czwartek, 6 października 2022

krem Orzechownia Naturalna Miazga orzechowa o smaku Makowca

Nie lubię ciast w praktyce. Smaki, pomysły niektórych podobają mi się, ale w momencie, gdy nie muszę się do nich zbliżać. Nigdy nie byłam zbyt ciastowa, jednak kiedyś to jeszcze bywały jakieś ciasta, które mogłam zjeść. Na liście był makowiec, który właśnie z założenia ma mnóstwo zalet. Niestety, nigdy w życiu nie jadłam makowca, o którym mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że mi smakował. Zawsze jakieś "ale" (a to za mało masy makowej, a to mak za miękki, a to coś tam). W końcu zainteresowanie straciłam zupełnie. Wizja mojego makowca idealnego nie jest więc konkretna w żaden sposób - to kwestia czysto wyobrażeniowa. Trafiwszy na obiekt dzisiejszej recenzji, nabrałam na niego ochotę. Przypomniały mi się lody Grycan makowe (2015) sprzed lat i to, że przyjemnie mi było coś makowego łyżeczkować. Jako że obecnie kremami orzechowymi zastąpiłam sobie lody, ten widział się jako "obecna alternatywa". To w zasadzie ten wariant skłonił mnie do kupna past Orzechowni (uznałam, że nie opłaca się zamawiać jednej, więc wybrałam jeszcze dwie).

Orzechownia Naturalna Miazga Orzechowa o Smaku Makowca to "naturalna miazga orzechowa o smaku makowca", zrobiona na bazie orzeszków ziemnych, migdałów i daktyli z makiem, pomarańczą i wanilią.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika poczułam intensywny zapach soczystej, skórkowo-olejkowatej pomarańczy, która ewidentnie dominowała. Była słodkawa, acz specyficznie cierpko-goryczkowata. Zaraz za nią pojawiły się mocno prażone orzeszki ziemne, a w tle rozeszły się niemal mleczno-maślane, subtelne migdały. Kryło się w nich, jak i w całym splocie, trochę drożdżowości (możliwe, że także mak miał w tym swój udział), przywodzącej na myśl jasny, drożdżowy keks z bakaliami. Te, jako suszone, słodko-soczyste owoce, też czuć. Daktyli jako ich samych nie, ale słodyczy temu odmówić nie mogę. Była wysoka, w trakcie jedzenia wydawała mi się złudnie miodowa, w porywach cukrowo-pudrowa.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo malutko jakby rozrzedzonego wodą oleju, z czego jakieś niecałe pół łyżki zlałam, a drugie tyle wymieszałam.
Wymieszanie nie było zadaniem łatwym, zrobiłam to w końcu średnio dokładnie. Masa była bowiem bardzo gęsta i zwarto-zbita. Plaskała i zachowywała się jak mokro-miękkie ciasto. W zasadzie można było ją w większości wyjąć ze słoika i zachowywała kształt. Nie była tłusta, wyglądała na właśnie wilgotno-nasączoną, miejscami bardziej na suchą. W trakcie mieszania, tam, gdzie była suchsza, wystarczyło przeciągnięcie łyżeczką, by natychmiast nasiąkała wilgotniejszą częścią (co uważam za plus). Dzięki temu mimo, że mieszanie tego to koszmar, dało się ją "ponasączać" tam, gdzie trzeba. Ogólnie zachowywała się trochę jak mieszanka papkowatego ciasta i wilgotnych, soczystych daktyli. Pełno w niej kuleczek, drobinek: maku przede wszystkim, ale także orzechów i migdałów. Te wystąpiły pod postacią mnóstwa drobinek. To posiekana drobnica na tyle istotna, by cały czas ją gryźć, ale na tyle mikroskopijna, że kawałkami tego nie nazwę. Epizodycznie trafiały się też ich skórki. Skórki pomarańczy w większości zmielono niemal zupełnie (ostały się pojedyncze drobinki wielkości porównywalnej do maku). Zjadłam połowę, a trafiłam na dosłownie 4-5 istotniejszych-większych, acz nie większych niż 0,5 cm.
Pasta gęsto zalepiała usta natychmiast. Dosłownie sklejała, pokrywała zęby zupełnie. Aż trochę przytykała, chwilami wydawała się ciężkawa. Mimo to, nie była bardzo tłusta. Zaraz zaczynała rozpływać się na gęsto-ciastową papkę niczym świeże daktyle, acz nieco zagęszczone w masłoorzechowym stylu. Konsystencja ciasta zrobionego na bazie daktyli - to było to. Oleistość, czy w ogóle wyższa tłustość w trakcie jedzenia ukryła się zupełnie. Była za to soczystość zmieszana z wodnistością. Po paru sekundach, masa nagle wodniście rzedła i znikała, pozostawiając drobincę.
Wyszło to jak mocno nasączone ciasto. Miejscami, zwłaszcza bliżej dna, było to zwięzło-zwarte i zbite, bardziej suchawe, co o dziwo też nie wyszło źle. Po prostu jak twardsze i suchsze ciasto-baton. Taki nieco rozlazły raw bar. Cały czas czuć mnóstwo drobinek, kuleczek i aż trudno się powstrzymać przed podgryzaniem ich i ciamkaniem. Właśnie stąd skojarzenie z raw barem - to pasta do gryzienia. Przede wszystkim trafiłam w niej na zatrzęsienie surowo-strzelającego maku. Do tego dość twarde kawałeczki orzechów i migdałów, które też w strzelanie, chrupkość się wpisały. Chwilami kojarzyły mi się z pesteczkami fig (pewnie też ze względu na smak, zapach). Kilka skórek pomarańczy było miękkawo-lepkich, jędrnych, pod względem konsystencji w całości niewyróżniających się specjalnie.
Nie wyobrażam sobie rozsmarowania tego na czymkolwiek, a do łyżeczkowania to jakoś tam przeszło - w końcu ciasta też łyżeczką / widelczykiem się jada. Taka konsystencja kremu / pasty jednak i tak średnio do mnie przemawia. Ciastowy raw bar w słoiku - nie dla mnie, ale też chyba nie do jednoznacznej krytyki.

W smaku pierwsze pojawiły się czyste, delikatne fistaszki i migdały, przy czym zaraz te drugie wybiły się nieco na przód. Wydawały się niemal neutralne, może z leciusim, gorzkawym echem. Pomyślałam o surowych albo prażonych minimalnie, ze skórkami. Zaraz jednak wyprzedziły je fistaszki wyraźnie mocno prażone.

Szybko swoją obecność zgłosiła także pomarańcza. Wniosła soczystą słodycz (zaprosiła też nie tylko swoją słodycz), zrobiła jedynie aluzję do kwasku. Pomarańcza też wpisała się w lekką gorzkawość jako nuta olejkowo-skórkowa. Pobrzmiewała cały czas, epizodycznie nasilając się i słabnąć. Chwilami rozpychała się na pierwszym planie.

Z czasem zabłysła wyrazistsza słodycz, ta zaproszona przez pomarańczę. W niej jednak już mniej soczystości. Wyszła bardziej ciastowo-karmelowo-miodowo. Pomyślałam o jasnym, drożdżowo-maślanym, może mlecznym cieście. Tu zdecydowanie pomogły delikatniusie (właśnie jakby maślano-mleczne) migdały. Pobrzmiewało wanilią, a chwilami wyraźnie zasładzająco-mulącymi daktylami. Te raz czy dwa zagościły na pierwszym planie, niemal dominując. Łatwo o skojarzenie ze słodkim keksem drożdżowym z mnóstwem bakalii (różnych). 

Także pomarańcza wpisała się w wizję ciasta, nasączając je. Chwilami, gdy była mocniej wyczuwalna, odnotowywałam przy niej pudrową słodycz jakby cukru pudru. To też nakręciło ciastowość, ale również negatywny aspekt słodyczy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach denerwowała. Nie przy każdym zagarnięciu łyżeczką w tym samym stopniu, ale jednak całościowo znacząco. Pod wpływem przemieszania wanilii z daktylami, robiła aluzje do aż drapiącego miodu.

Fistaszki w końcu niemal zupełnie zagłuszyły migdały, jednak i one nie dominowały. Stały za słodyczą i pomarańczą. Choć od początku wyczuwalne, tym razem zagrały mocno prażoną nutą. Raz czy dwa miałam wrażenie, że istotniejszy od samego smaku, jest w nich właśnie aspekt prażenia. Ten przemieszał się z goryczką maku, która dopiero wyłaniała się. Po tym tupnięciu orzechów bowiem, w słodko-pomarańczowej kompozycji znalazło się miejsce dla maku. Trochę słodko-goryczkowatego smaku wnosił nawet nie podgryzany, ale oczywiście mak wystrzeliwał na przód właśnie, gdy trafiał pod zęby. Wtedy wskakiwał na pierwszy plan, obok słodyczy i pomarańczy.

Wyobraziłam sobie daktylowego raw bara z makiem i słodko-pomarańczowym wątkiem. Mak wydawał się surowawy i aż po tym wszystkim zaskakująco wyrazisty. Zwalczał słodycz bardzo udanie. Odnotowywałam pewien zaduch... nie zawsze, ale jednak - nie wiem, od czego. Wpisywał się jednak w wizję makowca.
Orzeszki i migdały gryzione niewiele wnosiły, niby kontynuowały swój smak, ale w ciemno nie odgadłabym, jakie to.

Przy ciamkanych, gryzionych na koniec drobinkach zdarzyło się także pomarańczy jeszcze się nasilić. Też cechowała ją słodycz, leciutka soczystość. Robiła aluzje do gorzkawości, ale w zasadzie jej nie uświadczyłam (albo nie czułam przez ogólną słodycz). Jej słodycz wydała mi się przerysowana, kandyzowana ewidentnie - nieprzyjemna więc. Pomarańcza na końcówce przygłuszyła tym samym smak daktyli, zostawiając poczucie zasładzania.

Po zjedzeniu został posmak soczystej, skórkowo-podcukrzonej, jakby likierowej pomarańczy oraz maku. Do tego czułam palenie w język daktylowego pochodzenia i może wątłą, prażoną nutkę - taką jednak jak po jakimś batonie z bliżej nieokreślonymi orzechami. Całość układała się w keks z bakaliami, skórką pomarańczy i makiem. Było zasładzająco-ciastowo słodko i jakoś... nieorzechowo.

Całość w zasadzie wyszła nieźle, ale nie jakoś szczególnie smacznie. Na pewno wolałabym, by była bardziej orzechowa. O ile bowiem "o smaku makowca" udało się świetnie, tak pierwszy człon, czyli "miazga orzechowa" uciekł. Migdały podkreślały ciastowość, fistaszki nikły w prażeniu, ale jedynie - jedne i drugie - pobrzmiewały. Kryły się za zasładzającym, daktylowym ciastem, soczystą, docukrzono-kandyzowaną pomarańczą i makiem. Z wyrazistości ostatniego oczywiście się cieszyłam, właśnie mak był zachwycający, ale jednak... za dużo tu pomarańczowego smaku, a kandyzowanie skórek nie podoba mi się. Duet migdałów i fistaszków byłby przyjemny jako tło pod mak - wolałabym, by ta kompozycja do tego bardziej się ograniczyła. Niestety, po kubkach smakowych biła słodycz. Daktylowość to niby plus, ale jej tu było po prostu za dużo. W dodatku przeszkadzała mi ta pudrowość, słodycz wyczuwalna przy pomarańczy. Ogólnie jej dodali za dużo. Strzelanie maku bardzo mi się podobało, ale kawałko-drobinki orzechów i ich chrupkość już mnie - to jakoś za dużo drobnicy. Nie było to bowiem "miazgowe" (że czuć niedokładne przemielenie pasty, jak lubię), ani też kawałkami orzechów ich nazwać nie mogę. Takie coś pomiędzy. A jednak przerywnik od ciastowości. Ta może dla niektórych będzie plusem, mnie nie porwała. Całość choć nie tłusta, przytykała. 
Ogółem choć nie mam wielkich zarzutów wobec tego kremu, ochów i achów też brak. Brakowało mi tu... orzechów. Obstawiam, że proporcje fistaszków, migdałów i daktyli musiały być bardzo wyrównane. Wolę wyraźniej orzechowe pasty, jestem nieciastowa i nierawbarowa, więc jakoś tam połowę zjadłam, a resztę oddałam Mamie. Najpierw upierała się, że nie umie mi nic powiedzieć o smaku tego kremu, że je, i nie wie, co je, że tylko mak czuje. Potem zaczęła, że smak znajomy, ale nie może go uchwycić. Zaczęła jednak rozwijać myśl;" całość jak jakieś ciasto, ciasto-baton, takie coś do gryzienia. Słodkie, na pewno nie powiedziałabym, że z orzechów, ale widzę, że tam są". Aż w końcu podpowiedziałam i usłyszałam: "Tak! Makowiec! Rzeczywiście, dokładnie taki makowiec, i te warstwy ciasta, bakalie, ale że orzechy to nie". Zjadła łyżeczkując, choć nie lubi takiego sposobu, ale i ona przyznała, że rozsmarowanie tego na czymkolwiek zupełnie jej się nie widzi. Choć makowce lubi, a ciasta uwielbia, to jej nie podeszło. Acz dokończyła, bo "złe też w sumie nie jest, dziwne po prostu".


ocena: 7/10
kupiłam: orzechownia.com
cena: 28 zł za 200 g
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, migdały, daktyle, kandyzowana skórka pomarańczowa, mak, laska
wanilii, naturalny ekstrakt z sycylijskich pomarańczy, naturalny ekstrakt z migdałów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.