sobota, 19 października 2024

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana na starcie

Kocham różnego rodzaju porównania, więc gdy dostrzegłam na stronie sklepu duet tabliczek marki Zoto, która już porządnie zapisała się w moim sercu i pamięci, musiałam kupić. Zaintrygowały mnie nieziemsko, bo jeszcze takiego porównania nie miałam okazji zrobić. Regiony to najoczywistsze porównywanie, temperatura prażenia czy sposób konszowania to kolejne możliwe opcje, ale... sposób fermentowania ziaren? A przecież to właśnie fermentacja ma kolosalny wpływ na końcowy efekt. Poprzez ten proces można wydobyć pewne nuty, inne zaś wyciszyć - jak zamarzy się czekoladnikowi! Właśnie tym pobawiła się marka Zoto, obrabiając ugandyjskie kakao na 2 sposoby. Jej twórcy postanowili pokazać różnicę, jak smakuje czekolada z kakao, które fermentowało w skrzyniach (w sumie 350 kg), a jak luzem bez skrzyń, na dużej stercie (ważącej 120 kg). Użyli kakao producenta Chocolatoa. I jedne ziarna, i drugie fermentowały przez 7 dni i były 3 razy przewracane / mieszane. Suszenie wstępne trwało 24 godziny, suszenie na słońcu 6 dni pod filtrem przeciwsłonecznym, a pieczenie 25 minut w 120 stopniach. Jako że nigdy nie spotkałam się z opisami, że kakao fermentowało na wielkiej stercie bez pudeł, uznałam, że może być mniej cenione. A jednocześnie... ingerencja człowieka była mniejsza, więc może zachowało więcej nut i klimatu regionu? Idąc tym tropem, uznałam, że to właśnie czekolada z kakao fermentowanego na wielkiej stercie bez pudełek, pójdzie jako pierwsza. Z tego, co poczytałam, Mwena to chyba nazwa własna tego konkretnego kakao od eksportera Semcu

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego na dużej stercie z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam zapach kwaśno-słodkich, bardzo ciemnych wiśni, zestawionych ze słodkimi kwiatami i suszonymi figami. Złociste figi także wiśniom podszepnęły lekką suszoność. Część słodyczy odleciała w karmelowym, ale dziwnie ciężkim, wręcz alkoholowym kierunku. Obok pojawiła się wyrazista skoszona trawa, wprowadzająca rześkość i wręcz wilgoć. Pewien chłód? W tle pojawiły się spokojne orzechy, które wszystko to zgrały. Czułam brazylijskie i fistaszki - raczej prażone - oraz młodziutkie, świeże włoskie.

Twarda tabliczki podczas łamania wydawała głośne, jakby nieco kruche trzaski. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się średnio i średnio powoli. Utrzymywała zbitość niemal do końca, ale dała się poznać jako miękka. Usta oblepiała w stopniu minimalnym, choć pokrywała podniebienie lekką, soczystą mazią. Była maślano-kremowa i aksamitna, a także coraz bardziej soczysta. Pod koniec zrobiła się lekko pylista i znikała bardzo rzadko, zostawiając lekką suchość.

W smaku pierwsze wystrzeliły słodkie, suszone, miękkie figi o złotym kolorze oraz kwiaty. Pomyślałam o delikatnych, białych i... przechodzących bardziej w ziołowe klimaty? Figi miały wręcz miodowy charakter, acz i przebłysku marginalnej soczystości się w nich doszukałam.

Przy słodkich, delikatnych kwiatach pojawił się rumianek, który wprowadził lekką goryczkę (mimo że sam też był trochę słodki), a część słodyczy przejął nieśmiały karmel.

Figi w tym czasie... zrobiły się jeszcze esencjonalniej słodkie. Suszone i... duszone w miodzie? Miodzie pitnym z odrobiną korzenności? W słodycz wkradła się ciężko słodka alkoholowość. Początkowo jeszcze niedookreślona, ale coraz wyraźniejsza i niewątpliwie trochę rozgrzewająca. Pomogła jej odrobina przypraw korzennych.

Na zasadzie kontrastu, do kompozycji dołączyła skoszona trawa i młode, zielone listeczki na drzewach wiosną. Rośliny naniosły jakby wilgoć - rosę? Wiosenną mżawkę? W motywie trawy przemknął delikatny kwasek, który zapowiedział soczystość czerwonych owoców.

Goryczka przybrała na sile. Po ustach rozeszła się gorzkość jakby trochę hamowana prażeniem. Poprzez nie, a także poprzez duszono-alkoholowe ciepło wkroczyły orzechy. Pomyślałam o pieczono-prażonych orzechach brazylijskich i arachidowych. Za nimi narosła gorzkość, prezentując się z dość mocnej (ale nie dominującej), zdecydowanej strony. Pojawiło się też trochę orzechów włoskich, ale z kolei kontrastowo świeżych surowych i młodziutkich, a więc słodkich. Choć w charakterniejszy sposób.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwasek nasilił się, idąc w zdecydowanie soczystym kierunku. Błysnęły poziomki, a tuż za nimi czereśnie. Czereśnie utrzymały się nieco dłużej. Pomyślałam o charakternej, niemal winnej odmianie kordia, po czym zmieniły się w wiśnie. Wiśnie... słodkie i miejscami podsuszone?

Słodycz w tym czasie niby próbowała uderzać na karmelową nutę, acz ciepło sugerowało jej raczej przyprawy. Czułam rozgrzewanie - kontrastowo do rześkości i świeżości coraz mocniejsze. Przewinął się niemal karmelowo słodki, ciężki alkohol - koniak? Whisky?

Owoce doleciały do alkoholu i to było to - wiśniowy koniak! Po chwili zaczął zmieniać się w lekko bądź w ogóle złudnie alkoholowy syrop wiśniowy z kwiatami. Najpierw piekł nieco alkohol, potem taka wręcz skondensowana słodycz, ale była zrozumiała, a nie męcząca.

Z orzechów ostały się świeże włoskie. Stanęły na czele wątku właśnie świeżego. Wyobraziłam sobie kwitnące drzewka wiśniowe i czereśniowe, a także wczesnowiosenny wietrzyk. Wręcz chłód? Drzewka jakby wystraszyły się lekkich przymrozków, które wprowadziły eukaliptusową nutę.

Po zjedzeniu został posmak wiśniowego... mało alkoholowego koniaku? Syropu o alkoholowym charakterze, ale bez alkoholu? I suszonych fig o niemal miodowym charakterze. O kwasek zawalczyły nie tylko wiśnie, ale też wielkie, bardzo ciemne czereśnie. Pomógł im chłodno-słodki eukaliptus i mnóstwo kwiatów. Wyszły ciężkawo-słodko, jak by chodziło o syrop z nich, jednak ogół nie był taki jednoznacznie ciężki. Tu pomogła roślinna wilgoć, kwitnące drzewka i neutralniejszy rumianek.

Całość była bardzo intrygująca i smaczna. Połączenie ciężko-rozgrzewających, słodkich nut z rześkimi i jakby wręcz wilgotnymi wyszło genialnie. Słodkie figi, niemal miód i kwiaty, trochę ich cierpkości, goryczki dopuściły do głosu kwasek czerwonych owoców, ale i on wpisał się w słodycz. Alkoholu - koniaku? miodu pitnego? - i syropu. Czułam głównie wiśnie, ale też poziomki i czereśnie. Orzechy prażone, potem świeższe włoskie, dobiegający karmel i eukaliptus ze skoszoną trawą i młodymi drzewkami, wczesna wiosna - ach, jaki to miało cudowny klimat! Urzekający w sposób poważniejszy, uwodzicielski, ale z dozą figlarności. Gdyby nie przytłoczyła mnie trochę słodyczą, bez trudu zdobyłaby maksymalną ocenę.

Sok wiśniowy i suszone wiśnie, poziomki, figi, końcowe rozgrzewanie, ogólna rześkość Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao w zasadzie były podobne. 
Pikantny miód, trochę drzew, rześkość, lekki kwasek wiśni, ale przede wszystkim lukrecjowość / anyżowość Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 % zgrywały się z nutami Zoto - ta alkoholowość i rozgrzewanie, a potem chłód eukaliptusa dały w sumie podobny klimat.


ocena: 9,5/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier

czwartek, 17 października 2024

Grizly Krem z orzechów laskowych 100%

Od razu po zjedzeniu Grizly Krem z orzechów laskowych 100% w tubce wiedziałam, że kwestią czasu jest, aż wrócę do pełnowymiarowego, wielkiego opakowania. Ogólnie miałam plan przetestować różne kremy 100% Grizly, bo miałam już wstępne rozeznanie zrobione, że na pewno mogę się spodziewać czegoś dobrego. Mama też się zainteresowała "jakimś innym niż z fistaszków kremem", więc jako że chciałam, by dobrze zaczęła, zdecydowałam się właśnie na ten, ale skończyło się, że widząc, jak się z niego cieszę, odstąpiła mi całość. Przy okazji uznałam, że miło będzie sprawdzić, czy są jakieś różnice między tym, a sprzedawanym w tubkach.

Grizly Krem z orzechów laskowych 100% to krem 100 % z orzechów laskowych; gładki; tym razem u mnie w wersji w opakowaniu 500g.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam słodkie orzechy laskowe o lekkim stopniu prażenia, przechodzące w świeże i surowe orzechy. Swą słodycz przełamały lekką gorzkością skórek. Czułam się, jakbym miała do czynienia z młodymi i świeżymi, tylko co wyłuskanymi orzechami prawie zupełnie surowymi, które podkreśliły pojedyncze, podprażone sztuki. Dokładnie tak zapamiętałam zapach kremu z tubki. 

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju. Jakieś 18 łyżeczek zlałam (czyli jakieś 35g zawartości to olej, który się nie przydał), a wymieszałam ok. 7 łyżeczek (4 od razu, 3 potem już w trakcie jedzenia na przestrzeni dni).
Resztę łatwo wymieszałam do jednolitości, mimo że trafiłam na parę suchawych miejsc, grudek.
Pasta była bardzo gęsta i masywna. Nie wydała mi się zbyt tłusta. Oleistość wykazywała tylko przy mieszaniu, potem to ładnie wsiąkło. Cechowała ją subtelna miazgowość, a więc trochę drobinek orzechów i odrobinka konkretnie skórek.
W ustach wydawała się gęstnieć. Była kremowa i pełna, a także cudownie miazgowa. Rozpływała się powoli, aż na języku zostały trzeszczące skórki i drobinki orzechów. Krem w pudełku wydał mi się minimalnie gęstszy od tego z tubki.

W smaku w zasadzie nie wyłapałam żadnych różnic. Od początku czuć uroczo słodziutkie orzechy laskowe, jakby dopiero co zerwane z krzaka i wyłuskane z łupin. 

Wysoka słodycz dominowała, dopuszczając do siebie subtelną gorzkość świeżych skórek surowych laskowców. Dodała głębi słodyczy, lekko ją jednocześnie tonując. Słodycz, choć zahamowana, w zasadzie cały czas rosła. Acz delikatnie.

Łagodna gorzkość skórek ośmieliła znikomy prażony wątek. To trwało chwilę, bo w połowie rozpływania się porcji w ustach słodycz wydała mi się nią jeszcze podkręcona; ogólnie wzmocniona. To była wręcz słodziuteńkość, tak dobrze już mi znana z wersji w tubce. 

Drobinki orzechów podtrzymały myśli o orzechach surowych, świeżych i słodziutko-młodziutkich. Z punktowo zaznaczającą się jakby suchawą goryczką oraz przemykającym echem lekkiego prażenia. 

Po zjedzeniu został posmak świeżych, młodych orzechów laskowych, po prostu. Może z subtelnym echem prażenia, ale wpisującym się w naturalną, orzechową słodycz.

To nie krem, a majstersztyk. Idealna konsystencja gęsta i miazgowa, a do tego zniewalający smak orzechów prażonych minimalnie, wręcz świeżo-surowych. Pokazały swoją naturalną słodycz, ale i skórki lekko zaznaczyły swoją goryczkę, dodając głębi.

Mając aż 500g tego cuda, jadłam nie tylko sam krem osobno, ale pokombinowałam trochę, mimo że i tak najbardziej ukochałam jedzenie kremu samego.

Najpierw poszło klasyczne połączenie z kakao - wymieszałam jogurt (typu greckiego Piątnicy) z 2 łyżkami kakao surowego i dodałam łychę (około 40g) kremu Grizly. W obliczu gorzkawego, wyrazistego kakao, krem wydał mi się trochę stłamszony. Mocne kakao i delikatność, słodycz tej pasty średnio współgrały - musiałam zagarniać naprawdę spore porcje kremu. Chwilami kojarzyło się to trochę z deserem stylizowanym na ciemnoczekoladową wersję Ferrero Rocher.
Kolejnym wymysłem był twarożek z konfiturą różaną (płatki róż ucierane z cukrem trzcinowym), łychą kremu Grizly i ok. 40g orzechów laskowych, by było też na czym ząb zawiesić. Tak jak czułam, róża podniosła słodycz, ale tu świetnie sprawdziły się orzechy w skórkach, tonując ją. Krem przy róży i orzechach sam szedł w nieco bardziej świeżo-nugatowym kierunku. To tak mi posmakowało, że nawet powtórzyłam.

Ogólnie jednak i tak najlepiej mi się je ten boski krem po prostu sam, łyżeczką. Ale nie jest to jedyny sposób - można mu godne towarzystwo znaleźć, acz nie wszystko do niego chyba pasuje.

Przy którymś z kolei zakupionym opakowaniu pomyślałam, że trochę poeksperymentuję. Skoro krem czekoladowy na bazie Eko Gram The Real Cashew Paste był tak pyszny, z ulubionym laskowo orzechowym mogło być podobnie. Wymieszałam więc 110g kremu Grizly z 17gramami czekolady J.D. Gross 70% z 2025 oraz łyżeczką kakao, też Eko Gram (nie płaską, ale i nie czubatą*). Przestudziłam, by zgęstniało. Co należy pochwalić, to to, że ten krem nawet po wstawieniu do lodówki i wyjęciu potem odpowiednio długo przed jedzeniem nie gęstnieje przesadnie. Jest nieco bardziej gęsty niż bez czekolady i kakao, a jednocześnie wciąż przyjemnie kremowy. I także w konsystencji czuć lekką czekoladowość.
W zapachu z zaskoczeniem trafiłam na mocną dominację orzechów laskowych, czekolada znalazła się w tle. Acz zamiast grzecznie współgrać, jakoś tak jakby stały obok siebie.
Efekt smakowy przyjemny, ale nie aż tak zachwycający, jak na to liczyłam. Pierwsza pokazała się słodycz - już tu rządziły orzechy laskowe. Słodycz czekoladowa rozchodziła się za nimi. Zaraz potem odezwała się gorzkość kakao i ciemnej czekolady, chwilami wydobywające goryczkę orzechów laskowych, a jednocześnie na zasadzie kontrastu umacniające ich słodycz. Czekoladowo-kakaowy splot cały czas miał wytrawniejszy charakter, a chwilami wydawał się lekko truflowy. I cały czas był uległy w stosunku do dominujących, słodkich z gorzkawymi przebłyskami, orzechów laskowych. Wciąż to orzechy laskowe były główną gwiazdą. To na plus, ale... miałam też wrażenie, że laskowo orzechowy motyw i ten kakaowo-czekoladowy cały czas stały obok siebie. Niby w zgodzie, ale nie stały się jednością. Cieszy mnie, że nie poszło w klimaty a'la Nutella, a klimat był wytrawny, mimo wysokiej słodyczy laskowców. Gorzkość kakao jednak dziwnie podkreśliła goryczkę orzechów, która w tym czekoladowym kremie niekoniecznie pasowała.
*Naprawdę trzeba tu uważać, by trafić z proporcjami kakao i czekolady, bo choćby odrobina za dużo kakao za mocno dopowiada goryczkę też orzechom laskowym. 
To było smaczne, ale raczej jednorazowo. Do czekoladowego kremu Eko Gram The Real Cashew Paste sprawdza się o wiele lepiej. Acz szkoda, że prezentowany w tym poście nie wypalił, bo czasem mam ochotę na właśnie czekoladowo-laskowy krem.
Czyli tak... ten krem jest tak boski, że najlepiej jeść go osobno. Wtedy nic jego boskości nie zagłusza.


ocena: 10/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 29 zł (za 500g; chyba promocja? bo teraz cena jest znacznie wyższa)
kaloryczność: 646 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: 100% orzechy laskowe drobno zmielone prażone na sucho

-----------------
Aktualizacja z 2026: 
Gdy zamówiwszy uwielbiany i dobrze znany krem w paczce zobaczyłam zupełnie inaczej wyglądające opakowanie, trochę się wystraszyłam. Zmiany?! A co, jeśli zmieniła się też zawartość i... krem nie jest już tym, czym był? Jeśli się pogorszył? Nie ukrywam, że byłam sceptyczna, bo raz i drugi zdarzyło mi się, że im opakowanie rozbiło się coraz bardziej ekskluzywne, eleganckie, tym sam produkt gorszy i... zwyczajnie bałam się, na co trafię.
Choć marka zmieniła opakowanie, ale zawartość kremu pozostała taka sama. I rzeczywiście — po ponownej degustacji odebrałam go niemal dokładnie tak samo jak wcześniej. 
Zapach nadal kojarzył mi się ze słodkimi, świeżymi orzechami laskowymi, w dużej mierze surowymi, z lekkim akcentem prażenia i subtelną goryczką skórek. 
przed i po uporaniu się z olejem
Także i tym razem wydzieliło się dużo oleju, bo jakieś 14 łyżeczek + trochę, które od razu wymieszałam. Pod warstwą oleju była masa podeschnięta, ale współpracująca. Mieszanie nie sprawiło problemów, a krem z ochotą przyjmował kolejne porcje oleju tak, że zaraz i uświadczyłam idealnie jednolitą konsystencję. Ta nadal była gęsta, masywna i cudownie miazgowa, z wyczuwalnymi drobinkami orzechów i skórek.

W smaku czułam dobrze mi znaną, dominującą charakterystyczną słodycz świeżych, młodych orzechów laskowych, przełamaną delikatną goryczką i tylko subtelnym echem prażenia. Tak subtelnym, że całość kojarzy się ze świeżymi, nieprażonymi orzechami, choć prażenie bez wątpienia czuć.

Nie wyłapałam żadnych istotnych różnic - to wciąż ten sam, dobrze mi znany krem. Kamień z serca, że to po prostu jakieś większe zmiany i marka odświeżyła swoje opakowania, trochę pozmieniała wygląd, ale jakości i smak nie zmieniono.

Na bazie tego kremu zrobiłam nugat orzechowy: na 63g kremu dodałam 18g mleka w proszku, 4g oleju z orzechów laskowych, 4g masła, 4-5g cukru pudru trzcinowego. Przełożyłam nim orzechowo-lawendowe ciasto, o którym więcej pisałam na Instagramie.
Efekt wyszedł niesamowicie pyszny! Intensywnie laskowy, leciutko prażony i nieprzesłodzony, acz słodki w naturalny sposób od orzechów i mleka w proszku. Mleko robiło za subtelny, bardzo pasujący dodatek, który tylko przyozdobił orzechowe bogactwo.

Inne rzeczy, jakie próbowałam z tym kremem to krem a'la Nutella (z mieszanki czekolad: mlecznej, ciemnej i białej, z przepisu @roznoo, ale bez oleju kokosowego), z którego potem zrobiłam kulki do ciasta a'la Kinder Joy (pisałam o nim na Instagramie, do którego kulki zrobiłam z tego przepisu: @roznoo: Mazurek Kinder Joy).
I... mimo wszystkiego, co dodałam, a więc 3 czekolad, potem jeszcze większej ilości mlecznej czekolady i śmietany, krem Grizly i tak się popisał swoim intensywnym, leciutko prażonym, a jednocześnie niemal świeżo orzechowym charakterem. Czuć go było dobrze pomimo tego wszystkiego! Kulki wyszły więc przepysznie orzechowo, a co za tym idzie nie w 100% jak z Kinder Joy, ale kojarzyły się; niczym ich wyidealizowana wersja. "Domowej Nutelli", tak mocno nutellowej, więc się z tego nie zrobi - krem ma zbyt intensywny, charakterystyczny i szlachetny smak na odtwarzanie i podrabianie smaku takich słodyczy, ale... wynosi je na inny poziom. I może nie smakują 1:1 jak sklepowe, ale... smakują o wiele pyszniej.


ocena: 10/10
kupiłam: grizly.pl
cena:  51,99 zł (za 500g)
kaloryczność: 646 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: 100% orzechy laskowe drobno zmielone prażone na sucho

środa, 16 października 2024

Maua Panama Finca Rio Uyama Bocas Del Toro Trinitario 72 % Craft Chocolate ciemna z Panamy

Kiedy zobaczyłam tę tabliczkę w sklepie internetowym, zwróciła na siebie moją uwagę paroma rzeczami. Przede wszystkim regionem, bo do Panamy mam słabość, i samą marką / nazwą - wszak tej nie znałam. Zamawiając z niepolskich stron, odkryłam, że w sumie jest mnóstwo mi nieznanych. Co mnie cieszyło, bo w świecie kakao było wciąż mnóstwo do odkrycia. Maüa to marka z Hiszpanii, choć po zapisie bym nie zgadła. To ponoć "mieszanka kultur wyrażona w czekoladzie", stworzona przez urodzoną w Nikaragui Sylvię i Jaume z Majorki, który zawodowo zajmuje się kakao od 2008 i który to wyjechał do Nikaragui, by tam żyć. Zakochali się w sobie, dzieląc pasję do czekolady. Ich marka ponoć łączy "ciepło Morza Śródziemnego i blask Majorki z obfitością i żywiołowością tropików, skąd pochodzi kakao". Obecnie robią czekolady z kakao nie tylko lokalnego, ale kupują też z innych krajów.
A region, o którym wspomniałam? Cóż... No przede wszystkim skusiła mnie sama Panama (dawno nie jadłam), ale Bocas del Toro - miasto w archipelagu o tej samej nazwie - od razu skojarzyło mi się ze świetnym reżyserem, Guillermo del Toro. No, bo gdyby w mojej głowie nie pojawiało się kilkaset skojarzeń na sekundę, nie byłabym sobą.

Maüa Panama Finca Rio Uyama Bocas Del Toro Trinitario 72% Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao trinitario acriollado z Panamy, z regionu miasta Bocas del Toro, znad rzeki Uyama.

Po otwarciu uderzył zapach lukrecji ugłaskanej masłem i przeplecionej wyrazistą, ciężko-soczystą wiśnią. Do głowy przyszła mi też nalewka wiśniowa. Wiśniowa cierpkość mieszała się z innymi, charakternymi czerwonymi owocami (porzeczkami?) i ostrymi przyprawami. Oprócz lukrecji czułam chili i wręcz przenikliwe goździki. W oddali poczułam jakby... kwaskawy miód? A także słodycz waniliowego ciasta. Wszystko to zarysowało się na ziemistym, ale nie mocno gorzkim, podłożu. Paloność przewinęła się, podbita maślanym motywem.

Tabliczka wyglądała ulepkowato i była tłusta w dotyku, lecz przy łamaniu okazała się twarda. Wydawała dosadnie-donośne, ale nie bardzo głośne trzaski podczas łamania.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i bardzo maziście. Wykazywała wysoką tłustość, chyląc się w nieco ulepkowatym kierunku, ale także gładką kremowość i soczystość.
Końcowo trochę ściągała.

W smaku pierwszą poczułam słodycz... miodu, a właściwie czegoś słodkiego, do czego akurat miodu dodano tak mało, że ledwo go czuć i bardziej przeszkadza, niż pomaga ogólnemu wydźwiękowi słodyczy. Przez myśl przemknęła mi jakaś jasna babka, babeczka waniliowa z dodatkiem miodu.

Słodycz jednak zaraz nabrała charakteru owoców. Pomyślałam o bananowo-jabłkowym przecierze, który zaraz przecięła ostrożna kwaskawo wiśniowa nalewka. Podkreśliła banana, który wyszedł niemal na pierwszy plan jako bardzo dojrzały owoc.

Nalewka wiśniowa jakby trochę zadrapała, po czym wzmocniła słodycz. Nieco wyraźniej wyłonił się miód. Miała ciężki charakter, choć alkoholowość po chwili się zagubiła, zostawiając samą, bardzo dojrzałą głównie słodką, ale jednocześnie cierpką i kwaśną wiśnię. Słodycz dodała do niej jeszcze truskawki... ale wręcz gnilne, ciemne.

W oddali zaznaczyła się gorzkość. Wyszła delikatnie, tym bardziej, że od razu trzymała jej się maślaność. I jakby... zbyt łagodny, przesłodzony, złudnie alkoholowy, marcepan w cierpko-ciemnej czekoladzie?
W gorzkości przemknęła mi też bardzo łagodna, czarna herbata o jasnobursztynowym kolorze.

Babeczka waniliowa zmieniła się w...  za wysokie waniliowe lody?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znowu poczułam miód, ale tym razem już więcej. Zarysował się wyraźnie przy świeżych, kwaśnych morelach. Takich niezbyt dojrzałych, co to próbowano je dosłodzić miodem? Dosłodzone owoce pomagały wzmocnić słodycz. Mimo kwaśniejszych elementów, czuć bardziej dosadną słodycz niż niską kwaśność - ta trzymała się tyłów.

Acz w niej właśnie nieśmiało zaznaczył się... przecier tym razem bardziej... jabłkowo-ananasowy? Niby kwaskawy, ale też słodki i niknący w kompozycji.

W kwasku mignęła jeszcze odrobina śmietanki. Umocniła wizję lodów zrobionych na śmietance. Naprawdę pełnej, tłustej, przez co wyszły ciężkawo. Też dołożyła się do łagodzenia gorzkości, ale chyba też trochę słodyczy. Ta przestała być tak intensywna, ale wyszło to kosztem owoców, bo przycichły słodkie banany. Mi do głowy przyszło jakieś miodowo-waniliowe ciasto z kremem. I podane z lodami!

Po herbacie zjawiła się... odrobinka ziemi? Palono-dymny motyw trochę wzmocnił gorzkość, a ziemia ustabilizowała się. Zaserwowała ziemiście-korzenne przyprawy, z lukrecją na czele. Była słodka, rześka, ale i ostra... Tylko ostrawa? Poczułam odrobinę goździków i chili. Nieco zgłuszyły słodycz.

Po zjedzeniu został posmak ziemistych przypraw i samej ziemi. Na pewno czułam chili, lukrecję i goździki, ale nie mocno ostre. Ostrość złagodziła kwaśność moreli i wiśni. Może też gnilne truskawki?
Te były już słodsze. Ogólna słodycz jawiła się jako wysoka, ale bardzo... namieszana. M.in. czułam w niej jakby za małą ilość miodu - za małą, by go dobrze poczuć i by zachwycił, a tylko dziwnie pobrzmiewający. Bo słodko było wystarczająco, nawet ryzykownie.

Całość smakowała mi, ale parę zastrzeżeń mam. Była bardzo słodka i niestety za mało gorzka. Gdyby gorzkość była wyższa, ta słodycz byłaby ok, ale przy takiej tylko gorzkawości, mi za bardzo się rządziła. Gorzkawość łagodnej herbaty, ziemi trochę za bardzo odpuściła. Wkroczyła maślana nuta, wpuszczająca śmietankę i łagodny marcepan. Kwaśność mogłaby się lepiej rozwinąć właśnie z gorzkością. Wiśnie, wiśniowa nalewna, gnilne truskawki i niedojrzałe morele mieszały się z bardzo słodkimi bananami, co zapewniło bogaty owocowy splot, jednak o dziwo nie uczyniło kompozycji przede wszystkim owocową. Akcenty miodu i przypraw z lukrecją na czele miały wiele do powiedzenia i to chyba dlatego. Konsystencja i tłustość niestety trochę leciały w kierunku ulepka, było tłusto, co mi niezbyt podeszło. A jednak wrażenie ogólne w porządku.

Też bardzo słodka od dosłownie "owocków", ale z poważniejszym karmelem Georgia Ramon Panama Finca Quebrada Limon Trinitario 72 % była o wiele bardziej gorzka, dzięki czemu smaczniejsza. Była bogata w nuty czerwonych owoców (w tym też głównie wiśni i trochę truskawek), ale cechowała ją drzewność i orzechowość oraz nutka liści tabaki.
Korzenność i echo miodu, nieznaczną kwaśność czułam też w Zotter Labooko Panama 72 % z 2021, ale ogólnie nie były zbyt podobne ze względu na kawowe i piernikowo-chlebowe nuty Zottera. Zotter zachwycił, tylko tłustością podpadł.


ocena: 7/10
cena: 6,82 € (za 70g; około 30 zł)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 14 października 2024

Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao ciemna z chili

Czekolada z chili była chyba moją pierwszą dziwniejszą w życiu. Obecnie wcale dziwna się nie wydaje, bo już niejedna marka pokazała, jak zacne to połączenie, kiedy dobierze się odpowiednie proporcje. Mam niski próg ostrości - czasem doceniam pikanterię, ale tam, gdzie jest zachowany smak. Z cukrem z kolei... No cóż, obecnie wszystko robi mi się za słodkie, więc na czyste czekolady około 50% nie patrzę. Chili w zasadzie to dodatek, jak tutaj, robiony na gładko, stąd trochę się bałam, że źle to wyjdzie. Kaufland Favourites Chocolat Edel-Bitter 85 % Kakao była co prawda przepyszna, ale już Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Mandel-Orange 52 % wyszła kiepsko. A że to były jedyne czekolady tej marki, jakie jadłam, czułam, że może być różnie. 

Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z ekstraktem z papryczek chili, wyprodukowana przez Ibercacao S.A..

Po otwarciu poczułam zapach mocno palony, mieszający się z dymem i ziemią oraz waniliowo ciężkawą słodyczą. Ogólnie była dość wysoka, ale nie szarżowała. Zgrywała się z palonością i motywem drzew, migdałów - też jakby palonych. Zarysowały się na maślanym, łagodzącym tle, trochę kontrastowo. Całość była słodka, ale i wyraźnie gorzko-wytrawniejsza, a do tego ciepła. Chili można się doszukać, acz raczej dlatego, że wiedziałam, że powinnam je czuć.

Twarda tabliczka wyglądała na potencjalnie trochę ulepkowatą, a przy łamaniu dała się poznać jako krucho-skalista. Kruszyła się trochę. Gdy odgryzałam kawałek, trzaskała bardziej chrupko, obiecując przeogromną gęstość. Mimo że twarda, było w niej coś sugerującego, iż to tylko pozór.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, umiarkowanie-szybkawo, łatwo mięknąc. Wydała mi się jakby... gibko-luźna. Początkowo czułam jakby lekką chropowatość, próbującą wskoczyć na kremowo-gładki tor. Była śmietankowa i zalepiająca, nawet na moment nieco przytykająca. Z czasem odnotowałam w niej lekką pylistość. Łatwo rzedła, robiąc aluzję suchawości, acz nie serwując realnej suchości.

W smaku uderzyła wysoka słodycz. Miała nieco cukrowy charakter, porządnie uszlachetniony wanilią. W pierwszej chwili jednak starała się iść w lekkim kierunku i mimo wszystko nie przytłaczać.

Zaraz pojawił się cierpki dym i palona nuta. Mocno palona. Wyobraziłam sobie palone drewno i... kawę zrobioną z przypalonych ziaren? Gorzkość może nie była zbyt wysoka, ale nie brakowało jej odwagi. Podkreśliła ją rozgrzana ziemia.

Jakby z tyłu zaznaczyła się ostrość chili, powoli spływająca do gardła.

Za gorzkością zaznaczyła swoją obecność maślana nuta. Trzymała się trochę z boku, jakby nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Słodycz cały czas rosła. Robiła się ryzykownie silna i aż trochę ciężkawa. Cukier wyłamywał się z niej raz po raz. Wydała mi się trochę rozgrzewająca, a wtedy porządnie odezwało się też chili. Nawet się nie zorientowałam, gdy nagle poczułam wręcz palącą pikanterię w gardle i na języku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa spalone drewno zmieniło się w drzewa, a do tych dołączyły migdały. Jakby w gorzko-poważniejszy wątek wemknęło się życie i pewna świeżość...? Kontrastowo do ostrości?

Maślaność też wydała mi się w obliczu chili bardziej... jaskrawa? Zmieniła się jednak w śmietankę. Stanęła na drodze dalszemu wzrostowi słodyczy. Ta już została na ryzykownie wysokim poziomie, ale jeszcze nie męcząc. Cukier mieszał się ze szlachetną wanilią, która wydawała się zmotywowana wyrazistym towarzystwem chili.

Chili z czasem połączyło się z gorzkością, kierując ten splot w stronę kremu orzechowo-migdałowego. Palona nuta wciąż miała się świetnie, a ja pomyślałam o palonych orzechach. Zasnuł je goryczkowato-cierpki, szary dym. Także nakręcający się nawzajem z chili.

Smak ostrych papryczek też się pojawił - to nie była czysta ostrość dla ostrości, a pikantnie-ciepła, głęboka nuta. Chili było więc dosadne, wyraziste, ale nie zagłuszyło reszty. W pewnym momencie znalazło się na pierwszym planie, lecz jako towarzystwo przesadzonej słodyczy i paloności.

Mi się jednak końcowo robiło trochę za ostro, że aż się wystraszyłam, ale... wtedy jakoś słodycz jakby się rozepchnęła i zrobiło się bardzo waniliowo. Za słodko, ale jeszcze znośnie. Cierpkość dymu i jak po wypiciu mocnego espresso też się pojawiła, jakby wyciszając chili, które przeszło na poziom gardła.

Po zjedzeniu zostało jednak wyraźne pieczenie chili w gardle. Czułam też posmak papryczek, mieszających się z wysoką słodyczą wanilii, która wyszła aż dziwnie rześko w obliczu ostrości. Dołączyły do nich odymione, przypalone orzechy i cierpkość jak po kawie. Wróciła też maślaność, jakby uwypuklona ostrością i słodyczą.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że nie była idealna. Za wysoka słodycz na szczęście należała do wanilii, nie tylko do cukru. Muszę przyznać, że całkiem nieźle wyszła przy tej wyrazistej ostrości. Samo chili było jak dla mnie ryzykownie mocne, ale też mocne w taki sposób, że nie zabiło reszty, więc obstawiam, że tak obiektywnie po prostu dodano dobrą ilość (ja mam raczej niski próg wytrzymałości). Wciąż miało smak papryczek! Gorzkość i cierpkość były, palona nuta zacnie się zaznaczyła, nie była przepalona. Wolałabym silniejszą gorzkość, ale i ta wyszła smacznie. Maślaność trochę mi przeszkadzała, ale końcowo wszystko fajnie współgrało.
Na pewno wyszła trochę lepiej niż Lindt Excellence Chili Dark Chocolate. Blisko było jej do pysznego J.D. Gross Ekwador 56 %, który był nieco mniej słodki i rozpływał się wolniej, gęściej.

Marka odzyskała dobre imię po Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Mandel-Orange 52 % Kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,29 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z chili 0,5%, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt waniliowy

niedziela, 13 października 2024

Czar Czekolady Cocoa Gloss Gold Sun Czekolada gorzka 70 % z płatkami jadalnego złota ciemna ze złotem

Jakiś czas temu od niechcenia sprawdziłam w Google, czy nie pojawiły się jakieś ciekawe lepsze, ale jeszcze nie takie bardzo drogie do degustacji, czekolady do zamówienia na zwyklejszy dzień. Jednym z pierwszych wyszukiwań były tabliczki polskiej marki Czar Czekolady, które z wyglądu mnie zachwyciły. Z jadalnym złotem w czekoladzie się już zetknęłam (Rococo Gold Frankincense & MyrrhCoco Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate 61 %), ale nie zrobiło na mnie wrażenia, bo to tylko cieszy oczy i twórcy chyba wzięli pod uwagę, że odbiorcom liczy się efekt wizualny (czyt. olali smak). Znalezione tabliczki cieszyły jednak już samym wydaniem, opakowaniem. W ogóle bardzo spodobał mi się zamysł na linię produktów i wydania ich jako duet, adekwatnie związany ze Słońcem i Księżycem z dopasowanym złotem i srebrem. Wszystko to utrzymano w moim guście. Od razu widać, że mają poczucie smaku co do wizualnej części! Astrologia bardzo mnie interesuje, więc wydawały się stworzone dla mnie. Napisałam do firmy i nawiązaliśmy małą współpracę, w ramach której dostałam tabliczki (dwie już wspomniane i dwie plantacyjne, które znalazłam na stronie i o które wyraźnie poprosiłam) do testów. Postanowiłam zacząć od tej, która nieco mniej do mnie pasowała, do słonecznej. Od producenta dowiedziałam się, że pracują na kakao Callebaut.

Czar Czekolady Cocoa Gloss Gold Sun Czekolada gorzka 70 % z płatkami jadalnego złota to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao forastero z dodatkiem płatków 23-karatowego jadalnego złota.

Po otwarciu poczułam średnio mocno, ale wyraźnie palony zapach zestawiony z wysoką słodyczą małych okrągłych biszkoptów i wanilii. Ta wydała mi się nadrzędna i ryzykowna. Mimo że obok stanął cierpkawy wątek kakao w proszku, które wprowadziło truflę czekoladową oraz krem kakaowo-orzechowy. Do głowy przyszedł mi też domowy blok czekoladowy, trochę drzew i grzybowy motyw kakaowych mousse'ów. W oddali przewinęła się lekka ziemistość i... nieokreślona rześkość? Wszystko to zdawało się wpisane w kakaowość, a i tak nie zdominowało to słodyczy.

Tabliczka ozdobiona paroma kawałeczkami złota wyglądała całkiem ładnie, ale... zwyczajnie. W dotyku wydała mi się niby masywna, ale delikatna zarazem. Mimo że była w sumie twarda, łamała się bez trzasku, jawiąc się jako krucha i nieco proszkowa masa. Gdy odgryzałam kawałek, towarzyszył temu lekko chrupki dźwięk i na pewno swoistą twardawość czułam.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, jakby trochę jej się spieszyło. Dała się poznać jako trochę wodnista i gładka, lecz z czasem zaskoczyła na nieco gęstszy tor. Wciąż nie była to gęstość, ale jednak... pewna przytykająca kremowość. Powlekała podniebienie rzadkawą mazią jakby do końca próbując zachować pewną twardawość. znikała rzadko. Wyszła średnio tłusto i zostawiała lekko suchawe wrażenie.
W ustach złota nie czuć, znikało jakoś razem z czekoladą.

W smaku rozdźwięczała bardzo wysoka słodycz. Połączyła zbyt cukrowe okrągłe, twarde biszkopty ze sporą dawką wanilii. Wanilia podążała za nimi, by za chwilę się z nimi zrównać. Słodycz rosła, lecz pojawiło się też skojarzenie z blokiem czekoladowym.

Wkradł się do niego subtelny chłód, chwilowo zahaczający o... słodką ostrawość? Mignęła lukrecja, po czym zniknęła w intensywnie słodkim wątku.

Pojawiła się lekka gorzkość. Wypływała z domowej, niby czekoladowej masy i zmieniała się w trufle kakaowo-czekoladowe. A w zasadzie... masę truflową, jakieś... pozbawione alkoholu bajaderki?

Blok zniknął, ale pozostawił pewną mleczność. Czy nawet śmietankę? Bitą! Ułatwiła słodyczy ciągły wzrost. Ten nie był już drastyczny czy skokowy, ale jako że już zaczynała z wysokiego pułapu, zmierzała w ryzykownie duszno-drapiącym kierunku.

Trufle zalał syrop, sos czekoladowy. Wyobraziłam sobie deser-mousse kakaowy, w którym znalazł się grzybowy element. I... pewna maślaność? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wydała mi się bardzo ugłaskana i wręcz stłamszona słodyczą. Dołożyła się do tego waniliowa bita śmietanka.

Gorzkość jednak walczyła o siebie. Szło jej... kiepsko, ale zaserwowała trochę średnio mocnej paloności, zahaczyła o ziemię i drewno, ale po chwili słodycz ją pokonała. Gorzkość stała się czekoladowo-orzechowym kremem o przesadzonej zawartości cukru. Orzechy laskowe jedynie w nim pobrzmiewały. Wypierała je... maślaność?

W oddali wychwyciłam niby soczystość... Przez moment przy jednym czy drugim kęsie pomyślałam nawet o jakimś ciemnym owocu, ale nie. Soczystość orzechów? Gubiły się jednak w lukrecjowym chłodzie, choć sama lukrecja nie miała za wiele do powiedzenia. Lukrecjowość osiadła w kakaowo-czekoladowym deserze ze sporą ilością kakao w proszku i sosem / syropem kakaowym; muląco słodkim. Od wanilii, ale końcowo pokazał się i cukier, męcząc już i drapiąc.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao w proszku oraz deseru kakaowo-truflowego z cukrowo-waniliowo przesłodzonym sosem / syropem. Drapało w gardle - może nie straszliwie, ale zdecydowanie przeszkadzająco. Do przesłodzenia dołożyły się też biszkopty i wanilia oraz waniliowa bita śmietanka. Pojawiło się też marginalne poczucie chłodu, nasuwające na myśl lukrecję, ale nie lukrecja jako ona sama. Posmak zaznaczył się na języku na dość długo i było w nim coś... gryzącego, jakby niezbyt pożądanego.

Całość wyszła przeciętnie. Jak na produkt, który ma być elegancki, trochę zabrakło tej elegancji i wytrawności w smaku. Ten był przeciętnie smaczny. Czuć dużo kakao w proszku, co nie wyszło szlachetnie, ale nie było źle. Blok czekoladowy, trufla i mousse kakaowy, krem czekoladowo-orzechowy to w porządku nuty. Biszkopty, wanilia i bita śmietanka przy tej cukrowości przegięły. Myślę jednak, że z cukrem trzcinowym byłoby lepiej. Ogół był bowiem bardzo przesłodzony. Czekolada ze złotem wydała mi się tu więc po prostu atrakcją samą w sobie, że ze złotem. Szkoda, że smak nie był adekwatnie wykwintny. Konsystencja zbyt rzadka, wręcz wodnista też mnie nie chwyciła. Takie pieniądze lepiej wydać na dobrą czekoladę, ale... jak na kimś jadalne złoto robi wrażenie, to nie jest to jednocześnie strasznie wygórowana cena, bo czekolada w sumie i tak jest w porządku. Gdyby kosztowała do 10 zł, miałaby spokojnie 8; gdyby wówczas była gęstsza, rozpływała się wolniej, może bym nawet o 9 pomyślała.


ocena: 6,5/10
kupiłam: czarczekolady.pl (dostałam)
cena: 29 zł (ja dostałam)
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, proszek kakaowy o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), 23 karatowe jadalne złoto w płatkach 0,01%

piątek, 11 października 2024

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80% ze Smoczym Owocem z Kolumbii z pitają

Pitaja, choć jadam bardzo rzadko, to jeden z moich ulubionych owoców. Koniecznie odmiana o białym środku, bo inne do mnie nie przemawiają, są gorsze. Jak jednak otrzymałam dzisiaj prezentowaną czekoladę, ucieszyłam i pomyślałam, że nieźle trafili. Kiedy bowiem odezwałam się do BTB z prośbą o nowe czyste ciemne, dodałam, że tym razem z ochotą popróbuję też tabliczek z dodatkami w górach. Nie wskazałam jednak konkretnych. Ucieszyłam się oczywiście, bo każda otrzymana czekolada cieszy, ale też ze względu na dodatek. W zasadzie... Był ryzykowny, bo wersja suszona nawet mojej ulubionej odmiany (o której pisałam na Instagramie  https://www.instagram.com/p/CeeVNCSMEWk/?igsh=MXUxaGdjdGEzaG8ycA==) mi nie podeszła. Aczkolwiek fakt - tamta była bardziej kandyzowana, a BTB zdecydowało się na owoc czysty. Tu jednak nie sądziłam, że różowa liofilizowana wyjdzie lepiej (nieliofilizowaną kiedyś spróbowałam na sushi, bo mi je ozdobili), ale i tak byłam ciekawa. W końcu to pitaja. 
Czupel to taki szczyt, który od dawna chciałam zobaczyć, jednak na tyle niski, że nie chciałoby mi się jechać specjalnie na niego. Stąd po Malinowej Skale poszłam do Malinowa, a nieco później zdecydowałam się jeszcze odbić właśnie na ten szczyt. Droga była niemal prosta i przyjemna. Na szlaku nie spotkałam nikogo, bo i w zasadzie żółty szlak, którym szłam niby jest, ale nie wszystkie mapy go pokazują. W oddali na niebie wisiały chmury, na szczycie spadła może kropla, ale jeszcze długo miałam spokój. Z Czupla kawałek się wróciłam - nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się na skrzyżowaniu dróg - i poszłam do schroniska Chata Wuja szlakiem czerwonym, na którym to już złapał mnie chwilowy deszcz z małym gradem, a potem leśną droga do Szczyrku. 

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80% ze Smoczym Owocem to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Kolumbii ze smoczym owocem (pitają / pitahayą).

Po otwarciu poczułam wyrównany zapach pitai, która kojarzyła się z mieszanką kwiatów i rześko-słodkich owoców - jakby egzotycznej fuzji truskawek i winogron, oraz czekolady. W zasadzie... gdy wąchałam spód, pitaja nieco dominowała. Czekolada wydała mi się ananasowo kwaskowata albo...kawowo kwasowo-gorzkawa? Pomyślałam też o melonie i kwiatowym marcepanie.

Na spodzie lśniącej tabliczki dodano kilka raczej sporych, wysokich plastro-kawałków suszonej pitai. W dotyku wydawały się twarde, ale to tylko pierwsze wrażenie.
Przy łamaniu twarda tabliczka trzaskała chrupko i głośno, a kawałki dodatku zachowywały się różnie. Niektóre chrupko się ni łamały, ni rwały, inne zostawały w jednej lub drugiej części. Trzymały się dość dobrze, ale da się je wyrwać. Wówczas zaskoczyły zwartą miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była maślano tłusta i zbita, a także trochę lepka. 
Pitaja raz czy drugi w pierwszej chwili wydała mi się nieco scukrzona. Trzymała się jej przez pewien czas, a potem w przypadku większych kawałków odpadała. Zaś w przypadku odgryzionych mniejszych, rozchodziła się na pitajową masę. Chwilowo wydawała się jędrnawa, ale zaraz rozchodziła się na farfoclo-drobinki i pesteczki. Przebierała soczystość, wpisując się w to, jak czekolada nagle szybko zaserwowała sporo soczystości.
Owoce gryzłam głównie na koniec, gdy czekolada zniknęła. Tylko nieliczne podgryzałam już wcześniej, obok czekolady.
Pitaja zdążyła więc nasiąknąć i zmięknąć porządnie. Jędrność zależała od wielkości kawałka - gdy odgryzłam mały kawałek dodatku, w zasadzie jędrność była bardzo niska. Gdy jednak odgryzłam połówkę kawałka lub prawie cały, jawił się jako średnio jędrny. Pitaja przedstawiła się jako miękko-gluciasta. Kojarzyła się trochę z owocem kisielowatym i siemieniem lnianym. Jej pestki subtelnie strzelały.
 
W smaku najpierw poczułam kwiatową słodycz pitai, do której po chwili dołączyło bardzo słodkie ciasto. Musiało zawierać pokaźną warstwę kremu budyniowego. 
Gdy spróbowałam czekoladę osobno, okazało się, że w zasadzie nie przesiąkła specjalnie pitają, jednak wydawała się nieco słodsza niż czysta BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 %. Zachowała jednak egzotyczny kwasek, ale nawet w kęsach bez dodatku był jakby osłabiony.

Słodycz wzrosła i choć baza próbowała iść w cięższym, maślano-karmelowym kierunku, rześka egzotyczna pitaja zaprotestowała. 

Wyobraziłam sobie ciasto z lekką galaretką na wierzchu, która miała owocowy smak i sporo zatopionych w sobie jasnofioletowych winogron. 

Słodycz ogółu bardzo wzrosła, lecz miała lekki, zwiewny charakter kwiatów, więc nie męczyła. Kwiaty mieszały się z drzewami. Połączyła się kwiatowość smoczego owocu z wizją ukwieconych, kwitnących drzewek owocowych.

Palona nuta, jako że z karmelem nie wyszło, przełożyła się na gorzkość. Oddawała palona kawę. Może ciasto miało kawowy spód? Przewinęło się espresso, które mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzmocnił dym. 

Gorzkość w obliczu rześkiego owocowego wątku bardzo wzrosła. Nie była to siekiera, ale odważny akord. Maślaność przemknęła w oddali, ale szybko zniknęła.

Pitaja subtelnie mieszała się z czekoladą - współpracowały, nie przeszkadzając sobie. Czekolada nią nie przesiąkła, ale dodatek podkreślił w niej słodycz i gorzkość, a wykreślił jakąkolwiek kwaśność. 

Słodycz poszła w kierunku świeżych, słodko-soczystych fig i banana. W oddali zaznaczył się chyba ananas, ale w wersji niemożliwie słodkiej - jako ananas z puszki? 
W przypadku kawałków pozbawionych pitai, ananasowa nuta była kwaśniejsza. W tych fragmentach wychwyciłam też trochę rodzynek i chyba cytrusów.

W oddali doszukałam się marcepanu z mocno kawowa nutą, który jednak końcowo uległ pitai. 

Bliżej końca czekolada pobrzmiewała już tylko ciastem z budyniowym kremem i rzęski mi owocami, oddając pitai pole do popisu. 

Tę końcowo czuć wyraźnie, nawet niegryzioną. A gdy już ją gryzłam po tym, jak zniknęła czekolada, zaserwowała mi nienachalną, ale jednoznaczną słodycz. Czuć, że to pitaja, która miała kwiatowy charakter i zahaczała o jakby bananowe, nieco truskawkowe, jasnofioletowe winogrona. 

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo słodkiej, rześkiej pitai z bananowo-winogronowym echem i cierpko-gorzkiego, trochę odymionego espresso oraz budyniowego ciasta biszkoptowego. Wyłoniła się też maślaność i motyw ukwieconych drzew.

Czekolada wyszła bardzo ciekawie i smacznie. Jak na czekoladę ciemną z pitają, nawet bardzo. Czuć bowiem wyraźnie sam owoc! Bez trudu da się rozpoznać pitaję. Co więcej, nie narzucała się pysznej, czekoladowej bazie. Ukryła nawet jej za mocną maślaność i w smaku, i w strukturze - bo zwłaszcza w tej ostatniej odciągała uwagę kompletnie. Zostawiła tylko nieprzeszkadzającą część. Niestety jednak wyeliminowała kwaśność - tę czuć głównie w kęsach bez smoczego owocu. Wyszło to ciekawie, gdy jadłam raz z nim, raz bez niego - rozmieszczenie sprawiało, że nie da się inaczej. Miałam wrażenie, że trochę pyszności bazy jednak ucieka. Mimo to, ogół zapewnił mi bardzo przyjemne chwile i na trasie, i podczas weryfikacji odczuć już w domowych warunkach. W smaku nie była lepsza niż czysta, ale jeśli mam o niej myśleć jako o czekoladzie ze smoczym owocem, była naprawdę zacnie skomponowana i ukryła zbyt maślaną strukturę. Na pewno pitaja o wiele lepiej współpracowała z tą bazą niż czarne maliny w BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 % z Czarnymi Malinami.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 10 zł (za 50g)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, pitaja liofilizowana

czwartek, 10 października 2024

Chapon Ucayali Cacao Rare ciemna 74 % z Peru

Bardzo cieszyłam się, że czeka mnie kolejna peruwiańska tabliczka od Chapon, a jednak czułam też pewien żal, smutek. Nawet w jakiś nostalgiczny nastrój weszłam - wszystko przez to, że obecnie Chapon słodzą białym cukrem - nie mogę tego przeboleć. 

Chapon Ucayali Cacao Rare to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao z Peru, z brzegów rzeki Ucayali.

Po otwarciu poczułam słodki w ciepły, trochę duszny sposób marcepan. Dominował wyraźnie nad słodkim splotem kwiatów i suszonych owoców. Suszono-kompotowych? Pomyślałam o śliwkach i jakiś słodkich, niedookreślonych żółtych. To chyba mango i brzoskwinie, ale też... kandyzowane? Słodycz mocno się ich trzymała. Trochę powagi dodały im sowicie wypieczone precle oraz to, że część kwiatów oddawała napar jaśminowy.

Tabliczkę cechowała chrupka, nie za wysoka twardość. Łamanie wieńczył niezbyt głośny dźwięk. Kojarzyła mi się trochę z chrupkawo-zawilgoconą, zbitą masą, zastygłą w tabliczkę.
W ustach czekolada rozpływała się umiarkowanie-wolnawo. Zaraz przedstawiła się jako kremowy jedwab, mięknąc nieco. Była zbita, a jednocześnie lepkawa. Miała w sobie coś z grudki budyniu, który z czasem roztoczył soczystość.

W smaku pierwsza pojawiła się intensywna, słodkawa śmietanka i kwiaty. Całe mnóstwo białych kwiatów o rześkim charakterze. Do głowy przyszedł mi słodki jaśmin i jakby... smakowy słodki puder - cukier kwiatowy?

Swoją obecność zaraz zaznaczyła też gorzkość. Przedstawiła się jako blok czekoladowy, acz nie miała imperatywnych zapędów. Rosła jednak znacząco. Towarzyszyły jej orzechy - najpierw bardzo nieokreślone, ale już po chwili zadeklarowały się jako orzechy włoskie. Między innymi, bo reszty nie mogłam uchwycić...

W tle zaznaczyła się obietnica kwasku i lekka ziemistość. Gorzkość jeszcze szybciej ruszyła do przodu, więc tyłami zaopiekowały się owoce. Najpierw do głowy przyszły mi żółte, żółto-egzotyczne, a potem wyraźnie brzoskwinie i mango. Wyszły głównie słodko, kwasek się zagubił prawie zupełnie. Coś tam się jednak kryło... herbata z cytryną? I z... łuską kakaową? Nutą kakao? Też jednak mocno posłodzona.

Zza orzechów wyłoniły się mocno przypieczone precle. Wprowadziły do kompozycji poczucie ciepła, prażoność. To trochę rozgrzewało.

Ciepło i rozgrzewanie podchwyciła słodycz, trochę aż drapiąc w gardle. Blok czekoladowy zmienił się w kakaowe, słodkie ciasto. Chyba... z odrobinką ostrawych przypraw korzennych?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam śliwki o nieco podsuszono-kompotowym, słodkim wydźwięku. Do owoców żółtych podpłynęła śmietanka, przekładając się na myśl o brzoskwiniowo-mango deserze śmietankowym. Śliwki dopraszały się o głos, a że kwasek na moment lekko wzrósł, pomyślałam o jogurcie ze wsadem śliwkowym. Jogurcie kakaowym? I ze szczyptą cynamonu, bo wydał mi się mieć ostrawe zapędy.

Na chwilę gorzkość złagodniała, za sprawą słodyczy wpisując się jedynie w ciasto kakaowe, w dodatku posypane cukrem pudrem, lecz po ryzykownie ciężkim epizodzie, gorzkość znów zaczęła się nasilać i rozgoniła trochę wątki przesładzające.

Wróciła wyrazistsza orzechowość. Tym razem włoskie podporządkowały się migdałom, serwującym intensywny marcepan. Oczami wyobraźni zobaczyłam baton marcepanowy z warstwą śmietankowego nugatu. Chyba z włoskich i z dodatkiem kakao oraz... ze szczyptą rozgrzewających przypraw?

Kwasku ostało się prawie tylko wspomnienie - owoce grały na słodką nutę. Śliwki, mango i brzoskwinie wydały mi się suszone i wręcz trochę kandyzowane. Kwasek w tle jakby chciał, a nie mógł - zaznaczył się jedynie jako niemal nieuchwytne echo.

Śliwki i kostka mango suszonego przypomniały sobie o rozgrzewaniu. Oto nagle jakby nasiąkły alkoholem. Dołączyły do nich rodzynki, także w alkoholu i słodkie... maliny? Wszystkie weszły w skład kakaowego ciasta i pojedyncze chyba dołączyły do marcepanu za sprawą alkoholowego ciepła. W pieczonym wątku, w którym rozgościło się kakaowe ciasto, z nową siłą wróciły precle. 

Kompozycję zamknęła rześka słodycz kwiatów jaśminu, które ze świeżych kwiatów pod wpływem tych gorzko-słodkich sporów, zmieniły się w mocny, jaśminowy napar.

Po zjedzeniu został posmak nugatu kakaowego i naparu kwiatowego, które wpisały się w ogólnie ciężką, wysoką słodycz. Czułam echo kompotu, suszono-kandyzowanych owoców, które niby próbowały być kwaskawe, a jednak właśnie słodkie. Mango, brzoskwinie i śliwki chyba najbardziej zdecydowały się na suszony motyw. Łagodziła to wszystko śmietanka, lekka maślaność, a o poczucia ciepła zadbały pieczone precle.

Całość była interesująca, ale niestety za słodka w ciężki sposób. Kwiaty jaśminu otworzyły kompozycję i jako napar jaśminowy ją zamknęły. Śliwki, mango i brzoskwinie, odrobinka cytryny i rodzynki niby chciały zaserwować kwasek, ale ciągle chyliły się ku słodyczy a to kompotowym wydźwiękiem, a to suszono-kandyzowanym motywem, a to nasączeniem alkoholem. Śmietanka i jogurt z owocami czy ciasto kakaowe z nimi ciekawie rozegrały gorzkość i łagodzenie. Mnie zachwyciła tu nuta marcepanu, a precli była po prostu niespotykana. Wszystko wyszło dynamicznie, dużo tu wszystkiego, a jednak nuty wystąpiły w pełnej zgodzie. Szkoda tylko, że rozgrzewanie poszło w drapanie słodyczy w gardle i właśnie aż ciężkość ta słodycz wprowadziła. Inaczej byłoby idealnie.

W sumie podobna była Chapon Perou Gran Yapatera 75% o nutach orzechów włoskich, drzew, dymu i marcepanu z żółtymi owocami (mango, ale też z kolei ananas), rodzynkami oraz ziół. Wspomniana była ciężka, ale inaczej, nie za sprawą słodyczy. Jej delikatny kwasek ładniej się wyeksponował. 

Śmietanka, orzechy włoskie i rozgrzewanie (ale od przypraw, brzoskwinie i herbata z kwiatami, czyli nuty Chapon Chuncho Cacao Rare bardzo pasowały do nut dzisiaj przedstawianych, ale mimo że niektóre podlinkowanej w zasadzie były bardziej smakowite, to jednak właśnie dzisiaj przedstawiana wybroniła się wyraźniejszą gorzkością.

Za to mało miała wspólnego z innymi z Ucayali, jakie jadłam, bo w większości pojawiały się czerwone owoce.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: 9 € (około 45 zł; za 75g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy