wtorek, 21 grudnia 2021

Conexion Chocolate Ecuador Esmeraldas 70 % Cacao Arriba Medium Roast ciemna z Ekwadoru

Ekwadorska marka Conexion wpadła mi w oko przypadkiem, kiedy to przeglądając stronę Cocoa Runners pomyślałam, że dawno nie jadłam czegoś z Ekwadoru. Ta przyciągnęła mój wzrok jako marka nieznana. Może i nic dziwnego, bo jest stosunkowo młoda. Założona została w 2016 roku pod nazwą Chukulat przez dorastającą w Ekwadorze Jenny Samaniego. Skąd zmiana nazwy? By podkreślić połączenie / powiązanie lokalnych farmerów od kakao z miłością do ekwadorskiej czekolady. Marka bowiem pracuje bezpośrednio z tamtejszymi małymi przedsiębiorcami (w tym przypadku ziarna kupiono od kooperatywy Fortaleza del Valle). Sama Jenny swoją przygodę z czekoladą zaczęła już wcześniej, bo w 2008, pracując w różnych kompaniach czekoladowych. Co ciekawe, Conexion oferuje nie tylko różnorodność zawartości, ale też stopnia prażenia kakao: od minimalnego Virgin, przez lekki Light, średni Medium po Dark Roast, czyli mocny. Wybrałam średnie, licząc, że pozwoli i w nuty się wczuć, i dostarczy mi choć trochę gorzkości, którą lubię i... przy takiej optymalnej, wyśrodkowanej obróbce wydaje mi się, że najlepiej wywnioskować, co producent potrafi zdziałać z kakao.

Conexion Chocolate Ecuador Esmeraldas 70 % Cacao Arriba Medium Roast to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba Nacional (średnio prażonego) z Ekwadoru, z prowincji Esmeraldas.

Po otwarciu poczułam rześko-soczysty zapach cytrusów w słodko-egzotycznej tonacji z niejednoznacznymi czerwonymi owocami - słodkimi wiśniami / czereśniami, ale właśnie... jakby egzotyczniejszymi. Przewinął się w tym słodki grejpfrut i cierpki banan... ich słodycz mieszała się z suszonymi kwiatami, kwiato-ziołami, które to podyktowała lekko prażona nuta. Przypisałabym jej nibsowo-ziemisty, kwaskawo-wilgotny, też soczysty charakter. Trochę jak wilgotna ziemia po deszczu; ogólnie zapach deszczu i... kwiatów czerpiących jego cenne krople? Wszystko to było delikatne i otulone karmelową słodyczą. Karmelu... raczej maślano-mlecznego, łagodnego. Odlegle w tle doszukałam się cierpkawego, wilgotnego, lepkiego twarogu... cierpkość banana sugerowała karmel bardziej owocowy... Karmelowy sernik z owocami? Nibsy, ziemia, prażenie i kwiaty w trakcie degustacji zaobfitowały w bardziej drzewne, nieco palono-opalane akcenty (wyobraziłam sobie drewno opalane, z pięknymi sękami).

Przy łamaniu tabliczka trzaskała donośnie, gdyż była twarda. Jej przekrój wydał mi się drobnoziarnisty i wyglądał trochę jak... glina?
W ustach rozpływała się w umiarkowanym, raczej szybkim tempie; idealnie gładko. Chwilami odebrałam ją aż jako śliskawą. Była bardzo zbita, tłusta (trochę oleista?) i zarazem soczysta, więc skojarzyła mi się z konkretnym sernikiem lub budyniowatym deserem (typu flan?) z sosem / przeciero-musem owocowym. Dosłownie jakby tak ze zbito-gibkiego tworu w kształcie góry spływał sos...

W smaku przywitała mnie leciutkimi, a więc bardzo rześkimi i soczystymi, choć także łagodnymi w smaku owocami egzotycznymi: lychee i bananem. Pierwsze wydało mi się aż słodziuteńko-wodniste (winogronowe?). Banan zaraz jakby trochę się odłączył, lychee odrobinę zaczerwieniło się i przybrało postać jasnego arbuza (i czerwonych / jasnych winogron?). Zebrało się przy nim sporo czerwonych, ale również słodkich, delikatnych owoców. Pojawiły się jakieś nienazwane, nieokreślone... zmieszane z granatami, czereśniami. Te jednak prędko zaczęły nabierać charakteru, przechodząc w cierpkawo-kwaskawe.

Banan z kolei przybrał postać... bananowego karmelu lub bananowego sernika. A może bananowo-karmelowego deseru typu flan (czytałam, że flan różni się od panna cotty tym, że jest m.in. z jajkami - i właśnie tu mi takie bardziej "udziwnione" desery, niejednoznacznie nabiałowe chodziły po głowie) / budyniowata panna cotta, udziwnionego sernika. Słodycz rosła i zwiększała swą głębię.

Sok delikatnych i słodkich, egzotycznych owoców lał się niczym mały wodospad czy mżawka, ściekając i pokrywając smak prażony.

Prażenie było nieśmiałe, ukryte, ale obecne. Najpierw chowało się za bananami i deserem z nimi. Mignęło mi skojarzenie z przecierem bananowym i nasiąkającymi bananami suszonymi / liofilizowanymi. Prażona nutka była w karmelu, który z czasem mimo prażono-palonej części i tak utrzymywał swój łagodny charakter. Karmel nasilał maślano-mleczny wątek. Mieszał się też z tłustym twarogiem, łagodząc kompozycję. Chwilami wydawał się robić za bazę.
Prażenie spróbowało więc swoich sił mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przywołując kwiaty... i drzewa, i krzewy. Wyszły lekko gorzkawo. Pomyślałam o charakternych krzewach z ostrymi kolcami. O różach? Kwiaty wychodziły z łagodniejszej strefy, podszeptywały pikantniejsze kwiato-zioła, może nawet podsuszone, ale zaraz... jakby nasączane cytrusami i zlane pierwszymi kropelkami tropikalnego deszczu. Kwiaty i banany znalazły się razem, w podobnej sytuacji.

Pojawiły się nibsy w słodkim otoczeniu, jakby były... karmelizowane? Też jednak kwaskawo soczyste gorzko-palone. Opalane do ciemniejszego koloru było też jakieś drewno... Tonowało, uspokajało kompozycję, robiąc za poważne tło. Z czasem dymna nuta nibsów z drzew skierowała moje "spojrzenie" w dół: na ziemię. Czerwone owoce, jako nierozerwalny duet wiśnia&banan (coś raczej delikatnego, ale i z kwaskiem - może jest tak smakujący egzotyczny owoc, ale go nie znam) rozkręcił cierpkość.. podsyciła go lekka cytrusowość. I choć mignęła mi cytryna, zaraz karmelowo-owocowa słodycz przemodelowała ją na dojrzałego, słodkiego grejpfruta, jedynie z nutą kwaśności. Znów owocowa cierpkość zakręciła się przy nim, ten jednak... wraz z goryczkowatą skórką zaczął wsiąkać w ziemię... Nibsowy smak sprowadzi sporo nut do niej.

Pod koniec zrobiło się więc dość ziemiście, czułam cierpkawość bananów i kwiatów (kwiato-ziół?), ale też ogrom słodyczy delikatnego, budyniowatego karmelu zmieszanego z ogromem owoców. Ogrom egzotyki wydał mi się rześko-ulotny... wróciły czerwone... winogrona? W egzotycznym, lekko kwaśniejszym wydaniu. Lychee-winogrona?

W posmaku została owocowa rześkość, jakby motyw deszczu... nasączającego i drzewa (opalane?), i ziemię. Drobny kwasek należał do owoców czerwonych. Już bardziej grejpfrutowo-wiśniowanych, wzajemnie podsycających się z nutą palonych nibsów.

Całość była smaczna, ale niczym mnie nie porwała. Na pewno nie podobało mi się ślisko-tłuste, dość szybkie znikanie i wszelkie łagodne nuty. Maślaność, delikatny nabiał, desery i owoce wręcz wodniste... jasne, soczyste i delikatne (lychee, jasny arbuz i winogrona, czerwone nie do nazwania). Wiśniowate elementy, potem grejpfrut wniosły nieco charakteru, ale nie zagrały pełnią swego smaku... jakby przymglone słodką wodnistością innych owoców. Podobnie banany... nie były takie esencjonalne. Ziemistość czy drewno przewijały się, przewijały, ale nie rozwinęły się nigdy, by uderzyć swą mocą. 
To słodka i tłusta, łagodna kompozycja jedynie z elementami siekiery i nutami, które zaciekawiają i... na tym kończą. Prażenie rzeczywiście delikatne, ale i ekwadorski smak delikatny (obstawiałam, że będzie najlepiej wydobyty, jako że słabe prażenie sugerowało "surowość czekolady", a mocne "palono-gorzki smak", ja zaś chciałam utrafić w nuty: ziemię i kwiaty). Bardzo mi żal, że ziemia, kwiaty nie znalazły się na pierwszym planie; jedynie niepewna sugestia arbuza - rozczochrała mnie. Taka dziwna nuta, a była-albo-niebyła. Banany też... zamiast pięknie rozbrzmieć dojrzałymi sobą, migały się. Słodycz krążyła po meandrach rozmaitości. I wyszło... sporo jedynie nutek, a ogół i tak niedookreślony. Jednak nie mdły. Dający wyobrażenie o marce, że to nie to, co wyraziste Pacari.
Banany, ziemię i drewno czułam również w Pacari Esmeraldas Ecuador 60 %, która jednak była o wiele bardziej ziemiście-winna, sprecyzowana gdy chodzi o słodycz (banany i miód) oraz owoce (banany i nektarynki). W ciemno nie powiedziałabym, że jest między nimi różnica 10 % kakao na korzyść Conexion (wydaje się łagodniejsza niż 70 %, które ma).


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £4.95 (za 50g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Vanini 62% Bitterschokolade mit Birnen und Zimt ciemna z Peru z gruszką i cynamonem

Jakoś tak myśląc, od której z trzech zakupionych Vanini zacząć, padło na gruszkową. Uznałam ją za najciekawszą, czemu nie towarzyszył strach, że coś pójdzie nie tak - wszak tej marki np. słodzony rozmaryn w 62% Dark Chocolate with Rosemary bardzo mi smakował. Już zaplanowałam na konkretny dzień i przy Wedlu ze śliwką i cynamonem coś mnie tknęło. Oto zupełnie nieświadomie zaserwowałam sobie zestawienie cynamonu z owocami. Typowe i... trochę mniej? Utwierdziłam się, że to dobry wybór.

Vanini 62% Bitterschokolade mit Birnen und Zimt / fondente con pera e cannella to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami gruszki i cynamonem.

Po otwarciu od razu uderzył zapach bardzo słodkiej i soczystej gruszki częściowo w kontekście zaskakująco świeżo-surowym, a częściowo... wędzonym (gdybym nie jadła wędzonych gruszek, opisałabym ten zapach jako "wędzone powidła z gruszek"). Wszystko to osiadło w za słodkiej, mocno palonej i aż wędzonej czekoladzie, kojarzącej się z piernikiem... z cukrowo-kakaową polewą lub nawet lukrem. Plątał się w tym gorzki cynamon, acz bardzo słabiutki. Trochę, wraz z i tak mocarną gruszką, nasilił się przy łamaniu i w trakcie jedzenia.

Przy łamaniu tabliczka okazała się bardzo twarda; trzaskała głośno, czym skojarzyła mi się z "kamienną porcelaną". Już w przekroju widać sporo kawałków gruszek (mniejszych i większych). Obstawiam, że to po prostu suszone owoce.
W ustach rozpływała się dość tłustawo i powoli, acz ochoczo. Zmieniała się w mazisty krem. Wydała mi się jedynie lepkawa, acz mięknąca i długo trzymająca dodatki. Cynamon ujawniał się chwilami jako minimalnie proszkowo-pylisty efekt. Kawałki gruszki wypadały po pewnym czasie.
Suchawe dodatki błyskawicznie nasiąkały i wydawały się nieco gąbczastymi, ale bardziej świeżo-miękkawymi farfoclami. Ich struktura zawisła gdzieś między miękką świeżą gruszką, a jędrno-twardawą wędzoną (może właśnie suszoną? takich nie znam).
Gryzione już po czekoladzie okazały się dość kulkowo-rzężące, twardawe, ale skore do mięknięcia zupełnego (oczywiście bez "kuleczek", które leciutko niemal chrupały).
Tabliczki nie najeżono przesadnie, choć kawałków gruszek dodano dużo. Kęsy bez nich się zdarzały, ale całościowo wyszło bardzo zacnie, bo rozmieszczono je równomiernie.

W smaku od razu czułam przesadzoną, aż cukrową słodycz. Prędko zaskoczyła na tor przesłodzonego piernika, w którym czuć palono-karmelowo-maślany motyw i ogólną paloność, ale który skupił się na słodyczy. Pomyślałam nawet o pierniku pokrytym lukrem czy małych, miękkich piernikach w glazurze... No, powiedzmy, że o miksie, bo parę może i w cukrowo-kakaowej polewie / ciemnawej czekoladzie się tam zaplątało.

W tle (nawet w kęsach bez dodatku) pojawiła się prędko naturalna i bardzo, bardzo słodka nuta gruszki soczystej i dojrzałej.

Na odsiecz po pewnym czasie przybyła jednak także gorzkawość, palono-goryczkowaty splot. Gorzkawość rozeszła się jako tło i, choć mocno palona, to gorzkością trudno ją nazwać. Po ustach wędrowała wraz z łagodzącym, maślanym motywem. Zaserwowała mi motyw czekoladowego piernika, lekko wędzoną nutkę, a potem kawę rozpuszczalną creme - łagodną i z pianką. Cieplutką, rozgrzewającą... I z cynamonem. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam jego lekki akcent, podkreślający goryczkę.

Choć czekolada całościowo przesiąkła gruszką, smak owocu rósł oczywiście przy kawałkach. Podniósł słodycz, która i tak szybko nasilała się. Ta ogólna, mimo palono-karmelowego, ciepłego podszycia, wyszła dość cukrowo. Może nie strasznie, ale było niebezpiecznie. 

Gruszki również zdecydowały się na słodycz aż mulącą. Z racji piernikowości, gruszka przybrała wydźwięk gruszki powidlanej, wędzonej. Wydaje mi się, że przy niej wzrastała cynamonowość - jakby dodano gruszki w cynamonie. Odebrałam je trochę jak suszone gąbczaste owoce, lecz zaraz przystroiły się w bardziej słodko-soczystą szatę gruszek świeżych i surowych. Z tym że bardzo, bardzo słodkich.

Palono-podwędzana nuta pobrzmiewała i w niej właśnie odnalazł się cynamon. Na mocy przybierał z czasem. Dodał piernikowi lekkiej ostrości, ciepła. Wydawało mi się, że w gardle ciepło podkreśliło drapanie słodyczy. To zaś przełożyło się na myśl o pierniku z gruszkami lub leciutko alkoholowej gruszce (wyobrażenie analogiczne do cukierków "śliwka w czekoladzie"), ale szybko rozmyła się na rzecz czekoladowego piernika. Po debiucie dodatków bowiem czekolada sama w sobie wydała mi się nieco bardziej ciemnoczekoladowo cierpkawa, acz wciąż lekko maślana i aż lukrowo-karmelowo słodka.

Gruszka pod koniec dominowała i do niej także wemknął się cynamon, podkreślając jej soczystość i suszono-wędzoną nutę. Przyprawę tę również czuć tak ogółem, ale jako gorzkawą i delikatną.
Gdy zaś czekolada zniknęła zupełnie, a ja zajęłam się kawałkami gruszki, smakowały bardzo przykładnie świeżawymi gruszkami (może trochę zalatując suszoną gruszką? gruszką z czegoś, np. jogurtu?). Wyszły jak to kawałki gruszki - gruszkowo, naturalnie. Wydały mi się łagodne, słodkawe. Chyba... suszone, po prostu.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-karmelowo przesłodzonej czekolady palono-piernikowej i ostrawego cynamonu. W jedno złączyła to leciuteńka goryczka. Gruszka była wyraźnie wyczuwalna jako aż za mocno, ale naturalnie słodka. Niestety czułam się przesłodzona. Nie jakoś wyjątkowo, ale jednak.

Tabliczka smakowała mi. Dobra, mimo że nieco za słodka, czekolada była jednoznacznie piernikowa, że to aż dziwne. I to nie tylko ze względu na dodatek cynamonu! Ten czuć, ale wcale nie pchał się na pierwszy plan. Miło zgrał się z naturalną gruszką, którą czuć i jako świeższą (kawałki na koniec), i jako wędzono-suszone gruszki. Niestety nie było tu elementu, który umiejętnie przełamałby słodycz. Ta może nie była aż taka przesadzona, ale po prostu oprócz niej brakowało mi wyrazistszego smaku. Kompozycja ciepła, milusia, a jednocześnie aspirująca do poważniejszej.

Z jednej strony wyszła lepiej od Cachet Pear & Almonds (zawierała suszone gruszki, czego tak mi brakowało w podlinkowanej!), a już na pewno o wiele lepiej od Lindt Excellence Noir Poire Intense z drugiej jednak... Mam problem z czystym sumieniem z wystawieniem jej 8/10 przez jej słodycz i łagodny smak. Nie chcę jednak jej krzywdzić, bo i wariant gruszka&cynamon jest niecodzienny... Hm, gdyby nie "odosobniona słodycz", gdyby była bardziej gorzka, spokojnie miałaby 9, a tak... no niestety. Uznałam jednak, że trochę z przymrużeniem oka ocenę nieco podciągnę.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki gruszki 2%, cynamon 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat gruszkowy, ekstrakt z wanilii

niedziela, 19 grudnia 2021

The Swedish Cacao Company Peru 85 % Ucayali 2018 Harvest ciemna

W stosunkowo krótkim okresie czasu przyszło mi poznać parę nowych marek czekolad. Zaczęło mi się nawet wydawać, że dostrzegam charakterystyczne elementy dla danych krajów produkcji, choć to jeszcze żaden jasno sprecyzowany konkret, jaki mogłabym z pełnym przekonaniem przytoczyć. W odniesieniu do skandynawskich marek przede wszystkim dostrzegam prostotę opakowań - w przypadku dzisiaj opisywanej to ta... prosta geometria. Ot, piszę o tym, jak odbieram poszczególne rzeczy i tyle. Może i uogólnianie nie ma sensu, ale co tam. Bo i nie wiem, co innego mogłabym Wam napisać. Historia założycieli tej szwedzkiej marki (startującej pod nazwą Svenska Kakaobolaget) nie jest zbyt ciekawa - ot, zainspirowani zwiedzaniem fabryki czekoladek, Fredrik i Ulrika w 2013 założyli swój mały biznes, stawiając na jakość. Ciekawa informacja czekała mnie wewnątrz opakowania, bo... napisali, jaki mają stosunek do certyfikatów, których to sobie nie wyrobili. Dlaczego? Uważają, że przeważnie za certyfikatami nic nie idzie. Oni natomiast naprawdę przywiązują wagę do głębi smaku i jakości - to się liczy, a nie logo czy dyplom. Interesująca postawa, oby też nie na pokaz. W szczerość łatwiej było mi uwierzyć, gdy doczytałam o ziarnach, jakie użyli. Sięgnęli po lokalną odmianę trinitario, zwane Comun (ciekawe - nie słyszałam albo zapomniałam o niej), którą zmieszali z normalnym peruwiańskim trinitario.

The Swedish Cacao Company Peru 85% Ucayali, 2018 Harvest to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao Comun i trinitario z Peru, z regionu Amazonii, a dokładniej miasta Pucallpa, okolic rzeki Ucayali.

Po otwarciu poczułam zaskakująco słodki, delikatny zapach czerwonych owoców, w tym winogron (też czerwonych? różowych?) i odważniejszy, pewny siebie karmel. Wśród owoców zawinął się niemal nieuchwytny kwasek, po czym ukrył się w orzeźwiającej soczystości... granatów? Karmel wydawał się z powagą stanowić bazę, co z owocami połączyły kwiaty. Pomyślałam o aromacie zacienionej, wilgotnej kwiaciarni pełnej róż. Chyba były w niej też rośliny-kwiaty w donicach z ziemią. Było to wilgotne, acz trochę tylko soczyste i... z kusicielską pikanterią... pieprzu i dymu?

Przy łamaniu tabliczka wykazywała twardość i trzaskała, acz raczej średnio imponująco z racji cienkości.
W ustach rozpływała się powoli, ale łatwo. Była idealnie gładka, nieco maślana. Zmieniała się w średnio zwarty, a bardzo gibki, miękki krem. Z czasem rozkręcała się chwilowa soczystość, więc mimo tłustości nie wyszła ciężko.

W smaku zaczęło się od czerwonych owoców. Jakby kwaskawy, niedojrzały granat? Ależ skąd! Musiały się w nim zaplątać takowe pojedyncze kulki. Za kwaskiem wprawdzie stanęła jeszcze cytryna, ale zaraz się rozmyła. Słodkie czerwone owoce miały w sobie coś egzotycznego, trudnego do uchwycenia, co wykorzystały zaraz słodkie, jasne, a więc czerwone, fioletowe i różowe winogrona. 

To był soczysty, acz tonowany wystrzał. Owoce zaczęły być przykrywane kwiatami... Jakby w jakimś pędzie wpadły do kwiaciarni i zaczęły się w niej gubić jak w labiryncie. Kwiaty łagodziły ogół; soczystość przerabiały na wilgoć z racji tego, że to dość ciemna i zawilgocona kwiaciarnia. Taka... z charakterem, tajemnicza. Wyobraziłam sobie masywne donice gliniane wypełnione ziemią, ciężkie wazony... To podkreśliła goryczka skórki cytryny, która to nie dała się przegonić. Z tła dobiegła odrobinka pieprzu. Pomyślałam o dziwnie ostro-pieprznych, egzotycznych owocach ("melonowawej" papai / "pomidorowemu" tamarillo z takowymi pestkami?; określenia z cudzysłowów - tak mi się te owoce kojarzyły, gdy je próbowałam).

Gorzkawość lekko pojawiała się prędko już przy granacie jako jakby... gorzkawość pestek? Wyszła jednak jakoś niezobowiązująco, a porządnie rozwinęła się dopiero bliżej połowy rozpływania się kęsa. To już raczej gorzkość i lekka cierpkawość dymu. Jego kłęby niczym kurtyna rozsunęły się odsłaniając czarną i wilgotną ziemię. Taką po deszczu, w zacienionym miejscu... To też jak kryjąc się przed deszczem, zajmowanie się prażonymi ziarnami kawy, parzenie kawę? Może na zapleczu wspomnianej już kwiaciarni? Po wymienieniu kwiatom wody, podlaniu innych.

Pomyślałam o orzechach, jednak ich nie jestem taka pewna... Było jednak coś, zanim gorzkie ziarna kawy zaczęły zmieniać się w maślaność. Coś pomiędzy. Związane z paleniem / prażeniem... Orzechy, coś roślinnego... Pomyślałam o tych ostro-gorzkich pestkach owoców (papai, tamarillo), a następnie o... skórze-nieskórze. Ekoskórze, skajce. Niby czułam nutę skóry / skórzanych obić i ubrań, ale to nie była w pełni skóra... Przez chwilę dokładnie odzież z konkretnymi, metalowymi zamkami. Niejasne nuty zaczęły robić się coraz delikatniejsze, aż mdławe. Baza wydała mi się maślana / maślano-nijaka - na niej dopiero tańczyły różne nuty. Palony motyw zaś, widząc to, przeszedł do słodyczy.

W tym czasie łagodniała także soczystość, już bardzo, bardzo znacząco. Za sprawą maślaności mignął mi jakiś wciąż egzotyczny, ale właśnie maślany krem... Krem bananowy? Oto od winogron itp. owoce złagodniały do... mglistych i choć rześkich, wciąż też słodkich to... jakby rozmytych? Rześkość wchodziła w ogólną wilgoć, a ja pomyślałam o lychee, melonach, papai i winogronach już raczej różnych i tak przemieszanych, że bez żadnych do wskazania... a potem już o samych, cierpkawych skórkach winogron.

Kwiaty na przód wypchnęły spośród siebie róże. Ciężkie, wonne... tylko chwilowo. Różowe? Jakby tak czerwone owoce zamieniały się w różowe róże, które następnie schowały się w bukiecie innych (taka kolorystycznie-smakowa zmiana). One też łagodniały. Oczami wyobraźni patrzyłam na jakieś jasne, herbaciane. Złote... i karmelowe? Złagodziły owoce zupełnie kończąc na maślano-bananowym splocie i serwując mi karmel. Karmel palony i poważny, szlachetny. 

Bliżej końca w paloności karmelu poczułam korzenność... Goryczka i gorzkawość szybko się w to wkręciły, pomógł dym. Uwypukliły pieprz, który z kolei połączył je z lekką pikanterią. Mieszanka ta miała w sobie coś ziemistego... chłodnego? Jak dym z fajki wodnej? Kadzidlany? Aż orientalnie ostry... nie korzenny, a jakby tak... słodycz kwiatów wymieszać z pieprzem? Na koniec do głowy przyszedł mi pieprz cytrusowy / cytrynowy. Ostrawy, a nagle soczysty.

Po zjedzeniu zaś został cierpkawy posmak winogron (skórek?), skórek cytryn nawiązujących do "nieskórzanych skór", trochę dymu i orzechów. Czułam także pieprz i inne przyprawy ostro-gorzyczkowate, ale w wydaniu ogólnie dość łagodnym.

Całość podobała mi się zwłaszcza ze względu na harmonijne przejścia. Owoce soczyste nie wystąpiły obok karmelu z korzennymi zapędami (co mogłoby się gryźć). Słodycz zabrała je w podróż po kwiatowej drodze, by nie było zgrzytów. Wydźwięk się zmieniał - w dodatku konsekwentnie wraz z gorzkością, a potem przyprawami. Tabliczka wydała mi się... płynna smakowo. Gorzkości jednak było w niej nie tak dużo, kwasku też bez przesady (ale jego chyba już więcej). Wydała mi się... przede wszystkim słodka i ciągle lecąca ku "łagodnieniu" (jako smak... to takie "maślano-żadne echo w tle").
Winogrona, granat i jasne róże cudownie w wilgoci zmieszały się z dymem, korzennym karmelem, by po nutach "pieprznych pestek", na koniec otrzymać jeszcze pieprzne wyróżnienie. Łagodniało to, łagodniało i nagle jednak pokazało pazurki. Cudowny smak, acz... niestety chwilami za bardzo łagodniejący, aż idący w mdławym kierunku, co wiązało się z dość tłustą konsystencją. To bym zmieniła. Mimo że poważna, nieprzesłodzona, to właśnie... taka spokojna, zrównoważona, subtelna - tak bym ją określiła. Wyrazista, ale przez tłustość nie siekierowa... I właśnie przez to i przez cienkość tabliczki (te interesujące przejścia zasługują na grubą taflę! by móc się wczuć) obniżam ocenę; tylko to stało na drodze do zachwytu pełnego. Bo... w życiu nie powiedziałabym, że to aż 85 % (a np. 70 % - gdyby to była 70%, miałaby najwyższą ocenę).


ocena: 9/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 18 grudnia 2021

Zotter Egg-Cellence from Austria / Ei am from Austria! / Eggnog & Almond Praline ciemna 70 % z kremem ajerkoniakowym z wanilią i nugatem migdałowym z warstwami czekolady białej malinowej

Z okresem wielkanocnym nie kojarzy mi się żaden "pozytywny kicz", jaki to czasem lubię widzieć w związku z innymi sezonami. Czekoladowe figurki do mnie nie przemawiają, kolorystyka też to jakaś nie moja, smaki... w sumie nawet niczego konkretnego nie umiem przywołać. Nawet sabat Ostara nie jest szczególnie obchodzony. A jednak czas, kiedy przyroda budzi się do życia, na świat przychodzą młode, przebijają się pierwsze kwiaty... niewątpliwie jest przyjemny. I choć jestem ponurakiem, nie lubię pastelowych kolorów, to jednak wiosnę lubię jako że kończy się wreszcie zimno. Tak, jestem też zmarźlakiem. I może cały ten wstęp nie miałby sensu, gdyby wreszcie nie udało mi się dojść do puenty: otóż Ostara przypomina mi o jajkach, które teoretycznie lubię, ale których nie jem (nie mam kiedy, jak i z czym - nie pasują mi do tego, co i jak jadam). Raczej nie lubię i nie znam tworów na słodko z nimi, więc w tym czasie "czekoladowych sezonowości" nie zgłębiam. Wystarczyło mi, że dwa jedzone Zottery: Egg Liqueur / Egg Dance i Mitzi Blue Easter Bunny White & carrot były niesmaczne. Traf jednak chciał, że na wiosnę i tak miało do mnie parę rzeczy Zottera przyjść, więc jakoś zerknęłam na zupełną nowość. W tej podlinkowany pierwszy niewypał został zestawiony z warstwą dającą nadzieję na wygłaskanie wad wspomnianej. Uznałam, że od biedy mogę dać jej szansę. Ajerkoniaku wprawdzie nie lubię, ale dopuszczam, że w odpowiednim wydaniu mogę uznać całość za ok. Googlając na potrzeby wstępu trafiłam, że jest to tradycyjny napój w krajach anglosaskich podawany na Wigilię - znaczy się zimą. To mi się trafiło! Znaczy się jako dobre wytłumaczenie, dlaczego akurat teraz pojawia się recenzja czekolady "wielkanocnej" - ha! A prawda jest taka, że po prostu chrześcijańskich świąt nie obchodzę i chyba jestem już za stara, by pilnować, co kiedy jeść (poza tym... np. jajka Kinder są cały rok, nie?). Ważne, że czekoladę zjadłam świeżutką, kiedy do mnie przybyła, a że spędziła w kolejce postów prawie rok... szczególik. Gdy zaś się wczytałam, jakie to "szczególiki" różnią ją od wspomnianej, zwątpiłam, czy mi posmakuje. Wyglądało na to, że krem ajerkoniakowo-nugatowy podzielono na dwie, osobne warstwy... Hm... Miałam mieszane uczucia. Może miało to wyjść jak... J.D. Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog? Na pewno jednak za dobre posunięcie uważam danie ciemnej czekolady, a za złe umieszczenie "cienkiej warstewki" białej owocowej.


Zotter Egg-Cellence from Austria / Ei am from Austria! / Eggnog & Almond Praline to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem ajerkoniakowym (na bazie masła i śmietanki z ajerkoniakiem zrobionym z jabłkowej brandy) z wanilią i praliną / nugatem migdałowym z cienkimi warstwami czekolady białej malinowej; edycja limitowana na Wielkanoc 2021.

Rozchylając papierek poczułam wysoką, aż cukrową słodycz wpisaną w alkohol, przy czym po chwili pojawiła się jajeczna nuta, a wraz z nią oczywiście ajerkoniakowe skojarzenie. Wąchając uważnie, zwłaszcza wierzch, odnotowałam lekko migdałową nutę, mieszającą się z łagodną, nugatową słodyczą. Sama czekolada jedynie nieśmiało pobrzmiewała palono-gorzkawym echem. Po przełamaniu zapach dosłownie uderzył "spirytusowym ajerkoniakiem", jednak wzrosła też słodycz - bardziej znacząca w trakcie degustacji, kiedy to mocna alkoholowość nieco rozeszła się na rzecz "ciepła" (?). Na szczęście wyraźnie wyeksponowały się wówczas także migdały. Słodycz wydawała mi się leciutko waniliowa i odlegle różano-nugatowa.

Tabliczka sprawiała wrażenie konkretnej. Twardawa całościowo, pykała przy łamaniu, przy czym słychać także trzask grubej warstwy czekolady. Malinowa też była gruba (z obu stron).
Masywny nugat na wierzchu nadał całości kruchości, sam się kruszył, jednak tylko wyglądał na takowy.
Krem na dole też wydawał się dość konkretny, jednak cechowała go mazistość.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i kremowo. Tłuste smugi pokrywały podniebienie, a biała nieco tłustość podkręciła. Jednocześnie dodała pylistość. Wyszło to dość kontrastowo, ale nadzienia prędko zaczęły zwracać uwagę na siebie. Łączyła je tłustość, którą to się ze sobą mieszały i pewna sytość, zwartość. 
Rozpływały się w podobnym tempie, acz krem ajerkoniakowy nieco szybciej. Cechowała go miękkość i gibka śliskość (którą minimalnie osłabiały wyczuwalne drobinki wanilii). Gibkość wiązała się z... miękką gumowością? Wydało mi się też tłuste w rzadkawy, śmietankowo-maślany sposób. Z czasem tworzyło tłustą zawiesinę, którą zagęszczał nugat.
Nugat wyszedł bardziej zbito-maślano, gładko i tłusto. Był twardo maślany (jak zimne masło?), trochę gumiasty i choć początkowo zawierał element kruchości, tak podczas jedzenia męczył ciężką tłustością masła.
Gdy tak nadzienia się pomieszałyły, a czekolady połączyły się ze sobą i jedynie je opiewały, miałam wrażenie, że w ustach rozpływa mi się zbita, ciężko-tłusta, śliskawa gruda masła. Opychające uczucie.

W smaku czekolada przywitała się mocno palonym smakiem, kojarzącym się trochę z ciemnym chlebem, piernikiem, marcepanem i odrobinką cierpkiej kawy. Prędko dołączyła do niej słodycz. Ogólnie w kompozycji czekolada ciemna wydawała się przygłuszona, ale na szczęście nie całkowicie zagłuszona.

Słodycz kontynuowała i podniosła część biała owocowa. Niby w całości słabo ją czuć, ale na tyle, by ją poczuć (i mimo że spróbowana osobno wydała mi się ok, do kompozycji nie pasowała). Smakowała pudrowo, zaraz dodała motyw pudrowych cukierków. Malinowych... czy ogólnie czerwono / leśno owocowych). Na zasadzie kontrastu podkreśliła cierpkość, wplotła kwasek i...

Nagle nadzienia zaczęły odciągać uwagę od czekolad. Oba były bardzo, bardzo maślane (przesadnie) i równie słodkie, a przy tym splatające się, uzupełniające. W pewien sposób po prostu podobne do siebie. Oczywiście odrobinkę spróbowałam osobno, by się w tym upewnić.

Migdałowy nugat podpinał się niemal od razu pod migdałową nutę czekolady ciemnej i cały czas migdałowym echem pobrzmiewał w tle.

Dynamiczniej odzywało się ajerkoniakowe. Uderzało cukrowym alkoholem i drastycznie podnosiło słodycz. Masło niemal natychmiast na nią naskoczyło. Poczułam zasłodzone masło, po czym pojawiła się lekko jajeczna nuta. Alkohol parę razy (nie przy każdym kęsie) migał mi dziwnie spirytusowo-cukierkowym likierem. To jednak na szczęście w dużej mierze tonęło w reszcie. Ogólnie alkoholowość trzymała się niskiego poziomu; nie była mocna. Myślałam o maśle, może śmietance i wanilii, alkoholowo-zabajonych budyniach. Wszystko słodkie aż cukrowo i przesadnie, co zostało uwypuklone dziwnie "czystym" smakiem masła. A dodatkowo... pobrzmiewała mi w tym dziwnie kwaskawa nuta (właśnie "cukierkowo-alkoholowa", którą podkreślała czekolada malinowa).

Także mocno maślane było drugie nadzienie. Ewidentnie czułam w nim migdały, ale początkowo jakby zrównane z czystym masłem, co leniwie budowało nugatowy klimat. Migdały okazały się delikatne i naturalnie słodkawe. Chyba podprażone minimalnie, chwilami nawet słonawość przejawiały. Niestety masło je przygłuszało. Było w tym splocie też coś oleistego, odpychającego, acz niemal nieuchwytnego. Słodycz tej części nie była przesadnie mocna, jednak i ona rosła, mieszając się z drugą warstwą. Kompozycja ogółem piekła lekko w język (ale to raczej od alkoholowości). Wraz z rozpływaniem się nugat złagodził ją nieco... a ja chyba doszukałam się w nim aż różanej nuty (kiedy próbowałam osobno, na pewno ją czułam).

Z czasem nadzienia zupełnie splotły się w swej maślaności, a część ajerkoniakowa słodziła za obie, toteż wydały mi się aż mulące, mdłe. Słodkie, drapiące w gardle i grzejące w język, które to poczucie nasilał mało ajerkoniakowy ajerkoniak.
W końcu jednak na szczęście maślano-orzechowy, słodki nugat migdałowy zatoczył krąg do resztek czekolady.

Na zakończenie jej lekko chlebowo-kawowa goryczka zawalczyła o powagę. Całkiem nieźle wyszło jej zmieszanie się z motywem ajerkoniaku (powiedzmy), równoważąc jego słodycz. Obudowała alkohol w czekoladowość. Wydała mi się bardziej cierpka, ale podkreśliła też kwaskawe nuty środka.

Po zjedzeniu został cierpkawy posmak kakao mocno palonego, ale zestawionego z cukrowym motywem alkoholu, grzejącego język wraz z migdałową słodyczą. Wyraźnie czułam masło na ustach, ale też milszy chlebowo-migdałowy splot podkreślony budyniowością i wanilią. I ze zbędnymi kwaskami w tle.

Całość wyszła znośnie, ale jednocześnie nie dla mnie. Ciemna czekolada częściowo odpuściła sprawowanie pieczy nad wnętrzem, a ono pozwoliło sobie na mały kimikowy pogrom. W obu dominowała maślaność. Migdałowe było niesatysfakcjonująco migdałowe i zbyt ciężkie. Ajerkoniakowe zaś... tłuste, zasładzające i uderzające alkoholem (wcale nie realnie mocnym - w zasadzie nuta alkoholu nie uderzała do głowy, tylko on miał dziwny wydźwięk - to nie był klasyczny ajerkoniak - Zotter swój robi na jabłkowej brandy; co więcej, alkohol wzmacniał poczucie drapania od słodyczy). To było... jak zasłodzona kostka masła, słodka od tylu rzeczy, że aż w tym mdła. Czekolada owocowa zupełnie nie pasowała do kompozycji, ale na szczęście była marginalna. Jak Zotter chciał czymś oddzielić wierzch od nadzień (by np. nie zawilgociły), mógł to zrobić mleczną, białą... ale nie owocową. 
Trochę podobna do Egg Liqueur / Egg Dance z tym że czekolada ciemna dla mnie jest lepsza. Co z tego, jak dołożono malinową, która efekt jeszcze pogorszyła? Podlinkowana męczyła cukrowo-alkoholowym smakiem, namieszano w niej za dużo alkoholi i zalatywała octem, dzisiaj opisywana męczyła masłem (w smaku, i konsystencji) oraz mdłą słodyczą, zalatywała dziwnymi kwaskami. Kompozycja dzięki ciemnej na szczęście zyskała - nie była tak muląco słodka, alkoholowość też nie była taka wiodąca i uderzająca, zatem lepiej czuć smaki. Dzisiaj opisywana wyszła mniej gryząco, napastliwie, a spokojnie i czyściej. Mniej przyprawiona na ostro, a bardziej gorzkawa. Mam problem, że w dużej mierze kojarzyła się z czystym masłem... jej słodycz wyszła przy tym dziwnie, bo nawet... nie była wyjątkowo za silna (wyrazista?). A właśnie smak ajerkoniakowy ma prawo być słodki... a tu kolejna wada: właśnie tego ajerkoniaku też w sumie brakowało.

Zjadliwa, acz gdy została mi niecała 1/3 (środkowa, gdzie najmniej czekolady), oddałam dla Mamy (wszak lubi ajerkoniakowe słodycze)... wiem, że mogłabym ją zmęczyć, ale po prostu całość była taka, że nie miałam ochoty. Mama nie umiała zupełnie nic o niej powiedzieć, a jedynie: "zjadłam, bo zjadłam, bo to Zotter, ale nie, żeby mi zbytnio smakowała. Czekolada ciemna, to się nie wypowiadam, malinową czułam i nie wiem, po co tam ona. Ajerkoniaku nie czułam, migdałów też, alkoholu mało, a dużo masła. Że aż ślisko i dziwnie wyszła, jakbym lizała masło. Do tego tak dziwnie mało słodka. Namieszana za bardzo". O tak, namieszana, że aż nijaka w tym. Smakowała wszystkim i niczym - taki nasz wspólny osąd.


ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, migdały, miazga kakaowa, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, skrobia kukurydziana, brandy jabłkowa, słodka serwatka w proszku, suszone maliny, żółtko jaja, masło, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róż, cynamon, sproszkowany imbir

czwartek, 16 grudnia 2021

Plaq Tanzanie Morogoro Kamili 74% ciemna z Tanzanii

Tę czekoladę kupiłam mając fazę (nie lubię tego zwrotu, ale tu trudno coś bardziej adekwatnego znaleźć) na Tanzanię jako region pochodzenia kakao. Odkryłam trochę przypadkiem, że ją uwielbiam i wybierając tabliczki ze strony, zerknęłam, co też na niej ciekawego można właśnie z Tanzanii znaleźć. Marka Plaq jest mi zupełnie nieznana. Dopiero pisząc ten wstęp trochę o niej poczytałam. Jej twórcy, Sandra i Nicolas, zainspirowani amerykańskimi i kanadyjskimi producentami założyli ją w 2017 roku w swoim rodzimym Paryżu. Firma więc stosunkowo młoda, wyglądająca całkiem przyjemnie. Ta czekolada również na taką wyglądała, bo kakao od kooperatywy Kokoa Kamili dobrze mi się kojarzyło.

Plaq Tanzanie Morogoro Kamili 74% to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Tanzanii, z regionu Morogoro, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam intensywny, pieczono-palony zapach, przywodzący na myśl suche ciastka włoskie, np. cantucci. I to konkretnie z migdałami, bo i migdałów, orzechów nie brakowało. Czułam też ciepło, rozgrzewanie... raz że ciastek, ale jakby też nagrzaną słońcem ziemię. Wydała mi się poważna, szlachetna i słodka w alkoholowy sposób. 
Miała jednak także owocowy wątek, który nasilał się po przełamaniu i z czasem, zwłaszcza w trakcie degustacji. Owoce podkręcone winem to kolejno głównie aronia, potem słodkawe jeżyny i dość wytrawne owoce czarnego bzu.

Na dotyk tabliczka wydała mi się kremowa i esencjonalna, potencjalnie tłusta i sycąca. Przy łamaniu jednak okazała się krucha. Chrupała-trzaskała, sprawiając jednak przy tym wrażenie zawilgoconej. Ogółem wydawało się, jakby była zrobionym z suchego proszku... a właśnie zawilgoconym kremem? Odgryzając kawałek po prostu wiedziałam, że będzie miękka.
W ustach rozpływała się raczej w tempie umiarkowanym, przecząc wrażeniu, jakie wywołała. Stawała się rzadkawo-miękkim kremem, pozostawiającym smugi. Była dość maślana i... niczym natłuszczone ciastka i tłuszcz (maślany?) właśnie z tych ciastek wypływający... Nie tylko on się lał. Po paru chwilach lał się też sok, jakby były to idealizowane ciastka z masami / dżemami owocowymi nierealistycznie soczystymi. Jakby tak dość suche ciastka go w ustach upuszczały, a następnie zmieniały się w miękką, rzadkawo-ciastową masę (wyobraziłam sobie coś jak tartaletki Bonne Maman, ale z masą nie na wierzchu, a tak, jak skonstruowane są Fig Bary). Nawet zostawiającą na koniec lekką pylistość.

W smaku najpierw niemal równocześnie, pojawiły się słodycz i goryczka jak definicja czekolady.
Pierwsza uderzyła niczym miodowa błyskawica, ale to goryczka spięła się w sobie i rozłożyła swój wachlarz, ambitnie go prezentując. Rozeszła się, rozniosła gorzkość ziemi (która  to zawarła sugestię kwasku?). Nieco nagrzana słońcem, jakby "przeczesywana" rękami i odsłaniająca orzechy. Najpierw cały miks, potem z przewagą migdałów. Zaleciały ciastkowo-pieczoną (sodową?) nutą. Jakby tak... w smaku zawrzeć promienie słońca.

Słodycz również ruszyła prędko. Bezwstydnie wysoka, a jednocześnie szlachetna, zalała usta i ziemię miodem. O tak, miód wtapiający się w ziemię i zupełnie ją rozrzedzający - tak go dużo było! Zahaczył o ciepło, leciutką pikanterię (korzenną?).
Okazało się, że i w ciastkach był... Albo nie. Podkreślił ich smak, wskazał na nie. Gorzkość i cierpkość zaczęły łagodnieć za sprawą masła i kruchych ciastek. Goryczka została znacząco osłodzona. Zaczęły pojawiać się coraz to kolejne ciastka i maślaność, budująca tło.

Nagle, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, do kompozycji dołączyła soczysta kwaśność owoców raczej ciemnych. Przez miód najpierw jeszcze pomyślałam o syropach i konfiturach, ale wszystko przeszyła kwaskawo-cierpka aronia. Aronię wsparły wiśnie i słodkie jeżyny, co znów jakiś krąg do syropów zatoczyło. Kwaśność była ogółem średnio mocna - zdarzało się, że bardziej zakłuła, acz bez przesady (nie pchała się na pierwszy plan). Aronia, wiśnie i inne ciemne tego typu weszły w nieco winne tony. Zabutelkowały i zakieliszkowały i się. Mimo że wsparły je cytrusy, słodycz także i w owocach była. Pod jej wpływem do mojej głowy zawitał miód pitny i konfitura wiśniowa słodzona miodem.

Co przypomniało o ciastkach. Otóż syropy i alkohol, słodycz zasugerowały mi likier - amaretto, migdałowy... jakiś bliżej nieokreślony. To jednak przypomniało o kamiennych twardych ciastkach wręcz stworzonych do maczania i... maczanych właśnie. Baza wydała mi się ciastkowo maślana, chwilami bardziej aż neutralnie maślana, coraz mniej gorzka, ale ciepła. To rozgrzewanie! Jakby tak słonecznego dnia wyciągnąć z piekarnika blachę z ciasteczkami... W głowie zaczęło mi się pojawiać coraz więcej ciastek, ciasteczek, biszkoptów, biszkopcików - bardzo różnych. Wszystkie łączyło jednak to, że pozornie były twardo-suche, a dopiero np. nasiąkające, upuszczające maślaność, maczane. Dziwne i bardzo obrazowe. Niektóre nieco np. migdałowe (z olejkiem?), z orzechami. Cantucci, biszkopty twarde i suche w pierwszym kontakcie, a nasiąkające i zmieniające się w ciastową masę... Obecna przy nich cierpkość umożliwiła zakradnięcie się owoców. Jakby to i one - aronia? wiśnia i cytrynowa kropla? - nasączyły te ciastka wszelakie. Cierpkość owoców przy maślaności wyszła aż karykaturalnie wytrawnie. Pomyślałam o owocach czarnego bzu, który potem jednak znów wyparły wiśnie i aronia, wsparte cytrusami.

Orzechy i ziemia zasugerowały nieco więcej charakteru tym w gruncie rzeczy słodkim tworom. Chwilami pod koniec wróciły alkoholowe akcenty wina. Czerwonego, cierpkiego, ale też słodkiego. Mocno smakującego aronią... Wina aroniowego? Albo czerwonego słodkiego z jej nutami. Podrasowało je ciepło ciastek i nasłonecznionej ziemi. Końcówka była bardziej gorzkawa, podkreślona orzechami, i choć bardzo miodowo-słodka, to jednak poważna.

Po zjedzeniu posmak stonował słodycz - był bardziej maślany jak kruche maślane ciastka, ale też maślany neutralnie... Czułam również cierpkość czerwono-ciemnych owoców (głównie aronii), ciepło, ziemię. Soczystość, ale nie jej ocean.

Całość smakowała mi, acz... bardziej urzekła mnie jej obrazowość. Nie wszystkie nuty były w pełni moje (maślaność i te wszystkie ciastka). To jednak, jak ciastka włoskie i maślane, biszkopty oraz alkoholowo-miodowe tony, następnie aronia i inne owoce wyszły jednoznacznie aż mnie zaskoczyło. Ciepło ciastek z piekarnika i rozgrzanej ziemi również mnie kupiło. Niestety jednak... ogólna słodycz trochę męczyła.
Konsystencja wydała mi się nieco zbyt maślana; ogółem coś taka... niespecjalnie moja, nawet nie umiem sprecyzować, o co chodzi. O jakby rozmiękczającą się tłustość?

Likiery, alkohol (wino, whisky), ciepło, orzechy (raczej włoskie), wypieki (brownie) oraz wiśnie (i śliwki) czułam w Domori Tanzania 70 % (recenzja z 2021) - muszę przyznać, że mają podobny słodko-poważny wydźwięk. Chodzi o gorzkość, ciepło i skojarzenia z wypiekiem (ale kompletnie innymi). W smaku jednak zdecydowanie wygrywa Domori.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 60g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy ze stanu São Paulo z Brazylii (26%)

środa, 15 grudnia 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Czekolada Mleczna Oscypek i Żurawina mleczna 40 % z serem oscypkiem i żurawiną

Choć lubię wędzone sery, prawie ich nie jem. Ogólnie wędzone nuty lubię - nie zawsze, nie we wszystkim, ale wędzenie to fajna sprawa. Kiedyś oscypki i góralskie sery budziły we mnie o wiele więcej emocji, ale może z racji przeprowadzenia się bliżej gór, trochę mi spowszedniały, a ja... dorosłam i po prostu teraz to dla mnie jedzenie niefunkcjonalne (i realnie za słone - nie jestem w stanie zbyt wiele takiego sera zjeść). W dzieciństwie zawsze lubiłam oscypki jadać same... i jakoś nie kupiło mnie połączenie oscypków z żurawiną. I choć ogólnie za żurawiną chyba nie przepadam, tak uważam, że pasuje do sera. Ciekawostką jest, że przy całej mojej nienawiści do ziemniaków i słonych chrupaczy, dawno temu były limitowane chipsy - jedne z dwóch w życiu, jakie uznałam za "do zjedzenia" - Lay's ser & żurawina. Wszystko to zmieszało się z pozytywnym wspomnieniem czekoladek Góralskie Praliny: bundz, bryndza, oscypek, które to obecnie zmienili (widzę na oko) i podwyższyli ceny, więc odnoszę się do tych dawnych (nowych nie znam i nie interesują mnie, bo raz, że to czekoladki, a dwa: inne smaki - litwor, kokos, miód - już wtedy mnie nie chwyciły). I tak też, gdy w paczce od Beskidu znalazłam dziś prezentowaną tabliczkę, ciepło na sercu mi się zrobiło. Wróciły miłe wspomnienia: z dzieciństwa, z młodości, z początków blogowania. Jakoś nie umiałam o niej myśleć w odniesieniu do np. wytrawnie serowych Vosges.
Co do oscypków - pisałam, że obecnie nie jadam. Taak, bo jeszcze sztuką jest kupić dobry, prawdziwy, a nie masówkę. Do tej tabliczki na szczęście taki dodano: suszony ser oscypek z owczego mleka z „Bacówki na bukowinie”.

Beskid Chocolate Czekolada Mleczna Oscypek i Żurawina to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z tartym oscypkiem (wędzonym serem owczym) i suszoną żurawiną.

Już otwierając zostałam uderzona intensywnym zapachem wędzonego sera, oscypka bez wątpienia. Dominował zupełnie. Dopiero daleko w tle dało się doniuchać prażono-ciepłej, pełnomlecznej czekolady, co utworzyło iście bacówkowy, pastwiskowo-góralski klimat. Podsyciła to kwaskawa żurawina. Słodycz wydała mi się marginalna i też jakby karmelowo-wędzona.

W dotyku czekolada wydała mi się dość gładkawa, oprócz oczywiście dodanych kawałków. Żurawina trzymała się porządnie. Jeśli o ilości chodzi, to z nią nie przesadzono, a sera dodano bardzo dużo.
Przy łamaniu tabliczka pykała, nic nie odskakiwało, a porządnie się trzymało. Odskakiwało dopiero, gdy odgryzałam część kostki. Całościowo wydała mi się dość krucha, które to poczucie nasilały również łamiące się kawałki i pręciki, czy nawet słupko-pręty, sera. Wyglądał na dość twardy.
W ustach rozpływała się w szybko-średnim tempie, ochoczo i kremowo. Okazała się jedynie gęstawa. Bazowo gładkawa, jedynie chwilami (gdzie było mniej dodatków) zdradzała minimalnie proszkowy efekt. Trochę zalepiała usta, wypuszczając przy tym małe, średnie i wielkie słupki-kawałki oscypka. 
Przeszkadzała mi taka ilość czy raczej forma - zdecydowanie przesadnie najeżył tabliczkę, bo w niektórych miejscach słupek przylegał do słupka i tak powstawały całe skupiska, albo np. trafiał się słup idący w poprzek całej kostki (a w jego okolicach jeszcze drobnica). 
Suszona żurawina odpadała po pewnym czasie w ustach i nasiąkała od otoczenia, stając się jędrnawymi kulkami.
Gdy na koniec zajęłam się serem, ogólnie okazał się twardy i trochę żujno-jędrny, minimalnie sprężysty, a jednocześnie suchawy. Był w nim wyczuwalny element suszonego. W pierwszej chwili trochę chrupał, a porozgryzany i zostawiony sam sobie, rozpadał się na grudki twarde i takie jak gumki-myszki (zwłaszcza, gdy zaczęłam ssać). Na koniec została mi żurawina - dopiero rozgryziona zasunęła przyjemną soczystość. Były to całe suszone, jakby liofilizowane owoce. Jędrna, o nieco suchszej skórce i niesamowicie soczysta, chrzęszcząca prawie jak niektóre świeże surowe jabłka, wewnątrz.
Mój najlepszy sposób na jedzenie tej tabliczki, to pozwolenie czekoladzie na swobodne rozpływanie się, a obok jedynie częściowe ponadgryzanie niektórych dodatków, by prędzej roztaczały swój smak, a dokładne ich pogryzienie - dopiero gdy czekolada zniknęła.

W smaku pierwsza zaprezentowała się wędzona nuta, nieodzownie złączona z oscypkiem. Przesiąkła nim cała tabliczka, a o kęs bez trudno (choć da się taki zrobić), więc to on dominował. Mimo to, za oscypkiem, czekolada raczyła naturalnym mlekiem. To było... serowo-śmietankowe, intensywne. Mleczna tłustawość zaprosiła trochę masła, ale w głowie od razu pojawił się też obraz sera. Owczy motyw czuć natychmiast. Wydaje mi się, że i sama czekolada sugerowała "inne mleko", i emanował on od dodatku.

Prędko pojawiła się słodycz. Okazała się palono-karmelowa. Trochę zalatywała dziwnie... jak podwędzony karmel. Wypływała przy nim sól, która podkręciła jego szlachetny charakter. Słodycz trzymała się raczej zachowawczego poziomu, aczkolwiek przez kontrast nie umknęła mojej uwadze i chwilami średnio pasowała do wędzonego sera (sprawiając wrażenie aż lekko drapiącej w gardle). Chwilami zaś... uwypuklała to wędzenie, co komponowało się zaskakująco dziwnie i smacznie.

W ciągu kolejnych chwil serowość, specyficzny smak oscypka nasilał się. Wyszedł aż nieco... serowo soczysty, co podkreśliła żurawina, gdy akurat ją nadgryzłam. Kiedy oscypek wyłaniał się z czekolady na dobre, nieco ją przygłuszał. Rozniósł słony smak, który miejscami był dość silny. Podkreślał wędzoność i ser góralski.

Żurawina zostawiona sama sobie przez czas, gdy baza się rozpływa, smakowała niczym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jak nadgryzałam jej czerwone kulki, te wyraźnie zaczęły dodawać swojego słodko-kwaskawego smaku. Tonowały kompozycję swoim owocowym smakiem, wprowadzając zaskakująco niski, a jakby podkwaszony kwasek, a następnie soczycztą słodycz... Żurawinę czuć lekko i  nie zaburzyła ani oscypka, ani samej czekolady mlecznej (jakby mleczno-serowej?). W trakcie owoce wydawały się głównie słodkie.

Po debiucie dodatków zaczęłam postrzegać czekoladę jako bardziej palono-wędzoną, a jednocześnie jeszcze słodszą. Pojawiły się wyrazistsze orzechy, pomyślałam o kozim motywie, przynoszącym cierpkość (kakao). Podkręciła to sól, która rozchodziła się od dodatków w zasadzie cały czas, jako mgiełka w tle. Mimo to czekolada wydała mi się słodko karykaturalnie przejaskrawiona. To była słodycz na przeciętnym poziomie, ale chwilami docierająca do poziomu przesady (przez kontrast?).

Gdy czekolada zniknęła, ponadgryzałam resztę sera i pozwoliłam mu się częściowo rozpadać. Wędzony, owczy oscypek - o tak, mocno mleczny, lekko kwaskawy i nieprzesadnie słony (ale słony)... Smak był tak intensywny, jakbym po prostu jadła oscypka z bacówki. Takiego... trochę suchszego, ale jednak (od bacy, któremu zostały już resztki serów). Niektóre słupki były intensywniejsze, inne jakby prawie wysuszone ze smaku. 
Jego soczystość podkreślały żurawiny, które to musiały czekać na sam koniec. Wtedy, rozgryzane i ssane, smakowały różnie... jedna głównie słodko, delikatnie, prawie niekwaśno, czym mnie zaskoczyła. Kojarzyły się aż trochę z owocami pocukrzonymi. Druga, na jaką się porwałam już była kwaśno-słodka, jak to suszona żurawina, więc... żurawina jak żurawina. Oscypek pod nimi gubił swą słoność i smakował łagodnym oscypeczkiem.

Po zjedzeniu został posmak wędzono-serowo-czekoladowy, jakby tak... zjeść słonego, ale delikatnego oscypka w towarzystwie słodkiej żurawiny, ale... wyraźnie było też czuć mleczną czekoladę o zadowalająco palono-ciepłym charakterze.

Całość uważam za interesującą kompozycję, jednak przeładowaną dodatkami w formie do zmiany. Specyficznie "mleczna inaczej" w smaku, cierpkawo-karmelowa mleczna czekolada zgrała się z dobrym, słono-łagodnym oscypkiem. Mimo wysokiej słodyczy, dziwnie się to komponowało z wytrawnym i słonym serem. Tylko ta forma słupków różnie skumulowanych... mam mieszane uczucia. I ilość... bo jednak chwilami czułam się, jakby to był ser z czekoladą, a nie odwrotnie. Natomiast całe kulki żurawiny przeszkadzały, bo przeszkadzały w rozpływaniu się, nie wnosząc nic, a będąc... by pod koniec zostać i smakować tylko sobą... No, te nadgryzanie już lepiej, ale... nie wiem, ja bym to posiekała - nie lubię dodatków tak "ponalepianych". Trudno wtedy o współpracę między elementami.
Oscypek, wędzoność i słoność tłamsiły wszystko inne, samą mleczną czekoladę, która stanowiła jedynie tło. Żurawina miała nie moją formę... Myślę, że spokojnie można było dać mniej sera, a żurawinę posiekać. Oczywiście było smacznie, ale nie idealnie. Przełożyło się to na naturalny kąsek, który okazał się... przesłodzoną góralskością w tabliczce, ale niestety nie mojej tabliczce. Zjadłam 1/3, bo to czekolada, w której gwoździem programu są dodatki, czekolada zaś robi za tło. Mnie to męczyło - za dużo mi twardego, słonego oscypka (a za żurawiną po prostu nie przepadam).
Przypomniała mi się bardziej zgrana, pyszna Vosges Cheddar and Apple 45 % Milk... niestety, Beskid przegrał. Za bardzo mnie zasładzał przy jednoczesnych mocnym zasoleniu i zaoscypkowaniu. Bo nawet problem chyba aż tak w samej tabliczce nie leży, a w trafieniu w gust... Tak obiektywnie chyba tylko trochę przesadzono z dodatkami, ale subiektywnie dla mnie dodatki były zbyt napastliwe. Żałuję, że nie trafiła do mnie ciemna wersja - może ją bym lepiej odebrała?
Resztę oddałam Mamie, ale i ona dała radę tylko 1/3 (reszta poszła dla ojca). Stwierdziła, że bardzo, bardzo smakowała jej sama czekolada: "pyszna, taka mocno mleczna i nie za słodka, rozpuszczała się szybko, ale dodatków dali zdecydowanie za dużo". Dzięki bazie zaczęła przekonywać się do czekolad (dla niej aż) 40 % kakao mlecznych i chciałaby ją zjeść czystą. O dodatkach: "pomysł ciekawy, ale sera za dużo, część wypluwałam. W ogóle to nieopatrznie powąchałam i... jak ona nim śmierdzi! Lubię ser wędzony, ale nie w czekoladzie. Gdyby go dali mniej, to co innego. A ta ponalepiana żurawina? Powydłubywałam ją i zjadłam najpierw, osobno.". Forma nie dla nas, szkoda. 


ocena: 7/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 100 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, oscypek 10% (mleko owcze, sól), żurawina suszona 2% (żurawina suszona, cukier trzcinowy, olej słonecznikowy), lecytyna sojowa

wtorek, 14 grudnia 2021

Basia Basia Krem orzechowy z bananem + len + chia

Nie jestem wielbicielką połączenia masła orzechowego i bananów, ale nic do niego nie mam. Suszonych bananów jako chipsów za to nie lubię - twarde jak kamień, często z olejem, cukrem lub ich mieszanką. Nie wpisują się w mój jadłospis ani nie smakują, jak lubię. Liofilizowane swego czasu wydawały mi się fajne, ale też nie by kupić i jeść, a jako ciekawostka. Dziwaczne, długie i czarne banany suszone dopiero mam w planach kupić i poznać (a przypomniałam sobie o nich dopiero przy jedzeniu tego kremu). Basiowych maseł orzechowych jednak jako takich nie postrzegam tak zupełnie... To dla mnie raczej dziwo-kremy. Na tyle ciekawe, by niektóre popróbować, ale na tyle nie moje, że tylko raz. Z dzisiaj przedstawianym zwlekałam... Bo jak kocham masło orzechowe i banany surowe, to... połączenie? No właśnie. Ponadto, do kremu dodali chia, których to wprost nienawidzę. Liczyłam jednak, że na tyle mało, że nie będą mi przeszkadzać.

Basia Basia Krem orzechowy z bananem to krem z orzechów ziemnych z suszonymi bananami, lnem i chia, który produkuje Alpi Hummus / Alpi Smaki.

Po odkręceniu poczułam wyrazisty zapach masła orzechowego z prażonych fistaszków, zmieszanych z delikatną słodyczą. Ta częściowo ewidentnie należała do bananów, które zaskoczyły mnie tym, jak świeżo surowo się zaprezentowały. Pokusiły się o drobną, słodką soczystość, podkreśloną specyficznym, "roślinnym" echem.

Po otwarciu trochę się zdziwiłam... Otóż zawartość niewątpliwie była dziwna - gęstawo-ciągnąco-gumiasta, na pewno miękka i rzadkawa. Oczywiście wydzieliło się... coś. Nie czysty olej, a olejo-woda. Bardzo rozwodniony olej w ilości średniej, co częściowo mieszało się z masą. I tak większość zlałam. Resztę zaś wymieszałam tak jakoś do 2/3 słoika, z lenistwa i... chciałam też "suchszą konsystencję" poznać. Ten krem jednak bardzo chętnie współpracował przy tej czynności i wcale nie musiałam się jakoś specjalnie męczyć.
Krem ogólnie był... dziwny, trochę jakby z wodą. Całość wydała mi się umiarkowanie tłusta, w zasadzie jedynie tłustawa i lekka jak na masło orzechowe. Niby nieco zalepiało usta, ale nie tak mocno... Było soczystsze, wodniste (?), acz nie w negatywnym sensie. Pełno w nim drobinek przemielonych orzeszków, bananów, ale... też chia i len częściowo przemielono. Banany to także ciemne, miękko-soczyste kawałki, więc dodali banany suszone, a nie chipsy bananowe. Przypominały zawilgocone, a jędrne daktyle suszone. Całość kojarzył mi się odlegle z... kremem bananowo-chałwowym?
W trakcie jedzenia masło dodatkowo wykazywało gumiasto-miękki element... właśnie nieco gąbczasty. Jak nasączone, suszone gąbko-owoce. Upuszczało soczystość i chwilami kładło nacisk na śliskość. Chwilami migało skojarzenie z twardawo-śliskim świeżo-surowym bananem, chwilami z już miękkim... A chwilami śliskość ewidentnie była glutowata i pochodziła od chia. Ziarenka strzelały, chrupały - len kojarzył się z sezamem (z niezbyt przemielonej chałwy). Chia były chwilami jak pesteczki fig, a chwilami po prostu glutowato-pykającymi sobą, czym już obrzydzały.
To, jak glutko-kulki pchały się do zębów, irytowało. Niby urozmaicenie konsystencji, ale zbędne. Uwierzę jednak, że chodziło o skierowanie myśli na świeżego banana, co poniekąd się udało. Obiektywnie nie było ich strasznie dużo, ale rozbiły konsystencję masła orzechowego, że o smarowidle aż ciężko myśleć właśnie jako o nim. Nie przytykało, a z ust znikało w tempie umiarkowanym (jak na masło orzechowe szybko).

W smaku od początku na pierwszym planie stały orzeszki ziemne. Czuć, że podprażone, a więc dość wyraziste, acz chwilami (zwłaszcza gdzie niedokładnie przemieszałam), zdarzyło im się zalecieć goryczką oleju. Prędko zaskoczyły na masłoorzechowy tor. Ułożyło się to w słodkawe masło orzechowe. A słodycz wraz z rozpływaniem się masy w ustach i jakby wraz z kolejnymi łyżeczkami rosła. Dość osobliwie coraz bardziej zwracała na siebie uwagę.

Wydawała się normalnie masłoorzechowa jak łagodne, kremowe masło orzechowe, ale stała przy tym słodka soczystość. Do tej specyficznej nuty musiałam się trochę przyzwyczaić... (co do końca mi się w pełni nie udało). Wraz z nią parę razy odnotowałam słodko-kwasek, soczysty i owocowy... Początkowo trudny do nazwania, ale w ciągu paru chwil skojarzenie poszło we właściwym kierunku. Jakby przy maśle orzechowym pojawiły się... Banany! Świeżo-surowe, niezbyt dojrzałe, a więc i nie takie wyraziste. Ich smak był bardzo delikatny, nieśmiało pobrzmiewał. Chwilami wydawały się bardziej cierpkawe, co podkreśliło oleistość, ale nie była to nuta znacząca. Surowy aspekt nakręcił ewidentnie chia i len. Mówi się, ze nie mają smaku, ale tu dodały glutkowato-roślinne echo, które narzuciło bananom świeżą surowość. Chwilami swoim roślinnym smakiem zabarwiały też słodycz na sugestywnie słodzikową, co nie podobało mi się ani trochę. Zdarzyło im się wtargnąć na pierwszy plan

Chwilami, gdy skumulowało się więcej drobinek banana lub gdy ogólnie już zajmowałam się pozostałymi kawalątkami, podskakiwał smak słodkich-słodziutkich bananów. Te już były zacne i wyrazistsze. Wśród drobinek czuć jednak też ziarenka, co mi przeszkadzało i na koniec już odciągało uwagę od łagodnej fistaszkowości (i tak słabej) i nutki bananów. Gdy zaś dodatków akurat trafiło się mniej, masłu orzechowemu dzięki prażeniu udało się nawet zrobić aluzję do odrobinki soli.

Po zjedzeniu został posmak słodkawego masła orzechowego, trochę oleiście-kwaskawy, niezbyt przyjemny motyw i autentycznie bananowa nuta, jednak niestety także zbyt silna według mnie nieprzyjemna roślinnie-wodnista nuta chia / ziarenek. 

Lubię ziarna, acz akurat len jest mi obojętny, zaś chia nie cierpię. Mimo to, jakoś tam uszły w tym kremie, fajnie nadały suszonym bananom wydźwięk świeżych surowych. Jestem jednak pewna, że ziarenek dodali za dużo... bo chwilami za bardzo zabiegały o pierwszy plan. Ogólnie banany nie były tu nutą mocną, a wyczuwalną. Niestety jednak... dodały masłu orzechowemu dość sporo słodyczy, przez co było słabiej peanutbutterowe. Wyszło smacznie, ale tak delikatnie zwyczajnie. Nie podobała mi się jednak oleistość, chwilami myśli o niedojrzałym bananie i dziwne akcenty kwasku, słodzikowe... jakby od "roślinności" gluciastych chia, które to podpadły mi tym, że... były.
Od początku do końca zastanawiałam się, czy jakoś je zmęczę. Im go więcej jadłam, tym wady i dziwności bardziej irytowały i odpychały, że na końcówkę (około stołowa łyżka?) nie mogłam już nawet patrzeć i oddałam Mamie. Ona zjadła, "bo dziwne i skład dobry". Podsumowała: "gdybyś mi nie powiedziała, nie zgadłabym, co to właściwie jest. Nie smakowało mi. Że masło orzechowe bym nie powiedziała, banana tam mało czuć, ale to chyba on tak je udziwnił. Wątpię, że to te ziarenka, bo chyba ich za mało było, by to one aż tak wpłynęły na całość. Nie lubię ich i mnie też denerwowały - więcej wyciągania ich z zębów niż wcześniej jedzenia". Też swoje wyłyżeczkowała (masło orzechowe jada codziennie na tostach), stwierdzając, że bardzo to niefunkcjonalne: "nie wiadomo do czego, chyba tylko to łyżeczką jeść". Konsultowałam z nią ocenę... nie wiem, czy tak szczerze i subiektywnie jestem co do tej 6 przekonana, ale z drugiej strony nie chcę oceny obniżać za "bo ja nie lubię", w momencie, gdy krem nie jest zły (pytanie: czy dobry? na pewno ciekawy, a to jakiś plus).
Dla mnie zbyt dziwne i niefunkcjonalne. To jakby... bananowo-chałwowy (tylko na strukturę chałwowy), zmiksowany krem z chia? Łyżeczkowałam, bo odkryłam, że dobrze mi podchodzą różne kremy orzechowe jako zamiennik lodówkowych deserów czy lodów, ale dla tego konkretnego kremu naprawdę trudno mi wymyślić inne zastosowanie. Nie podobała mi się myśl rozsmarowania tego na czymś (jakbym miała rozsmarować "zupę krem" na chlebie?), ani dodania (z glutami z daleka mi od wszelkich jogurtów, kasz itp.!). Acz i w smaku coś mi nie leżało. Cieszę się jednak, że zjadłam, bo od dawna ciekawiło mnie, jak masło orzechowe bananowe może wyjść (acz myślałam raczej chyba o Nuturze, które wydawało mi się wątpliwe, bo dali aromat, a słój wielki, acz teraz już go znaleźć nie mogę - może wycofali?). Po tej pomyślałam, że innym Basiom podziękuję, ale na blogu się jeszcze jakieś pojawią.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 11,90 zł (za 210 g)
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki ziemne prażone (82%), suszone banany bio, len, chia