piątek, 10 stycznia 2025

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli 54,1 %

Marka Karmello, choć musiałam jej przyznać, że trochę się poprawiła na przestrzeni lat, dalej nie była w moich oczach warta uwagi. A jednak sięgnęłam po ich kolejną propozycję, z dodatkiem. Dostrzegłam ją podczas zakupów z ojcem i pomyślałam, że mogę w sumie porównać taki pomysł na chili z jedzoną względnie niedawno Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao. Lubię połączenie chili i czekolady, ale wiem, że łatwo je zepsuć. I do posypki nie byłam przekonana, ale coś jakoś mnie do tej czekolady skierowalo. Wyglądała na maleństwo, mimo że swoje 50g miała, więc pomyślałam, że jakoś tam przejdzie. Zwłaszcza w górach, gdzie moja tolerancja na gorsze czekolady jest większa. Już na trasie jednak trochę się wystraszyłam, czy od ostrości nie zaleję się łzami. Po tę czekoladę sięgnęłam przy Zielony Stawie Gąsienicowym - nie wiem, by jeszcze już i tak buzujące emocje podgrzać? Nie no, zostawiłam ją na koniec, by jakby co nie zepsuła mi wypalaniem ust wycieczki. Zeszłam tam z Kościelca, a potem czekał mnie już tylko początkowo stromy, a potem łagodny przez Dolinę Jaworzankę żółty szlak do Kuźnic.

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli to ciemna czekolada o zawartości 54,1% kakao z suszonymi papryczkami chili.

Po otwarciu, jako że tabliczka była posypką do góry, poczułam lekki zapach chili, mieszający się z mocno, jakby wręcz dogłębnie (?) paloną gorzkością. W niej zaplatała się nuta kakao w proszku. Gdy zaś wąchałam wierzch, ogólnie pod chili, zaznaczył się motyw drzewnej kory zawilgoconej od błotnistej ziemi. Całość była delikatnie, waniliowo słodka. Ogólnie zapach nie był bardzo intensywny. 

Gładka i niemal kremowa w dotyku, acz wyglądająca na pylistą, tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała dość głośno obiecując gęstość i zbitość. Już przy dotykaniu, a przy łamaniu to już w ogóle, część chili odpadała, a w zasadzie sypała się wszędzie wokół, ale i tak sporo zostało, trzymając się uparcie. Chili wystąpiło pod postacią płatków i pestek. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, dając się poznać jako tłusto-mazista. Była niby gładka, ale z czasem coraz bardziej pylista (a w pierwszej chwili wydała mi się wręcz proszkowa). Niemal do końca zachowywała kształt ze względu na zbitość, acz mimo to czułam w niej lekką wodnistość. 
Chili w ustach od czekolady odpadało po paru chwilach. Nieliczne kawałki i drobinki trzymały się jej dłużej. Płatki niemal do końca były twardawe (trochę jak jakieś otręby?). Nie odważyłam się tego chili gryźć.

W smaku, gdy trafiłam na chili (o co nie trudno) uderzała ostrość. Słabiej lub mocniej, ale zawsze wyraziście. Wszystko zależało od tego, ile chili przypadło na dany kęs. 
Z kolei gdy zrobiłam kęsa bez chili, popłynęła słodycz cukru i wanilii mieszających się w taki sposób, że zaraz pomyślałam o ciężkich, babcinych perfumach i szafie. Nie była wysoka, ale właśnie ciężka.

W większości kęsów słodycz pokazywała się za ostrą papryczką. Zaskoczyła mnie niskim poziomem, którego trzymała się dzięki przymglonemu charakterowi. To niekoniecznie zasługa chili, bo jako taka jawiła się też w kęsach bez dodatku. Cukier nie pchał się po prostu na przód, ogólnie. Co nie zmienia faktu, że była to słodycz wręcz duszna.

W większości kęsów chili wypalało gardło już po sekundzie czy dwóch. W innych wchodziło po chwilach nieco dłuższych. Kawałki nie wymagały gryzienia, by rozbrzmieć bardzo mocno.

Zaraz pojawiła się też cierpko-palona goryczka oraz motyw drzew. W kęsach bez chili lub z mniejszą ilością obraz drzew z odpadającą korą był bardzo jednoznaczny, lecz trochę rozmywał się przy chili. Palony wątek zahaczał wtedy o polewę kakaową, do której doszła maślaność. 

Za jej sprawą słodycz wychodziła bardziej na przód - zwłaszcza w kęsach z mniejszą ilością chili. Robiła się trochę ciężka, niczym... Waniliowe pianki marshmallow? Wciąż jednak dość zgaszone.

Gorzkość wydała mi się mdława i leniwa - uzyskana głównie poprzez mocne palenie kakao. Trzymała się jej maślaność, łagodząca gorzkość jeszcze zanim na dobre się rozeszła. Pikanteria to wykorzystywała, z łatwością rosnąć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy cierpkości kakao przewijać się zaczynało wytrawniejsze echo chili - sama baza leciuteńko nim przesiąkła. Domniemanie ostrości pojawiało się w każdym kęsie (czekolada musiała więc przesiąknąć chili).
W kęsach bez chili wychwyciłam w tym momencie lekką soczystość. Chili ją ukrywało.

Kiedy kawałek chili - nieważne czy pestka, czy skórka - dotknął języka, czułam ostre ukłucie. Naprawdę ostre, palące. Palenie zaraz pojawiało się też w gardle.

Gdy z czekolady zaczynał odpadać dodatek, ostrość piekła i paliła piekielnie. Chwilami - gdy chili trafiło się więcej, a akurat nim nie plułam, była to ostrość zabijająca czekoladę. Znośnie było tylko, gdy ugryzłam tak, by w ustach pojawił się jeden kawałek dodatku (ale średnia przyjemność z takiego jedzenia i kombinowania).

Po zjedzeniu wciąż czułam palenie chili w gardle i w język. Z czasem nieco słabo, pozwalając pokazać się waniliowo-cukrowej słodyczy wciąż o zgaszonym charakterze oraz lekkiej cierpkości kakao. 

Część czekolady jadłam w góach, wyskubując wcześniej tyle chili, ile się dało, a potem plując resztą. Tak w zasadzie było całkiem ok... Albo raczej byłoby ok, gdyby czekolada była adekwatnie przeciętnie tania, a nie tak droga. Gdyby nie kosztowała więcej niż 5 zł / 100g, mogłaby mieć 5 jako po prostu przeciętna do bólu.
Potrafię sobie wyobrazić, że jest dla bardziej wytrzymałych na ostrość niż ja, ale i tak była zrobiona bez sensu. Dodatek odpadał (a chyba jak ktoś kupuje z dodatkiem, to nie chce, by sypał się wszędzie wokół?), a ta ilość... No aż zabijała czekoladę. Inna sprawa, że baza była mocno przeciętna. 
W górach jeszcze jakoś te wydłubywanie i plucie chili dla średniej bazy no... Się sprawdziło, ale w domu już za nic na to ochoty nie miałam.
Około połowy, gdzie było najwięcej wlepionego chili już nie dałam rady i oddałam ojcu.


ocena: 4/10
kupiłam: stoisko Karmello w Bonarce (Kraków)
cena: 9,99 zł (za 50g; ojciec płacił)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), kruszone papryczki chili min. 0,2%

czwartek, 9 stycznia 2025

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka z Karmelem i Solą 70 % Kakao Nikaragua Amaya ciemna z Nikaragui

Mimo całego mojego uwielbienia do Beskidu, ich czekolad z dodatkami jadłam niewiele. Z tych jakoś mnie nie chwytały i jak miałam przerwę od gór, w warunkach domowych tabliczki z dodatkami nie kusiły. W góry jednak sprawdzają się najlepiej. Choć ostatnio zrobiłam się sceptyczna do solonego karmelu, Beskidowi ufałam. Z tym że nie byłam pewna, czy na pewno dałabym go konkretnie do kakao Amaya, które znałam z pysznej Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %. Po zostawieniu za sobą Czarnego Stawu ruszyłam na przełęcz Karb, a z niej już prosto na Kościelec. Jeszcze parę miesięcy wcześniej nawet mi przez myśl nie przeszło, by się tam pchać, ale jednak. Poszłam i wybrałam odpowiednio zacną - jak miałam nadzieję - czekoladę, by to celebrować. I akurat na te parę chwil, kiedy byłam na szczycie, zza chmur wyłoniły się inne szczyty! Jakby wyjątkowo dla mnie! Z tym, że... zarówno samo wejście, jak i zejście wydały mi się.. znacznie łatwiejsze niż się czyta.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka z Karmelem i Solą 70 % Kakao Nikaragua Amaya to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z maślanym karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno palonego, aż do goryczki, karmelu, w którym mignęła pewna lekka mleczność. Czuć go zwłaszcza, gdy wąchałam spod - wtedy nawet raz czy drugi pojawiła się myśl konkretnie o karmelu palonym. Ogólnie, acz bardziej w przypadku wierzchu bez dodatku, czuć drzewa i lekki kwasek konfitury pomarańczowej i / lub duszonych pomarańczy oraz słodkich truskawek... jako element sernika truskawkowego? I odnotowałam jeszcze akcent słodko kwiatowego wina czerwonego. Słodycz ogólnie wydawała się trochę kwiatowa. I nieco... Miodowa? Do głowy przyszły mi orzechy karmelizowane w miodzie.

Twarda tabliczka łamała się z porządnym, donośnym trzaskiem, obiecującym gęstość. Na spodzie dodano sporo porządnie trzymających się drobnych kulek i ich połówek karmelu. Był trochę lepkawy. Trochę go odpadło przy łamaniu, ale na tabliczce i tak zostało dużo. 
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno, zmieniając się w miękkawy i zbito-gęsty krem. Trochę maziście pokrywała podniebienie. Wydała mi się maślano tłusta, ale jednocześnie bardzo soczysta i końcowo trochę taninowa.
Karmel częściowo się jej trzymał, częściowo odpadał, ale ogólnie rozpuszczał się obok czekolady, trochę ją rozrzedzając. Końcowo prawie nie zostawał - sporadycznie i już bardzo zmniejszone kawałeczki. Gryzione okazały się miękkawe, ale aspirujące do pewnej twardości i skrzypiąco-trzeszczące. Lepił się do zębów, ale szybko odpuszczał. Obok czekolady pogryzłam tylko kawałek czy dwa na próbę - to do mnie nie przemówiło. Wolałam dać się temu karmelowi rozpuszczać. Wraz z nim, ale po dłuższym czasie rozpuszczała się też sól - aż o to dopytałam i potwierdziły się moje domysły: solą posypano czekoladę, a potem dodano karmel, więc wpływała spod niego.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz mandarynek i pomarańczy. I jakiś... Pomarańczy czerwonych? Te obiecały lekki kwasek. Zaraz jednak pomyślałam też o owocach duszonych w miodzie. 

Gdy odgryzając kawałek zahaczyłam zębami o karmel, dawał o sobie znać - wyszedł palono i maślano, słodko nienachalne. Ogólnie jednak nie narzucał się - pozwolił czekoladzie się popisać. Wraz z nią też szedł trochę w miodowa stronę. 

W tle przemknęły kwiaty i gorzkość. Ta druga zaczęła odważnie rosnąć. Pojawiły się drzewa, umiejętnie przechwytując kwiaty. Wyobraziłam sobie świeże drzewa liściaste, niektóre kwitnące, a także drobne leśne kwiaty, kryjące się w ich cieniu. Wśród nich znalazła się też lekka pikanteria. Zwłaszcza w kęsach z dodatkiem, gdzie mieszała się z kwaskiem... Niezbyt dojrzałych poziomek? 

Miód nasilił się i zmieszał z palonym karmelem. Zaprosił do kompozycji niedookreślone orzechy, od razu je... Nie tyle karmelizując, co pokrywając lepkim miód-karmelem? Wyobraziłam sobie też masę "zdrowy karmel" z kremu orzechowego, miodu i daktyli.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam maślaność trochę łagodzącą i gorzkość, i słodycz. Maślany karmel trochę podkreślił maślaność samej bazy, a kwaśność cytrusów wychynęły za to poprzez kontrast. Czułam mandarynki i pomarańcze, ale też... grzane wino z pomarańczowa nutą? Na pewno pojawiła się taninowa, winna cierpkość. Przewinęło się też echo czerwonych nieokreślonych owoców. Może... Kwaskawych truskawek i poziomek? 

Raz po raz karmel - zwłaszcza, gdy trafiło się go więcej - dodał trochę maślano-karmelkowy, ale zdecydowanie palony wątek. Sól w zasadzie przez większość czasu jako ona sama wyraźnie nie wystąpiła, acz raz czy drugi... Coś mi tam przemknęło. Chyba jednak pełniła głównie funkcje podkreślania różnych nut, kryjąc się za karmelem.

Karmel sam w sobie był palony, ale też maślany i w zestawieniu z intensywną, porządnie ciemną czekoladą wręcz sugestywnie mleczny. Nie wydawał się słony sam w sobie (co zweryfikowałam, próbując go trochę osobno) - mieszał się z solą, kiedy ta wypływała spod niego, w czym pomogła czekolada zapewniająca temu harmonię. Mało tego - jego palona nuta też z czasem robiła się niejasna. Nie był mocno słodki i wcale nie podwyższył za bardzo słodyczy ogółu (a tylko trochę).

Gdy obróciłam kawałek karmelem do dołu, zbliżał się do kwiatowo-miodowego, soczystego smaku czekolady, ale i tak nie próbował jej przeciągnąć, mimo że był intensywny. Jego palony charakter z czasem wydawał się bardziej sugestywny - może to za sprawą soli? Może sam w sobie nie był tak mocno palony?

Soczystość zaserwowała mi sernik truskawkowo-poziomkowo-malinowy z kwaskawy sosem z tych czerwonych owoców, którego kwasek podkręcono cytrusami - coraz bardziej zanikającymi jako one same. Acz i tak znów do głowy przyszła mi pomarańcza czerwona. Karmel podkręcał kwasek i soczystość!

Gorzkość uchwyciła się drzew, a ciepło dopowiedziało jeszcze drewno sandałowe, lecz gorzkość jako taka przysposobiła sobie... paloność?

Czerwone owoce zwłaszcza w kęsach z mniejszą ilością karmelu chyliły się ku winu czerwonemu. Znów pomyślałam o grzańcu z cytrusową nutką? 

Świeżość lasu i kwiatów przejęły chłodnawo-rześkie przyprawy, chyba lukrecja. Lukrecję samą w sobie czułam bardziej w kęsach z mniejszą ilością lub bez karmelu, za to gdy trafiłam na więcej - myśli płynęły ku solonej lukrecji. Zakradła się też do miodu... 

W kęsach z większą ilością karmelu słodycz z miodowej coraz bardziej zmieniała się w karmelo-karmelki. Odpadające od czekolady i rozpuszczające się kulki karmelu wtrącały swoje, a za nimi... Pomykała lekka słoność. Dosłownie ze dwa razy poczułam mocniej słone ukłucie, a tylko raz zrobiło się bardzo słono i już nieprzyjemnie.

Końcowo czekolada wydała mi się jeszcze bardziej kwaskawo-soczysta jak czerwone wino, ale ogólnie mniej jednoznaczna. Na pewno jej słodycz - jako bazy, nie ogólna - i gorzkość zelżały, a maślaność starała się utrzymać.

Po zjedzeniu został posmak taninowo winny, mieszający się z pomarańcza duszona... W grzańcu z miodem? Czułam też drzewa i maślaność. Mniej lub bardziej (w zależności od kęsa) dołączał do tego lekko słodki, maślano-palono karmel. W posmaku wyłaniała się też sól - czasem naprawdę dosadnie. 

Czekolada była dobra, acz mam wątpliwości. Pyszna baza Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % wyszła nieco inaczej w zestawieniu z dodatkiem. Niby do rozpoznania, jak wiedziałam, że to ona, ale w ciemno bym nie zgadła. Też pysznie, ale inaczej: bardziej kwaskawo-taninowo, winnie. Ten karmel jednak niezbyt mnie do siebie przekonał - nie lubię "posypek", a ten w dodatku wyszedł maślano, łagodnie. Ok, był palony, ale mógł być... Bardziej karmelowy? Co do soli to ciekawie to rozwiązali, że postawili na tak subtelne rozwiązanie. Czuć, ale nie jaskrawo; na pewno do tego karmelu więcej soli na pewno by nie pasowało! Moje wątpliwości tyczą się jednak też tego, czy jest sens dawania tak intensywnej i bogatej bazy pod dodatek tego typu - w czekoladzie tak wiele się działo, tak wiele uciekało, że można by zostać tym przytłoczonym. Choć dodatek był dobrze zrobiony, chciało się wczuć też w pyszną bazę, której on czasem trochę przeszkadzał.
Z przyjemnością jednak czekoladę jadłam w górach i kończyłam już w domu, ale... w domu odkryłam, że w górach mi jej parę elementów uciekło (recenzję w domu poprawiłam).


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany, 8% karmel (cukier, masło), 0,2% sól 0,2

wtorek, 7 stycznia 2025

Ritter Sport Dark Almond & Orange ciemna 50 % z siekanymi migdałami i kandyzowaną skórką pomarańczy

Gdy myślałam, jaką czekoladę najlepiej wybrać na podejście z tych, które zabierałam na tę wyprawę, uznałam, że potencjalnie najgorszą. Miała bowiem posłużyć głównie doładowaniu sobie energii. Jakoś mimo że z Ritter Sport Nut Selection Ganze Mandel / Whole Almonds pamiętałam bardzo dobre migdały, czułam, że nie one zdominują tę tabliczkę. Wzięłam ją na szlak, który opracowałam bardzo spontanicznie. Chciałam ruszyć na Czerwoną Ławkę, ale nie udało mi się znaleźć dojazdu, więc trochę wkurzona uznałam, że trudno, jadę pociągiem, sama na Kościelec. Poszłam znanym mi, łatwym szlakiem z Kuźnic przez Karczmisko do Hali Gąsiennicowej, a nad Czarnym Stawem uznałam, że to świetny moment na czekoladę. Przy niej jeszcze nie wiedziałam, że odbiłam nie w tym kierunku, co trzeba, ale cóż. Zaraz zawróciłam i poszłam, jak iść miałam.

Ritter Sport Dark Almond & Orange to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z siekanymi migdałami (7,5%) i kandyzowaną skórką pomarańczy (3,5%).

Otworzywszy, poczułam zapach migdałów i bardzo słodkiej, choć jednocześnie cierpkawej czekolady. Kojarzyła się trochę z zacukrzoną kawą, a w tle doszukałam się też łagodzącej maślaności. Pomarańczy też musiałam się aż doszukiwać. Wyraźnie wyłoniła się dopiero po podziale i w trakcie jedzenia, przedstawiając się konkretnie jako nieśmiała słodkawo-goryczkowata, kandyzowana skórka. 

Dodatki widać trochę już na spodzie, ale jak ich dużo, pokazał dobrze dopiero przekrój. Okazało się, że do czekolady dodano migdały mocno posiekane oraz średniej wielkości kawałki skórki. 
Tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i też krucho od dodatków. Wydała mi się nieco polewowa i plastikowa w dotyku. 
W ustach czekolada rozpływała się gładko i średnio wolno, wykazując średnią gęstość. Była jednak zbita i mazista, mimo wodnistości. Od początku do końca wykazywała maślaną tłustość. Niechętnie wyłaniały się z niej dodatki. A nimi tabliczka była wręcz najeżona - jeszcze trochę i byłaby przesadnie; zrobiłby się zlepek. Mniejsze wypadały pod koniec, a większe w zasadzie w pełni wyłaniały się dopiero na koniec.
Zdarzyło się, że dodatki podgryzałam wcześniej, obok czekolady, jednak większość zostawiłam na moment, gdy ona już zniknęła.
Migdały okazały się pozytywnie twarde i chrupiące. W większości były to małe kawałki, ale trafiło się też trochę nieco większych niż skórki pomarańczy. Na skórki migdałów nie trafiłam.
Kawałki skórki pomarańczowej miały przeciętną, średnią wielkość. Te kwadraciki początkowo jawiły się jako twardawe, ale gryzienie ujawniły masywną jędrność. Od początku do końca charakteryzowała je suchość. Przylepiały się na trochę do zębów, ale zaraz odpuszczały. Nie były soczyste.

W smaku przywitała mnie palona gorzkość, lecz szybko zaczęła słabnąć. Rosła za to słodycz. Cukier przechodził w lukier. Słodycz trochę wyprzedziła gorzkość, ale nie męczyła, płynęła spokojnie. 

Gorzkość stała się w zasadzie jedynie gorzkawością. W kęsach z dodatkami, dołączało do niej ich echo - w większości kęsów to migdały pierwsze trochę się wtrącały. Pomarańcza szybciej odezwała się dosłownie parę razy. Dodatki mieszały się z maślanością - to ona osłabiła gorzkość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, zajmując większość jej miejsca. 

Wtedy też pomyślałam o kawowym deserze... Kawowym lukrze zrobionym z masłem? 
Z trudem zrobione ze 2-3 kęsy samej czekolady utwierdziły mnie w tym. Sama w sobie nie wydawała się - ku mojemu zaskoczeniu - przesiąknięta dodatkami.

Na maślanej płaszczyźnie jeszcze wzrosła słodycz - robiła się już trochę ryzykowna, ale cukrowość przełamywały wyłaniające się dodatki. Niezgryzione nie były bardzo intensywne, ale słodycz rozbijały nieźle.

Skórki pomarańczy bliżej końca wreszcie nieco się odezwały, lecz... Okazało się, że one też głównie do słodyczy się dokładały. Wniosły motyw kandyzowania, a dopiero daleko za nim akcent skórek pomarańczy. 

Końcowo czekolada sama w sobie wydawała mi się bardziej cukrowo-plastikowa, ale nie jakoś rażąco.

Gryzione na koniec dodatki przysłaniały czekoladę. O kęs bez nich bardzo trudno (trzeba się postarać - zrobiłam to, by wczuć się w samą czekoladę). Trafiały się w różnych układach: a to pomarańcze i migdały obok, a to same migdały (częściej), a to same pomarańcze. Wydawało się, że ogólnie dodano ich po równo. 

Kawałki skórki pomarańczowej pokazały się bardziej już jako goryczkowate skórki pomarańczy, ale wciąż bardzo słodkie w kandyzowany sposób. Pobrzmiewało mi w nich olejkowe echo. Dosłownie raz czy dwa zdobyły się na sugestie kwasku, ale nie kwaśność. Zdążyło im się jednak mignąć kandyzowano-cukierkową nutą. 

Migdały okazały się zaskakująco wyraziste. Normalnie prawie jak całe, a nie taka drobnica. Naturalnie słodkawe, co podkręciło bardzo delikatne podprażenie. Niestety bój o dominację ze skorkami w zestawieniu z nimi przegrywały.

Na dodatki znalazłam więc sposób: starałam się, by gryźć najpierw skórki, a potem migdały.

Po zjedzeniu został posmak cukierkowo-kandyzowanej skórki pomarańczowej, chylącej się ku kwaskowi (ale nie soczystości) oraz migdałów. Gdy one po chwili osłabły, okazało się, że czekolada wyłoniła się w posmaku. Wyszła maślano, ale też łagodnie gorzkawo niczym... Kawowo-kakaowy deser / mousse na bazie masła? Z lukrem? 

Głównym atutem tej tabliczki były migdały - szkoda, że je posiekali, bo w ogóle byłyby zachwycające (kupując, byłam przekonana, że jest z całymi), ale i tak... Zdziwiłam się, że mimo formy smakowały tak wyraziście i przyjemnie. Pomarańcza była mocno przeciętna, na szczęście nie nachalna. Baza podobnie. O ocenie wyższej niż 5 przesądziły migdały.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: około 7-8 zł (ojciec płacił, to nie kojarzę dokładnie)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, siekane migdały (7,5%), skórka z pomarańczy (2%), bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowo-fruktozowy, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku cytrynowego, olejek pomarańczowy, glukoza

poniedziałek, 6 stycznia 2025

krem Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja

Gdy zobaczyłam ten krem, od razu bardzo go zapragnęłam. Byłam taka spragniona chałwowych kremów... z tęsknoty za wycofanym Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym kombinowałam sama z Ekogram Pasta Sezamowa 100% Tahini / Tahina i cukrem trzcinowym, ale to nie było to. Przedstawiany zapowiadał się smakowicie, ale nie tak bardzo chałwowo. W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czy pistacje zajmą dużą część tego? Umknęło mi, że uwielbiane Grizly nie jest jego producentem, a tylko dystrybutorem. Krem bowiem stworzył inny czeski producent, ŽIVINA.

Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja to krem orzechowy z sezamu (tahini) i pistacji z kawałkami pistacji, słodzony syropem z agawy i syropem daktylowym (bez cukru), z solą himalajską.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny natłok rozmaitych nut: sezam i pistacje szły łeb w łeb, ale za nimi o głos dopraszał się... smażony w miodzie kurczak?! Albo przyprawa do niego. Z wyraźnie zaznaczoną solą. Pistacje przedstawiły się jako bardzo tłuste i słodko-wytrawniejsze, natomiast sezam zawarł w sobie lekką goryczkę i wydobył trochę słodyczy ogółu, bardzo wątle kojarząc się z chałwą (albo włączyło mi się myślenie życzeniowe?). Już w zapachu czuć tłustość, a słodycz miała nieco słodzikowo chłodne zabarwienie. Po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia przynajmniej zniknęło skojarzenie z przesmażoną przyprawą do kurczaka... Choć wciąż było to wytrawne i nieprzyjemne.

Na wierzchu wydzieliło się niewiele nie tyle oleju, co jakby mieszanki oleju z wodą, acz masa na górze była rzadsza, luźniejsza niż niżej. Zlałam jakieś niecałe 2 łyżeczki, a przemieszałam to, co zostało - na oko jakieś 0,5 łyżeczki. Przemieszałam to dość dokładnie, co trudne nie było, bo krem nie był suchy. Wydał mi się zwięzły, gęsty, ale nie mocno zbity czy konkretny. Widać w nim mnóstwo malutkich kawałeczków, drobinek, czarnych punkcików oraz pistacji w formie połówek lub wielkich kawałków.
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako masywny i lepki. Doszła do tego miękkość i wysoka tłustość. Oleistość bardzo dawała się we znaki, gdy krem rozpływał się w umiarkowanym tempie. Chwilowo jakby gęstniał, po czym rozpływał się w tempie umiarkowanie-wolnawym. Od początku do końca czuć wysoką miazgowość. Troszeczkę odwracała uwagę od tłustości, ale ta i tak aż pokrywała usta. Końcowo krem wydał mi się trochę zawiesinowo-wodnisty. 
Kawałki i drobinki zostawiałam głównie na koniec, gdy masa już zniknęła. Tylko nieliczne podgryzałam wcześniej, obok bazy, choć czasem wszystko to o ugryzienie aż się prosiło.
Drobinki i malutkie kawałeczki pistacji (chyba że sporadycznie też sezamu?), okazały się twardo-miękkie, lekko chrupkawe i niewymagające. Zaplątały mi się też twarde.
Natomiast połówki i kawałki pistacji były specyficznie miękkawe, a aspirujące do chrupkości, niczym świeże pistacje.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka słodycz o nieco chłodnym, sugestywnie słodzikowym charakterze. Nasiliła się odrobinę, idąc w bardziej złożonym, acz wciąż słodzikowym kierunku. Zaraz za nią zaznaczyła się sól, a ja pomyślałam o splocie słodzika z miodem w jakimś roślinnym otoczeniu. Obstawiam, ze to syrop z agawy dał taki efekt, choć przez słoność coraz trudniej było mi się na tym skupić.

Zaraz podpłynęła do tego jakby oleista wytrawność. I... mdłość? Poczułam smak oleju, mdławość, która rozrzedziła słodycz. Zasugerowała coś smażonego i pozwoliła na nasilenie się słoności. 

Równocześnie słodycz lekko wzrosła, ale wydała mi się bardzo nieśmiała, przytłumiona. Odnotowałam gorycz sezamu, która trochę odegnała oleistość. Przemknęła myśl o przesolonych, przesmażonych (?) sezamkach i... słonej chałwie? Zaraz mi jednak uciekła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach znów poczułam smakową tłustość, ale w innym wydaniu. Ta była bardziej maślana niczym prażono-wysmażone i solone pistacje. Pistacje zagłuszyły sezam. Jedynie w tle ostał się wytrawniejszy olej sezamowy.

Z czasem słone pistacje wydały mi się przesmażone, a w oddali przemknął mi dziwny, nieokreślony kwasek. Sól starała się nie dopuszczać słodyczy do głosu, acz jakoś tam... przemykał mi jej lekko piekący charakter. I... piekąco słonawy?

Pistacje cały czas jawiły się jako wytrawne, choć końcowo i o słodyczy trochę sobie przypomniały. Sezam pobrzmiewał tylko gorzkością, nasuwając na myśl słono-wytrawny sos tahini np. do kurczaka w miodzie. Czułam chłód słodyczy, ale kompozycja nie wydawała się specjalnie słodka.

Gryzione malutkie kawałki stanowiły przedłużenie smaku podprażonych, słono-słodkawych pistacji. Nie były bardzo wyraziste.
Większe kawałki i połówki pistacji zaskoczyły mnie nijakością. Po całej tej słono-wytrawno-tłustej symfonii wydawały się kompletnie zagłuszone. Czuć delikatny, prażony i naturalnie słodkawy smak pistacji, ale po tym wszystkim nie dały rady uratować sytuacji.

Po zjedzeniu został posmak soli, wytrawno-przesmażonego splotu pistacji i tahini z goryczką, która kojarzyła mi się z orzechowo-sezamowym daniem z przyprawionym kurczaka. Czułam chłód prawdopodobnie słodyczy, ale nie słodycz samą w sobie, a do tego olej... albo raczej mieszankę oleju mdłego, roślinnego, sezamowego i "maślanego" pistacjowego? To było obrzydliwe.

To był najgorszy krem, jaki w życiu jadłam. Na swoje nieszczęście władowałam do ust wielką łyżeczkę na sam początek i szybko miałam ochotę to wypluć. Gdy zaś pasta się rozpłynęła, zrobiło mi się niedobrze. W porządku, czuć i sezam, i pistacje, ale w tak obleśnym wydaniu, że aż uwierzyć nie mogę. To coś przyprawiło mnie o traumę, że kolejne zakupy będę przemyśliwać chyba kilka dni. Słone, tłuste, mdławe, a i powalające intensywne. Ohydne po prostu! Nawet 1 wydaje się dość wysoką oceną.

Mama spróbowała i opisała: "Obrzydliwe, że aż trudno uwierzyć, że można tak zepsuć takie dobre składniki. Zapach kojarzy mi się z musztardą, a smak okropny, słony i dziwny. Nie rozpoznałabym chyba. Próbowałam trochę na herbatnikach, z nimi bardziej zjadliwie, ale wciąż nie smacznie. Nie da się tego jeść". Oddałyśmy więc znajomemu. Po jakimś czasie zapytałam, co myśli i byłam w szoku, gdy usłyszałam: "No zjadłem. W sumie mi smakowało, bo w końcu słodkie, pistacjowe, a więc dobre. Znaczy... słodkie nie że słodkie-słodkie, a takie słodkie od węglowodanów, tłuste. No słone, ale mi jakoś nie tak drastycznie".


ocena: 1/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 35,46 zł (za 220g)
kaloryczność: 462 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tahini (mielony sezam) 46%, pistacje 46%, syrop z agawy, syrop daktylowy, olej ryżowy, sól himalajska

sobota, 4 stycznia 2025

Chapon Cacao Rare Vietnam ciemna 73 % z Wietnamu

Decyzja o "powrotach" do lekko zmienionych czekolad Chapon na pewno nie przyszłaby mi z taką łatwością, gdyby nie to, że w ofercie marki pojawiło się kilka nowości. Te i tak miałam zamiar kupić (a nie opłaca się zamawiać zza granicy jakiś 3 tabliczek). Bardzo ucieszyłam się, że była to m.in. czekolada z ziaren z Wietnamu, bo ten region swego czasu rozkochał mnie w sobie, a jakoś rzadko spotyka się czekolady stamtąd.

Chapon Cacao Rare Vietnam to ciemna czekolada o 73% zawartości kakao z Wietnamu.

Po otwarciu poczułam szokująco jednoznaczny, intensywny zapach marcepanu migdałowego z goryczkowatym likierem amaretto. Słodycz była wysoka - w dużej mierze płynęła z marcepanu, ale sporo czułam też kwiatów. Bardzo odlegle pojawiła się soczystość... częściowo ciężkawo-słodka niczym chlebek bananowo-migdałowy (z cynamonem?), a częściowo... Przywodząca na myśl suszono-soczyste owoce czerwone. W trakcie degustacji odnotowałam jeszcze chyba brzoskwinie. W tle, w migdałowej toni, przewinęły się też drzewa i orzechy włoskie. Czułam też ciepło cynamonu i... słońca?

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała dość głośno, jakby w chrupki sposób.
W ustach rozpływała się kremowo i powoli. Długo zachowywała kształt i zbitość, acz miękła niczym... grudka budyniu? Aksamitnego i nietłustego. Z czasem do budyniowości dołączyła soczystość.

W smaku pierwsze rozbrzmiały bardzo słodkie banany. Mimo słodyczy, obiecały soczystość w późniejszym etapie. Na razie jednak... ich słodycz wzmocniły jeszcze słodkie, kwitnące kwiaty.

Za kwiatami przemknęło... białe wino? Słodkie o nutach zielonych winogron, jakiś kwaśniejszych żółtych owoców i... w końcu echo samych zielonych winogron? Zaraz to jednak przycichło i tylko delikatnie pobrzmiewało.

Popłynęła lekka śmietankowość, do której dołączyła maślaność. Razem przełożyły się zaraz na myśl o śmietankowo-maślanym, łagodnym marcepanie, czy wręcz kremie marcepanowym. Ten dopiero zmieniał się w marcepan w pełnej krasie. 

W tle w soczystości tym razem obecność zaznaczyły poważniejsze, cierpkawo-soczyste owoce... Suszone czerwone? Chyba suszone, ale wciąż lepkawo-soczyste wiśnie. Podtrzymywały soczystość bardzo długo.

Marcepan stał się bardzo słodki, aż nieco przesłodzony, ale także wydał mi się poważny. Znalazła się w nim kropelka alkoholu - chyba likieru amaretto. Wprowadził goryczkę.

Goryczkę migdałów? Wychwyciłam niejednoznaczne orzechy. Gorzkość wzrosła, pokazując, co potrafi. Wydała mi się dosadna, o co zadbała czarna, wilgotna ziemia i drzewa. Drzewa nakręcały się nawzajem z migdałami.

Wyobraziłam sobie brzoskwinie dojrzewające w słonecznym cieple na małych drzewkach. Same w sobie jednak, jeszcze lekko kwaskawe, brzoskwinie wydały mi się jakby trochę nie na miejscu i zagubiły się po chwili, zostawiając poczucie ciepła i soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość osiągnęła punkt kulminacyjny i zaczęła trochę łagodnieć poprzez orzechowy wątek, rosnący w siłę. Czułam migdały - już nie tylko jako marcepan - oraz włoskie.

Słodycz trochę zawstydziła się gorzkości - może nie słabła, ale też już nie rosła. Banany wydały mi się przejrzałe, a do tego zmieszane z suszonymi figami. Wyobraziłam sobie bananowo-migdałowy chlebek doprawiony cynamonem z orzechami włoskimi i... rodzynkami? Te wyróżniały się lekkim kwaskiem.

Wiśnie raz po raz spojrzały w winnym kierunku, jakby rozochocone alkoholowym marcepanem, ale w końcu pomknęły w bardziej soczystą stronę. Towarzyszyły im czarne porzeczki i aronia. Chyba liofilizowane? I... suszone goji? Ale takie już nasiąkające w ustach.

W owocach pojawiło się nieco więcej kwasku, który zahaczył o cytrynę... acz też suszoną? Rodzynki porządnie przybrały na kwaśności i... na tym nie poprzestały. Robiły się coraz świeższe, że pomyślałam o lekko kwaskawych, zielonych winogronach, acz zaraz trochę przycichły. Tu bowiem znalazły się słodkie, kwitnące kwiaty, pilnujące, by bardziej kwaśno się nie zrobiło. Znów pomyślałam konkretnie o drzewkach owocowych.

Ziemia za sprawą coraz większej ilości orzechów złagodniała zupełnie. Trwała tylko jako cierpkość, kontrastowo zaznaczona do łagodniejącej bazy. Chyba i cynamon miał w tym pewien udział. Maślaność wyszła na przód, pozwalając jeszcze marcepanowi (wzbogaconemu o orzechy włoskie?) trochę pobrzmiewać. Słodycz też w nim osiadła, pokazując się jako wręcz ciepło-drapiąca i likierowa.

Po zjedzeniu został cierpki posmak suszono-liofilizowanych owoców: goji, wiśni, czarnych porzeczek, aronii oraz wysoka słodycz bananowo-marcepanowego chlebka o ciężkawym wydźwięku. Wydał mi się przecukrzony, na co trochę próbowała zaradzić czarna, wilgotna ziemia. Oprócz tego czułam jakby pikanterię alkoholu i cynamonu.

Czekoladę uważam za pyszną, ale niestety trochę przesłodzoną. Myślałam, że za to poleci punkt, ale tak jednoznacznie marcepanowej tabliczki bez marcepanu nigdy nie jadłam i za to, jak niespotykana była, jednak wystawiłam jej maksymalną ocenę. Intensywnie marcepanowa, trochę kwiatowo-cynamonowa i bananowa niczym chlebek bananowo-migdałowy, z nutami orzechów włoskich, likieru, a także znaczącym motywem ziemi zachwyciła mnie. A przecież doszły do tego jeszcze owoce: soczyście-suszony niebanalny splot wiśni, porzeczek czarnych i aronii, może nawet goji oraz zielone winogrona igrające z białym winem i rodzynkami. Wyszło to soczyście w cierpko-ciężki, poważny sposób. Było kwaskawo, ale nie mocno kwaśno. Wiele owocowych elementów nie próbowało kompozycji zdominować, toteż nie wyszła tak mocno owocowo. Chwilami trochę może za bardzo śmietankowo-maślano mi to łagodniało, ale w sumie... to z kolei pozwoliło bardziej kontrastowo zarysować się charakterniejszym nutom.

Była nieco inna niż miodowo-kwiatowa, gorąca niczym pustynia, z nutami dymu, orzechów i migdałów, kadzidełkami oraz pikantnymi Belvie Thien Tuy 75%. Czułam w niej suszone goji i figi, czerwone, soczystsze owoce, maślaność, więc w sumie podobnie, ale Belvie wyszła bardziej gorzko.

Letterpress Chocolate Vietnam Ben Tre Cacao 70 % Dark Chocolate zawarła w sobie więcej owoców: bananów, fig, brzoskwiń i rodzynek z cytryną, ale też kojarzyła się z chlebkiem bananowym. Także pojawiły się w niej orzechy włoskie i ziemia, ale do tego karmel i cynamon.

W Chapon przy nich za bardzo zwracało się uwagę na słodycz - szkoda więc, że nie dodali trzcinowego, a biały. Obstawiam, że wyszła by wtedy w pełni zachwycająco.


ocena: 10/10
kupiłam: chapon.com
cena: 8 € (40 zł; za 75g)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 3 stycznia 2025

Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos biała z mango i marakują

Jednej soboty przyjechawszy, ojciec wręczył mi tyle czekolad, że aż się wystraszyłam. Wszystkie były albo nadziewane (no... niby ciemne), albo mleczne i białe, więc kompletnie nie w moim stylu, ale sporo z nich wcześniej uzgodniliśmy, że przyjmę, spróbuję i czego z Mamą nie zjemy, wróci do niego. Poszedł jednak dalej i kupił też te, o których nie wiedziałam, w tym dwie białe nowości Lidla. Mama zerknęła i powiedziała, że z ananasem i kokosem na pewno nie chce, więc nieotwierana wróciła do ojca, a ta została u nas. Mama uznała ją za w miarę ciekawą, a szczerze mówiąc... i mi połączenie to wydało się niespotykane. Nie jednak atrakcyjne. Jak się jednak czekolada u nas znalazła, uznałam, że chociaż spróbuję. Z tego, co przeczytałam na opakowaniu, czekoladę warto włożyć do lodówki. Ja uznałam, że spróbuję opcji i normalnej, i takiej, acz tylko dlatego, by się utwierdzić, że czekolady "lodówkowane" są nie dla mnie. Poza tym, w tym poście i tak sporą część oddam Mamie.

Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos to biała czekolada "o smaku mango-marakui z 3% liofilizowanymi kawałkami z zagęszczonego przecieru z mango i soku z marakui"; edycja limitowana na lato 2024 "jedz schłodzoną"; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała bardzo słodki, mocno owocowy serek homogenizowany. Jego specyficznie dusznawy charakter był aż szokująco jednoznaczny, podobnie jak duet marakui i mango (dokładnie w tej kolejności). Były niby kwaśne, ale wtopione we wręcz cukrową słodycz. Soczystość dlatego wydała mi się ciężkawa. Za wspomnianymi już doszukałam się jabłkowego echa.

Tabliczka w dotyku wydała mi się okrutnie proszkowo-tłusta. Dotykając ją, miałam wrażenie, ze zaraz zacznie się topić.
Łamała się w zasadzie prawie rwąc. Nie była jednak miękka, ale jakby spieszyła się, by zmięknąć. 
Już na spodzie widać mnóstwo dodatków, a przekrój tylko to potwierdził. Widać w niej kawałki i drobinki ciemniejsze oraz jasno i intensywnie żółte. Co więcej sama czekolada nie była czysto biała, a nieco żółtawa (acz nie wiem, czy bo białe tak miewają, czy od owoców).
Czekolada przy odgryzaniu kęsa już miękła tak, że w ustach natychmiast robiła się miękka. Rozpuszczała się szybko, eksponując mazistą tłustość i proszkowość. Wciąż kojarzyła mi się z tłustym serkiem homogenizowanym. Popłynęło trochę soczystości i jeszcze więcej proszku. Na język szybko wyległy kawałki dodatków.
Niektóre częściowo też się soczyście rozpuszczały, inne bardziej nasiąkały. 
Ciemniejsze kawałki łatwiej prawie się rozpuszczały i były bardziej skrzypiące - to marakuja (marakujowe kawałki?). Intensywnie żółte raczej miękły i dały się poznać jako farfoclowate, takie, którym skrzypnąć tylko się zdarzyło, i soczyste nieco mniej - to mango.

W smaku pierwszy pokazał się cukier, który wprowadził zdecydowanie przesłodzony serek homogenizowany. Owoce też szybko, choć subtelnie, dały o sobie znać. Poczułam specyficzną ciężkość takiego serka, którą wzmocniła bezlitośnie rosnąca słodycz. Serek umocniło mleko.

Mango odezwało się pierwsze, właśnie ujawniając się w słodyczy. Sama czekoladowa baza lekko smakowała owocami, ale nie wyszło to soczyście. Echo słodkiego mango wydało mi się trochę pudrowe - właśnie jak serek o smaku mango - ale naturalne.

Do motywu serka homogenizowanego podpłynęła bardziej śmietankowa, biało czekoladowa nutka, ale tej czekoladzie daleko do smaku typowej białej (czy nawet białej owocowej - to jak serek w tabliczce). Z łatwością jednak zadrapała w gardle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam dziwny posmak - kwaskawo-jakiś, dziwnie goryczkowaty, niedookreślony i niezbyt przyjemny. Po chwili zrozumiałam, że to chyba marakuja tak dziwnie zmieniona w czekoladowo-serkowej toni.

Od kawałków owocowych nasilał się ich smak. Mango po prostu się umocniło w soczysty, świeższy sposób, zaś marakuja dopiero po czasie zaprezentowała się bardziej jednoznacznie. Od ciemnych kawałków rozchodziła się jej soczysta kwaśność i cierpkość.

Końcowo czekolada sama w sobie mocno drapała cukrem w gardle, a sama wciąż wydała mi się owocowo-serkowa, ale też trochę... woskowo-tandetna, polewowa.

Kawałki owocowe, którymi zajęłam się na koniec, mimo cukrowego otoczenia smakowały wyraziście.

Było czuć, że mango to mango - powiedziałabym, że przecier ze słodkiego, chwilami kwaskawego, bardzo dojrzałego owocu, a marakuja to marakuja - kwaśna i orzeźwiająca.
W zestawieniu, gdy trafiłam w jednym kęsie na jedno i drugie, dominowała intensywna, kwaśna marakuja.

Po zjedzeniu został posmak mango i marakui, wtłoczonych w mieszankę przesłodzono-taniawej białej polewy i serka homogenizowanego.

po lewej z lodówki
Kostka trzymana 2 godziny w lodówce pachniała nieco delikatniej, ale wciąż wyraziście i jednoznacznie jak serek homogenizowany w wariancie marakuja-mango.
Wygląd trochę uległ zmianie - przypominała kawałek polewy z lodów na patyku lub no, kawałka czekolady z lodów, niż czekoladę (choć zdjęcie niezbyt dobrze to oddaje).
Na pewno czekolada stwardniała - łamała się (a nie rwała) i nie była miękka przy odgryzaniu kawałka. Konsystencja czekolady jedzonej poniekąd nie uległa większej zmianie, bo i tak było tłusto i miękko, proszkowo, ale rozpływała się wolniej. Nawet trochę maziście i bardziej wodniście... z kolei jakoś bardziej polewowo - albo po prostu da się temu wszystkiemu "przyjrzeć", gdy rozpuszcza się wolniej.
W smaku wersja z lodówki wydała mi się mniej słodka, ale i tak przesłodzona i drapiąca w gardle. Zasładzała jednak o wiele wolniej. Bazowo bez zmian czuć w niej i mango, i marakuję, a obok motywu serka homogenizowanego pojawiły się lody śmietankowe z polewą z białej czekolady. Owocowość nasilała się z czasem, wraz z kawałkami. Te same w sobie smakowały tak samo, jak w wersji nielodówkowanej.
Posmak był taki sam, a wzbogacony jakby... chłodem? Jak przy czekoladzie np. z loda na patyku.
Nie przemawia do mnie schłodzenie czekolady - fakt, że konsystencja była mniej miękka i nie rozpływało się to tak szybko, ale z kolei chłód sam w sobie mi przeszkadzał. Między jedną a drugą wersją nie było zbyt wielkiej różnicy, a tylko w tempie rozpuszczania - wersja w temperaturze pokojowej uderzała wszystkim na raz, zaś schłodzona eksponowała to powoli i słodyczy, ale każda czekolada wsadzona do lodówki zachowywała by się podobnie.

Czekoladę uważam za ciekawą, ale nie dla mnie. Miękkość, tłustość i szybkie rozpuszczanie się białych - no nie cierpię tego. Tu doszła jeszcze proszkowość. Na plus jednak ilość dodanych kawałków. W smaku jak dla mnie ogólnie stanowczo za słodko, ale chwali się, że owocowe nuty były wyraziste i naturalne. Oba owoce czuć wyraźnie - mango robiło za długostansowna, pobrzmiewającego prawie cały czas, a marakuja chwilami wycofywała się, by potem uderzyć kwaśnym wyskokiem. Smak serka homogenizowanego obiektywnie w sumie może i fajny efekt. Do mnie nie przemówił, ale doceniam jako ciekawostkę. To tak bardzo niemoja czekolada... 

Mama zjadła resztę i podsumowała: "Przesadziłam z ilością, ale zjadłam nie dlatego, że była taka pyszna, a nic innego nie miałam słodkiego. Fakt jednak, że tak pierwsze 4-5 kostek było smacznie, potem jednak coraz gorzej. Coraz bardziej słodko, ale nie tylko. Tak te różne nuty i posmaki w końcu zaczynały przeszkadzać i kontrast za bardzo tak... No przeszkadza. Czekolada sama w sobie tak słodka, że już po chwili drapie w gardle i aż chwilami trudno ją jeść. A jednak jest i rześka, i soczysta, i kwaśna. Wszystko to jednocześnie! Kwaśność w niej się pojawia chwilami, z czasem też jakaś taka goryczka... Może to ta marakuja? Bo mango wyraźnie i przyjemnie czuć. Marakuja chyba dziwnie wyszła z białą czekoladą. Były w niej takie punkciki owocowe, niektóre bardzo kwaśne jak cytryna. A owoce, mango i jakiś kwaśniejszy, goryczkowaty (marakuja?) już w zapachu czuć. Zapach na pewno jednoznacznie piękny. Całość... no ja nie lubię w sumie białych, ale ta była ciekawa, i jak na Lidla, jak na tę cenę, jak ktoś lubi białe, to ona chyba fajna. Ale całej lepiej nie jeść. Tylko, że no, czekolada w sumie nie jest do zjedzenia na raz. 7 to chyba dobra dla niej ocena. Mnie się jednak z serkiem homogenizowanym niestety nie kojarzyła. Jadłam część schłodzoną, część już ocieploną i nie, nie było różnicy innej niż w tempie rozpływania się i poziomie słodyczy, ale to normalne dla czekolad z lodówki. Pic na wodę z tym schłodzeniem, po prostu widać producent nie umie zrobić czekolady, która by upały wytrzymywała".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (a ojciec kupił w Lidlu)
cena: sprawdziłam: 4,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, słodka serwatka w proszku, laktoza, 1,5% zagęszczony przecier z mango, 0,9% zagęszczony przecier jabłkowy, 0,6% zagęszczony sok z marakui, emulgator: lecytyny; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat

środa, 1 stycznia 2025

Beskid Chocolate Czekolada Gorzka 70 % Peru Paytiti ciemna

Tę tabliczkę nie bez powodu zostawiłam na koniec przygody z mikropartiami, trochę eksperymentalnymi limitkami, z Peru. Właściciel, pan Jan, właśnie szczególnie tę chwalił - jak rozumiem, z jej efektów był najbardziej dumny. Bardzo mnie to zaciekawiło! Co też mnie czekało w tej czekoladzie z ziaren Paytiti Chuncho z regionu Cuzco? Dobrze pamiętałam, że ten właśnie region dane mi było świetnie poznać dzięki m.in. marce Marana.

Beskid Chocolate Czekolada Gorzka 70 % Peru Paytiti to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Paytiti Chuncho z Peru, z regionu Cuzco; mikropartia / edycja limitowana 2024.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach grzybów wpisanych w pieczarkowo-orzechowy sos z ciężką, soczystą wiśnią i żurawiną. Pomyślałam o tych czerwonych owocach zmienionych w jakąś masę do pieczeni, serów itp. W tle doszukałam się jednak też truskawek, acz w zupełnie innym tonie - wręcz uroczo słodziutkich. Słodycz miała niemal drapiący charakter, na co złożył się niewyrazisty miód i kwiaty. Za nimi stanęło coś cięższego - karmel z cukru trzcinowego? Bardzo mocno palony i wręcz jakby... okopcony... Mieszający się z wędzonym echem? Wprowadził też whisky - acz jakby trochę zwietrzałą z alkoholowości. Podszepnęła za to wiśniom i żurawinie wino (acz też nie mocno alkoholowe). Obok jednak tych wręcz ciężkich motywów, pojawiła się... świeża, zielona roślinność? Podszeptująca niemal nieuchwytną limonkę?

Niestety trafiła mi się roztemperowana czekolada... Nie wpłynęło to jednak jakoś bardzo na odbiór. Tabliczka wydała mi się twarda w nieco kruchy sposób, a także bardzo masywna. Trzaskała dość głośno.
W ustach rozpływała się powoli i długo zachowywała zwarty kształt. Wykazywała kremowość, trochę maziście zalepiała, a z czasem raczyła soczystością. W porywach wydawała się śliskawa niczym żelowaty sos owocowy, ale mieszało się to z lekką tłustością. Czuć lekką grudkowatość wynikającą z roztemperowania, ale na szczęście nie było tragedii.

W smaku pierwszy przemknął lekki kwasek... chyba limonki, ale od razu związanej z rześką słodyczą. Do głowy przyszedł mi jakiś naturalny słodzik albo... syrop miętowy? Może też... limonkowy drink z cukrem trzcinowym?

Słodycz nasiliła się za sprawą kwiatów i miodu... Miodu bardziej rześkiego? Albo syropu z agawy? Miejsce limonki prawie całkowicie przejął syrop żurawinowo-wiśniowy na bazie... no właśnie chyba miodu lub mieszanki miodu z syropem z agawy.

Jednocześnie z syropem, swoją obecność zaznaczyła gorzkość. Była poważna, mocna, ale ugodowa i bez aspiracji do rządzenia.

Rześkość podszepnęła też... lody? Opierające się na śmietance, ale owocowe, np. truskawkowe? Niezbyt jednoznaczne...

Zaraz bowiem skupił na sobie uwagę wytrawny sos grzybowy. A dokładniej pieczarkowo-orzechowy, posypany w dodatku mnóstwem orzechów... nerkowca i arachidowych? Pod nim było czuć coś wytrawniejszego... i ciężką soczystość, może nawet podwędzenie. Jakieś wytrawne danie na pewno.

Słodycz też zrobiła się cięższa i do tego drapiąca - słodzikowe akcenty wyraźnie przygłuszył cukier trzcinowy, a ja wyobraziłam sobie Mojito, w którym to z cukrem trochę przesadzono. W tle raz po raz mignęła limonka - acz ja wyobraziłam sobie jej plaster sowicie posypany cukrem trzcinowym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pod wpływem sosu grzybowego, w którym też pojawiła się drobna śmietankowość, słodycz zmieniała się na... poważniejszą. Poczułam karmel palony wręcz do goryczki, a potem łagodnie przechodzący w whisky, choć z wyciętymi procentami. Może to jakaś whisky-marynata, z odparowaną alkoholowością?

Wrócił chłód i pewna rześkość. Już jednak nie w głowie mi były słodziki, a bardziej mięta i inne słodko-rześkie zioła... Słodycz podpowiedziała syrop z nich wykonany. Pojawiła się odrobinka lukrecji i pieprzu, ale ugłaskanych jakby... motywem zielonych roślin, trawy mokrej od drobnego deszczu.

Chłód wyciągnął z oddali śmietankowość lodów i tym razem zaserwował ją jako schłodzony drink: wymieszana z mlekiem whisky?

Za sprawą whisky syrop wiśniowo-żurawinowy zmienił się w wino. Wino wytrawne i słodszy likier? Płynęły jakby obok. Do wiśni dołączyły słodsze maliny, truskawki, aż w końcu cała ta czerwono owocowa mieszanka straciła na jednoznaczności. Wyszła jako po prostu masa, sos owocowy - tak połączyła słodycz z ciężkością, cierpkawością, że mógł być zarówno do lodów, jak i wytrawnego dania.

Pojawił się nawet cytrusowy (limonkowy?) akcent, ale nie wysoka kwaśność.

Wytrawne danie, grzybowo-orzechowy sos poszły końcowo w ziemistym kierunku. W ziemi zaś kryły się pojedyncze, podpieczone orzechy. Za sprawą ziemi pomyślałam też o herbacie czerwonej z syropem z czerwonych owoców i wkrojoną limonką.

Po zjedzeniu został posmak podwędzono-odymionego sosu pieczarkowo-orzechowego ze śmietaną, który jednak dość szybko zniknął, dając pole do popisu reszcie, a więc słodyczy kwiatów i słodzikowo-miodowej oraz ziemi. W tle czułam syrop z czerwonych owoców oraz - najdłużej - limonkę z cukrem trzcinowym - możliwe, że wszystko to z odrobinką, odrobineczką alkoholu, który wraz z chłodem ziół i przypraw lekko zaznaczył się na języku.

Czekolada była bardzo, bardzo ciekawa. Z jednej strony bardzo słodka, ale jednocześnie wytrawna. Nie czuć w niej mocnej gorzkości, kwaśność w ogóle pojawiała się tylko jako akcenty, ale i tak nie ma mowy o przesłodzeniu. Kwiatowo-miodowo-słodzikowe, syropowe tony mimo drapiących skłonności, nie drapały. Niezwykle wyszedł sos grzybowo-orzechowy - zbudował wytrawność, ale dziwnie nie odwiódł kompozycji od czekoladowości, co się chwali. Splot wiśni, żurawin, truskawek wchodzących w lody mieszał się z alkoholowymi nutami, ale z jakby wyciętą alkoholowością: winem, whisky. Odrobinka likieru kokosowego ze śmietanką, ziemia i orzechy wprowadziły to wszystko w poważniejsze realia.

Zupełnie inna niż bardziej lekka, owocowa Maranon, ale też inna niż ciężko-alkoholowa Sisa. Paytiti wyszła wytrawniej, mimo że słodko na jednym poziomie. Była tak niecodzienna, nietypowa, że mimo iż smakowała mi nieco mniej niż Sisa, zastanawiałam się, czy by nie wystawić 10 obu. Tu jednak zadałam sobie pytanie - czy do Paytiti chciałabym wrócić? Miło by było, ale nie będzie mi się śnić po nocach. Za to Sisa marzy mi się w stałej ofercie Beskidu.


ocena: 9,5/10
kupiłam: Beskid Chocolate (przez maila)
cena: 20 zł (za 40 g; zwrócono mi za roztemperowanie)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany