmietanki do budyniu były niezłe, bo nie pożałowano żadnej z warstw. Początkowo wydawało się, że śmietanki było tylko niewiele mniej niż budyniu, jednak gdy zaczęłam jeść, odkryłam, że śmietanki było sporo, jednak budyniu o wiele, wiele więcej, iż miałam wrażenie, że się nie kończy. W tym przypadku wydawało mi się, że pudding za bardzo zdominował deser. Tym bardziej, że pod względem struktury i ciężkości niezbyt do śmietanki pasował.
Śmietanka mimo że tłusta, nie była ciężka, a porządnie napowietrzona i lekka. W dodatku pochwalić się mogła trzymaniem swojej chmurkowej formy. Jednak zaskoczyła mnie, że w miarę jak jadłam (długo), ona podsychała na brzegach; na ściankach i wieczku w ogóle zrobiła się zaschnięta warstewka, przypominająca twardą skorupko-folię. Dziwne.
Śmietanka w ustach nieco gęstniała i sugerowała marginalną pylistość, a do tego lekko ściągała zęby.
Budyń pod spodem był bardzo gęsty, wręcz trochę sztywny i kremowy. Łyżeczkę spokojnie można w nim postawić, a po przechyleniu kubeczka do góry dnem, ani trochę się nie ruszał. Dał się poznać jako idealnie gładki i trochę wręcz śliskawo-glutowaty, jakby żelatynowy. Tłustość śmietanki stała na średnio-wysokim poziomie. Wypełniał usta i je zalepiał, ciesząc gęstością i czekoladową mazistością, rozpływając się w tempie umiarkowanym.

Powiedziałabym, że to Ehrmann High Protein Chocolate Pudding. Twór masywny i bardzo syty. Najadłam się nim już jakimiś 2/3 deseru, potem trochę przytłaczał i wręcz męczył.
Podczas jedzenia warstwy okazały się średnio do siebie pasować. Tak chmurkowa śmietanka i ciężko-syty spód były kontrastowe. Obie bardzo otłuszczały usta, mimo że deser nie był straszliwie tłusty. 

W smaku śmietanka przywitała mnie delikatną słodyczą i nutką cierpkawego kakao. Czuć je wyraźnie, mimo że nie było gorzkie. Grzecznie zgrało się ze śmietankowością samą w sobie, co kojarzyło mi się z dawnymi lodami kakaowymi z budki, robionymi "domowo". Ta część jawiła się jako łagodna.

Budyń w smaku witał się słodką, nieokreśloną czekoladą i mlekiem. Wyraźnie wyczuwalna śmietanka nie podyktowała czekoladzie mleczności - ta ewidentnie należała do bazy. Nie pchała się do czekoladowości. Choć pokazało się też lekko cierpkie kakao, czekoladowość nie była gorzka. Ciemna za to owszem. Powiedziałabym, że to raczej mieszanka "kakałka" i czekolady słodko-wytrawniejszej, których słodycz wzrastała z czasem do średnio-wysokiego poziomu. Słodycz łączyła czekoladowość z mleczną bazą w harmonii. Chwilami budyń robił nieśmiałe aluzje do smaku czekoladowo-orzechowego. A jednak, po paru łyżeczkach ze słodyczy wyłamywał się też sztuczny słodzik.

Kiedy sam budyń zagarniałam bezpośrednio po śmietance, jawił się jako ten mocniej czekoladowy; ciemnoczekoladowy, choć słodki - i to niestety w jawniej słodzikowy sposób. Z kolei gdy po budyniu zagarnęłam samą śmietankę, przedstawiała się jako bardziej słodka i "kakałkowa".
Wydawało mi się, że bardziej jakby zwykła śmietanka, ujawniała słodzikowość puddingu.

Gdy zagarniałam i śmietankę, i budyń jednocześnie, wątki czekoladowo-kakaowy i mleczno-śmietankowy znalazły się na równym poziomie, a mnie do głowy znów przyszedł deser a'la Monte. A jednak... śmietanka jako kakaowa bita śmietanka zatracała się. Wolałam więc zagarniać warstwy oddzielnie.

Po zjedzeniu został nieprzyjemnie sztucznie słodzikowy posmak, a ja czułam się trochę przesłodzona i ogólnie przytłoczona tym deserem. Oprócz tego czułam wyraźnie śmietankowo-mleczny wątek i czekoladę niemleczną, ale też nie mocno ciemną; lekko "kakałkową".

Deser uważam za dobry, choć mam wątpliwości co do jego gramatury i formy - jak na coś takiego, sytego etc., spokojnie mógłby być mniejszy. Pod koniec bowiem robił się męczący, a jego poszczególne elementy (zwłaszcza słodzikowość) przytłaczały. Smaczna baza Ehrmann High Protein Chocolate Pudding zyskała godne towarzystwo porządnej, kakaowej śmietanki. Może nie współgrały zachwycająco, ale też sobie nie przeszkadzały. Słodycz całości była przyjemnie niska jak na tego typu produkty (ogólnie średnia, ale po deserze tego typu można by się spodziewać przesłodzenia), lecz szkoda, że tak słodzikowa. Za ogromny plus uważam wydźwięk ciemnoczekoladowo-kakaowy, mimo wyraźnie wyczuwalnej mleczno-śmietankowej części.
Nie wiem, czy Ehrmann High Protein Chocolate Pudding oceniłabym na te 8 obecnie, ale... może tak, a po prostu ten pudding w kontraście do śmietanki wyszedł nieco gorzej.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,01 zł (za 200g)
kaloryczność: 81 kcal / 100 g; cały 200g - 162 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, białka mleka 8,0%, śmietanka 5%, kakao w proszku 1,4%, skrobia modyfikowana, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,5%, substancje zagęszczające (karagen, E 466), żelatyna wołowa, barwnik E150c, emulgator E472b, laktaza, aromat naturalny, substancje słodzące (Acesulfam K, sukraloza), aromat

wtorek, 12 sierpnia 2025

Cokoladovna Lana RAW BIO 73 % ciemna surowa z Republiki Dominikany

Bardzo żałuję, że aż dwa opakowania czeskich czekolad Lana trafiły do mnie rozerwane, przez co nie mogłam ich sobie rozłożyć w czasie, w kolejności jakiej by mi się podobało. A dziś przedstawianą z ogromną ochotą zostawiłabym na koniec ze względu na wysokie oczekiwania, jakie wobec niej miałam. Z drugiej jednak strony, dawno nie jadłam surowej czekolady, więc może nie tak źle, że kolejna otwierana Lana to właśnie ta? Swoją drogą, miło, że postawili na kakao z Dominikany, a nie jak producenci przeważnie jak robią surową czekoladę, to z przeznaczają na to kakao z Peru.


Čokoládovna Lana RAW BIO 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73% surowego kakao z z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam kwaśny zapach cytrusów z cytryną na czele oraz ziemi - też jakby kwasowatej, mieszającej się z różnymi, goryczkowato-kwaskawymi, świeżymi ziołami. Słodycz wystąpiła jako połączenie miodu i syropu. Przejawiała mocno palony wydźwięk. Podszepnęła cytrusom trochę miodowo-cytrynowych landrynek / tabletek na gardło. Za nią rozchodziły się strączki - powiedziałabym, że pieczone np. ciecierzyca, fasola, których wytrawność łagodziły niedookreślone orzechy. Z kolei co kwaśniejsze zapędy cytrusów łagodziły morele i ogólny, przemieszany, niejednoznaczny owocowy wątek. W oddali przemknęła jeszcze łagodna, rześka maślanka.

Prawie czarna, lśniąca czekolada wyglądała na kremową i tłustą. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, w stłumiony sposób. Wydawała się też kryć coś zawilgoconego. 
W ustach rozpływała się średnio wolno i maziście-kremowo. Mimo chropowatego początku, z czasem zrobiła się gładka i aksamitna. Wykazywała niską tłustość, z czasem łatwo rzednąc. Poczucie tłustości osłabiała łagodna, zawiesinowo-proszkowa mgiełka. Miękła, zachowując zwarty kształt niemal do końca. 

W smaku pierwszą poczułam intensywną i dość ciężką, ale średnio wysoką słodycz palonego karmelu. Wtórowała jej maślanka, pilnując, by nie pozwoliła sobie na za wiele. Przemknęło też coś owocowego, ale bardzo nieokreślonego. Maślanka dała się poznać jako łagodna, ze znikomym kwaskiem. W dodatku orzeźwiła nieco ciężkawe zapędy karmelu.

Słodycz umocniła palony ton. Paloność rosła, a wraz z nią lekko też sam poziom słodyczy. Do karmelu dołączył syrop. Zaczęły się mieszać, a jako że był to intensywny syrop ziołowy, zaraz znacząco przygłuszył karmel.

Za subtelnym kwaskiem maślanki przewinął się sok morelowy i... jakieś cierpkawe owoce, podkradające się do tego syropu. Syropu... ziołowo-wiśniowego? Mimo kwasku i cierpkości, bardzo też słodkiego.

Maślanka na chwilę pochyliła się ku wytrawniejszemu motywowi... sera wędzonego? Do głowy przyszedł mi jakiś niecodziennie niesłony oscypek podany z sosem wiśniowo-morelowym.

Gorzkość przebudziła się i zaczęła rosnąć powoli, trochę wręcz leniwie. Była subtelna i początkowo próbowała wpisywać się w paloność słodyczy, nawet ją trochę na zasadzie kontrastu uwypuklając, ale potem zrezygnowała. Odnotowałam strączki - pieczone? Ciecierzyca i fasola zaczęły się jednak mieszać z surowymi, naturalnie słodkawymi orzechami, odlegle przywodząc na myśl jakieś zdrowe desery, budynie kakaowe właśnie z nich zrobione.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do wytrawniejszej, subtelnej mieszaniny dołączyła ziemia i nadała jej charakteru. Gorzkość zaczęła odważnie prężniej rosnąć. Przy ziemi znalazły się jeszcze pojedyncze zioła. A jednak porządny, siekierowy wzrost uniemożliwiło temu echo masła. Masła z ziołami?

Zioła zdradzały świeżość, rześkość, która trochę rozkręciła kwaśność. Nagle ta subtelna, wręcz mglista kwaskawość maślanki zmieniła się w owoce. Trudno było je połapać i ponazywać. Wyszedł z tego słodko-egzotyczny, multiwitaminowy splot, z którego tylko morele i banany ambitniej dawały o sobie znać. Kwaśność dodatkowo wzmocniły cytrusy z cytryną na czele. A jednak i słodycz się nasiliła. Na moment z czasem przypomniały o sobie wiśnie, wiążąc się w duet z bananem, po czym w głowie znowu zrobił mi się owocowy, raczej egzotyczny mętlik.

Cytryna nasączyła ziemię, nadając jej trochę kwasowego wydźwięku, mimo że kwaśność nie zagościła na długo. Zaraz i zaczęła słabnąć, acz przełożyła się na to, iż w mojej głowie widziałam ziemię bardzo wilgotną. Obok stanęły świeże, też lekko kwaskawe, ale już i bardziej goryczkowate zioła. Zioła te mieszały się z cytryną, zwracając uwagę na jej świeżo startą skórkę.

Karmel zgubił gdzieś palony motyw i zaczął przechodzić w miód. Nie do końca, ale jednak. Pomyślałam o jakimś ziołowym miodzie, a po chwili ziołowym syropie sporządzonym na miodzie. Zioła zdradzały pikanterię - może nie wysoką, ale aż lekko gryzącą w język. Do czego chyba też słodycz próbowała się dołożyć? I nawet lekko zaznaczyła się w gardle.

Maślanka z kolei zmieniła się w masło, a mi do głowy przyszło ziołowe masło z miodem. Końcowo słodycz pokazała się jako ryzykownie, ale jeszcze nie przesadnie, wysoka.

Po zjedzeniu został posmak znacząco słodki, łączący i mieszający w niejednoznaczny splot karmel, miód i syrop oraz motyw ziemi i strączków. Otulały je nieśmiałe zioła i orzechy, a także nasączała lekka, kwaskawo-goryczkowata cytryna. Trzymała się jej niedookreślona owocowość (trochę rozmytych moreli i bananów?); multiwitamina.

Całość prezentowała się naprawdę smacznie i głęboko. Podobało mi się, jak nagle wystrzeliła gorzkość, ziemia, zioła, strączki - cały wytrawniejszy wątek. Ogólna wysoka słodycz karmelu, miodu i syropu sprawiła, że nie była to jednak siekierowa kompozycja. Kwaśność zaskakująco niska jak na surową czekoladę - lekka maślanka, trochę niedookreślonych owoców wpasowały się jednak w resztę kompozycji udanie. Bardzo polubiłam się z łagodnie ziołowym motywem. Cytryna ożywiła niektóre nuty, co też ciekawie wyszło. Strączkowy deser kakaowy - niecodzienne skojarzenie. Ze względu na palony charakter słodyczy, nie zgadłabym, że to czekolada z surowego kakao. Ale może i dominikańskie ziarna się na to przełożyły? Chyba jeszcze nie jadłam surowej tabliczki z Dominikany. Ta jednak trochę ryzykownie wysoka słodycz odciągała uwagę od surowości - to mój jedyny większy zarzut.


Niedookreślony sok, sok marchwiowy, a więc słodki, ale wytrawniejszy, trochę wiśni maślankę i jakiś napar, które czułam w Czarna Czekolada Dominikana Hispaniola 74 % trochę się kojarzyły z niektórymi nutami dzisiejszej. 
Kiwi i banany, duszono-wędzone śliwki i likier kawowy Zdrowej Sowy Czekolada 80 % Dominikana z kolei w ogóle nie kojarzyły się z dzisiejszą. Ogólnie wydała mi się taka... niby dominikańska, ale niekoniecznie.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Olini Czekolini Krem z orzechów z surowym kakao i bananami

Nie zostawiłam tego kremu od Olini na koniec umyślnie, a po prostu czekałam, aż mnie bardzo najdzie na czekoladowy krem. I to w dodatku nie taki zwyczajnie czekoladowy, a bananowy. Banany w słodyczach zazwyczaj wychodzą kiepsko, ale parę kremów orzechowych pokazało mi, że w nich właśnie się sprawdzają. Pewnie dlatego, że producenci, z którymi kremami miałam do czynienia, zdecydowali się na prawdziwe banany. Nie inaczej było z Olini, które w ogóle ceni sobie jakość produktów i ich wartości prozdrowotne. Swój czekoladowy krem zrobili z surowym kakao, wychwalając jego wartości (jak piszą: "powstał w oparciu o dowody naukowe i należy do tzw. Evidence Based Food", a "jego recepturę pomogli opracować naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi"). To jednak trochę mnie zdziwiło, bo na stronie swoje kremy z owocami zachwalają jako produkty dla dzieci, a to jednak... wyglądało mi na takie, co to niekoniecznie musi wyjść jak jakiś uroczy kremik czekoladowy, a coś może... bardziej mojego?

Olini Czekolini Krem z orzechów z surowym kakao i bananami to krem z "podprażonych orzeszków ziemnych z surowym / niealkalizowanym kakao z Afryki i liofilizowanymi bananami; lekko chrupiący".

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych orzeszków ziemnych, mieszających się z czekoladą, w której wyraźnie zaznaczyła się goryczka kakao. Przełożyło się to na wizję batonów / cukierków Pierrot i cukierków typu Michałki. Słodycz była jednak średnio-niska. Banany swoją obecność zdradzały trochę - w ciemno można by nie zgadnąć, że to one za nią stoją.

Na wierzchu wydzieliło się nie za dużo oleju - zlałam jakieś 2 łyżeczki, a dosłownie parę kropel wymieszałam. Sprawiało to wrażenie trochę olejo-wody niż po prostu oleju.
Mieszanie trochę czasu mi zajęło, bo krem był bardzo gęsty. W porywach wyglądał na suchawy, ale to tylko złudzenie, bo w istocie przypominał bardzo wilgotne, plaskające, papkowate ciasto. Trochę się ciągnął i lepił, pokazując mi liczne drobinki (orzechów? bananów?). 
W ustach krem wydawał się jeszcze gęstnieć, jawiąc się jako miękki, ale też masywny i syty, wręcz ciężki. Czuć w nim orzechową tłustość, a mimo to, nie wydawał się tłusty. Kremowy za to... do pewnego stopnia. Pojawiło się w nim lekkie jakby zagęszczenie czekoladą, przekładające się za zalepianie ust. Rozpływał się w tempie wolnym, racząc miazgowym efektem. Z czasem okazało się, że stały za nim drobinki bananów; nie zarejestrowałam drobinek orzechów (acz możliwe, że schowały się w bananowych). Choć najpierw porządnie zalepiał, z czasem odpuszczał i łatwo rzedł. Wydawał się przy tym ciastowo-papkowaty i zawiesinowy, acz do końca zwięzły. Trochę przytykał.
Gdy na próbę gryzłam masę, wydawała się nie tylko miazgowa, ale też pyliście skrzypiąca. Bardzo oklejała zęby.
Wyczuwalne drobinki poniekąd zdawały się rozpuszczać wraz z masą, jednak końcowo zostawało ich całkiem sporo.
Drobinki jakoś uciekały, że na koniec niespecjalnie było co gryźć. Parę razy jednak w skupieniu je wyłapałam i pogryzłam. Ujawniły wówczas miękkawość liofilizowanych drobinek bananów. Gryzione na koniec niby były chrupiące, ale raczej delikatne.

W smaku pierwszą poczułam nieśmiałą słodycz, za którą przemknął banan. Najpierw ledwo uchwytny, znikający jeszcze szybciej niż się pojawił. Słodycz pokazała się, po czym zawahała... jakby wystraszyła?

Czmychnęła przed średnio wysoką, ale z kolei bardzo pewną siebie, gorzkością. Była bardziej kakaowa niż czekoladowa i wyraźnie ziemista, wręcz trochę ciężkawa. Miała soczysty charakter. Wydawało się, iż podąża za nią palone echo - to jednak musiała zasugerować subtelna nutka prażenia orzechów.
Ziemistość nasilała się. Przechwyciła bananowy akcent i podszepnęła mu dziwnie... podkwaszony ton?

Słodycz zdecydowała się ją trochę otulić i lekko wzrosła, przy czym udało mi się rozpoznać jej bananowe pochodzenie. Banan zaskoczył na wyraźnie słodki tor (bez żadnej kwasowości). Nie pchał się jednak na pierwszy plan - bananowość trzymała się tyłów. Słodycz rosła powoli wraz z arachidowością.

Fistaszki najpierw lekko zaznaczyły swoją obecność, trochę rosły, rosły... i nagle mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wskoczyły na pierwszy plan. Pod ich dowodzeniem słodycz i gorzkość połączyły się w jedno, idąc w bardziej czekoladowym kierunku. Soczystość kakao nakręcała się nawzajem z bananami, po czym trochę się oddaliła. Przez moment otarły się o pieczone z czekoladą banany, jednak to zaraz umknęło, oddając pole do popisu orzechom.

Pojawiła się myśl o czekoladowych cukierkach: Michałkach, Pierrotach. Takich z mnóstwem wyraźnie prażonych arachidów, w wersji wciąż ostrożnie słodkiej. Słodycz trzymała się nisko-średniego poziomu i wcale tak się nie chwaliła bananowym charakterem. Owszem, były wyczuwalne, ale na pewien czas jakby zrobiły sobie przerwę. Prażoność oraz ziemistość kakao już tego pilnowały!

Dopiero z czasem banany bardzo wyraźnie się pokazały - a robiły to wraz z coraz większą ilością zaznaczających się na języku kawałków. Kawałeczki podkręciły smak bananów, które zawitały na pierwszym planie. Nagle zrobiło się bardzo słodko. Wróciła też lekka soczystość.

Soczystość... i tym razem nie zatrzymała się na długo przy bananach, osiadając w kakao. To przybrało wręcz truflowy klimat. Gdy banan końcowo przycichł, gorzkość wróciła na pierwszy plan.

Kawałki pozostałe po całej masie, gryzione smakowały łagodnie; słodko - a jakże, dało się rozpoznać banany. Nie były jednak bardzo intensywne - mocne otoczenie trochę je zgasiło?

Po zjedzeniu został posmak ziemiście-gorzkawo kakaowo-czekoladowy i mocno prażono arachidowy. Banany liofilizowano-pieczone także w posmaku stanowiły jedynie subtelny, słodki dodatek. 

Krem zaskoczył mnie, że wyszedł tak charakternie ziemiście-kakaowo. Czuć, że dodano do niego surowe kakao. Wyszedł dość ciężko, na co warto brać namiar (mnie to nie przeszkadzało jakoś szczególnie). Soczystość kakao poszła już w czekoladowym kierunku i świetnie pasowała do bananów. Prażeniem arachidy wprowadziły do tego motyw cukierków typu Michałki i Pierroty. Całość była przyjemnie nisko słodka i gorzka, a także mocno orzechowa. Banany były wyczuwalne, ale nie na pierwszym planie. Konsystencja była niezła, choć nie idealna, bo zbyt ciastowa, a nie jak to krem orzechowy, ale zacnie połączyła gęstość z drobinkami. Wolałabym wprawdzie produkt nieco mniej ciastowy. Wady uważam za naprawdę malutkie, ale że cena jest wygórowana, ocena taka, a nie inna.


ocena: 9/10
kupiłam: olini.pl
cena: 59,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym kiedyś do niego wrócić

Skład: krem z orzechów arachidowych 64,4%, banan liofilizowany 20%, kakao niealkalizowane 9%, olej z orzechów laskowych 6,6%

sobota, 9 sierpnia 2025

Czarna Czekolada Tanzania 80 % ciemna z Tanzanii

Zależało mi na tym, by za dziś przedstawianą czekoladę wziąć się we względnie krótkim odstępie czasu po Czarna Czekolada Tanzania 92 %. Różniły się niby tylko kilkoma procentami zawartości kakao, ale nie raz już czekolady pokazały mi, jak te kilka procent drastycznie może zmienić wydźwięk nut. Uwielbiam takie porównania!

Czarna Czekolada Tanzania 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Tanzanii.

Po otwarciu poczułam cytrusy wymykające się ze znacznie słodszych owoców: moreli, brzoskwiń, truskawek. Do głowy przyszedł mi też gęsty sok marchwiowo-malinowo-brzoskwiniowy. Także cytrusy wystąpiły jako łączące kwaśność ze słodyczą - na pewno czułam limonki i mandarynki. Kwaśność stonował karmel i karmelowe cappuccino z lekko palonym akcentem. Przewinął się jeszcze dżem wiśniowy; czerwono owocowy i wiśnie w likierze oraz... jako składnik mieszanki studenckiej? Suszone wiśnie mieszały się z podprażonymi arachidami, odlegle zerkającymi ku drzewom. Drzewom kwitnącym, ukwieconym?

Czekolada była twarda jak kamień i masywna. Przy łamaniu trzaskała głośno jak suche, grube konary. 
W ustach rozpływała się wolno i kremowo. Była gładka i maziście tłusta. Potwierdziła się jej masywność, mimo że rzedła w soczysty, taninowy sposób. 

W smaku pierwsza uderzyła intensywna, ale nie bardzo wysoka słodycz truskawek. Podbiły je również słodkie, delikatne kwiaty i toporniejszy palony karmel o słodyczy nieco przygaszonej.

Słodycz zaserwował też sok malinowo-marchwiowy... chyba jeszcze z brzoskwiniami, w który powoli zaczęły przeistaczać się truskawki. Brzoskwinie zarysowały się też jako one same, a już po chwili dołączyły morele. Te wprowadziły lekki kwasek, przedstawiając się jako świeże, średnio dojrzałe owoce. Kwasek nie rozwinął się jednak w pełni, bo tuż obok moreli zaznaczyły swoją obecność słodkie, dojrzałe banany i jabłka. Jakiś mus bananowo-jabłkowy?

Słodycz owoców mieszała się z kwiatami, przywodząc na myśl gruszki (nashi?) i podrzucając nieco rześko-egzotyczny ton. Nie na długo jednak, bo z czasem jednak nieco się oddaliły. Karmel utrzymywał się za to bardzo wyraźnie, mimo tej rosnącej z każdej strony owocowości. Razem z owocami zapewnił znaczący wzrost słodyczy. Mimo jego wyraźnie palonego charakteru, z czasem odbił w trochę kajmakowym, mlecznym kierunku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloność karmelu wydobyła z oddali prażone orzechy. Wyobraziłam sobie mieszankę studencką z dominującymi arachidami i dodanymi suszonymi wiśniami, stanowiącymi kwaskawe kontrapunkty.

Za orzechami przemknęły... drzewa? Odnotowałam kawę... w zasadzie leciutko gorzko-palone, karmelowe cappuccino z wyraźnie zaznaczonym spienionym mlekiem. Dzięki niej drzewa zagrały wyraźniej, acz.. chwilowo wpisywały się też w słodycz, ciepło? Ogólna gorzkość wydała mi się niska i nawet bez aspiracji do wzrostu, choć niewątpliwie obecna. Drzewny motyw nasilił się.

Kwaskawe wiśnie przywołały trochę... dżemów z czerwonych owoców? Nalewki wiśniowej, zamykającej te cięższe owoce jakby w skondensowanej słodyczy o poważniejszym wydźwięku? Wróciły kwiaty, ale tym razem słodko-cięższe, jakby... te dżemy i nalewki nimi doprawiono? Wyobraziłam sobie jakiś syrop kwiatowo-wiśniowy.

Karmel nie odpuszczał, osładzając wszelkie kwaśniejsze wątki. Zza wiśni wyłoniły się cytrusy - głównie słodkie mandarynki, ale i trochę limonek. Karmelowa słodycz przerobiła je na sorbet czy cytrusowy mousse na śmietance i maśle. A drzewna nuta podszepnęła... whisky? Whisky jabłkową czy cytrusową? Maślaność jednak szybko ukryła alkoholowy aspekt tego.

Po zjedzeniu został posmak słodkich czerwonych owoców - soku, dżemu, nalewki - oraz mieszanki studenckiej, składającej się z prażonych różnych orzechów i suszonych wiśni. Bardzo wyraźnie czułam palony karmel oraz alkoholowy syrop: likier - karmelowo-kwiatowy? Podrasowany mocniejszą whisky?

Sporo było tu dość ciężkiej słodyczy dżemów, nalewek, syropu, ale i owoców lżejszych świeżych czy jako sok z marchwią. Truskawki, maliny, brzoskwinie i morele, trochę gruszek nadały lekkości reszcie. A ta była złożona: wszak sporo czułam też karmelu, prażonych orzechów i kwiatów. Wyrównało się, że nie było ani ciężko, ani specjalnie lekko. Niska gorzkość, a kwasek tylko jako pojedyncze nuty sprawiły, że kompozycja wyszła spójnie i przystępnie. Dla mnie trochę za delikatnie.

Czekolada podeszła mi jednak bardziej niż Czarna Czekolada Tanzania 92 %, bo nie była tak maślano-śmietanowa. Acz to w dzisiaj przedstawianej jakby zastąpiła słodycz. Niestety była też jeszcze mniej gorzka. Jej kwaśność w jedno zgrała się z bardzo wysoką słodyczą, więc i ta wydawała się subtelniej zaserwowana. Jednak naprawdę dobrze to wyszło! Nuty suszonej wiśni, czerwonych owoców, słodkich owoców, w tym moreli, cappuccino i sorbet limonkowy z karmelową nutą przypominały to, co czułam we wspomnianej, ale nie 1:1. We wspomnianej owoce wyszły kwaśniej, trochę już kwachowato. Słodkawe, prażone orzechy z dzisiejszej tam przedstawiły się jako kadzidełkowe drewno sandałowe. 


ocena: 9/10
cena: 29 zł (za podawane 68g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 8 sierpnia 2025

(Nestle) After Eight Mousse Mint Mousse Layered with Chocolate Flavour Pieces

Dokładnie w dniu, w którym spróbowałam Nestle Gold Knackige Mousse Vanille poszłam z Mamą do Kauflandu i po drodze omawiałyśmy, jak bezsensownie niezgrany był to produkt. Jakież było moje zdziwienie, gdy szukając swoich kefirów, rozglądając się za maślanką, natknęłam się na obiekt dzisiejszej recenzji - jedna jedyna, trochę pognieciona, porzucona sztuka. Przy wspomnianym pisałam, że kiedyś wpadł mi w oko, ale stacjonarnie go nie spotkałam (acz specjalnie nie szukałam). Uznałam, że to musi być znak! Powiedzmy. Wzięłam. Potem co prawda znalazłam, gdzie stały i wybrałam sobie ładniejszy egzemplarz, ale... ale właśnie. Byłam trochę w kropce. Już mniej więcej miałam obraz, czego się spodziewać i już wcale nie byłam taka pewna, czy na pewno to chcę. Sporo się zmieniło, odkąd parę lat temu, gdy już zniknęły dobre desery Ehrmann Grand Dessert Chocolate Mint zamarzył mi się jakiś miętowo-czekoladowy mousse. Poszłam raczej w kierunku, jak samej coś deserowego w tym wariancie zrobić, ale nie miałam pomysłów. Uznałam, że jak marzenia, zachcianki sprzed lat nie spełnię, mogę trochę żałować.

(Nestle) After Eight Mousse Mint Mousse Layered with Chocolate Flavour Pieces to mleczny mus miętowy (91,2%) z chrupkimi warstwami kakaowymi (8,8%); opakowanie zawiera 228g, czyli 4x57g.

Opakowanie zawiera 4 sztuki po 57g.
Mousse wyjęłam z lodówki na 2 godziny przed jedzeniem, by doszedł do temp. pokojowej.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach aromatu miętowego o chłodnym, słodko-goryczkowatym charakterze. Mięta zdecydowanie wyprzedzała kakaową czekoladę, która zaznaczyła się w tle. Dało się rozpoznać, że zarówno mięta, jak i czekolada wpisują się w realia lodówkowego, budyniowo-puddingowego deseru na bazie śmietanki. Słodycz ogółu wydawała się niska, a sztuczność mięty trochę ryzykownie napastliwa. 

Deser składał się z delikatnego, napowietrzonego mousse'u oraz chrupkich, twardawych warstw polewy kakaowej. Trochę znalazło się jej na wierzchu, o wiele więcej niżej, przedzielając mousse na kilka "pięter". Przy kontakcie z łyżeczką czekolada czasem trzaskała. Miejscami była chrupko-twarda, lecz w większości bardzo cieniutka. Trudno ją łamać w mousse'ie, bo wgniatała się w niego, niszcząc jego chmurkowość, jednak cieniutkie kawałki kakaowe były tak rozlokowane, że łatwo je po prostu zagarniać w całości (kakaowe części w dzisiaj przedstawianym deserze bardziej współpracowały niż w Nestle Gold Knackige Mousse Vanille, ale nie wiem, czy to je różni, czy po prostu różnią się poszczególne kubeczki i np. po prostu tak się trafiło). Mousse był bardzo delikatny. Plaskał przy zagarnianiu łyżeczką.

Podczas jedzenia mousse tylko początkowo jawił się jako napowietrzony i chmurkowy. Potem lekko gęstniał, zmieniając się w coś bardziej budyniowatego. Cały czas, od początku do końca, wręcz otłuszczał usta swą wysoką, śmietankową tłustością. Trochę kojarzył się z bitą śmietanką. 
Czekolada w ustach rozpływała się w średnim tempie. Była bardzo tłusta i równie bardzo wodnista. Trudno mi ją nazywać czekoladą - to razem gładko-mazista polewa.
Te wodniście-maziste kakaowe części i gęstniejący, tracący chmurkowość mousse całkiem dobrze współpracowały - podobało mi się jednoczesne zagarnianie jednego i drugiego.
Całość była zdecydowanie za tłusta i zostawiała na koniec wrażenie nadto otłuszczonych ust.

W smaku mousse przywitał mnie zgranym duetem mięty i śmietanki. Poprzez miętę weszła słodycz. Stanęła na średnim poziomie i znacząco rosła, osiągając dość wysoki poziom. Potem, po kontakcie z czekoladą, wydawała się bardzo wysoka.

Czuć, że mięta pochodziła z aromatu. Wraz ze słodyczą, rosło poczucie chłodnego orzeźwienia, jakie niosła. Chwilami wydawała się wręcz przenikliwa, lecz cały czas nieźle czuć także śmietankową bazę. Jej mleczność jednak jakby... trochę podkreśliła sztuczność mięty? Acz ta dawała o sobie znać tylko w przypadku zagarniania samego mousse'u. Czekolada to chowała.

W smaku czekolada była gorzko-cierpkawa i wodnista. Ze względu na mocno palony motyw, wyszła jak trochę tandetna polewa kakaowa o zerowej słodyczy. Jej kiepskość czuć jednak tylko, gdy zagarniałam ją samą.

Gdy zagarnęłam sam mousse po czekoladzie, jawił się jako słodszy, a cierpkość kakao w harmonii mieszała się z aromatem miętowym i go nieco złagodziła. Mięta i kakao nieźle się połączyły.
Po mousse'ie czekolada z kolei jawiła się jako bardziej gorzko-wodnista, trochę nijaka.

Kiedy zagarnęłam razem i czekoladę, i mousse, tworzyły bardzo zgrany duet. Mousse miętowy dodał czekoladzie trochę słodyczy, a do tego wypełniał jej wodnistość. Ta zaś tłumiła sztuczniejsze zapędy mousse'u i napastliwość aromatu miętowego. To był mój sposób jedzenia tego.

Po zjedzeniu został posmak wręcz lekko gryzącego w język chłodnego aromatu miętowego oraz słodycz śmietanki, która mieszała się z cierpkim akcentem polewy kakaowej.

Deser, jak przeczuwałam, wyszedł pozytywnie, mimo przewidywalnych wad. Warstwy kakaowe były takie same co w Nestle Gold Knackige Mousse Vanille, więc ogólnie nie najwyższych lotów, jednak do miętowej bazy takie nieźle pasowały. Mięta wyraźnie pochodziła z aromatu i była trochę chłodno-napastliwa, lecz kakaowe części sobie z tym poradziły. Ich gorzkość wyrównała się z przesłodzonym mousse'em tak, że końcowy efekt wyszedł smacznie. A jednak nie miałabym nic przeciwko, by sama baza była znacząco mniej słodka, a kakaowe warstwy zastąpiono odrobinkę słodką ciemną czekoladą.
Mimo że nie przekonują mnie tak umieszczone w mousse'ie takie warstwy polewy, cała taka poprzedzielana forma, jako tako to pracowało. Szkoda tylko, że było tak tłusto. Forma, tłustość i nieco przesadzona słodycz to jedyne minusy produktu, które w zasadzie łatwo przewidzieć, bo wydają się typowe - i poniekąd trochę uzasadnione - dla tego typu deserów.
Zjadłam 2, jeden po drugim, i przyznaję, że było to o parę gramów za dużo, bo się tym zatłuściłam i było mi trochę za słodko. Z kolei sztuka to jakoś tak... mało. Gramaturę też więc bym lepiej przemyślała.

Ehrmann Grand Dessert Chocolate Mint podsunął mi pewien pomysł, który Mama uznała za głupawy i dziwny. Postanowiłam wymieszać jogurt typu greckiego z czekoladą w proszku (Starbucks 70%) i kakao (Eko Gram) i na wierzch ostrożnie wyłożyć mousse, by mieć efekt deseru / puddingu z koroną. Wygląd tego wołał o pomstę do niebios i piekieł, jednak efekt był bardzo przyjemny. Czekoladowo-kakaowy jogurt osłabił słodycz, ograł lekką nachalność aromatu, a do tego, gdy tak jadłam raz jedno, raz drugie, nierzadko zagarniając razem, tłustość wydawała się zupełnie nie przeszkadzać. Bardzo zgrane, smaczne połączenie - właśnie faktycznie ze wspomnianym deserem się kojarzyło. Tylko blaszki kakaowe z mousse'u wciąż jawiły się jako tandetne... Acz zapewniały dodatkowe pstryczki kakao - czekolada, którą wymieszałam z jogurtem, starała się to zaadoptować i uprzyjemnić. Tak zjadłam pozostałe 2 kubeczki, utwierdzając się, że to był dobry (acz tak, mało fotogeniczny) pomysł.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6,99 zł (za opakowanie 228g; jak wyżej)
kaloryczność: 214 kcal / 100 g; sztuka (57g) - 122 kcal
czy kupię znów: nie sądzę, ale w sumie mogłabym wrócić

Skład: mleko pełne (63%), cukier, śmietana, warstwy kakaowe 8,8% (miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy), odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, żelatyna, emulgator E472b, substancja zagęszczająca (alginian sodu, karagen), regulator kwasowości: wodorotlenek sodu; naturalny aromat miętowy