wtorek, 17 grudnia 2024

Rózsavolgyi Csokolade Peru Gran Nativo Blanco 72 % ciemna

Uwielbiam markę Rózsavölgyi Csokoládé, mimo że nie jestem wobec niej bezkrytyczna i mimo że kilka tabliczek z jej asortymentu za nic mnie nie jest w stanie skusić. Niejedzonych czystych ciemnych za to zawsze na pewno uważnie wypatruję. Kiedyś składając większe zamówienie musiałam dokonać poważniejszej selekcji i pamiętam, że dziś przedstawianą odpuściłam. Nie na zawsze jednak! Tym razem, gdy zamawiałam ze sklepu z czekoladami (nie strony producenta), była jednym z priorytetów. Nie ze względu na kakao, a na to, że to jeszcze nieznana mi Rózsavölgyi Csokoládé. A kakao... obiektywnie było bardzo zacne, bo to Gran Nativo Blanco. Ja jednak wiem, że często te najsubtelniejsze, najszlachetniejsze dla mnie są zwyczajnie za łagodne. Acz tu i tak spodziewałam się smakowitości. Marka kakao zakupiła od małej kooperatywy Norandino z regionu Piura (północne Peru).

Rózsavölgyi Csokoládé Peru Gran Nativo Blanco 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Gran Nativo Blanco z Peru, z regionu Piura.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach kwiatów i migdałowej babeczki, której towarzyszyły perfumy o mocnej, limonkowej nucie. Limonka wprowadziła kwasek, który dał początek wyobrażeniu ciasta-tarty z agrestem zielonym, wykończonej owocową białą czekoladą. Gorzkość prawie się nie pojawiła - zaznaczyła się jedynie pieczono-palona półnutka. W tle przemknęło mi też jakby... zboże i oleje słonecznikowy, rzepakowy itp. Za to słodyczy na pewno czułam sporo. Do kwiatów dołączył miód. Być może też pole rzepaku?

Twarda, gruba tabliczka wyglądała na raczej pylistą, a łamana wydawała z siebie głośne trzaski niczym bardzo suche i grube gałęzie. Wydawała się też w krucha w skalisty sposób.
W ustach rozpływała się wolno i bardzo długo zachowywała zbity kształt. Jawiła się jako plastyczna i gibka. Była kremowa i nieco pylista, a z czasem też nienachalnie soczysta. Nie wydawała się mocno tłusta, ale czuć w niej pewną śmietankowość.

W smaku pierwsza przywitała mnie odważna słodycz i limonka we właśnie też słodkim wydaniu. Jakby to był jakiś... limonkowy puder do posypania/obtaczania trufli czy innych słodkości? Albo jako biała owocowa czekolada (a w efekcie zielonkawa; ze sproszkowanymi owocami)? Rozbrzmiały kwiaty i miód.

Mleczno i karmelowo czekoladowo-owocowe trufle zawarły też akcent kakao, którym błysnęły namiastką ziemi, ale ta zaraz zniknęła w kwiatowo-miodowej słodyczy i... niemal mleczno czekoladowej toni.

Wyobraziłam sobie pole rzepaku, a potem jeszcze jakieś zboże mi przemknęło i zmieniło się... w nutę okołoorzechową? Pistacje! Naturalnie słodkie, ale jako że dość mocno prażone, zachwiały słodyczą.

Słodycz uspokoiła się i trzymała się średniego poziomu. Pomyślałam o cieście... Tarcie! Tarcie limonkowej... limonkowo-jakiejś? Soczyste owoce robiły się niejednoznaczne. W oddali przemknęły mi jakieś czerwone, cierpkawo-słodkie. Wpisywały się w ciastowy, słodki, choć wciąż lekko kwaskawy krem.

Pieczony motyw zasugerował delikatną gorzkość. Ta sprawiła, że z jasnych, słodszych trufli owocowo-czekoladowych i mleczno czekoladowych wyłoniło się wyraźnie też trochę trufli kakaowych.

W tym czasie w prażonej nucie pistacji pojawiły się pojedyncze, mocno wypieczone małe precelki. Wychyliły się, po czym zmieszały z tartą. Jedne i drugie trochę straciło na jednoznaczności, a kompozycja nieco złagodniała, co wykorzystała słodycz. Podskoczyła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wypieczona nuta zelżała, zmieniając charakterniejsze wypieki w słodką, wilgotną babeczkę, której biszkoptową bazę wypieczono ze sporą ilością oleju (rzepakowego, słonecznikowego - jakiegoś zbożowego). Musiała to być babeczka migdałowo-pistacjowa, przyozdobiona jasnozielonym, limonkowo-śmietankowym kremem.

Krem pochłonął soczystość, która zrobiła się niska. Czułam słodycz zahaczającą o cukier puder, a owoce na pewien czas w nim niemal zatonęły... By zaraz wrócić z nową mocą. Limonkowość stała się niejasna - trochę jak męskie perfumy? Czułam ogólnie cytrusy, w tym grejpfruta, i... cierpkawą miechunkę? Agrest zielony?

Słodycz wciąż pamiętała o kwiatach, przekładających się na wyobrażenie kwiecistego ogrodu, w którym rośnie agrest i... powoli zaczynają owocować wiśnie?

W tle przemknęły czerwone owoce, acz też w słodkim wydaniu. Pomyślałam o konfiturze wiśniowo-żurawinowej, lecz nie była to już taka czysta słodycz-słodycz. To była raczej konfitura np. do sera (z grilla?), czegoś wytrawniejszego. Agrest... chyba pojawił się też ciemnofioletowy, cierpki.

To "coś" wytrawniejsze znów otarło się o ziemiste trufle w owocowym pudrze. Może w wariancie pistacjowo-migdałowym? Wciąż czułam także ciastowość i mocno pieczoną nutkę. Nagle do głowy przyszły mi gofry z bitą śmietaną, czerwoną konfiturą i świeżym agrestem, posypane orzechami.

Końcowo kwiaty i miód niebezpiecznie wręcz przypiekły język - z pieczoności wyszły wręcz... ostrawo? Zaplątała się ledwo uchwytna pikanteria błądząca od perfum po przyprawy?

Po zjedzeniu został posmak agrestu ciemnego i zielonego oraz cytrusów z przewagą limonki, które to wchodziły w babeczkowo-tartowe klimaty. Myślałam o cytrusowym kremie do tych słodkości. Sama tarta i jej pieczoność mieszała się z prażonymi pistacjami. Wszystko osłodziły prawie drapiące kwiaty, a w głowie miałam też wizję pola rzepaku.

Czekolada była na pewno ciekawa, z niespotykanymi nutami (tarty limonkowej, konkretnie limonkowego kremu na babeczce migdałowo-pistacjowej, pole rzepaku), ale... czułam ogromny niedosyt gorzkości, bo ta w zasadzie się nie pojawiła. Chwilami kojarzyła się wręcz z mleczną czekoladą (i truflami z czekolady białej owocowej). Obietnica ziemi przemknęła, a tak czułam pieczoność - jako tarta, precelki i w końcu prażone pistacje. Agrest i konfitura z czerwonych owoców były bardzo smaczne, wiec żałuję, że całość nie poszła w kwaśną soczystość, a została przy cukierniczym wydaniu. Ogrom kwiatów i miodu ryzykownie to przysłodził. Było mi więc za słodko przez brak gorzkości i delikatną, nie rozwiniętą po mojemu kwaśność.

Beskid Chocolate Peru Piura Blanco dark roast 70 % Kakao słodka od bananów, miodu, kwiatów, karmelu wygrała tym, że była też gorzka ziemiście, czułam w niej cappuccino i dym. Obie połączyły prażone nuty orzechów (acz inne i w podlinkowanej też karmelizowane). W tym Beskidzie było mnóstwo owoców, w tym cytrusów - ale znów innych.
Beskid Chocolate x Sekrety Czekolady Peru Piura Blanco 75% Secret Roast była niecodzienna, bo połączyła kaki z bananem i kwiatami, czułam w niej słodkie orzechy i karmelizowane orzechy, piwo i pralinki z drewnem i przyprawami w tle. W niej kwiaty przechodziły w perfumy, też była bardzo słodka i z zachowawczym kwaskiem, ale jednak... głębsza. 


ocena: 7/10
cena: €6,95 (około 30 zł za 70g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Torras 0% Sugar Added / Bez dodatku cukru Dark & Banana Czekolada gorzka z bananami ciemna 52 % z kawałkami bananów liofilizowanych

Nie wiem, co mnie podkusiło tę czekoladę kupić (a właściwie naciągnąć ojca na nią). Pamiętam, że lata temu zainteresowała mnie Torras z bananem, ale szybko od niej uciekłam, gdy zobaczyłam skład: nie dość, że banan był tylko jako aromat, to jeszcze bazowała na słodziku (była z linii tabliczek bez cukru). Gdy jednak do składu zawitały kawałki bananów, postanowiłam dać jej szansę. Jakoś jednak tego nie przemyślałam, bo w końcu... słodzik i aromat wciąż tam są. W dodatku, ta tabliczka miała u mnie pecha. Powlokłam ją na Szpiglasowy Wierch, na który w końcu nie weszłam i trasę skróciłam, a potem... wzięłam w Pieniny, ale bez przekonania. Z Radziejowej wróciłam na Litawcową i skierowałam się przez Obidzę do Wysokich Skałek. Tam też, dokładnie na Wysokiej, wzięłam się za tę czekoladę. Wątpiłam, by Wysoka podciągnęła jakość tabliczki do wysokiej, ale co tam.

Torras 0% Sugar Added / Bez dodatku cukru Dark & Banana Czekolada gorzka z bananami to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z bananami (kawałkami liofilizowanych i aromatem bananowym); słodzona słodzikami (maltitolem i inuliną); bez cukru; wyprodukowana przez Chocolates Torras.

Po otwarciu rozszedł się zapach bananów wymieszanych po równo: sztucznawo-cukierkowych i liofilizowanych, przy czym te pierwsze nie wydały mi się zbyt napastliwe. Dołączyła do nich słodycz wanilii, lekki, słodki chłód trochę sugerujący słodzik i delikatna, palona gorzkawość.

Tabliczka niby była gładka, ale jednocześnie w dotyku sugerowała pylistość. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzasko-chrupnięcia. 
W ustach rozpuszczała się dość szybko i wodniście. Była mazista i zachowywała kształt jakby dość luźno. Robiła się zawiesinowo-rzadkawa. Czułam nieco oleistą tłustość, a także pylistość. Przemywały ją kawałki bananów, wyłaniające się lekko po dłuższym czasie. Czekolada znikała łatwo. 
Do czekolady dodano mało-średnią ilość kawałków średnich i malutkich. Wypadały z niej po dłuższym czasie. Gryzione obok wychodziły tak sobie, więc ja zostawiałam je na koniec. 
Niektóre średnie kawałki-kostki bananów były początkowo dość twarde, ale nie mocno. Gryzione wykazywały specyficzne liofilizowane miękniecie. Inne szły, nasiąkając, w glutowatą farfoclowość. 

W smaku pierwsza odezwała się wysoka, specyficznie chłodna słodycz, do której szybko dołączyło echo cukierkowego banana. Pomyślałam też o rzeczach o zapachu banana (świeczkach, kremach, pachnących długopisach - czymkolwiek takim).

Słodycz przez moment próbowała udawać konwencjonalnie cukrową, ale z czasem wyłonił się słodzik.

Do niej jednak doleciał mocniejszy aromat bananowy. Sztucznego banana wzmocnił słodki liofilizowany, jakby nieco słodko pudrowy. Próbował odwrócić uwagę od sztuczności - to, na ile mu się to udawało lub nie, bardzo zależało od tego, na jaki kęs się trafiło. Jak bez kawałka banana lub z bardzo malutkim, przeważał sztuczny. Jak akurat trafił się pokaźniejszy, banan pudrowy liofilizowany całkiem nieźle sobie radził (ale i tak nie wyprzedzał tego z aromatu).

Gorzkość zaznaczyła się bardzo niepewnie. Cierpkość stanęła posłusznie za słodzikiem, pozwalając słodyczy dominować. Na moment mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkradła się do sztucznego banana, podkreślając go. Gorzkość wystraszyła się i zmieniła się w speszoną gorzkawość. 

Wtedy jednak z czekolady wyłaniały się pojedyncze kawałki bananów. Umacniały naturalniejszego banana liofilizowanego. Rzadko kiedy przeważał nad sztucznym ze względu na niewielką ilość kawałków i często po prostu mini rozmiar. 

Słodycz mimo chłodnego wydźwięku aż trochę zaznaczała się w gardle, jakby chcąc tam zadrapać (acz jeszcze nie drapała) i denerwująco mieszała się z aromatem bananowym. Ten końcowo wydał mi się lekko cierpki. Słodzikowość wyszła wyraźnie, acz jakby chwilami próbowała robić drobne aluzje do cukru, więc aż tak napastliwie nie wyszła. W tym pomogło echo wanilii - kierowało słodycz w kierunku "zwyczajnie deserówkowej".

Bliżej końca cierpkawość kakao przez słodzikowo-sztucznie bananowy splot wyszła jakoś dziwnie, też jakby nienaturalnie, acz nie mocno.

Kawałki bananów gryzione obok czekolady smakowały delikatniej, trochę kryjąc się za aromatem i słodzikiem. Dlatego gryzłam je dopiero, gdy czekolada zniknęła. 
Kawałki bananów gryzione na koniec smakowały wyraźnie sobą. Były to słodkie, liofilizowane banany. Nieco twardsze (ale nie mocno twarde) z mocniejszą specyficzną, jakby pudrową nutką, a te bardziej glutkowate raz po raz zdobyły się na lekką soczystość. 

Po zjedzeniu został nieprzyjemnie niesmako-posmak słodziku i aromatu bananowego, zmieszane w jedno oraz dziwna cierpkość też właśnie aromatu, ale z kolei z namiastką kakao. Czasem, raz mocniej, raz słabiej, czułam też słodkie, liofilizowane banany. 

Czekolada wyszła kiepsko, bo sztucznie. Aromat bananowy nieprzyjemnie odciągał uwagę od banana liofilizowanego, że ten musiał się przez niego przedzierać, co przy tej skąpej ilości kiepsko mu szło. Gorzkości nie uświadczyłam - jedynie leciutka gorzkawość. Schowała się za bananowo-słodkim splotem. Sama słodycz słodziku o dziwo nie była strasznie napastliwa, ale... spłycała inne smaki? Chwilami próbowała udawać cukrowość, ale czuć jej chłód. Nakręcała się niestety ze sztuczniejszym bananem. Niby nic nie było tu szczególnie mocno napastliwe, ale zwyczajnie brakowało tu czegoś pozytywnego. Biorąc pod uwagę, że marka się ceni - no, ocena to oddaje. Ja miałam dość po kęsie-dwóch, a suma summarum zjadłam niecałe dwie kostki (w górach i trochę w domu, by zweryfikować odczucia). Kompletnie nie moja bajka - nie mój typ słodyczy (nienawidzę słodzików) plus sztuczny aromat.
Znajomy poczęstowany na szlaku nie narzekał, stwierdził: "Mi tam smakuje. Nic nie przeszkadza w niej".
Większość trafiła do Mamy, ale i ona jej nie podołała: "Niesmaczna, że aż nie wiem, co o niej mówić. Banana w kawałkach tak mało, jakby jakieś 0,0001% dali. Czuć za to aromat, sztuczność. Do sztuczności słodzik się dołożył, bo go głównie czuć i przez niego jest niesmacznie. Po kumulacji tego w ustach aż okropny niesmak zostaje. Nawet gdybym miała cukrzycę, nie chciałabym takiej czekolady - już lepiej w ogóle słodyczy nie jeść". Reszta powędrowała więc do ojca.


ocena: 3/10
kupiłam: VITAL - strefa zdrowego życia
cena: 11,99 zł (za 75g; ojciec płacił)
kaloryczność: 453 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: substancja słodząca: maltitol; miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, inulina, odtłuszczone kakao w proszku, liofilizowany banan (2%), emulgator: lecytyny; aromaty: bananowy i naturalny waniliowy

sobota, 14 grudnia 2024

Chapon Cacao Rare Madagascar ciemna 74 % z Madagaskaru; po zmianach 2024

Chapon Madagascar z 2023 mnie zachwyciła i chciałam do niej wrócić. Niestety, na przełomie 2023/24 marka zmieniła dodawany do czekolad cukier z trzcinowego na biały, co mnie bardzo zasmuciło. Przez pewne zamieszanie z informacjami na stronie, koniec końców skończyłam z nową madagaskarską tabliczką. Wierzyłam, że wciąż będzie smacznie, choć kilka tych ze zmienionym cukrem sprawiało mi żal, bo jednak drobniutkie różnice niestety czuć.

Chapon Cacao Rare Madagascar to ciemna czekolada o 74% zawartości kakao z Madagaskaru; wersja od 2024.

Po otwarciu poczułam duszone i kandyzowane śliwki, słodkie, dojrzałe ciemne wiśnie i śliwki w alkoholu oraz cukrowy likier śliwkowy z nutą wiśni. Niby przeważały śliwki, ale wiśnie jakby starały się przypominać im o soczystości. Było słodko, ale też kwaskawo i soczyście. Powagę przyniósł ciemny chleb z masłem, które od razu jakby łagodziło gorzkość. W tle czułam też migdały. Od masła odbiegała lżejsza nutka maślanki - może wiśniowej?

Tabliczka była twarda w chrupki sposób i przy łamaniu wydawała z siebie średnio głośne dźwięki.
W ustach rozpływała się powoli, w kremowy sposób. Zachowywała kształt i zbitość w zasadzie do końca, ale dała się poznać jako miękka i niezbyt gęsta. Trochę jak zbita grudka budyniu, który ogólnie jest rzadko-wodnisty, a z którego z czasem wyciska się soczystość.

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz, do której zaraz dołączyła słodka i soczysta wiśnia. Pomyślałam o wręcz wiśnio-czereśni koktajlowej, zrobionej jakoś na słodko, po czym pojawiła się jeszcze kandyzowana śliwka. Kontrastowo wiśnia zerknęła w świeższym kierunku.

Odnotowałam maślany przebłysk.

W tle przewinęły się cytrusy: cytryna też trochę jakby podkandyzowała. Kwasek lekko wzrósł - o siebie zawalczyła cytryna po prostu i przemknął grejpfrut.

Z oddali przybyła chlebowa nuta. Ciemny chleb szybko przybierał na mocy. Zdawał się kryć odrobinkę kwasku zakwasu, a także otworzył drogę pieczono-palonej nucie. Ta przełożyła się na gorzkość - niby odważną, ale której jakby nie chciało się próbować zdominować kompozycję. Maślaność pozwoliła więc sobie na drobne wtrącenia.

Słodycz cały czas rosła. Poniekąd wydawała się jakby odcięta od reszty, a częściowo związana była z owocami, przekładając się na myśli o cukrowym likierze śliwkowym (mirabelkowym?), upitych śliwkach-czekoladkach i śliwowicy, ale wszystko to z echem czerwonych owoców. Mimo słodyczy, kwaśność nasilała się.

Do gorzkości podeszła ziemia, ale i ona mocno jej nie podniosła. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chleb złagodziło masło, którym jakby go posmarowano. Maślaność sprawiła, że słodycz wydała mi się jeszcze wyższa.

Ziemia podskoczyła, ale to na zasadzie kontrastu, bo podskoczyła też słodycz. Łagodząca maślaność pod wpływem gorzkości zmieniła się za to w migdały. Czy raczej krem migdałowy? Wręcz nieco przesadnie cukrowy nugat migdałowy? Albo biały nugat (jak kawałki z Toblerone w wersji szlachetniejszej?).

Nabiał... maślanka? Przemykał jakby bokami. Z nim związało się trochę owoców. Może kefir śliwkowy, jogurt wiśniowy? Kwasek niby kumulował się, ale nie był bardzo wysoki. Zaraz jednak do nabiału - kefiru? jogurtu śmietankowego? - doszły jeszcze cytrusowe akcenty. Pomyślałam o cytrusowym serniku z kandyzowaną skórką cytryny i pomarańczy. Ten już zapewnił wyraźniejszy wzrost kwaśności.

Cały czas czułam też sporo śliwek, ale właśnie jakiś zacukrzonych. Wydawały się aż gryźć w język... może też trochę alkoholowo, jak nalewka z mirabelek czy nawet śliwowica? Słodycz ogólna wzrosła nieco przesadnie i kwaskawo-cierpki sok wiśniowy nie pomógł.

Gorzkość jakby opadła z sił. Migdały i ziemia zmieniły się w drzewa. Gorzkość próbowała trochę wchłonąć łagodzące motywy, co przełożyło się na myśl o węglu, ale średnio jej to szło. Udało się jej końcowo za to wydobyć goryczkę z cytrusów, wypychając trochę bardziej na przód grejpfruta. Chociaż i słodycz miała coś do powiedzenia, kierując go w stronę słodkiego napoju grejpfrutowego.

Na dosłownie samej końcówce swoich sił spróbowały jeszcze migdały. Wrócił ciemny chleb z masłem, a kwasek pochłonęła maślanka. Owocowe nuty nieco uciekły - zostały tylko za słodkie, duszone śliwki mirabelki.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawy za sprawą grejpfrutów, wiśniowego... czegoś. Soku i nabiału oraz słodko-gryzący motyw duszonych, upitych śliwek mirabelek i śliwowicy, aż lekko gryzącej w język. Czułam znaczącą, prostą słodycz, a także ziemiście-chlebowo-migdałową powagę, związaną z lekką goryczką.

Już zapach był podobny do Chapon Madagascar z 2023, ale w dzisiaj prezentowanej to już on zdradził, że będzie po prostu nieco bardziej słodko, a uciekł szlachetny element palonego karmelu. Ogólnie były podobne, do rozpoznania, tylko... dzisiaj przedstawiana wydała mi się słodsza, przy czym słodycz ta była mniej wpisana w nuty, a trochę taka "obok" i czasem za bardzo narzucała się owocom, przemodelowując je. Gorzkość i kwaśność na tym straciły. To wciąż pyszna czekolada, o tych samych nutach, ale... w nieco bardziej topornym wydaniu.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: €8 (około 34 zł; za 75g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 13 grudnia 2024

Lindt Excellence Crispy Wafer and Caramel Dark Chocolate ciemna 47 % z kawałkami wafelków i karmelem

Po Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate nie obstawiałam, by dziś przedstawiana czekolada wyszła dużo lepiej niż wspomniana. Dostałam je obie od ojca, przy czym najpierw pomyślałam, że miło będzie porównać. Po poznaniu, czym jest podlinkowana, zwątpiłam. Dzisiaj przedstawianą wzięłam na beskidzką pętlę z Jaworek. W planach była Obidza (z której chciałam zahaczyć o schronisko, ale jednak nie), Wyoskie Skałki, ale... nim to wszystko, czekała mnie główna atrakcja, czyli Radziejowa i względnie nowa wieża widokowa na niej. Właśnie tam, ciesząc się chociaż odrobinką wiatru tego upalnego, dusznego dnia, zabrałam się za obiekt tej recenzji.

Lindt Excellence Crispy Wafer and Caramel Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z "kawałkami kruchych wafelków (8 %) i karmelu (3 %)".

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach karmelizowania - pomyślałam o feulletine i karmelowych, kryształkowo cukrowych waflach duńskich, ale też o kawie, obok której stanęła paloność zahaczająca o przypalenie i słodki, choć też palony karmel po prostu. Pomyślałam o kawie z syropem karmelowym z echem cierpkawego, ale cukrowego, syropu kakaowego.  

Tłusto-ulepkowata tabliczka przy łamaniu trzaskała z chrzęstem podyktowanym dodatkami. Odebrałam ją jako kruchą. Na spodzie widać w niej zatopioną drobnicę, acz w przekroju dodatki jakby się schowały, że powiedziałabym, że za wiele ich nie ma. Karmelu widać pojedyncze kawałki, wafelków trzeba szukać.
W ustach czekolada łatwo i ochoczo miękła i rozpływała się dość szybko. Zalepiała, zmieniając się w bezkształtną masę. Wydawała mi się tłusta w maślany, wręcz śliskawy sposób, ale od tego uwagę szybko odwracały dodatki. Niektóre miały ostre brzegi i drapały podniebienie. Trzymały się czekolady, ale wyraźnie zaznaczały swoją obecność. Okazało się, że dodano ich mnóstwo. Wafelki wystąpiły w postaci małych i cienkich płatków, natomiast karmel to kawałki - w porównaniu do nich - dość spore. 
Tylko nieliczne podgryzałam obok czekolady, większość zostawiałam na koniec, aż czekolada zniknęła. Wcześniej wydawały się cukrowo-rzężące, kryształowe i miejscami bardziej szkliście chrupiące.
Gryzione na koniec wafelki wciąż były chrupkie i kruche, jednak cechowała je delikatność (a to wrażenie umacniała masywność karmelu). Rzęziły, skrzypiały i trzeszczały niczym mieszanina cukru i rozmiękających corn flakesów, właśnie już z czasem łatwo mięknąc. Denerwująco przyklejały się do zębów.
Karmel wyszedł trochę jak twarde i niegładkie (!), chrupiące, cukrowo-szkliste kamyki. Zęby obklejał tylko trochę na chwilę.
Miałam wrażenie, że to czekolada do gryzienia. Efekt taki, jakby czekolada miała tylko funkcję sklejania chrupaczy. Wydawało się, że karmel dominuje, choć procentowo nie było go więcej - to pewnie kwestia masywności.

W smaku przywitała mnie słodycz i mocno palona nuta. Przedstawiła się jako kawa z przypalonym echem.

Imperatywna słodycz spowiła paloność już po chwili zupełnie. Nie dość, że była bardzo wysoka, to jeszcze prężnie i mocno rosła. Pomyślałam o syropie kakaowym, ale głównie cukrowym, w sumie niegorzkim. Przemknęła mi niby lekka goryczka, cierpkość... dziwnie zbożowa? Nie zatrzymała się na dłużej.

Wraz z wyłaniającymi się dodatkami robiło się bardziej słodko. Słodycz gnała w karmelowym kierunku. Czułam palony karmel, karmelki, ale też syrop karmelowy. Palony cukier splótł się z niejasną goryczką. Razem zahaczały o przypalenie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukier drapał w gardle, ale i palona nuta nieco się odważyła. Prawie gorzkawość się pojawiła, a wraz z nią nieśmiały słód. Wyszło to jak taka... podkręcona goryczka, udawane kakao - trochę tanio.

Nie pomógł motyw mlecznych, ale palono karmelowych karmelków z epizodycznie przewijającą się solą. Gdy dodatki się wyłaniały, karmel trochę dominował nad wafelkami, ale i one po chwili wyraźniej dołączyły do kompozycji.

Kawałki wafelków nawet niegryzione wniosły mocno palony, wręcz przypalony motyw, zmieszany z cukrem. Wypieczenie wzmacniało echo soli - może rozchodziła się też od wafelków?

Końcowo czekolada wydawała się czysto słodka, cukrowo-muląca i cierpkawo-przypalona w mniej jasny sposób. Może słodowo, ale niekoniecznie. Myśl o karmelowej kawie gdzieś tam w tle wciąż wisiała.

Gryzione na koniec dodatki zaprezentowały swój smak. W zestawieniu dominował karmel, ale wafelki nie dały się zagłuszyć zupełnie.

Gryziony na koniec karmel okazał się słodkimi, ale wyraźnie palonymi, cukrowymi i trochę mlecznymi karmelkami. Zdarzyło mu się zrobić aluzje do słonawości, ale nie był słony.

Wafelki przypominały feulletine zmieszane z za mocno skarmelizowanymi płatkami kukurydzianymi (corn flakesami) i nutą cukrowych wafli duńskich z goryczką. Pod karmelem wydawały się jednak nieco zgłuszone. 

Po zjedzeniu został posmak cukru i przesłodzenie, wraz z drapaniem w gardle, ale też wyraźnie palony motyw zbożowo-kawowy. Myślałam o syropie kakaowo-karmelowym, mlecznych karmelkach i przypalonych feulletine, do których zdarzało się podkraść soli. Palono-pieczony motyw dodatków dominował nad czekoladą.

Już Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate była bardzo najeżona, a gdy jeszcze doszło 3% karmelu to już wcale zrobił się z tego zlepek-ulepek. Karmelkowy karmel za bardzo mi się tu rządził. Wydawało się, że dodano go o wiele więcej i wiele wniósł. Tylko że jego mleczna karmelkowość zaburzyła dziwną, trochę przypalono-słodową kompozycję z wafelkami. Ta była ciekawa, że uwierzę, że może się podobać, bo nawet ja w górach mogłam się w to wkręcić, ale przeciętne karmelki okroiły ją z tej ciekawości. Została za to kiepska czekoladowa baza i nieprzyjemna, zlepkowata struktura.
Zjadłam jednak 7 kostek - większość w górach tak ot, by jakąś czekoladę pociamkać, ale żałując, że nie mam czegoś lepszego (a jedną w domu, by zweryfikować odczucia).

Reszta trafiła do Mamy: "W tej mi czekolada nieco lepsza niż w tamtej (Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate) się wydaje, ale nie wiem czemu, bo jest ta sama. Może jakoś tak przez dodatki. I czuć, że całość i tak pod nie, pod dodatki, i dla dodatków zrobiona, aby było tak chrupiąco i do gryzienia. Karmel chyba miał chrupkość wafli jeszcze podkręcić. Wydaje się, że go więcej niż realnie, bo taki duży i w ogóle. Z tym że to nie taki palony karmel, a jakby karmelki, które wydają się tak dorzucone, aby były jako zapychacz. Tak bez pomysłu to zrobione. Nie pasują specjalnie. Lepszy byłby karmel palony z goryczką. A sama czekolada tak słodka, że aż dziwne, że ciemna. I właśnie przez to zupełnie nie jak ciemna i taka dość miękka. Można zjeść, jak się dostało, nawet z przyjemnością, ale tyle, ile ona kosztuje w życiu bym za nią nie dała".


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił chyba w Kauflandzie)
cena: nie znam
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wafelki 8% (mąka pszenna, cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, słód jęczmienny, sól), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, kawałki karmelu 3% (cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyny; sól, aromat), emulgator: lecytyny sojowe; naturalny aromat karmelowy

środa, 11 grudnia 2024

Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate ciemna 53 % miętowa / z miętą pieprzową

Jeden aspekt wizyty w londyńskim Warner Bros Harry Potter Studio mnie przerażał. Były tam bowiem 3 różne sklepy z potterowymi rzeczami. Pozwoliłam sobie na małą rozpustę, jednak powtarzałam sobie ciągle, by kompletnie nie zwariować i nie zbankrutować. Tak więc prowadząc ze sobą negocjacje, zamiast rzucić się na wszystkie 4 tabliczki inspirowane poszczególnymi domami Hogwartu, wybrałam tylko tę, która autentycznie mogła mi smakować... chociaż trochę. Że też padło na Slytherin... Czy to sugestia, że właśnie to mój dom? Cóż... Prawda była taka, że tylko ta była ciemna, a nie sądziłam, by mleczne mogły mi posmakować i... no nie chciałam za wiele właśnie czekolad w Wielkiej Brytanii nakupować (zwłaszcza, że byłam już po spróbowaniu Jelly Belly Butterbeer Bar). I dopiero w domu na rachunku odkryłam, że ta była w promocji.

Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 53 % kakao z olejkiem z mięty pieprzowej; wyprodukowana w UK na zlecenie Warner Bros Studio.

Już w trakcie otwierania uderzył mnie zapach mięty, wzmocnionej miętą i poganianej przez miętę. Miała intensywny, olejkowy charakter. Z drobnym akcentem cierpkiej, cukrowo słodkiej czekolady przywodziła na myśl raczej czekoladki z białym, mocno miętowym nadzieniem. A do tego szkliste cukierki "miętusy". Czekoladowość aż się w tej imperatywnej miętowości gubiła. 

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawo-ulepkowata. Przy łamaniu była twardo-twardawa i masywna, a także krucho-krusząca się. Trzaskała... w zasadzie bardziej pykała. Gdy odgryzałam kęs, z kolei pyliście trzeszczała / skrzypiała. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, dając się poznać jako tłusto-mazista. Ochoczo miękła w nieco ulepkowaty sposób. Jej tłustość wydała mi się maślana, co przełożyło się na jakby odśrodkową zbitość. Zrzucała z siebie coraz to kolejne, zawiesinowo-lepkawe, lekko pyliste fale. Z czasem nawet nieco przytykała. Znikała trochę oleiście-rzadko.

W smaku pierwsza popłynęła mięta na lukrowo-cukrowej słodyczy. Obie od razu startowały z wysokiego poziomu, a mięta jeszcze nie zdradzała zbyt władczego charakteru.

Przemknęła palona nuta kakao i nawet lekka goryczka, ale zaraz w obliczu nasilającej się miętowości trochę tchórzyła. Wydała mi się ziołowa i poniekąd wpisała się w miętę. Zrobiła jednak drobniusieńką aluzję do... ziołowego kwasku? Który jednak zatonął w słodyczy i mięcie.

Słodycz, mimo tak dosadnej mięty, spróbowała przybrać nieco szlachetniejszy niż cukrowy charakter - trochę waniliowy?

Mięta to była głównie słodka i wyraźnie olejkowa. Zahaczyła wręcz o pewną ostrość, coś jak lukrecja. Chłodziła, orzeźwiała i wręcz... mroziła? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dominowała zupełnie. Czułam olejkową miętę i jeszcze raz miętę. Na myśl przyszła nawet pasta do zębów.

Nawet wysoka, głównie, ale nie tylko cukrowa (a nieco szlachetniejsza?), słodycz poddała się mięcie. Z czasem jednak ta zezwoliła słodko-kakaowemu splotowi przedstawić mi czekoladki z nadzieniem miętowym. Bardzo miętowym i jeszcze wzmocnionym miętówkami / szklistymi cukierkami miętowymi.

Mocno palona nuta kakao nieporadnie walczyła o siebie. Chyba przez to, że trzymała się jej maślaność. Mocna mięta jakoś spłycała czekoladę, kierując ją właśnie w maślanym kierunku, a przez to sama była jeszcze mocarniejsza.

Końcowo czułam miętę właśnie jakby rodem z jakiś słodkości. Była wręcz olejkowo napastliwa, przenikliwa i mrożąco-ostrawa. Podporządkowała sobie słodycz, ale i ta na wiele sobie pozwoliła i prawie drapała.

Po zjedzeniu w ustach czułam chłód, a w posmaku został olejek miętowy z mocnym, chłodnym orzeźwieniem, idący aż nieco w kwasowym kierunku. W głowie siedziały mi mocno miętowe czekoladki, a słodycz wydawała się cukrowa i jak miętowy lukier. Lekka cierpkość olejku dopuściła do siebie cierpkawość ciemnej czekolady.

Czekolada okazała się kiepska, ale taka ot, do zjedzenia, jak już jest i... w sumie w dużej mierze dlatego, że miała tak intensywny posmak, że trudno myśleć o zagryzieniu jej czymkolwiek innym. W zasadzie sama czekoladowa baza wydawała się tylko nośnikiem pod olejkową miętę. Czekolada prawie się pod nią zgubiła, więc dla mnie trochę mija się z celem taka czekolada i średnio przyjemnie mi się ją jadło. I to tak mroźno-przenikliwą (o tyle dobrze, że jadłam ją pod koniec upalnego czerwca) i tłustą. Całość była słodka, ale w zasadzie nawet cukrowość przegrała z miętą. To można by uznać za plus, gdyby kakao lepiej się wyeksponowało, ale niestety nie.
Czekolada jak na rzeczy markowane Potterem, jak na brytyjskie zarobki w sumie nie jest nawet taka droga, ale z kolei tu pojawia się kwestia taka, że mi robi się smutno, że pod logiem takiej zacnej serii wydają coś tak... przeciętnego.
Zjadłam większość, ale już ostatnie 4 kostki mnie zmogły i poszły do Mamy. Nie dała im rady, wyjaśniając: "Bardzo mi nie pasowała, bo czuć w niej tylko miętę z dodatkiem czekolady. Jakbym pastę do zębów jadła. Za mocna o wiele ta mięta, że aż mi dziwnie". Reszta trafiła do ojca.


ocena: 4/10
kupiłam: Harry Potter Warner Bros Studio pod Londynem
cena: £3,46 (w promocji - około 18 zł; normalna cena to £4,95 za 80g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyny w tym sojowa; naturalny aromat waniliowy), olejek z mięty pieprzowej 0,5%

wtorek, 10 grudnia 2024

Czar Czekolady Czekolady Świata Sao Tome Dark Chocolate Single Origin 70 % Cocoa ciemna z Wysp Świętego Tomasza.

Ostatnia nadzieja na uznanie marki za całkiem ok, leżała w linii Czekolady Świata, gdy tak myślałam o asortymencie Czaru Czekolady. Musiałam przyznać, że Czar Czekolady Czekolady Świata Madagascar Dark Chocolate Single Origin 67,4 % Cocoa sprawiła, że co do dziś prezentowanej żywiłam pewne nadzieje. Może nie jakieś ogromne, ale zawsze coś.

Czar Czekolady Czekolady Świata Sao Tome Dark Chocolate Single Origin 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Wysp Świętego Tomasza.


Po otwarciu poczułam bardzo słodką mieszankę bananów i cukru z orzechami w łupinach. Właśnie na łupinach skupiły się moje myśli. Te zaś mieszały się z drewnem oraz konkretnie drewnem sandałowym i kwiatowymi kadzidłami z suszonych płatków; kadzidlaną słodyczą. Czułam cierpko-goryczkowaty wątek o poważnym charakterze poniekąd łączący się z tym "zwyklejszym / ogólniejszym" drewnem, a także obietnicę soczystości, jaką złożył sok brzoskwiniowo-marchwiowy.

Tabliczka była twarda, acz podczas łamania trzaskała jak suche gałązki, średnio głośno. Gdy odgryzałam kawałek, za chrupnięciem słychać było trochę pyliste trzeszczenie.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnawym. Była gładka i tłusta, chwilami nieco wodnista, ale gęsta. Acz wyraźnie coraz gęściejsza wydawała się dopiero z czasem. Narastała też marginalna soczystość i drobna pylistość.

W smaku pierwsza wystrzeliła silna słodycz, której czuć ewidentnie cukrowy charakter. W tle przemknęło trochę słodkich bananów. Słodycz, skumulowana, weszła na wysoki poziom i przez jakiś czas przynajmniej nie rosła. Banany jednak jakby trochę walczyły o odwrócenie proporcji z cukrem.

Słodycz zaraz dogoniła silna gorzkość. Stworzyła palony klimat, i mimo swojej mocy, nie wydawała się szczególnie dominująca ze względu na spokojne usposobienie. Zakręciła się przy niej drzewna nuta z... jakimiś drewniano-orzechowymi zapędami. Czułam zarówno drewno suche, opadłe czy dawno już ścięte, jak również drzewa żywsze, rosnące. Koegzystowały ze sobą.

Orzechy zaprosiły do kompozycji też odrobinę maślaności, która potem tonowała gorzkość. To samo ze słodyczą próbowała robić soczystość, którą przemycały banany. Soczystość... bananowo-brzoskwiniowa?

Gorzkość i tak jednak rozwinęła palony wątek. Doszedł do niego dym znad kadzidełek. Naturalnych, sypanych kadzidełek z mnóstwem drewnianym składników i z suszonymi kwiatami. Na pewno czułam słodko-ciepłego sandałowca, ale nie tylko. W drzewnych tonach przemykały pojedyncze iglaste akcenty, sugerujące lekki kwasek.

Słodycz w obliczu gorzkości trochę zelżała na jakiś czas, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zyskała nowe życia. Cukier wciąż czułam, acz nieco zmienił się w... lukier? Przemieszał się w jedno z bananami, że w głowie rozgościł mi się bananowy lukier. I zapuszczał się w soczystsze klimaty.

Drzewny kwasek za jego sprawą podkradł się pod soczystość. Nieśmiało popłynęło trochę soku brzoskwiniowo-marchwiowo-bananowego.

W oddali przemknęło mi jeszcze coś z czerwonych owoców - coś słodkiego, ale walczącego też o kwasek i wpisującego się w cierpkość? Granat? Albo raczej słodki napój w wariancie "granat", a mający w składzie całą mieszankę owoców i cukier. Albo napój nieudolnie naśladujący smak... arbuzowo-jakiś.

Końcowo spokojna gorzkość palono-dymna została uładzona maślaną nutą. Ta współpracowała z orzechami i tym razem to ona im pomogła. Pomyślałam o włoskich - właśnie wyłupywanych ze skorupek, ze wskazaniem na same "drewniane" skorupki.

Słodycz wykorzystała tę chwilę słabości gorzkości i mocno przysłodziła mieszanką cukru i suszonych kwiatów, co aż zadrapało w gardle.

Po zjedzeniu został posmak drzew iglastych z wpisanym lekkim kwaskiem i sandałowca o słodszym charakterze. Drewno mieszało się z palono-dymną goryczką. Całość jednak była też mocno słodka za sprawą cukru i bananów. Lekka, cierpkawa soczystość nieśmiało pobrzmiewała w oddali.

Czekolada była smaczna, ale... to tyle. Coś mi nie pasowało w jej strukturze i znikaniu, a w smaku niestety za bardzo wychylał się cukier. Wizja bananowego lukru do mnie nie przemówiła. Ogólnie było mi za słodko. Czuję, że gdyby zmieniono cukier, tabliczka mogłaby zachwycić - był w niej potencjał. A jednak nie mogę narzekać na brak gorzkości. Ta jednak, w tej kompozycji, wydawała się jakby... trochę znudzona? Dym, kadzidełka, drewno kryły w sobie ciepło i cierpkość. Słodycz kadzidlana i suszonych kwiatów dobrze do tego pasowała. Owocowych akcentów czułam niewiele, ale wizja soku brzoskwiniowo-marchwiowego była przyjemna - szkoda, że się nie rozwinęła. Kwasku prawie brak. 

Pomyślałam o U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % o nutach ziemi i wielu owocowych (fig świeżych i suszonych, arbuza), kwiatów i miodu, wina bananowego, nieostrym jalapeno. Było w obu coś dziwnie, ciężko-słodkiego i kontrastowo gorzkiego, z czym obie polskie marki poradziły sobie w porządku, ale nic więcej.

Co innego Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 %. Niby była mało kwaśno-gorzka, a bardzo słodka od bananów, miodu i kwiatów, ale to, jak to wkomponowała w czekoladowo-fistaszkowe cukierki, drzewa, kawę i tosty, paloność zacnie wyszło. Też miała wtrącenia czerwono owocowe. Po tych obu wydaje mi się, że tak, słodycz do Sao Tome bardzo dobrze pasuje, ale musi to być słodycz szlachetna jak w przypadku podlinkowanej, a nie dziś opisywanej, gdzie jednak ten biały cukier się wyłamuje.


ocena: 7,5/10
kupiłam: czarczekolady.pl (dostałam)
cena: 15 zł (ja dostałam)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Sądecki Bartnik Miód słonecznikowy znad Morza Czarnego

Odkąd pamiętam, z Mamą zawsze preferowałyśmy miód gryczany, a kupując ogólnie celowałyśmy w ciemne. Stąd Mama trochę mnie zaskoczyła, gdy pewnego dnia zaskoczyła mnie, że kupiła właśnie obiekt dzisiejszej recenzji. "Trochę", bo jednak od dawna utyskiwała na to, że obecnie miodom gryczanym brak... właśnie charakteru gryczanego i kusiły ją "inne, ciekawe" miody.

Sądecki Bartnik Miód słonecznikowy znad Morza Czarnego to miód słonecznikowy znad Morza Czarnego, z linii "Zasmakuj Przygody", wyprodukowany przez Gospodarstwo Pasieczne "Sądecki Bartnik".

Po odkręceniu poczułam wyraziście słodki, miodowy zapach kwiatów z jakby maślano-oleistą nutką (przemknęła mi myśl o oleju słonecznikowym). Pomyślałam o wielkiej tarczy słonecznika z wręcz kwaskową rześkością i też samych pestkach z jakby lekką oleistością? Wszystko to mimo pokaźnej słodyczy - i to naprawdę silnej, nawet w skali miodów. Była specyficznie drapiąca, a jednak interesująca i przyjemna.

Miód na dnie zaczął już gęstnieć i krystalizować się, ale na wierzchu wciąż był płynny. Konsystencję miał typową dla miodów, a więc lejącą i nieco gęstawo-klejącą, a lany z łyżeczki tworzył stożek. Na niej zaś wypukłość. Nie leciał z niej zbyt szybko.
W trakcie jedzenia wciąż zachowywał pewną gęstawość i lepkość. Zostawiał też lekko cierpkie wrażenie.
W smaku słodycz uderzała jako wysoka i jeszcze rosła. Była dosadna i wszechobecna, kwiatowa i choć bardzo drapiąca jak wszystkie jasny miody, to nie w przeciętny sposób. Pomyślałam o słonecznikach, rosnących na słońcu, a także o wietrze, który wśród nich pomyka. W ogromie niewiarygodnie silnej słodyczy poczułam rześkość...? Czy nawet kwasek?

Kwasek dziwnie kwiatowy i nasilający się. Po nim zaś w oddali przemknęła mi lekka oleistość ni orzechów, ni pestek... Może też wręcz cierpkość? Coś, co nadało słodyczy głębi, a ona nie wydawała się taka uroczo-słodziaśnie nudna. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kwasek jakby nieco zrzucił słodycz z piedestału.

Z czasem czasem jednak drapanie i wręcz palenie w gardle jasnego miodu oraz ogrom kwiatów wróciły. Wydawało mi się, że z nową siłą. Zmotywowała je pozytywna, głęboka kwaśność, ale... no właśnie, że same jeszcze bardziej zasładzały.

Po zjedzeniu został posmak oczywiście bardzo słodki, mieszający się z drapiącym efektem, ale także pewna kwaskowość i cierpkość... oleiście-pestkowa? Po zjedzeniu w głowie siedziały mi bardziej pestki słonecznika i cała jego głowa do łuskania, niż motyw słonecznika-kwiatu. Na języku ostała się wręcz lekka słodka pikanteria. Jakby specyficzne gryzienie w język.

To na pewno jeden ze słodszych miodów jakie jadłam, ale nie była to czysta słodycz, a a słodycz z charakterem. Ciekawa, interesująca. Kwasek tego miodu był przekonujący - nie przypominał kwasku tanich, źle zebranych miodów. Czuć, że miał się tam znaleźć i wiele dobrego wniósł. To wciąż nie moja bajka, bo nie byłabym w stanie zjeść czegokolwiek z tak słodkim miodem, ale jednak doceniam. Czuję też, że słonecznikowy mógłby pójść w jeszcze bardziej kwaskawo-goryczkowatym, pestkowym kierunku, że możliwe, że inny producent w ogóle ogarnął by go tak, że bardziej by mi podszedł. Bo ten... no jednak wciąż był przeraźliwie słodki.

Mama zjadła go, bo ja tylko spróbowałam. Opisała go: "No ten miód jest bardzo słodki i kwaśny, ale ta kwaśność mi w nim zupełnie nie przeszkadza. Była taka przyjemna! Miód słonecznikowy był jakby zupełnie na innym biegunie niż te co ja lubię, gryczane, ale na ten moment bardzo mi smakuje, bo jest inny i interesujący. Wolę go od tych tanich, czysto słodkich gryczanych bez smaku gryki".


ocena: 8/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: 9,99 zł (za 400g)
kaloryczność: 333 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

sobota, 7 grudnia 2024

Frey Supreme Crunchy Dark Hazelnut ciemna 44 % z orzechami laskowymi całymi, mielonymi i orzechowym brittle / karmelizowanymi kawałkami orzechów

Ta tabliczka trochę sobie ze mną pojeździła, bo wzięłam sobie ją na szlak, na który jednak nie poszłam, bo musiałam wracać wcześniej i... cóż, miałam nadzieję, że tym razem nie będzie z nią pechowo. Tak w ogóle to nieznana mi, ale całkiem zachęcająco wyglądająca szwajcarska marka.
Żeby jej jakoś wynagrodzić jeżdżenie w tę i z powrotem, uznałam, że otworzę ją na samym Szpiglasowym Wierchu. Gdy jednak byłam już blisko Szpiglasowej Przęłęczy, pogoda zgodnie z prognozami zaczęła się psuć. Poszła jednak dalej, bo zamiast "przelotnego deszczu", miałam ulewę z gradem, a nad samym Szpiglasowym raz i drugi błysnęło. Zdecydowałam, że znowu zawrócę. Acz wracając, na pocieszenie, otworzyłam czekoladę.

Frey Supreme Crunchy Dark Hazelnut Dark chocolate with hazelnuts topped off with crunchy hazelnut brittle to ciemna czekolada o zawartości 44% kakao z miazgą z orzechów laskowych (gianduja?) oraz z całymi orzechami laskowymi i karmelizowanymi kawałkami orzechów laskowych ( orzechowym brittle); wyprodukowana przez Delica AG.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów laskowych i cukrowo słodkiego kremu czekoladowego, co trochę skojarzyło mi się z ciemną giandują (czekoladzie z miazgą z orzechów) i nieco ciemniejszym, poważniejszym i dobrym jakościowo kremem typu Nutella. Obok wystąpił motyw mocnego karmelizowania. Orzechy laskowe jako one same, prażono-słodkie też się odezwały. Całość była też ryzykownie cukrowa, ale na pewno też "ciemniejsza".

Twarda tabliczka wydała mi się w dotyku minimalnie ulepkowata. Na spodzie widać w niej dużo orzechów całych i połówek.
Podczas łamania trzaskała głośno i krucho, ujawniając też dodatek drobnych kawałków - wydawało się, że niewiele. 
Część orzechów łamała się wraz z nią, ale inne zostawały w którejś z części. W większości były to orzechy bez skórek, ale na paru trafiły się też skórki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym w maślano-kremowy sposób. Trochę miękła i choć miała w sobie coś z gładkiego nugatu, to mnie chwilami troszeczkę kojarzyła się z czekoladowo-orzechowym kremem-smarowidłem. Wyszła średnio zbito, gęstawo, a z czasem zrobiła się mazista. Dodatki nie uczyniły z niej zlepka-ulepka, mimo że było ich mnóstwo.
Orzechy po pewnym czasie wyłaniały się z czekolady, ale siedziały w niej. Ja gryzłam je dopiero na koniec. Kawałki pokrywała warstwa karmelu, która częściowo rozpuszczała się wraz z czekoladą, ale sporo i tak zostawało do końca.
Dodatki gryzłam na koniec. Proporcje wydają się bardzo wyrównane i trafione. Orzechy całe i kawałki zgrały się.
Całe orzechy były podprażone, a więc krucho-chrupiące. Trafiały się też połówki.
Wszystkie kawałki były drobne i w większości pozbijane w grudko-kulki. Niektóre poprzylepiały się nawet do połówek orzechów. Były twarde i rzężące w nieco cukrowo-skorupkowy sposób. To ewidentnie tzw. brittle. Do głowy przyszły mi też słowa: kruche kamyki. Były chrupiące jako całość, jednak ze względu na karmelizowanie, bo same w sobie kawałki orzechów pod warstwą karmelu gryzione szły w miękkawość.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz, do której po chwili dołączył orzech laskowy. Delikatnie pobrzmiewał prawie cały czas.

Słodycz szybko rosła w cukrowo-nugatowym kierunku, a mi znów przyszedł do głowy lepszej jakości krem a'la Nutella w wersji ciemnej.

Odnotowałam delikatną gorzkawość, ale trudno tu mówić o gorzkości (poziom chyba nawet "deserówkowy" nie był). Słodycz bowiem tak rosła, że aż drapała w gardle. Orzechy były wyczuwalne, a mniej więcej w połowie rozpływania się słodycz dodatkowo wzmocnił mocno palony karmel. Na moment zrobiło się zdecydowanie za cukrowo.

Zaraz jednak karmel podkręcił leciutką cierpkość, goryczkę. I tak jednak była niska, a od kawałków orzechów rozchodził się motyw karmelizowania, nie zaś orzechów. Całe i połówki prawie nie ujawniały się niegryzione.
Orzechy całe i połówki gryzione obok czekolady jakoś uciekały w smaku przed całym przecukrzeniem, a karmelizowane skupiały uwagę na sobie, czyli smaku mocnego karmelizowania, wręcz przypalenia, więc w trakcie gryzienie jest wg mnie bez sensu.

Końcowo cukier bardzo drapał w gardle. W czekoladowej bazie kakao leciutko czuć, ale na pewno nie gorzkość. Przypominała przecukrzony maślano nugatowo-nutellowy krem. Maślaność, ugłaskująca gorzkawość, puściła słodycz przodem.

Gdy gryzłam razem i karmelizowane kawałki, i orzechy całe lub ich połówki, trochę się przepychały, walcząc o swoje. Były dobrze wyczuwalne jedne i drugie. Nie podobało mi się jednak to ich połączenie, więc obrałam taktykę gryzienia najpierw kawałków, potem całych i połówek.

Orzechowość karmelizowanych kawałków była niska, że aż ledwo rozpoznawalna. Czuć w nich głównie bardzo mocne karmelizowanie i aż przypalenie. Chwilami zalatywały przesmażono-przypaloną goryczką.

Orzechy całe były średnio prażone - trafiały się słabiej i mocniej prażone. Te słabiej były prażono-słodkie i bardzo smaczne. Mocniej prażone chwilami zahaczały o goryczkę. Na paru trafił się kawałek skórki, podkreślający goryczkę.

Orzechy całkiem nieźle tonowały smakowe przesłodzenie, ale nie uporały się z drapaniem w gardle.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie rozumiane jako drapanie w gardle, ale też nadto słodki posmak, wymieszany z wyrazistymi, prażonymi orzechami laskowymi oraz motywem karmelizowania, z wpisanym w niego przypaleniem. Przełożyło się to na lekką goryczkę, która robiła aluzje do leciutkiego kakao.

Przywiodła mi na myśl J.D.Gross Superieur Czekolada mleczna z orzechami laskowymi 32 %, acz od podlinkowanej, dzisiaj opisywana była bardziej kakaowa, ale nie jak ciemna czekolada, a krem czekoladowo-kakaowy i lekko kakaowy przecukrzony nugat. Nie że jakoś mocno, gorzko czy coś, ale jednak, więc smakowała mi bardziej. Na pewno była też lepsza od Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb i równie dobra co - co prawda z migdałami - Moser Roth Chocolat Compose Dark Almond.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 23,60 zł (za 180g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym kiedyś wrócić też właśnie w górach (ale nie kupić specjalnie)

Skład: cukier, 31% orzechy laskowe (całe, łamane i mielone), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz maślany, emulgator: lecytyna