wtorek, 11 lutego 2025

Moka Origins Tanzania Dark Chocolate 85% Single Origin Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Choć nazwa tej marki kojarzyła mi się z kawą, zamówione tabliczki jej nie zawierały. Historia marki Moka sięga roku 2006, kiedy to Jeff Abella i Ishan Tigunait pojechali do Kamerunu. Poznali się w ramach prac humanitarnych Himalayan Institute w Afryce. Zakochali się w tamtej części świata i odkryli, jak wiele pyszności można tam hodować. Oczywiście z odpowiednią infrastrukturą - wszystko musieli sobie zbudować od podstaw. Rolnicy i lokalna społeczność zaangażowała się w projekt, a mały zespół szybko się rozrósł. Nadal leży im na sercu ekologia, wiele zawdzięczają energii słonecznej i inwestują w innowacyjną technologię z poszanowaniem środowiska. Podobało mi się to wszystko i czułam, że to samo dane będzie mi napisać o czekoladzie. Moka Farm leży w Kamerunie, jednak współpracowników mają w kilku krajach uprawy kakao i kawy (bo i i nią również się zajmują), a także w USA, więc w zasadzie istnieją międzynarodowo. Mile, że w dzisiejszych czasach to nie takie trudne i ludzie mogą dzielić pasję z innymi ze wszystkich zakątków świata. Mnie w dodatku bardzo cieszyło, że w zasadzie zjadłam ją na dniach po Puchero Bean-To-Bar Chocolate Tanzania 85% Kokoa Kamili Single Origin, która nie dość, że miała tyle samo tanzańskiego kakao. Nawet spółdzielnia, od której je obie marki zakupiły, była ta sama (Kokoa Kamili).

Moka Origins Tanzania Dark Chocolate 85% Single Origin Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu uderzył intensywny zapach wiśni - niby kwaśnych i soczystych, a jednak otulonych słodyczą, że wyobraziłam sobie jakieś wiśnie w miodzie. Do których podkradł się alkohol? Miodowo słodkie wino? Wypływało z ziemistej, przeplecionej orzechami, bazy. Na pewno były tam orzechy pekan, nerkowce i włoskie. W tle czułam jeszcze maliny i chyba śliwki - także bardzo słodkie, przechodzące w czekoladkowo-truflowe realia. Obecność zaznaczyły jednak też cytrusy, pielęgnujące kwaśność wraz z... maślanką? Jogurtem? Bardzo odlegle przemknął mi też jakiś drożdżowy wypiek.

Masywna tabliczka w dotyku sugerowała gładkość i kremowość, a przy łamaniu trzaskała głośno w chrupki sposób.
Czekolada w ustach rozpływała się powoli, dając się poznać jako wręcz leniwa (ale nie oporna) i trochę kleista, choć jednocześnie kremowa. Była idealnie gładka i mazista, a także maślano tłusta. Mimo to, pozostawiała trochę suche wrażenie. Z czasem tłustość przełamała lekka soczystość. Końcowo trochę ściągała.

W smaku pierwszą poczułam delikatną słodycz wykwintnego, miodowego ciasta. Ciasta, które postawiono na stole obok bukietu suszonych kwiatów. W cieście tym zaznaczyły się kruszonka i maślano-drożdżowy akcent.

Z tła zaczęły przebijać się pierwsze owocowe przebłyski, łączące integralnie słodycz z kwaskiem. Nie były bardzo jednoznaczne, ale wychwyciłam wiśnie. Do tego swoją obecność zaakcentowała delikatna gorzkość.

A słodycz w tym czasie mocno wzrosła poprzez kwiaty. Choć pojawiły się jako suszone, zaraz pokazały się ze świeższej strony. Nagle jakbym znalazła się w kwitnącym ogrodzie! Miód także nie dawał o sobie zapomnieć, zapewniając kompozycji wyrazistą słodycz, ale nie przesładzając jej.

Owoce przytoczyły też trochę kwasku. Czułam przede wszystkim maliny i wiśnie, acz w oddali zamajaczyły mi też cytrusy. Mimo kwasku, od wpływem słodyczy maliny zaczęły jednak zmierzać w pudrowym kierunku, a wiśnie... zmieniać się częściowo w słodkie wino? Nagle zmieniły się w czekoladko-trufle, z takimi właśnie nadzieniami. Słodycz zatrzymała się na średnim poziomie.

Maślaność i drożdżowość zniknęły na rzecz orzechów, obok których rozeszła się odważna gorzkość. Orzechy stały się bazą - czułam przede wszystkim pekany i nerkowce, acz sporadycznie trafiały się też włoskie. Dodawały powagi, nawet pewnej goryczki, co wykorzystała ziemia. Asystowała orzechom, czasem zrównując się z nimi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość podkręciła cytrusowy akcent w tle, zwracając uwagę na skórkę cytrusów. Dokładniej cytryny, zmieszanej z grejpfrutem?

Kwaśność jednak nie poprzestała na owocach: dodała do kompozycji maślankę i jogurt grecki. Lekko cierpkie, ale delikatne. Trochę łagodziły gorzkość, acz wciąż jakby na jej prawach. W ich "przepychankach" wychwyciłam jeszcze węgiel i na chwilę wrócił akcent drożdżowo-maślany. Zaraz jednak zmienił się w kwaskawy nabiał.

Nabiał nie utrzymał się za długo, bo cytrusy zmotywowały czerwone owoce z początku i wyprzedziły go. Maliny, a za nimi wiśnie, przybrały na soczystości. Czyżbym jeszcze zarejestrowała niedojrzałe śliwki? Za ich sprawą polało się też więcej kwaśności, zajmującej pierwszy plan.

Ogólna słodycz już od dłuższego czasu nie rosła, acz po kwaśniejszym epizodzie jakby mocniej przypomniała o sobie kwiatami. Kwiaty ściągnęły zaś wiśnie z powrotem w bardziej truflowo-czekoladkowe realia, że pomyślałam o wiśniach w alkoholu, a dokładniej winie.

Ziemia i orzechy końcowo towarzyszyły kwaśności na pierwszym planie. Gorzkość złagodniała za sprawą pekanów i nerkowców, ale trwała się dzielnie. Orzechy częściowo zahamowały kwaśność, a maliny i wiśnie zrezygnowały z części soczystości. Osiadły w słodszych realiach, przywodzących na myśl nadzienia owocowo-miodowe jakiś czekoladek oraz pudrowość. Albo... owocowo-orzechowe ciasto, posłodzone miodem, z kruszonką. Przypieczętował to splot miodu i kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak wiśniowych czekoladek z winem, jakiś słodkości malinowo-miodowych, echo pudru i miodu splecionego z kwiatami. Czułam motyw czegoś drożdżowego - ciasta? A także sporo orzechów - może właśnie też jako ciasto orzechowo-miodowe - oraz cierpką ziemię. Za nią zaznaczył się też kwaskawy jogurt.

Czekolada była bardzo smaczna, wyraźnie gorzko-kwaśna, mimo słodyczy, która też pozwoliła sobie na wiele, ale trzymała się średniego poziomu. Oparła się na miodzie i kwiatach, ale znalazła się też w owocach i słodkościach owocowych - czekoladkach, może też cieście. Akcenty maślano-drożdżowe, maślankowo-jogurtowe ciekawie urozmaiciły gorzkość. Przy niej czułam ziemię i dużo pekanów, nerkowców, włoskich. Świetnie pasowały do splotu wiśni i malin, które pokazywały się z różnych stron, i których soczystość podkręciły cytrusy. W zasadzie było w niej kilka głównych nut, ale pokazujących mnóstwo oblicz. Najpierw pomyślałam, że struktura mogłaby być nieco mniej maślana i chciałam wystawić jej 9, ale w końcu uznałam, że smak tak nadrobił, że jednak ocena maksymalna się należy.

Wyszła o wiele lepiej niż zbyt delikatna, pudrowo-słodka Puchero Bean-To-Bar Chocolate Tanzania 85 % Kokoa Kamili Single Origin. 


ocena: 10/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $10.00 (za 68g; około 38 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 618 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 10 lutego 2025

Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem śmietankowym z whiskey

Kiedyś lubiłam dobre czekolady z alkoholowymi nadzieniami - do takich przyzwyczaił mnie Zotter, ale też nigdy nie gardziłam Lindtami z kostkami, wyglądającymi jak kapsułko-beczułki. Tabliczki Lambertz, gdy moją uwagę na nie zwrócił ojciec, skojarzyły mi się z połączeniem tego. Fakt, gdy doszedł głos rozsądku i wspomnienie kiepskawych Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch i to, że obecnie tak mi się gust pozmieniał, poczułam, że te nowe mogą być zwyczajnie nie dla mnie. A jednak pomyślałam, że najwyżej Mama zje - może okażą się dla niej? Ona ciągle ma słabość do alkoholowych słodyczy, mimo że słabość nie łączy się z częstym jedzeniem - też bowiem zauważa pogarszanie się wszystkiego, a sama robi się o wiele bardziej wymagająca. Dziś prezentowana czekolada wydawała mi się bardziej w jej guście, niż moim. Czym jest irish cream, w zasadzie ciągle zapominam i muszę na nowo szukać w Google. Samo irish cream to likier na bazie śmietanki i whisky. Dopiero po dodaniu go do kawy powstaje irish coffee. Hm, no, wciąż to było bardziej w Mamy typie niż moim (choć gdy czekoladę dostałam, myślałam, że wnętrze będzie kawowo-alkoholowe - mój błąd).

Henry Lambertz Cream Liqueur Zartbitter Schokolade mit Sahnelikor mit Irischem Whiskey / Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem śmietankowym, "uszlachetnionym" irlandzką whiskey.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach likieru śmietankowo-cappuccinowego z nieco poważniejszym echem mocnego alkoholu. Po podziale i w trakcie jedzenia whisky rzeczywiście przychodziła do głowy. Alkohol wpisał się w ciężką, cukrową słodycz. Istotny element stanowiła jednak też sama czekolada o palono-kawowym i nieco likierowo-syropowym wydźwięku oraz palonej gorzkości. Jej splot wraz ze śmietanką robił też pojedyncze aluzje do kawy i kokosa. Ogół jawił się dość czekoladkowo.

Polewowa tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki, właśnie w polewowy sposób. Czekolada stanowiła grubą warstwę i przy podziale wgniatała się w znacznie delikatniejsze nadzienie. Każdą kostkę wypełniała średnia ilość kremu o tłusto-mazistej, plastycznej strukturze. Był lepki i zbito-rzadkawy.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, wykazując maślaną tłustość i mazistość. Wydała mi się ulepkowata, mimo że kremowa i gęsta.
Nadzienie szybko wyłaniało się spod niej i cały czas wydawało się trochę przytoczone grubą czekoladą. Cechowała je miękkość i rzadkawość, a do tego wysoka, maślano-śmietankowa tłustość i zawiesinowość. Było mazisto-maziające się i wręcz śliskawo gładkie. Łatwo rzedło jeszcze bardziej i znikało znacznie szybciej od masywnej czekolady, która zostawała na koniec.

Występ zaczynała czekolada. W smaku od początku była bardzo słodka i już sama w sobie nieco likierowo-syropowa. Co więcej, ewidentnie przesiąkła nadzieniem, nawet gdy chodzi o części kostek, które go nie dotykały. Ogólnie kryła w sobie śmietankowe echo. Po chwili w ustach rozeszła się też palona gorzkość. Rosła dosadnie, pomagając sobie cierpkością. Nic sobie nie robiła ze słodyczy, która szybko też dosłownie podskoczyła, eksponując cukrowy charakter.

Nadzienie szybko się odezwało jako śmietankowy likier o wysokiej słodyczy. Bardzo śmietankowy. Gdy wycisnęło się spod czekolady, skupiło na sobie sporo uwagi, ale czekolada cały czas miała bardzo dużo do powiedzenia. Na pewien czas jednak oddała spore pole do popisu środka - jakby stojąc na straży tego, co się wyrabia.
Słodycz środka zahaczyła o cukrowość, co wzmocniło echo mocnego alkoholu. Dzięki temu jednak mimo że było bardzo słodko, nie męczyło to przesłodzeniem. Whisky raz po raz faktycznie przychodziła do głowy, acz w moim umyśle powstał obraz likieru śmietankowo-cappuccinowego. Przy czym kawę to raczej sugerowała czekolada z wierzchu. Słodycz czekolady nakręcała się ze środkiem wnętrza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość wraz ze słodyczą aż nieco rozgrzewała, mimo że alkohol nie był straszliwie mocny. Po prostu miał dosadny charakter. Powaga whisky mieszała się jednak ze słodziutkim likierem coraz bardziej śmietankowym, co wyszło aż mdło-tłusto. Czekolada przy tym kremie robiła aluzje do niewyrazistej kawy.

Wraz z  tym, jak nadzienie znikało, czekolada bardziej wracała do gry aż w końcu dominowała. Mimo to, jego smak pobrzmiewał dość długo. Po jednak tak intensywnym, słodko-alkoholowym kremie, wydawała się spłycona i bardziej polewowa. Obok cukrowej i wysokiej, że końcowo już trochę męczącej słodyczy jednak, na zasadzie kontrastu do bardzo śmietankowego nadzienia, bardziej zaakcentowała się palona gorzkość. Miała jednak bardziej tandetno-czekoladkowy ton. Podszepnęło go echo whisky. 

Po zjedzeniu został posmak słodkiego likieru śmietankowego z aluzją do cappuccino, a na pewno z tłustą śmietanką, wzmocnionego odrobiną whisky oraz palono-cukrowej, polewowej czekolady. Słodycz i mocny alkohol aż zaznaczyły się na języku.

Całość była zrobiona tak sobie, bo dużo grubej czekolady przytłaczało nadzienie, a przez jego intensywny charakter, końcowo czekolada wydawała się gorsza. Sama w sobie była przeciętna i bazowa, więc taka jej ilość to trochę za dużo. Od czekolady z nadzieniem oczekuje się raczej dużo nadzienia. A to... było w sumie oddające tytuł - czuć śmietankowy likier, dużo śmietanki i poważniejszy alkohol, a jednocześnie nic chamskiego i zbyt zacukrzającego, mimo wysokiej słodyczy. Smak nadzienia był dobrze wyważony. Ogół więc wyszedł pozytywnie, ale nie porywająco, bo z wieloma kwestiami do poprawy. A jednak no to zwyczajnie nie moja bajka. Zjadłam połowę, ale potem słodycz, tłusta śmietanka, alkoholowość i forma przestały sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność, ale rozumiem, że czekolada komuś może smakować bardziej. Dziś opisywana jednak była nudno-niezła, w momencie gdy Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling wygrała z nią tym, że była niespotykana.

Połowę oddałam już Mamie, ale jej w ogóle nie podeszła i resztka trafiła do ojca. Opisała ją: "Sama czekolada okropna, taka jak polewa z czekoladek, której nie chce się jeść, co środkowi tylko przeszkadza. Tu jednak i środek mi nie podszedł. W ogóle to go jakoś mało, że aż się gubił. A efekt... jakby takie lekko alkoholowe masło".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa,17,5% likier śmietankowy z 0,1% irlandzkiej whiskey ( zawiera mleko), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

sobota, 8 lutego 2025

Puchero Bean-To-Bar Chocolate Tanzania 85 % Kokoa Kamili Single Origin ciemna z Tanzanii

O hiszpańskiej marce Puchero wspomniałam już przy Puchero Chocolate Nicaragua 70 % El Castillero Single Origin. Przygotowując jednak tego posta, zastanowiłam się, co by tu jeszcze można było dodać i ponownie zgooglowałam. Trafiłam na ich stronę, na którą zawitały jeszcze... kremy orzechowe 100%. Ciekawe, ciekawe. Wiedziałam jednak, że ja ich nigdy nie zamówię, nie zza granicy, ale tak ciekawostkowo, dobrze wiedzieć, że są. Mnie czekała za to czekolada o zawartości, która podobała mi się o wiele bardziej od wspomnianej już nikaragujskiej. 

Puchero Bean-To-Bar Chocolate Tanzania 85% Kokoa Kamili Single Origin to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam bardzo, wręcz niespotykanie słodkie wiśnie. Otulił je pudrowy motyw i kwiaty, a także chyba wanilia. Pomyślałam o jakimś malinowym pudrze lub malinowych cukierkach pudrowych. A także o... przesłodzonym ciepłym kompocie z jasnofioletowych śliwek? Do tego doszły słodkie, nie za mocno pieczone, jasne ciastka z malinami i orzechami, chyba pekanami. W tle, mimo natłoku słodyczy i niskiej gorzkości, pojawiła się świeżość, rześkość trzcin i roślin znad jeziora, które pilnowały, by nie zrobiło się za ciężko. Dosłownie czułam w tym wszystkim ciepło letniego powietrza.

Konkretna tabliczka przy łamaniu okazała się średnio twarda. Trzaskała też średnio głośno, za każdym razem obiecując gęstość.
W ustach rozpływała się umiarkowanie wolno i bardzo maziście. Utrzymywała poczucie konkretu i masywność, popisując się gęstością. Była maślano tłusta i długo gładka. Do tego doszła kremowość oraz miękkość, choć jakby tylko zewnętrzna. Z każdą chwilą narastała soczystość, za sprawą której masa zmieniała się w zawiesinę. W niej ujawniła się końcowo proszkowość.

W smaku przywitała mnie słodycz, która w pierwszym momencie wydała mi się niezbyt zdecydowana. Roztoczyła sporo kwiatów i... miodu-niemiodu? Miodowego pudru? Wyobraziłam sobie grudki scukrzonego miodu w... ciastkach? Miodowo-malinowych ciastkach. Zaplątała się w nich dziwna goryczka, jakby dodane do nich liofilizowane owoce się poprzypalały, ale nie była to spalenizna sama w sobie.

Zaraz rozeszła się inna, pożądana gorzkość, od razu startując z wysokiego poziomu. Wygładziła wspomnianą goryczkę, a ja pomyślałam o węglu i odrobinie dymu. Paloność jednak wcale nie była mocna, a wręcz delikatna. Szlachetna goryczka pokazała się, po czym zajęła się budowaniem tła, nie mając zamiaru dominować, mimo że co do jej siły nie było wątpliwości.

Zza gorzkości, zza dymu wyłaniało się trochę orzechów - raczej tłustszych, łagodniejszych pekanów, ale zdarzały się też bardziej gorzkawe włoskie. Niektóre może stare, suchsze?

Do słodko-malinowego wątku dolatywać zaczęły kwaśniejsze wtrącenia wiśni. Mimo że owocowa strefa wciąż oferowała dużo pudru, pojawił się też kwasek i soczystość... jakby poniekąd hamowana. Soczystość owoców liofilizowanych i dopiero nasiąkających? Pomyślałam o cierpkich węgierkach, ale zaraz umknęły.

Goryczka z wszechobecną słodyczą podrzuciła mi myśl o aptece, a dokładniej syropach i tabletkach w wariantach owocowych: głównie wiśniowo-malinowych, ale chyba też śliwkowym.

Gorzkość zetknęła się z ciastkowo-kwiatowym motywem i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przełożyła się na myśl o cierpkawych, kruchych ciastkach kakaowych. Odnotowałam lekką drożdżowość, a w tle... zapowiedź maślaności?

Słodycz uparcie trzymała się pudrowego tonu, acz znów poczułam też trochę więcej kwiatów. Dodały pewności siebie śliwkom. Przez pewien czas dziwnie słodkie wiśnie, cierpkie węgierki i spore, liofilizowane śliwki - chrupkie początkowo, a po chwili nasiąkające - wśród owoców dominowały, po czym... zmieniły się w kompot śliwkowy. Utrzymał się chwilę na nadrzędnej spośród owoców pozycji, po czym przeistoczył się w mniej jednoznaczny motyw pudru owocowego. Wyobraziłam sobie czekoladko-trufle z owocowymi kremami i obtaczane czerwono-różowym pudrem.

Przypieczętowały to kwiaty... kwiaty rześkie, acz też słodkie. Słodycz utrzymywała soczystość, ale już inną - pomyślałam o niemal miodowych rodzynkach. I suszonych, kompotowych śliwkach?

Końcowo gorzkość naparła na to wszystko. Nagle wzrosła i przyciągnęła uwagę. Pomyślałam o zamszu, który porządnie przesiąkł dymem. Za nim jednak pobrzmiewała maślaność i... metaliczność? Jakby proch strzelniczy? Zamsz, który wyszedł na przód, wprowadził poczucie ciepła. Orzechy niby wróciły, ale one z kolei złagodniały - wróciły odmienione jako... nerkowce?

Ciepełko podchwyciła słodycz, która za sprawą kwiatów pokazała mi letni dzień nad dzikim jeziorem. Ciepłe powietrze, sporo roślin, w tym kwiatów to obraz letniego dnia, w którym popija się... sok śliwkowy?

Po zjedzeniu został posmak zamszowo-dymny, częściowo mocno nerkowcowy, z maślanym echem oraz owocowy, ale w złożony sposób. Czułam sporo słodko-cierpkiego kompotu śliwkowego i dziwnie słodkich wiśni, a także maliny jako sok i nutę pudru, liofilizowanych, sproszkowanych owoców, zmieszanych z drapiąco słodkimi kwiatami.

Czekolada smakowała mi, ale mam sporo zastrzeżeń. Była słodka w taki sposób, że nie powiedziałabym, iż to 85% i w dodatku słodzona cukrem trzcinowym. Obstawiałabym biały. Słodycz miała bardzo pudrowy, ciastkowo-kremowy wydźwięk. Owoce, a więc wiśnie, maliny i śliwki jawiły się jako dosłodzone, wkomponowane w ciastkach, trufle, przerobione na puder czy końcowo jako sok, liofilizowane. Sporo kwiatów też jeszcze dołożyło słodyczy, ale akurat zacniejszej. Końcowa wizja dnia nad jeziorem czy zamszu przesiąkniętego dymem bardzo mi się podobały. Gorzkość, węgiel, zamsz, trochę orzechowych akcentów - o, szkoda, że właśnie gorzkość była taka wycofana, mimo że silna. Ileż bym dała, by to ona, z tymi nutami wyszła na przód!

Owocowy lukier, puder i czerwone owoce w dosłodzonym wydaniu kojarzę dobrze z Krak Chocolade Tanzania Kokoa Kamili 2021 70 %, a ciastka, węgierki i wiśnie czułam w The Swedish Cacao Company Tanzania 74 % Kokoa Kamili, 2021 Harvest, która też wyszła mi za słodko. Tak sobie po nich myślę, że tanzańskie kakao chyba łatwo idzie w takie niemoje klimaty, więc producenci naprawdę muszą odwalić sporo roboty, by mnie w sobie rozkochało w pełni.


ocena: 8/10
cena: €6,32 (za 70g; około 27 zł)
kaloryczność: 611 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 7 lutego 2025

Baton Warszawski Pasta Chałwowa z ksylitolem

Zdesperowana przez wycofanie Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym zdecydowałam się na współpracę z warszawką marką, Baton Warszawski. Produkt, który otrzymałam, był co prawda posłodzony m.in. słodzikiem i dobrze pamiętałam, że nie pasuje mi on także do chałwy (o czym przekonałam się przy chałwie Koska Diabetic / Diyabetik Helva), ale... liczyłam, że 70% sezamu, miód i wanilia jednak jakoś sobie z tym poradzą. Choć w składzie dostrzegłam też sól, jakoś nie bałam się, że wyjdzie równie parszywie słono co Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja.

Warszawski Pasta Chałwowa z ksylitolem to krem / pasta sezamowa słodzona słodzikiem (ksylitolem), miodem i wanilią (bez cukru); firmy Baton Warszawski.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam intensywny zapach chałwy. Chałwy mocno sezamowej, słodkiej za sprawą wanilii i cukru. Z zaskoczeniem zarejestrowałam, że słodycz wydawała się konwencjonalnie cukrowa, mimo pewnej rześkości. Ta mogła należeć do słodziku, ale równie dobrze do samego sezamu. Ogólna słodycz była trafiona w punkt, nie za mocna. W tle czułam też akcent oleju sezamowego i lekką goryczkę, a także echo soli, które prawie zniknęło, gdy zlałam olej.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Próbowałam zlać wszystko, czyli jakieś 2,5 łyżeczki. Sam wierzch kremu był bardziej rzadko-płynny, właśnie wciąż oleisty, ale to już nie był olej jako taki - to więc wymieszałam z resztą. Na dnie pasta była gęstsza, ale też nie bardzo gęsta, a już na pewno nie sucha.
Krem ogólnie był miękki i... nie tyle rzadki, co po prostu niegęsty. Mieszanie nie sprawiło mi najmniejszego problemu, a masa dała się poznać jako bardzo gładka. Wydała mi się też ruchomo-płynna, ale wciąż właśnie nie rzadka, a w pewien sposób zwięzła. Czuć też pewną lepkość.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją gładkość, acz nie idealną, oraz niegęstość. Nie był jednak rzadki, a nawet do pewnego stopnia syty, choć jednocześnie miękki. Było w nim coś wręcz aksamitnego. Rozpuszczał się w tempie umiarkowanie-szybkim, jawiąc się jako nieco kleisty, ale nie przytykający. Z czasem wyszło na jaw, iż nie był gładki w 100%, bo na języku zaznaczały się drobinki i dosłownie kropeczkowe punkciki, a także szybko rozpuszczające się, malutkie kryształki. Trafiło mi się też kilka niewielkich, lepko-scukrzonych grudek miodu. Końcowo krem przybierał postać luźnej, ciągnąco-lepkawej zawiesiny. Gdy pastę gryzłam, trzeszczały kryształki, a kropeczki okazały się twarde jak kamień, ale trzeszczenia / skrzypienia typowego dla chałw nie usłyszałam.

W smaku pierwsza polała się wysoka słodycz. Była złożona i niejednoznaczna, choć zaraz wydało mi się, że prowadzi miód. Miód jasny, niemal kwiatowy i potencjalnie drapiący. Już po chwili dołączyła do niego wanilia.

Miód i wanilia wydawały się zarysowywać na cukrowej bazie, co zaraz przełożyło się na wyraźnie chałwowy klimat. Myślałam o chałwie bardzo słodkiej, ale w szlachetny, naturalny sposób.

Gdy pojawiła się chałwa, oczywiście także sezam zaprezentował się odważniej. Dogonił słodycz i stanął nawet ciutkę przed nią. Był sam w sobie naturalnie słodkawy, a jego prażenie wydało mi się minimalne. Wprowadził pewną rześkość, ale tak ją ograł, że słodziku zupełnie nie czuć.
Raz po raz przemknęło mi słonawe echo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam za to lekką goryczkę. Przełamała wszechobecną słodycz - ta zrobiła sobie przerwę. Smak jakby zwolnił, skupiając się na zaprezentowaniu sezamu z najszlachetniejszej strony. Słodycz przez chwilę wydała się tylko dodatkiem, a ja odnotowałam... sól? Pojawiała się sporadycznie, potem się chowała, acz im więcej jadłam, tym częściej na nią trafiałam. Zdarzyło się przemknąć nawet czemuś kwaskawemu...? I wszedł wytrawniejszy akord. Potem jednak chałwowość wracała z nową mocą. Niestety kompletnie nie pasowała do słoności - splot ten wydał mi się wręcz mdlący.

Lekko prażony sezam z lekką goryczką po tym bardziej słonawo-wytrawniejszym epizodzie zmotywował słodycz. Chałwa waniliowa stała się wiodącym wątkiem, acz i miód znów lepiej czuć. Końcowo zrobiło się nieco za słodko, aż drapiąco. I to powiedziałabym, że... w cukrowy sposób? Epizodycznie przeplatała to słoność.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego sezamu, zmieszanego z miodem, który aż trochę drapał w gardle. Za tym splotem znalazła się luźna mgiełka chałwowa i... ordynarna słoność. Wydawało się, że przez kontrast aż gryzie w język.

Krem zaskoczył mnie i zasmucił. Z jednej strony wyszedł zaskakująco smacznie, niesłodzikowo, a z drugiej... z drugiej wszystko popsuła sól. Gdyby nie ona, pasta byłaby przepyszna - mocno chałwowa, nie za słodka i cudnie sezamowa, ale właśnie że ta sól kompletnie do tego nie pasowała i sprawiła, że całość wyszła mdląco. Zjadłam jakąś połowę, bo początkowo trafiałam na sól sporadycznie i łudziłam się, że będzie lepiej, ale niestety - im więcej jadłam, tym było jej więcej, że aż odpadłam. Gdyby nie sól, smakowo mógłby dostać naprawdę wysoką notę, bo oprócz soli to tylko tak półpłynna konsystencja mi niezbyt leżała, ale to akurat szczegół.

Krem trafił do Mamy, która opisała go: "No byłby przepyszny, taki idealnie słodki, wyraziście chałwowy jak zwykła chałwa, w ogóle nie czuć, że ze słodzikiem, no tylko ta sól wszystko psuje. Do tego stopnia, że osobno, łyżeczką nie da się go za dużo jeść. Próbowałam z herbatnikami, by jakoś mi tę sól tonowały, no i z nimi już lepiej było, bo rozmyły sól. Dalej trochę ją czuć, ale do zniesienia. Ale szkoda, że trzeba kombinować, by było smacznie, tak głupio zepsuli to, dodając sól".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od batonwarszawski.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 13 zł (za 200g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tahini (miazga sezamowa) 70%, substancja słodząca: ksylitol 9,9%, miód naturalny, olej słonecznikowy, lecytyna słonecznikowa, korzeń mydlnicy, sól kłodawska, wanilia

środa, 5 lutego 2025

Venchi 75 % Extra Fondente / Extra Dark ciemna

Markę Venchi widywałam w internecie od jakiegoś czasu, a będąc w Londynie mijałam ich sklepy firmowe parę razy (przypadkiem) i nawet się dwa razy zawahałam, czy nie wejść. Nie zaszłam tylko dlatego, że nie kojarzyłam, co już mam i jak by te czekolady zniosły powrót. A miałam dwie tabliczki w domu, ponieważ jakiś czas temu robiłam zakupy przez internet czekolad takich średnio-lepszych. Jako takie Venchi zaklasyfikowałam. Widziałam, że aspirują do "czekolady dla smakoszy", jak głosiły internetowe opisy, ale to, że robią opcje bardziej pralinowe, czekoladki itd. zasugerowało mi, że tabliczkową czekoladę mają pewnie po prostu smaczną, nie zaś wybitną. Ta włoska firma działa od ponad 140 lat, więc nie bałam się. W zasadzie nie przyszło mi nawet do głowy, że mogło być coś nie tak, mimo że wiem, że wiele włoskich czekolad jest zupełnie nie dla mnie, bo u nich popularne są typu Modica (z kryształkami). Ale co mnie czekało? Postanowiłam zacząć od tej o najniższej zawartości, swoją drogą obecnie moją ulubioną. Gdy przepisywałam skład pod posta, nie mogłam uwierzyć w to, co przeczytałam - kakao w proszku na pierwszym miejscu składu? Przecież czegoś takiego bym nie kupiła... A może... mój umysł może nawet nie mógł czegoś takiego objąć i jakoś... jak mogłam to przeoczyć?! Do końca łudziłam się, że to jakiś błąd w druku.

Venchi 75 % Extra Fondente / Extra Dark to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao (kakao w proszku, miazga i tłuszcz).

Po otwarciu poczułam zapach kakao w proszku, które otworzyło drogę budżetowemu ciastu czekoladowemu z polewą kakaową, blokowi czekoladowemu i cukierkom kakaowym z sucho-kruchym wnętrzem, wypełnionym fistaszkami jak Michałki oraz łamem waflowym. To wprowadziło taniość i tandetę. W tle pokazały się trufle o poważniejszym, cierpkim charakterze, które starały się o szlachetność, ale coś im nie wyszło. Doszukałam się jeszcze odrobinę soczystych, nieco powidlanych, śliwek suszonych. Słodycz stała obok, była średnio wysoka i dość duszna, łączyła w sobie cukier i aromat waniliowy, chylący się ku wanilinie.

Tabliczka wyglądała niczym kakaowa, czarna polewa. W dotyku była gładka i tłusta, a przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko, też w polewowy sposób.
W ustach rozpływała się maziście-gładko i powoli. Miękła z łatwością, ale jakby zachowując pewne zgęstnienie. Pokrywała podniebienie lepkawo-kremową mazią. Jej wysoka tłustość miała w sobie sporo z masła i coś trochę śmietankowego. Mimo to, końcowo zostawiała poczucie suchości, pylistości.

W smaku pierwszą poczułam delikatnie słodką i jednocześnie wyraźnie gorzką polewę kakaową, do której dołączyło gorące kakao o wodnistej bazie. Jedno i drugie wykazywało prostą, tanią słodycz. Kakao dało się poznać jako palone dość mocno i mimo że nie przypalone czy coś, jawiło się jako proste i wręcz toporne.

Słodycz zaraz trochę się nasiliła, rozchodząc się odważniej. Charakter miała podobny - tani i prosty. Może nie była bardzo wysoka, ale dosadna. Prym wiódł cukier, choć trzymało się go echo tanio-sztucznej wanilii.

Gorzkość, mieszając się tak ze słodyczą z aromatu, poszła w kierunku budżetowego ciasta czekoladowego z polewą kakaową z tanim, niemal maślano-margarynowym akcentem. Podano do niego paloną, gorzką kawę, acz też jakąś... wodnistą. Polewa kakaowa podsunęła mi jeszcze do głowy kakaowego wafelka średniej jakości, a dokładniej... Prince Polo?!

Gorzkość złagodziła maślaność, której aromaty trochę dopowiadały margarynę. Czekoladowość cały czas wydawała mi się rozbijana a to najpierw nutą rozwodnienia, a to potem właśnie masła. Na zasadzie kontrastu podbiło cierpkość kakao w proszku. To przełożyło się na myśl o... słodkich płatkach kakaowych z mlekiem? Choć same próchnowate, kakaowe płatki też tu wystąpiły, myśli obracały się raczej dokładniej wokół mleka po nich - zabarwionym kakao na brązowawo-szarawy kolor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znów wróciła wyraźniejsza cierpkość kakao w proszku. Związała się z kolejną falą tandety i taniości. W nich przemknęła soczystość. Powidlano-suszonych śliwek?

Zagłuszył je jednak mocno kakaowy blok czekoladowy z łamem waflowym, który zawarł (podtrzymał?) stetryczało-mdły akord. Całościowo podkręcił też słodycz. Może i jakieś fistaszki się tam zaplątały? Coś jak w bardziej kakaowo-budżetowych, może domowych, Pierrotach? I raz po raz coś dziwnie zasugerowało... sól? Tak wyraźnie, że kłóciłabym się, iż ją dodano. Czułam ją tylko w 3 kostkach (ogólnie zjadłam niecałe 4 plus część z napisem - równo 30g) - dziwne.

Końcowo gorzkość bardzo złagodniała, a słodycz skupiła na sobie więcej uwagi. Zaprezentowała się z wręcz dusznej, ciężkiej strony. Dominował biały cukier, ale czuć też wanilię, która przez ogólnie tani wydźwięk chyliła się ku dusznej, tandetnej wanilinie.

Po zjedzeniu został posmak kakao w proszku, jakbym jadła je łyżkami oraz jakbym schrupała kakaowego wafelka w kakaowej polewie, o mocno palonym charakterze oraz słodyczy cukrowo-wanilinowej. Było ciężko i duszno, a do tego zwyczajnie tanio. Wydźwięk polewy kakaowej, nie czekolady.

Całość wygląda mi zwyczajnie na kpinę. Toż to tanio-tandetna smakowo polewa kakaowa w formie tabliczki, nie czekolada. A cena i otoczka sugerują produkt dobry jakościowo. Słodycz cukru i aromatu waniliowego udawała wanilinę, gorzkość była prosta, a i tak złagodniała ze względu na maślaność i jakby wodnistość. Ciasto z polewą kakaową, blok czekoladowy, mleko po płatkach kakaowych - wszystko to smutno budżetowe. To jakość zbliżona do Korona Ciemna Czekolada / Корона Чорний шоколад 57 % i Eti Dare Dark Chocolate 70 % Cocoa, co wraz z o wiele wyższą ceną przełożyło się na ocenę. Gdyby to była polewa na jakimś wafelku czy coś, mogłabym uznać ją za niezłą polewę, ale nie czekoladę. Jeszcze gdyby nie te słone punkciki, mogłaby może mieć 3, a tak? W ogóle porażka. No, albo gdyby miała być czekoladą z solą, to też mogłaby te 3 zdobyć. I nawet nie mam pomysłu, jakim cudem tu mogło coś takiego się pojawić. Mimo szczerych chęci zjedzenia jak najwięcej, po 30 gramach nie chciałam już myśleć o ani kęsie więcej.
Nie mogę sobie wybaczyć, że robiąc zakupy, tak nieuważnie przeczytałam skład...

Resztę dałam Mamie. Opisała: "Najpierw to pomyślałam, że taka ciemna niesmaczna jakaś, ale potem zaczęłam w niej trafiać na takie punkciki a to słone, a to kwaskawe... I to mi się ciekawe w pozytywnym sensie wydało. Jej jedyny atut. Fakt, że trochę przerażające, że w składzie nie ma nic, co by mogło za tym stać, ale to w miarę może smakować. Za to jak na czystą ciemną to dziwna, choć czuć, że takie jakieś pewnie 75%".


ocena: 2/10
kupiłam: Piccantino
cena: 29,99 zł
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

wtorek, 4 lutego 2025

Vivani Zartbitter Mandel / Dark Almonds ciemna 55 % z migdałami

Wejście na Pilsko tego sierpnia było dla mnie ważne. Pokonać miałam trasę taką samą, co parę miesięcy wcześniej, dnia, kiedy to na dobre wróciłam w góry po długiej przerwie. Bardzo chciałam zrobić takie porównanie - gdy szłam w lutym, wszędzie był śnieg i lód. Szlak latem wyglądał zupełnie inaczej, podobnie jak zupełnie inaczej mi się wchodziło (z wielu względów). Na sam szczyt wybrałam czekoladę, po której spodziewałam się, że albo będzie pyszna i godna zwieńczenia tej wędrówki, albo zwyczajna, ale nie rozczarowująca. Po wejściu czarnym szlakiem porobiłam zdjęcia na szczycie, posiedziałam i ruszyłam ku Hali Miziowej żółtym (ciekawszym do schodzenia!). Cieszę się, że to właśnie ta czekolada mi towarzyszyła! No, ale po kolei.

Vivani Zartbitter Mandel / Dark Almonds to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z migdałami całymi i mielonymi.

Po otwarciu poczułam zapach o palonym charakterze, na który złożyła się zamglona, posłodzona kawa i dym. Tuż obok nich wystąpiła soczystość wiśni, acz z podkręconą słodyczą. Było w tym coś z... Perfum? Palony motyw przechodził w pieczenie, poprzez które migdały zdradziły swoją obecność. Migdały wydobyły z tła jeszcze drzewa. One jednak - migdały - też wydawały się lekko otulone słodyczą bardziej niż tylko czekoladą. 

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę suchawa, ale w sumie zwyczajna. Od razu widać, że migdałów nie pożałowano.
Przy łamaniu trzaskała dość głośno, w krucho-masywny sposób. 
Migdały częściowo krucho łamały się wraz z nią, częściowo zostawały w którejś z części. Zdarzyło im się też zostawić samą skórkę.
W ustach czekolada potrzebowała chwili, po czym rozpływała się średnio chętnie, ale w zasadzie bez problemu. Robiła to w wolno-średnim tempie, wykazując mazistość i tłustość chłodnego masła. Z czasem, w zasadzie epizodycznie, przejawiała też lekką pylistość. Wydała mi się zwięzło-zbita, konkretna w dość tłusty sposób. Migdały wyłaniały się z niej powoli i niechętnie.
Dodano do niej średnie i małe migdały.
Tylko na próbę pogryzłam ze dwa migdały obok czekolady - wolałam je zostawiać na koniec.
Gryzione na koniec migdały okazały się krucho chrupiące i średnio twarde. Większość pokrywała skórka, która w ustach łatwo z nich schodziła.

W smaku najpierw poczułam średnio wysoką, ale dość intensywną gdy o wydźwięk chodzi, słodycz. Przedstawiła się jako trochę zgaszony karmel.

Przebiła go soczysta wiśnia. Wyobraziłam sobie jędrne, aż dziwnie słodkie suszone owoce. Kwasek najpierw wystąpił na zasadzie domniemania.

Rozeszła się gorzkość dymu. Wprowadziła palony motyw, a mi do głowy przyszły drzewa i palone drewno.

Zmotywowało to soczystość, która wydała mi się cięższa. Suszone wiśnie zmieniły się w słodką nalewkę wiśniową. Drewno dodało powagi alkoholowej nucie, acz ta... Też zaraz umknęła, zostawiając soczystą słodycz. Ta zaś przywołała do siebie odrobinkę kwasku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wychwyciłam migdałowe echo, rozchodzące się z bazy, niezależnie od migdałów. Jakby wgryzło się w słodycz, tonując ją. Chyba było w tym coś prawie nieuchwytnego, odrobinkę... Nugatowego? Ale o zredukowanej słodyczy.

Nieco zmienił się też wydźwięk słodyczy. Pomyślałam o duecie waniliowego karmelu i wiśni, ale układających się w dobre, ciężkawe damskie perfumy...? Perfumy wiśniowo-migdałowe!

Nutka migdałów nieco się umacniała za sprawą powoli wyłaniających się migdałów.

Przypomniało o sobie drewno, a delikatna gorzkość otarła się nawet o... Czarną kawę z migdałowo-wiśniowym echem? Posłodzoną, ale bez przesady.

Końcowo dym, palono-pieczony wątek bazy przygotował idealny grunt dla migdałów, a karmelowa słodycz jakoś wycofała się.

Migdały gryzione na koniec smakowały w pełni sobą. Były intensywne, ogólnie pieczone-prażone średnio mocno, przy czym raz średnio, raz minimalnie. Wyszły naturalnie odrobinkę słodko, acz z powagą, neutralnością skórek (nie gorzkością!). 
Gdy na próbę pogryzłam migdała czy dwa obok czekolady, miałam wrażenie, że przeszkadzają sobie nawzajem, bo i zarówno czekolada, jak i migdał wyszły bardziej nijako. 

Po zjedzeniu został posmak średnio mocno, chwilami znikomo, prażonych migdałów ze skórkami i ciężka, słodkawa soczystość migdałowo-wiśniowych perfum, mieszkająca się z odrobinę gorzkim dymem, palonością i karmelową słodyczą.

Czekolada bardzo mi smakowała i mam tylko jedno zastrzeżenie - wolałabym, by jednak miała więcej kakao i mielonych migdałów, by było je czuć w bazie jeszcze bardziej. Tak to w zasadzie głównie chyba ugłaskiwały słodycz, acz... może to miazga z migdałów przełożyła się na myśl o perfumach migdałowych? A w zasadzie migdałowo-wiśniowych, co było bardzo ciekawe. Nuta wiśni, odrobinka drewna i kawy świetnie współgrały z nieoczywistą, szlachetną słodyczą karmelu. I muszę przyznać, że choć wolę wyższą zawartość kakao, to świetny pomysł na czekoladę, która nie jest za słodka, swoją zawartość kakao ma, ale nie jest też zbyt ciemna, więc wyszła uniwersalnie.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 13,61 zł
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, migdały (20 %), tłuszcz kakaowy, migdały mielone

niedziela, 2 lutego 2025

U Dziwisza Czekolada z Ekwadoru / Ekwador Asss 50% Milk mleczna

Po podziwianiu gwiazd na Hali Lipowskiej zaplanowałam trasę na Pilsko. Przedstawianą dziś tabliczkę miałam otworzyć dopiero na zejściu z niego na Hali Miziowej, ale przegapiłam odbicie na niebieski szlak, poszłam dalej czerwonym i dopiero na Hali Miziowej zorientowałam się, że poszłam za daleko. Na niej właśnie otworzyłam tę czekoladę - tknęło mnie bowiem, że z tego miejsca to czeka mnie dość męczące podejście. A sesję zrobiłam jeszcze parę metrów przed schroniskiem, bo spodobały mi się widoki i czułam, że przy samym budynku będzie tłum, znacznie mniej się podobający. Acz po czekoladzie zwyczajnie nie spodziewałam się jakoś szczególnie zapadającego w pamięć. Choć przyznaję, że nazwę miała ciekawą. Może jednak nie tylko nazwę? Nie łudziłam się, ale dopuszczałam, że w sumie może mnie zaskoczyć. A może powinnam? Bo to właśnie o niej, i o drugiej ciemnej mlecznej (U Dziwisza Czekolada Sao Tome Milk 50 %), usłyszałam od producenta, że jest z nich wyjątkowo dumny. Poszukałam w internecie, co też znaczy "Asss". Okazało się, że to skrót: A.S.S.S., związany z klasyfikacją ekwadorskiego kakao. Oznacza Arriba Superior Summer Selecto. Takie kakao uprawia się Ekwadorze i Peru, a jego historia może mieć nawet 5000 lat.

U Dziwisza Czekolada z Ekwadoru / Ekwador Asss 50% Milk to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao Arriba Superior Summer Selecto z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam zapach intensywnie mleczny, mieszający się z suszonymi czerwonymi owocami i ziemistym akcentem. Gorzkość dodała ziemi palony akord, a do owoców podłączyła się słodycz ciężkawych, ale świeżych kwiatów.

Tabliczka w dotyku była tłusta, ale twarda. Sprawiała wrażenie trochę polewowej. Trzaskała bardzo głośno, jakby nieco krucho-chrupko.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanie-wolnym, z ochotą. Już po chwili zrobiła się kremowa i nieco miękka. Była tłusta w maślany sposób i maziście-kleista. Przez to wydała mi się wręcz przytykająca (więc trudno zjeść dużo na raz - jadłam w paru podejściach). Z czasem odnotowałam lekką soczystość oraz znikomą, epizodyczną proszkowość. Znikała za to wodniście, trochę jak rozwodnione mleko, acz pewnej ciężkości nie odrzucając do końca.

W smaku pierwszą poczułam gorzkość, która subtelnie wzrosła. Miała nieco palony charakter, poprzez który wkradło się słodkawo-goryczkowate ciemne piwo. 

Gorzkość wprowadziła czerwone owoce, głównie żurawinę. W zasadzie zapowiedź ich soczystości i potencjalnego kwasku. 

Ciemne piwo przywołało słodycz i zniknęło. Słodycz rosła w karmelowym kontekście, ale wcale nie gnała przed siebie. Spokojnie mieszała się z mlekiem, które rozchodziło się po chwili.

Mleko stawało się coraz istotniejszym graczem, działało bardzo konsekwentnie. Było naturalne i wyraziste, ale nie dominowało w kompozycji. Otarło się o kwaskawą, cierpkawą śmietanę.

I domowe mleko zsiadłe? W głowie pojawiła mi się wieś, gdzie coś właśnie kwitnie - czuć bowiem kwiatowy wątek. Kwiaty, mimo rześkości, miały ciężkawe zapędy.

Gorzkość trochę się wycofała, acz nie dawała o sobie zapomnieć. Jeszcze nieco wzrosła, idąc w stronę ziemistą. Chwilami to ona obejmowała rolę przywódczyni. Nie była jednak bardzo silna czy imperatywna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrósł kwasek. Do nabiału dołączyły, po czym bardzo go przygłuszyły czerwone owoce o wysokiej soczystości. W pierwszej chwili pomyślałam głównie o żurawinie suszonej. Słodycz zmieniła się częściowo w owocową, podkręcając soczysty wydźwięk. Odnotowałam maliny, a potem jeszcze... Słodkie, suszone wiśnie. Miąższyste i jędrne, tak jak żurawiny. Obok soczystości czułam też świeżość różowych i czerwonych kwiatów.

Słodkie maliny zrobiły drobną aluzję do... Malinowego syropu zrobionego z miodem wielokwiatowym? Ewidentnie bardzo kwiatowym.

Zaraz jednak kwasek owoców, łącząc się z mlekiem... osłabł i poszedł w kierunku słodkiego deseru śmietanowo- kefir owego. Chyba z sosem z mieszanki żurawin, malin i wiśni. 

Cierpkawy kefir przypomniał o cierpkawej ziemi. Ta końcowo znów nieco wzrosła, ale była już ogólnie uładzona. Kontrastowo na sam koniec jeszcze podskoczyła też mleczność i nawet drobna maślaność.

Po zjedzeniu został soczysty posmak naturalnego, pełnego mleka i sosu żurawinowo-malinowego, niby kwaskawego, choć w dużej mierze uładzonego kwiatami. Było słodko, ale i soczyście, i karmelowo, nie za mocno. Lekka gorzkość ostała się jako ziemia z palonym echem.

Czekolada bardzo mnie zaskoczyła - była bowiem bardzo smaczna i ciekawa, co czyni ją najlepszą czekoladą U Dziwisza z jedzonych przeze mnie. Gorzkość, otwierająca drogę żurawinie i malin, ziemiste akcenty i wyraziste mleko, przechodzące w kwaskawy nabiał świetnie pasowały do siebie i do nieprzesadzonej, szlachetnej słodyczy. Gdy poczęstowałam znajomego, zdziwił się, że to mleczna ("powiedziałbym, byłem pewien, że gorzka"). Choć większość zjadłam w górach, gdy zasiadłam do reszty w domu, też by zweryfikować odczucia, wciąż sprawiała przyjemność (mimo że mleczna!). Jedyne co, to wolałabym, by miała nieco inną, nie tak najpierw ciężko-przytykającą, a potem ciut wodnistą, konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, mleko w proszku, cukier trzcinowy

sobota, 1 lutego 2025

DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nuss mleczna z Dominikany z całymi orzechami laskowymi

Kosmos od lat bardzo mnie intryguje, więc jako że na dobre wróciłam w góry, nie mogłam darować wyruszenia w nie w okresie koło Nocy Perseidów. Niestety z 12 na 13 sierpnia termin bardzo nie pasował, no, ale wiadomo, że gwiazdy na spadanie nie czekają tylko na tę konkretną noc. Pojechałam z 14 na 15 i też sporo ich widziałam. Wybrałam trasę przyjemną bez szarżowania. A czekoladę akurat tę na jej początek, bo zdjęcia przyszło mi robić pod koniec dnia i wiedziałam, że za wiele jej tak czy inaczej nie zjem. Otworzyłam ją po drodze przez Rysiankę do Hali Lipowskiej, gdzie zaplanowane było spanie pod gołym niebem (w zasadzie oglądanie wspomnianych już gwiazd). Choć spodziewałam się dobrze zrobionej, wciąż była to mleczna, więc niezbyt w moim typie.
Czekolady marketu DM to moje ostatnie odkrycie. Wszystkie dotąd jedzone (wszystkie były ciemne) bardzo, bardzo mi smakowały, więc postanowiłam, że skoro to i tak kupuje mi je ojciec, a nie ja sama, to mogę dać szansę także mlecznej z orzechami. Fakt, że obecnie mleczne mogłyby dla mnie nie istnieć, ale uznałam, że w górach mogę sprawdzić, jak ten producent wykonuje takie opcje. Bez orzechów nie byłoby o tym mowy, ale właśnie tabliczki z orzechami w górach sprawdzają mi się najlepiej.

DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nuss - to mleczna czekolada o zawartości 37 % kakao z Republiki Dominikany z całymi orzechami laskowymi; marki własnej Drogerii DM.

Po otwarciu poczułam wyraziste, naturalnie słodkie prażone orzechy laskowe i mleko o niemal wiejskim charakterze. Stały prawie na równi, przyozdobione wysoką, nieco karmelowo-ciepłą słodyczą. 

Tabliczka była twarda i masywna, a przy łamaniu nawet lekko trzaskała. Nie kruszyła się - orzechy nie łamały się, a zostawały w którejś z jej części. Dodano ich średnio dużo i kiepsko rozlokowano - miejscami dużo, miejscami nic. Były to orzechy bardzo duże. Ja trafiłam też na ze dwie-trzy połówki.
W ustach czekolada rozpływała się ochoczo, w tempie umiarkowanym. Cechowała ją lekką proszkowość, tak delikatna, że w sumie raczej "niegładkość". Była gęsta i zbita, ale jednocześnie miękka. Dała się poznać jako aksamitnie mazista i chętnie odsłaniająca orzechy.
Te zostawiałam na koniec, tylko na próbę gryząc obok czekolady je może ze dwa razy. Były krucho-chrupiące. Na niektórych pojawiły się kawałeczki skórek.

W smaku czekolada przywitała mnie średnio wysoką słodyczą karmelu. Ten dał się poznać jako wyraźnie palony, co podkreślił odległy, subtelny akcent kakao. Zaraz jednak umknął gdzieś na tył kompozycji.

W kęsach nie tylko z orzechami czuć ich echo, ale w kęsach z nimi, orzechy już w ogóle bardzo szybko dawały o sobie znać, nawet niegryzione.

Prędko dopłynęło do tego mnóstwo mleka, a w tle jeszcze wyraźniej zabrzmiały podprażone orzechy laskowe. Razem utworzyły wiejsko-sielski klimat. Orzechy rosły w siłę - czuć je wyraźnie nawet we fragmentach bez nich, więc czekolada mocno nimi przesiąkła.

Słodycz nasilała się, a karmelowy charakter trzymał się jej cały czas, mimo że baza robiła się coraz bardziej mleczna i nieco maślana. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się ryzykownie słodko, lecz słodycz, jakby ze względu na orzechy, się opamiętała. Akcent kakao, acz nie gorzkość, sprowadził ją do poziomu.

Laskowa nutka ewidentnie płynęła też z samej bazy, a nie tylko od orzechów, lecz coraz intensywniejsza słodycz trochę ją przygłuszała. Mleczność przybrała wydźwięk ciepłego mleka, rozgrzewającego i słodyczą, ale raczej temperaturą.

Z czasem karmelowo-mleczna baza znów pozwoliła odrobinkę wyłonić się kakao, acz wciąż gorzkości nie było tu mowy. W zasadzie... Nakręciły się nawzajem ze słodkim mlekiem? Wtedy to, jako że czekolada znikała, pałeczkę przejmowały orzechy laskowe.

Laskowce gryzione potwierdziły, że ich charakter był średnio mocno prażony. Zaserwowały naturalną słodycz. Czekoladowe echo pozwoliło im na debiut w pełnej krasie.
Gdy spróbowałam je gryźć obok czekolady, były trochę mniej wyraziste, zagubione w intensywnej, karmelowej słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak lekko prażonych, słodkich orzechów laskowych i palonego karmelu, wymieszanego z ciepłym mlekiem.

Tabliczka wyszła smacznie, ale nie jakoś szczególnie zachwycająco. Czułam niedosyt orzechów, bo choć w części było ich dużo, dosłownie jeden przy drugim, sporo kostek zostało bez nich. Orzechy dodali naprawdę dobre, a sama czekolada cieszyła karmelowym charakterem słodyczy i porządną mlecznością. Miło, że znalazło się też miejsce dla nutki kakao. Gdyby orzechów było więcej, może też połówek nie tylko całych (bo takie bardziej by pasowały do jednak przeciętnie grubej tabliczki), mogłabym ją nazwać mleczną z orzechami przykładową, idealną, acz na 9, bo też bez takiego elementu wprawiającego w zachwyt na 10.

Ja jednak, jako że to wciąż bardzo słodka i mleczna czekolada, zjadłam prawie 2/3 (większość w górach i trochę w domu do weryfikacji), resztę ("przypadkiem" akurat tę część, gdzie orzechów było mało lub wcale) spokojnie oddając Mamie - po prostu dlatego, że na dłuższą metę to nie mój typ. Mama aż zapytała, jaka to firma, bo: "bardzo smaczna ta czekolada. Taka mocno mleczna, nie za słodka, głęboka, ale mało orzechów. Powinno być więcej, bo też pyszne. Faktycznie jednak, że w sumie w tej cenie, to nie było w niej też czegoś takiego, co by aż wbiło w fotel i jakoś szczególnie zachwyciło, a po prostu bardzo dobra, taka - jak mówisz - na 8".


ocena: 8/10
kupiłam: Drogeria DM (ojciec mi kupił)
cena: 7,95 zł
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy surowy, 21% pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, 20% orzechy laskowe, miazga kakaowa