wtorek, 20 września 2022

Halba Praline Orange Noir ciemna 60 % z nadzieniem pomarańczowym

O tę czekoladę Halby nie prosiłam (w sumie poprosiłam o dosłownie kilka; otrzymałam zaś mnóstwo, za co jestem wdzięczna - choćby z racji, że mogłam wieloma uszczęśliwić Mamę). Nawet o niej nie wiedziałam. A jednak gdy tylko dostrzegłam, ucieszyłam się. Wprawdzie skład nie mój, bo tyle masła sugerowało, że nadzienie będzie mi właśnie za maślane, ale tabliczka budziła pozytywne skojarzenia. Przypomniała mi się Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja, która podobała mi się bardzo, ponieważ czekolady pomarańczowe uważam za zacny wariant, ale nie cierpię kandyzowanej skórki pomarańczowej. A właśnie na niej zazwyczaj swą pomarańczowość opierają. Truflowo-czekoladowe, pomarańczowe nadzienie - to już zawsze wydawało mi się miłym tworem. Choć obecnie czekolady nadziewane nie są w moim typie, to jednak ta wydaje się na tyle niespotykana, że liczyłam na ciekawą, miłą degustację. Wydała mi się odpowiednia na późne popołudnie po zajęciach, jako coś niewymagającego, gdy już nie miałam mnóstwa godzin czasu do siedzenia nad czekoladą, jak lubię (i te "kilka godzin" u mnie nie jest nadużyciem).


Halba Praline Orange Noir to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem / praliną czekoladowo-pomarańczową na bazie masła z olejkiem pomarańczowym.

Rozrywając sreberko poczułam zapach olejku pomarańczowego, przywodzący na myśl wysoce słodki likier pomarańczowo-kakaowy. Goryczka i cierpkawość tych elementów zaznaczyły się bardzo subtelnie. Prawie zupełnie dominująca pomarańcza podrzuciła też sporo słodkiej soczystości. Po przełamaniu jednak wydało mi się to wygładzone i bardziej stonowane za sprawą istotnego udziału masła. Maślana słodycz wyszła nieco nugatowo-pomarańczowo. 

W dłoniach tabliczka wydawała się nieco tłusto-woskowa, a także dość twardawa. Przy łamaniu jednak twardą bym jej nie nazwała... Nie trzaskała, a wnętrze nieco się rwało, mimo że całość zachowała konkret, masywność. Nadziano ją konkretnym, zbito-maślanym kremem po całości.
Na oko był twardawo-zbity, ale tłusty. Przy odgryzaniu kawałka, wierzch masywnie się nieco w niego wciskał.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie raczej umiarkowanym. Cechowała ją tłustość i mazistość. Z czasem okazała się bardzo kremowa, gładka i gęstawa.
Nadzienie rozpływało się z nią w miarę integralnie. Dało się poznać właśnie jako bardzo maziste, kremowo-tłuste i dość masywne. Miało maślany, trochę śmietankowo-oleisty charakter. Wykazało się zwartą gibkością. Nie było jednak mocno zbite. Wyszło idealnie gładko, aż śliskawo. Znikało wodniście i oleiście, nieco szybciej od lepkawej czekolady.
Całościowo aż trochę otłuszczało to usta, a jednak na koniec zostawał też lekko pyliście-kakaowy efekt (czy nawet tylko efekcik), który starał się to tonować.

W smaku sama czekolada przywitała się całkiem wyrazistą gorzkawością, po czym nasunęła na nią słodycz. Rosła w kontekście cukrowym, wzmocniona słodką pomarańczą, którą znacząco przesiąkła. Wydała mi się z tego powodu cukrowo-likierowa. Z racji palono-cierpkawego echa, pomyślałam o smakowej kawie pomarańczowej, z echem procentów w tle. 

Z czasem całość jednak łagodniała. Czekolada przybrała na maślaności, ostała się już tylko gorzkawość drobniusieńka. Mimo to, subtelna cierpkość kakao pobrzmiewała w tle cały czas. Odnotowałam lekko orzechowy wątek, śmietankę, a wizja cukrowej kawy ze śmietanką w wariancie pomarańczowym nasilała się.

Pomarańczowa nuta wnętrza zaserwowała owoc soczyście-cukrowo słodki, a jednocześnie nieco goryczkowaty w olejkowym sensie. Znalazła się na pierwszym planie wraz z łagodną czekoladą. Niemal ją w pewnym momencie zagłuszyła. Szalała jako goryczkowato-słodki olejek i pomarańczowe twory, np. syrop / likier pomarańczowy na maślanym tle. Wyobraziłam sobie maślaną babeczkę z nadzieniem pomarańczowym, a w gardle poczułam lekkie drapanie. Wróciła myśl o śmietankowej kawie pomarańczowej, podanej do niej lub ewentualnie do... pomarańczowego nugatu.

Wraz z rozpływaniem się, maślaność nadzienia wyraźniej nieco wygłaskała słodycz. Ubrała ją w mocno maślano-nugatową otoczkę. W pewnym momencie, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodka maślaność znalazła się na pierwszym planie. Maślano-słodka nuta cały czas tonowała też pomarańczę, tak że ta nie dominowała. Wątki te wydały mi się równie. Słodycz nie była już taka rażąca, nieco się rozmyła, ale wciąż całość i tak wydawała mi się nieco za słodka. Nadzienie, choć nie mocno cukrowe, było znacząco słodkie. Słodko-maślane. Doszukałam się jednak w nim też oleistego wątku.

Czekolada po tym wszystkim wydała mi się nieco spłycona, maślano-ulepkowa, a jednocześnie cierpkawa. Jej słodycz zaś cukrowa. Trochę drapała końcowo w gardle.

Po zjedzeniu został posmak soczyście cierpkiej pomarańczy. Wydawała się częściowo naturalnie słodko-goryczkowata, trochę soczysta, ale też olejkowa w nienapastliwy sposób. Lekka cierpkość kakao kryła się za nią. Słodycz jako cukrowość pobrzmiewała i trochę zdradziła swoją obecność także w gardle.

Całość to zgrana, delikatna, przystępna, a jednak wyrazista kompozycja. Mocna pomarańcza wyszła dość naturalnie, choć też pomarańczowo jak słodkości w tym wariancie; na szczęście nie zabiła czekolady. Z czasem bowiem łagodniała, mieszając się z maślanością - trochę jak pomarańczowy nugat. Czekolada sama w sobie była lekko przesłodzona, ale w porządku. Tabliczka, choć nieco za słodka, wyszła dobrze jakościowo. Bardzo maślanie, a jednak wciąż nie tak tłusto-tłusto smakowo. Konsystencja jak dla mnie zbyt maślana, specyficzna, a jednak też nie taka mocno negatywnie. Specyficzna przystępnie. Nad oceną się wahałam. Bardziej subiektywnie przyznałabym 8, ale biorąc pod uwagę, co z czekolad pomarańczowych jest na rynku, patrząc na wspomnianą już Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja oraz np. Lindta Lindor Orange, zasłużyła - tak obiektywniej - na więcej.
Całościowo zaskakująco wciągająca. Choć już 2 kostki mnie zatłuściły i było mi za słodko, zjadłam pół tabliczki. Wtedy już zrobiła się dla mnie problematyczna, już miałam dość, a na pomarańczowe nadzienie ochota została zaspokojona - by zostać z pozytywnym wspomnieniem, resztę oddałam Mamie (bo znam siebie i wiem, że to nie czekolada, do której chciałabym wrócić w ciągu najbliższych miesięcy od nasycenia się nią, a jedzenie na siłę czy zbyt długie trzymanie nie ma sensu). Opisała: "bardzo smaczna, czuć jakość. W ogóle ciekawa, dobra czekolada i pomarańczę wyraźnie czuć, ale jakoś to tak wyszło, że na za dużo nie miałam ochoty". Wypytywałam, dlaczego - bez przekonania (po mojej sugestii) winą obarczyła "chyba konsystencję, bo jakaś taka...". Potem co prawda rozwinęła, że ogólnie chyba robi się zupełnie "nieczekoladowa". Zgodziłyśmy się jednak, że to świetnie zrobiona tabliczka - w tej kategorii, jaką reprezentuje (a że nasze osobiste preferencje się z tym nie pokryły to inna sprawa).


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, olej kokosowy, lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy 0,1%, aromat naturalny 

poniedziałek, 19 września 2022

Domori 100 % Massa di Cacao / Cocoa Mass Short Process ciemna

Niedługo po Domori Fondente Criollo 100 % uznałam, że warto ją zestawić z drugą posiadaną setką Domori. I do tej byłam sceptyczna, bo marka wciąż chwaliła się wyższą gramaturą, innowacyjnym rozwiązaniem, a mnie najzwyczajniej w świecie to, na co patrzyłam, zupełnie nie pasowało do Domori. W zasadzie już nawet pogubiłam się, do jakiej linii dzisiaj prezentowana należy. W pewnym momencie nie wiedziałam, czy w ogóle do jakiejś należy. Na opakowaniu znalazłam informację, że lekko prażona - to miłe, bo może bliżej jej miało być do bardziej surowych tabliczek? W wykonaniu Domori wciąż takie coś zapowiadało się w miarę ok.

Domori 100 % Massa di Cacao / Cocoa Mass Short Process to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao trinitario, lekko prażonego, o krótkim procesie obróbki.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny, dosadny zapach karmelu i whisky. Słodziutki, niemal śmietankowo-maślany karmel splatał się z alkoholem, przywodząc na myśl wyidealizowanego Pawełka Toffi w wersji ciemnoczekoladowej, dla bogaczy. On i słodycz wydały mi się aż przejawiać lekki zaduch... a jednak też soczystość. Może więc czułam bardziej soczysty, "karmelowawy" koniak? Aż zahaczający o złociste, suszone owoce? Charakteru dokładały też orzechy, acz... wiązały się z lekkim złagodzeniem, przełamaniem. Jakby w tle kusiły croissanty z ciasta francuskiego, tosty... właśnie z jakimś nadzieniem / kremem orzechowym? Wszystko było w pewien sposób ciężkawe, nasączone... Wyobraziłam sobie jakieś ciemne pomieszczenie, z ciężkimi zasłonami nasiąkniętymi dobrym alkoholem.

Tabliczkę cechowała kamienna, wręcz niespotykana twardość. By niektóre kawałki połamać, musiałam nacisnąć je niemal całą sobą o stół. Czekolada wydawała aż dudniące echo, jakby tak uderzać w pudło rezonansowe gitary akustycznej. Trzaskała więc bardzo głośno, dziwnie głucho.
W ustach jedynie chwilowo podtrzymywała twardość, zaraz nieco mięknąc na gęsto-maślaną masę. Była tłusta w sposób orzechowy. Wydawała się zbito-gibka, a zarazem lepka. Zostawiała dość ciężkie smugi, nieco przytykała, wypełniając konkretnie usta. Była ciężka, ale nie męcząca. Im bardziej się rozpływała, tym bardziej aksamitnie-pylista, aż nieco proszkowa się robiła. Na koniec lekko ściągała.

W smaku pierwsze pojawiły się orzechy, choć zaraz rozproszyły się. Otworzyły drogę ciężkawym rogalikom (croissantom!) z ciasta francuskiego oraz pewnej maślaności, tłustości.

Za nimi poczułam maślany karmel i trochę niemal śmietankowej nuty, przez co pomyślałam o "irish cream", a więc likierze ze śmietanką na bazie... whisky, koniaku? Może w ogóle takiej kawie typu "irish coffee"? Wyobraziłam sobie gęstawe, półpłynne nadzienia śmietankowo-karmelowe właśnie z alkoholem w idealizowanych czekoladkach. I też po prostu likier śmietankowo-karmelowy, oparty na whisky.

Mocny alkohol uderzył. To karmelowa, nieco słodowo-goryczkowata, ale bardzo słodka whisky, a z czasem więcej soczystości... Może jednak koniak? Pomyślałam też o karmelu złocistym, mało palonym i... aż soczystym? Odnalazłam suszone figi w jasnym kolorze, a także niemal miodowym charakterze, miękkie i soczyste oraz jędrne rodzynki najwyższej klasy. Z odrobineczką kwasku.

Orzechy poprzez maślaność przemknęły obok słodyczy i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zintensyfikowały się. To wyraźnie orzechy laskowe, z gorzkością ich skórek. Były to orzechy surowe, podkręcone dodatkowo drewnem. Pomyślałam o drewnianym, ciemnym wnętrzu i skórzanych obiciach, może odzieży... Wszystko to wydawało się nasiąknięte dobrym, mocnym i nieco karmelowym alkoholem oraz... dymem?

Bliżej końca orzechy wydały mi się nieco zwęglone. Istotna okazała się właśnie węgielna nutka, która wniosła odrobinę cierpkiej słodyczy. Z alkoholi jakby podmieniła whisky / koniak, chowając je do ciemnego, drewnianego barku, a wyjmując z niego czerwone, wytrawne wino.

Wino zasugerowało, że rogale i tosty aż nasiąkły... dżemem wiśniowym, nie czymś orzechowym. Croissanty wciąż mogły być jednak chociaż z posypką z orzechów laskowych, epizodycznie tylko goryczkowatymi. Wciąż było w nich jednak coś ciężkiego. Pomyślałam o cieście drożdżowym i po prostu... drożdżach? Znów wróciły soczyste (lekko drożdżowe?!) suszone owoc... figi? Takie jakby podfermentowano-niedosuszone?

Posmak był bardziej cierpko-soczysty, orzechowy, ale i dość maślany. Wciąż na pewno ciężki. Karmel z alkoholem znów nieco zawiązały sztamę, ale nie były już tak jednoznaczne. 

Całość smakowała mi, choć konsystencja i forma odstraszały - za to odejmuję punkt. Nie podoba mi się taka twardość.
Uderzenie mocnego, dobrego alkoholu ze słodyczą karmelowo-śmietankową dało efekt pozytywnie ciężki, poważny. Wyobrażenie o ciemnym wnętrzu, francusko-drożdżowych wypiekach, orzechy (ale oprócz orzechów po prostu, też jakby orzechy goryczkowate) i węgiel, lekka soczystość wyszły głęboko i wciągająco jak ruchome piaski. Konwencja poważna, acz łagodna. Nie taka setkowa, a zaskakująco słodka.

Przypominała trochę Domori IL100% Blend z 2016, ale z wyciętą kawą i ziemistością.
Domori Trinitario 100 % Assoluto (2019) była kwaśniejsza, bardziej cytrusowa, ale i ona miała wydźwięk wypieków słodko-ciężkich, grzanego wina; jej orzechy to jednak ziemne, a nie laskowe jak w przypadku dzisiaj opisywanej. 
Dzisiaj opisywana wydawała się najsłodsza, bardzo orzechowa, ale wciąż dosadnie alkoholowa i poważna.
Domori Fontente Criollo 100% też była śmietankowo-maślana, ale właśnie znacznie mniej "procentowa", karmelowa, a soczyście wiśniowa.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 75 g - cena półkowa)
kaloryczność: 625,5 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa

niedziela, 18 września 2022

krem Zotter Crema Cashew

Kremy, które sobie czasem łyżeczkuję, zdecydowanie muszą opierać się na orzechach, nie lubię w nich przesadniego dosładzania - dopuszczam tylko znikome, czymś nie ordynarnym (np. zamienniki cukru białego w postaci daktyli czy nawet odrobinka powiedzmy cukru kokosowego). Zotter Crema szczerze nie leżą w kręgach mojego zainteresowania, bo marka ogólnie ostatnio kilka razy mnie zawiodła. Almond to idealny przedstawiciel kremu nie dla mnie, ale Sesame zaskoczył mnie tym, że mi tak posmakował. Jednorazowo, ale jednak. Choco z kolei rozkochał mnie w sobie na dobre. Stąd pomyślałam, że i dzisiaj przedstawianemu dam szansę, skoro kocham nerkowce. Bałam się, że tyle słodyczy je przygłuszy, skoro same w sobie potrafią wychodzić tak słodziutko (dobrym przykładem jest Mixitella Cashew and Peanut Butter), ale co tam. A daktyle potrafią zasłodzić... w tym przypadku bowiem użyto cukru zrobionego właśnie z nich (poprzez zmielenie suszonych).

Zotter Crema Cashew to nerkowcowo-nugatowy krem zrobiony z prażonych orzechów nerkowca ("domowej - home-made praliny / nugatu"), słodziny cukrem daktylowym ("smarowidło do pieczywa"?).

Po otwarciu poczułam wątły zapach orzechów nerkowca o bardzo słodkim charakterze. Czuć lekko podkreślające je prażenie, a także maślaność, maślano-karmelową nutę. Pchała się na pierwszy plan. To było nugatowo-słodkie, aż przygłuszone, niewyraziste i rozmyte. Nie porywało. W trakcie jedzenia wydało mi się, że motyw prażenia wiązał się z ciepłem... słodkiego cynamonu? Także mleczny akcent nieśmiało się zaznaczył.

Krem zaskoczył mnie twardością i gęstością. Przy nałożeniu na łyżeczkę wyglądał na wręcz suchy, ale szybko okazało się, iż wcale taki nie był. Cechowała go gładka tłustość chłodnawego masła, ale... jakby nieco przełamana suchawością. Był bardzo zwarty, tak, że w zasadzie najlepszą opcją na niego byłoby chyba krojenie nożem.
W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, trochę zawiesinowo. Potwierdziła się jego gładkość, a także tłustość w tak bardzo maślanym sensie, jak to tylko możliwe. Nie był jednak straszliwie, bardzo-bardzo tłusty - dało się w nim lekkiej suchawości doszukać. Okazał się zwarty, ale... w ustach z czasem mięknąco-płynący jak powoli ocieplające się masło. Raz po raz trafiałam na pewną pudrowość (jakby orzechy zostały zmienione w pyłek). Po jedzeniu zostawiał lekką tłustość na ustach.
Ogólnie wydawał się dość ciężki. Do tego tak specyficzny, że w zasadzie nie wiem, w czym by się sprawdził. Łyżeczkowany szybko męczył tą zbitą maślanością. Był na tyle zbity, że rozsmarowanie go to ogromny kłopot.
A jednak uparłam się i na waflu tego dokonałam (bardziej niż "rozsmarowałam", pasuje tu "nałożyłam i przyklepałam") - na nim tłustość wcale nie przeszkadzała. Wyszła odpowiednio.
Mama od siebie dodała, że także na bułce (w jej przypadku jakaś z Lidla z maślanką) się sprawdza zacnie - oczywiście jak już jakoś tam się nałoży i uklepie, bo o rozsmarowaniu na miękkiej bułce nawet nie ma mowy (nie da się).
Ogólnie okazał się tak wydajny, że wydawał się niekończący.

W smaku od początku dał się poznać jako słodko-maślany. Orzechy nerkowca odnalazły się w tym, bo trochę je czuć, ale na pewno nie na pierwszym planie. Okazały się lekko podprażone, naturalnie słodkie i przygłuszone maślanością. Z czasem tak je otuliła, że wyobraziłam sobie jakby masło zrobione z nerkowców (nie masło orzechowe, ale "niby zwykłe masło w kostce", tylko że z nerkowców). Do tego doszła cukrowo-karmelowa słodycz jakby łagodnego, maślanego nugatu.

Orzechy nerkowca rozeszły się po ustach, lekko tylko pobrzmiewając i przystając na ten słodki obraz. Nie zamierzały zmienić swojego nieśmiałego charakteru, przez co całość wyszła jak posłodzone, niemal uroczo słodziuteńkie masło, trochę właśnie nugatowo, ale nie jakoś klarownie nerkowcowo. To... słodziusie masełko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz wzrosła do poziomu przesady i zadrapała w gardle. Odebrałam ją jako cukrową, choć jak się mocno, mocno skupiłam, może i doszukałam się karmelowo-daktylowawego przesłodzenia się doszukałam. Było to zmieszane z odrobinką słodkiego cynamonu, który kompozycji nadał ciepły wydźwięk (acz jako przyprawa nie był wyraźnie wyczuwalny).

Pomyślałam o jakiejś nugatowej kawie typu latte - pewnie w wersji wegańskiej, bo na nerkowcowym napoju. Z czasem wyszło to delikatniej; maślany motyw wygłaskał słodycz, która trochę odpuściła, zreflektowała się.

Cynamon, choć też słodki, podkreślił prażony aspekt nerkowców. Wyszły już bardziej orzechowo, orzechowo-maślano. W ich prażonym smaku raz czy dwa doszukałam się sugestii soli, ale nawet nie nutki (jedynie sugestywnej sugestii).

Po zjedzeniu jednak i tak zostało przesłodzenie. Maślano-karmelowe, trochę cukrowe, trochę daktylowe, ale na szczęście też posmak... orzechów; na siłę doszukałam się nerkowców. Słodziutkich, naturalnie maślano-mlecznych i nugatowych.

Łyżeczkowanie "słodkiego masełka" mnie obrzydzało, więc spróbowałam opcji na waflu gryczanym.
Rozsmarowanie na waflu było trudne, bo krem zachowywał się, jakby był suchy. Jedzenie chrupiąco-kruchego krążka z ogromem jakby chłodnego, zbitego masła też było specyficzne, acz... trochę pozwalałam temu się w ustach całościowo porozpuszczać-ponasiąkać, dopiero podgryzałam i jakoś tam to pracowało (ot, jak wafel z twardym masłem?).
Smakowo to zagrało lepiej, bo gryczany motyw wafla podkreślił orzechowość (ale nie konkretnie nerkowców) kremu. Słodycz zmieszana z masłem i orzechami nie drażniła mnie tak, jak w towarzystwie głównie samego masła. Na waflu wyszło to jak słodziutkie nugato-masło (nie słodziutkie masełko). Nerkowce nie nabrały wyrazistości, ale jakoś tam je czuć. Daktyli z cukru daktylowego natomiast nie. Takie słodkie smarowidła i przekąski tego typu bardziej słodkie niż orzechowe nie są dla mnie, więc na nawet niecałym waflu zakończyłam. To dobry sposób na ten krem, ale to krem nie dla mnie (i przekąska, sposób też jednak niezbyt mój), oddałam więc Mamie.

Całość uważam za "niby w porządku", przesłodzoną i zbyt "masełkową". Przyjemny, ciepły nugat, mleczna orzechowość w zasadzie wyszły interesująco na waflu, ale nie jest to mój typ kremu... W ogóle wątpliwości budzi tu aspekt "kremowości". Brakowało mi wyrazistości, nerkowcowości i charakteru. Ta naturalna słodziuteńkość została jeszcze  bardzo podkręcona - niepotrzebnie. Ogrom masła-masełka też mi nie odpowiadał. Do łyżeczkowania ten krem za nic się nie nadaje - w cukrowym masełku nie ma nic przyjemnego; jest wręcz odpychające. Na średnim waflu zyskał (wafel też zyskał). Do takiego celu, do czegoś, krem mogę więc podpowiedzieć (nie "polecić") jako zadowalający słodko-nugatowy. Nerkowcowy jednak? Słodzony cukrem z daktyli? Akurat to prawie zupełnie uciekło, więc dodatkowe punkty odejmuję. To istny masełko-nugacik nerkowcowy w formie kremu. Zupełnie nie moja bajka.

Mama najpierw też spróbowała łyżeczką i tak podsumowała: "okropnie tak, zbito-twardy jak chłodne masło i smakuje jak posłodzone masło" (ona do maślaności ogółem nic nie ma; sama używa smarowideł typu Smakowita). Potem posmarowała tym jakąś bułkę (z maślanką z Lidla) i stwierdziła, że w takim wydaniu: "przepyszne! I ta bułka średnia zyskała, a krem... to już nie mówię. Cudownie słodko-maślany, delikatny. Nie za tłusty, nie za słodki. Nie wiem, co w nim dokładnie czuć, ale był pyszny na bułce. Orzechy... no, może nie wiem, jak dokładnie nerkowce smakują, bo on dla mnie to głównie maślany był.". Większość zjadła na śniadania jako zamiennik masła orzechowego, czyli na tostach z serem żółtym i dżemem. Stwierdziła, że to w zasadzie się najlepiej sprawdziło, ale zdecydowanie woli do takich kanapek pastę fistaszkową, bo: "tego kremu Zottera w ogóle nie da się rozsmarować, ale może być, jak już jest, bo przecież się nie wyrzuci". Zdziwiłyśmy się, że nawet na lekko ciepłych (!) tostach był problem z rozsmarowaniem (udawał, że jest suchy) - krem rozpuszczał się minimalnie tylko na natychmiast wyjętym z tostera*. Co prawda ponoć na samym dnie był nieco rzadszy i bardziej przystępny, ale to i tak kiepsko (bo jakoś do tego trzeba się przekopać). Gdy skończyła go, usłyszałam, że był "aż zbyt wydajny, bo można go tak męczyć i męczyć".
Zgodziła się więc ze mną, że bardzo to niefunkcjonalne i w każdym przypadku nerkowcowość i daktylowość uciekają - szkoda. Co więcej, dodała, że smaczne to jednorazowo, bo już jest, ale żadna z nas nie wie, kto by chciał to kupić - ani to smaku jakiegoś konkretnego nie ma, ani do niczego przez konsystencję się nie nadaje.
Obstawiam, że konsystencję zawalił cukier z daktyli. Np. czekolada słodzona nim też się prawie nie rozpuszcza.
*Czuję, że w daniach na ciepło, podgrzany może współpracowałby nieco lepiej.


ocena: sam 4/10; na waflu 5/10 (sam efekt, odcinam się od tego, jaki to wariant miał być); ogół: 5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 25 zł (za 130g; dostałam)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: orzechy nerkowca 67%, cukier daktylowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon

sobota, 17 września 2022

Luisa Abram Rio Tocantins / Tocantins River 70% ciemna z Brazylii

To miała być moja pierwsza tabliczka marki Luisa Abram. Słyszałam o niej, ale nigdy jakoś bardziej się nie zainteresowałam. Na jej nieszczęście traf chciał, że jedyna tabliczka, jaką miałam możliwość kupić, otrzymała paskudne według mnie opakowanie. Ten neonowy róż zupełnie nie kojarzył się ze szlachetnym produktem. Godził w moje poczucie smaku. Wiadomo jednak, że liczy się wnętrze. A to w sumie mogło wyjść ciekawie.... Niewielki, rodzinny interes prosto z Brazylii, São Paulo. Luisa, Andre, Mirian i Andrea osobiście doglądają każdego detalu produkcji. Ponoć Luisa sama często nacina ziarna podczas fermentacji w celu sprawdzenia, jak się mają. Przyświeca jej wizja odrestaurowania hodowli kakao w Brazylii. A trzeba nadmienić, że z tym swego czasu zrobiło się krucho, bo ziarna zaczęły być atakowane przez różne choroby (dlatego teraz rosną tam najwytrzymalsze forastero). Co ciekawe, do zrobienia tej tabliczki użyto dziko rosnącego kakao.
Tak sobie pomyślałam, że ciekawie się złożyło, iż w krótkim czasie po Cuna de Piedra 85% Mexican Cacao from Soconusco, Chiapas. zabrałam się za inną właśnie małego, lokalnego producenta z rzadko spotykanego kraju (wcześniej Meksyk, teraz Brazylia).

Luisa Abram Rio Tocantins / Tocantins River 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % dziko rosnącego kakao z Brazylii, z regionu rzeki Tocantins (dolnego dorzecza Amazonki).

Bardzo zaskoczyła mnie forma: w kartoniku znalazły się dwie oddzielnie pakowane tabliczki. O ile przywykłam do tego w przypadku Zottera, tu jakoś niezbyt mi to pasowało. Acz rozwiązanie to chyba dobre.
Po otwarciu uderzył wyrazisty zapach cytryny z miodem... To była wręcz słodka "cytrynka", acz nie mniej soczysta i jakby aż buzująca. Ogrom rześkości, orzeźwienia wiązał się z tym wrażeniem, a jednak nie wysoką kwaśnością. Ta była, ale nie na pierwszym planie. Pomyślałam o herbacie z miodem i cytryną. I w niej znalazła się pewna rześkość. Z czasem doszukałam się też innych rześkich owoców - może słodkich, świeżych fig? Na pewno sporo słodyczy należało do mocno czekoladowego ciasta z orzechami (albo wręcz na ich bazie). Czułam orzechy włoskie i arachidowe... właśnie wtopione w wilgotne, lepkie od miodu ciasto? Herbaciany wątek i lekka gorzkawość odlegle skojarzyła mi się też trochę z drzewami.

Konkretna tabliczka w dłoniach wydała mi się kremowa, potencjalnie średnio tłusta. Przy łamaniu popisała się twardością i głośnymi chrupnięcio-trzaskami. Zaskoczyła mnie jednak twardą kruchością, trochę właśnie się krusząc. Jej przekrój skojarzył mi się ze zbitą, suchą, ziarnistą ziemią.
W ustach rozpływała się rzeczywiście kremowo i dość szybko. W takim... umiarkowanie szybkawym tempie, zmieniała się na gibko-miękką, budyniowatą grudkę. Powoli rozchodzącą się i rzednącą na bardzo, bardzo soczystą i "rozlazłą" masę. Trochę obklejała usta, była nieco tłustawa, ale przede wszystkim soczysta jak... owocowy, rzadkawy budyń? Znikała bez echa, jak ulotne wspomnienie, trochę ściągając.

W smaku pierwsza ruszyła słodycz, będąc jakby czerwonym dywanem dla poszczególnych gwiazd degustacji. Oto wkroczyła cytryna... w zasadzie cytrynka, bo także ją cechowała wysoka słodycz. Nie zabrakło kwasku, ale w dłuższej perspektywie wydawał się podporządkowany słodyczy. Cytryna jednak przez moment wydała mi się aż musująca, niesamowicie orzeźwiająca.

Po czym szybko osiadła w słodszych realiach ciastek cytrynowych. Herbatników cytrynowo-maślanych? W wyobraźni nagle zobaczyłam ogrom cytrynowych kruchych ciastek. Ciastek z cytrynowym, cukrowo-słodkim, lepkawym dżemem? Udało mu się jednak zachować też trochę kwaśności.

Soczystość cytryny zeszła na dalszy plan, gdzie związała się z innymi owocami. Były tam jakieś egzotyczne, fioletowe, może też świeże figi... Słodkie, acz rześkie. Nieco cierpkawe?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przybyła gorzkość orzechów. Nie była mocna; wygłaskała owocowość, kierując uwagę na maślane ciasto. Maślaność wyraźnie umocniła swój udział w kompozycji. Wyobraziłam sobie wilgotne, tłusto-maślane ciasto czekoladowe zrobione na bazie / z orzechami włoskimi i arachidowymi. Może z migdałami przemykającymi wśród nich? Było wilgotne, niemocno przypieczone oraz dosadnie słodkie. Miodowe? Trochę nugatowe na pewno.

Ogólna słodycz rosła bez kompromisów, aż nieco drapiąc, przez co myślałam o miodzie, acz to raczej mieszanka miodu i cukru pudru. Za sprawą tego, figi jakby się ususzyły i dołożyły do zasładzania. Ciasto... i cytrynę utrzymywało w ciastkowo-ciastusiowych realiach. Wyobraziłam sobie ciasto na spodzie z herbatników... rzecz jasna też słodkich... A potem coś jak amerykańskie ciasto typu lemon bar (maślano-cytrynowa masa na kruchym spodzie; odkryte w nieistniejącym już krakowskim Sweet Life), w wariancie posypanym cukrem pudrem. To już przełożyło się na umocnienie kwaśności (acz też nie tak bardzo-bardzo). Przypomniało mi się, jak w dzieciństwie babcia raz czy dwa zaserwowała mi "przekąskę" składającą się z plastra cytryny grubo posypanego cukrem, który od niej wilgotniał, nasiąkał - wrażenie było podobne (ekstremalnie i kwaśno, i słodko jednocześnie; swoją drogą nie wiem, dlaczego uznała, że coś takiego mi do gustu przypadnie). 

W tle nugatowo-maślane orzechy zostały podkreślone drzewami. Drzewa wiązały się też z lekko żywicznym motywem... nie tyle jednak samych żywic, a czegoś słodko-żywicznego. Może ciemnych rodzynek? W głowie "turlała" mi się mieszanina scukrzonych, miodowo słodkich suszonych owoców, z drobną cierpkością. Myślałam o drzewach rozgrzewanych słońcem i... liściowo-suszonych. Herbacianych? W wyobraźni zobaczyłam herbatę z cytryną, zasłodzoną niemal do gęstości... Miodem, cukrem? Aż trudno stwierdzić. Znalazły się przy niej kruche ciastka cytrynowe, być może z dżemem cytrynowym. Echo kakao podkreśliło w nim cierpkawość cytrusową.

Pod koniec pomyślałam o cierpkawej bergamotce, cytrynie... dżemowo-skórkowej? Wróciły też egzotyczne owoce z pewną rześkością, może fioletowe... a więc świeże figi i jasnofioletowe winogrona? Rześkość zmieszała się z łagodniejszym wątkiem ciastkowo-maślanym.

Wszystko to, a więc kwaskawo-cierpkawe owoce, cytryna i egzotyczne, fioletowawe zostały w posmaku z przesadzoną, aż nijaką słodyczą. Drzewa i ich cierpkość, skórki orzechów włoskich i fistaszków nieco ratowały sytuację, dbając o cierpkawość, ale niewiele tu tego. Odnotowałam też wytrawniejszą, "czystszą" maślaność.

Całość miała interesujące i smakowite nuty, niestety bardzo przesłodzone. Słodycz irytowała mnie charakterem miodu i cukru (raczej pudru). Cytryna i cytrynowe kruche ciastka, trochę nieoczywistych owoców świeżych (figi?), żywiczno-herbaciane akcenty, orzechy włoskie i ziemne - mogło być tak pięknie. Kwaśność wprawdzie okazała się całkiem przyjemna i znacząca, ale gorzkości bardzo mi brak. Słodycz za to aż mnie przytłaczała.
W dodatku nie podobała mi się ta łatwo rzednąca konsystencja. Niby pasowała do smaku, ale to nie mój typ. Za nią kolejny punkt obniżyłam.

Drzewa, migdały, orzechy, cytrusy, coś egzotycznego i drapanie miodu, figi czułam również w Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70 % Bresil. Podlinkowana kojarzyła się trochę z waflami oraz śmietanką, dziś opisywana to raczej ciastka i maślaność, acz charakter to w pewien sposób podobny. Obie za słodkie i przyzwoicie kwaśne jednocześnie. Cluizel jednak mimo wszystko był też bardziej gorzki.
Orzechowo-cytrusowa była także Zotter Labooko Brazil 72 %, jednak w zupełnie innym stylu. W niej o wiele więcej różnych owoców, a pieprzność i gorzkość, ogólnie niższa słodycz przełożyły się na o wiele lepszy efekt.
Wszystkie jedzone dotąd czekolady z Brazylii były wytrawniejsze.


ocena: 7/10
cena: 44,25 zł (za 80 g - cena półkowa)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 16 września 2022

(Halba) Coop NaturaPlan Chocolat Noir aux Pistaches 60 % Cacao bio ciemna z Peru z karmelizowanymi i solonymi pistacjami

O tej tabliczce wspomniałam już przy Pistaches Noir. W chwili otwarcia przesyłki obstawiłam, że właśnie ta bardziej mi posmakuje, jednak po zapoznaniu się z kilkoma, straciłam pewność. Otóż orzechowy duet mnie zaskoczył. Halba Noisettes Milch Lait wyszła jakoś ciekawiej niż (Halba) Coop NaturaPlan Chocolat Milch-Nuss / Lait-noisettes bio. Byłam bardzo ciekawa, jak to będzie z pistacjowymi aż do momentu, w którym dowiedziałam się, że obie są z solą. Tym bardziej dziwi mnie, że tak rzadko spotykany wariant (ciemna czekolada z pistacjami) występuje w ofercie Halby w dwóch wariantach, które w zasadzie są wręcz łudząco podobne, specyficzne (w końcu z solą). Ja, już jakby co, zrobiłabym podział, że jedna z czystymi pistacjami, druga z solonymi. I to by się nawet wpisało w konwencję (czy raczej czasem stereotyp), że produkty organiczne są zdrowe (uprawa eko przekłada się na jakość, ale przecież do czekolady eko można też śmieciowe składniki napchać). Bio idealnie pasowałaby na taką z czystymi pistacjami!

(Halba) Coop Naturaplan Chocolat Noir aux Pistaches 60 % Cacao bio to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Peru z karmelizowanymi, solonymi pistacjami (które stanowią 20% całości); zrobiona w 75,7% ze składników z certyfikatem Fairtrade.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach pistacjowo-orzechowy i karmelowo-maślany, lekko tylko cukrowy. Kompozycji nie brak palono-gorzkawej nuty. Do tego doszukałam się szlachetniejszego wątku wanilii. Po przełamaniu nasiliła się naturalna orzechowość pistacji. Nie wydawały się mocno prażone. 

W dotyku tablica sprawiała wrażenie masywnej i nieco ulepkowo-suchawej. Łamana wykazywała twardość, trzaskając i chrupiąc tam, gdzie zatopiono pistacje. Dodano ich mnóstwo w postaci całych, dużych sztuk i kawałków. Nie przełożyły się na kruchość ogółu. 
Otaczała je cieniuteńka, w zasadzie znikoma warstewka cukru, acz trzeba przyznać, że nie wszystkie. Przy niektórych pojawiał się tylko kryształkowy błysk. Sporo pistacji było jej pozbawionych.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto i tłusto, trochę gibko-ulepkowato. Była kremowa i gładka. Z wolna, leniwie i niezbyt chętnie (co przełożyło się na spójność całości) odsłaniała pistacje. Oblekała i obklejała je długo. Nie miały swoich brązowych skórek.
Pokrywała je cieniuteńka warstwa cukru, która w dużej mierze też się rozpuszczała, przyspieszając całość, rozrzedzając ją. Sporo wystąpiło na pistacjach soli, zupełnie jednak niewyczuwalnej strukturalnie - rozpuszczała się, chowając w reszcie (było jej więcej niż w wersji zwykłej).
Pistacje tradycyjnie zostawiałam na koniec, gryząc je, gdy czekolada już zniknęła. Wtedy nieliczne pokrywała jeszcze cześć warstewki. To rzężąco-skrzypiący, ale szybko znikający cukier. Trafiały się też, małe, bo małe, ale jednak, kryształki soli (tylko przy gryzieniu to jakoś tak "chowało się"). Pistacje same w sobie zaś okazały się lekko prażone i chrupiąco-twardawe, trochę tylko miękkawe, nieprzesuszone i zacne. Podprażono-świeżawe.

W smaku najpierw po ustach rozchodziła się palono-karmelowa słodycz i palony motyw kawowo-orzechowy, który przybrał ciężkawy wydźwięk. Skojarzył mi się z pistacjowo-orzechowymi piernikami w ciemnej czekoladzie, może z nutką alkoholu. Albo... piernikową kawą? Osnuł to lekko cierpkawy dym.

Prażona nutka, ogólna orzechowość i pistacje pobrzmiewały zaraz od początku. Słodycz rosła, ale nie była chamska. Doszukałam się wanilii, przełamanej przyjemną, soczystą cierpkością kakao. Pomyślałam o słodkim cieście, wilgotnym wewnątrz od np.... warstwy marcepanowej?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy pistacje zaczęły wyłaniać się spod czekolady, słodycz podskakiwała epizodycznie. W większości należała do karmelu, ale zdarzyło się jej zahaczyć o cukier. To i tak było jednak nieodzownie zmieszane z lekko prażonymi pistacjami. Uwypukliły orzechowy wątek w całości, a i sobą, słodkawo-słonawymi naturalnie, pobrzmiewały. Raz po raz zaczęła pojawiać się przy nich sól, nieznacznie podkreślając prażony aspekt. Choć wyraźnie wyczuwalna, nie było jej dużo i nie narzucała się (powiedzmy - mnie obecnie przeszkadzają choćby śladowe ilości soli).

Czekolada po tym wszystkim wydała mi się bardziej cukrowa, orzechowa, ale... z nieco cytrusową soczystością. Pomyślałam też o skórce cytryny i może a'la wiśniowej soczystości (lub sugestii wina?). Całość wydała mi się specyficznie soczysta, co dziwnie mieszało się też z leciuteńką słonawością. Jakby ona sama w sobie chwilami chciała zrobić się kwaskawa.

Pistacje na samym końcu wciąż zachowały przy sobie palono-cukrową nutę skorupki, a niektóre z nich trochę soli. Nie dużo jednak.
Same pistacje po tym wszystkim, zwłaszcza te ciamkane, gryzione bardzo długo, smakowały mocno samymi sobą. Wyraziste, czasem naturalnie słodkawe, czasem jakby naturalnie słonawe, pokazywały się od znikomo prażonej strony. Wyszły naturalnie "orzechowawo maślanie". Zaserwowały mi tyle smaku, ile tylko można, co aż mnie trochę zaskoczyło - otoczenie nie odebrało im ani krzty pistacjowości. Wprawdzie na końcu także czasami pojawiał się smak soli, ale nie przeszkadzał im. Niby nie czułam jej kryształków, ale gryząc pistacje, zdarzyło się, że zaplątała się przy nich.

W posmaku zostały głównie prażone, lekko słonawe pistacje, a także sporo cukru. Lekka gorzkawość orzechowo-palono-kawowa odegrała rolę znikomą, ale nie dała o sobie zapomnieć.

Całość była w zasadzie niezła, bo nie aż tak cukrowa (różnica to nie tylko "w tym cukry 2g", ale też rodzaj cukru - trzcinowy jest mniej słodki i nie chamski), a jednak przyjemnie całościowo pistacjowo-orzechowa, ale... to karmelizowanie i posolenie pistacji wyszło jej na złe. Ten aspekt zwracał na siebie uwagę, mimo że nie był napastliwy. Po prostu mi nie pasował do wszystkiego innego. To "wszystko inne" było naprawdę dobrą tabliczką - obyło by się bez "ulepszania".
Wyszła zdecydowanie lepiej, mniej słodko i bardziej ambitnie od zwykłej. Podobała mi się soczystość dzisiaj przedstawianej. Zachwyciły mnie bardziej świeżawe pistacje, stąd jeszcze bardziej boli fakt, co im uczyniono cukrem i solą. W dzisiejszej dodano lepsze jakościowo, nieprzeprażone (to widać nawet po kolorze - w dzisiejszej zieloniutkie, a w zwykłej okropnie żółte, ciemne). Dzisiaj przedstawiana zawierała niestety więcej soli (co czuć wyraźnie w smaku), ale ta się lepiej zgrała z bazą (sól morska ogólnie jest lepsza od kuchennej w moim odczuciu). Wolałabym kompozycję bez cukru i soli na pistacjach, a właśnie do granic możliwości pistacjową. A jednak to wciąż w porządku czekoladzisko, które można zjeść. Myślałam, że zjem na uczelni, ale jakoś po kostce już mnie ta sól (w cukrowej otoczce) zaczynała obrzydzać (dwa razy, bo zrobiłam dwa podejścia, zjadając łącznie dwie kostki; "można...", ale jak widać akurat nie ja).
Oddałam Mamie, acz i ona nie była przekonana do tego jako całości (nie smakowała jej jak i mnie przez sól i cukier na dobrych pistacjach, acz jej też sama czekolada nie, bo ciemna), więc oddałyśmy ojcu.


ocena: 8/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy surowy z Paragwaju, karmelizowane i solone pistacje 20% (pistacje z Turcji, cukier trzcinowy surowy z Paragwaju, woda, guma arabska E414, sól morska), tłuszcz kakaowy z Dominikany, pasta migdałowa z Hiszpanii, laska wanilii

czwartek, 15 września 2022

Halba Pistaches Noir ciemna 60 % z karmelizowanymi i solonymi pistacjami

Od producenta Halba dostałam sporo czekolad nie w moim typie z dopiskiem, że będzie im ogromnie miło, jak podzielę się czy nawet oddam w całości bliskim, więc i mnie z tego powodu było miło. Dostałam oczywiście te, co chciałam (czyli dosłownie parę czystych ciemnych), a także... Mojo-niemoje. Mam tu na myśli ciemne, a więc raczej nie dla Mamy, niezbyt dla ojca (on dopuszcza tylko "deserowo" ciemne z dodatkami; preferuje to, co słodsze), ale takie, które jakoś tam miały szansę może i mnie podejść... Trochę, na uczelni czy coś... A jednak budziły wątpliwości i nie były tym, co sama bym kupiła (choć nie zarzekam się). Myślałam, że testy zacznę od bazowych, czystych, ale ze względu na daty pomyślałam, że z orzechami wolę jeść jak najświeższe. I tu właśnie największy atut dzisiaj przedstawianej tabliczki: orzechy... a dokładniej pistacje, które uwielbiam. W czekoladach bywają rzadko, nie spotkałam się z tym duetem, który wyszedł by w pełni satysfakcjonująco. Jako jednak, że Halba pokazała mi, że wie, jak łączyć orzechy i czekoladę (przykład to nie w moim typie, ale rewelacyjnie zrobiona Noisettes Milch Lait), sądziłam, że może to być coś miłego. Kolejnym plusem dostania tej było, że czekało mnie porównanie z wersją bio (ciekawe, że tak rzadkie zestawienie mają w aż dwóch wersjach). Niestety jednak potem spadł na mnie także minus. Jak grom z jasnego nieba. Okazało się, że pistacje w obu dodano... solone i karmelizowane. Brr, a jednak i tak nie zamierzałam ich przepuścić.


Halba Pistaches Noir to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z karmelizowanymi, solonymi pistacjami (które stanowią 20% całości).

Po otwarciu poczułam mało intensywny zapach czekolady o charakterze słodkiego, likierowego syropu kakaowego. Nie był zbyt gorzki, raczej cukrowo-truflowy. W oddali doszukałam się marcepanowo-pistacjowej nutki. Pistacje nasiliły się nieco po przełamaniu, ale i wtedy nie były jakoś mocno wyczuwalne. 

Tabliczka była przeciętnie twarda i nieco krucha. Trzaskała głośno, ujawniając mnóstwo, także kruchych pistacji: dużych, całych sztuk oraz rozmaitej wielkości kawałków, zupełnie pozbawionych skórek. Sporą część dodatku pokrywała biała warstwa cukru. Może nie gruba, ale wyraźnie widoczna gołym okiem. Zastąpiła skórki pistacji jak widać - szkoda.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli i bardzo gęsto. Była maślano-tłusta, smarowatymi smugami obklejała podniebienie. Powoli odsłaniała pistacje.
Te pokrywała jeszcze warstewka cukru, która też się rozpuszczała częściowo. Przyspieszała ten proces całościowo, nieco rozrzedzała czekoladę.
Pistacje zostawione na koniec, a więc już po zniknięciu czekolady, wciąż trochę tej warstwy na sobie miały; przynajmniej niektóre. Była trzeszcząco-rzężąca, chwilami bardziej grudkowata jak zawilgocony cukier. Epizodycznie pojawiały się w niej mikroskopijne kryształki soli.
Pistacje gryzione na koniec leciutko chrupały krucho, po chwili zaskakując na miękki tor. Okazały się tłusto-miękkie, jakby z racji mocnego prażenia aż same w sobie rozmiękły za sprawą swego wydzielonego tłuszczu. To bardzo mocno - dla mnie za mocno - wyprażone sztuki.

W smaku uderzyła cukrowość i likierowo-sosowy motyw kakao, które zawarło w sobie nutę marcepanu. Od razu wyobraziłam sobie gorącą czekoladę, może z procentami, właśnie w marcepanowym wariancie. Pojawiła się gorzkawość, paloność i orzechowo-pistacjowa nutka.

Słodycz rosła cały czas, szybko osiągając za wysoki poziom. Wciąż kojarzyła się z przesłodzonym marcepanem, ale coraz bardziej pistacjowym. Tabliczka choć udawała sos / syrop kakaowy, w zasadzie wydała mi się pozbawiona gorzkości. Myślałam, że oszczędzi mi czystej cukrowości, ale ta zaczęła narastać.

Wraz z odsłanianiem się dodatków, a więc jakoś w połowie rozpływania się kęsa, podskakiwała i słodycz, i prażono-pistacjowy motyw. Nie musiałam gryźć, by poczuć smak pistacji. Nie wydostał się jednak przed coraz bardziej cukrową czekoladę. Był otoczony słodyczą jakby cukru pudru, a epizodycznie prażoną nutę podkreślała sól. Dodano troszeczkę, ale wraz z prażonym wątkiem pistacji bardzo się podkreślały nawzajem. I choć nie pojawiała się często w dużej ilości, pobrzmiewała jakoś tak... chamsko.
Był w tym zgrzyt: pudrowa słodycz cukru oraz mocno prażony, podsolony wątek. Stworzyło to mieszankę aż odciągającą uwagę od wyrazistych (!) pistacji.

Po tym wszystkim czekolada wydała mi się jeszcze bardziej cukrowa, jeszcze mniej palono-gorzkawa. Złagodniała za sprawą masła, że aż wydała mi się nieco mdła.

Pistacje już na końcówce po raz kolejny skierowały moją uwagę na cukier puder, który męczył wydźwiękiem, a także chwilami na sól. Podkreśliła prażoność, ale nie pistacje same w sobie.
Te dopiero zaczęłam gryźć dopiero, gdy wszystko-wszystko się rozpuściło. Wówczas zaserwowały mi swój słodkawo-słonawy smak pistacji za mocno prażonych. Prażenie podkreśliło, może na zasadzie kontrastu, ich tłusto-maślany wątek. Jakby same sobą się dodatkowo natłuściły, wysmażyły we własnym tłuszczu. Niestety to prażenie, jego fakt, był niemal zrównany z samą pistacjowością. Dodatkowo zwieńczyła to wszystko sól. Choć w ilości średniej, to i tak męcząca, nieprzyjemna.

Po zjedzeniu został posmak prażonych pistacji i pudrowo-słodka nuta. Do tego przesłodzenie ogólne, w tym drapanie w gardle i maślano-kakałkowy wątek jakby gorącej ciemnej czekolady lub kakao. Wszystko przełamane solą.

Całość była w zasadzie przeciętna i nie czuję, bym miała za co ją chwalić. Pistacji chyba nie dało się bardziej zepsuć. Przeprażone, nieumiejętnie skarmelizowane, otoczone cukrem i solą... I wtopiono w za cukrową, acz oprócz tego niezłą, czekoladę. Było mi za cukrowo słodko, acz nie jakoś strasznie biorąc pod uwagę ogólnie tego typu tabliczki. Z pistacjami wolałabym skupioną na pistacjach właśnie. Od biedy, do soli lepiej by już pasowało porządne skarmelizowanie - by na pistacjach był palono-karmelowy akcent, który lepiej zgrał by się z prażeniem, aniżeli ta warstwa biała. 
Przez cukrowość całości i przesadne wyprażenie pistacji, "podkreślonych" solą, wolałam nie jeść, bo mi to za bardzo nie grało. Nawet pistacje mi tu nie smakowały.
Oddałam Mamie, ale i ona nie chciała. Stwierdziła: "sama czekolada niezbyt smaczna, ale te pistacje to aż obrzydliwe. Otoczone cukrem, słone i jakieś dziwne, aż żółte. Takie wyprażono-wysmażone niepotrzebnie, aż konsystencja dziwna". Większość powędrowała do ojca.


ocena: 6/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, pistacje karmelizowane i solone 20% (pistacje, surowy cukier trzcinowy, sól kuchenna, guma arabska E414), tłuszcz kakaowy, masło klarowane, aromaty naturalne

środa, 14 września 2022

krem Orzechownia Naturelka Naturalna Miazga Laskowo-Kakaowa

Uwielbiam Mixitellę Brownie, jednak ubolewam nad tym, że dodano do niej kryształki cukru kokosowego (a na chwilę publikacji tej recenzji też nad tym, że ją wycofali). Rozumiem, że jest dobry, zdrowy, ale nie lubię kryształków, koniec kropka. Gdy zamawiałam dwa inne kremy Orzechowni, w oko wpadł mi jeszcze ten. Zerknęłam na kolejność składników i tak sobie pomyślałam, że może wyjdzie podobnie i nie za słodko. Kiedy jednak paczka do mnie dotarła, przeżyłam szok. Skład drastycznie się różnił. Kupiłam krem, który na stronie miał taki: "orzechy, kakao, daktyle", a... trafiło do mnie to coś - skład na etykietce bardzo się różnił. Żeby było śmiesznie, ogarnęłam to dopiero przy jedzeniu. Zaraz potem napisałam do producenta. Podziękowano mi za czujność i zwrócono pieniądze - podoba mi się takie podejście (bo gdybym znała realny skład, kremu za nic bym nie kupiła).

Orzechownia Naturelka Naturalna Miazga Laskowo-Kakaowa to miazga z orzechów laskowych z kakao, słodzona daktylami.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam dość wyrazisty zapach, przywodzący na myśl ciasto-chlebek daktylowy ze słodkimi, prażonymi orzechami laskowymi. Trafiłam tu na dziwną dwudzielność zapachu, bo jakby za tymi orzechy słodsze, podprażone, zestawione ze słodkim motywem daktyli i karmelu były inne. Stała przy nich lekka gorzkość, wtłaczająca ciastowy twór w kakaowe realia. Daktyle harmonijnie mieszały się z kakao, jakby stanowiły... jedność, po prostu.

Na wierzchu wydzielił się jakby rozwodniony olej, z czego zlałam jakieś dwie łyżki, a nieco mniej (tak z 1,5?) wymieszałam średnio dokładnie. Średnio, bo pasta okazała się bardzo gęsto-zwarta jak wilgotne, plaskające ciasto. Wyglądała na oleistą i ciastowo-suchawą jednocześnie. Na szczęście realnie nie była sucha. Cechowała ją tłusta wilgotność jakby właśnie takiego upastowionego ciasta. Nie wyglądała ładnie, bo zawierała mnóstwo jasnych drobinek - jak się okazało orzechów (których na żywo nie przypominały). W zasadzie poniekąd się z nich składała.
Gdy tak mieszałam, a potem zabrałam się za jedzenie, skojarzenie z papkowato-miękkim, wilgotnym ciastem tylko się umocniło. Miejscami krem zdradzał lekką oleistość, jakby wypływającą z niego. Całość nie była bardzo tłusta, choć syta i masywna.
W ustach krem dał się poznać jako lepkawy i bardzo wilgotny. Był nieco tłusty w oleisty sposób, co jednak tonowała lekka pylistość obecna cały czas w tle. Najpierw błyskawicznie obklejało to usta i zęby gęstawo-zawiesinową, trochę daktylową papką, a potem rozpuszczało się dość szybko i rzadko, nawet nieco wodniście. Zostawały wówczas miękkawo-twardawe kawałki orzechów. Pasta zawarła w w sobie rawbarowy element.
Konsystencję urozmaicało mnóstwo drobnych i mało-średnich kawałków orzechów. Wśród nich zaplątało się dosłownie parę ze skórkami. Gryzione niespecjalnie chrupały. Wyszły twardawo, a także tłusto-skrzypiąco, trzeszcząco z czasem. Jak dla mnie dodano ich za dużo, za bardzo podrobionych.
Choć pasta była oleiście-orzechowo tłusta, pylistość kakao (nasilająca się pod koniec) ratowała sytuację, podsuszając to, wraz z jakby wysuszającym efektem (oleju kokosowego?).

W smaku pierwsze uderzyły orzechy laskowe lekko podprażone i naturalnie bardzo słodkie, z maślanym echem. Słodycz zaraz wystrzeliła po raz kolejny, ocierając się o maślany, palony karmel, ale jednocześnie podkreślając orzechy same w sobie. Wyobraziłam sobie jakiś maślany ciasto-chlebek.

Laskowce były delikatne, niemal urocze przez dłuższą chwilę, acz z czasem upuściły też lekką goryczkę.

W zasadzie aż trudno stwierdzić, na ile była orzechowa, a na ile... niedookreślona. Długo nie mogłam tego uchwycić. Czułam odrobinę kakao, ale jakby jedynie podkręcającego... olej kokosowy. Pojawił się z czasem, nie był jednoznaczny, ale bardzo znaczący. Podjudził goryczkę orzechów. Chwilami przysłaniała je ta oleju, może też goryczka palona. Chwilami jakakolwiek gorzkość zanikała prawie zupełnie. W mojej głowie powstał obraz kakaowego ciasta, któremu nie brak cierpkości i goryczkowato-przypieczonego wątku. Daktyle pojawiły się nieśmiało w tle, dopieszczając skojarzenie z mulistym, murzynkowato-rawbarowym ciastem czekoladowym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się masy w ustach, zasładzała bardzo. Wyprowadziła słodkie uderzenie, na które złożyły się daktyle i karmel. Karmel czekoladowy? Raz czy drugi pomyślałam o Toffifee, być może w wariancie czekoladowym (wyobrażenie, bo nie jadłam). Gdy wcześniej zahaczyłam zębami o drobinki orzechów lub gdy akurat trafiła się łyżeczka z ich większą ilością, kompozycji zdarzyło się otrzeć o skojarzenie z tłuszczowym kremem typu Nutella. Daktyle, choć na smak nie były mocno wyczuwalne, zasładzały zupełnie jako przesłodzony, czekoladowo-laskowy raw-bar, muliste ciasto-chlebek z maślaną nutką. 

Ciasto to było gorzkie od orzechów i nut niedookreślonych. Kakao pobrzmiewało, ale nie dowodziło. Z czasem od kawałków orzechów odchodziło drobne skojarzenie z wierzchem Ferrero Rocher (recenzja z 2015, kiedy je lubiłam oraz z 2020).... albo raczej stylizowanym na nie zdrowym, średnio udanym ciastem. Tylko że jeszcze z elementem drapiącego w gardle karmelu. Choć nie było bardzo za słodko, coś przypiekało także w język (obstawiam kumulację daktyli i oleju kokosowego). 

Daktyle wniosły odrobinkę soczystości, nakręciły raw barowość i samej tonęły w częściowo orzechowej goryczce. Ta pod koniec nasiliła się, mimo że i słodycz wzrosła do aż irytującego poziomu. Choć pod koniec było słodko-gorzko, smaki wcale nie były atrakcyjnie przejrzyste, a namieszane i niejasne. Gorzkość płynęła z masy, nie z samych kawałków orzechów.

Gdy zajęłam się gryzieniem kawałków orzechów, o silnych goryczkach nie było mowy. Tylko nieliczne drobinki nią błyskały - głównie te kilka ze skórkami. Orzechy okazały się prażono-słodkawe i delikatne, niektóre tak drobne, że aż nijakie. Część przyjemna i wyrazista jak orzechy ukryte we wspominanych słodkościach, a niektóre jak siekana drobnica w słodyczach różnych.

Po zjedzeniu został gorzki posmak orzechów laskowych i oleju kokosowego (w kontekście raczej zimnoogniowym, oleistym, niż rzygowinowym), prawie bez kakao, które usiłowało ratować sytuację. Do tego czułam lekkie pieczenie daktyli w język i gardło, ale nie ich posmak. To było zabłąkane poczucie słodyczy, irytujące, ale w zasadzie nieprzesłodzenie. Z tym też wiązał się goryczkowato-piekący, jakby wysuszający, dziwny posmako-niesmak. Posmak ogółem był osobliwy, nie pasował mi.

Całość zupełnie mnie do siebie nie przekonała, nie była tym, czego szukam w pastach. Przypominała mi trochę Basię Basię Laskolada, ale gorzko-namieszaną w gorszym sensie. Naturelka wyszła jak oleiste, szybko i rzadko rozpuszczające się ciasto z denerwującą drobnicą, o nijakiej gorzkości oraz denerwująco istotnej słodyczy. Jedno i drugie było bardzo namieszane i niezgrane. Całość wydała mi się co prawda orzechowa, ale nie tak jakoś chwytliwie. Gorzkie orzechy, olej kokosowy i tylko trochę kakao, a wysoka słodycz i aż drapanie nie przełożyło się na smak, z którym chciałabym mieć do czynienia. Smuci, że całość orzechom podyktowała gorycz. Zasładzające i jednocześnie gorzkie ciasto do gryzienia to coś, na co zupełnie nie mam ochoty. Zjadłam połowę (bo sobie tyle nałożyłam), ale o drugiej już nawet myśleć nie chciałam; oddałam Mamie. Ta w pierwszej chwili po spróbowaniu zakrzyknęła: "Jakie to gorzkie!". Sporą część zjadła, smarując sękacza (paczkowany Sękacz Królewski) i popijając mlekiem; większosć z herbatnikami Auchan Blacky. Uznała, że "dziwne to, chyba niesmaczne po prostu, ale tak ogólnie może i nie takie złe. O smaku to niestety nie umiem nic powiedzieć, niby wiem, co tam jest, ale nic z tego nie czułam. Ta gorzkość dziwna, ani kakaowa, ani w sumie orzechowa tak naprawdę. Niby słodkie, ale nie. Konsystencja dziwna i dziwny posmak zostaje, że tak strasznie pić się potem chce." Dodała też, że: "przez tę konsystencję prawie w ogóle nie da się tego rozsmarować; jak ciasto jakieś, a i orzeszki w tym przeszkadzają; do noża się przykleja; okropna konsystencja jak na krem". Zgodziłyśmy się, że w sumie nie wiadomo, do czego by to pasowało i jakoś z niczym nam się to nie widziało.
Gdybym widziała, ile jest daktyli w stosunku do kakao, nie kupiłabym... Prawdziwy skład wyjaśnia wszystko.


ocena: 5/10
kupiłam: orzechownia.com
cena: 28 zł za 200g (mnie zwrócono)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 78%, daktyle 12%, olej kokosowy rafinowany 6%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%

wtorek, 13 września 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Czekolada Ciemna 70 % Jagoda Goji

Bardzo lubię jagody goji, ale rzadko je jadam. Jak już kupię paczkę, to potrafi mnie przytłoczyć ilościowo - zawsze się boję, że owoce zdziadzieją, a nie mam ochoty ich jeść dzień po dniu. A łatwo o to, by twardniały, zlepiały się etc. Czy pasują mi do czekolad? Niezbyt, choć to może wynikać z tego, że ostatnio w ogóle zrobiłam się sceptyczna do czekolad z dodatkami (a raczej do długich posiedzeń z nimi, jedzenia dla przyjemności - bo na dłuższą metę jej nie zapewniają; toleruję je jako np. czekolady na uczelnię). Propozycja z Beskidu ma to szczęście, że zapakowali ją w opakowanie z okienkiem, dzięki któremu zobaczyłam, że ich goji wyglądają jakoś dziwnie. Takie napęczniałe... Liofilizowane? A jak! Kiedyś nawet miałam kupić liofilizowane goji do porównania z suszonymi, lecz zaniechałam, dochodząc do wniosku, że owoców liofilizowanych nie lubię. Beskidowi jednak ufam na tyle, że właśnie takiemu tworowi jako takiej tabliczce postanowiłam dać szansę.

Beskid Chocolate Czekolada Ciemna Jagoda Goji ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kolumbii i Peru (blend) z liofilizowanymi jagodami goji (2%).

Otworzywszy, poczułam gorzkawy zapach dymu i ziemi oraz kwaskawych czerwonych owoców, może odlegle cytrusów. Te w zasadzie były delikatne, budujące rześkość i soczystość. Powiedziałabym, że to m.in. grejpfrut. Płynęło to z czekolady, bo goji prawie nie pachniały (musiałam się mocno zaciągać, by je poczuć). Całość była cierpkawa, właśnie czerwono owocowa... odlegle pomyślałam o owocach dzikiej róży, acz to naprawdę pewnie goji. Choć bardzo, bardzo delikatnie, to jednak da się odnotować, że inaczej, bo choć o wiele słabiej, to jakby bardziej świeżo (i mniej jak goji?). Wyłapałam też wiśnie, truskawki... ale bardziej jako rześka słodycz, niż owoce same w sobie. Za nimi snuła się jeszcze palona kawa, kwiatowość. 

Tabliczka wyglądała na tłusto-kremową, była twarda. Trzaskała / pykała czy raczej chrupała dość głośno, przy czym goji... niektóre wypadały, inne się rwały na pół albo np. wyrywały z tabliczki i zostawały w którejś z części. Ileś tam porządnie się jej trzymało, ale ogólnie ich dodatek utrudniał łamanie. W dotyku wydawały się bowiem dość delikatne, niektóre trochę pustawe. Miękkawe, wgniatająco-zgniatające się. Niektóre bardziej suche i aż jakby trzeszczące, inne miękko-lepkie. Część prawie jak suszona. Inne z dziwną, odstającą i prawie przezroczystą skórką (suchą i nieprzyjemną, mimo że bardzo, bardzo cieniutką).
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, zupełnie gładko i kremowo, aż ślisko. Wydała mi się maślana, jak topiące się ciepłe masło, które pokrywało podniebienie mazistymi smugami. Z czasem trochę rzedła, wypuszczając z siebie goji.
Dodatek, częściowo początkowo suchawy, zdążył nasiąknąć. Niektóre jagody goji od razu były lepkawo-wilgotne i trochę soczyste. Okazały się jędrnawe i lepkie. Niektóre bardziej rozlazło-farfoclowe, rzadkawe. Rozrzedzająca się czekolada jakby wpływała w nie, nasączając od środka i budząc w nich soczystość. Ich pesteczki kojarzyły się z tymi z miechunki, ewentualnie z fig. Całościowo zaskoczyły mnie swoją mięsistością i tym, jak się rozchodziły. Czekolada wypełniała je i mieszała się z nimi, co wyszło zaskakująco spójnie.
Z kolei gryzione szybko były suchawo-chrupko-trzeszczące, potem coraz bardziej skrzypiąco-nasiąkające i aż miękkie, ze strzelającymi pesteczkami. Wlepiały się do zębów, trochę tym samym denerwując.
Ja na koniec już tylko dogryzałam, co z goji zostało, bo gdy ich w trakcie rozpływania się czekolady nie ruszało, same łatwo i miękko się nieco rozpływały/rozchodziły, więc to na nie najlepszy sposób.
Całość pod koniec nieco ściągała.

W smaku najpierw rozchodziła się karmelowa słodycz, ścigana przez paloną gorzkość. Nic sobie jednak z niej nie robiła, upuszczając miodowość. Pomyślałam o cierpkim miodzie i karmelu zrobionym z miodu. Płynęła tak sobie spokojnie, obramowując resztę kompozycji.

Gorzkość nie pozostała bierna. Też popisała się wyrazistością - ta cierpkiego, szarego dymu. Wyszedł nieco ciężko, nieco wilgotnie... otulał kawę, także zdradzającą cierpkawe zapędy, ale i nie małą słodycz.

Do karmelowej słodyczy doszły w tym czasie kwiaty i soczysty akcent czerwonych owoców. Wyobraziłam sobie krzaki dzikiej róży: zarówno owoce, jak i kwiaty, a także sporo kwiatów innych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczysty motyw czerwonych owoców nieco wzrósł. To nadal róża, ale też truskawki, wiśnie... Kryły w sobie leciutki kwasek. Dolatywały do nich już pierwsze, cierpko-słodkawo-goryczkowate nuty jagód goji - powiedziałabym, że suszonych, ale jakby w miodzie. Niby nie pchały się na pierwszy plan, acz i na nim się pojawiły. Zaskoczyły jednak swoją wręcz mocno miodową słodyczą. Igrały z rześkimi, cytrusowo-cierpkimi nutkami.

Z czasem goryczka goji przemieszała się z dymem, a ja pomyślałam o dymie kadzidlanym i owocach suszonych... Oprócz goji czułam słodkie truskawki (może też wiśnie?), ale też cytrusy. Niejednoznaczna mieszanka zaczęła również przybierać na słodyczy. Sama baza wydała mi się aż miodowo-cukrowa. Trochę karmelowo-miodowa, ale jednak drapiąco cukrowa także. Pomyślałam o słodkiej kawie w tym właśnie wariancie.

Bliżej końca na przód wyszły czerwone owoce i dym, otaczający wciąż słodką kawę. Dym podbił cierpkość jagód, gdy czekolada już znikała.

Dzięki temu, na sam koniec, gdy zostały już tylko goji, upuściły sporo całkiem wyrazistego smaku... Nie tego jednak, którego się spodziewałam, bo był inny niż suszonych jagód goji. Podobny, ale inny, bo o wiele bardziej kojarzyły się z owocami dzikiej róży. Chwilami szokująco słodziutkimi, a jednocześnie cierpkawymi, chwilami bardziej cierpko-kwaśnymi i aż wytrawniejszymi. Z zachowaną soczystością i... właśnie jeszcze wzmocnioną. 
Zjedzone po zniknięciu czekolady wychodziły o wiele smaczniej, niż wydłubane i spróbowane zupełnie osobno - te nie były zbyt atrakcyjne, bo kojarzyły mi się trochę pomidorowo-paprykowato - daleko im było do goji suszonych (dziwne).
Chwilami znów zaskakiwały cierpką słodyczą - nie wiedziałam, że goji mogą wyjść aż tak słodziutko. Troszeczkę jak sok z goji, który to sam w sobie jest dość ciekawy. Inne (te białawe, najbardziej suche) szły w bardziej gorzkim i jednak nieco karykaturalnie pomidorowo-paprykowatym kierunku.

Po zjedzeniu został cierpkawy posmak goji jakby z dziką różą i dymem. Do tego trochę cytrusowych (grejpfrutowych?) akcentów, czerwone owoce i rozmyta kawa. Czułam też przesłodzenie w miodowo-cierpkim sensie, nie jednak jakieś straszne.

Całość w zasadzie mi smakowała, była bardzo ciekawa, jednak nie rozkochała mnie w sobie. To Beskid 70%, ale dzisiaj opisywana wydała mi się słodsza (już za bardzo) oraz z podkręconymi nutami czerwonych owoców, dzikiej róży. Nic dziwnego, w końcu była z goji. Te czuć bardzo dobrze. Liofilizowane wyszły inaczej niż suszone, choć bazowo czuć, że to goji. Bardziej świeżo-czerwono owocowo, a nieco mniej "gojiowato". Osobiście zdecydowanie wolę suszone jagody. Liofilizowane do mnie nie przemawiają - o ile różane smaki kwiatowe kocham, tak owoce dzikiej róży to chyba nie bardzo moja bajka. Forma tej tabliczki też niezbyt moja, aczkolwiek i tak mnie zszokowało, jak to zgranie wyszło (to mieszanie się, wlewanie się czekolady do wnętrza jagód etc.). To jednak tak bardzo subiektywnie, bo obiektywnie to genialna tabliczka o tyle bardziej, że jej nuty (dym, czerwone owoce, cierpko-miodowo-karmelowa słodycz) doskonale pasowały do dodatku.
Dwie kostki jako ciekawostkę dałam Mamie, ale potwierdziło się, że jednak po prostu nie lubi ciemnej czekolady, goji osobno jej nie pasowały (woli suszone, acz nie aż tak jak ja), acz przyznała, że mimo iż także ona nie lubi takiej formy tabliczek ("z ponalepianym", jak mówi), akurat w tym przypadku "razem to najlepiej pracowało".


ocena: 8/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 100 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy, jagody goji liofilizowane (2%), lecytyna sojowa