piątek, 10 września 2021

Zotter Labooko Belize Sail Shipped Cacao 82 % ciemna

Taka myśl nigdy nie powstała w mojej głowie, a przynajmniej nie odcisnęła się w niej porządnie, nie zapisała się. Ewentualnie śmignęła. Otóż chyba uwielbiam czekolady z Belize, to chyba zacny region. Pomyślałam o tym dopiero pisząc ten wstęp, do czekolady już zaplanowanej na dany dzień. Wszystkie jedzone to 9-10, z tym że... jadłam ich bardzo niewiele. Ostatnio jedzona Standout Maya Mountain Belize 70 % sprawiła, że chciałam poznać ich więcej - i na szczęście akurat nagromadziłam ich kilka. Dzisiaj opisywana to staro-nowość Zottera. Otóż zmieniła opakowanie i minimalnie skład. Na pewno zmienił się sposób transportu: prawdziwie majańskie kakao podróżuje sobie przez ocean bezemisyjnym żaglowcem. Mimo iż jadłam dawną wersję (recenzja z 2017), nie wiedziałam, jak bardzo będę się w stanie odnosić, jak dobra jest moja (w sumie świetna, nie chwaląc się) czekoladowa pamięć. Bardzo zależało mi na zdobyciu obu egzemplarzy: jeszcze starego i już nowego, ale niestety mi się nie udało (stare w momencie nabywania tej już zniknęły całkowicie). Mówi się: "trudno". I tak miałam z czym obecnie porównywać: czekała na mnie jeszcze nowa 72 % (bo starą Belize Special 72% już w 2019 r. recenzowałam).

Zotter Labooko Belize Sail Shipped Cacao 82 % to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Belize.
Czas konszowania to 21 godzin

Gdy tylko rozchyliłam papierek poczułam wędzono-soczysty zapach, przez co od razu pomyślałam o serze z żurawiną w formie gęstej, ściekającej z niego masy. Pojawiło się w jego towarzystwie czerwone wino związane z wiśniami. Wyraźny był prażono-grillowany motyw, w którym to przewijały się orzechy. Charakter nadała im drobna nuta dymu. Nie było to jednak mocno palone za sprawą soczystości czerwonych owoców (nie tylko wymienionych, ale różnych) oraz charakterkowi wina i wiśni. Kwaskawe czerwone porzeczki regulowały słodycz karmelu... albo raczej jakiegoś niedookreślonego palonego, śmietankowego toffi amerykańskiego (przy orzechach; takie mi czasami zalatuje smażeniem, tu jednak było to do przyjęcia).

Średnio twarda tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, ujawniając przekrój o nieco czerwonawym przebłysku.
W ustach rozpływała się gładko i kremowo, dość miękko-tłusto, ale nie ciężko. Robiła to aksamitnie, w umiarkowanym tempie. Zostawiała maziste smugi, ale nie zalepiała nimi ani trochę. Po pochwaleniu się kremowością, znikała już w bardziej soczyście-oleisty sposób.

Już od pierwszych sekund czekolada raczyła mnie delikatnym smakiem orzechów laskowych, przy których odnotowałam aż mdławo-goryczkowatą nutę oleju orzechowego (czy raczej mojego wyobrażenia o nim?). Orzechy laskowe młode i świeże, surowe zaczęły się z czasem zmieniać w nugat, do którego dodano także mleko i masło. Były słodkie, a że w ogromie czekoladowości, przywodziły na myśl wyidealizowane Ferrero Rocher.

Słodycz pojawiła się jako nugatowa, a z czasem po wzroście mleczności i maślaności mieszających się w śmietankę, przemknęła w nieco bardziej karmelowo-toffi strony. Nie była ani zbyt jednoznaczna, ani silna. To delikatny wątek, jedynie pobrzmiewający w tle, bo zaraz uwagę przykuło... 

Ukłucie kwasku. Lekkie i pobrzmiewające, bardzo soczyste. Kwaśne, ogrodowe czerwone porzeczki (może też niedojrzałe truskawki?) dodatkowo podkręcone cytryną przejęły sporo śmietanki od toffi (prawie je zagłuszając) i serwując mi deser typu "owoce ze śmietanką"... albo nawet kwaśną śmietaną. Była kwaśna i tłustawa smakowo, acz owocowość na szczęście tchnęła lekkość.

Po paru chwilach orzechy jakby się podprażyły. Pojawiły się grillowano-palone nuty, a laskowce zakryły się nieco dymem.
Jednocześnie nugatowość konsekwentnie roztaczała swoją mleczność, śmietankowość. Była pełna, aż maślana, a za sprawą dymu mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o serze... Kremowym, jasnym i nieco tylko podwędzonym?

Soczystość czerwonych owoców wyszła na przód, cały czas napędzana sokiem z cytryny, po czym otuliła się charakterem dymu, taniną. To owoce jędrne, słodkie i kwaskawe. Zgrały się z coraz bardziej soczystym serem. Czekolada nagle stała się bardziej wytrawna. Pomyślałam o takim grillowanym z żurawiną... w formie soczystej masy / gęstego sosu. Pojawiło się wtedy dużo różnych czerwonych owoców słodko-kwaśnych. Sok lał się litrami, a chwilami kwaśność wydawała się aż szczypiąca. Kwasek rósł za sprawą czerwonych porzeczek, którym... chyba wiśnie zaraz dodały też cierpkości... I taniny czerwonego wina jakby o nutach czerwonych porzeczek. Czyżbym wyłapała też jakieś ciemnawe cierpkie winogrona działkowe? Wino śmiało wyszło niemal na przód, i choć z tła dobiegała do niego słodycz, to ono było gwiazdą degustacji. Owoce, głównie wiśnie i żurawiny z czasem zaczęły dołączać także jako suszone.

Bliżej końca właśnie wino nadało kompozycji mocy. Czerwone wytrawne i aż nieco pikantne. Przypomniało o orzechach - i to w wersji wyrazistej, charakternej. Pomyślałam o prażono-pieczonych... Może karmelizowanych, ale na pewno w nieco aż ostro-goryczkowatym cynamonie. Orzechy laskowe okazały się... powiedzonkową "wisienką na torcie".

Po zjedzeniu został soczyście kwaśny posmak czerwonych owoców i cytryny, wina oraz jego ostrawość mieszająca się z cynamonem. Czułam wyraziste orzechy laskowe (zupełnie, jakbym je jadła!), a jednocześnie... łagodność aż taką... tłuszczową, maślano-śmietankową, która jednak nie przeszkadzała z racji ogólnej wytrawności, która miała się nieźle mimo słodyczy.

To zaskakująco soczysta, ale nie "owockowo lekka" kompozycja. Delikatna, aż śmietankowa słodycz karmelu wyszła zachowawczo i jakoś nie przeszkadzała temu, by klimat był wytrawniejszy. Mimo to, to nie siekiera, a łagodna i spokojna, choć głęboka mieszanina śmietanki, masła, wręcz sera i orzechów, z soczystością owoców czerwonych, podkreślonych cytryną i winem. Niby klasycznie, ale nie do końca, bo całość wyszła ciekawie, niecodziennie. To jakby... zjeść łagodny, aż neutralny deser, po czym zdecydować się na coś wytrawniejszego. Dynamiczna i rozwojowa - to mnie kupiło, mimo że wolę siekiery, a tu jakoś... gorzkości mi nieco brakowało (bym mogła 10 wystawić). Trochę przypadkiem trafiły do mnie dwie tabliczki i było mi miło, że mogę do niej wrócić.

Gdy myślę o niej i o Labooko Belize Toledo 82 % (recenzja z 2017), podlinkowana była zdecydowanie bardziej spójna. Może dzisiaj opisywana jest ciekawsza, ale sprawiała wrażenie łagodniejszej i słodszej (z tego co dzięki Googlowi ustaliłam, o 1 g więcej cukrów). Podlinkowana to kwaśne niedojrzałe truskawki i winogrona, jabłka i pomarańcze oraz śmietana ze smołą i słodem, a także dziwaczna słodycz, którą nazwałam "kwaśno-gorzkim karmelem". Dzisiejsza zaś wiśnie, żurawina, porzeczki i cytryna, wino ze śmietano-serem, ale też aż nugatowe orzechy i odrobinka śmietankowego karmelo-toffi. Brzmi smaczniej, ale wyszła odrobinkę gorzej, bo za dużo rozbieżności bym miała do niej wracać.
Dzisiaj prezentowana miała bardziej moje nuty, ale z chęcią czułabym je w dwóch osobnych tabliczkach, bo np. tak kwaśno-soczyste owoce nie pasują mi do śmietankowo-maślanej tłustości albo toffi-nugaty do wina i sera z żurawiną... Tylko żeby było jasne! Czepiam się tak tylko dlatego, że tabliczka otarła się o 10. Na drodze do pełni zachwytu stanęła też nieco zbyt tłusta konsystencja i znikanie; wolałabym coś gęstszego i wolno znikającego.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier kakaowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 9 września 2021

Eti Browni Chocolate Cake with Chocolate Sauce

Nigdy nie miałam nic przeciwko muffinkom paczkowanym / z worków, z tym że to obecnie zupełnie nie moja bajka. Muffiny tradycyjne (a więc tłuste, ciężkie na bazie masła; wypieczone z wierzchu na chrupko; na słodko lub wytrawnie) od zawsze omijam łukiem (jadłam chyba raz czy dwa w życiu - baardzo mi nie pasowały). Warto pamiętać, że babeczka, a więc mini ciasto to zupełnie co innego niż muffinka, a... według mnie potrzebna jest jeszcze kategoria dla muffinek paczkowanych. Ja to rozróżniam tak: babeczki to miniciasta, muffinki to takie i paczkowane, i jak paczkowane (a robione domowo), a więc miękkie, kapciowate oraz muffiny - te ciężkie, mocno wypieczone. Więcej o historii takich rzeczy u mnie pisałam przy Confiserie Firenze Muffiny z kawałkami czekolady, które uświadomiły mi, że obecnie powinnam się od nich trzymać z dala. Parę produktów nauczyło mnie też, że rzeczy udające brownie niewiele mają z brownie-idealnym (jakie to jadłam np. w zamkniętym lata temu Sweet Life - Extreme Brownie), więc też się na nie nie rzucam. Poza tym... jestem nieciastowa. Ze słodyczy mogłabym jeść tylko czekolady, ale... właśnie. Eti Dare to Enjoy wkupił się w moje łaski, a np. lidlowe sprzed lat McEnnedy Mini Brownies with Chocolate Chips wspominam dobrze. To, i dobre recenzje Olgi z livingonmyown (czekoladowa, wiśniowa) sprawiły, że wyrobom tego producenta postanowiłam dać szansę. I... pytanie... czy muffinka udająca ciasto-brownie to babeczka? Powiedziałabym, że zapędziłam się w kozi róg, ale marka przyszła mi z pomocą. Jak widać bowiem, nie miały udawać brownie - wszak to browni. Normalnie narzekałabym na pisownię, ale... znając specyfikę produktów marki ("torcikowość" wafelka), może ich "cosie" to i browni, nie brownie. Oby tylko smaczne. Postanowiłam zacząć od wariantu klasycznego.


ETI Browni Chocolate Cake with Chocolate Sauce to czekoladowa muffinka / "babeczka z czekoladą 4,5 i nadzieniem czekoladowym 15 %", do której dodano ciemną czekoladę o zawartości 52 % kakao; inspirowana ciastem "brownie".

Już lekkie naderwanie opakowania uwolniło duszny, intensywny zapach czekoladowego biszkoptu  i likierowego, kakaowego sosu. Wydało mi się to takie... chemicznie-paczkowato, specyficznie kwaskawe... duszne właśnie.

Spora babeczka wydała mi się dość delikatna, ale bardzo zwarto-sprężysta. Była już w dotyku bardzo tłusta, wręcz mokra i lepka. Zostawiała plamy i brudziła ręce tłuszczem i wilgocią. Ona aż... mokro plaskała w dotyku czy przy przekładaniu. Jadłam ją więc widelczykiem jak ciasto. Trochę się przy tym kruszyła, ale zdało to egzamin.
Wewnątrz babeczki znalazło się dużo gładkiego nadzienia czekoladowego o konsystencji stałej, gęsto-tłustej. Podobało mi się rozmieszczenie go w środku w paru miejscach, dzięki czemu wyszło integralnie z biszkoptem (którym z czystym sumieniem mogę nazwać ciasto). W zasadzie podczas jedzenia, gdy to się mieszało, tworzyło jedność.

W trakcie jedzenia dała się poznać jako istotnie zwarta, ale konkretniejsza, niż na to wyglądało. Odebrałam ją jako bardzo tłustą, natychmiastowo oleiście otłuszczającą. Rozpływała się gęstawo, tworząc zalepiają zawiesinę z pyliście-mącznym efektem. Mimo to, daleko jej do ciężkości dzięki strukturze lekkiego, trochę puszystego kapcia. Dzięki temu nie przytykała / zapychała. Trochę żałuję, że nie była zakalcowo-mazista, ale taka gęstniejąca puszystość też wyszła w porządku.
Tym bardziej, że wilgotnej gęstości dołożyło nadzienie. Również zwarte i gęste, ale już w cięższy sposób. Nie za ciężki na szczęście. Wydało mi się nieco tłusto-gliniaste i nasączono-nasączające, ale też nie zakalcowe.
Mnie cała ta tłustość trochę męczyła, była za wysoka (nawet, gdy myślę obiektywnie), jednak dla tego typu produktu nie wydaje się... specjalnie odbiegająca od normy; da się ją zrozumieć.

Smak ciasta okazał się walką czekolady ciemnej z kakao na oleiście-biszkoptowej arenie przed cesarzem-cukrem. Słodycz szybko ujawniła ogrom waniliny i skojarzyła mi się trochę z cukrem pudrem. 
W tym czasie gorzkawa, wytrawna czekolada z wyczuwalnym kakao upuściła trochę... likierową nutę pozbawioną procentów? Wyłapałam cierpkość i odrobinkę kwasku... które jednak ewentualnie minimalnie należały do czekolady, bardziej... do chemii. W niej właśnie mieściła się też pseudo alkoholowość.
Cukrowość dziko kibicowała, nie wiadomo jednak czemu. Wszystko to zrobiło się słodko-sztucznie duszne, biszkoptowe. Biszkopt wplatał w to wszystko smak oleju, podkreślający chemiczność.

Nadzienie zdawało się jeszcze rozkręcać ten smak, dodając iluzję procentów. Podkreśliło goryczkę chemii, kakao i oleju. Mimo iż jeszcze słodsze od biszkoptu, wydało mi także należycie cierpkawe i takie… poważnie-wytrawne. Zdecydowanie kakaowo-czekoladowe.

Cukrowość drapała w gardle, alko-chemia przypiekała język, acz smak kakaowo-czekoladowego biszkoptu okazał się całkiem nieźle sobie radzić podczas degustacji. 

Później wprawdzie został sztuczny (trochę niby procentowy?) niesmak, cierpkość różnoraka i negatywna… ale na szczęście poniekąd też kakaowa. W gardle czułam dręczące drapanie przesłodzenia, ale jeszcze do zniesienia (zwłaszcza gdy ma się pod ręką herbatę).

Konsystencja wilgotna, miękko-biszkoptowa, a gęstniejąca i wyrazisty, czekoladowo-kakaowy smak sprawiły, że bez emocji można zjeść to straszliwie tłuste i przesłodzone, kapciowate ciasto o za dużej ilości chemii. Jak dla mnie przeszkadzała ta cukrowość i chemia, tłuszczowość, że choćby 1 gram więcej mógłby być przesadą, jednak w pewien sposób obie wydają się usprawiedliwione przez typ produktu.
Mimo wszystko, jednorazowo babeczka nawet mi smakowała w kontekście "można zjeść" i nie żałuję kupna. Wiem jednak, że drugi raz na pewno jej nie chcę, więc tylko jako eksperyment - fajna.
Może nie było to brownie, ale... może "browni". Tania, czekoladowo-kakaowa babeczka - jeśli tak na to spojrzeć, to wydaje mi się, że wśród takich rzeczy wypada nieźle.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1,19 zł (za 45g)
kaloryczność: 422 kcal / 100 g; sztuka (45g) - 199 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, z nasion bawełny, rzepakowy), mąka pszenna, jaja, syrop cukru inwertowanego, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitole, glicerol), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, sól, emulgatory (mono-i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu, lecytyny ze słonecznika, polirycynooleinian poliglicerolu), tłuszcz kakaowy, substancje spulchniające (difosforany, wodorowęglan sodu), skrobia modyfikowana, substancja konserwująca (sorbinian potasu), aromat (wanilina), substancja zagęszczająca (guma ksantanowa), regulator kwasowości (kwas cytrynowy), przeciwutleniacz (mieszanina tokoferoli)

środa, 8 września 2021

Livee De Luxe Dark Chocolate 72 % Cocoa with Chilli ciemna z chili

 Nie lubię narracji "dobre, bo polskie", jak i nie rozumiem pędu na rzeczy zagraniczne. Nie podoba mi się zawyżanie ceny przez import i trudną dostępność, ale też nie uważam, że rodzimy kraj pochodzenia produktu ma go czynić lepszym od innych. Jakby nowa moda opozycyjna do "superbozagraniczne"? Nie chcę, by mi na siłę wpierano "kup to koniecznie, bo polskie! wspieraj Polskę!" Nie. Jeśli coś mam odebrać jako atrakcyjne, musi na to zasłużyć, zapracować. Nie chcę "dobrego, bo polskie". Wolę produkt polski (albo niemiecki, brytyjski, chiński...), a dobry, co wynika z jakości i starania się producenta. Żadnych ulg. Produkt ma być dobrze zrobiony. A właśnie ostatnio rzuciło mi się w oczy, że w wielu marketach tak nachalnie pchają polskie produkty na przód, żeby tylko ludzie kupili. Dlaczego wzbudziło to we mnie aż tyle emocji, bym napisała ten wstęp? Bo wiele z kupionych polskich produktów okazywała się reprezentować jakość kanału. A przecież jest też mnóstwo dobrych polskich rzeczy - z tym, że one nie muszą szpanować, jakie to polskie są. I tu pojawia się jeszcze jedna kwestia, na którą zwróciła mi uwagę Mama: "latami Polacy wszystko robią lepiej na eksport niż dla siebie". Hm... nad tym nigdy za wiele nie myślałam. A pomyślałam przy dzisiaj przedstawianej czekoladzie, bo... kupując za nic bym nie zgadła, że jest polska. Ewentualnie bym powiedziała, że to kategoria "zobacz, jaka jestem fajna, bo zagraniczna" - wszak jest jeszcze inny sposób na zaimponowanie konsumentom: nazwy / smaki pisane po angielsku, by zagrać na "zagranicznofajności". Co więcej, doczytałam, że Livee to jakaś polsko-brytyjska spółka, a moja tabliczka została wyprodukowana w moim Krakowie (jak miło). Matrix i Incepcja w jednym, wielkim kartonie... Miałam nadzieję, że jego zawartość będzie prostsza niż to wszystko: po prostu smaczna.

Livee De Luxe Dark Chocolate 72 % Cocoa with Chilli to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z chili.

Po otwarciu poczułam zapach kawy oraz nibsów o charakterze ziemi. Było to mocno palone, aż do goryczkowatej, zwęglonej spalenizny i cierpkie. Pomyślałam o dymie i smole, które zasugerowały też leki i aptekę, ale też chili... Było to chili dość pestkowe, jako cierpko-goryczkowata przyprawa, papryka... ostra i minimalnie soczysta, ale osadzona w realiach właśnie kakaowo-cierpkich. Całość była przeciętnie słodka, ale też nie jak dobra ciemna czekolada a... jak posłodzone kakao.

Już w dotyku tabliczka wydała mi się pylistym i tłustym ulepkiem. Mimo to odznaczała się twardością, trzaskając dość głośno. Jej twardość częściowo na pewno napędziła grubość, która wyszła beznadziejna przy takim podziale - trudno to i łamać, i odgryzać kawałek normalnej wielkości... A do tego, niemal natychmiast przy robieniu kęsa czekolada aż trzeszczała.
Rozpływała się powoli i trochę opornie, ponieważ była... jakby z proszku i pyłu zrobiona, z dodatkiem kryształków drobnego cukru. Mimo że po prostu rozpływała się, nie gryzłam jej, słyszałam trzeszczenie (np. gdy domknęłam usta, nie zahaczając nawet o czekoladę, a ewentualnie o zawiesinę, jaką roztoczyła). Okazała się wręcz ziarniście szorstka i nieprzyjemna w tym. Wszystko to było osadzone w tłustawej, ulepkowatej masie przypominającej ciepłą, miękką plastelinę. Czuć także proszkowość chili, co nie było zbyt miłe do pary z cukrem. Okropna struktura. 

W smaku od początku zaserwowała mi sporo słodyczy. Uderzył cukier, po czym zawstydził się i przywołał wanilię, która jednak nie miała siły przebicia. Przez większość czasu czułam prostą słodycz cukru, chwilami (przez strukturę) myślałam też o cukrze pudrze, przy czym wanilia poszła w sztucznym kierunku cukru wanilinowego.

Zaraz do cukru pudru dołączył popiół i węgiel, przygłuszone kurzem. Mimo że cierpko-goryczowate, to nie dosadne, choć otwierające drogę niepewnej spaleniźnie, zmieniającej się w... lekowość? Raz czy drugi do głowy przyszła mi smecta i piołun. Wyszły gorzko i kiepsko, przejawiały tandetę, ale po chwili przypalona nuta zaprosiła także kawę. Ta reprezentowała gorzkość smakowitszą. Wyraźnie czułam najzwyklejsze kakao w proszku, jakby tak je ktoś przyrządził z cukrem na wodzie. Na mocy przybrał węgiel z echem lekowości (które potem zostało zabite przez chili).

Po paru chwilach poczułam wytrawnie soczysty smaczek papryczek chili, a w gardle zarejestrowałam ciepło. Chili mieszało się z cierpkością, a trafiając na kawę ułożyło się w nieco ziemiście-ostrawy, dość brudny motyw. Była to lekka ostrość, gorzkość i... w pewnym momencie minimalnie wilgotna soczystość.

Pomyślałam o papryce chili, o jej goryczkowatych pestkach i warzywie słodko-soczystym... suszonym? W drugiej połowie rozpływania się kęsa w tle mignęła mi lekka cytrusowość, mocno palony motyw spalenizny przypomniał o nibsach z zapachu. I chwilowo znów zrobiło się cukrowo-kakaowo, prosto.

W smaku jednak od wielu z tych nut odwracał uwagę cukier, a ogółem... uwaga skupiała się na coraz mocniejszym rozgrzewaniu chili. Nasiliło to myśli o gorącym kakao. Po dłuższym czasie w gardle było bardzo ciepło, trochę drapało, ale ani przez chwilę (nawet po zjedzeniu większej ilości) pikanteria nie przegięła. Dopuściła się jednak czegoś innego. Ostrość rosła i wydawała się... wypierać czekoladowość (i tak lichą) z... czekoladowości właśnie.

Baza złagodniała, wykazując jeszcze namiastkę cierpko-gorzkawości, a robiąc się coraz bardziej maślaną, jakby zwietrzałą. To jałowa ziemistość... Spleciona z irytującą, prostą i ordynarną słodyczą cukru i aromatu waniliowego (wanilinowego?). Pod koniec w ustach czułam już tylko cukier i ogólną cierpkość (prostego kakao, spalenizny, chili i nieokreśloną "czegoś), a w gardle pikanterię ewidentnie chili.

Po zjedzeniu został posmak suszonej papryczki chili, lekko cierpki w bliżej nieokreślonym sensie i wysoce słodki. W gardle za to i w pewnych miejscach języka mocne gryzienie / pieczenie. Już nie była to ostrość, tylko poczucie rozgrzania chili i aromatem (waniliny?).
Trafiały się kęsy, gdzie chili chyba skumulowało się nieco więcej, zdarzyło mi się kaszlnąć (acz nie wiem... może i proszkowość się do tego dołożyła?), ale podtrzymuję, że bez przegięcia.
Po rozpłynięciu się kawałka, pod zębami ciągle coś trzeszczało.

Całość wyszła przeciętnie. Podła struktura, kiepski smak gorącego kakao i... ilość chili, która przeszłaby, gdyby wszystkie inne czynniki były cudowne. W tym wydaniu... nie miało to racji bytu, bo cała tabliczka jej nie miała. Tafla zrobiona z cukru i jakby kakao w proszku koniec końców okazała się zjadliwa, ale nie na dłużej, nie w skupieniu. Jakkolwiek by wszystkie zarzuty nie brzmiały, wyszła przystępnie w tym, czym jest. Wprawdzie przy większej ilości chwilami ta proszkowość kakao i stężenie prostej słodyczy potrafiła mdlić (pierwszym razem zjadłam 4 paski).

Z ostatnio jedzonych z chili przypomniała mi kawowo-ziemistą i chwilami cytrusową Miiau Sao Thome z Chili, która mimo wszystko wyszła nieco ambitniej - i to mimo maślanego złagodzenia i nieprzystępnej formy dodatku. 
Ulepkowość jakoś tam łączy ją ze straszliwie tłusto-cukrową Moser Roth Chili, ale... właśnie. Niższą tłustością, tym, że proszkowość akurat do chili jakoś mi pasuje (charakterny, zadziorny efekt na każdej płaszczyźnie), Livee wygrywa. Co więcej, jej cukrowość była niższa, a chili lepiej wyczuwalne.
O dziwo ulepkowaty Lindt Excellence Chili czy za słodki Gross 56 % z płatkami chili wygrywają, aczkolwiek... w dniu, w którym miałam ochotę na coś o wiele mniej słodkiego i nietłustego, świadomie to właśnie 4 paski Livee zjadłam (3 pozostałe zostawiłam na kiedy indziej, licząc, że jakoś tam mi kiedyś...). 
Trochę mi się skojarzyła z tanią i nieco wygładzoną (jednak) wersją Taza Mexicano 70 % Chipotle Chili, z tą różnicą, że Livee jakoś tam w dwóch podejściach zjadłam, a do Tazy przez niewiarygodnie kryształkową, specyficzną strukturę nie chciałabym wrócić nigdy (taka miała być).


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,99 zł (za 175g; chyba promocja)
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, proszek chili (0,3%), aromat

wtorek, 7 września 2021

Zotter Labooko Peru Milk Chocolate 70 % ciemna mleczna

Uważam, że generalnie kakao potrzebuje trochę cukru (preferuję trzcinowy), by mogło zmienić się w czekoladę doskonałą. Oczywiście są wyjątki. I choć obyłabym się bez mlecznych, nie mogę zaprzeczyć, że to właśnie Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 %, a więc mleczna bez cukru jest jedną z moich ulubionych czekoladowych ciekawostek. Tu jednak nasuwa się myśl taka, że... mleko w sumie samo w sobie jest w pewien sposób słodkie (zawiera laktozę), a jednak zawartość kakao i tak swoje robi. Ta obserwacja odnośnie mleka wiąże się z tym, jak jem: otóż niczego w żaden sposób nie słodzę, bo słodycz inna, niż z czekolad i naturalnie pochodząca z produktów (np. owoców, warzyw, nabiału) nie jest mi do szczęścia potrzebna. Świetnie się więc ta czekolada w to wpisała. Stąd i najpierw wystraszyłam się na wejście dzisiaj przedstawianej względnej nowości Zottera. Myślałam, że zastąpił podlinkowaną właśnie słodszą wersją. Na szczęście nie - w ofercie wciąż są obie (wszystko to w momencie pisania). Dzisiaj przedstawiana w ofercie wyróżnia się jeszcze czymś: otóż to jedynie 65 g, a nie zotterowo standardowe 70 g (ale z tradycyjnym podziałem na dwie tabliczki). Ja więc zrobiłam się bardzo ciekawa, w jaki sposób się różnią. I miałam jeszcze nowość-nowość, z zupełnie nowej linii podobną, ale o niej za jakiś czas.

Zotter Labooko Peru Milk Chocolate / Milchschoko 70 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru.
Czas konszowania to 27 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam intensywny zapach wiejskiego, naturalnego mleka zrównanego z wysoką słodyczą delikatnego karmelu z miodowym zacięciem. Nie brakowało tu orzechów: i charakterniejszych włoskich, migdałów, i laskowych... to był cały miks, w którym kryła się też nutka "innego mleka" - może koziego? Przy nim odnotowałam też cierpką rześkość o lekko cytrynowym pochodzeniu. Pomyślałam o cytrusach w słodkim wydaniu (jak jakaś masa cytrynowa typu lemon curd). W tle od tego odpływała łagodnie gorzkawa, gorzkawo-smolista nuta - jak jakiś... żywiczny miód? Doprawiony lekko korzennie? A do tego... słodko-soczyste rodzynki? 

Ciemna, lśniąca tabliczka okazała się niemal miękkawa. Przy łamaniu nie trzaskała, a kruszyła się. Odebrałam ją jako tłusto-proszkową, choć realnie w dotyku była gładka.
W ustach jednak rozpływała się właśnie gładko. Była kremowa, maślano-mlecznie tłusta. Bardzo tłusta, miękła dość szybko zmieniając się w nieprzeniknioną gęstwinę lepko-kleistą niczym smoła. Aż chwilami przytykała gardło jak bardzo tłuste mleko. Ono wydawało się łączyć z maślanością nazbyt ciężką. Znikała w umiarkowanym tempie, co akurat w tym przypadku uznałam za plus, bo trwając dłużej (np. jak ciemnych), mogłoby to bardzo zmęczyć.

W smaku jako pierwsza pojawiła się słodycz delikatnego karmelu, którego stopień palenia był minimalny. Wykazywał jednak leciutką cierpkość, kojarząc się z miodem. Przybrał trochę uroczy charakter, tworząc sielski, swojski klimat. Nie był to jednak "jaśniusi miodzik", a jakiś charakterniejszy, ciemniejszy... Może nawet lekko przyprawiony korzennymi przyprawami?

Po chwili przebiła go goryczka, prędko wygładzająca się i roztaczająca gorzkość dymu. Dym zaczął rosnąć w siłę, kompozycja zrobiła się bardziej palona, a ja poczułam nieco węgielną nutę.

Zaraz za nimi podążało łagodzące mleko. Wygładzało kompozycję, wplatając aż tłuszczowo-maślaną nutę. Prędko rozgościła się na pierwszym planie.

Jakoś w połowie rozpływania się kęsa z dymu wyskoczyły orzechy. Przewodziły migdały ze skórkami, które podkreślały orzechy włoskie, również o lekko goryczkowatych skórkach. Świeże, surowe, uderzające pełną mocą. Słodycz trochę je otuliła, co ośmieliło też delikatniejsze orzechy. Poczułam słodkie, jasne migdały pozbawione skórek i chyba orzechy laskowe. Połączyły dym ze słodyczą, która odbiła nieco w waniliowym kierunku. Dopomogło tu mleko, tworzące delikatne, acz istotne tło. 

Pojawiła się wyrazistsza cierpkość. Najpierw dymna, skojarzyła mi się również ze smołą (a jak nasilała to skojarzenie struktura!)... Rosnąca maślaność i orzechy przemodelowały mleczność na jakąś "inną". Jakby mleko migdałowe? Cierpkość zahaczyła o cytrusowy kwasek. Poczułam rześkość i... nagle uchwyciłam aluzję do mleka koziego.

Ono zaś bliżej końca wplotło też soczyste, orzeźwiające cytryny. Związane ze smołą i dymem przytoczyły trochę skórek, a ja pomyślałam o galaretkach i żywicy. Cierpkawość i goryczka nie odcięły się od słodyczy, stąd ciągle w głowie siedział mi karmel z domieszką miodu i wanilii. Jakby tak go lekko skarmelizować? Pokryć tym skórki cytryn lub... Przerobić to na maślano-śmietankową masą typu lemon curd czy... nadzienie ciastek, ciast. Może to jakieś żywicznie smakujące rodzynki? Żywica zalatująca rodzynkami? Kojarzyła się z masą lepką, posłodzoną miodem i gładko-żelową, wciąż z lekką, niemal galaretkowatą cierpkością, co przypieczętował dym.

Po zjedzeniu czułam się jak po wypiciu tłustego mleka, aż pewną maślaność oraz gorzki posmak. Ten częściowo należał do dymu, kojarzył się nieco z migdałami, orzechami. One zawracały do maślaności, a ta przypominała o słodyczy, której na koniec niewiele zostało.

Całość średnio mi smakowała. Nie podoba mi się miękkawa, tłusta konsystencja. Nie podoba mi się również, jak pełny był smak mleka. Podchodził aż pod maślaność. Wyszło to nieco karykaturalnie z gorzkością. Ta jednak nie była bardzo wysoka. Szkoda. Wydaje mi się, że mleczność i słodycz w dodatku ją nieco spłyciły, mimo że same były szlachetne. Słodycz z kolei, odegrała istotną rolę, choć nie była wysoka. O ile do tego mleka pasowała, cytrusową nutę też ciekawie obrobiła, tak jak i tłuszczu, jakoś mi jej tu za dużo i tak było. Zaburzały charakter...?

Była znacznie słodsza w karmelowo-miodowym kontekście od Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % - w tamtej to jedynie naturalna słodycz mleka, podkreślona wanilią, a w dzisiaj przedstawianej cała paleta słodyczy. Podobne były nuty dymu, smoły i cytrusów, ale owoce w podlinkowanej bardziej się popisały i miały do tego płaszczyznę. Była czystsza, kakaowo-mleczna, pełna nut... Dzisiaj opisywana to wciąż zacny smak kakao, dobra ciemna mleczna, ale wygładzona i nudniejsza od tamtej. 
Konsystencję miała bardzo tłustej mlecznej, "dark style" zaś umiejętnie połączyła to z ciemnoczekoladową, co wyszło przystępniej.
Obiektywnie nie mam specjalnie za co ganić.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 65 g)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia

poniedziałek, 6 września 2021

Hachez Premier Cru 88 % Classic ciemna z Ameryki Południowej

Zwykłe ciemne czekolady mają u mnie ten problem, że choćby nie wiem, jak dobre, to po prostu nie mają szansy dorównać tym degustacyjnym, których twórcy są mistrzami w obróbce kakao. Niemniej, wciąż z kolei mają oczywiste pierwszeństwo przed czekoladami z dodatkami czy nadziewanymi, bo te odwracają mi zbytnio uwagę od kakao. A już nie mówię o mlecznych czy białych, które obecnie mogłyby dla mnie nie istnieć, bo... po prostu w czekoladach szukam nut kakao i jego smaku. Co więcej, tych w miarę przystępnych cenowo ciemnych czystych nie ma aż tak wielu. Czasem kupuję więc i takie "z braku laku", co to nie posądzam ich o to, że mnie zachwycą (choćby Lindt 85 % czy Spar Natural Extra Dark 72 %), ale że mogą być przynajmniej zadowalająco kakaowe i niesłodkie. Tę właśnie tak bez emocji kupiłam, ponieważ kojarzyłam, że Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic w sumie była w porządku. Miałam nadzieję, że ich wyższa zawartość kakao to nie jakieś wyjątkowo żałosne podbicie procentu tłuszczem czy odtłuszczonym kakao (acz dopuszczałam myśl, że będzie tego trochę więcej, niż powinno być w 88%).

Hachez Premier Cru 88 % Classic Dark Chocolate to ciemna o zawartości 88 % kakao z Ameryki Południowej.

Po otwarciu poczułam ciepły, wyrazisty zapach o zaskakująco delikatnym charakterze, przedstawiający piernik. Łagodny, waniliowo słodziutki, choć wyraźnie ciepło-korzenny i jakby z nutką chili. Skupiała się jednak bardziej na niemal wiśniowo-winnej soczystości, niż pikanterii. Czułam tu też ciepłą kawę... z jakby zbożowym zarysem, nakreślonym przez proste kakao. Po chwili rozszedł się wyraźniej zapach orzechów laskowych - tak czysty, że w ciemno powiedziałabym, iż tabliczka je zawiera. Wszystko to przełożyło się też na wizję ogrzewanej słońcem, lekko błotnistej ścieżki, prowadzącej do małego lasu. To... dosłownie "błotko" i "lasek", takie... delikatne, bo na czekoladowo-maślanej płaszczyźnie.

Tabliczka już na dotyk dała się poznać jako tłusta, a przy łamaniu wydała mi się niewyobrażalnie twarda. Wydawała głośny trzask jak strzał z shotguna.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i nieco opornie. Była tłusto-zbita, a jednocześnie proszkowo-ziarnista, z odczuwalnym pod koniec bardziej pylistym efektem.
Kojarzyła się ze zwartym masłem z niedokładnie zmielonych orzechów, które oblepiało minimalnie, bardzo zaś wysuszało i zatłuszczało jednocześnie. Była dość ulepkowata, ale znośna.

Pierwszym wyczuwalny smak to słodka maślaność. Zupełnie jakby jakiś maślany wypiek, maślaną bułeczkę ktoś posmarował masłem (albo "masełkiem" - takie to było łagodne) i kremem z orzechów laskowych. Oczywiście wysoce słodkim.

Już w kolejnej chwili na przód wyszły orzechy laskowe, przewodząc wszystkiemu innego. Były delikatne, naturalnie słodkawe. Chwilami jednak podkradały się jakby pod mdławo-tłuszczowy w smaku olej orzechowy. Oczami wyobraźni zobaczyłam sztuki młode, świeżo-surowe. Może niektóre nawet jeszcze na leszczynie? Aż zielonkawe? Leszczyna ta obrastała leśną, ogrzewaną lekko słońcem ścieżkę do lasu z zapachu.

Zanim jednak do niego, zaraz uderzyła nieco silniejsza słodycz. Splot wanilii i cukru z czasem zaczął przejawiać cierpkość. Pomyślałam o przecukrzonym likierze waniliowym, jednak po chwili... Pojawiło się kakao w proszku, przerabiając to na Nesquika w wersji dla dorosłych.

Bardzo delikatna gorzkawość kakao w proszku i cierpkość zasugerowały coś bardziej zbożowego... właśnie kakaowe płatki-kulki do mleka? Zbożową kawę? Kakao ciepłe i rozgrzewające? Ta lekka roślinność niosła ciepło. Znów myśli wróciły do drzew i orzechowych krzaków rozgrzewanych słońcem i zapraszających do rzadkiego lasu. Ogrom maślaności przełożył się na wyobrażenie o jasnym błotku - miejscami wilgotnym, miejscami podsuszonym, gęstym i też słońcem nagrzanym.

A jednak pod koniec pewien konkret udało mi się wyłapać. Od tej wręcz alkoholowości poszło leciutkie rozgrzewanie, a silna słodycz sprawiła, że maślaność nieco się przypiekła. Jakby tak jakiś... średnio udany piernik... doprawiony lekko chili trafił na ciepłe kakao? Odnotowałam w nim jakąś soczystość jakby powidlanej warstwy. Lekka korzenność zmieszała się ze słodką cierpkością wanilii i orzechowego kremu, również wanilią posłodzonego. Orzechy niestety zaczęły wchodzić w oleistą strefę.

I właśnie leciutka cierpkość gorącego kakao została w posmaku razem z maślanym, także smakowym, zatłuszczeniem (fizyczne trochę neutralizowało kakao w proszku). Czułam kakao i orzechowe motywy mocno kojarzące się z waniliowo-orzechowym kremem, jak również lekko pieczone ciepło. Było słodko... nie jakoś przeraźliwie, ale wyraźnie i dość ciężko przez tę maślaność. Kontekst był raczej ogólnie "jakoś waniliowy" niż prawdziwie waniliowy.

Całość niezbyt mi pasowała. Okropnie łagodna, bo nie po prostu łagodna, a łagodna w sposób tłusto-tłusty i słodki (najgorszy!). Słodycz może nie była wysoka, ale wydawała się nachalna. Gorzkość naprawdę niska, a jedyne, co było ciekawe, to wydźwięk Nesquika dla dorosłych, acz... nie było to "ciekawe i pyszne", a po prostu niespotykane; w dodatku bardzo ulotne. Orzechy laskowe i wanilia to duet miły, ale... przy 88 % to potrzeba czegoś jeszcze!
Oczywiście da się zjeść, ale na dłużej nudzi, bo... też nieco męczy tłuszczem i ciężkością, przytłacza. O tyle bardziej zwracałam na ten element uwagę, że w smaku to ogromna nuda.. i też tłustość. Połowę zasreberkowałam uznając, że dodam ją np. do potrawki stylizowanej na meksykańskie mole, jaką miałam w planach, ale że wizja potrawki mi się odpodobała, czekolada trafiła do ojca.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 669 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, cukier, lecytyna rzepakowa, ekstrakt z laski wanilii bourbon, ziarna wanilii bourbon

niedziela, 5 września 2021

J.D. Gross 56 % Cacao Pistacja ciemna z karmelizowanymi, solonymi pistacjami

Nie przemawiają do mnie czekolady z karmelizowanymi orzechami, siekane dodatki też obecnie... mogę tolerować, ale nie przepadam. Obecnie też zaczęłam się zastanawiać nad czekoladami z dodatkami tak ogółem - jakoś nie ma wśród nich takiej, która by mnie szczególnie porwała. Nawet z ulubionymi orzechami... jakoś wolę zjeść oddzielnie pyszną czekoladę, a oddzielnie uwielbiane orzechy. Razem to tak... jedno drugiemu przeszkadza i nie ma okazji zaprezentować mi się w pełni. I tak oto zaskoczył mnie RS, jak bardzo można zepsuć nerkowce... jeszcze dodali sól! Dare z pistacjami był zjadliwy, ALE... Dzisiaj przedstawiana tabliczka zaś połączyła i posiekanie, i karmelizowanie, i jeszcze sól (btw nie rozumiem solenia pistacji - po co? brr). Czy miała więc u mnie jakieś szanse? Z każdym tygodniem od kupienia, zwłaszcza po J.D.Gross 56 % Ziarna Kawy zaczynały rosnąć wątpliwości, bo kupując z całą pewnością mogłabym wykrzyknąć: "tak". Postanowiłam więc wziąć się za nią w miarę szybko. Uwielbiam bowiem Grossa i nie chciałam żyć w niepewności.

J.D.Gross 56 % Cacao Pistacja to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao arriba z 15 % karmelizowanymi, solonymi pistacjami.

Rozchylenie papierka umożliwiło rozejście się zapachowi pistacjo-migdałów, które wyszły dość ogólnie orzechowo. W wysokiej słodyczy odnotowałam karmelowe zabarwienie, a przy nim wyraźną, cukierkową mgiełkę, która wydała mi się tania i odpychająca. Na szczęście jednak całość, mimo że cukrowa, pachniała całkiem nieźle czekoladowymi piernikami i śmietanką. W ciemno nie wiem, czy powiedziałabym, iż to czekolada ciemna. Pierniki na pewno pokrywała cukrowa glazura i być może wypełniało jakieś nadzienie (sztucznawo-owocowe?).

Czekolada o kolorze dość jasnym już w dotyku odznaczała się tłustością, acz trzaskała głośno. Połączyła twardość z kruchością związaną z zatopionymi w nią kawałkami wielkości średniej i drobnej. Dopiero gdy przyjrzałam się uważniej, okazało się, że to nie tylko posiekane pistacje w cukrowej otoczce, ale też białe kawałki cukru (i syropu g-f?) osobno.
Potwierdziła swoją tłustość w ustach. Jak dla mnie nieco za tłusta, acz przystępnie kremowa czekolada rozpływała się powoli mięknąc na gęsty, bazowo gładki krem i odsłaniając dodatki. Nie pożałowano ich, przez co wyszła ogólnie nieprzyjemnie ulepkowato-zlepkowato.
Znalazło się w niej sporo pistacji pozbawionych karmelu, ale w większości jednak pokrytych przynajmniej częściowo chrupiącą skorupką cukro-karmelu, a także sporo kulek-grudek rzężąco-chrupiącego cukru. Rozpuszczał się trochę i trochę zostawał na koniec; nie był za twardy, ale dodanie tego zwłaszcza tego luzem wydaje mi się skandaliczne. Cukier krył sól (ale zdarzyły mi się też grudki cukru bez soli... chyba). "Karmel" zostawał do końca i do końca potrafił chrupnąć jak delikatne, cieniutkie szkiełko. Także w nim mieściła się sól.
Dodatki gryzione na koniec chrupały: pistacje w cukro-karmelu lekko skrzypiały, twardszy cukier chrupał po prostu. Chwilami jak "twardawy, ale do pogryzienia" plastik, chwilami jak zawilgocone grudki cukru, a same pistacje (także te, z których "karmel się rozpuścił), okazały się... pistacjami chrupiąco-twardszymi jedynie jakby powierzchownie. Gryzione dłużej - te większe - wykazywały zacną, naturalną, świeżą jakby sprężystą miękkawość. O tyle dobrze, że cukier nie obklejał zębów.

W smaku w pierwszej chwili poczułam przesadzoną, prostą słodycz, która skojarzyła mi się z lukrem / glazurą, po czym przykryła się delikatnym karmelem. Wyszła więc troszeczkę palona i nie taka oczywista, ale jednoznacznie za silna. Pomyślałam o piernikach w glazurze lub z lukrem.

Po chwili odezwała się gorzkawa baza startując od pieczono-palonych, prażonych orzechów i palonej, ale delikatnej kawy. Pomyślałam o orzechach… nieco poprzypalanych. Także wypełniających wspomniane pierniki, ale... jako też jakaś marcepanowa warstwa / nadzienie? Zaplątała się w tym taniość i trochę cierpkawego dymu, który przypominał o palono-kawowym aspekcie. 

On też przypomniał o bezkompromisowo rosnącej słodyczy. Początkowo trochę karmelowa, zrobiła się jeszcze bardziej czysto cukrowa, lukrowa... może lekko waniliowa? Za jej sprawą baza łagodniała i jakoś w połowie rozpływania się kęsa wydała mi się aż śmietankowa. Jakby do kawy dodano śmietankę. I... jakby karmel zrobił się bardziej śmietankowo-cukrowy. Przy wyłaniających się dodatkach zmienił się w cukierkowe, tanie karmelki śmietankowo-maślane, bliżej nieokreślone, a cukrowe i naaromatyzowane. 

Nie musiałam rozgryzać dodatków, by je poczuć. Sól stanowiła pojedyncze, drobne ale dość częste, przeciągające się ukłucia. Pojawiała się i chowała. Pistacje podkreśliły prażono-orzechowy motyw, pobrzmiewając właśnie prażono-karmelizowanymi orzechami. Zagrały na prażono-orzechowy akord, niewiele dając z siebie samych. Najpierw tylko przewijająca się sól, podkreśliła tani, sztucznie-karmelowy wątek. Sól pojawiała się coraz częściej, ale ogólnie było jej w punkt: niby sporo, ale stanowiła jedynie podkreślający dodatek.

Czekolada po tym prezentowała się jako jeszcze słodsza jak... śmietankowo-lukrowa, lekko czekoladowa wariacja na temat... kawy i pierników? Już sama nie wiem - wzrosła maślaność i śmietanka, lekka goryczka z aromatem zaczęła mi się kojarzyć z cukrowym, kakaowo-marcepanowo-pistacjowym sosem / likierem. Wszystko się rozmyło w nieprzyjemnej słodyczy.

Sól dodatkowo zwracała uwagę właśnie na dodatki, a odciągała ją od bazy, która znikając, wydała mi się aż ulepkowa.

Pistacje rozgryzane na koniec smakowały… trochę sobą (taką naturalnie "orzechową słodyczą"), zwłaszcza te większo-średnie kawałki, a trochę po prostu prażeniem / paleniem. Nie wydały mi się jakoś wyjątkowo wyraziste czy rewelacyjne, ale zadowalające. Mniejsze jednak trzymały się cukrowo-karmelkowych warstw, które to zostawały do samego końca. W odosobnieniu wydały mi się jeszcze bardziej cukierkowo-tanio karmelkowe, niesmaczne. Sól tylko to podkreśliła, jak i samą "orzechowość" pistacji (nie zaś smak pistacji). Tylko przy kęsach z mniejszą ilością soli i średnio pokrytych karmelem dodatków, czuć pistacje właściwe. Niestety... Soli dodano ilość odpowiednio wyraźnie wyczuwalną, ale nienachalną. Czułam ją niemal w każdym kęsie, ale chwilowo i nie na przodzie. W innym zestawieniu / jakości dodatków uznałabym ją za świetny dodatek, z tym że tutaj nie zagrało to, jak powinno. Najgorsze były białe grudki, które smakowały sztucznym cukrem. Wydały mi się dziwnie cukierkowo-pseudoowocowe, przeraźliwie słodkie (nie wszystkie były z solą). Aż zagłuszały pistacje same w sobie.

Zostały jednak w posmaku razem z ogólnie orzechowym motywem prażoności, solą, lekką gorzkawością, otuloną maślanością i przesadnią słodyczą cukru i karmelu... a właściwie dziwnie karmelkowych, jakby naarowatyzowanych karmelków.

Tabliczka ogółem okazała się o wiele gorsza, niż się spodziewałam, a jednocześnie nie taka przeraźliwie zła ogółem. Czekolada wyszła średnio, ale z dobrym dodatkiem, mimo straszliwego przecukrzenia mogła by się sprawdzić. Niestety jednak... struktura uwypukliła jej ulepkowość, a smak dodatków cukrowo-maślaną delikatność. Dodatki bowiem smakowały źle przez wstrętny, tani cukro-karmel. Za nic nie mogę pojąć dodania kawałków z cukru i syropu glukozowego. Zepsuły pistacje, które mało siebie przypominały. Posiekano je przesadnie. Sól zaś... zamiast podkreślić je, podkreślała cukierkową otoczkę. Czuję, że w takiej ilości, co ją dodano, z samymi pistacjami mogła by wyjść ciekawie, bo nie przesadzono z nią, ale... ech. W parze z tym pseudokarmelem? Tragedia. Przez ohydne kawałki cukru podziękowałam po kostce i oddałam ojcu. Bez sensu jeść takie coś.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,49 zł (za 125g)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 6% pistacje, syrop glukozowy, naturalny aromat, woda, 0,3% sól, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii

sobota, 4 września 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Panama Bocas del Toro Bio Dark 80 % ciemna z Panamy

Panama nie kojarzy mi się z niczym konkretnym, chyba że z pysznymi czekoladami. Chociaż... chcąc znaleźć coś na siłę, to zawsze jeszcze pamiętałam, że stolica Panamy to Panama. Mimo że ogólnie do takich rzeczy głowy nie mam. O dziwo (a może nie dziwo?) jednak mam do czekolad - Panama w wydaniu Beskidu (klasyczna 70 %) zapisała się w mojej pamięci i sercu jako pyszna i coś mi świtało, że "z Panamą coś jeszcze było, coś dziwnego". Taak, a mianowicie (według mnie średnio udany) eksperyment z ksylitolem - Panama Bocas del Toro BIO 71 %.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Panama Bocas del Toro Bio Dark 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80%  kakao z Panamy, z regionu Bocas del Toro.
Konszowana min. 48 godzin.

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam wyrazisty, buzujący i orzeźwiający zapach kefiru, mieszający się z ziołami, które również wydawały się nieść rześkość i lekkość. Z pewnością wskazałabym trawę cytrynową, zahaczającą trochę o korzenność i otwierającą drogę cytrusom. Były to raczej skórki... w wydaniu na słodko? Jednak nie kandyzowane, bardziej suszone... i zmieszane z innymi takimi owocami: morelami, może rodzynkami. Czułam również orzechy, wnoszące pewną łagodność, raz czy drugi mignął mi miękki chleb, przez co wyobraziłam sobie jakiś... keks wypełniony bakaliami. Wilgotny od... nasączenia czymś? Po głowie snuły mi się jakieś grappy, wina musujące, bo znów poprzez korzenność / ziołowość o głos dopraszała się lekka ostrość. W trakcie degustacji woń wydawała mi się coraz bardziej owocowo-alkoholowa. Miałam problem z nazywaniem poszczególnych, bo czułam się, jakbym wąchała nie najlepiej znane mi rzeczy.

Bardzo twarda tabliczka trzaskała w suchy sposób. Przy łamaniu czy robieniu kęsa wydała mi się chrupka, w ustach zaś wciąż twarda.
Rozpływała się niczym chłodnawe, zbite masło, znikając trochę na wodę. Nie była jednak bardzo tłusta, bo... jakby miała w sobie coś z melona.

Od samego początku w smaku czułam delikatną słodycz fig i moreli. Najpierw zdecydowanie suszonych, jasnych i wciąż soczystych, potem... pojawił się nieco podbuzowany, podfermentowany kwasek i sprawa przestała być taka oczywista.

Obok suszonych, niemal miodowych fig, pojawiły się słodko-mdłe figi świeże oraz morele coraz świeższe. Niektóre z suszonych przejawiały kwasek, inne zachowały słodycz, inne... zmieniały się w świeże. Tu pomyślałam o ciemnych winogrono-rodzynkach, raczej z naciskiem na te pierwsze, ale niezbyt dojrzałe  z kolei. Pojawiły się cytrusy... pomarańcze? Raczej jako słodkawe skórki. Po chwili jednak słodycz wygrała z kwasko-goryczką i wyraźnie wyległy pomarańcze i mandarynki. Morele z czasem wyraźnie czułam świeże i dojrzałe, bardzo soczyste.

Z lekkim opóźnieniem za owocami rozwijały się orzechy. Nie były zbyt przejrzyste. Może laskowe...? Trochę włoskich? Z jednej strony łagodziły, z drugiej łagodność tę doprawiały goryczką. Tak jakby laskowe zaprosiły maślaność, biszkoptowość... Do głowy przyszedł mi biszkopt i mleczno-maślane bułeczki. Zahaczyło to o nieco konkretniejszą, przypieczoną nutę chleba... I właśnie to podkreślały charakterniejsze włoskie.

One również - orzechy włoskie, orzechy bardziej gorzkie - ośmieliły gorzkość ogólną. Kojarzyła mi się z apteką i sporą ilością ziół. Ziół dopiero suszonych, niedawno zerwanych... Spomiędzy innych, różnych roślin, które porastały żyzną glebę, ziemię czarną i wilgotną... Czystą. Była jedynie podkreślającym charakter motywem. Zioła też z czasem zrobiły się jeszcze delikatniejsze. Poczułam rześką trawę cytrynową.

Ona właśnie, trawa i ta jej rześkość, "kwasko-słodycz" - jak to ją odbieram, uwypukliła charakter... niemal ostrawy. Rześko-rozgrzewający motyw skojarzył mi się z lekkim białym winem, za czym optowały owoce. Pomyślałam o grappie, ale w wersji stokroć złagodzonej, podszytej winogronowo-owocowo wodnistą nutą. Zaraz jednak winogrona mignęły owocami ciemniejszymi, może lekką żurawiną... nieuchwytnymi jednak na dłuższy dystans.

Łagodność keksu czy wypieków mleczno-maślanych zamknęła w sobie owocowe nuty. Pomyślałam o niemal mlecznym wypieku wypełnionym nimi i na koniec... zestawionym z lekkim kwaskiem kefiru. Charakterniejszy nabiał na koniec przejął i otulił kwasek.

W posmaku pozostała własnie sugestia kwaskawości z pogranicza nabiału i owoców rozmaitych, ale też nie mało słodyczy. Złożyło się na nią sporo owoców i suszonych, i świeżych. To figi i morele w różnej postaci, ale też mandarynki i... cytrynowa trawa. Niby jeszcze cytrusowa, ale już goryczkowo ziołowa. Lekka cierpkość zwieńczyła to wszystko.

Czekolada bardzo mi smakowała, pokochałam jej rześką ziołowość i intrygujący wydźwięk owoców, ale trochę nie pasowała mi ta łagodniejsza strefa i struktura.

Biszkopt, ziemia i gorzkawe orzechy były również w 70 %, jednak gdy o wypieki chodzi, podlinkowana to raczej biszkopt i o wiele słodsze pancake'i z orzechami; 80 % to bułeczki mleczne / maślane i keks w wersji poważniejszej. Podfermentowanie fig - jeden w jeden! Ogólnie jednak podlinkowana to też sporo karmelu, a gorzkość wyszła raczej kawowo. Dzisiaj opisywana była gorzkawa w ziołowo-ziemistszym kontekście, pikantniejsza i o wiele bardziej kwaskawo-owocowa. Na pewno jednak nie kwaśna - myślę o jej nutach jako o "słodkokwaskach". Ziemia, bardziej wodniste owoce łączą ją z ksylitolową 71 %, acz w 80 % było "to coś": moc kakao niezaburzonego niczym, bo słodycz nie narzucała się, acz była - własnie jednak jakby naturalnie kakaowa.
Kilian & Close Panama Bocatorena 85 % o nutach krówkowego biszkoptu, słodyczy winogron, nieoczywistych owoców egzotycznych z chłodną pikanterią przypraw, podszytej ziemią była podobna, ale słodsza i bardziej dymna. Beskid wyszła... żywo, jej wydźwięk kojarzył mi się z dziką, acz uśpioną dżunglą.
Figi, chlebek i pomarańcze to Morin Panama Dabaiba 63 % o znacznie wyższej, bananowej słodyczy. Były więc podobne, czuć Panamę, ale Morin to takie wydanie "na poważnie". Nawet nie to, że wyszła siekierowo-ciemnoczekoladowo (tego mi trochę żal), ale właśnie poważniej (co bardzo mnie zaskoczyło, biorąc pod uwagę zawartości kakao).


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy

piątek, 3 września 2021

Choceur Pfefferminz ciemna 50 % z nadzieniem miętowym

Lubiłam markę Chateau (obecnie nie wiem) i zdarzyło mi się w przeszłości w Aldim zastanawiać się, czy by nie dać szansy ich nadziewanej propozycji: z karmelem. Mogłabym się taką podzielić z Mamą, nie miałabym wielkiego, niezbyt w moim typie czekoladziska całego dla siebie. Bo taka jednodniowa zachcianka, a potem zastanawianie się co z resztą zrobić to kiepski interes... Gdy jednak dowiedziałam się o możliwości zdobycia ciemnej miętowej, waga nie miała znaczenia. Lubię i markę, i ten wariant, więc uznałam, że z chęcią z czekoladą taką spędzę dwa-trzy dni. Dopiero, gdy już czekoladę trzymałam w rękach, dostrzegłam, że dostałam Choceur. Wprawdzie stoi za nimi ta sama firma (Storck), niemniej próbowane 200 gramowe Chateau w większości bardziej mi smakowały od Choceur (Weisse Cookies, Feinherb Mandel). Stąd mieszane uczucia, ale... jako że w zasadzie dobre nadziewane miętowe czekolady lubię, a obecnie są rzadkością, liczyłam, że sprosta oczekiwaniom. Mam bowiem wrażenie, że ostatnio producenci w odniesieniu do "czekolad miętowych" ograniczyli się do robienia takich z chrupiącym dodatkiem, a nie właśnie nadziewanych czy gładkich z olejkiem.


Choceur Pfefferminz to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z nadzieniem miętowym.

Już otwierając sreberko poczułam gorzkawą czekoladę o orzechowo-kawowym zarysie, ale też wysokiej słodyczy, kojarzącej się z likierem. Na równi z nią stała cukrowość słodkiej mięty w typowo cukierniczym wydaniu. Od razu wiadomo, że to czekolada z nadzieniem, które kojarzyło się z miętowym lukrem, polewą, może też warstwą... miętowo-czekoladowego ciasta. Mięta nawet zawarła w sobie leciutką naturalność. Drobna cierpkość dwóch nut przyjemnie złączyła się za plecami cukrowości, zwłaszcza przy podziale, w trakcie jedzenia czyniąc zapach lekko chłodniejszym, charakterniejszym.

Łamana tabliczka ładnie trzaskała, bo gruba warstwa czekolady była twarda i chrupka. Przy odgryzaniu kawałka kostki wchodziła trochę w miękkawe, plastyczne nadzienie. Ono jednak trzymało się wewnątrz, trochę tylko się wyciągając i... czasami wracając. Jego konsystencja była dość... nibystała, dziwna. Z taką się jeszcze nie spotkałam. Wyglądało jak krówka-mordoklejka. Nie wypełniało w całości całej kostki; nie brakowało pustej przestrzeni.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli, niby bez oporu, ale trochę podkradała się pod miękko-gęsty ulepek. Miękła, wykazując maślaną tłustość z trochę ulepkowym, śliskim elementem.
Nadzienie szybko się z niej wyciskało i... wcale zbyt chętnie się nie rozpuszczało. Było miękkie, ale dziwnie gumowate. Kojarzyło mi się z ciągnącą, mordoklejną krówką zmieszaną z cukrową żelko-gumą (Mentosy!), która klei się do wszystkiego, by rozpuścić się po dłuższym czasie na wodę. Najpierw wydawało się gładkie, jednak z czasem wykazywało pyłkowość / pudrowość. Śmiało można je nazwać wilgotnym i nietłustym.
Także czekoladzie podyktowało lekką pylistość (którą jakby przejęła). Tabliczce o dziwo udało się więc zachować spójność, bo zlepiały się i znikały mniej więcej równocześnie w miękko-gęstym, mocno zalepiającym ulepkowym kontekście.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, na który nasunęła się nutka wanilii, zaraz jednak przyćmiona miętą, którą wierzch nieco przesiąkł. Nie mocno, ale troszeczkę, bliżej środka. Podkreśliła cukrowość, niemal lukrowość czekolady.
Delikatna gorzkawość wyszła przez to czekoladkowo-likierowo. Odnotowałam w tym wyraźnie paloną, trochę kawowo-orzechową nutę. Była łagodna, chwilami maślana w kwestii czekoladowości. Już sama czekolada zasładzała.

Łagodność poniekąd kontynuowało nadzienie, jakby najpierw lekkim ochłodzeniem przygotowując sobie grunt. Była to niepozytywna, mdła łagodność bliżej nieokreślona, a po prostu słodka. Słodycz nadzienia należała do cukru, lukru, cukru-pudru i wszelkich innych słodzideł, jak również do... smaku jakby "sztucznego cukru".

W słodyczy tej wyraźnie czuć cukierniczą, delikatną i właśnie słodką miętę. Kojarzyła mi się z miętówkowo-chłodzącym lukrem... Słodko-cukrowa mięta zasładzała drapiąc w gardle, a jednocześnie mocno chłodziła. W ciągu paru chwil, a już na pewno w połowie rozpływania się kęsa, miętowy, podkradający się pod mentol, motyw podszczypywał zimnem w język. Gdy spróbowałam osobno, wyjaśniło się: toż to miętowe Mentosy (te jasne; próbowałam lata temu i mało pamiętam, więc to może być po części raczej wyobrażenie, ale... to smak znajomy!). Mieszając się z czekoladą przywołało skojarzenie z likierem, tym razem miętowo-cukrowym... To, oczywiście słodyczą, aż paliło w gardle jak alkohol... Jednak mimo wszystkich tych miętowych aspektów, nadzienie sprawiało wrażenie zrobionego z cukru wymieszanego z cukrem i syropem cukrowym. Co ciekawe, nawet w punkcie kulminacyjnym jedynie zrównywało się z czekoladą, nie zagłuszając jej... acz, łączyły się, bo i ona była bardzo cukrowa.

Mięta sama w sobie przejawiała odrobinkę naturalności, może nawet ziołowości... też jednak słodkiej i, gdy już nadzienie na dobre wylazło spod czekolady, ewidentnie obok tej cukierkowo-sztucznej słodyczy. Nie umiem tego lepiej opisać, ale kojarzy mi się to z cukrem nasączonym jakimś aromatem cukierkowym. Częściowo kryło to jednak mentosowe ochłodzenie.

Po tym wszystkim, sama czekolada smakowała jeszcze bardziej cukrowo, ale... zagrała jeszcze w cierpkawo-palonym tonie. Wydała mi się jednocześnie maślana, ale w nieco bardziej orzechowym sensie... Mimo że na końcówce czekolada wyszła przez miętę, niestety, gdy wszystko prawie znikało, wysforowała się sztuczność.

W posmaku na pewno została cukierkowo-cierpkawa sztuczność. To była cukierkowa landrynkowość, niekoniecznie sztuczna mięta, ale i motyw miętowych gumo-cukierków. Cukrowość była mocna i paląco-drapiąca w gardle, choć "na smak" dzięki chłodzącemu efektowi aż tak nie dawała się we znaki. Czułam, jakbym usta miała wyprane cukrem i miętą, a ślina jakby mi gęstniała w gardle. Nie było miętowego odświeżenia, a niesmak.
Zjadłam niecałe 4 kostki - nie byłam w stanie skończyć paska, mimo ogromnej ochoty na miętową nadziewaną czekoladę.

Całość uważam za dziwną, ale nawet nie to, że bardzo złą, a niesatysfakcjonującą i nie w moim guście. Przesłodzona kompozycja była w pewien sposób do zjedzenia, ale jednak w pewnym momencie ta cukrowość już przegięła. Nadzieniu przydałby się jeszcze jakiś składnik... nie czyste słodzidła, a np. śmietanka? A tak? Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jem czekoladę z mentosem w środku. W smaku to po prostu nie pasowało do siebie w żaden sposób. Dziwna była sztuczność - nie mięty, a "nadzieniowa". Nie zabiło to czekolady, ale że i ona była cukrowa... Nie smakowała mi. Co więcej, taka klejąca, miękka konsystencja też zupełnie nie jest w moim guście. Szkoda, bo mogło być wspaniale, a wyszło... z takimi wadami, że nie sposób nad tabliczką piać z zachwytu. Jej największą wadą jest chyba niedopasowanie - takie miętowe coś nie pasuje do czekolady. Jako że Mentosów od lat nienawidzę, to czekolada zupełnie nie dla mnie.
Resztę dałam Mamie, by "dziwactwo jej pokazać", obstawiając, że skończy tylko tę niecałą kostkę, a reszta pójdzie dla ojca, ale... zjadła ze dwie. Opinia Mamy - nielubiącej ciemnych czekolad, ale lubiącej Mentosy: "dla mnie środek smakował, na pewno bardziej niż czekolada. Raz jednak jakby troszeczkę pastą do zębów mi zaleciał. Całość zaskakująco niezła, ale ta czekolada... no ciemna, ale dziwnie słodka też bardzo, za bardzo jak na ciemną. Całość bardzo słodka; niby dobra, ale coś jest w niej, że więcej to się tego nie chce jeść.". Nie chciała, bo cukrowo-ciemna, no ale właśnie... nie jest to tabliczka-potwór.


ocena: 5/10
kupiłam: odkupiona od kogoś
cena: 8zł (za 205g)
kaloryczność: 462 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), cukier, syrop glukozowy, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy, naturalny aromat miętowy

środa, 1 września 2021

Standout Sambirano Madagascar 70 % ciemna z Madagaskaru

Gdy tak sobie myślę o ostatnio jedzonych czekoladach, w głowie plącze mi się pewien wniosek. Obecnie chyba mogłabym jeść tylko czyste ciemne czekolady. Choćbym nie wiem, jak smaczną inną miała przed sobą, to jednak zawsze czuję niedosyt, że nie jest czystą ciemną. Doceniam, owszem, ale... od czasu do czasu, trochę i na krótko. Trochę mnie to chyba uwiera. Lubię poznawać nowości i je opisywać, ale nie sprawia mi to tyle radości, co sama ciemna czekolada. Druga myśl wygląda już bardziej optymistycznie: jak ostatnio przypadkiem skumulowały mi się czekolady z Peru, tak teraz... dużo madagaskarskich się nazbierało. Nie miałam nic przeciwko, bo uwielbiam ten region, a przez dłuższą przerwę na takie porządnie, typowo madagaskarskie bardzo nabrałam ochoty. A już zwłaszcza na tę, bo zrobiono ją z kakao z plantacji należącej do jednej z moich ukochanych marek - Akesson's (należącą do Bertila Åkessona).

Standout Chocolate Sambirano Madagascar 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano; fermentacja ziaren trwała 6 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 7-14 dni.

Już otwierając poczułam moc owoców i nabiału, które splotły się jako jeżynowy sernik. Był słodki i minimalnie cierpkawy. Nieśmiało podkradła się do niego dojrzała, soczysta wiśnia i podsyciła przy pomocy cytryny. Bazowy, łagodny sernik jednak dominował. Śmietankowo-twarogowa masa serowa optowała za delikatnością i podawała mi coraz więcej słodyczy. Ta działała jakby na dwóch płaszczyznach: z jednej strony czułam... mdławo miodowy motyw... takiego jasnego i rozcieńczonego, np. jedynie jako dodatek do herbaty (mrożonej?). Zdecydowanie i do niej dodano mnóstwo cytryny. Druga płaszczyzna, mniej znacząca, to subtelne egzotyczne owoce - może nawet ze skórkami (cytrusów?), ale słodkich... Cierpkość przewijała się jedynie poprzez poszczególne nuty (jeżyny, cytrusy, miód).

Mimo że tabliczka dotarła do mnie zupełnie połamana, tam, gdzie zdarzyło mi się coś przełamywać, pięknie trzaskała. Była twarda, co podtrzymała także w ustach.
Rozpływała się w tempie umiarkowanym, dość tłusto. Zmieniała się w zbito-gęsty, maziście-lepki krem o wysokiej soczystości owocowego sernika (może sernika na zimno? nie jadłam takiego). I to takiego... zbitego, może chłodnawego, a ociekającego sosem z owoców.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, roztoczył w nich niewysoką, szlachetną słodycz. Oczami wyobraźni zobaczyłam bardzo jasny miód. Najpierw wyrazistszy, jakby tylko co rozlany do słoików przez pszczelarza (bardzo sielski klimat, który trwał ogólnie podczas degustacji). Był to jednak smak dynamiczny: zaraz był to taki... niemal przezroczysty, ściekający do szklanki z mrożoną, jasną herbatą (zrobionej z lodem lub wyidealizowanej z butelk - obojętne, bo to zbyt ulotne skojarzenie, by precyzować) albo... herbatą ogółem. Z tym, że na pewno dość słodką.

Myśl o mrożonej pewnie wzięła się z racji rześkiej soczystości. Jak zanotowałam, ta należała do: "owocków". Delikatnych i słodziutkich, otulonych w dodatku kwiatami. Były to mandarynki i coś aż miodowawego, lekkiego... wodnistego? Czyżbym poczuła miodowego melona?

Ta łagodność po paru chwilach zasugerowała słodziutki sernik na zimno, również rześki. Z owocami? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja zrobiła się niemal mleczna. To było takie... słodkawo-kremowe, bardzo łagodne i sernikowo-śmietankowe, lecz zaraz kwaskawosć zaczęła rosnąć. Twaróg nabrał charakteru, poczułam aż podbuzowaną maślankę czy kefir.

Z czasem poczułam sporo cytrusów. Wydawały się... aż musować. Poniekąd wciąż słodkie, z mandarynek zrobiły się bardziej... pomarańczowe. Nabierając charakteru, ułożyły się w brzoskwinie...iową herbatę na zimno. Tę podkręciła kwaśna cytryna, wychodząc niemal na przód na krótki okres czasu. Raz po raz przewinęła się tu słodka egzotyka doprawiona leciutkim miodem (jakimś kwiatowym?), ale już i cierpkość zaczęła odgrywać coraz większą rolę. Zdarzyło mi się pomyśleć o limonce i ananasie.

Owocowe, mrożone herbaty skupiły uwagę na swoich liściasto-gorzkawych tonach. Pojawiła się ziemia. Nieco ostrzejsza, rozgrzana słońcem i aż pikantna. Porastały ją drzewa o mocarnych pniach, po których tańczyły promienie słońca. To też... Znów myśli o herbacie, ale już czarnej. Może też ziemistej kawie? Wyłapałam coś ziołowego... co zaraz zniknęło na rzecz gorzkości naparów... mocno kwiatowych, przesyconych takową słodyczą. Jakby tak przepić czymś takim wspomniany sernik... już nie taki łagodny, a wciąż soczysty. 

Zawarto w nim owoce... jako sos lub zżelowana warstwa o mocniejszym charakterze. Były słodkie i cierpkie, miodowo-syropowe. Jeżyny? Z nutką wiśni? Wszystkie były podszyte ciepłem, przyprawami. Może słodycz z kolei trochę się przypaliła jak jakieś powidlano-karmelowe twory. Bliżej końca wygładziło się to w charakterniejszej słodyczy i tonie bardziej gorzkawym, ale wciąż osadzonym w serniku.

W posmaku pozostała słodycz owoców w słodkim czymś: herbacie, serniku z miodem, pewna kwiatowość ale też kwaśność i cierpkość owoców ciemnych i egzotycznie-cytusowych - całego miksu, mieszającego się z podbuzowanym nabiałem i pikantniejszym wykończeniem.

Całość smakowała mi bardzo, aczkolwiek nie porwała mnie w wyjątkowy sposób. Miała przecudowne nuty, ale osadzone w łagodności i wysokiej słodyczy. Jeżyny i egzotyczne owoce z soczystością podkręconą cytrusami, miodowa herbata na sernikowym, łagodnym tle wyszły pysznie, acz brakowało temu wszystkiemu charakteru i impetu. Leciutka cierpkość ledwo ciągnęła, o gorzkości prawie nie ma co mówić. Kompozycja wyszła więc bardzo lekko, orzeźwiająco, ale... osadzona w kremowości... Łagodna, przystępna i jakaś... mało madagaskarska. 
Przypomniała mi się też mało madagaskarska, a właśnie bardziej wiśniowa (Standout jeżynowa), miodowa (Domori bardziej miodowo-figowa) i kremowa, dość drzewna Domori Trinitario 70 % Madagascar. Podlinkowanej jednak nie brak charakteru drzew, kawy, przypraw korzennych i kwaskawego nabiału.
Miód i cytrusy zmieszane z owocami egzotycznymi (w przypadku Akesson's nektarynki) i owocami czerwonymi drobnymi to Akesson's 75 % Criollo Madagascar Ambolikapiky Plantation, jednak... ponownie: Akesson's miała mocny charakter dymu i kawy. 


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy