sobota, 8 października 2022

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd Non-Dairy Ice Cream

Swego czasu, dawno, dawno temu gdy jeszcze lubiłam od czasu do czasu zjeść dobre lody, zauważyłam, że dzieje się coś dziwnego z tym smakiem B&J's (Netflix & Chill'd). Pomyślałam, że zmienili netfliksową szatę graficzną, która bardzo mi się podobała. Nieco markotna, gdy trafiłam na promocję, kupiłam, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem zacnych lodów nie zepsuli, bo i tak kiedyś planowałam do nich wrócić (składu więc nie sprawdzałam; zwykłe Netflix & Chill'd jadłam w 2020). A mam teorię (popartą wiedzą z wykładów dot. rynku i reklamy), że producenci zawsze jak zmieniają opakowania, to i w składach gmerają. Zanim się za nie zabrałam, znów zaczęłam widywać wersję w opakowaniu ciemniejszym, z wyraźnym logo Netfliksa. Dziwne mi się to wydało. Potem przyjrzałam się moim - na jasnozielonych opakowaniach logo Netfliksa też było, tylko że mniej widoczne. Zaczęłam zachodzić w głowę, co jest, aż w końcu mnie tknęło. Przecież marka wiele smaków ma w dwóch wersjach: zwykłych i wegańskich. Ogarnęło mnie przerażenie. Władowałam się w wersję wegańską, której nigdy nie miałam zamiaru kupować. Lody więc czekały i czekały, aż przeszły mi jako typ jedzenia. Też do wszelkich słonych dodatków nastawiłam się bardzo "na nie". Lody postanowiłam w końcu otworzyć, by mi zamrażarki nie zawalały. Potrafię docenić, mimo że już rzecz nie moja? Pocieszałam się też myślą, że czeka mnie ciekawe doświadczenie, a mianowicie na przykładzie tego samego wariantu sprawdzić, jak się mają jakościowo zwykłe B&J's do wege wersji.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ Non-Dairy Ice Cream to wegańskie lody na bazie mleka migdałowego o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5%*) z masą ze słodko-słonych precli (9%) oraz kawałkami ciasta brownie (10%). Opakowanie zawiera 465ml / 384g.
*Wmieszany w masę raczej, acz ja trafiłam na jedną grudkę, udającą masę z precelków - szkoda, że nie dodali masła orzechowego też jako "zawijas".

Po otwarciu lody prawie nie pachniały, potrzebowały czasu, by zapachnieć łaskawie... masłem orzechowym. W trakcie degustacji czułam delikatne, margarynowo-maślane masło orzechowe fistaszkowe, wyraźnie trochę słodkie, subtelnie słone - w amerykańskim stylu. To było trochę złudnie mlecznawo-mdłe. Po zruszeniu, w trakcie jedzenia dołączył do nich zapach słonych precelków i cierpko-goryczkowaty wątek kakao. Wszystko byłoby smakowite, gdyby nie trzymała się tego słodka sztuczność, plastikowość.

Masa przedstawiła się jako twarda, ale topiła się chętnie (acz z czasem, nie od razu). Zawartość pudła miękła w rzadko-mlecznym, trochę wodnistym kontekście. Wydała mi się dziwnie zagęszczono-zgumowiona, bo wcale się nie spieszyła tak, jak można by się spodziewać. Lody okazały się zagęszczone trochę gumiasto, ale też kremowe i tłuste. Jednocześnie nie bardzo ciężkie. W ustach rozpływały się trochę oleiście, trochę kojarząc się ze śmietanką kokosową. Czuć w nich rozwodnienie, acz nie jakieś straszliwie.
W całym pudle sporo nie tyle zawijasów, co skupisk kremu / masy ze zmielonych precelków. Gdy lody bardziej się już topiły (takie właśnie jem), te miejscami mieszały się z masą. Wyszły jak sosowato-ciasteczkowe masło orzechowe, z małymi kawałeczkami precli. W ustach rozpływało się to nieco krakersowo-ciastowo-mącznie. Raz po raz coś odznaczyło się twardością, ale chrupkości nie uświadczyłam. Miejscami bardzo wymieszało się to z masą lodową - tam jej podyktowało mączność i proszkowość. Skupiska te kojarzyły się z zawilgoconymi, mokrymi preclami i bułkami, które pierwotnie były wypieczone na chrupko.
Kawałki brownie to gigantyczne kwadraty (że ledwo mieściły się na łyżeczce; kilka o bokach ok. 4cm, a wysokości 1cm), ale też kawałki wielkości średniej i trochę kawałeczków mniejszych. Nie pożałowano ich. To tłusto-mokre, miękkie i kapciowate ciasto, które w ustach rozpływało się maziście na gęstą, tłustą i kleistą papkę. W zasadzie trochę rozpływać się miejscami zaczynało już w pudle (jem lody bardzo topiące się). Zaklejała konkretnie. Ciężkie i masywne, acz w pozytywnym rozumieniu.
Trafiłam też na gumiastą grudkę kremu fistaszkowego, ale obstawiam, że to po prostu "niedomieszanie". Na oko do złudzenia przypominała te preclowe, a tylko w ustach zachowywała się inaczej (było bardziej tłusto-kremowe, gumiaste i gęste). Żałuję, że zamiast precli nie dali masła orzechowego w takiej formie.
Wszystko to współgrało. Dodatki odciągały uwagę od negatywnych aspektów bazy, a "zawilgocone bułki" w towarzystwie brownie jakoś tam przeszły.

W smaku masa lodowa uderzyła wysoką słodyczą. Cukrowość zaraz przywołała do siebie słodko-fistaszkowy wątek. Podkreśliły go migdały, a dokładniej mleko migdałowe, którego nutę czuć wyraźnie. Zarejestrowałam też pewną oleistość, "dziwnie orzechowawą" (olej kokosowy?). Chwilami to bardziej "fistaszkowa duszność", sugerująca słodkie masło orzechowe, chwilami raczej nieco sztucznawo-plastikowo-cukierkowa. Do tego doszedł mdławo-tłuszczowy wątek. Smak okazał się trochę znijaczony, rozwodniony. Migdały swoją mlecznością usilnie kierowały skojarzenia ku nugatowi. To raczej fistaszkowo-migdałowy, słodko-sztucznawy nugat niż masło orzechowe, ale i ono chwilami do głowy przychodziło (acz w ciemno, za bardzo skupiając się na dodatkach można zapomnieć, jaki smak baza reprezentuje wg producenta).

Preclowe zawijasy czasem troszeczkę podbijały sól, mimo że nie były słone po całości. W zasadzie były słone minimalnie. Na pewno za to preclowato-bułkowate. Pszeniczne, może trochę krakersowe, trochę paluszkowe - niejednoznaczne, mdłe. Kojarzyły się z mokrymi okruchami chleba / bułki, skórkami... Raz czy dwa wyraźnie słonawymi (nigdy jednak "słonymi"), ale ogólnie wkomponowanymi w resztę.

Brownie uderzały swym smakiem bez kompromisów. Niczym bardzo - w tym trochę sztucznie - słodkie, mocno czekoladowe gotowce ze złudnie alkoholowym, truflowo-likierowym charakterem. Były najintensywniejsze, wybijały się ponad mdławą bazę i "bułko-precle". Choć aż przesadnie słodkie, ciasto zaserwowało też gorzkawość kakao i ciemnej czekolady.

Baza lodowa po dodatkach wydawała się jeszcze bardziej mdła i cukrowo-słodziaśna, jeszcze bardziej fistaszkowo-nugatowa. Oleista nuta, próbująca ukryć się za coraz słabszym mlekiem migdałowym, jeszcze bardziej dawała się we znaki. Było w tym aż coś gryzącego.

Po brownie i zagarnianiu masy lodowej, preclowe zawijasy sporadycznie też bardziej preclo-bułkowo się jawiły, aniżeli bułkowo. 

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się zacukrzona, a usta miałam otłuszczone. Pszenny, nijako-bułkowaty wątek mi przeszkadzał. Brownie w tak kiepskim otoczeniu też nie zachwycało. Niby dobre, a jednak i ono miało nieprzyjemne, sztuczne nuty, które odznaczyły się w posmaku. Czułam wówczas lekką goryczkowatą sztuczność związaną ze słodyczą i jakby olej kokosowy, ale z czymś wymieszany.

Całość mi nie odpowiadała. Beznadziejnie słodka, mdła i tłusto-wodnista baza uboga w fistaszki kojarzyła się bardziej nugatowo. Niby plus, że czuć migdały, ale to nie chwyciło. Muszę jednak przyznać, że jak na taki skład, efekt zaskakująco ok. Brownie niby przyjemne, "likierowo-czekoladowo" intensywne, ale z kolei sztucznawo słodkie; za słodkie. Mam też wątpliwości, czy jest sens dodawania do lodów aż tak wielkich kawałków. W dodatku precelkowa miazga-sos w wegańskiej wersji to porażka. Pszenno-bułkowo-mdła i w zasadzie zbędna, bo nawzajem nakręcająca się z nijakością bazy. Jej mokro-twardawa forma odpychała, acz nie jakoś tam bardzo (dzięki temu, że jakoś się tam całościowo to-to mieszało).

Konwencjonalna wersja wyszła o wiele lepiej. Bardziej słonawe precle w podlinkowanych lodach wyszły lepiej, bo te mdłe krakerso-bułki w wegańskiej wersji zahaczały o obleśność (soli w podlinkowanych było 0,66g/100g, w dzisiaj przedstawianych 0,31g). Podkreśliły też masło orzechowość bazy, a całość wydawała się mniej słodka.
Muszę jednak przyznać, że w porównaniu do znanych mi wege lodów, te nie były takie złe. Podobnie do innych wegańskich B&J's, czyli bez ochów i achów, a zjadliwie. Alternatywa wykonana spoko, acz zawalona czymś bezsensownym (ilością soli, masła orzechowego - toż to łatwo zmienić). Na pewno niewarte ceny, jaką sobie sklepy w Polsce bez promocji życzą.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: w promocji za około 10 zł (za 465 ml / 384 g)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 226 kcal / 100 ml (83g)
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), oleje roślinne (sojowy, rzepakowy), orzechy ziemne 4%, pasta z migdałów 3%, skrobia, białka grochu, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, sojowa), sól, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego), ekstrakt wanilii, drożdże, naturalny aromat, regulator kwasowości (wodorotlenek sodu), substancja spulchniająca (węglany sodu)

piątek, 7 października 2022

Halba 50 % Cremant ciemna

Nie wiem, czego by trzeba było, bym obecnie sama z własnej woli kupiła sobie czekoladę o zawartości 50% kakao. To tak mało, a tak dużo cukru, że aż rozumem mi trudno ogarnąć, kto byłby w stanie taką czystą zjeść. Jako baza pod dodatki czy wierzch nadzienia rozumiem, ale czystą? A jednak... no właśnie, tadam. Pisząc, jakie chcę tabliczki od Halby, napisałam, że w zasadzie interesują mnie tylko ciemne, podkreślając, że chodzi o te powyżej 70 % kakao. A dostałam... w zasadzie chyba większość asortymentu, w tym właśnie bazową taką, którą powszechnie można by określić mianem "deserówki", czyli znienawidzonym przeze mnie (za bezsensowne uważam dzielenie czekolad na "gorzkie" i "deserowe"; są po prostu "ciemne o zawartości..."). Uznałam, że jak już jest, mogę spróbować, bo miałam też do porównania wersję bio.


Halba 50 % Crémant to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao.

Po rozchyleniu sreberka poczułam ciężko słodką waniliową babkę piaskową. W wyobraźni nachylałam się nad całym mnóstwem ciast typów wieńce, babki, baby i różne takie aż duszne od cukru. Płynęła z nich także maślaność. Duszny cukier dodał do nich motyw polew kakaowych, który to zakreślił raczej mocną nutą palenia, niż ilością samego kakao. Pomyślałam o tanich czekoladowo-kakaowych truflach właśnie w polewie. Klimat całości był polewowy, a w porywach przejawiający lekką truflowość. Na pewno już zapach całościowo był przesłodzony.

Tabliczka była twarda i głośno trzaskała przy łamaniu, ale w dotyku wydawała się tłusto-suchawa. Może nawet nie tyle suchawa, co pylista, bo miałam wrażenie, że nawet zostawia lekki pyłek kakao na dłoniach (jak patrzyłam, wycierałam etc. nic na nich nie było).
W ustach rozpływała się wolno, ale chętnie. Okazała się tłusta i maślana, zbita. Oblegała usta i podniebienie tłustymi smugami, po czym rzadkawo znikała, jak właśnie szybko ocieplające się masło. W oddali doszukałam się też drobnej pylistości.

W smaku pierwszy uderzył cukier. Słodycz była wysoka i prędko spływała do gardła, drapiąc natychmiast. A potem jeszcze rosła. Po chwili przybrała postać lukru, pokrywającego słodkie i ciężki babki, wieńce i inne waniliowo-maślane ciasta. Niby puszyste, a tłuste i ciężkie. Waniliowa nuta była właśnie ciastowa, jak z aromatu.

Smak miał mocno maślany, ciastowy klimat co po paru sekundach zaobfitowało w zakalca... Czy nawet konkretnie masę cookie dough? Pomyślałam o kawałkach cookie dough do np. lodów nibywaniliowych, w których przeważnie występują jeszcze drobinki czekolady. Choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciężka słodycz cukru i lukru męczyła, to jednak ta ciastowo-zakalcowa, maślana starała się ją tonować.

I z czasem nawet bardziej zaczęła zwracać na siebie uwagę cierpkawość. Właśnie jakby z tych kawałków czekoladowych, a więc z zasady tanio polewowa. Też była cukrowa. Pojawiły się w tym polewowym wątku taniawe trufle kakaowo-czekoladowe z alkoholem. Polewa zrównała się z ciastowością.

Do opisywanych już ciast bab, wieńców i babeczko-muffinek z lukrem dołączyły warianty w polewach kakaowych. Niektóre mogły zdobić kawałki orzechów... albo to te ciasta zawarły jakiś aromat orzechowy. Słodka ciężkość kumulowała się, a te twory musiały zajeżdżać też lekko alkoholową nutą. 

Z czasem nasilił się palony aspekt. Nieco tłumił słodycz, a podkreślał cierpkość. Może nawet leciusią, nieśmiałą gorzkawość. Pod koniec jednak słodycz aż gryzła w język. Tu cierpkość wplotła skojarzenie z kakaowym / ciemnoczekoladowym alkoholem, likierem... Może czekoladowo-orzechowym? Mocnym, grzejącym w gardle, na co przekładał się też cukier w niemożliwej ilości.

Po zjedzeniu został posmak zaskakująco cierpkawy i mocno alkoholowy jak po likierze kakaowym. To trochę goryczki, ale i cukrowość ciężka, męcząca. Podkreślał ją jeszcze aromat waniliowy. Cierpkość natomiast kojarzyła się z pyłkiem kakao i "taniawą", zbyt mocno paloną kawą (jednak nie był to posmak kawy).

Całość mi nie odpowiadała. Jedynie nuta zakalcowa miała potencjał, ale brak gorzkości i natłok polewowości zawaliły sprawę. I w zasadzie nawet nie była to mocna taniość czy tandeta, które by odpychały, ale to jedna z wielu wad (dałoby się ją znieść, gdyby była jedyną). Tak wysoka słodycz była nie dość, że męcząca przez siłę, to jeszcze wydźwięk miała ciężki. Gdyby tak jednak dodać mu o wiele więcej kakao, gorzkości, mogłoby jeszcze coś z tego wyjść. A tak... tak skąpa ilość kakao w obliczu ogromu cukru wychodzi po prostu tanio, niesatysfakcjonująco. To było takie... tłusto kakałkowo-polewowe.
Choć do degustacji wzięłam pasek, przy drugiej kostce tak wiele jej aspektów mnie drażniło, że resztę olałam i prawie całość oddałam ojcu.


ocena: 5/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat

czwartek, 6 października 2022

krem Orzechownia Naturalna Miazga orzechowa o smaku Makowca

Nie lubię ciast w praktyce. Smaki, pomysły niektórych podobają mi się, ale w momencie, gdy nie muszę się do nich zbliżać. Nigdy nie byłam zbyt ciastowa, jednak kiedyś to jeszcze bywały jakieś ciasta, które mogłam zjeść. Na liście był makowiec, który właśnie z założenia ma mnóstwo zalet. Niestety, nigdy w życiu nie jadłam makowca, o którym mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że mi smakował. Zawsze jakieś "ale" (a to za mało masy makowej, a to mak za miękki, a to coś tam). W końcu zainteresowanie straciłam zupełnie. Wizja mojego makowca idealnego nie jest więc konkretna w żaden sposób - to kwestia czysto wyobrażeniowa. Trafiwszy na obiekt dzisiejszej recenzji, nabrałam na niego ochotę. Przypomniały mi się lody Grycan makowe (2015) sprzed lat i to, że przyjemnie mi było coś makowego łyżeczkować. Jako że obecnie kremami orzechowymi zastąpiłam sobie lody, ten widział się jako "obecna alternatywa". To w zasadzie ten wariant skłonił mnie do kupna past Orzechowni (uznałam, że nie opłaca się zamawiać jednej, więc wybrałam jeszcze dwie).

Orzechownia Naturalna Miazga Orzechowa o Smaku Makowca to "naturalna miazga orzechowa o smaku makowca", zrobiona na bazie orzeszków ziemnych, migdałów i daktyli z makiem, pomarańczą i wanilią.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika poczułam intensywny zapach soczystej, skórkowo-olejkowatej pomarańczy, która ewidentnie dominowała. Była słodkawa, acz specyficznie cierpko-goryczkowata. Zaraz za nią pojawiły się mocno prażone orzeszki ziemne, a w tle rozeszły się niemal mleczno-maślane, subtelne migdały. Kryło się w nich, jak i w całym splocie, trochę drożdżowości (możliwe, że także mak miał w tym swój udział), przywodzącej na myśl jasny, drożdżowy keks z bakaliami. Te, jako suszone, słodko-soczyste owoce, też czuć. Daktyli jako ich samych nie, ale słodyczy temu odmówić nie mogę. Była wysoka, w trakcie jedzenia wydawała mi się złudnie miodowa, w porywach cukrowo-pudrowa.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo malutko jakby rozrzedzonego wodą oleju, z czego jakieś niecałe pół łyżki zlałam, a drugie tyle wymieszałam.
Wymieszanie nie było zadaniem łatwym, zrobiłam to w końcu średnio dokładnie. Masa była bowiem bardzo gęsta i zwarto-zbita. Plaskała i zachowywała się jak mokro-miękkie ciasto. W zasadzie można było ją w większości wyjąć ze słoika i zachowywała kształt. Nie była tłusta, wyglądała na właśnie wilgotno-nasączoną, miejscami bardziej na suchą. W trakcie mieszania, tam, gdzie była suchsza, wystarczyło przeciągnięcie łyżeczką, by natychmiast nasiąkała wilgotniejszą częścią (co uważam za plus). Dzięki temu mimo, że mieszanie tego to koszmar, dało się ją "ponasączać" tam, gdzie trzeba. Ogólnie zachowywała się trochę jak mieszanka papkowatego ciasta i wilgotnych, soczystych daktyli. Pełno w niej kuleczek, drobinek: maku przede wszystkim, ale także orzechów i migdałów. Te wystąpiły pod postacią mnóstwa drobinek. To posiekana drobnica na tyle istotna, by cały czas ją gryźć, ale na tyle mikroskopijna, że kawałkami tego nie nazwę. Epizodycznie trafiały się też ich skórki. Skórki pomarańczy w większości zmielono niemal zupełnie (ostały się pojedyncze drobinki wielkości porównywalnej do maku). Zjadłam połowę, a trafiłam na dosłownie 4-5 istotniejszych-większych, acz nie większych niż 0,5 cm.
Pasta gęsto zalepiała usta natychmiast. Dosłownie sklejała, pokrywała zęby zupełnie. Aż trochę przytykała, chwilami wydawała się ciężkawa. Mimo to, nie była bardzo tłusta. Zaraz zaczynała rozpływać się na gęsto-ciastową papkę niczym świeże daktyle, acz nieco zagęszczone w masłoorzechowym stylu. Konsystencja ciasta zrobionego na bazie daktyli - to było to. Oleistość, czy w ogóle wyższa tłustość w trakcie jedzenia ukryła się zupełnie. Była za to soczystość zmieszana z wodnistością. Po paru sekundach, masa nagle wodniście rzedła i znikała, pozostawiając drobincę.
Wyszło to jak mocno nasączone ciasto. Miejscami, zwłaszcza bliżej dna, było to zwięzło-zwarte i zbite, bardziej suchawe, co o dziwo też nie wyszło źle. Po prostu jak twardsze i suchsze ciasto-baton. Taki nieco rozlazły raw bar. Cały czas czuć mnóstwo drobinek, kuleczek i aż trudno się powstrzymać przed podgryzaniem ich i ciamkaniem. Właśnie stąd skojarzenie z raw barem - to pasta do gryzienia. Przede wszystkim trafiłam w niej na zatrzęsienie surowo-strzelającego maku. Do tego dość twarde kawałeczki orzechów i migdałów, które też w strzelanie, chrupkość się wpisały. Chwilami kojarzyły mi się z pesteczkami fig (pewnie też ze względu na smak, zapach). Kilka skórek pomarańczy było miękkawo-lepkich, jędrnych, pod względem konsystencji w całości niewyróżniających się specjalnie.
Nie wyobrażam sobie rozsmarowania tego na czymkolwiek, a do łyżeczkowania to jakoś tam przeszło - w końcu ciasta też łyżeczką / widelczykiem się jada. Taka konsystencja kremu / pasty jednak i tak średnio do mnie przemawia. Ciastowy raw bar w słoiku - nie dla mnie, ale też chyba nie do jednoznacznej krytyki.

W smaku pierwsze pojawiły się czyste, delikatne fistaszki i migdały, przy czym zaraz te drugie wybiły się nieco na przód. Wydawały się niemal neutralne, może z leciusim, gorzkawym echem. Pomyślałam o surowych albo prażonych minimalnie, ze skórkami. Zaraz jednak wyprzedziły je fistaszki wyraźnie mocno prażone.

Szybko swoją obecność zgłosiła także pomarańcza. Wniosła soczystą słodycz (zaprosiła też nie tylko swoją słodycz), zrobiła jedynie aluzję do kwasku. Pomarańcza też wpisała się w lekką gorzkawość jako nuta olejkowo-skórkowa. Pobrzmiewała cały czas, epizodycznie nasilając się i słabnąć. Chwilami rozpychała się na pierwszym planie.

Z czasem zabłysła wyrazistsza słodycz, ta zaproszona przez pomarańczę. W niej jednak już mniej soczystości. Wyszła bardziej ciastowo-karmelowo-miodowo. Pomyślałam o jasnym, drożdżowo-maślanym, może mlecznym cieście. Tu zdecydowanie pomogły delikatniusie (właśnie jakby maślano-mleczne) migdały. Pobrzmiewało wanilią, a chwilami wyraźnie zasładzająco-mulącymi daktylami. Te raz czy dwa zagościły na pierwszym planie, niemal dominując. Łatwo o skojarzenie ze słodkim keksem drożdżowym z mnóstwem bakalii (różnych). 

Także pomarańcza wpisała się w wizję ciasta, nasączając je. Chwilami, gdy była mocniej wyczuwalna, odnotowywałam przy niej pudrową słodycz jakby cukru pudru. To też nakręciło ciastowość, ale również negatywny aspekt słodyczy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach denerwowała. Nie przy każdym zagarnięciu łyżeczką w tym samym stopniu, ale jednak całościowo znacząco. Pod wpływem przemieszania wanilii z daktylami, robiła aluzje do aż drapiącego miodu.

Fistaszki w końcu niemal zupełnie zagłuszyły migdały, jednak i one nie dominowały. Stały za słodyczą i pomarańczą. Choć od początku wyczuwalne, tym razem zagrały mocno prażoną nutą. Raz czy dwa miałam wrażenie, że istotniejszy od samego smaku, jest w nich właśnie aspekt prażenia. Ten przemieszał się z goryczką maku, która dopiero wyłaniała się. Po tym tupnięciu orzechów bowiem, w słodko-pomarańczowej kompozycji znalazło się miejsce dla maku. Trochę słodko-goryczkowatego smaku wnosił nawet nie podgryzany, ale oczywiście mak wystrzeliwał na przód właśnie, gdy trafiał pod zęby. Wtedy wskakiwał na pierwszy plan, obok słodyczy i pomarańczy.

Wyobraziłam sobie daktylowego raw bara z makiem i słodko-pomarańczowym wątkiem. Mak wydawał się surowawy i aż po tym wszystkim zaskakująco wyrazisty. Zwalczał słodycz bardzo udanie. Odnotowywałam pewien zaduch... nie zawsze, ale jednak - nie wiem, od czego. Wpisywał się jednak w wizję makowca.
Orzeszki i migdały gryzione niewiele wnosiły, niby kontynuowały swój smak, ale w ciemno nie odgadłabym, jakie to.

Przy ciamkanych, gryzionych na koniec drobinkach zdarzyło się także pomarańczy jeszcze się nasilić. Też cechowała ją słodycz, leciutka soczystość. Robiła aluzje do gorzkawości, ale w zasadzie jej nie uświadczyłam (albo nie czułam przez ogólną słodycz). Jej słodycz wydała mi się przerysowana, kandyzowana ewidentnie - nieprzyjemna więc. Pomarańcza na końcówce przygłuszyła tym samym smak daktyli, zostawiając poczucie zasładzania.

Po zjedzeniu został posmak soczystej, skórkowo-podcukrzonej, jakby likierowej pomarańczy oraz maku. Do tego czułam palenie w język daktylowego pochodzenia i może wątłą, prażoną nutkę - taką jednak jak po jakimś batonie z bliżej nieokreślonymi orzechami. Całość układała się w keks z bakaliami, skórką pomarańczy i makiem. Było zasładzająco-ciastowo słodko i jakoś... nieorzechowo.

Całość w zasadzie wyszła nieźle, ale nie jakoś szczególnie smacznie. Na pewno wolałabym, by była bardziej orzechowa. O ile bowiem "o smaku makowca" udało się świetnie, tak pierwszy człon, czyli "miazga orzechowa" uciekł. Migdały podkreślały ciastowość, fistaszki nikły w prażeniu, ale jedynie - jedne i drugie - pobrzmiewały. Kryły się za zasładzającym, daktylowym ciastem, soczystą, docukrzono-kandyzowaną pomarańczą i makiem. Z wyrazistości ostatniego oczywiście się cieszyłam, właśnie mak był zachwycający, ale jednak... za dużo tu pomarańczowego smaku, a kandyzowanie skórek nie podoba mi się. Duet migdałów i fistaszków byłby przyjemny jako tło pod mak - wolałabym, by ta kompozycja do tego bardziej się ograniczyła. Niestety, po kubkach smakowych biła słodycz. Daktylowość to niby plus, ale jej tu było po prostu za dużo. W dodatku przeszkadzała mi ta pudrowość, słodycz wyczuwalna przy pomarańczy. Ogólnie jej dodali za dużo. Strzelanie maku bardzo mi się podobało, ale kawałko-drobinki orzechów i ich chrupkość już mnie - to jakoś za dużo drobnicy. Nie było to bowiem "miazgowe" (że czuć niedokładne przemielenie pasty, jak lubię), ani też kawałkami orzechów ich nazwać nie mogę. Takie coś pomiędzy. A jednak przerywnik od ciastowości. Ta może dla niektórych będzie plusem, mnie nie porwała. Całość choć nie tłusta, przytykała. 
Ogółem choć nie mam wielkich zarzutów wobec tego kremu, ochów i achów też brak. Brakowało mi tu... orzechów. Obstawiam, że proporcje fistaszków, migdałów i daktyli musiały być bardzo wyrównane. Wolę wyraźniej orzechowe pasty, jestem nieciastowa i nierawbarowa, więc jakoś tam połowę zjadłam, a resztę oddałam Mamie. Najpierw upierała się, że nie umie mi nic powiedzieć o smaku tego kremu, że je, i nie wie, co je, że tylko mak czuje. Potem zaczęła, że smak znajomy, ale nie może go uchwycić. Zaczęła jednak rozwijać myśl;" całość jak jakieś ciasto, ciasto-baton, takie coś do gryzienia. Słodkie, na pewno nie powiedziałabym, że z orzechów, ale widzę, że tam są". Aż w końcu podpowiedziałam i usłyszałam: "Tak! Makowiec! Rzeczywiście, dokładnie taki makowiec, i te warstwy ciasta, bakalie, ale że orzechy to nie". Zjadła łyżeczkując, choć nie lubi takiego sposobu, ale i ona przyznała, że rozsmarowanie tego na czymkolwiek zupełnie jej się nie widzi. Choć makowce lubi, a ciasta uwielbia, to jej nie podeszło. Acz dokończyła, bo "złe też w sumie nie jest, dziwne po prostu".


ocena: 7/10
kupiłam: orzechownia.com
cena: 28 zł za 200 g
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, migdały, daktyle, kandyzowana skórka pomarańczowa, mak, laska
wanilii, naturalny ekstrakt z sycylijskich pomarańczy, naturalny ekstrakt z migdałów

środa, 5 października 2022

Rozsavolgyi Csokolade Chuno Nicaragua - Jinotega 72% ciemna z Nikaragui

Za sprawą Csokolade Mababu Tanzania 75 % przypomniałam sobie o zacnej, węgierskiej marce Rózsavölgyi. Nie zanosiło się jednak, by pojawiła się w Sekretach Czekolady. Nie wiedząc o tym, ojciec przypadkiem trafił w internecie na ich tabliczkę inspirowaną sushi i zaproponował, że mi ją kupi. Zdecydowałam się więc na nieco większe zakupy na stronie producenta, wybierając czyste ciemne (w końcu nie musiałam płacić za przesyłkę). Jedzenie zaczęłam od propozycji, która była potencjalnie najłagodniejsza. Miałam tylko nadzieję, że nie np. za łagodna czy nudna.
Kakao, z którego robione są te tabliczki, rośnie w mglistych górach na północy kraju, a zostało nazwane po jednym z pierwszych jego hodowców. Farmy zajmują mniej niż 3,5 hektarów, a ziarna z nich potem siedzą sobie w drewnianych skrzyniach.

Rózsavölgyi Csokoládé Chuno Nicaragua - Jinotega 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Acriollado Chuno z Nikaragui, z okolic miasta Jinotega.

Po otwarciu zapach wydał mi się aż smutno delikatny (może to kwestia zapakowania w papier?). Jednoznacznie skojarzył się jednak z suchymi, jesiennymi liśćmi. Nasilił się dopiero po krótkiej chwili. Patrzyłam w wyobraźni na mnóstwo bukietów suszonych liści, do których dołączył drobny wątek orzechów i papieru... ten był chwilami średnio przyjemny, a chwilami cudnie przypominający nowe książki. Słodycz od razu startowała z dość wysokiego poziomu, dając się poznać jako pudrowa. To w dużej mierze także syrop malinowy, za którym znalazły się czerwone porzeczki i inne czerwone, ale na pewno już słodkie (syropowo?) owoce. Do tego trochę delikatnych, słodkich moreli... suszonych, ale i trochę kwaskawo-świeższych?

Czekolada koloru ciemnej śmietankowej w dotyku wydawała się pyliście kremowa. Okazała się średnio twarda i średnio trzaskająca, acz przy odgryzaniu kęsa jawiła się już jako twardsza i niewątpliwie masywna. A przy tym nieco pyliście krucha.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, zaskakująco miękko. Mimo że kremowo, to jednocześnie pyliście jak jakiś nietłusty, a właśnie niemal proszkowy budyń. Znikała dość wodniście, ale nie bardzo rzadko. Jakaś tam masywność się utrzymywała.

W smaku najpierw rozeszła się spokojna, ale wyrazista słodycz. Pomyślałam o waniliowo-malinowym pudrze. Wanilia zahaczyła o suchość liści, trochę jakby cukier waniliowy z torebki, ale w droższym i szlachetniejszym wydaniu.

Maliny popłynęły jako słodki syrop malinowy. Odnotowałam w nim lekko miodowy aspekt, acz ten wiązał się z wanilią i cukrem pudrem. Słodycz rosła bez kompromisów, jednak po chwili dołączyły do niej przebłyski kwasku.

Wraz z nią na szczęście także soczystość. Drobna, należąca do delikatnych, miękkich i jaśniutkich suszonym moreli. Chwilami próbowały przebić się czerwone porzeczki (acz też może bardziej syrop porzeczkowy?), kierując myśli ku morelom świeżo-surowym, ale na długo nie zagościły. Morele zaprosiły więcej suszonych owoców, w tym daktyli. Daktyle przedstawiły się jako nieco charakterniejsze, pomyślałam o najmniej słodkiej odmianie Daglet Noir, może w wersji między suszonymi, a świeżymi, bo soczystymi. 

Za daktylami pojawiła się drobna gorzkość. Dopieściła wątek liści, obecny niemal od początku. Gorzkość liści, suchych jesiennych bukietów z nich zrobionych, nasiliła się mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Wyszła niemal na przód, gdzie splatała się ze słodyczą daktyli, aż zaznaczającą wówczas swoją obecność w gardle. Oddawała jesienne drzewa i nieśmiałe, niejednoznaczne orzechy. Raz po raz wyłapywałam nawet odrobinkę jakby nasączono-soczystego słodu.

W tle rozlała się śmietankowa nutka, która poniekąd wciągnęła w siebie część pudrowości. Pomyślałam o lodach robionych niemal domowo, z malutkiej np. rodzinnej lodziarni. Znów myśl o pudrowej wanilii, acz bardziej w przyprawowym tonie. Wyobraziłam sobie jej laski, ziarenka, co wiązało się z ciepłym klimatem oraz jakiś dżem morelowy z imbirem i wanilią. Dołożył się do drapania w gardle, wywołanego jakby soczystymi daktylami. To chyba też inne, właśnie słodko-ciepłe przyprawy, acz w ilości minimalnej. Wyciągnęły z oddali wątek książek - już nie takich nowych, a bardziej starych i związanych z suszonymi liśćmi.

Choć przez większość czasu słodkie, czerwone i syropowe owoce rozchodziły się jakby niezależnie, pomykając na tyłach suszonych tonów, pod koniec nieco się zmieszały. Czułam syrop malinowy, jakby mieszający się nieco opornie z... orzechowym pyłkiem? Pomyślałam o pudrowo słodkich orzechowych lodach z sosem malinowym. Malinowy syrop i morele na koniec pokusiły się o lekki kwasek. Morele wyszły z tonów suszonych, pokazując swą świeższą, soczystszą twarz dosłownie na parę sekund. Potem niemal zupełnie zniknęły w śmietankowo-liściowej toni.

Po zjedzeniu czułam posmak jakby słodkich, suszonych liści, wanilii i motyw suszonych owoców niemal miodowych (w tym daktyli), ale ewidentnie soczystych. Po zjedzeniu liście nie były już tylko bukietami, ale przypomniały też o drzewach. Całość była jednak jakby zamknięta w kompozycji śmietankowej (nie ciemnoczekoladowej), jakby to były lody śmietankowe.

Czekolada smakowała mi, choć była bardzo delikatna - miała charakter ciemnej śmietankowej. Pudrowa słodycz na szczęście wiązała się z motywem książek i liści, jednak i tak mi jej nieco za dużo było. Owoce wystąpiły tylko jako "na słodko", a więc malinowy syrop i suszone (daktyle, trochę moreli), acz ogólnie czułam ich nie tak znowu wiele. Nieśmiałe orzechy, lody - wszystko to delikatne, sielankowe. Niczym ciepła, wczesna jesień lub pierwsze letnie dni.
Również miodowa, orzechowa i śmietankowa była Manufaktura Czekolady Chuno Nikaragua 70%, jednak w niej doszukałam się też przypraw, a nie tylko ciepła. Nie smakowała liśćmi i słodyczą, a słodkimi kwiatami. Była bardziej gorzka, trochę kawowa, więc i bardziej mi smakowała. 
Mleczny, orzechowy, z przyprawami, czerwonymi owocami (wiśnie, grejpfrut) i suszonymi (raczej "miodowe figi" niż morele i daktyle) był A. Morin Nicaragua Chuno Noir 70%, acz ten w ogóle był głębszy, soczystszy i zachwycający.
W dzisiaj opisywanej czuć specyfikę regionu, acz przy tak słodkim wydźwięku wydała mi się nieco zbyt delikatna, subtelna.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 2450 HUF, czyli ok. 32 zł (za 70g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 4 października 2022

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Remy Martin ciemna 45 % z nadzieniem karmelowo-śmietankowym z koniakiem Remy Martin

W zasadzie trudno mi powiedzieć, dlaczego skusiłam się na te tabliczki (z tej serii mam jeszcze jedną). Nadziewane, alkoholowe przeszły mi - to wiem. Tu niby płacił ojciec podczas wspólnych zakupów w Auchanie, ale i tak. Po co mi one? Markę Anthon Berg uważam za niezłą, ale nic alkoholowego ich nie jadłam. A to chyba właśnie bardziej w alkoholowych propozycjach się specjalizują? Z internetu kojarzyłam jakieś czekoladki-buteleczki. Sama nie wiem, koniec końców. Czyżbym nie chciała pozostać w tyle z tym, co pojawia się na rynku? Nie... Dziwne to, ale w końcu stanęłam przed perspektywą otwarcia.

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Rémy Martin to ciemna czekolada o zawartości 45 % kakao z nadzieniem karmelowo-śmietankowym z koniakiem Remy Martin.

Po otwarciu poczułam mocno alkoholowo-śmietankowy zapach karmelo-toffi z dość wyraźnym, palono-gorzkawym tłem. Całość cechowała cukrowość, ale z racji dosadnego alkoholu, nie odpychała. Czuć lekką cierpkawość, truflowość. Po przełamaniu, podziale kostek nasilił się śmietankowo-karmelowy, słodki, aż sztucznawy wątek. Wprowadził już lekką taniość.

W dotyku tabliczka wydała mi się średnio masywna, tłustawo-polewowa. Mimo grubości, miała w sobie coś z delikatności.
Przy łamaniu gruba czekolada trzaskała, pękając. Okazało się, iż skrywała sporo niezbyt gęstawego nadzienia. Z przegryzionej kostki wylewało się powoli, może nie zupełnie, ale denerwująco (a wielkie kostki nie zachęcają, by pchać całą do ust - jedną tak zjadłam i choć było to niekomfortowe, to chyba to wbrew pozorom najlepsza opcja, zapewniająca spójność całości i czystą degustację). Jakoś tam się kostki trzymało. Było lepkie, ale nie ciągnęło się.
W ustach sama czekolada rozpływała się powoli, w miarę ochoczo. Była minimalnie, jakby prawie złudnie pyliście-proszkowa, tłusto-mazista, nieco polewowo-czekoladkowa, ale całkiem w porządku. Gęstniała, oblepiała usta, by dość szybko wycisnęło, wyległo spod niej nadzienie. W ustach dało się poznać jako rzadkie (jak gęstawy sos do lodów?). Ilościowo ciężkawa czekolada zdawała się nieco je przytłaczać.
Wnętrze to minimalnie gęstawy, ale rzednąco rozpuszczający się śliskawo-gładki krem o półpłynnej konsystencji. Przypominał bardziej tłustawe i klejące zagęszczone mleko. Znikał szybciej od czekolady.
Czekolada na sam koniec wydała mi się niestety bardziej plastikowa, ulepkowata.

W smaku sama czekolada uderzyła słodyczą cukrową, może lekko "waniliowatą". Na pewno szybko zdecydowała się na maślaność. Miała także likierowo-truflowe, karmelkowo-alkoholowe echo (nawet spróbowana osobno) - obstawiam, że przesiąkła nadzieniem (acz nie wykluczam, że to aromat). Przytoczyła w tym lekką, ledwo uchwytną goryczkę, cierpkość o palonym charakterze, kojarząc się z kawą.

Nadzienie szybko dało o sobie znać jako mocno słodki alkohol. Płynął ze sztucznie słodkiej, cukierkowo-karmelkowej toni. Doszedł do tego mleczno-maślany smak leciuteńko palonego karmelu... wręcz toffi. Podkręconego procentami o soczystym echu. Odnotowałam lekką soczystość "rodzynkowato-winogronowatą", podsycającą niestety sztuczność (powiedziałabym, że syrop glukozowy czuć wyraźnie). Koniak przyszedł mi do głowy, był mocny i na pewno nie chamski. Gdy nadzienie porządnie wyległo spod czekolady, nieco zapiekło w język i zdecydowało się na śmietankową, coraz bardziej tanio karmelkowo-toffi słodycz. W sztuczność wpisał się też właśnie tłuszczowo-kiepski motyw. Nie pasowało to do cały czas wyczuwalnego alkoholu. Wszystko to ani przez moment nie wyszło przed czekoladę, a jedynie zrównało się z nią.

Gardło zostało rozgrzane już w połowie rozpływania się kęsa głównie cukrem i słodyczą osobliwie sztuczną. Alkohol nie zdominował reszty, a tylko dołączył do niej, więc kolejne fali mazi spływającej do niego, rozgrzewanie to rozszerzyły na alkohowość. Całość, kiedy nadzienie przemieszało się porządnie z lekko kawową czekoladą, skojarzyła mi się z "irish coffee" (kawą z alkoholem i śmietanką po prostu).

Sama czekolada po tym wszystkim wydała mi się bardziej maślano-rozmyta. Wciąż za to intensywnie i irytująco cukrowa, mimo że z cierpkawym echem.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego, cukrowo-słodziaśnego, śmietankowego toffi oraz mocnego alkoholu, pewna niesprecyzowana soczystość i wątek cukrowo-maślanej czekolady. Niby ciemnej, ale słabo. Kojarzyła mi się z kawą z dużą ilością śmietanki, ale właśnie też całkiem niezłym koniakiem. Czułam się jakaś zaklejona słodyczą.

Całość uważam za średnio dobrze zrobioną nadziewaną czekoladę z alkoholem. Gruba, trzaskająco-skorupkowa warstwa czekolady przytłaczała nadzienie, do jedzenia było to problematyczne. Ciężka czekolada niezbyt pasowała do takiego kremu. Gęsty krem nie wylewał się w sekundę, ale jednak i... mam ogromne zastrzeżenia co do jego jakości. Karmelowa toffiowatość przesłodziła kompozycję. Było w tym przez to coś z Pawełka Toffi, ale w ciemnoczekoladowej wersji, z alkoholem nieco lepszym. Co jednak z tego, skoro słodycz zawaliła sprawę. Śmietankowość całości zaskoczyła. Wydaje mi się, że przez to sam koniak stracił. Lindt Cognac zdecydowanie wygrał jakością, "szkiełkiem" i... mimo wszystko wyszedł mniej zasładzająco-odpychająco. W Bergu bowiem i sama czekolada, choć ciemna, to do tego zasładzania się dołożyła. Niestety, to zasładzanie najgorszego typu, bo syropu. Takie dość... czekoladkowe to. Niby coś lepszego, a jednak na taniej bazie.
Po dwóch i kawałku (rozwalonej do zdjęcia) kostkach nie miałam ochoty na więcej. Słodkie i takie jakieś "krzykliwe". Utwierdziłam się - choć doprawdy, nie wiem, po co wciąż mi te utwierdzanie się potrzebne - że mnie to już nie kręci. I po prostu chyba koniaku nie lubię (inaczej: samego w sobie na pewno nie lubię, a w czekoladach...?). Nie dla mnie takie niewygodne do jedzenia zacukrzacze. Gdy jednak pomyślę ogólnie o nadziewanych alkoholowych czekoladach z jakimi miałam do czynienia, trudno się jej jakoś szczególnie czepiać.
Mama zjadła kostkę i powiedziała: "to nadzienie bardzo smaczne, kojarzyło mi się trochę z Pawełkiem, ale taki dobry alkohol czuć, za to ta czekolada zupełnie nie; ciemna, a cukrowa, a w dodatku za dużo jej w stosunku do tego nadzienia. Już byłabym gotowa jakoś tylko je powyjadać, ale za leniwa jestem, więc reszty po prostu nie chcę." Pół żartem, pół serio dodała, że jak jej to nadzienie powybieram łyżeczką, to z ochotą zje, ale podpowiedziałam, że przy tym składzie nie warto, więc reszta trafiła do ojca.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: 12,99 zł (za 90g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 476 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, mleko skondensowane, tłuszcz roślinny w nadzieniu (palmowy, shea), koniak 1,3% (Remy Martin), stabilizator (syrop sorbitolowy), lecytyna sojowa, naturalny aromat, sól, syrop, zagęszczacz (pektyna)

poniedziałek, 3 października 2022

Zotter Squaring the Circle 75% Dark Choco with Date Sugar ciemna z cukrem daktylowym

Choć przy kupowaniu przez internet najzwyczajniej opłaca się wybierać więcej przy jednej przesyłce (bo komu opłacałoby się pakować, wysyłać jedną małą tabliczkę?), to jednak zawsze występuje problem, że można się władować w kilka kiepścizn. Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar nie zachwycił mnie - słodycz daktyli bez ich intensywnego smaku nie wydaje mi się fajna. Crema Cashew utwierdził mnie w dodatku, że cukier z daktyli sprawia, iż produkt się po prostu nie rozpuszcza (albo robi to bardzo niechętnie). Niestety, to właśnie razem z nim przybyła do mnie dziś opisywana czekolada. Zastanawiam się sama, czy gdyby nie to, ominęłabym ją, czy i tak spróbowała, łudząc się, że 75% kakao da radę? Biorąc pod uwagę, że pochodzi z nielubianej przeze mnie linii autorstwa córki Zottera (Julii), sama nie wiem. Wspomniana mleczna Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar nie chwyciła mnie, podobnie jak i klonowe (ciemna 70% czy nerkowcowa "mleczna").

Zotter Squaring the Circle 75% Dark Choco with Date Sugar / Quadratur des Kreises 75 % Dunkle Schoko mit Dattelzucker Vegan to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao; słodzona cukrem zrobionym ze zmielonych daktyli.

Po otwarciu uderzył mnie zaskakująco wyrazisty zapach daktyli. Jakbym to paczkę suszonych, twardszych sztuk otworzyła. Ich słodycz mieszała się z charakterną melasą i palonym karmelem. Do tego doszło dymne tło, serwujące sporo gorzkości. Zaplątały się w nim orzechy, może... masa makowa ze słodkimi suszonymi owocami (nie tylko daktylami, ale też suszonymi morelami i figami) oraz orzechami. Włoskimi? Całość, choć dość poważna, zaskoczyła mnie wysoką słodyczą.

W dotyku tabliczka wydała mi się twarda, ale jednocześnie kremowa i udająca lepkawą, choć to w zasadzie to nie pierwsze, co przyszło mi do głowy po otwarciu. Otóż przybyła do mnie zupełnie połamana. O specjalnym łamaniu nie było więc mowy (a ja miałam czekoladowe puzzle, bo chciałam ładne zdjęcia), ale tam, gdzie dane mi było ją przełamać czy gdy odgryzałam kęsa, okazało się, że była zwyczajnie twardawa. Wydawała lekkie trzasko-pyknięcia.
W ustach dość długo utrzymywała kształt, jednak twardawość porzucała prędko. Rozpuszczała się z łatwością. Dała się poznać jako kremowo-gładka, niemal śmietankowa. A mimo że lepkawa, to przypominająca trochę lód (jak na lód topiący się powoli, ale jak na ciemną czekoladę zwyczajnie). Z czasem jednak lekko popuszczała swej nie za gęstej mazi, wykazując minimalną soczystość.
Wysuszała na koniec.

W smaku uderzyła słodyczą cukro-karmelu. Przez sekundę mignął mi czysty cukier, ale zaraz jakby podpalił się na ciemny karmel, a już po chwili po ustach rozlał się daktylo-miód. Potem już po prostu daktyle. Nagle wydały mi się niezwykle jednoznaczne, na dobre rozgościły się na pierwszym planie. Wszelkie skojarzenia z cukrem zaskoczyły na tor owocowy. Wyobraziłam sobie suszone, naturalnie scukrzone owoce, głównie figi.

Prędko swoją obecność zgłosiła także gorzkość. Należała do gęstego, aż ciężkawego dymu. Pomyślałam o jego kłębach, niosących pikanterię i ziemistość. To jak słodkawe i ostre w korzenny sposób kadzidełka, a także z czasem coraz więcej ziemi. Ziemi czarnej, brudnawo-ostrej. Wydała mi się chłodna.

W tym czasie słodycz nie próżnowała. Zbudowała obraz miodowej masy przede wszystkim z ogromem słodkich, charakternych daktyli. Myślę tu o jakiejś głębszej smakowo odmianie, np. Daglet Noir (różne porównywałam na instagramie). One same w sobie zawierają jakby nutę czekolady i tu, mniej więcej jakoś w połowie rozpływania się kęsa, jawiło się to jako czeko-daktyle lub daktylolada (wymyślam te dziwo-twory). Daktyle lawirowały między suszonymi daktylami suchego, twardszego typu, a zupełnie świeżymi, zmieszanymi z soczystością innych owoców suszonych (ale soczystych!). Soczyste, miękkie suszone morele, a przy nich słodkie, acz z namiastką kwasku suszone figi, które przybrały brązowy kolor ("klasy B", bo są źle ususzone / niedosuszone, acz ja lubię takie).

Mimo że daktyle dowodziły, z czasem z czarnej ziemi i ciężkiego dymu wyłonił się mak. Zasugerował on rozchodzącej się masie konkretnie miodową masę makową, z makiem goryczkowatym, a także mnóstwem orzechów włoskich.

Na moment orzechy włoskie niemal zrównały się z daktylami. Wspierała je ziemia i dym, dzięki czemu nieco złagodziły słodycz. Chociaż... chwilami same w sobie fundowały trochę orzechowej słodkawości i... pieczoności?

Pieczono-ciepłe, pikantne tony po konkretnym przemieszaniu się ze słodyczą zaobfitowały w ostre ciastka korzenno-melasowe. Czuć paloność, sporo ciepłych, grzejących w gardle przypraw. Na języku zaznaczyły się jako lekkie pieczenie, czemu wtórowała daktylowa słodycz. Ciastka te owoców nie zawierały - musiały to być jednak ciastka z orzechami. Daktylowość starała się trzymać obok.

A jednak orzechy włoskie w pewien sposób łączyły i ciastka korzenne (a raczej ich zimowy wydźwięk), i ziemiste wątki, i masę z owocami suszonymi. Tam i pod koniec daktyle dominowały. Znów wyłapałam też suszone morele oraz pewną rześkość i minimalny kwasek soczystych owoców (jakby masę próbowano przełamać odrobinką soku z cytryny?).

Soczystawe, suszone owoce pod koniec złagodniały z tym wszystkim niemal do kwiatowych realiów. Kadzidełka zaserwowały jakąś ostrawo-kwiatową kompozycję, a przed oczami stanął mi daktylowy biszkopt. Może tort Dacquoise (nigdy nie jadłam, to wyobrażenie; podążając googlowym tropem: Dacquoise - dakłas - to tort bezowy z daktylami, orzechami włoskimi i kremem na bazie sera mascarpone, bitej śmietanki i masy krówkowej; dokładniej dwa bezowe płaty przełożone tym wszystkim). Pod koniec pod kwiatami znów odnalazł się jakby owocowy cukier albo coś nieco ostro-słodzikowego, więc może nawet jakaś owocowa beza albo zdrowa alternatywa bezy... Z walczącym o przetrwanie kwaskiem owoców w oddali.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie jak po daktylach, nawet pewne wysuszenie. Mimo to, nie było tak słodko-słodko. Czułam też wyrazistą goryczkę ziemi i dymu, a także - co ważne - posmak daktyli (a nie tylko ich słodycz) i suszonych owoców niedookreślonych. Nawet orzechy się trochę utrzymały, acz złagodzone kwiatową nutą.

Całość zaskoczyła mnie, jak intensywnie daktylowa była. Do tego nie zatraciła powagi, a więc gorzkości dymu, ziemi. Orzechy włoskie i mak doskonale wpasowały się właśnie do daktyli. Wszelkie korzenno-ostre, miodowo-karmelowo-melasowe skojarzenia tworzyły zgrany bukiet.
Mnie było to co prawda za słodkie (zwłaszcza, gdy wkraczał "owocowy cukier" i skojarzenie na końcu z dacquoisem), ale tak siląc się na obiektywizm, nie była mocno za słodka. Po prostu słodka jak na 75%. Choć po kilku kostkach daktylowa słodycz dawała się we znaki, wszystko było na tyle uzasadnione i głębokie, że spokojnie zjadłam całość (faktycznie się zasładzając konkretnie już na koniec).
Bałam się, jak będzie z rozpływaniem etc., a tu okazała się udanie przypominać przeciętną ciemną.

Ogromna różnica między nią, a wersją mleczną! Chyba nie zaburzone niczym innym daktyle, na kakaowym tle miały większe pole do popisu. W smaku Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar to ogrom słodzideł, a więc karmel, melasa, ciastka, krówki, toffi - mnóstwo wszystkiego. Choć niektóre pojawiały się także w dzisiaj prezentowanej, jej słodycz skupiła się na daktylach. Do tego nie zapomniała o soczyście kwaskawych owocach, wtłaczając je w realia masy z daktylami. Dym i ziemia (które w mlecznej były jedynie nutkami), cudnie się wyeksponowały. I w zasadzie to właśnie w tej ciemnej był błogo śmietankowy element.
To w takim razie świetnie zrobiona daktylowa czekolada! Tylko że biorąc pod uwagę tę słodycz... może zasadniej byłoby podnieść w niej miazgę kakaową do aż 80%?


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 17,90 zł (za 70 g; cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier daktylowy 25%, tłuszcz kokosowy

niedziela, 2 października 2022

(Cukry Nyskie) Auchan Petit Beurre Herbatniki Blacky

Żałuję, że te ciastka trafiły do mnie dopiero, gdy już ciastka stały się idealnym przedstawicielem produktów nie w moim typie. Kiedy w Polsce pojawiły się Oreo, marzyłam o tym, by pojawiły się jako same herbatniki, bez kremu. Przed blogiem zdarzało mi się jadać Oreo albo z mlekiem, zagłuszającym krem, albo... wywalając krem łyżeczką na talerzyk. Ten (krem, nie talerzyk) potem z ochotą zjadała Mama, bo jej smakował, natomiast herbatniki nie. Nigdy jednak Oreo często u nas nie gościły. Ojciec jakoś akurat zapamiętał albo (co jest bardziej prawdopodobne), uznał "czarne herbatniki" za dziwne, a wiedząc, że lubię kolor czarny i według niego "dziwne jedzenie"... Przywiózł mi je. Widząc wahanie, dodał, że zawsze mogę spróbować i z powrotem mu oddać, bo chce jakiś spód do ciasta z nich zrobić. Uznałam więc, że warto zobaczyć, jak to z nimi.


Auchan Petit Beurre Herbatniki Blacky to maślane "herbatniki czarne" kakaowe, produkowane przez Cukry Nyskie dla Auchan.

Ciastka pachniały całkiem wyraziście średnio wypieczonym i zaskakująco słodziutkim herbatnikiem z lekką naleciałością goryczkowatej palonej nuty (już prawie spalenizny nieokreślonego pochodzenia, acz w pozytywnym sensie). Słodycz wydała mi się cukrowa, nieco wręcz uroczo-waniliowa i... zaskakująco czekoladowo-kawowa w ciastowym kontekście. Kakao z kolei było podejrzanie ukryte w tym wszystkim.

Wyjęte z paczki herbatniki nie kruszyły i nie osypywały, ale wydały mi się lekko pyliste. Już w dotyku zdradziły, że nie są suche jak pustynia. Wydawały się ciężkawe, zwarte i masywne. Łamane chrupały, trzaskały i dopiero się kruszyły.
Choć gryzione w pierwszej chwili były się dość twarde i chrupiące w świeży sposób, zaraz okazały się lekkie i, choć nie zupełnie puste w środku, to nietwarde, a papuciejące jak ciasto. W ogóle w ustach bardzo szybko rozpływały się. Zaskoczyły lekkością, ich wnętrze szybko nasiąkało. Robiły to gęstawo, zmieniając się w zawiesinowo-ciastową papkę. Nie zalepiały przy tym zębów. Okazały się lekko tłustawe, ale też minimalnie pyliście kakaowe. Nie były ani specjalnie gęste, ani puste. Nie zostawały w zębach, wiec zapewniły degustację raczej czystą i szybką.
Maczane w mleku nasiąkały nim z łatwością i nie rozpadały się, ani nie zanieczyszczały go przesadnie.

W smaku nad wszystkim rozłożyło parasol leciutkie, minimalnie goryczkowate kakao... czy raczej delikatne "kakałko". Wtórowała mu palona nuta, jednak wydało mi się... jakieś ulotne, uciekające.

Pod nią zabrzmiała nieprzesadzona, ale zaskakująco wysoka słodycz. Miała cukrowo-waniliowy (czy raczej "waniliowaty") charakter i wpisywała się w typowo herbatnikowy smak. To wyszło aż uroczo ciasteczkowo, co biorąc pod uwagę kolor było dziwne. Cukrowość szybko się rozkręciła.

Łagodność z czasem trochę się zreflektowała i zmieszała z kakao. Choć wciąż nie czułam wyraźnie kakaowego smaku. Zrobiło się gorzkawo, z paloności wyłoniła się namiastka... spalenizny? W trakcie degustacji nagle zaleciało mi węglem, ale potem straciłam pewność. Na pewno bardziej niż kakaowo, wyszło czekoladowo.

Mniej więcej w połowie czy to gryzienia, czy rozpuszczania kęsa, odnotowałam pewną tłuszczowość w tle - jakby masło-margarynę. Pilnowało to, by nie można było mówić o goryczce czy gorzkości. Margarynowa nuta za bardzo mi się narzucała, tym bardziej że mieszała się z wysoką słodyczą.
Ta nie wzrosła drastycznie, acz ośmieliła się. Podłapała te tłustsze nuty i gorzkawość, po czym splotła je w obraz nieco przypalonego, budżetowego ciasta czekoladowego... Może nawet czekoladowo-kawowego? Z nutą słodkiego, sztucznego aromatu.

Po zjedzeniu został trochę sztucznawy posmak, wpisany w ciastowo-słodki, margarynowy klimat. Goryczka i cierpkość były znikome, a całość wyszła zaskakująco uroczo. Herbatnikowo-ciastowo... czekoladowo, tak charakterniej, ale tanio.

Spróbowałam z mlekiem, jak to się np. Oreo zaleca jeść. Muszę przyznać, że zaskakująco przyjemnie to wyszło - to chyba najlepsza opcja na te ciastka. Nawet lepiej niż z herbatą, bo mleko chyba jeszcze podkreśliło tę kakaowo-spaleniznowatą cierpkość, goryczkę. Właśnie po zanurzeniu w mleku można już o pewnej kakaowo-przypalonej goryczce mówić. Herbata natomiast poniekąd jakby ją wchłonęła. Z nią wyszły "przeciętniej ciastowo-czekoladowo".

Ciastka uważam za zaskakująco niezłe, choć przeciętne. Nie brak im gorzkawości zadziwiająco czekoladowej (za nic nie podejrzewałabym, że wywołają skojarzenie z ciastem czekoladowym bardziej niż po prostu przytoczą smak kakao), acz jak dla mnie i tak była za niska. Nie obraziłabym się, by po prostu były dosadniej, mocniej kakaowe. Przesłodzono je jednak - i to w sposób, który tu zupełnie nie pasował. Chrupiąco-świeże, rozpływające się - w zależności od tego, jak się je jadło. Jakościowo jak na takie ciastka też w sumie bardzo poprawne. Margarynowość mi przeszkadzała, ale niestety to chyba cecha typowa herbatnikowych ciastek.
Gdy wczytałam się w skład - z goryczą pomyślałam, że no tak, po co czarne ciastka robić mocno kakaowe, jak można to węglem zapchać... I czuć to w smaku.
W sumie mogę je z czystym sumieniem polecić osobom szukającym ciemnych herbatników, ale raczej nie szukającym "czystych Oreo". Były bardziej słodko-herbatnikowe od Oreo. Strukturę miały zupełnie inną. W sumie z ciastek już nie czerpię przyjemności, ale dobrze wiedzieć, że jeszcze i ciastka zdarzają się całkiem spoko i w miarę ciekawe. Dziwi mnie jednak nieustannie, że nikt nie wpadnie na to, by jednak zrobić niepodważalnie oreowate bez kremu.
Mama też spróbowała i w niej też większych emocji nie wzbudziły. Podsumowała: "takie łagodne, zwyczajne, bezpłciowe; mnie to tylko ten kolor aż odstrasza, ale właśnie rozumiem, że jak ktoś chce porządnie kakaowe, to się zdziwi, bo zupełnie takie nie są". Połączyłyśmy się w nierozumieniu, po co robić niby takie aż czarno kakaowe ciastka, żałując kakao... A herbatniki trafiły do ojca.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: 2,50 zł (za 200g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 436 kcal / 100 g; 1 ciastko (ok. 5,4g - 24 kcal)
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy z upraw zrównoważonych, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 6,3%, syrop cukru inwertowanego, demineralizowana serwatka w proszku, serwatka w proszku, substancje spulchniające: (węglany amonu, węglany sodu, difosforany, pirosiarczyn sodu), sól, lecytyna sojowa, barwnik: węgiel roślinny; aromat

sobota, 1 października 2022

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Przyszło mi do głowy, że zaraz po Domori Fondente Criollo 90 %, a także po poznaniu Aruntam 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional przyszedł doskonały moment, by sięgnąć po nieco lżejszą koleżankę tej drugiej, czyli właśnie 90%. To, że 10% czasem oznacza nieskończenie wiele różnic wiem nie od dziś, ale... jakie tym razem? Co prawda posłodzono ją cukrem kokosowym (choć to twór teoretycznie zacny, nie używam go - jak i żadnego innego słodzidła - a także uważam, że lepiej niż do czekolad, nadaje się do innych rzeczy), który wiele wnosi do produktu, do którego się go dodaje, ale wydaje mi się, że na tyle dobrze znam czekolady słodzone trzcinowym i nim, że nie będzie problemem wyłapanie, za czym to on stoi. Od razu jednak pomyślałam, że sam jest tak specyficznie rześki, że chyba dobrali go idealnie do kakao. Ciekawe, czy miałam rację.

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru, z plantacji Esmeraldas.

Rozcięcie złotka było jak otwarcie okna w wietrzny dzień, który uderza rześkością i aromatem zielonych roślin. Pojawiła się też wysoka słodycz jasnego miodu, może miodu akacjowego o niemal przezroczystym kolorze. Akacje, aloes, eukaliptus i inne zielone rośliny ścigały się, a wtórowały im kwiaty. Białe na pewno, w tym jaśmin i delikatniejsze dzwonki. Mieszały się z owocami, które też w pewien sposób cechowała kwiatowa rześkość, zwiewność. Egzotyka bez dwóch zdań. To lychee, ale też banany... czy raczej aż ciężkawy nektar bananowy, przy którym znalazło się sporo orzechów (ziemnych?) i trochę ziemi. W trakcie degustacji czasem słodkie, dojrzałe i niemal czarne banany wydawały się wychodzić na przód... A za nimi sporadycznie kryły się przebłyski słodkich czerwonych owoców. Mimo goryczki, nie był to zapach wskazujący na tę zawartość kakao. W tle czuć także drobny kwasek, ale wpisany w owocową rześkość.

Tabliczka była twarda w dość dziwny, jakby skaliście-szklany sposób. Łamała się z naprawdę głośnym trzaskiem, nawet trochę się krusząc. Mimo że skalista i masywna, nie wydawała się ciężka. Przekrój miała ziarnisty. Co więcej, dostrzegłam w nim kryształki.
W ustach przez jakiś czas twardość podtrzymywała. Stawiała lekki opór, wydawała się nieprzystępna. Miękła jakby od wewnątrz. Okazała się gładko-kremowa, niby maślana, ale nie mocno tłusta. Robiła się gibka, trochę gumowa i skąpo "zrzucała z siebie" kolejne, bardziej miękkie fale, nie będąc miękką zupełnie. Pod koniec wydała mi się wręcz wodniście-soczyście rzednąca... Na jakby nieco rozrzedzone smugi smaru. Pokrywała nimi usta i zalepiała trochę. 

W smaku pierwsze uderzyły słodziutkie, białe kwiaty. Wyobraziłam sobie jaśmin, konwalie, inne dzwonki, jakieś delikatniejsze egzotyczne... Wszystko pokryte rosą, oddające rześkość poranka. Egzotyka przytoczyła kwiaty kaktusów, a ja pomyślałam o samych zielonych kaktusach, które kryją w sobie wodę.

Do rześkości i słodyczy prędko dołączył miód. Miodzik dosłownie. Także on podkreślił roślinność. Pomyślałam o miodzie akacjowym, jego niemal przezroczystym kolorze i... może miodzie kwiatowym? Mieszał się z kwiatami i zapraszał owoce... Też słodkie, o niemal kwiatowych zapędach.

A jednak po paru chwilach odnotowałam także gorzkość. Wizja kaktusów stała się wyrazistsza - rosły na pustyni, co oczywiste: poczułam pewne ciepło w tle. Lekką pikanterię? Uwypukliła gorzkość. Ta skojarzyła mi się z asfaltową drogą, biegnącą przez pustynię. To trochę jak szybki rajd przez takie ciepło cabrioletem, gdy czuć wiatr i... którym jedzie się w jakieś odludne, leśne i chłodniejsze miejsce?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czułam dym, niemal gorąc, a także skryte za nim kawę i ziemię. Kawę paloną średnio mocno, a ziemię... rozgrzewaną słońcem, owszem, ale pod spodem czarną i wilgotną. Po cieplejszym epizodzie kumulowały się nuty zielonych roślin. Mignął ogórek (jak coś w wariancie "ogórek&aloes"?), który przeszedł w ogórka rogatego, czyli kiwano (pisałam o tym na instagramie) i inne zielenie. Pojawiła się tam cierpkość i kwasek.

Z czasem słodycz natarła z nową siłą jako słodkie banany i nektar bananowy. Trzymał się ich słodki, jasny miód. Kompozycja wydała mi się głównie słodka, nagle złagodniała w aż maślanym sensie. Maślaność i śmietanka stworzyły bazę bardzo łagodną, a potem... rośliny obudziły w tym orzechową nutę. Poczułam surowe fistaszki, w skórkach, które przywróciły gorzkość.

Surowe fistaszki otworzyły drogę ziemi. Odnalazły się w niej węgielne nuty, w które zmieniła się paloność. Pomyślałam o węglu roślinnym. Może również kawę w tle czułam? Kawę i... "słodkiego kokosa"? Słodzoną, kokosową kawę? Ziemia jednak smagnęła pikanterią, a słodycz dobudowała jej korzenny wydźwięk, robiąc to chili i cynamonem. W pewnym momencie wydała mi się lekko melasowa, nieco palono karmelowa. Korzenność wiązała się ze wcześniejszym poczuciem ciepła, jakby łącząc kontrasty. Wciąż było bowiem było także bardzo rześko. Czyżbym czuła lukrecję / anyż? A przy nich nadal eukaliptusowo-aleoesowe tony?

Śmietanka zrobiła się śmietaną, w owocach pojawiła się kwaśność wyrazista. To cytryna, coś trochę karambolowatego, ogórkowo rogatego... Cierpkość trafiła na banany i nieco wyhamowała. Mieszały się bardziej jakby... ze śmietanką kokosową? Jak zrobiony na niej owocowy deser? Wyłapałam grejpfruta... ale nie wiem, czy czerwonego. Chyba, bo motyw czerwonych owoców jakoś pobrzmiewał... ale może bardziej jako truskawka? Na pewno wciąż czułam egzotykę, słodko-rześkie lychee, coś kaktusowego. Bananowo-kaktusowy nektar? 

Owoce na końcówce zmieszały się z orzechami. Nie było już ani specjalnie ciepło, ale rześko, acz... czułam pikanterię chłodnej lukrecji, a także jakby przygłuszoną chłodem słodycz miodu. Do tego pewna lekkość, a więc kwiaty, nie dawała spokoju. Czerwono owocowy akcent zasugerował dziką róże, ale bardziej niż owoce, to kwiaty.

W posmaku została ziemista, trochę asfaltowa goryczka oraz ostrość przypraw, ziemi... Czułam niemal odświeżenie w ustach, lukrecjowo-anyżowe odrętwienie języka oraz pewien chłód. Sporo na koniec przybyło maślaności, śmietany. Banany nieco spasowały, choć jakby przykryte kwiatami były i one.

Całość bardzo mi smakowała. Kwiaty, rośliny, akacjowo-kaktusowe tony, ten właśnie specyficzny miód, banany budowały kompozycję głęboką, rześką i intrygującą. Za gorzkość odpowiadały wątki ziemi, asfaltu... ale nie była to gorzkość mocna. Orzechy ziemne cudnie wszystko wyważyły, acz i tak słodycz aż zaskoczyła. Pojawiły się nuty melasy, a przy fistaszkach chyba "słodkiego kokosa". Nie była jednak silna dzięki całej tej rześkości. A tej nie brak kwasku cytryny i śmietany.
Była podobna do 100%  i - co ciekawe - nawet nie to, że bardziej słodka (acz trochę owszem) w odbiorze ogólnym, bo bardzo, bardzo rześka. O ile 100% była bardziej słodko-gorzka, tak dzisiaj opisywana słodko-"rześkokwaskawa". Wzięłam to w cudzysłów, bo nie była to taka oczywista kwaśność. Częściej bardziej sugerowana przez rześkość. To na pewno cukier kokosowy ją tak rozbudził.
100% wyszła bardziej drzewnie, 90% zaś roślinnie.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: może w odległej przyszłości

Skład: ziarna kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy