poniedziałek, 16 marca 2020

wafelek Pischinger Mandel Riegel

Dawno, dawno temu robiłyśmy z Mamą w Auchan zapas słodyczy dla niej z jakiejś tam naszej mniejszej okazji. Wielkość tego marketu ją przytłacza, toteż jak już kupuje, to hurtowo. Sobie wzięłam wtedy chyba tylko jedną czy dwie czekolady, jakoś nie miałam nastroju na zakupy, aż usłyszałam: "Zobacz, z pistacjami! No ten to musisz spróbować!". Gdy spojrzałam na trzymanego przez Mamę wafelka, w pierwszej chwili pomyślałam, że w sumie mogę, bo nawet nie chciało mi się opierać, więc przejęłam go i dopiero wkładając do wózka zobaczyłam, że dziad jest migdałowy. To, co Mama wzięła za wielką, zieloną pistację na rysunku, było co najwyżej "mandelem". Mamie tak się te wafelki spodobały, że aż nie miałam sumienia narzekać, że to pewnie jakiś badziew. Do dnia spróbowania.
A tak swoją drogą, w tym przypadku "Pischinger" to marka, ale szukając strony producenta trafiłam na mnóstwo przepisów i tekstów o pischingerach / piszingerach itd. Czyżby był to, tak odbiegając, jakiś specjalny rodzaj wafelka?


Pischinger Mandel Riegel to "chrupiący wafelek (11%) z delikatnym nadzieniem migdałowo-śmietankowym (28%) w mlecznej czekoladzie z kawałkami migdałów", produkowany przez Walter Heindl.

Po otwarciu poczułam odpychająco sztuczny zapach aromatu migdałowego, wymieszanego z marcepanową nutą i prawdziwymi migdałami, a także cukrowo-mleczną, tanio-polewową czekoladą. Migdałowość była tu zdecydowanie przerysowana. Po podziale kompozycja przybrała na mleczności.

W dotyku wafel wydał mi się proszkowo-tłusty, polewowy i delikatny.
Przy podziale jednak wykazał się konkretnością. Nie kruszył się, nie rozwalał, nic nie odskakiwało. Gruba warstwa czekolady skrywała sporo średnich i drobnych kawałków migdałów. Warstwy waflowe wydały mi się lekkie i napowietrzone, a krem między nimi zwarty. Było go niewiele.
Przy jedzeniu czekolada wydała mi się tłusta w gładko-polewowy, nieprzyjemny sposób. Rozpuszczała się w średnim tempie, na tłustą wodę.
Krem zaskoczył mnie swoją gładkością, a także silną, oleistą tłustością. Nie sądziłam, że przy tej ilości aż tak da się to we znaki. Prawdopodobnie "pomogła" mu tłusta czekolada.
Wafle same w sobie były chrupiące i delikatne. Niby kruche i świeże, po pewnym czasie w miarę przyjemnie rozpływały się w ustach, a jednak pobrzmiewał w nich irytujący element stetryczenia.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem mniej więcej w proporcjach równych i z szybko ujawniającym się motywem polewowym. Nie wiem, czy nasiąkła aromatem z nadzienia, czy sama była naaromatyzowana, ale na pewno wyłapałam też margarynę. Nie była zbyt czekoladowa, a po prostu plastikowa.

Krem podbijał margarynową kakałkowość, odciągając uwagę od czekoladowości. Po chwili wyraźnie zagrał smakiem aromatu migdałowego i mieszaniną mleka i cukru, znacząco wyciszoną olejem / margaryną. Rzeczywiście smakował migdałowo, ale wydał mi się rozmyty. Słodki, ale nie jakoś wyjątkowo.
Przez sztucznie migdałowy wątek w kremie nawet migdały zatopione w czekoladzie odebrałam jako jakoś... za mało migdałowe. Przegrały z aromatem. Na szczęście przynajmniej rozgryzane wybijały się ponad wszystko inne. Były świeże, raczej delikatne.

Świeży i pszeniczny, niesłodki był też sam wafel. Nie odegrał większej roli. Nie zwalczył ani cukrowości, ani tłuszczowej nijakości. Gdy tak wszystko gryzłam to nawet nie wiem, czy też jakoś nie odciągał niczym uwagi od prawdziwych migdałów.

Te przynajmniej pozostały w posmaku (bo powciskały mi się w zęby?), niestety razem z mleczną polewą i orzechowawo-marcepanowawym aromatem.

Już ciamkając pierwszy kęs miałam wrażenie bezsensowności i straty czasu oraz zniesmaczenia. Tłusto, nijako, sztucznie i słodko... Niby no fajnie, że nie pożałowali migdałów, ale szkoda, że zepsuli to aromatem. Tłustość może nawet nie była wyjątkowo silna, ale irytująco-polewowa. Powiedziałabym, że to jakiś kiepski no-name, na którego po prostu szkoda czasu, zachodu i kalorii. Rozmytym smakiem trochę kojarzył mi się z tym, jak zapamiętałam Grześki (chodzi mi raczej o wydźwięk, niż smak, bo też ten ich krem zawsze mi się taki "rozmyty" wydawał - a i chyba podobną limitkę z orzeszkami miały). Szybko większość oddałam Mamie. Po co jeść coś tak miernego? Gdyby jeszcze to tanie było, mogłabym zrozumieć, że ktoś kupi akurat to, a nie coś innego.
Mama stwierdziła, że "jak na wafelka to bardzo smaczny, czuć migdały, tylko mógłby być bardziej chrupiący", a na mój zarzut o aromacie migdałowym odparła: "a czego ty od wafelka chcesz?". No, właśnie chcę czuć te 11 % migdałów, a nie aromat. Nie wiem więc... w kwestii oceny - chyba nie umiem takich rzeczy oceniać.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,89 zł (za 33g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 54% czekolada mleczna o 34 % zawartości kakao (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), cukier, 11% migdały, mąka pszenna, tłuszcz kokosowy, tłuszcze roślinne (palmowy, z ziaren palmowych), kakao w proszku, mąka sojowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, miazga kakaowa, sól, środek spulchniający: wodorowęglan sodu; aromaty

4 komentarze:

  1. Kusił mnie żeby go kupić, bo migdałowe rzeczy często smakują mi marcepanem, ale właśnie ta cena mnie odstraszyła. W sumie lubię aromat migdałowy więc mógłby mi smakować :D
    Jeśli chodzi o pischingery to moja koleżanka nazywa tak duże wafle tortowe przekładane masą krówkową, w naszym regionie raczej nazywamy to andrutem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, jak można lubić aromat migdałowy, serio.
      Hm, bo to się tak chyba właśnie nazywa? Sprawdzałam to googlu. Ja... wcale tego ni jak nie nazywam, bo nigdy się nie spotkałam z przekładaniem wafli tak personalnie. :P Wiem, że tak się robi, ale nie praktykuję, haha, ani nikt z mojego otoczenia.

      Usuń
  2. Jeśli w zapachu czułaś aromat migdałowy w formie olejku do ciasta, dla mnie git. Jeżeli jednak inny - trudno ocenić, musiałabym niuchnąć sama. Acz po wytworze tej marki nie spodziewam się delicji. Stetryczenie zdecydowanie pamiętam. I ta "wysoka" jakość czekolady, mmm. Kiepski no-name, otóż to. Cena z kosmosu, i to w każdym wariancie smakowym.

    Odczep się od Grzesieczków! :P

    OdpowiedzUsuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.