Taka myśl nigdy nie powstała w mojej głowie, a przynajmniej nie odcisnęła się w niej porządnie, nie zapisała się. Ewentualnie śmignęła. Otóż chyba uwielbiam czekolady z Belize, to chyba zacny region. Pomyślałam o tym dopiero pisząc ten wstęp, do czekolady już zaplanowanej na dany dzień. Wszystkie jedzone to 9-10, z tym że... jadłam ich bardzo niewiele. Ostatnio jedzona Standout Maya Mountain Belize 70 % sprawiła, że chciałam poznać ich więcej - i na szczęście akurat nagromadziłam ich kilka. Dzisiaj opisywana to staro-nowość Zottera. Otóż zmieniła opakowanie i minimalnie skład. Na pewno zmienił się sposób transportu: prawdziwie majańskie kakao podróżuje sobie przez ocean bezemisyjnym żaglowcem. Mimo iż jadłam dawną wersję (recenzja z 2017), nie wiedziałam, jak bardzo będę się w stanie odnosić, jak dobra jest moja (w sumie świetna, nie chwaląc się) czekoladowa pamięć. Bardzo zależało mi na zdobyciu obu egzemplarzy: jeszcze starego i już nowego, ale niestety mi się nie udało (stare w momencie nabywania tej już zniknęły całkowicie). Mówi się: "trudno". I tak miałam z czym obecnie porównywać: czekała na mnie jeszcze nowa 72 % (bo starą Belize Special 72% już w 2019 r. recenzowałam).
Zotter Labooko Belize Sail Shipped Cacao 82 % to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Belize.
Czas konszowania to 21 godzin
Gdy tylko rozchyliłam papierek poczułam wędzono-soczysty zapach, przez co od razu pomyślałam o serze z żurawiną w formie gęstej, ściekającej z niego masy. Pojawiło się w jego towarzystwie czerwone wino związane z wiśniami. Wyraźny był prażono-grillowany motyw, w którym to przewijały się orzechy. Charakter nadała im drobna nuta dymu. Nie było to jednak mocno palone za sprawą soczystości czerwonych owoców (nie tylko wymienionych, ale różnych) oraz charakterkowi wina i wiśni. Kwaskawe czerwone porzeczki regulowały słodycz karmelu... albo raczej jakiegoś niedookreślonego palonego, śmietankowego toffi amerykańskiego (przy orzechach; takie mi czasami zalatuje smażeniem, tu jednak było to do przyjęcia).
Średnio twarda tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, ujawniając przekrój o nieco czerwonawym przebłysku.
W ustach rozpływała się gładko i kremowo, dość miękko-tłusto, ale nie ciężko. Robiła to aksamitnie, w umiarkowanym tempie. Zostawiała maziste smugi, ale nie zalepiała nimi ani trochę. Po pochwaleniu się kremowością, znikała już w bardziej soczyście-oleisty sposób.
Już od pierwszych sekund czekolada raczyła mnie delikatnym smakiem orzechów laskowych, przy których odnotowałam aż mdławo-goryczkowatą nutę oleju orzechowego (czy raczej mojego wyobrażenia o nim?). Orzechy laskowe młode i świeże, surowe zaczęły się z czasem zmieniać w nugat, do którego dodano także mleko i masło. Były słodkie, a że w ogromie czekoladowości, przywodziły na myśl wyidealizowane Ferrero Rocher.
Słodycz pojawiła się jako nugatowa, a z czasem po wzroście mleczności i maślaności mieszających się w śmietankę, przemknęła w nieco bardziej karmelowo-toffi strony. Nie była ani zbyt jednoznaczna, ani silna. To delikatny wątek, jedynie pobrzmiewający w tle, bo zaraz uwagę przykuło...
Ukłucie kwasku. Lekkie i pobrzmiewające, bardzo soczyste. Kwaśne, ogrodowe czerwone porzeczki (może też niedojrzałe truskawki?) dodatkowo podkręcone cytryną przejęły sporo śmietanki od toffi (prawie je zagłuszając) i serwując mi deser typu "owoce ze śmietanką"... albo nawet kwaśną śmietaną. Była kwaśna i tłustawa smakowo, acz owocowość na szczęście tchnęła lekkość.
Po paru chwilach orzechy jakby się podprażyły. Pojawiły się grillowano-palone nuty, a laskowce zakryły się nieco dymem.
Jednocześnie nugatowość konsekwentnie roztaczała swoją mleczność, śmietankowość. Była pełna, aż maślana, a za sprawą dymu mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o serze... Kremowym, jasnym i nieco tylko podwędzonym?
Soczystość czerwonych owoców wyszła na przód, cały czas napędzana sokiem z cytryny, po czym otuliła się charakterem dymu, taniną. To owoce jędrne, słodkie i kwaskawe. Zgrały się z coraz bardziej soczystym serem. Czekolada nagle stała się bardziej wytrawna. Pomyślałam o takim grillowanym z żurawiną... w formie soczystej masy / gęstego sosu. Pojawiło się wtedy dużo różnych czerwonych owoców słodko-kwaśnych. Sok lał się litrami, a chwilami kwaśność wydawała się aż szczypiąca. Kwasek rósł za sprawą czerwonych porzeczek, którym... chyba wiśnie zaraz dodały też cierpkości... I taniny czerwonego wina jakby o nutach czerwonych porzeczek. Czyżbym wyłapała też jakieś ciemnawe cierpkie winogrona działkowe? Wino śmiało wyszło niemal na przód, i choć z tła dobiegała do niego słodycz, to ono było gwiazdą degustacji. Owoce, głównie wiśnie i żurawiny z czasem zaczęły dołączać także jako suszone.
Bliżej końca właśnie wino nadało kompozycji mocy. Czerwone wytrawne i aż nieco pikantne. Przypomniało o orzechach - i to w wersji wyrazistej, charakternej. Pomyślałam o prażono-pieczonych... Może karmelizowanych, ale na pewno w nieco aż ostro-goryczkowatym cynamonie. Orzechy laskowe okazały się... powiedzonkową "wisienką na torcie".
Po zjedzeniu został soczyście kwaśny posmak czerwonych owoców i cytryny, wina oraz jego ostrawość mieszająca się z cynamonem. Czułam wyraziste orzechy laskowe (zupełnie, jakbym je jadła!), a jednocześnie... łagodność aż taką... tłuszczową, maślano-śmietankową, która jednak nie przeszkadzała z racji ogólnej wytrawności, która miała się nieźle mimo słodyczy.
To zaskakująco soczysta, ale nie "owockowo lekka" kompozycja. Delikatna, aż śmietankowa słodycz karmelu wyszła zachowawczo i jakoś nie przeszkadzała temu, by klimat był wytrawniejszy. Mimo to, to nie siekiera, a łagodna i spokojna, choć głęboka mieszanina śmietanki, masła, wręcz sera i orzechów, z soczystością owoców czerwonych, podkreślonych cytryną i winem. Niby klasycznie, ale nie do końca, bo całość wyszła ciekawie, niecodziennie. To jakby... zjeść łagodny, aż neutralny deser, po czym zdecydować się na coś wytrawniejszego. Dynamiczna i rozwojowa - to mnie kupiło, mimo że wolę siekiery, a tu jakoś... gorzkości mi nieco brakowało (bym mogła 10 wystawić). Trochę przypadkiem trafiły do mnie dwie tabliczki i było mi miło, że mogę do niej wrócić.
Gdy myślę o niej i o Labooko Belize Toledo 82 % (recenzja z 2017), podlinkowana była zdecydowanie bardziej spójna. Może dzisiaj opisywana jest ciekawsza, ale sprawiała wrażenie łagodniejszej i słodszej (z tego co dzięki Googlowi ustaliłam, o 1 g więcej cukrów). Podlinkowana to kwaśne niedojrzałe truskawki i winogrona, jabłka i pomarańcze oraz śmietana ze smołą i słodem, a także dziwaczna słodycz, którą nazwałam "kwaśno-gorzkim karmelem". Dzisiejsza zaś wiśnie, żurawina, porzeczki i cytryna, wino ze śmietano-serem, ale też aż nugatowe orzechy i odrobinka śmietankowego karmelo-toffi. Brzmi smaczniej, ale wyszła odrobinkę gorzej, bo za dużo rozbieżności bym miała do niej wracać.
Dzisiaj prezentowana miała bardziej moje nuty, ale z chęcią czułabym je w dwóch osobnych tabliczkach, bo np. tak kwaśno-soczyste owoce nie pasują mi do śmietankowo-maślanej tłustości albo toffi-nugaty do wina i sera z żurawiną... Tylko żeby było jasne! Czepiam się tak tylko dlatego, że tabliczka otarła się o 10. Na drodze do pełni zachwytu stanęła też nieco zbyt tłusta konsystencja i znikanie; wolałabym coś gęstszego i wolno znikającego.
ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier kakaowy, tłuszcz kakaowy