środa, 30 października 2024

Goplana Figurka Karmelowa w Czekoladzie; Odra Opolanki Galaretki w Czekoladzie / Opolanki Halloween

Pierwotnie założyłam, że na Halloween wrzucę jeden post specjalny, w którym porównam, co sklepy oferują na tę okazję, jednak tyle mi wpadło drobnych tego typu słodkości od ojca, a potem Mama dokupiła jeszcze coś, że postanowiłam to podzielić i jeden wpis zrobić o słodyczach specjalnych, które pojawiają się okazyjnie w marketach, a drugi będzie właśnie o tym, co proponują znane marki, czyli raczej nienowe produkty, którym po prostu dostosowano opakowanie do okazji. 

Goplana Figurka Karmelowa w Czekoladzie to batonik / czekoladka z nadzieniem karmelowym w czekoladzie ciemnej, ważąca 30 g; u mnie edycja na Halloween*.

*Dwa wzory: dynia i kot; był jeszcze duch, ale wg mnie jest najbrzydszy i kojarzy się bardziej z bałwanem.

Po rozwinięciu sreberka poczułam intensywny zapach cukrowo-gorzkiej czekolady o palono-polewowym charakterze, zmieszany z cukrowym, karmelowo-śmietankowym motywem, który zwłaszcza po przełamaniu kojarzył mi się z marcepanem z cukru, karmelu i jakimiś likierowymi karmelkami. Było to ciężko-duszne i przywodziło na myśl tanie czekoladki.

W dotyku figurka wydała mi się tłustawo-polewowa i masywna. Twarda, ciężka. Podczas łamania wykazywała kruchość. Podtrzymała wrażenie twardości, wyglądała dość sucho w przekroju, jak grudkowaty marcepan.
W ustach czekolada rozpływała się szybko. Okazała się tłusta i mazista, maślano-margarynowa i polewowa, śliskawa. Łatwo rzedła, na koniec szczycąc się lekką pylistością. Mieszała się z wnętrzem.
Nadzienie okazało się bardzo masywne i zbite, twardawe, ale nie twarde. Było gęste i kleiste, znacząco gumowe. Rozpuszczało się w średnim tempie, acz nie spiesząc się, z lekko wodnistym efektem, ale wciąż dość gęsto. Najpierw zaserwowało mi grudkowość jak gumiasto-plastyczny marcepan, a także lekkie scukrzenie, potem masa jakby wygładziła się, idąc w jeszcze bardziej gumowym kierunku. Nadzienie podgryzane rzęziło; na koniec zostawały drobne bryłki cukru.

W smaku sama czekolada to przede wszystkim mieszanka cukru i palonej gorzkości, od samego początku do końca. Z czasem pokazał się w niej jeszcze silny, margarynowo-oleisty, tandetny motyw polewy, który razem z echem odtłuszczonego kakao przypieczętował bardzo niską jakość czekolady. To taka... "deserówkowata polewa".

Czekolada ta pasowała jednak do wnętrza o także intensywnym smaku, właśnie niestety mocno związanym z margaryną. Gdy się wyłoniło, to ono dominowało.
Nadzienie smakowało bardzo słodkim, cukrowym toffi zrobionym z margaryny z dodatkiem masła. Z czasem doszła do tego mleczna krówka, która próbowała udawać marcepan z karmelków (abstrakcyjne wyobrażenie). Za jej sprawą wemknęła się nieco bardziej palono-słodka nuta i jakby sztuczny śmietankowy likier bez śladu realnego alkoholu. Wszystko o karmel nawet się nie otarło.

Czekolada zniknęła szybciej od nadzienia, które to zaraz zaczęło drapać słodyczą. Było przecukrzone i sztuczne oraz do końca jedynie karmelkowo-toffi. Swoją jakby skondensowaną cukrowością paliło w gardle, co podtrzymało myśl o likierze krówkowo-śmietankowym, acz sztucznym i bez procentów.

Po zjedzeniu został posmak, a w zasadzie niesmak margarynowo-sztuczny, słodko-tandetny jak po tanich i przecukrzonych czekoladkach z polewą zamiast czekolady. Cukier palił w język i gardło, mieszając się z motywem sztucznej śmietanki. Kiepskie toffi przemieszało się na koniec cukrową, polewową czekoladą. Na jaw wyszła też sztuczność, niedookreślone aromaty.

Całość okazała się tandetna i kiepska jakościowo. Cukrowo-polewowa czekolada i zacukrzone nadzienie o margarynowo-sztucznym smaku to nic wartego jedzenia. Nuta toffi z pewną sugestią jakby marcepanu z karmelków (zamiast migdałów) miała potencjał, ale przez całą tę beznadzieję, ani trochę nie cieszyła. Szkoda, że takie okazjonalne słodycze robią tak beznadziejne, licząc, że z racji tematycznych opakowań ludzie i tak kupią.
Po malutkim gryzie mnie wykręciło i nie byłam w stanie myśleć o zjedzeniu ani odrobiny więcej. Obie figurki powędrowały do Mamy.

Mama zjadła jedną - dokończyła po mnie (drugą oddałyśmy ojcu). Powiedziała: "Dawno już czegoś tak słodkiego nie jadłam, zapomniałam, że coś może być aż tak słodkie. Aż mnie zszokowało, poraziło. Ta słodycz taka czysta... Ale tak gdyby nie ona, pod tym cukrem, to może to i by smaczne było jak na to, czym to jest. Ot, tania figurka okazjonalna, taka nawet ciekawsza, no ale tak słodka, że się jeść nie da. Spróbowałam, i co tam jeszcze w niej jest, to się nawet nie próbowałam wczuwać". Trochę się ze mną kłóciła, że "tanie słodycze wszystkie takie są", ale nie uważam, by taniość dawała przyzwolenie na tak paskudny skład, przekładający się na taki sam smak. Niech to więc kosztuje trochę więcej, a będzie zjadliwe, bo choć z pomysłem, wykonanie leży.


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła w Stokrotce
cena: 1,49 zł (za sztukę 30g)
kaloryczność: 433 kcal / 100 g; sztuka 130 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, czekolada 21 % (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, shea) w zmiennych proporcjach; kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory: lecytyny (z soi), E 476, aromat), woda, mleko w proszku pełne, syrop glukozowy, tłuszcz palmowy, olej rzepakowy, barwnik: karmel, aromaty.

-----------


Odra Opolanki Galaretki Halloween to "galaretki o smaku owocowym (malinowym, cytrynowym i pomarańczowym) w ciemnej czekoladzie".

Galaretki ważą po około 16g / sztuka. Pod względem struktury wszystkie smaki były takie same, więc pozwolę je sobie opisać zbiorczo. 
Cukierki w dotyku nie były bardzo masywne, ale niewątpliwie raczej twardawe. Czekolada stanowiła cieniutką warstwę, która w dotyku przypominała kiepską, plastikową polewę. Da się ją podważyć nożem. Pękała, dając się poznać jako ni twarda, ni miękka.
Wnętrze to masywne, ale podobnie jak "czekolada" twarde i lekko sprężyste galaretki. Do tego lepkie, ale tylko w dotyku (w ustach się takie nie wydawały).
W ustach czekolada rozpływała się szybko, nieco wręcz ślisko, maziście. To raczej kiepska, pozbawiona gęstości polewa, nie czekolada. Galaretki zaś rozpuszczały się bardzo powoli, prawie wcale. Niemal do końca pozostawiały dość twarde i zwarto-zbite, nawet podczas gryzienia. Ku mojemu zaskoczeniu, nie kleiły się do zębów ani trochę.

Zapach ogółem był cukrowo-słodki i sztuczny, ewidentnie galaretkowaty - to galaretki zdominowały całość, zostawiając nijaką czekoladę w tyle. 

Malinowe pachniały niczym cukrowy, uroczo "słodziuteńki", sztuczny syrop malinowy. Czy wręcz "syropik". Może i z sugestią kwasku, soczystszym echem, ale wydały mi się wręcz drapiąco-mdląco słodkie. Czekolada tylko lekko zaakcentowała cierpkość kakao.
W smaku czekolada wniosła trochę tylko na samym początku, witając się delikatnie gorzkawo-cierpkawym, nieco palonym smakiem. Zasnuła się słodyczą, po czym zadebiutowało wnętrze. Cechowała je cukrowa słodycz, która błyskawicznie rosła. Mignęła w niej obietnica kwasku, jednak potem motyw przecukrzonego syropu malinowego i sztucznych malinowych landrynek zajęły pierwszy, drugi i trzeci plan. Chwilami to-to wydawało się aż mdłe w zasadniczy smak w tej całej słodyczy... Typowa dla galaretki cierpkość zamajaczyła w oddali, a słodycz szybko drapała w gardle. Przy gryzieniu razem z czekoladą leciuteńki kwasek jakoś bardziej się wyłaniał. 

W przypadku cytrynowych w zapachu czekolady w zasadzie nie czuć. Tę sferę zdominował cytrynowy, nieco kwachowaty motyw płynu do naczyń. Goryczka łączyła w sobie galaretkę po prostu i sztuczną skórkę cytryny. Mimo to, cukrowość też była i wyszła aż mdląco.
W smaku czekolada wyszła lekko cierpko, acz sama w sobie nie zwracała na siebie uwagi. Podkreśliła raczej kwaśność wnętrza. Cytryna przebiła się błyskawicznie i zdominowała wszystko. Chociaż "cytryna" jest tu nadużyciem, ponieważ najpierw poczułam sztuczny płyn do naczyń w wariancie cytrynowym o złudnie kwachowatym wydźwięku. "Złudnie", ponieważ realna kwaśność taka wysoka nie była - chodzi o charakter, klimat. Zaraz dołączyła do tego cukrowość, aż drapiąco wysoka. Mieszała się tak z kwaśnością, która z czasem zrobiła się nawet nieco zwyczajniej cytrynowo-soczysta, a także goryczką. Ta połączyła w sobie goryczkę, cierpkość typową dla galaretek i jakby sztuczną skórkę cytryny. Cukierek gryziony całościowo, za sprawą czekolady wydawał się bardziej cytrynowo kwaśny - jakby tak cukrowo-kakaowo polewowa czekolada nieco przygłuszyła sztuczność.

Pomarańczowe okazały się najłagodniejsze. Ich zapach był delikatny i stonowany, słodko-goryczkowato pomarańczowy, trochę sztucznawy, ale całkiem w porządku. Pomarańcza dopuściła do głosu palono-cierpkawą, polewową czekoladę.
W smaku czekolada też wyraźnie się zaznaczyła jako splot cukru i cierpkawo-palonego kakao. Smakowała typowo polewowo, ale całkiem w porządku. Galaretka odezwała się spod niej już po chwili. Podobnie jak zapach, smak był wyważony. Połączył w sobie cukrową, ciężką słodycz i goryczkę galaretkowato-cytrusową. Pomyślałam o skórce pomarańczy, która zmieszała się z olejkiem pomarańczowym i innymi, kwaśniejszymi cytrusami. Kwasek i drobna soczystość w zasadzie tylko się zaakcentowały w tle, pozwalając słodyczy zadrapać w gardle. Czekolada podkręciła chyba motyw skórki pomarańczy i olejku, przygłuszając sztuczność, a sama kontrastowo wyszła bardziej gorzko. Ten cukierek okazał się najbardziej harmonijny, zgrany gdy chodzi o czekoladę i galaretkę.

To w zasadzie... kiepskawo-przeciętne galaretki. Są, czym są i nie ma za co chwalić. Męcząca słodycz, sztuczny smak, a kiepska czekolada pozostawiła sporo do życzenia. Wszystko jednak w zasadzie spodziewane... Każdy smak pachniał i smakował w zasadzie obiecanym owocem... Acz w chemicznej wersji, szkoda. To produkt z niższej półki, nie budzący skrajnie negatywnych emocji. Myślę, że mogą zaspokoić ochotę na galaretki lub - komuś takiemu jak ja - bez traumy wybić z głowy takie zachcianki. Najlepiej wg mnie wyszła pomarańcza - galaretka zgrała się z czekoladą, nie szarżowała niczym i połączyła słodycz z lekkim kwaskiem, była też najmniej sztuczna. A jednak podpadła mi najintensywniejszym posmakiem olejku, który potem jeszcze się dość długo utrzymywał. Zaraz za nią wersja malinowa, która przegięła ze słodyczą. Cytrynowe wyszły najgorzej, bo najbardziej sztucznie (i z odpychającym zapachem). A jednak ani jednego cukierka nie dałam rady zjeść całego.

Mama dokończyła po mnie i nie porwała się na 3 kupione sobie. Po moich stwierdziła: "Niesmaczne. Przede wszystkim niecodziennie, nieprzyjemnie jak na galaretki twarde. Trochę bardziej jak twarde żelki. W smaku trudno najlepszą znaleźć, bo wszystkie bardzo słodkie, a w zasadzie aż mdłe w tej słodyczy. Chyba najlepsze pomarańczowe, bo najmniej sztuczne. Człowiek by się spodziewał, że trochę kwasku poczuje, a to w zasadzie żadna z galaretek specjalnie kwaśna nie była. Bez wyrazu, że aż odechciewa się jeść".


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła (w Biedronce na wagę)
cena: 24,90 zł / 1kg
kaloryczność: 350 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

-----------

Odra Opolanki Galaretki w Czekoladzie to "galaretki o smaku owocowym (malinowym, cytrynowym i pomarańczowym) w ciemnej czekoladzie".

Jako że z Mamą już dawno doszłyśmy do wniosku, że wszelkie specjalne okazje producenci wykorzystują i produkują wiele produktów gorzej, bo "ludzie i tak kupią" (np. założę się, że o ile przez cały rok pączki to po prostu pączki, na Tłusty Czwartek większość cukierni / piekarni przerzuca się na masową produkcję o przerażającej jakości), niedługo po Halloween Mama kupiła Opolanki w tradycyjnym wydaniu, po prostu zwyczajne na wagę. Trafiła co prawda tylko na dwa smaki, ale uznałyśmy, że wystarczy, by sprawdzić, czy czymś się różnią... Potem jednak mnie tknęło, że o trzeci smak mogę poprosić ojca, by kupił, jak trafi, bo lubi galaretki itp.

Struktura była identyczna, jak w wersji halloweenowej.

Zapach wydał mi się nieco różnić od wersji halloweenowej. Pomarańczowe galaretki pachniały podobnie, ale nieco delikatniej. Cytrynowe za to nie kojarzyły się z płynem do naczyń. Wydały mi się bardziej zachowawcze. Podobnie malinowe były spokojniejsze - trochę kwaśne, trochę słodkie w typowy "syropowy" sposób.

Także w smaku wszystkie smaki wydały mi się nieco bardziej zachowawcze. Czekolado-polewa smakowała jak w halloweenowych, wnosiła niewiele, może tyle samo, ale może ciut-ciut więcej (chyba przejadłam tego za mało, by jednoznacznie stwierdzić).

Pomarańczowe Opolanki wyszły bardzo słodko i pomarańczowo, trochę cukrowo, ale znacząco kwaśniej od wersji halloweenowej. Wydały mi się bardziej rozmyte w kwestii zasadniczego smaku, bardziej ogólnie kwaśno-cytrusowe, niż ewidentnie pomarańczowe, choć i słodko-goryczkowatą, olejkową pomarańczę czułam.
Cytrynowe Opolanki okazały się bardzo słodkie przede wszystkim, ale jednocześnie zaskakująco mało słodkie. Były sztucznawe, ale nie aż tak mocno jak płyn do naczyń - w przypadku zwykłych Opolanek skojarzenie z nim może tylko lekko gdzieś w tle przemknęło. Wydały mi się bardziej uładzone, przystępne. Wręcz trochę cukrowo-mdłe... Owszem, sztucznawo-cytrynowe, ale aż nijakie przez słodycz, mimo delikatnego poziomu.
Malinowe Opolanki zapewniły i trochę słodyczy, i kwaśności. Ta była soczysta, ale nie przypominała świeżych malin, a syrop, sok malinowy. Po tym, jak kwaśność rozeszła się po ustach, rosła słodycz. Szła w nieco mdławym, mulącym kierunku, jednak lekki kwasek utrzymał się do samego końca. Czekolada trzymała się za smakiem galaretki, pozwalając malinom w syropowym, niemal uroczym wydaniu zaprezentować się w pełni. Podkreśliła jeszcze soczysty kwasek, ale z czasem, pod koniec jedzenia na zasadzie kontrastu zwróciła też uwagę na przecukrzony poziom słodyczy, która drapała w gardle.

Uznałam, że zwykłe Opolanki, nie na Halloween smakują nieco bardziej zachowawczo. Jakby były uniwersalne w porównaniu do halloweenowych o sztucznie wyostrzonym smaku. Co jednak też nie sprawia, że to smaczne cukierki. Po prostu... zwykłe, przeciętne, które można zjeść, ale człowiek taki jak ja woli nie (ale nie ma po nich traumy).

Mamie nic nie mówiłam, poczekałam, aż sama wygłosi werdykt, by nic jej nie sugerować. Powiedziała: "Te nawet mi właściwie smakowały. Niczym nie powalały, takie bardziej niedookreślone, ale tym samym smaczniejsze. Pomarańczowe jakby bardziej cytrusowe ogólnie, ale fajna kwaśność w nich się pojawiła - może właśnie dzięki temu. Cytrynowe słodkie, niekwaśne co prawda, ale nie kojarzyły mi się z płynem do naczyń. Malinowe niesmaczne jakieś, nie czułam w nich tych malin, ale były takie po prostu słodko-kwaśne, przeciętne właściwie. Te były po prostu lepsze od tych halloweenowych, które były jakby przerysowane. Też twarde, ale całkiem do zjedzenia. Na pewno jednak znacznie gorsze od galaretek Mieszanka Krakowska Wawelu".

Wygląda na to, że po raz kolejny potwierdziła się nasza teoria o tym, że "okazyjne" słodycze są produkowane gorzej. A jednak i tak nie są to galaretki smaczne. Owszem, mogą być jeszcze gorsze, ale da się i lepsze znaleźć, co pokazała bardziej zróżnicowana pod względem tego, jak co wyszło, Mieszanka Krakowska Wawelu.

ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła (w Biedronce na wagę)
cena: 24,90 zł / 1kg
kaloryczność: 350 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, czekolada 18% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, e476; stabilizator: e492; aromat), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, substancja żelująca: agar; koncentraty owocowe 0,2% (cytrynowy, pomarańczowy, malinowy), aromaty

wtorek, 29 października 2024

(Lidl) Deluxe Dark Chocolate with Freeze-Dried Cherries and Pieces of Caramelized Almonds ciemna 60 % z kawałkami karmelizowanych migdałów i liofilizowanymi wiśniami

Swego czasu bardzo ceniłam czekolady z Lidla. Co prawda interesowały mnie wówczas tylko J.D. Gross, ale ogólnie Lidl kojarzyłam z dobrymi, tanimi czekoladami. Oferta Deluxe spodobała mi się jakoś jak weszła po raz pierwszy, jednak z każdym kolejnym jej pojawieniem się było coraz gorzej i produkty z niej zupełnie przestały mnie ciekawić. Prawdą jednak jest, że no, czasem coś niespotykanego w jej ramach faktycznie upolować można. Ciekawi mnie tylko, dlaczego akurat pod Deluxe producenci prawie zawsze są ukrywani (z czym ogólnie w sumie Lidl ma jakiś dziwny problem, acz i tak jest już lepiej niż parę lat temu). Co do czekolad - jak jakieś widziałam, wydawały się nie w moim typie, bo robione "dla oczu", a więc z posypką, ale (Lidl) Deluxe Dark Chocolate Red Fruits, którą otrzymałam od ojca, uznałam za całkiem niezłą. Ta jednak wyglądała na tabliczkę owszem, z tej linii, ale innego producenta. Na pewno była zrobiona w Słowacji, chyba dla słowackiego Lidla. Ciekawe, że zawitała do Polski. Tak jak wspomnianą, wzięłam w góry. Kiedy już minęłam Goryczkową Czubę, poszłam na Kopę Kondracką. Widoki były wspaniale, ale że strasznie wiało, ledwo porobiłam zdjęcia. Cud, że mi nie zwiało tej czekolady!

Deluxe Dark Chocolate with Freeze-Dried Cherries and Pieces of Caramelized Almonds to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z (3%) kawałkami karmelizowanych migdałów i (2%) liofilizowanymi wiśniami; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach polewy kakaowej, zmierzającej w niebezpiecznie tanią stronę, ze sporą ilością masła i z zaznaczonym kakao w proszku. Mieszał się z wonią raczej słodkich wiśni i echem migdałów. 

Bardzo twarda i gruba tabliczka na spodzie miała średnią ilość dodatków: całkiem sporo kawałków wiśni oraz bardzo mało słupków migdałów. Wiśnie były lepko-miękkawe i trochę się uginały przy nacisku. Jednak trzymały się porządnie. Podczas łamania słyszałam donośne, głośne trzaski, a dodatki łamały się i rwały wraz z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Dała się poznać jako mazista i śmietankowo tłusta, niby próbująca być gładką, ale jednak z pylistym efektem, wpisującym się w miękką kremowość.
Dodatki długo pozostawały jakby wlepione w czekoladę. Niektóre jeszcze się w niej zatapiały, inne wypadały z jej mazi dopiero po dłuższym czasie. Karmel, który częściowo pokrywał słupki migdałów, w większości rozpływał się wraz z czekoladą.
Podgryzałam je czasem obok czekolady, ale w większości zostawiałam na koniec. Odrobinka karmelu tu i ówdzie zostawała, ale w zasadzie ta na koniec nie zmieniała prawie nic.
Wiśnie zdążyły wtedy nasiąknąć. Były bardzo podrobione, czasem bardziej farfoclowo miękko-mięsiste, czasem bardziej miękko-skórkowe, a także bardzo soczyste.
Migdały były chrupkie i twarde, ale jednoczenie delikatne. Końcowo zostawała na nich śladowa ilość karmelu. Gdy wcześniej zahaczyłam o któregoś zębem, do chrupkości dochodziła marginalna, niemal niezauważalna szklistość.
 
W smaku pierwsza rozbrzmiała delikatna gorzkość i cierpkość gorącego kakao zrobionego chyba na mleku oraz ryzykownie wysoka, prosta słodycz cukru. 

W niektórych kęsach wiśnie szybko zaznaczyły lekko swoją obecność soczystym kwaskiem, w innych prawie się ukrywały. Tak czy inaczej puszczały przodem czekoladę.
Gdy spróbowałam część pozbawioną dodatków, okazało się, że czekolada nie przesiąkła posypką. Sama w sobie wydawała się bardziej męcząca z racji słodyczy, jednak na szczęście kęsów bez choćby drobinki wiśni było niewiele.

Do głowy przyszła mi maślana polewa kakaowa. Niby gorzka, ale łagodnie. Przewinęła się w niej średnio mocno palona nuta. Soczysty dodatek raz po raz ją podkreślał.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zdradzała trochę imperatywne zapędy - otarła się o lukrowy motyw, jednak nie przesadzała - już tego pilnowały wiśnie, epizodycznie lekko ją przecinając. 

Od dodatków rozchodził się ich smak. Przebijał się, ale w żadnym wypadku nie przygłuszał czekoladowej bazy. Wiśnia była zaskakująco świeża i soczyście kwaśna, z bardzo odległą słodyczą. 
Migdałów prawie nie czuć, choć raz czy drugi ich akcent mi przemknął. Podobnie jak delikatna nutka palonego cukru, która sprawiała, że słodycz jakby nieco zwalniała.

Po dodatkach jednak czekolada zbliżała się do drapania, ale jej słodycz wzbogaciła się o niby waniliowe echo, jakby gorące kakao zrobione z proszkowego, zwykłego kakao nią naaromatyzowano... niby czuć, że to nie prawdziwa wanilia, ale udawanie szło jej całkiem nieźle. Gorące kakao z nutą wiśni? 

Wiśnie gryzione na koniec serwowały pełnię swojego smaku. Jego intensywność zależała od wielkości i ilość. Były soczyście kwaśne i świeżawe. Czekoladowe echo dodało im subtelnej słodyczy.

Słupki migdałów były bardzo, bardzo delikatne, ale dało się je rozpoznać bez większego trudu.

W zestawieniu dodatków, to wiśnie dominowały.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych i soczystych wiśni oraz łagodnej, trochę palonej ciemnej czekolady, idącej w kierunku gorącego kakao. Czasem dołączyła do tego też nutka migdałów. Czułam też niebezpiecznie wysoką słodycz, trochę zaznaczającą się w gardle (ale jeszcze nie drapiącą) - bo ze smakową w sumie nieźle poradziły sobie wiśnie.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Baza mimo wad smakowała przyzwoicie, bo gorzkawo i nienachalnie. Była trochę za słodka, ale dodatek wiśni nieźle to przeciął. Zalatywała trochę tanio, ale wciąż jeszcze mieściła się w granicach smaczności. Szkoda, że pożałowano migdałów, skoro to tytułowe dodatki. Gdyby tak dodali ich więcej i odrobinę popracowali nad bazą, z łatwością miałaby 9. Takie słupki migdałów wnosiły niewiele, ale tak szczerze-szczerze... nie był to dodatek, którego mi jakoś tu szczególnie brakowało.
W górach (i nawet potem kończąc już trochę w domu), skoro już dostałam, zjadłam w sumie ze smakiem. Ocena może i trochę podciągnięta, ale szczerze nie wiem, jak odnieść się do tych słupków migdałów: kiepsko je zrobili, ale w zasadzie jakiekolwiek karmelizowane słupki tu nie były niezbędne.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 95% czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory: tristearynian sorbitolu, lecytyny z soi, polirycynooleinian poliglicerolu), 3% kawałki karmelizowanych migdałów (70% migdały, cukier, woda), 2% liofilizowane wiśnie

poniedziałek, 28 października 2024

Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb ciemna 43 % z orzechami laskowymi całymi i karmelizowanymi kawałkami orzechów laskowych

Tę tabliczkę postanowiłam zabrać na drogę pod Goryczkową Czubą bez jakiegoś szczególnego powodu. Na pewno nie obstawiałam, że będzie adekwatnie do nazwy goryczowa (choć tak naprawdę szczyt zawdzięcza ją nie goryczkowemu smakowi, a góralowi o tym nazwisku). Z Kasprowego ruszyłam czerwonym szlakiem bardzo widokową granią na Pośredni Goryczowy Wierch i potem trochę zboczem. Niedługo potem znalazłam się pod Goryczkową Czubą, jako że szlak przez szczyt nie biegnie (raczej nie dałoby się - jest tak ostry i no, nie do przejścia). Widoki były zachwycające i nie wiało jakoś szczególnie, więc moment był bardzo dobry na zdjęcia.

Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb (Ganze Nusse und caramelisierte Nuss-Stucken in feinherber Chocolade) to ciemna czekolada o zawartości 43% kakao z całymi orzechami laskowymi i karmelizowanymi kawałkami orzechów laskowych (orzechy laskowe stanowią 34% całości).

Po otwarciu uderzył mnie zapach orzechów laskowych, przeplecionych lekką goryczką tychże. Jednoczenie nie brakowało im słodyczy. Jedno i drugie podkręciła prażona nuta. Orzechy mieszały się z wyrazistą, przesłodzoną cukrem i wanilią czekoladą. Ta jakby starała się udawać ciemną, ale nie była jednoznacznie ciemna (choć mleczna na pewno też nie). Całość wyszła łagodnie, ale wydawała się przerysowana i jakby trochę... Nutellowata? 

Tabliczka w dotyku wydała mi się nieco polewowo-ulepkowata, mimo że była twarda. Przy łamaniu trzaskała krucho i właśnie jako trochę krucha się przedstawiła. Orzechy a to łamały się wraz z nią, a to zostawały w którejś z części. Dodano ich dużo - zarówno całych, jak i kawałków. Prawie niemożliwym było odgryzienie kawałka czekolady, pozbawionego dodatków i by nie zahaczyć o orzecha czy jego kawałek.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Uraczyła mnie kremową gęstością. Miękła i trochę zalepiała, w nieco ulepkowaty sposób, z czasem odsłaniając leniwie orzechy. Było ich dużo, ale nie uczyniły z czekolady zlepka-ulepka.
Rzadko kiedy raz po raz nadgryzałam jakiegoś jakby obok czekolady - większość zostawiłam na koniec, gdy zniknęła. Nim to jednak nastąpiło, niektóre kawałki dzwoniły o zęby z racji obecności skorupki karmelu. Miejscami kawałki te wystąpiły w skupiskach. Jedne były mocno karmelizowane (większość), inne prawie wcale. Karmel trochę miejscami zaczynał się rozpuszczać wraz z czekoladą. 
Z niektórych całych orzechów schodziły kawałki skórki. 
Gdy na koniec gryzłam orzechy, całe okazały się chrupiące i prażono krucho-twarde (ale nie za mocno).
Kawałki orzechów w większości były twarde i krucho-szliście chrupkie ze względu na karmel. Zdarzały się bardziej miękkie, ale niewiele.

W smaku uderzyła mnie słodycz. Cukier ścigał się z waniliną, do której po chwili dołączyło waniliowe echo. Wanilinie prawie udało się zaskoczyć na waniliowy tor, acz w zasadzie czuć je obie. 

W oddali zaznaczyła się nieśmiała goryczka, akcent kakao, jednak do gorzkości się to nawet nie zbliżyło.

Słodycz za to rosła odważnie, robiąc się trochę przerysowaną. Wpisał się w nią akcent orzechów laskowych, który czułam nawet we fragmentach bez orzechów (choć trochę o nie trudno) - obstawiam, że przesiąkła dodatkiem, ale też, że podkręcili ją trochę aromatami. W kęsach bowiem, w których trafiło mi się więcej czekolady, zahaczyła o plastik. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz po raz odzywał się karmel, rozchodzący się od kawałków orzechów. Dał się poznać jako mocno palony. Z kolei od całych orzechów rozchodził się ich smak - lekko prażonych, czasem ze skórką. Te tonowały trochę słodycz i odciągały uwagę od tańszych zapędów.

Mimo wszystko, z czasem słodycz wyszła aż trochę drapiąco-mdląco, a kakaowy motyw prawie zrezygnował z cierpkości. Bliżej końca czekolada wydała mi się trochę nutellowata. Czuć echo raczej taniego, maślano tłuszczowego kremu-smarowidła.

Uratowały ją orzechy. Tu jednak sporo zależało od tego, na jaki kawałek trafiłam. W zestawieniu wielu kawałków i całego, dominować próbowały minimalnie karmelizowane kawałki.

Gdy spróbowałam gryźć orzechy obok czekolady, miałam wrażenie, że przez jej intensywność i słodycz, nie wykorzystują swojego potencjału i zbytnio nikną - stąd gryzłam, gdy czekolada zniknęła.

Kawałki do kompozycji wkradały się karmelem, który na końcówce wyłaniał się wyraźniej. Był mocno palony, chwilami aż do goryczki. Starał się podkręcać tę czekoladową, ale szło mu to średnio. Bardziej karmelizowane kawałki wprowadziły przypaloną nutę, która w sumie wyszła całkiem w porządku. Te były nieco mniej orzechowe. Ogólnie kawałki były delikatniejsze w orzechowość. 

Całe orzechy okazały się za to zachwycające. Podprażono je leciutko, dzięki czemu zachowały pełnię swego naturalnie słodkawego smaku. Raz po raz trafiające się skórki wniosły szlachetną, subtelną goryczkę.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych słodkich i lekko prażonych, zmieszanych z tymi przekarmelizowanymi i przypalonymi oraz za wysoką słodyczą. Do niej wkradło się poczucie przerysowania i echo plastikowego kremu typu Nutella. 

Tabliczka bardzo mnie rozczarowała przede wszystkim smutnie plastikową bazą rodem z nisko-średniej półki. Orzechy całe były co prawda przepyszne, nie za mocno prażone i z paroma skórkami, a karmelizowane w sumie wyszły w porządku, jednak nie były na tyle zacne, by zachwycić jako całość. Taka słodycz i naaromatyzowanie sprawiły, że czekoladę po prostu zjadłam, bo już była - głównie w górach, potem kończąc, co mi zostało. Nie była zła - gdyby kosztowała tak do 10 zł, mogłaby mieć 6-7, jednak Lindt strasznie się ceni (na stronie producenta lindt.pl ta tabliczka kosztowała 28 zł). Daleko jej do naprawdę smacznej Moser Roth Chocolat Compose Dark Almond.


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 23,20 zł (za 150g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy laskowe 34%, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, aromaty

sobota, 26 października 2024

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Milk 50 % mleczna

Po U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % czekała mnie dzisiaj przedstawiana tabliczka. Normalnie mleczna za nic by mnie nie zaciekawiła, ale jak uzgadniałam z marką, co wyślą, napisano mi, że z tej są wyjątkowo zadowoleni i dumni i chcą mi ją pokazać. Uznałam, że spróbuję, ale nie w domowych warunkach, bo zwyczajnie mleczne to nie moja bajka. Wzięłam ją więc w Tatry. Jako że czekolada mogła być dość ciekawa, uznałam, że otworzę ją na znanym szczycie, Kasprowym. Weszłam na niego niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Skupniów Upłaz (Karczmisko). To podejście jest sto razy dogodniejsze niż ostre równoległe żółtym szlakiem. Słońce trochę przygrzało, trochę sporo ludzi było, ale narzekać nie można. I tak bardzo się stęskniłam za wyższymi Tatrami! Miałam nadzieję, że czekolada okaże się godna, acz... miałam małe wątpliwości co do niej.

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Milk 50 % to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao z Sao Tome.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mleka, mieszającego się z niejasną, ale na pewno bardzo rześką owocową nutą. Pomyślałam o niedojrzałym arbuzie, świeżej fidze i czymś, czego nie umiałam nazwać. To już mieszało się z nieco cięższą słodyczą miodu i ziemistym akcentem. 

Lśniąca, dość tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko. Wydała mi się nieco krucha, ale nie kruszyła się. 
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie szybkawo-umiarkowanym, po chwili kremowo, delikatnie mięknąc. Była tłusta, łącząc w sobie tłustość masła i śmietanki. Wyszła gładko i maziście. Połączyła rześkość, lekką soczystość i prawie wodnistość, z odrobiną ciężkości. Czułam w niej też pylistość. Znikała tłusto i rzadko jak mleko z wodą właśnie. 

W smaku przywitało mnie kakao sugerujące lekką ziemistość. Już po chwili podlało je pełne mleko, niosące swoją naturalną słodycz oraz subtelna słodycz kwiatów. Wyobraziłam sobie drobne, ale dosadnie pachnące białe kwiaty. Zaplątał się przy nich cierpkawy pyłek kwiatowy.

W słodyczy pojawił się przebłysk owoców. Czerwonych i egzotycznych? Na pewno bardzo rześkich, wręcz orzeźwiających. Czyżby przemknął mi niezbyt dojrzały arbuz? I... coś melonowego? Może też, ale ta to już prawie nieuchwytna, świeża figa?

Arbuz zaraz ukrył się w kwiatach. Słodycz rosła bowiem w kwiatowo-miodowym kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kąsa wielokwiatowy miód zajął niemal pierwsze miejsce w smaku, jednak ogół wcale nie był bardzo słodki. 

Lekka gorzkość odległe zasugerowała ziemię, lecz ze względu na ogólną rześkość wyobraziłam sobie raczej szary dym, który zaczyna rozwiewać wiatr. Wiatr rześki i lekko chłodny.

Owocowy wątek podszedł pod delikatny kwasek jakiś czerwonych owoców. Pomyślałam o niedojrzałym arbuzie, ale wmieszanym w... Owocowy koktajl? Sałatkę owocowa? Z arbuzem i... Zielonymi winogronami? 

To na zasadzie kontrastu podbiło mleko. Z czasem zrobiło się cięższe i zmieszało ze słodyczą miodu, fig tym razem suszonych i kwiatów. Słodycz pozwoliła sobie na więcej, jednak i lekka cierpkawość (dymu?) podskoczyła na końcówce. Mignęło mi też... cierpkawo-słodkie wino ni czerwone, ni jakieś różowe?

Po zjedzeniu został posmak bardzo rześki, owocowy - w głowie wciąż siedział mi arbuz, coś bardziej winnego - rześkiego, ale już nie świeżo owocowego - a także jeszcze coś egzotycznego i kwiatowego. Wszystko to mieszało się z dosadnym pełnym mlekiem. Cierpkość kakao dodała jeszcze sporo ziemi i już odrobinkę dymu.

Da się rozpoznać, że została zrobiona z tego samego kakao, co U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 %  ze względu na specyficzne przebłyski arbuza, egzotycznej rześkości, przechodzącej w dziwne wino, słodycz miodu, fig i kwiatów. Akcent kwasku pojawił się też w dzisiaj przedstawianej, ale wyszedł bardziej rześko ze względu na kontrast z pełnym mlekiem. To uczyniło tę kompozycję soczyście-rześkawą i ciężkawą jednocześnie - wg mnie takie owoce niezbyt pasowały do mleka. Efekt interesujący, ale ciekawostkowo, w małej ilości. Zgrzyty między nutami przeszkadzały mi bardziej niż wersji 80%. Na plus jednak w porządku struktura. Czekolada nie była za słodka, ale jej gorzkość, niezdecydowany kwasek i jednak mleczność sprawiły, że zjadłam pół (większość w górach - w tym dwie kostki jako weryfikacja odczuć w domu) i tyle mi wystarczyło. Nie moja bajka, zbieranina różnych motywów, a brak jednego, naprawdę dosadnego. Czekolada spokojna, jakby próbowała być bardzo uniwersalna, przez co dla mnie trochę nudna.

Reszta powędrowała do Mamy. Po kostce powiedziała: "Niesmaczna, w ogóle jakby nie mleczna, a ciemna, jakby tak bardzo dużo kakao miała, tak z 80%, bo w gorzkość idzie, która aż w posmaku zostaje. Mało słodka, ale jednocześnie bez takich przyjemnych nut ciemnych czekolad, bez wyraźnej kwaśności czy takiej głębokiej gorzkości". I resztkę oddałyśmy ojcu.


ocena: 6/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, mleko w proszku, cukier trzcinowy

piątek, 25 października 2024

krem Vilgain Cheat Spread Choco Bar

Po Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond pokręciłam tylko głową, zniesmaczona własną naiwnością. To, że po Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews chciałam spróbować inny krem 100% z orzechów tej marki to zrozumiałe, ale dlaczegóż znowu wrąbałam się w smakowe? Pomyślałam, że nowym smakom warto dać szansę, bo na zdjęciach wyglądały na gęste i miały nie za dużo "w tym cukry", ale... no cóż, przekombinowałam, bo to wciąż za rzadkie, za słodkie kremy. Czekał mnie więc jeszcze jeden, zwyczajnie czekoladowy. A w zasadzie oddający smak tabliczki czekolady lub czekoladowego batona. Hm... Szkoda, że już po zakupie przypomniałam sobie, że laskowo-czekoladowy krem tej firmy już jadłam jako Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. Zaczęłam się bać, że będą bardzo podobne.

Vilgain Cheat Spread Choco Bar to czekoladowy krem orzechowo-migdałowy z kawałkami orzechów laskowych, wzbogacony białkiem mleka.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu rozeszła się intensywna woń orzechów laskowych o słodkim charakterze. Błądziły od bardziej świeżych do prażonych raczej bez skórek i wchodzących w skład mlecznej czekolady (najlepiej w opakowaniu z okienkiem ze wspomnień z dzieciństwa) oraz słodkości typu Toffifee (recenzja realnych z 2018) z wyraźnie zaznaczającymi się, palono słodkimi karmelowymi łódeczkami. Słodycz ogółu była bardzo wysoka, choć i odrobinka kakaowej goryczki - czekoladowego krążka z Toffifee - się zaznaczyła.

Na wierzchu wydzieliło się niewiele oleju - robiłam, co mogłam, by zlać wszystko, czyli prawie 2 łyżeczki. Krem wcale tego nie potrzebował - był rzadki.
Ja przemieszałam tylko minimalnie, bo liczyłam, że chociaż na dole będzie nieco gęstszy i wolałam najpierw przemęczyć się z bardzo rzadkim, a potem... no, jak się okazało, mieć prawie kremowe, znacznie mniej lejące coś. Wciąż nie była to masa gęsta, ale dosłownie na dnie, przynajmniej nie była tak strasznie płynna.
Krem wyglądał na idealnie gładki bazowo, ale z dodanymi średniej wielkości kawałkami orzechów laskowych. Podczas mieszania okazało się, że ogólnie dodano ich całkiem sporo. Krem wydawał się lejąco-rzadki i nieco oleisty, ale z jakąś ukrytą kremowością. Z łyżeczki lał się szybko, w zasadzie chwilami w mig spływając sporymi zlepkami kawałków orzechów.
W trakcie jedzenia krem okazał się miękki i rzadki. Przez moment nawet jakby próbował przedstawić się jako lekko gęstniejący w kremowo-czekoladowy sposób, ale jednak nie. Kojarzył mi się z roztopioną czekoladą, którą rozrzedzono olejem oraz z tłustym, masywniejszym kisielem orzechowym (abstrakcyjne wyobrażenie). Mimo rzadkości, kleił się do podniebienia i chwilami przytykał. Rozpływał się w tempie szybkawo-umiarkowanym. Bazowo masa faktycznie była gładka, nieco oleiście-aksamitna. Z tym że na język wylegały z niej kawałki orzechów. Przyspieszały rozpuszczanie się masy.
Do kremu dodano ich sporą ilość. Kawałki orzechów laskowych ogólnie można określić jako średniej wielkości, mimo że zdarzały się też mniejsze i malutkie. W większości nie miały skórek - acz i ta na paru kawałkach raz po raz się trafiła.
Gryzłam je głównie dopiero, gdy wszystko zniknęło. Tylko nieliczne podgryzałam już w trakcie rozpływania się masy. Kawałki okazały się chrupiące, w większości delikatne i w porywach trochę skrzypiące. Niektóre udawały nieco stwardniałe świeże, inne były twardsze i ewidentnie prażone.

W smaku pierwsza rozbrzmiała intensywna słodycz przywodząca na myśl orzechy laskowe, wtłoczone w karmel... czekoladowy? Zaraz wyobraziłam sobie słodkości typu Toffifee, stworzone ze słodkich, palono karmelowych łódeczek oraz z krążkiem czekolady na wierzchu. Mimo wręcz zasładzającej słodyczy, po chwili kakao lekko się zaznaczyło.

Podkreśliła je prażona nutka. Oto orzechy laskowe przedarły się przez słodycz właśnie prażonym motywem. W tym ukryła się lekka wytrawność - nieśmiało, w tle odezwały się migdały i chyba goryczkowaty akcent skórek? Czekoladowość też uderzyła w wytrawniejszy ton, jednak na pewno nie zaserwowała gorzkości. 

Do słodyczy i słodko-kakaowo-karmelowego splotu wyraźnie dołączyło mleko. Na mlecznej fali słodycz jeszcze wzrosła i aż lekko zaznaczyła swoją obecność w gardle. Nie drapała, ale wyszła ryzykownie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach mleczność w harmonii złączyła się z czekoladowym wątkiem, obfitując w wizję mlecznej czekolady z całymi, słodkimi orzechami laskowymi. One dominowały, choć przesłodzona czekoladowość była tuż-tuż. Miało to klimat mlecznych tabliczek z okienkiem z dzieciństwa. Słodycz rosła aż niemożliwie.

Nagle jednak za migdałami, a więc naprawdę w oddali, odnotowałam lekką oleistość. Zwłaszcza, gdy zagarnęłam bez kawałków orzechów czy gdy zagarnął się malutki kawałek. Czekoladowa słodycz przegięła, będąc ewidentnie za mocną, lecz to jakoś tak... zmotywowało samą orzechowość do działania.

Wyłaniające się kawałki orzechów trochę rozganiały smakową słodycz - im kawałków więcej, tym bardziej. Nie stonowały sugestii drapania (ale jeszcze nie samego drapania) w gardle, ale przynajmniej umocniły smak orzechów laskowych. Te od bardziej prażonego przeszły w mniej prażone i w porywach jakby świeżawe. Smak rozchodził się już od kawałków niegryzionych i rozpędził trochę słodycz.

Kawałków nie warto gryźć wraz z kremem już wcześniej, bo wtedy ich smak był spłycony, zagłuszony.
Kawałki orzechów gryzione na koniec okazały się pełne smaku, mimo że przesłodzone, karmelowo-czekoladowe echo starało wciąż pobrzmiewało, napierając na nie. Przedstawiły się jako w większości lekko prażone i słodkie. Pojedyncze próbowały udawać świeżawe, ale raz po raz trafiał się kawałek przeprażony. W kawałkach orzechów zaplątała się goryczka - właśnie ta przeprażona, negatywna, ale na szczęście też przyjemniejsza, rozchodząca się od skórek. Na tę drugą trafiałam jednak rzadziej.

Po zjedzeniu został mocny posmak orzechów laskowych na pewno słodkich naturalnie, raczej prażonych, w których zaplątała się goryczka, podkręcona szlachetnie-wytrawniejszą, ale niedookreśloną orzechowością (migdałów?). Obok stała czekolada z lekko gorzkawo-karmelowym profilem, ale wymieszana z mlekiem i ogromem słodyczy, która lekko zaznaczyła się w gardle. Wydawała się trochę karmelowa i bardzo, bardzo słodka.

Krem zasmucił mnie głównie konsystencją. Był mało kremowy, a bardzo lejący i oleisty, rzadki. Liczyłam na gęstszą bazę jak Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews, a znowu wkopałam się w rzadziznę. Kawałki orzechów pomogły odciągając uwagę od oleistości, ale taki rzadki zlep kawałków to nie mój typ i niestety nie wszystkie były zachwycające. Na szczęście smak wyszedł już lepiej - krem za sam smak, gdyby był gęstszy mógł by dostać 7. Nie zasładzał jak wiele kremów tej marki, mimo że był słodki. Orzechy laskowe o naturalnie słodkim smaku dominowały, a całość kojarzyła się z kakaowym karmelem, Toffifee i mleczną czekoladą z orzechami laskowymi. Migdały chyba trochę stonowały słodycz - dobre posunięcie! Zjadłam, bo zjadłam, bo kupiłam, ale mimo że wyszedł nieźle, zakupu żałuję. W tej cenie można znaleźć wiele smaczniejszych kremów o konsystencji kremu.

Nie tak intensywny cukier oraz to, że mleko w dzisiaj przedstawianym też trochę słodycz zaabsorbowało i kawałki orzechów wiele dały, że po prostu musiałam ocenić go lepiej niż krem Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. A jednak no... na 7 wciąż nie zasłużył.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe, migdały, cukier trzcinowy, białko mleka 9%, kawałki orzechów laskowych, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%, masło kakaowe*, sól himalajska

środa, 23 października 2024

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % ciemna

Planując tę czekoladę byłam pewna, że jest to czekolada ciemna, ale w pewnym momencie zgłupiałam. Gdy dzień przed degustacją zaczęłam przygotowywać posta (a więc wstęp, przepisywać skład), odkryłam, że w składzie na stronie widnieje mleko. Okeej? Okazało się jednak, iż wkradł się błąd. To dobrze, bo chciałam poznać nową wizję czystych ciemnych U Dziwisza. Trzymałam mnie nadzieja, że marce udało się osiągnąć lepszy efekt od zjedzonych kiedyś czystych, jako że zamiast słodzika, zaczęli używać cukru trzcinowego. Oprócz tego, cieszyła mnie myśl, że będę miała okazję porównać tę czekoladę z jej mleczną wersją. Co prawda, gdy uzgadniałam z marką, jakie tabliczki mają do mnie trafić, zaznaczyłam, że interesują mnie tylko ciemne, ale otrzymałam odpowiedź, że te mleczne mogą mnie pozytywnie zaskoczyć. Hm, najpierw jednak czekała mnie ta z mojego ulubionego przedziału kakao (75%-80%).

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Sao Tome.
 
Po otwarciu zagrzmiała słodycz miodu i fig suszonych, fig wręcz miodowych, ale zestawionych z rześkimi, słodkimi owocami świeżymi z pełni lata: morelami i arbuzami. Arbuz raz po raz wychylał się ponad wszystko inne. W tle przewinął się chyba melon. W owocach zaplątał się lekki kwasek, też chyba owocowy, ale trudno powiedzieć z całą pewnością, jako że hamowały go kwiaty. Też słodkie, podobnie jak miód wręcz trochę drapiąco. Przeszło mi przez myśl dziwne, słodkie wino bananowe i.. wino arbuzowe? (wyobrażenia abstrakcyjne). Za słodyczą znalazła się wilgotna ziemia i rozgrzany, wilgotny asfalt, odpowiadające za lekką goryczkę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno i krucho, obiecując zbitość. Nie kruszyła się jednak, mimo poczucia kruchości. Była twarda.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko w tempie średnim. Była średnio tłusta i zbita tylko początkowo. Leciała w rzadko-gibkim kierunku. Czuć w niej proszkowość i marginalną mazistość. Tę rozbijała rosnąca soczystość. Gęstawość znalazła się dopiero na którymś planie, a całość znikała soczyście-rzadko.

W smaku pierwsza zjawiła się wysoka słodycz kwiatów i jasnego miodu, kierujące się w nieco drapiącą stronę. Przemknęły mi też suszone figi. Również bardzo słodkie, ale... też zbrązowiało-szarawe, źle ususzone i nieco... duszno-kwaskawe?

Odnotowałam lekki kwasek i rześkość niezbyt dojrzałego, jasnego arbuza. Dołączyły do niego świeże, słodkie do tego stopnia, że aż mdławe, ale też rześkie figi oraz melon... Galia o pomarańczowym, mniej słodkim miąższu? I drobne, niedojrzałe morele. Kwasek przedstawił mi jakieś egzotyczne, czerwone owoce, których nie umiałam nazwać. Arbuz z kolei pochylił się trochę w stronę... gumy balonowej?

Mimo pojawienia się wielu świeżych owoców, słodycz miała mocną pozycję za sprawą miodu i kwiatów. Trwała pewna siebie, acz nie starała się rządzić. Acz zdarzyło jej się jako swoiste ciepło zaznaczyć nawet w gardle.

Niedosuszone figi zniknęły, ale pobudziły... duszną goryczkę? Ta po chwili stała się pełną gorzkością. Nadciągnął szary, gęsty dym. Zbierało się go coraz więcej, a jednocześnie paloność stała na średnio mocnym stopniu.

Pomyślałam o parującym, gorącym asfalcie, który dobrze pamięta deszcz. Ten musiał się tylko co skończyć i zostawić wilgoć w powietrzu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do niego ziemia. Przez moment pomyślałam o czarnej, lekko wilgotnej, ale niekoniecznie... Gorzkości stanął na drodze kwasek - dał radę, mimo że sam nie był bardzo wysoki.

Rześkość wymknęła się w innym kierunku. Umocnił się arbuz jako owoc. Już nieco słodszy, ale z kolei jakby dopisanym wyższym kwaskiem. Kwaskiem... Cytrusa? Przemknął, ale uciekł. Egzotyczne czerwone owoce za to jakby zawisły w niepewności - ale wyczuwalne były. Odnotowałam za to na pewno nabiał: ni kefir, ni maślankę. Chyba raczej maślankę, nieco łagodniejszą...? I wręcz maślaność?

Rześkość owoców cały czas powoli rosła, ale z czasem zrobiła się niepewna, nieśmiała. Do arbuza dołączyły banany, ale z dziwną ciężkością. Wino bananowe? Zaraz jednak rozmyło się, a jego miejsce zalała nalewka z... czerwonych porzeczek? Zmieszała się z arbuzem, przypominając o jego gumo-cukierkowości.

Alkoholowe akcenty zasugerowały motyw ziemistego jalapeno, ale z kolei z dziwnie stłamszoną, niemal wyciętą ostrością. Po chwili zniknęło w ziemi. Tym razem była to na pewno ciemna, rozgrzana ziemia. Otulił ją dym wraz z lekką cierpkością. Przypomniało to też o wręcz drapiąco-grzejącej słodyczy kwiatów i miodu.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim niedojrzałego arbuza. Mieszał się z kwaskiem nabiału i czerwonych owoców. Czułam też wysoką słodycz miodu i chyba świeże morele, próbujące połączyć miód z arbuzem, co wyszło dziwnie... cukierkowo? Do tego czułam gorycz dymu i rozgrzanego, wilgotnego asfaltu z echem ziemi, nieco złagodzone masłem.

Czekolada była interesująca i smaczna, ale mam parę ale. Słodycz miodu i kwiatów, suszone figi przechodzące w figi świeższe, niedojrzały arbuz i rześkość owoców z dosadnie zaznaczoną kwaśnością, rześkość wilgotnego asfaltu uciekające z czasem przed dymem i ziemią, ziemią rozgrzaną wyszły niecodziennie. Kwaskawe, niejasne przebłyski nabiału, wino bananowe i nieostre jalapeno były dziwne. Wszystko to mogłoby być przekornie pyszne, gdyby nie było chwilami tak niedopasowane. I tak jednak było smacznie i gdyby nie struktura, której proszkowość i rzadkość oraz tempo rozpływania się mi nie leżały, spokojnie dałabym 8. Ogółem jest to najlepsza czekolada U Dziwisza, jaką jadłam. 

Gdy pomyślałam o Zotterze Labooko Sao Tome 75 %, trochę wspólnych motywów było. W Zotterze też czułam figi, melony, morele, soczystość i lekkość, suszone owoce i kwiaty, a także gorzki dym i alkoholowe wtrącenia. Zotter był jednak łagodniejszy - a mimo to, mimo wyższej maślaności, jakoś bardziej mnie chwycił.
Chapon Cacao Rare Sao Tome 75 % z kolei bez trudu przebiła obie, mimo że była przesłodzona. Czułam w niej banany, róże, jaśmin, ciemny miód i kadzidlane rodzynki, zmieszane z korzennością, piernikiem i dymem. Po tym wszystkim stwierdzam, że do Sao Tome najwidoczniej słodycz po prostu pasuje. Bo nie każde nuty wychodzą dobrze przy niższej słodyczy (np. U Dziwisza wolałabym słodkiego arbuza niż niedojrzałego).


ocena: 7/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

wtorek, 22 października 2024

(18+) Huzar Miód Pitny Pieniński Dwójniak

Lata temu chciałam spróbować miód pitny, jednak miód pitny Lietuviškas Midus Trakai (recenzja tylko dla pełnoletnich), który w końcu dostałam był nieporozumieniem. Choć ogólnie alkohole to nie moja bajka, nie chciałam, by na słowa "miód pitny" przypominało mi się podlinkowane dziadostwo. Wciąż ciekawiło mnie, jak w zasadzie smakuje dobry miód. Znajomy dał mi spróbować domowe, ale jakoś tak... Wyszły mi za słodko. Uznał więc, że muszę spróbować ten, zachwalając, że jest zaskakująco dobry jak na tak niską cenę. Cóż, postanowiłam zmierzyć się z miodem, który wyglądał niepozornie. Obstawiałam, że jak coś nie kusi kamionką, piękną etykietką, musi nadrabiać smakiem. Czyżbym miała do tego nosa? Tu jednak niestety muszę wyprosić wszystkich, którzy nie skończyli 18 lat.

Wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 lat.

Miód Pitny Pieniński Dwójniak to wyprodukowany w Polsce miód pitny dwójniak z miodu lipowego i wielokwiatowego z cynamonem i imbirem, tu w butelce 750ml, marki Huzar Sp. z.o.o.; zawartość alkoholu 16 % vol.

Zbliżając nos do szklanki wyraźnie poczułam cynamon, wpisany w kwiatowo-miodową słodycz, którą podrasował ciężkawy, ale nienachalny alkohol. Przemknęła mi jakaś jakby piekąca ostrość - goździki? Imbir? Wszystko to było słodkie, ale jeszcze nie mulące. 

Miód trochę zaskoczył mnie strukturą, bo był rzadki i wodnisty jak trójniak. 
W trakcie picia niby miał w sobie coś lepkawego, ale wciąż był rzadki. Za nic nie powiedziałabym, że to dwojniak (wyobrażam go sobie jako coś gęstszego, z wyczuwalną miodowością). 

W smaku od początku to słodycz miodu stała na czele. Była wysoka i dość ciężka, ale nie muląca.

Rozgrzała, w czym pomógł jej imbir. Zaznaczył się na języku wraz z alkoholem. Ten wątek był silny, ale nie napastliwy, a już na pewno nie chamski. Splótł się w jedno ze słodyczą, która jeszcze trochę wzrosła.

Imbir wydał mi się zmierzać w kandyzowanym kierunku. Dołączył do niego delikatny cynamon. Wzmocnił ostrość o wyraźnie miodowym charakterze. Pomyślałam o jasnym, ale właśnie ostrawym miodzie. A jednak mimo wszechobecnej, nadrzędnej słodyczy, to jakby nie miód sam w sobie, a przyprawy bardziej zwracały na siebie uwagę. Wyszły przed sam smak miodu, a słodycz jakby... Weszła w nie? Były jednością, a związek ten przypieczętował alkohol.

Rozgrzewające trio alkoholu, słodyczy i przypraw rozgrzało gardło. Słodycz zaznaczyła się też na ustach.

Po wypiciu w posmaku wyraźnie wyłonił się imbir z cynamonem, ale jako jedne z, jakby była cała tam mieszanka ostrych przypraw korzennych. Czułam też wysoką, piekącą słodycz, która trochę ukryła alkoholowość.

Miód zaskoczył mnie paroma rzeczami. Przede wszystkim chyba strukturą - po dwojniaku spodziewałabym się czegoś innego - i tym, że mimo rzadkiej struktury smakował porządnie miodowo, nie jak spirytus. Alkohol ciekawie w nim krył się w przyprawach i miodzie. Co ciekawe, przyprawy wychodziły w nim przed miód. Choć wyszło piekąco, w tym piekąca-słodko, nie było zasładzająco.

Od osoby, która mnie poczęstowała, dowiedziałam się, że jak ten miód był młodszy, smakował wyraźniej miodem, niż przyprawami. Co kto lubi - szczerze, mnie tak intensywne przyprawy nie przeszkadzały, a nawet chwyciły mnie, jednak w miodzie chyba bardziej wolałabym czuć przede wszystkim miód.
Ze względu na takie wydanie słodyczy (i jednak alkoholowość) nie byłam w stanie wypić za wiele, ale doceniam, że to dobry produkt, warty polecenia.
Byłam w szoku, gdy doczytałam drobny druczek, kto jest producentem. Okazało się, że... Huzar, którego zwykły miód gryczany kiedyś był bardzo dobry w swojej przystępnej cenie, ale na przestrzeni lat popsuł się tak, że ocena z 8 spadła na 3.


ocena: 7/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: nie znam
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym znów się poczęstować

niedziela, 20 października 2024

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana w drewnianych skrzyniach

Niektórzy producenci na opakowaniach podają sporo szczegółów odnośnie swoich czekolad. Czasem pojawia się informacja o tym, jak fermentowały ziarna. Na podstawie tych opisów wysnułam, że gdy kakao fermentowało w drewnianych skrzyniach, jest to coś, czym warto się pochwalić. Gdy trochę nad tym pomyślałam, mając w komodzie dwie tabliczki do porównania z różnym sposeb fermentacji, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie mogłoby to... wydobyć z czekolady bardziej drzewne nuty? A jako że takie lubię, stworzoną z kakao fermentowanego w drewnianych skrzyniach, zostawiłam na kolejny dzień.

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego w drewnianych skrzyniach z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam słodkie, bardzo leciutkie czerwone wino, przechodzące w jeszcze słodszy, w dodatku dziwnie delikatnie alkoholowy, miód pitny. A także wino o nutach... truskawek? Truskawkowego Wina? Pojawiła się w nich szczypta korzennych, raczej ciepłych niż ostrych przypraw. Wśród nich wystąpiła wanilia i trochę ziół. Słodycz ogólnie w dużej mierze przybrała miodowy profil, a mi do głowy przyszedł miód z miętą. Mowa o miodzie kwiatowym, jako że i same kwiaty się zaznaczyły. Zarysowały się też łagodne, lekko prażone orzechy, a hen, w oddali soczystość truskawek i uroczo słodkich... poziomek?

Tabliczka była masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała głośno i krucho.
W ustach rozpływała się ochoczo, ale bardzo powoli. Była kremowa i miękko-zbita. Mimo to, nie wyszła specjalnie gęsto, a gęsto przeciętnie. Jej tłustość wyszła maślano, ciężkawo, ale z czasem pojawiała się soczystość i ciężkość znikała. Czułam za to lekko ziarnisty element, który ze względu na nuty smakowe, kojarzył się trochę ze skrystalizowaniem się miodu. Pod koniec robiło się za to trochę suchawo.

W smaku przywitała mnie słodycz miodu. Miodu wielokwiatowego, wzmocnionego słodkimi, jasnymi kwiatami. Mimo że słodycz miała zapędy imperatywne i ciężkawe, wręcz dotkliwe, kwiaty zadbały o pewną lekkość... "żywość". 

Zaraz do kwiatów podkradło się trochę świeżych ziół, a za miodem wychwyciłam owocowe przebłyski bardzo słodkich, suszonych owoców. Mimo wręcz esencjonalnej słodyczy, było w nich coś z soczystości. Przez myśl przemknęły mi truskawki - liofilizowane?

M.in. poprzez ziołowość, ale nie tylko, wkroczyła gorzkość. Niby przedstawiła się jako łagodna, ale swoje pokazała. Obok niej płynęła orzechowa nuta. Ta już była znacznie łagodniejsza. Pomyślałam o lekko podprażonych orzechach pekan. Przewijały się też inne, ale pekany dominowały swym naturalnie maślanym smakiem. Zioła przy tej orzechowości poszły w trochę drzewnym kierunku.

Zioła także przemyciły do słodyczy odrobinę przypraw, w tym cynamonu. Zrobiło się ciepło. Także do orzechów podkradło się więcej raczej ciepłej słodyczy i przełożyło się to na myśl o karmelizowanych pekanach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy pokazały mi się jako korzenne, ale jedynie ciepłe, nie ostre. Zaraz zniknęły, pozwalając, by ciepły wątek pociągnęło... bardzo słodkie wino czerwone? Takie, co to niby zrobiło chwilową aluzję do kwasku owoców, ale na kwaśność sobie nie pozwoliło. Jego słodycz uwypukliła wanilia. Przypomniała o kwiatach. To było jakbym wypiła wino truskawkowe lub o nutach truskawek, które pod natłokiem waniliowych i kwiatowych akcentów na moment aż zapomniało o alkoholowości...

O tym jednak przypomniał miód pitny. Też z odrobinką ciepłych przypraw, które z czasem prawie zupełnie wyeliminowały alkoholowość. Ogólnie wróciła wyrazista miodowość miodu wielokwiatowego.

Kwiaty czmychnęły przed rosnącym ziołowym bukietem. Wymknął się spośród drzew. W ziołach czułam sporo goryczki, ale też rześkość, niemal chłód. Pomyślałam o mięcie pieprzowej. Na chwilę pokazała pazurki, po czym trochę się uspokoiła, mieszając się z miodem. A ten wlał się się w inne zioła, wśród których przemknął lekki kwasek. Słodko-kwasek.

W oddali odnotowałam jeszcze lekką soczystość dojrzałych truskawek i... wina poziomkowego? Zaraz jednak zniknęło w słodszym splocie ciepłego cynamonu i wanilii, do których dołączyły orzechy pekan. Tych trzymały się drzewa i lekkie napary, drobna gorzkawość. Napary z miodem? Echo mięty pieprzowej i ziół ułożyły się w specyficzną goryczkowatą świeżość, a coś zahaczało o sugestię kwasku.

Po zjedzeniu został posmak wanilii, a w zasadzie mocno waniliowo-kwiatowego, słodkiego wina i miodu z kwiatami; miodu wielokwiatowego. Ostało się także echo truskawek. Pojawiła się cierpkość ziół z naciskiem na miętę pieprzową, ziołowa świeżość, rześkość i echo łagodnych orzechów.

Całość wyszła interesująco i smacznie, choć ryzykownie słodko. To, jak cały czas przeplatał się miód z kwiatami, miód kwiatowy, a potem dołączyła do tego wanilia było zacne, szlachetne, ale wolałabym, by obok stanęła o wiele mocniejsza gorzkość. Ta ogólnie wyszła łagodnie. Trochę drzew, orzechy pekan i sporo ziół stanowiły kontrapunkt do cały czas narastającej słodyczy. Nawet przebłyski soczystości wyszły słodko jako słodkie, przyprawione na słodko (głównie cynamonem), wino i poziomki, trochę truskawek. Przyprawy uderzyły w słodycz i korzenne ciepło. Mimo to, rześkość kwiatów i ziół, zwłaszcza mięty, też miały sporo do powiedzenia. A jednak koniec końców czułam trochę przesyt miodowymi nutami.

W zasadzie Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % była podobna, ale o wiele w niej więcej kwasku. Wyszła... dosadniej? Miała ostrzejsze pazurki, że tak powiem. To przyprawy, goryczka przypraw i koniak, wiśniowy alkohol, suszone figi jakoś bardziej mnie chwyciły. Dzisiaj przedstawiana wydała mi się nieco za mało gorzka do takiej słodyczy. Potwierdziło by się więc, że fermentacja na stercie pozostawia pewną dzikość, bliżej takiemu kakao do surowości, a ze skrzynek było ugłaskane (a nie drzewne jak obstawiałam). Obie jednak były pyszne i interesujące, a takie porównanie to w ogóle coś wspaniałego.


ocena: 9/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier