wtorek, 8 października 2024

Chapon Chuncho Cacao Rare ciemna 75 % z Peru

Dobrze pamiętałam pyszne Chapon Perou Gran NativoPerou Gran Yapatera, więc widząc na stronie nowości z Peru, bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam. Zacząć postanowiłam od potencjalnie łagodniejszej, ze znanego mi cenionego Chuncho, o którym mówi się, że jest najlepsze w Peru. Wiem, że to, co najbardziej odznaczają na Akademii Czekolady itp., ja postrzegam często jako trochę zbyt łagodne czy uładzone. Po Chapon jednak i tak spodziewałam się wydobycia tego, co z niego najzacniejsze. Żałowałam tylko, że nie zapewnili temu kakao godnego towarzystwa cukru trzcinowego.

Chapon Chuncho Cacao Rare to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao Chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam zapach słodkich owoców i wyrazistej śmietanki, do której doleciała słodycz karmelu. Także śmietankowego i mieszającego się z krówkami typu brytyjskiego "fudge". W tle pobrzmiewały kwiaty. Owoce przedstawiły się jako soczyste, dojrzałe brzoskwinie, acz kryło się za nimi coś jeszcze. Limonka? Mimo obietnicy kwasku, w bardziej słodkim wydaniu. Powagi kompozycji dodały orzechy włoskie, wśród których doszukałam się słodko-ciepłych przypraw i czarnej herbaty.

Tabliczka była twarda, jednak przy łamaniu trzaskała średnio głośno i chrupko-delikatnie. Gdy odgryzałam kawałek, wcale taka twarda się nie wydawała.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, stając się na pewien czas nieznacznie lepkawym budyniem. Była masywna, ale też kremowo-miękka. Przez pewien czas wydawała się jedwabista, a potem robiła się coraz bardziej, aż w końcu wysoce soczysta. 

W smaku uderzyła słodycz śmietankowego toffi. Wyobraziłam sobie miękkie i ciągnące cukierki, do których po chwili podkradła się palona nutka. Zaczęła zmieniać je w karmel i kruche brytyjskie krówki typu fudge. One jednak też nie wyrzekł się śmietanki. Słodycz wciąż była wysoka, ale trochę spoważniała.

W oddali pojawił się soczysty owoc. Mimo rześkości, nie brakowało mu słodyczy. Pomyślałam o limonce, ale właśnie w formie słodkiego sorbetu, w którym kwasek stał dopiero na drugim czy nawet trzecim planie. A jednak cały czas wtrącał się do poważniejszych wątków. Jakby... trochę je pesząc?

W tle rozeszło się ciepło przypraw. Słodkich, lekko korzennych... dosłownie odrobiny. Odnotowałam cierpkość czarnej herbaty z limonką, która zaraz rozmyła się. Gorzkość rosła powoli, ale nie brakowało jej pewności siebie. Pojawiły się przy niej wyraziste orzechy włoskie i trochę śmietanki, po czym gorzkość już nie rosła, a trzymała się średniego poziomu. 

Słodki kwasek rozniósł więcej owoców: wielkich, średnio dojrzałych moreli oraz... kiwi odmiany golden? Słodycz i kwaśność za ich sprawą zdawały się chwilami jednością.

Orzechy włoskie w tym czasie raz po raz zapuściły się na pierwszy plan. Herbata złagodniała. Wyobraziłam sobie czarną herbatę zaparzoną razem z limonką, ale też suszonymi płatkami kwiatów. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nasiliły się korzenno-ciepłe, ale nie ostre przyprawy.

Słodycz przez moment wydała mi się pudrowa... jak miękkie, karmelowe cukierki z cukrem pudrem? Przyprawy zmotywowały więc owocowy wątek do działania, jednak słodycz pokierowała moje myśli ku słodkim i soczystym brzoskwiniom. Limonka została w tle.

Popłynęło więcej śmietanki, tworzącej obraz śmietankowego deseru z brzoskwiniami i złotymi kiwi. Odrobinka kwasku w tle robiła, co mogła, by się utrzymać. Limonkę wsparły... węgierki? Brzoskwinie po chwili przybrały na słodyczy, że pomyślałam o owocach tych duszonych z kardamonem. Może jeszcze dosłodzonymi? Na pewno podanymi jako deser, chyba posypany cukrem pudrem i suszonymi płatkami kwiatów. Słodycz aż lekko zadrapała. A złote kiwi przedstawiło się jako kompletnie miękkie, takie, co to ludzie jedzą już łyżeczką (bo jest za miękkie, by pokroić).

Orzechy włoskie zgłosiły sprzeciw. Znów rozbrzmiały wyraźniej. Tym razem wsparła je gorzkość już osłabiona, ale na szczęście też przyprawy. Z nich wyłoniła się lukrecja. Choć z kardamonem wyraźnie się zaznaczyły, nie wyszły mimo wszystko zbyt ostro. Łagodziła je lekko śmietanka. Jej zaś trzymało się echo owoców soczystych, nieco kwaskawych.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej śmietanki i śmietankowego deseru ze złotymi kiwi, brzoskwiniami i nutą limonki. Orzechy zrobiły się niejednoznaczne, ale chyba włoskie jakoś tam da się wyróżnić. Na pewno czułam słodki duet lukrecji i kardamonu w łagodniejszym wydaniu, który jednak i tak zaznaczył się na języku wraz z cierpkością kiwi. Ogólna słodycz była wysoka, trochę przesadnie. Wróciła myśl o śmietankowym toffi. Posmak utrzymywał się średnio długo.

Czekolada smakowała mi, mimo że wyszła za słodko. Wolałabym, by jej pyszna gorzkość bardziej się rozwinęła. Odrobinka herbaty, orzechy włoskie naprawdę mogły mocniej zagrać! Akcenty owoców niby były bardziej w tle, ale w zasadzie rządziły tym, ile i kiedy pozostałe nuty mogą pokazać - limonka trzymała się tyłów, ale się wtrącała, a kiwi golden i brzoskwinie wystąpiły głównie jako dodatek do deseru, a brzoskwinie duszone z kardamonem, acz... i tak miały sporo do powiedzenia. Podobało mi się ciepło przypraw, z których potem wyraźnie wyłonił się kardamon i lukrecja. Szkoda tylko, że smakowite śmietankowe toffi nie miało tak subtelnego jak one wydźwięku - słodycz bowiem przegięła, mimo palonej nuty. Zastanawiam się, czy gdyby używali cukru trzcinowego, jak dawniej, lepiej by to wyszło? Obstawiam, że prawie na pewno tak. Szkoda, że ceny zostały albo takie same, albo nawet trochę popodstakiwały analogicznie do używania gorszego surowca słodzącego.

Meybol Cacao Solo Kakao 80 % Chuncho Single Plantation - Peru zaserwowała mi orzechy (acz laskowe), słodki cytrus i nektarynki z brzoskwiniami, rodzynki mieszające się z ziołami i lukrecją, więc w sumie podobny splot.
Zotter Labooko Peru Chuncho 72 % to z kolei kominkowy dym, limonka i jeżyny oraz dziwny słodki kwasek, więc też miał coś wspólnego z dziś przedstawianą.


ocena: 8/10
kupiłam: chapon.com
cena: 9 € (około 45 zł; za 75g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier

poniedziałek, 7 października 2024

Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl

Nie jestem wielką fanką marki Basia Basia. Ich kremy nie wychodzą tak, jak lubię, jednak nie mogę powiedzieć, że cierpią na brak kreatywności. Dzisiaj przedstawiany krem zaciekawił mnie szczerze, ale długo się wahałam, czy kupić. Orzechy włoskie i nerkowca to moje najukochańsze, ale byłam sceptyczna do daktyli. Wolałabym czysty krem, bez nich, bo kremy słodzone daktylami mi nie podchodzą. No, ale jednak w końcu wygrała ciekawość. I jednak miłość do tych orzechów. Z kolei jeszcze nakręcająca ciekawość, bo ich połączenia nigdy nie widziałam. A czy pasowały do siebie? Miałam trochę mieszane uczucia. Osobiście nigdy ich nie łączyłam (ale ja ogólnie orzechów nie łączę).

Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl to krem orzechowy, zrobiony z orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami z dodatkiem soli, który produkuje Alpi Hummus / Alpi Smaki.

Po otwarciu rozbrzmiały intensywne orzechy włoskie o poważnym charakterze, przeplatające się z prażonymi nerkowcami. Te postawiły właśnie na prażony aspekt orzechowości. Włoskie miały imperatywne zapędy i rządziły się, ale duet nieco się wyrównał po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia (choć to i tak włoskie były trochę intensywniejsze). Niska słodycz wydawała się naturalnie orzechowa, bo daktyle za bardzo nie zdradzały swojej obecności. W tle doszukałam się za to sugestii soli (przed spróbowaniem założyłabym się, że pochodzi z samego prażenia i jest iluzoryczna).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam około 6 łyżeczek, a wymieszałam 1 łyżeczkę. Masa na dole była podeschnięta, ale nieznacznie i mieszała się łatwo, z ochotą pochłaniając tę mniejszą część oleju. Nie potrzebowała go za wiele, bo była wilgotnie-tłusta i ruchoma, a jej gęstość wydała mi się średnia, ale masywna. Widać w niej mniejsze i większe drobinki orzechów i czarne kropki (nie wiem, czy to skórki, czy sproszkowane daktyle).
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako syty i dość ciężki, gęsty. Wydał mi się zwięzły i ciągnąco-lepki. Zaklejał usta chwilowo na konkretnie i rozpływał się w umiarkowanym tempie. Uraczył mnie znaczącym, miazgowo-drobinkowym efektem. Co więcej, odnotowałam w tym lekką kryształkowość (soli). Po chwili krem odpuszczał, ale kremową sytość utrzymał. Był średnio tłusty i kojarzył się odlegle z ciężkim ciastem. Wykazywał miękkość, chyląc się trochę - dosłownie odrobinkę - w kierunku papkowatej masy (pewnie ze względu na daktyle), jednak kremowość cały czas stała na zacnym poziomie. Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam masę, okazała się trzeszcząco-skrzypiąca, z echem kryształkowości.
Drobinki w zasadzie nie wymagały porządnego gryzienia, ale na koniec, gdy wszystko się rozpłynęło, było na czym od niechcenia zawiesić ząb. Ogólnie wprowadziły chrupkość. Część była bardziej chrupko-twarda, część bardziej skrzypiąca lub miękkawa. Wśród drobinek orzechów czasem zaplątały się małe kryształki soli (co bardzo mi się nie podobało).

W smaku pierwsza pojawiła się niejasna, ale znacząca słodycz. Miała nieco poważniejszy charakter, jawiąc się jako... karmelowo-miodowa? Melasowa? Daktyle lekko się zaznaczyły, wprowadziły nawet lekko piekący aspekt, ale nie były bardzo jednoznaczne, bo niemal natychmiast do słodyczy dołączyły orzechy. Też dołożyły się do słodyczy, czyniąc ją w dużej mierze naturalnie orzechową.

Duet włoskich i nerkowców szedł w zasadzie w harmonii. Zarówno włoskie, jak i nerkowce czuć bardzo dobrze. Raz po raz w tle przemknęła sól. Włoskie przedstawiły się z łagodniejszej, wręcz słodkawej strony, przywodząc na myśl młode, świeże orzechy z początku sezonu na nie. Rządziły kompozycją, ale jej nie zdominowały.

Nerkowce wniosły prażony akcent, za sprawą którego w połowie rozpływania się porcji w ustach wyrwały się na przód. Wsparła je, zwłaszcza prażony motyw, odrobinka soli. Przez krótki moment to nerkowce dominowały, racząc mnie swoją słodyczą i maślanością. Przemknęły mi przez myśl nerkowce wyprażono-wysmażone w miodzie. Potem doścignęły je orzechy włoskie i otuliły. 

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką sól bardziej dawała się we znaki, przy niektórych trzymała się tyłów, ale była wyczuwalna. Raz czy drugi sól i prażony motyw przełożyły się na mało istotne skojarzenie z precelkami. Wprowadziło to też obrzydliwawe echo.

Włoskie z czasem znów zaczęły rządzić w orzechowej strefie, a słodycz tymczasem lekko wzrosła i zmieniła charakter. Wciąż czułam też tę naturalnie orzechową, ale lekko piekące daktyle bardziej się wyłoniły. Wydała mi się nieco ciężka, daktylowo-melasowa. Trzymała się jednak drugiego planu, pozwalając orzechom grać główną rolę. Mimo to, nie dało się o niej zapomnieć, podobnie jak o soli - nakręcały się nawzajem, idąc w nieco piekący efekt. Końcowo słodycz trochę ukryła sól. Wtedy włoskie i nerkowce znów się zrównały.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich - zaskakująco świeżych i surowych - z maślanym, nerkowcowym tłem i słoną nutą. Prażenie wydało mi się minimalne, jakby ukryte w słoności, a słodycz w dużej mierze wpisała się w orzechy. Daktylowość nieco piekła, ale była poskromiona orzechowością właśnie.

Krem wyszedł interesująco i częściowo smacznie. Nie zafundował słodyczy, której się obawiałam, a subtelną, adekwatną słodycz, podporządkowaną orzechom. Orzechy zaskoczyły mnie, jak zgrane wyszły. Włoskie były bardziej wyczuwalne, ale pozwoliły nerkowcom na wiele. Stworzyły naprawdę ciekawy, głęboki duet, nie zaburzony daktylami, które jako one same w zasadzie starały się nie pokazywać. Byłoby idealnie, gdyby nie... Sól. Sporo soli, za dużo jak dla mnie i na pewno kompletnie nieadekwatnej do tej kompozycji. Jeszcze gdyby napisali na etykietce, że to krem z solą, może i 7 bym dała, ale że etykietka jasno sugeruje smarowidło słodkie, no... no nie. Sól miejscami wydawała się wprowadzać element obrzydliwości. Zjadłam (pod koniec słonością już trochę zmęczona), bo już kupione i w ogóle, ale znając efekt, za nic bym nie kupiła. Uwierzę jednak, że innym może smakować - wszak i mnie Basia Basia Krem z prażonych orzechów nerkowca z kokosem i solą, gdy jeszcze nie byłam aż tak wrażliwa na sól, smakowała, ale też jako ciekawostka.
Gęsta, konkretna konsystencja i miazgowy efekt, ale właśnie wciąż kremowość za to bardzo mi się podobały.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 27,37 zł (za 200 g)
kaloryczność: 612 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy włoskie 52%, orzechy nerkowca 32%, daktyle w proszku, sól

sobota, 5 października 2024

(Kankel) Asociación Chocolate Bean to Bar Ecuador Hacienka Limón Guantupí 77 % ciemna z Ekwadoru

Żeby znaleźć cokolwiek o tej firmie, trochę się naszukałam i w końcu samą siebie rozbawiłam. Na stronie, na której ją kupiłam i w fakturze, figurowała jako Kankel. Przygotowując więc wstęp pod recenzję znalazłam opis Kankel i napisałam, że wydał mi się bardzo, bardzo bogaty, acz... w zasadzie niewiele mówiący. Może kreatywny, ale w zasadzie podobny wielu innym. To nie on jednak mnie skusił. Kankel miało przedział bardzo w moim typie, bo głównie od 75% do 80%. Nieprzekombinowane opakowania też mi pasowały, lecz to było kompletnie inne, jakby innej marki. Chciałam więc to sprawdzić. Może przeszli jakieś zmiany? Gdy zbliżał się jednak dzień degustacji, zwątpiłam. Pomyślałam, że to chyba jakiś błąd, że to zupełnie inna marka, ale... Asociación Chocolate Bean to Bar to hiszpańskie stowarzyszenie, zajmujące się promocją kakao. Na ich stronie znalazłam, że współpracują z właśnie m.in. Kankel. Wszyscy bowiem uważają, że kakao łączy ludzi. Tę tabliczkę wydano we współpracy, właśnie specjalnie... nie wiem z jakiej okazji (zakładam coś jak koleżeńska kooperacja Sekretów Czekolady z Beskidem Beskid Chocolate x Sekrety Czekolady Peru Piura Blanco 75% Secret Roast). Na opakowaniu znalazłam, że zostało zaprojektowane przez Wikochoco, a kakao zapewniło z plantacji Limón i Guantupi Amazing Chocolate. I tam właśnie było napisane, że to współpraca Asociación Bean to Bar Chocolate z Kankel, które prawdopodobnie odpowiadało za wyrób samej tabliczki.

(Kankel) Asociación Chocolate Bean to Bar Ecuador Hacienka Limón Guantupí 77 % to ciemna czekolada o zawartości 77% kakao Arriba Nacional z Ekwadoru, z regionu dorzecza rzeki Guayas.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach mocno kakaowego, wilgotnego biszkoptu, murzynka z czarnymi porzeczkami wewnątrz. Może wymieszanymi z odrobiną czerwonych. Owocową soczystość i rześkość podkręciła kwaskawa marakuja i limonka w tle, odpowiadające też za wysoką egzotyczność. Gorzkość ciasta podkreślił zaś likier, syrop kawowy i mocno grillowane orzechy. Trzymała się ich pikanteria czarnego pieprzu. Mieszał się ze specyficzną, dusznawą ostrością skansenu, starego drewna. Do głowy przyszła mi też sucha karma dla kotów. Za nim, w tle, pojawiła się lekka ziemistość i rośliny - głównie trawa, ale też trochę słodkawych kwiatów.

Twarda tabliczka trzaskała przy łamaniu bardzo głośno, kojarząc się z cienkimi i bardzo suchymi, łamanymi gałązkami. Przekrój straszył połyskującymi kryształkami.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jakby trochę się ociągając. Początkowo wydała mi się ulepkowo-polewowa, dziwnie zwięzła i trochę maślana, lecz zaraz poszła w bardziej zawiesinowo-ziarnistym, szorstkim kierunku. Kremowość wystąpiła jako składowy element. Ciągle wydawało mi się, że zaraz trafię na kryształki cukru, ale nie. Potem doszła do tego lekka soczystość, a na końcu suchość i lekkie ściągnięcie.

W smaku przywitała mnie wysoka, egzotyczna słodycz. Miała lekki, niemal zwiewny charakter, ale wyrazistości jej nie brakowało. Pomyślałam o kwiatach i jakiś kwiatowych w smaku owocach, ale wychwyciłam też trochę palonego cukru.

Paloność wprowadziła słodkiego, ale też mocno kakaowego murzynka. Wyobraziłam  sobie wilgotne, biszkoptowe ciasto kakaowe, które rozpostarło nad resztą kompozycji gorzkie skrzydła. Przemknęła mi w nim też nieco za mocna maślaność, acz nie dała rady zaburzyć gorzkości.

Egzotyczne owoce przywiodły na myśl papaję - jej słodko-rześki, nieco nawet wodnisty miąższ oraz ostre pestki. Poczułam ciężkawy, pikantnie-gorzkawy pieprz czarny. Ten jeszcze bardziej podkreślił gorzkość.

Gorzkość była wysoka, mimo że przeplotło ją sporo wątków łagodniejszych. Pomyślałam o drewnie i orzechach. O płonącym ognisku i orzechach przy nim grillowanych. Chwilami aż za mocno. Były nieokreślone, ale przeszły mi przez myśl laskowe i brazylijskie. Pieprzność i drewno zasugerowały skansen z drobnym akcentem ziemi w tle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w gorzkości pojawiła się jeszcze palona kawa. Jakby tak kakaowe ciasto polano kawowym sosem? O cukrowym, trochę likierowym i mocno palonym charakterze. Słodycz cały czas była bardzo wysoka i chyliła się ku cukrowości, acz nie była strasznie nachalna.

Za słodyczą i gorzkością, w egzotycznej rześkości nieśmiało zaznaczył się kwasek - m.in. limonki?

Drewno... jakby zyskało wiele, wiele lat. Czułam wyraźnie stare, nieco ostrawe drewno. Umocniła się wizja skansenu. Było w tym coś cierpkiego...

I cierpkość właśnie podkradła się do owoców, soczystości. Zupełnie, jakby kakaowe ciasto zrobiono z czarnymi porzeczkami. W oddali przemknęła mi też rześka, kwaskawa marakuja i odrobina świeżo startej skórki limonki. Kwaśność ogólnie była jednak znikoma - miała w zasadzie tylko lekki chwilowy debiut, a owoce uparcie trzymały się papai. Ostrość jej pestek też nie dawała o sobie zapomnieć. Podsyciła ją szczypta imbiru.

Jej rześkość wprowadziła z czasem rośliny. Pomyślałam o zielonej trawie, porastającej żyzną, wilgotną ziemię, i pokrytej rosą. Roślinność przecięła sucha karma dla kotów, trochę ją rozbijając, ale roślinność utrzymała się do końca za sprawą pomocy słodyczy.

Wyobraziłam sobie płatki kwiatów ucierane z cukrem - zdecydowanie za dużą ilością cukru w stosunku do płatków. Te kryły lekką cierpkość, która na koniec przypomniała o pieprzno-imbirowej ostrości pestek papai. Rozgrzewały wraz z... likierem kawowym?

Po zjedzeniu został posmak pieprzu i nieokreślonych cierpkich owoców, wraz z sugestią kwasku... marakui i limonki? Czułam rześkość egzotycznych owoców i kwiatów, mieszających się z kwiatami z cukrem. Roślinność pokazała się jako kwitnące drzewa i stare drewno, a do tego doszła goryczka za mocno grillowanych orzechów i maksymalnie kakaowego, jak tylko się da, murzynka.

Czekolada smakowała mi, ale mam parę zastrzeżeń. Niezbyt podeszła mi jej ziarnistość - cały czas jakby wisiała w niej groźba kryształkowości. Stare drewno, grillowane orzechy i roślinność na plus, podobnie jak intensywna gorzkość i murzynek z pikantnie pieprznymi akcentami, które przywiodły na myśl papaję - i miąższ, i pestki. Owoce jednak tu jakby chciały, a nie mogły - zagubione akcent marakui czy czarnych porzeczek mógł się bardziej wyeksponować w miejsce nieco zbyt cukrowej słodyczy. Kontrastowo do kwiatów i egzotyki wyszła jakoś trochę topornie. 

Pomyślałam o Beskid Chocolate Ecuador Limón Dark 70 %, którą jadłam m.in. jako miniaturkę. O wiele bardziej odpowiadała mi krówkowo-karmelowa słodycz Beskidu, która jakoś integralnie zgrała się z nutami orzechów, kwiatów, herbaty i ziemi. Kompoty i dżemy z ciemnych owoców wymieszanych z cytrusami stanowiły w niej znaczący wątek i choć owoców czułam w niej mnóstwo, nie wyszła bardzo owocowo, ale właśnie bardzo pozytywnie, ciekawie. Z kolei dzisiaj przedstawiana była dziwnie owocowo skąpa, że to raczej pozostawiało niedosyt.


ocena: 8/10
cena: 6,18 € (za 75g; około 26 zł)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 4 października 2024

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 % z Czarnymi Malinami ciemna z Kolumbii

Na Malinowską Skałę po prostu musiałam wziąć pasującą czekoladę, inaczej nie byłabym sobą. Kiedy już minęłam Skrzyczne i Małe Skrzyczne, idąc zielonym szlakiem, zaraz i wyszłam na interesujące formy skalne. Najbardziej urzekły mnie te kilkadziesiąt metrów od samego szczytu z tabliczką, więc to właśnie na nich wzięłam się za sesję czekolady. A ta nie była "po prostu czekoladą z malinami", a z malinami czarnymi, czyli - przez moją miłość do czerni - bardziej moimi. Ich jednak nigdy nie jadłam. Mało tego! Aż do otrzymania tej tabliczki nie wiedziałam o ich istnieniu.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80% z Czarnymi Malinami to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Kolumbii z czarnymi malinami liofilizowanymi.

Po otwarciu poczułam zapach kwaskawych malin oraz niejasną mieszaninę palonej kawy i migdałów z echem drzew. Za malinami doszukałam się jeszcze innej soczystości - ananasa? Wszystko przeplotła subtelna, kwiatowa słodycz.

Na spodzie tabliczki wtopiono sporo małej i średniej wielkości kawałków czarnych malin o twardej strukturze.
Łamana tabliczka trzaskała głośno i trochę chrupko. Maliny trzymały się porządnie, choć co mniejsze, twarde i płaskie kawałki odpadały. Kawałki zostawały w jednej lub drugiej części (były za drobne i za twarde, by się łamać).
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko w tłusto maślany sposób. Cechowała ją zbitość i lepkość.
Maliny trzymały się jej przez pewien czas, nasiąkając, acz z czasem odpadały, rozbijając minimalnie zbitość i dodając całości trochę soczystości.
Maliny gryzłam przeważnie na koniec, gdy wszystko już zniknęło. Tylko nieliczne podgryzałam wcześniej, obok czekolady.
Liofilizowane maliny chrupały z  racji pestek. Dość długo zachowywały twardość. Wydawało mi się, że wydawało mi się, że jakoś dziwnie ich dużo w stosunku do reszty owocu. Sporo było też jakby cienki, spłaszczonych blaszek, mających problem z nasiąknięciem. Acz miąższ jawił jako farfoclowo-miękki. Pestki nie męczyły jakoś bardzo.

W smaku pierwsze odezwało się karmelowo słodkie ciasto, któremu od początku wtórował słodko-kwaskawy motyw malin. Za nimi czaiła się niska gorzkość i jeszcze więcej kwasku owoców. 
Kiedy spróbowałam kawałek czekolady pozbawiony malin, ich kwaskawe echo też czułam - czyli przesiąkła.

Soczysta kwaśność szybko się nasiliła. Czułam liofilizowane maliny, ale te łączyły kwaśność ze słodyczą. Kwaśność płynęła też z samej czekolady - dodatek ją wydobył. Pomyślałam o ananasie, ale nie pchał się na pierwszy plan. Wtapiał się raczej w złożoną, niedookreśloną owocowość. Przemknęły mi na pewno owoce leśne.

Za nimi rozchodziło się ciasto. Jakiś malinowy biszkopt? Słodycz rosła delikatnie, choć wydała mi się wycofana. 
Maliny, niezależnie czy było ich w danym kęsie mniej czy więcej, odważnie rozbrzmiewały obok czekolady. To, jak intensywne były, zależało od ilości, jednak nigdy nie zagłuszały bazy.

Nieco odważniej zarysowała się gorzkość, przywodząc na myśl nieco kwaskawe espresso. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzmocnił je dym, choć i coś łagodzącego w oddali pobrzmiewało. Maślaność i migdały?

Nawet we fragmentach pozbawionych malin, czekolada wydawała się bardziej soczyście kwaśna (niż w przypadku czystej BTB 80% Columbia), coraz wyraźniej oddając maliny i ciemne owoce leśne.

Smak dodatku rozchodził się i nasilał cały czas jakby trochę obok, a tylko trochę wtapiając się w bazę. Czarne maliny okazały się smakować nie diametralnie, ale jednak inaczej niż zwykle. Słodziutko-kwaskawe maliny przechodziły tu w coś borówkowo-jeżynowego, ale w wersji słodszej.

Końcowo czekolada wydała mi się nieco bardziej mdława i podporządkowana jakby jeżynowatym malinom. Wciąż gorzka, trochę jak kawowe ciasto z nutą kwaskawych owoców, ale też... z maślanym zakalcem? Tu wykazał się też zbyt maślany, mało palony karmel. Dodatek bardzo odciągał uwagę.

Maliny gryzione na koniec trafiały się i słodsze, i bardziej kwaskawe. W większości jednak raczej słodkie. Przypominały mieszankę malin liofilizowanych z bardziej słodkimi jeżyno-borówkami.

Po zjedzeniu został posmak głównie kwaskawych, lekko słodkich malin liofilizowanych. Czekolada stała w oddali, kojarząc się z cierpkawo-kwaskawym espresso i słodko-maślanym, malinowo kwaskawym ciastem.

Czekolada wyszła dobrze. Czuć, że sama baza była dobra, a dodatek podkreślił jej kwaskawość i wydobył aspekty, które w BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 % wyszły... Inaczej. Same maliny, w tej ilości, i tym rodzaju, wydawały się odpowiednim dodatkiem. Miały wiele do powiedzenia, ale nie zagłuszyły czekolady. Zdecydowanie się na czarne maliny zamiast zwykłych to chyba dobre posunięcie. Ponoć są od nich słodsze i smakują trochę inaczej, a że owocowe liofilizowane zawsze wychodzą bardziej kwaśno, kwaśność tej kompozycji była trafiona (obstawiam, że kwaśność zwykłych mogła by być za mocna?). Ogół jednak nie porwał tak, bym jakoś szczególnie zapamiętała tę czekoladę, a po prostu zjadłam ze smakiem (i na trasie, i już resztę w warunkach domowych), bo już była. 


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 10 zł (za 50g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, czarne maliny liofilizowane

środa, 2 października 2024

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua z wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem

Do otwarcia tej czekolady byłam pewna, że zjem ją w domowych warunkach w dniu, w którym chciałam coś mniej degustacyjnego. Marzyła mi się herbaciana kompozycja ze szczyptą przypraw, jednak gdy już ją otworzyłam, odnotowałam zapach taki, że... no cóż, uznałam, że to jeszcze nie jej pora i poczeka do następnego wyjazdu w góry. Zabrałam ją na sporą pętlę w Beskidach. Ruszyłam ze Szczyrku niebieskim szlakiem na Skrzyczne. Po krótkim marszu wyszłam na schronisko i uznałam, że to pora na tę czekoladę.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z herbatą cejlońską, wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem; inspirowana indyjskim napojem Chai Latte.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ciepłego cynamonu, który mieszając się z ogromem mleka i słodyczą, poszedł w nieco rzygowinowym kierunku. Oprócz niego czułam korzenno-ciepłe, mniej jednoznaczne przyprawy. Goryczkowaty kardamon mieszał się z orzechowawo-drzewnym akcentem. Doszukałam się cierpkości, być może herbacianej, a także czegoś plastikowo-mydlanego, skrytego w korzenności. Słodycz połączyła wanilię, kwiaty i karmel, lecz nie była za wysoka. 

Tabliczkę cechowała twardość i masywność. Podczas łamania trzaskała nie tyle głośno, co konkretnie, obiecując gęstość i zbitość.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej gęstość. Była bardzo kremowa, tłusta w maślany sposób i niemal idealnie gładka. Sporadycznie trafiłam na leciutki, ziarnisty element przypraw. Była tłusta w maślany sposób, jednak znikała niczym tłuste mleko.

W smaku pierwszy rozbrzmiał intensywny, lekko gorzkawy kardamon, wzmocniony nieoczywistą, cierpkawą goryczką. Zaraz rozłożył się cały korzenny wachlarz, a goryczka przedstawiła się jako czarna herbata. Do dominującego kardamonu dołączył cynamon i odrobina imbiru.

Zza przypraw popłynęło mleko i delikatna słodycz. Mleko nieco spowolniło przyprawy, co wykorzystała słodycz. Zaczęła rosnąć odważnie, ale nie jakoś bardzo mocno. Wpisała się w ciepło, robiąc aluzje do karmelu. Zaraz jednak trochę się wycofał, otwierając drogę wanilii i... kwiatom?

Mleko dało się poznać jako naturalne i pełne, a ze względu na ciepłą pikanterie przypraw pomyślałam o ciepłym mleku z nimi. Zakręciły się w nim... suszone liście czarnej herbaty. Była coraz wyraźniejsza.

Przyprawy z czasem porządniej wydobyły herbatę. Cierpkość uplasowała się właśnie w niej. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodatkowo wzmocniła subtelne kakao o orzechowym charakterze. Splotło się w jedno z tą łagodną, czarną herbatą. Gorzkość, którą sugerowały przyprawy, nie nadeszła. Czułam jedynie gorzkawość. 

Z czasem słodycz na mlecznej fali wzrosła znacząco. Wanilia wyłoniła się wyraźniej, w zasadzie rządząc w słodkim wątku. To zaś skierowało imbir w ryzykownie nieco mydlanym kierunku. A jednak... jakby próbował zapewnić ostrawą soczystość?

Z pomocą przyszła jednak słodka soczystość z oddali. Była subtelna... Trudna do nazwania, acz może leciutko... Mandarynkowa? Czmychnęła jednak w rześkawe kwiaty. Słodycz jednak nie podjęła tego lżejszego tonu - jawiła się raczej jako dość ciężkawa.

Końcowo łagodna, ale czarna herbata przemieszała się z kardamonem, siląc się na lekką, cierpkawą goryczkę, acz tę skutecznie stopowało mleko i silna, ale szlachetna i niedrapiąca słodycz. 

Po zjedzeniu został posmak kardamonu i jego lekkiej goryczki, spleciony ze szlachetnie cierpkawą czarną herbatą - czy raczej jej cierpkością - oraz cynamonem. Czułam też pełną mleczność i słodką wanilię.

Ogół był smaczny, jednak mam parę zastrzeżeń. Jak na kompozycję stylizowana na herbatę z przyprawami, za mało było mi tu herbaty. Uległa przyprawom i mleku do tego stopnia, że dałabym się nabrać, iż jej nuta pochodzi od kakao. Splot przypraw i mleka wyszedł nieźle, choć i on mógł wyjść lepiej. Na plus, że nie było za słodko. Mimo to, bez wanilii by się obeszło. Ogólnie więc można spróbować i trochę podjeść z ochotą, ale w warunkach domowych, nie górskich mogłoby mnie znudzić w większej ilość (dojeść dojadłam, ale bez szału - gdyby kardamon i imbir nie były nielubianymi przez Mamę przyprawami, tak z 1/3 powędrowała by do niej). 

Przyszła mi na myśl Beskid Chocolate Nikaragua Mila Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % o nutach wanilii, kwiatów, drewna, herbaty z rześkością kokosa. Była oczywiście bardziej gorzka i bogata w owoce, jednak dałabym się nabrać, że to to kakao było bazą ze względu na to, że samo w sobie smakowało trochę dodatkami dzisiaj przedstawianej. A jednak bazą było kakao, z którego zrobiono Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, która również miała nuty kwiatów i cytrusów, ale na pewno nie herbaty. W podlinkowanej czułam za to drewno sandałowe - tu więc wydaje mi się, że mogło lepiej zaopiekować się dodanymi przyprawami. I w takim wypadku nie ma wątpliwości, że herbatę w dzisiaj przedstawianej czuć tę dodaną, nie płynącą z czekolady.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy, herbata Ceylon 5,5%; wanilia Bourbon, cynamon, imbir liofilizowany, kardamon

wtorek, 1 października 2024

Qantu Chocolate La Quete de Don Maximo / Don Maximo's Quest 80 % Chocolat Noir - Planteur Unique / Dark Chocolate - Single Farm ciemna z Peru

Ta czekolada tak mnie zaciekawiła, że aż poprosiłam kogoś z rodziny ze Stanów, by mi w jednym amerykańskim sklepie zamówił parę czekolad. Ok, gdyby chodziło tylko o tę jedną, nie zrobiłabym tego; upatrzyłam sobie wiele różnych firm, ale ta bardzo intrygowała. Kręcą mnie edycje limitowane z rzadkich ziaren, a i markę Qantu chciałam lepiej poznać po Qantu Chaska 70 % Junin, Perou. Chociaż czy ja wiem, czy wybrałam dobrą tabliczkę na poznawanie marki? To edycja limitowana zrobiona z kakao, które obronił przyjaciel właścicieli Qantu, Don Maximo, który ma własną plantację Bellavista, na której kolekcjonuje różne odmiany kakao. Położona jest w lesie na górskich zboczach w peruwiańskim Cusco. To on sam fermentował i suszył ziarna, z których zrobiono tę tabliczkę. Na stronie doczytałam, że uwielbia eksperymentować, a efekt jaki uzyskał tym razem, Qantu bardzo się spodobało.

Qantu Chocolate La Quete de Don Maximo / Don Maximo's Quest 80 % Chocolat Noir - Planteur Unique / Dark Chocolate - Single Farm to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru, z regionu Cusco.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach drzew, ale w bardziej wonnym wydaniu. Najpierw pomyślałam o duecie drzew z kwiatami, jednak zaraz zorientowałam się, że kwiaty wystąpiły jako oddzielna nuta. Były to bowiem suszone kwiaty. Odpowiadały za niską słodycz.  Drzewa zaś... może to jakiś orientalny sandałowiec? Mieszał się z wytrawniejszymi, ciepło-goryczkowatymi przyprawami i chyba pieprzem (ale ziołowym?). Za tym wszystkim kryła się soczysta, ciemno owocowa... landrynkowość?

Wyglądająca na kremową tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, niczym suche, grube gałęzie. Wydawała się bardzo zbita.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo. Była gładka i śmietankowo-maślano tłusta, a także średnio gęsta. Łatwo rzedła, robiąc się coraz bardziej plastyczną i trochę soczystą.

W smaku przywitała mnie lekka słodycz. Przez moment pomyślałam o miodzie, ale nie... Wydało mi się, że ma jakiś żywszy, świeższy charakter - może kwiatów? - lecz zaraz słodycz przystała na palono karmelowy wydźwięk. Karmelu, który palono naprawdę mocno.

Słodycz stała się suszonymi kwiatami. Była niska, a kwiaty zdawały się pamiętać pewną rześkość. W tle wychwyciłam jakby obietnicę owoców, soczystości.

Palony motyw przeszedł w przyprawy. Przyprawy, za którymi ukryła się... rdza? Przyprawy rozniosły gorzkość. Czułam ich ciepło, ale nie pikanterię. W pewnym momencie na przód wybił się gorzki, lekko ostrawy pieprz. Stopował go... węgiel?

Słodycz kwiatów i jakieś mgliste wspomnienie karmelu przeszły w słodki, kadzidełkowy dym, a potem zawahały się, co do tego w jakim kierunku pójść. Jakby gdzieś z boku poczułam maślane ciastka, z przesadzoną ilością masła. Maślano-migdałowe?

W oddali zaznaczył się drobniusieńki kwasek cytryny i jej kandyzowanych skórek. Zaczęły kierować się w stronę ciastek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kadzidełkowy dym zrobił się trochę... bardziej zwyczajnie dymny. Pomyślałam o momencie, w którym żar dochodzi do drewnianego patyczka, gdzie kończy się aromatyczna część i kadzidełko dogasa. Do głowy przyszedł mi sandałowiec, ale w towarzystwie wielu innych drzew. Na pewno liściastych, bo znów przemknęła rześkość.

Maślano-migdałowe ciastka wzbogaciły się o nutę cytryny, po czym rozmyły się. Do drzew dołączyły migdały. Ciastka im nie wystarczyły, musiały wyłonić się jako one same. Ciastka zaś zaczęły robić się coraz mniej słodkie. Pomyślałam o maśle ghee, a potem placku z takim masłem - niby na słodko, ale przez masło ghee wytrawniejszym. Echo pieprzu podkreśliło ten właśnie aspekt. Acz ogółem ta wytrawność wydawała się jakby rozbita... Rześkawą nutą węgla roślinnego?

Za wytrawnością nagle pojawiła się lekka cierpkość ciemnych owoców. Rześkość znalazła ujście, podobnie jak niska, ale narastająca kwaśność cytryny. Splotła się wraz z cierpkością z rosnącą słodyczą dojrzałych jeżyn, za którymi zakręcił się czarny bez i aronia. Niektóre z nich miały w sobie coś landrynkowego, cukierkowego.

Kwasek był znikomy. Końcowo aronia wystąpiła jako sok aronia&wiśnia, który nieco posłodzono, ale i tak był soczyście cierpki. 

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak jeżyny z aronią o cierpkawym charakterze, mieszający się z masłem ghee. Może jakby jeść maślany placek z tymi owocami? A do tego z migdałową mgiełką. Sporo czułam też drzew, w tym wonnych, kadzidlanych.

Czekolada była smaczna, ale sporo mi w niej nie grało. Mogłaby być nieco gęstsza i rozpływać się dłużej, ale to szczegół. Delikatna słodycz i wyraźna gorzkość teoretycznie na plus, jednak gorzkość... nie była tak mocna, jak mogłaby być. Suszone kwiaty, karmel, kadzidełka i maślane ciastka mieszały się z drzewami i drewnem sandałowym, przyprawami z pieprzem i migdałami, a potem sporą ilością masła ghee i cierpkich, ciemnych owoców (głównie jeżyny, ale tez aronia i wiśnia), co nie porwało mnie, bo brak temu mocarności, a sporo łagodzenia maślanego. Żałuję też, że kwaśność się nie rozwinęła lepiej. Doszukałam się a to nuty rdzy, a to landrynkowych zapędów w owocach, które mi nie leżały. Podobnie jak jednoznaczne masło ghee.


ocena: 7/10
kupiłam: barandcocoa.com (poprzez kogoś)
cena: $11.50 (około 45 zł; za 50 g)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 29 września 2024

Chapon Cuba Cacao Rare ciemna z Kuby 75 %; po zmianach 2024

Do Chapon Cuba Torrefaction Longue / Conchage Long 74% nie zamierzałam wracać, ale po sporych zmianach, zauważyłam, że w opisie na stronie ma 75%. Ucieszyłam się, że może poprawili w niej to, co mi nie do końca leżało. Ogólnie kiedy zobaczyłam nowe opakowania czekolad Chapon i ich opisy na stronie, pomyślałam, że trochę pozmieniali zawartości kakao. Na jedne się cieszyłam, na inne (które obniżyli) nie. Jak się jednak okazało, zawartości kakao nie ruszyli. W opisach po prostu wkradły się błędy. Już myślałam, że czeka mnie seria powrotów do znanych czekolad, ale... Na jaw wyszło coś innego. Zmienili bowiem używany cukier. Z trzcinowego przerzucili się na biały. Zasmuciło mnie to, ale Chapon Colombie 75% (2024) pokazała mi, że Chapon świetnie smakują także z tym cukrem, mimo że go nie lubię. Co do dzisiaj opisywanej... wątpiłam, by biały cukier jej pomógł, bo go nie lubię, ale... kto to wie?

Chapon Cuba Cacao Rare to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Kuby; wersja od 2024.

Po otwarciu poczułam średnio mocny, spokojny zapach słodkiego wypieku ciasto-placka chyba drożdżowego z lekko cytrusową nutą, w której wyraźnie zaznaczyła się skórka cytryny. Może... nadziano go masą z cytryny, podkręconej pigwowcem, i czerwonych owoców? Bo chyba jakieś przemknęły. Acz trochę... w pudrowym sensie? Jak cukierki pudrowe truskawkowo-poziomkowe. Obok stanęła mocna kawa i... marshmallow (w różowym kolorze?)? Pianki wprowadziły ciężką słodycz, sprawiając, że kompozycja ogólnie wyszła słodko-gorzka (w tej kolejności). Mieszały się z nieco bardziej rześkimi, żywymi kwiatami. Chyba wychwyciłam odrobinkę karmelu, ale to w tle. Czułam także dym znad jakby ciepłego drewna - sandałowego? - i lekką korzenność. W oddali doszukałam się jeszcze ziemi, zaznaczającej się kontrastowo do słodyczy.

Suchawa w dotyku tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała średnio głośno, nieco krucho.
W ustach rozpływała się gęsto i maziście. Robiła to w średnim tempie, wykazując śmietankową tłustość jakby zbitego, idealnie kremowo-gładkiego sernika. Z czasem maź, jaka spływała z jakby odśrodkowo zbitego, twardawego kawałka, robiła się coraz bardziej rzadka. Acz na końcówce próbowała zdobyć się na gęstawość. Czuć w niej też domniemanie pylistości.

W smaku od początku czułam bardzo wysoką słodycz, w której dominowały żywe, kwitnące kwiaty. W oddali zaznaczył się karmel, a rześkość kwiatów zmieniła się w... obietnicę soczystości, jaką zapewniła... cytryna pod górą cukru? Pomyślałam też o kandyzowanej skórce cytrynowej, jako że cierpkawa goryczka dała o sobie znać.

Cytryna tak mieszała się z cukrem, że w zasadzie prawie nie była kwaśna. Wspomniana goryczka po chwili zgubiła cierpkość, a sama przedstawiła się jako spokojna, lekko palona gorzkość. Może mieszanina ziaren kawy i dymu? Z racji kontrastu do słodyczy gorzkość zaraz podskoczyła, a ja wyobraziłam sobie dym znad ledwo płonącego, dogasającego drewna. Raz po raz pojawiała się maślaność, jakby za wszelką cenę chcąc złagodzić gorzkość, która chyba miała swoje plany.

Słodycz rosła odważnie, idąc w kierunku ciastowym. Dominowała, a gorzkość tylko dopuszczała do siebie. Pomyślałam o drożdżowo-maślanym placku i jakimś wypieku placku typu "pie" z niedookreślonym owocowym nadzieniem. W nim uplasował się leciuteńki kwasek - chyba cytrusów z goryczką kandyzowanych skórek, który mieszał się ze słodkimi czerwonymi owocami. Maślaność raz po raz wychylała się ze słodyczy.

Dym wpuścił lukrecję i trochę ogólnej korzenności. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy dołączyły także do wypieków, acz doprawiły je... ostrożnie. Wnosząc słodkie ciepło.

Słodycz częściowo niby aspirowała do soczystości, ale jakoś nie umiała w tym kierunku pójść. Pomyślałam o bardzo słodkich figach suszonych, a hen w oddali wychwyciłam chyba... arbuza? Mocno czerwonego i... i jakieś owocowe, słodkie wino czerwone? Słodycz rozgościła się na dobre w owocowej strefie. Przemknęła mi... słodka czereśnia koktajlowa, która tylko chwilę zabawiła, a potem jeszcze... poziomki z cukrem. Słodycz niebezpiecznie zmierzała w drapiącym kierunku i wraz z poczuciem ciepła leciutko zaznaczyła się w gardle.

Zaraz jednak moją uwagę odciągnął maślany wątek, który zaczął za bardzo się rządzić. Wypieki... przez moment obrały jakby neutralniejszy kierunek, ale słodycz nie dawała za wygraną, co przełożyło się na myśl o białym pszennym chlebie z masłem i cukrem. Takim... jeszcze ciepłym, tylko co wypieczonym?

Słodycz zajmowała pierwszy plan. Pianki marshmallow jednak nie zapomniały zupełnie o gorzkości dymu, bo pokazały mi się jako takie... jeszcze ciepłe, z ogniska, z nutą dymu i ciepłem.

Ogniskowe ciepło mieszało się z przyprawami, a więc lukrecją, goździkami i cynamonem. Lukrecja podkradła od masła - które wypchneła z kompozycji - jakby przyciszanie gorzkości. Pojawił się słodki sandałowiec i trochę kawy zaparzonej na ziarnach. I do niej wkradły się... pianki?

W posmaku została właśnie kawa ze słodko-gorzkawym, kadzidlanym dymem, odrobina korzenności i marginalny akcent słodkich, niemal winnych czerwonych owoców. Do tego lekka cierpkość w wydaniu na słodko, a także ogólna ciastowość, drożdżowo-maślana. Słodkie ciepło jakby uwypukliło też maślaność.

Czekolada była w porządku, ale jak na Chapon to kiepsko. Wyszła bardziej słodko-gorzko niż Chapon Cuba Torrefaction Longue / Conchage Long z 2023. Mniej w niej owocowych akcentów (arbuza, czereśni, jeżyn, poziomek) - owoce zaserwowała tylko w mocno zasłodzonym wydaniu (już w zapachu czułam mniej owoców niż w Chapon Cuba Torrefaction Longue / Conchage Long z 2023). Słodycz dzisiaj opisywanej wyszła bardziej... dotkliwie - no jednak ten biały cukier nie współgra tak pięknie z kakao jak trzcinowy i odbiera kompozycji charakter. Co prawda na zasadzie kontrastu podbił gorzkość, ale ta, choć wyrazista, nie miała aż tak dosadnego przekazu jak mogłaby.
Chapon Cuba Torrefaction Longue / Conchage Long z 2023 o nutach cytryny z cukrem, placko-ciasta maślano-drożdżowego, ze sporą ilością dymu w tym kadzidlanego, sandałowca i korzenności (pod przewodnictwem lukrecji) mimo że jej pewne nuty też nie grały mi tak w pełni, była smaczniejsza i głębsza. Dziś opisywana niestety zdecydowała się rozwijać cukrowo-marshmallowowe akcenty a korzenność pokierowała w stronę słodkiego ciepła, nie ostrości.
Dzisiaj opisywanej zastanowił mnie skład - otóż czekolada teoretycznie ma 75%, ale pod składem było "minimum 71%", napisałam w tej sprawie do Chapon i odpowiedź była taka, że "ze względu, że to tradycyjna produkcja, czasem zawartość może się nieznacznie różnić i że to zależy od danej partii, ale to głównie raczej 75%". Co nie przemawia do mnie. Jakość, smak trochę pogorszone, a cena w stosunku dawnej z Kuby, podniesiona...


ocena: 7,5/10
kupiłam: chapon.com
cena: 8 € (około 45 zł; za 75g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 28 września 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond

Po kremie Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews jakoś przychylniejszym okiem spojrzałam na Vilgain i weszłam na ich stronę by sprawdzić, czy nie mają innych kremów 100%, których jeszcze nie jadłam. Znalazłam migdałowy, a żeby nie zamawiać tylko jednego słoiczka, sprawdziłam, co jeszcze się pojawiło. Ostrożnie wybrałam ten, patrząc na jeszcze przystępną jak dla mnie zawartość cukru i ze trzy razy sprawdzając, czy na pewno zamawiam właśnie wariant Coconut Almond, a nie Almond White Chocolate Coconut. Trochę mnie zdziwiło, że to właśnie mój dali do linii Sweet Nuts, bo "w tym cukru" zawirał tylko 12g, podczas gdy Almond White Chocolate Ccoconut z linii proteinowej Cheat Nuts miał 17g.

Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond to migdałowo-kokosowy krem z prażonych blanszowanych migdałów i rozdrobnionego kokosa z dodatkiem orzechów nerkowca i mleka kokosowego.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słodki zapach kokosa. Czy może raczej: kokosika. Dominował nad słodkimi, maślanymi nerkowcami oraz nutą biszkoptów i wafelków migdałowych. Akcent migdałów wpisał się w wysoką słodycz. Przywodziło to na myśl pralinki typu Raffaello (recenzja z 2020), może nawet z nutą białej czekolady, ale w wersji bardzo naturalnej, nie ciężkiej. 

Po odkręceniu trochę się zdziwiłam, jako że trafiłam na złudnie podeschnięty wierzch i zero oleju. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by okazało się, że na wierzchu utworzyła się bardziej stała, cieniuteńka i delikatna warstewka "kożuch", z łatwością mieszająca się z resztą. Ogół był wręcz lejący, rzadki. Widać w nim sporo małych kawałków wiórków.
W trakcie jedzenia potwierdziła się rzadkość kremu. Chwilowo jakby próbował minimalnie zgęstnieć, ale wciąż był rzadki. Brakowało mu... kremowości. Mimo to, trochę zalepiał. Choć nie był syty, sprawiał wrażenie lepko-przytykającego. Nie trwało to jednak długo, bo rozpływał się dość szybko. Raczył wtedy tłustością mleczka kokosowego i oleju. W dodatku wydał mi się końcowo wodnisty. 
Konsystencję urozmaiciła średnia ilość podrobionych wiórków kokosowych. Nie były zbyt wymagające. Zostawiałam je zawsze już na koniec. Gryzione okazały się krucho-chrupiące i twardawe.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz mlecznego kremu. Wiórki kokosowe zaznaczyły swoją obecność, ale przodem puściły mleczność. Pomyślałam o mleku z tubki, mleku słodzonym skondensowanym i do potęgi mlecznym, kokosowym toffi. Słodycz rosła szybko i bez żadnych oporów.

Mleczność nie pozostała w tyle, acz nieco zmieniła wydźwięk, łącząc jakby konwencjonalną z kokosową. Wyraźnie poczułam mleczko kokosowe, które wprowadziło wyraźniejszą kokosowość. Ta zaczęła dominować. Kokos wraz ze słodyczą ułożył się w wizję kremu z pralinek typu Raffaello.

Dobiegła maślana nuta, która umocniła myśl o kremie prosto z takich słodkości. Należała do nerkowców i migdałów, które mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach na pewien czas stały się bazą. Wyszły nawet przed kokosa, jednak po chwili trochę się cofnęły i stanęły obok niego.

Maślane nerkowce nakręcały się nawzajem z jeszcze słodszymi migdałami blanszowanymi. One wtłoczyły wafelkowe echo, pieczoną mgiełkę. To już w ogóle przypieczętowało wizję waflowych kulek wypełnionych kremem i obsypanych wiórkami. Wiórki bowiem też się zaznaczyły. Te nuty próbowały trochę łagodzić słodycz, acz szło im kiepsko.

Słodycz bowiem nie przestawała rosnąć, z czasem aż chwilami trochę drapiąc. Do głowy przyszły mi kokosowo-migdałowe biszkopty, ale pralinki typu Raffaello zajmowały jednak pozycję nadrzędną. Do tego, oprócz całej tej wszechmocnej słodyczy, jakby obok poczułam specyficzną mdławość mleczka kokosowego.

Gryzione wiórki pochwaliły się wyrazistym smakiem. Były naturalnie słodkie i jakby leciutko podprażone. Idealnie zwieńczyły wizję pralinek kokosowych, kryjąc ten bardziej mdławy element.

Po zjedzeniu został posmak mleczka kokosowego, wraz z jego specyficzną tłustością oraz złudny motyw zwykłego mleka. Za tym stanęły naturalnie słodkie, delikatne migdały i nerkowce o maślanym charakterze, podtrzymujące wizję kremu z kokosowych pralinek. 

Na pewno nie podobała mi się taka rzadkość kremu i lejąca konsystencja. Dobrze, że choć kawałki wiórków się pojawiły. Mimo że krem miał tylko 12g "w tym cukry", wyszedł zdecydowanie za słodko, aż drapiąco. Przy tym połączeniu naturalnie słodkich składników, nie musieli tego aż tak słodzić... Kokos, blanszowane migdały i nerkowce same z siebie szły w kierunku pralinek kokosowych typu Raffaello. Leciutko prażona nutka przełożyła się na wafelkowo-biszkoptowy akcent i przebłysk kokosowego toffi. Mleczność wydawała się w dużej mierze konwencjonalna, przypominała mleko z tubki, ale i tę kokosową wyraźnie czuć. Niestety wraz z jego specyficzną tłustością. To bardzo mleczny, i bardzo kokosowy krem. Czuć w nim wszystkie składniki, nic niczego nie zagłuszyło, a to się chwali, jednak brakowało mu tego czegoś. Tym bardziej boli więc tak zmarnowany potencjał.


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tarty kokos 36%, blanszowane prażone migdały 35%, mleko kokosowe w proszku, prażone orzechy nerkowca 10%, cukier trzcinowy

czwartek, 26 września 2024

Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Kiedy przeglądałam w internecie zdjęcia z Belize, doszłam do wniosku, że wygląda trochę jak miejsce nie z tego świata. To, co wyskakuje najpierw, a więc plaże to nie moja bajka, ale kolorowe domki nad wodą, które znalazły się też na opakowaniu tej czekolady, wyglądają zjawiskowo. Plantacja kakao Peini to jednak nie urocze chatki, a spory, zielony teren, którego właściciele prowadzą szkolenia oraz program bezpłatnych sadzonek dla lokalnych rolników. Wszystko w celach poprawy jakości kakao oraz życia osób, które się nim zajmują. Peini zrzesza ponad 200 rolników z regionu Punta Gorda. Zapowiadało się dobrze, zwłaszcza, że sporo kojarzyłam naprawdę zacnych czekolad z Belize (choć nie konkretnie z samej plantacji Peini). A marka Beskid nie raz pokazała, że nie ma kraju, z którego ich ciemna czekolada by nie zachwycała.


Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao trinitario (mające domieszkę criollo) z Belize, z regionu Punta Gorda.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach wanilii, odrobinki karmelu i bananów, mieszających się w mleczny koktajl, smoothie. Zrobiony na mleczku kokosowym? Albo przynajmniej z jego dodatkiem. Kokos bowiem też się zaznaczył. Obok tego wszystkiego odezwały się naturalnie słodkawe orzechy laskowe i akcent gorącej ziemi, nadający kompozycji trochę powagi, ale nie gorzkości. Tę wplotły ciastka kakaowe z orzechami i kokosem, które też mi do głowy przyszły. W oddali doszukałam się jeszcze czerwonych, jagódkowatych owoców i mandarynki. Pomyślałam konkretnie o właśnie obieranym owocu ze względu na akcent skórki.

Konkretna tabliczka była twarda przy łamaniu i trzaskała głośno, jakby trochę skaliście krucho.
W ustach rozpływała się w tempie wolnawo-umiarkowanym. Była kremowa i gęsto-zbita. Długo zachowywała kształt, roztaczając coraz bardziej soczystą, tłustawą maź. Końcowo lekko ściągała.

W smaku od początku rozbrzmiała wysoka słodycz jakiegoś czerwonego, zbliżonego do wiśni owocu, który mieszał się z dojrzałymi bananami. Były tak słodkie, że aż soczystość wyszła jakoś znikomo.

Dołączył do nich niezbyt pewny siebie kokos. Dopiero po sekundzie czy dwóch zaserwował - już pewniej - mleczko kokosowe. Z owocami zaczęło płynąć w kierunku jakiegoś smoothie, koktajlu... Posypanego wiórkami. Pojawiły się i one, wplatając pewną świeżość. I więcej słodyczy, ale takiej... lżejszej.

Za nimi zaznaczyła się delikatna gorzkość lodów kawowych.

Ze względu na gorzkość, przemknęła mi wiśnia w ciemnej czekoladzie, jednak zaraz zniknęła w oddali. Do owoców dołączyło mango. A "wiśniowaty" czerwony owoc przeszedł w bardziej leśno-jagódkowate klimaty. W pewnym momencie poczułam ciemne, drobne jagody, ale potem znowu rozmyły się w nieokreślonej, czerwono-ciemnej toni, sugerującej lekki kwasek.

Zza całego tego bukietu wychynęła wyraźniejsza gorzkość. Była spokojna, ale już bardziej zdecydowana. Kawowa nuta zmieniła się w nibsy kakaowe. Poczułam też trochę rozgrzanej ziemi i orzechy laskowe, łagodzące ją częściowo prawie natychmiast. Nibsy przy ziemi wydały mi się ciężko-soczyste, acz wciąż palone.

Kokosową nutę podkreśliła wanilia. Słodycz jeszcze wzrosła, zahaczając o ryzykowny poziom. Wanilia i kokos podkradły się pod naturalnie słodkawe orzechy, jeszcze bardziej łagodząc gorzkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta jednak zawalczyła nutką... piwa? Palonego zboża, jęczmienia? Orzechy zrobiły im miejsce, wycofując się. Wróciły też lody kawowe, acz już bardziej kawowo-waniliowe, zrobione... z mleczkiem kokosowym?

Orzechy znalazły sobie miejsce gdzieś hen, w oddali, w... ciastkach kakaowych? Pomyślałam o ciastkach jakby pieguskach, ale kakaowych i z całymi orzechami i sporą ilością wiórków (niekoniecznie z kawałkami czekolady). Potem pojawiły się jeszcze kakaowe ciastka z nibsami kakaowymi. Wciąż soczystymi.

Wyłonił się wyraźniejszy kwasek. Wciąż delikatny, ale jednak. Pomyślałam o mandarynkach, właśnie obieranych, jako że do kwasku doleciał też akcent ich skórki. A jednak także je cechowała głównie słodycz... To jednak było już apogeum, po czym owoce się opamiętały. Przy czerwonych pojawił się  granat, a mango pokazało się z nieco mniej dojrzałej strony. Jego dojrzałość... słabła? Acz soczystość utrzymała się.

Gorąca ziemia i jęczmienno-zbożowe akcenty słodycz przekierowały na palony karmel. W głowie siedział mi karmel waniliowy i karmelizowany kokos, ale właśnie już z wyraźnie paloną nutką, więc nie tak czysto słodkie.

Wróciły banany i lekka mleczność, zamykając tę słodycz i mango z kwaskawym echem ciemno-czerwonych, drobnych owoców z wyraźnie zaznaczonym granatem w mleczno-owocowy koktajl, gęste i naturalnie słodkie smoothie.

Po zjedzeniu został posmak egzotycznych, żółtych owoców o słodkim charakterze (mango, banan z jakby wpisaną w nie mandarynką), z odrobiną kwasku, dodanego przez czerwone owoce ni wiśniowe, ni jagódkowate... Ale chyba jednak wiśniowe? Z granatem na pewno. Co podkreśliła soczystość nibsów (acz już bez samych nibsów?). Mieszały się ze słodyczą wanilii i mleczkiem kokosowym, które próbowało trochę poskromić słodycz. W tle pojawiła się też gorąca ziemia i cierpkawy słód - już im lepiej szło tonowanie słodyczy.

Czekolada była bardzo, ryzykownie słodka, ale... słodka zrozumiale. Mieszanina wanilii, kokosa, niemal mleczność i mleczko kokosowe mieszały się z bananami, mango i mandarynkami. Akcenty czerwonych owoców (w tym granatu), jagód i czegoś przypominającego czysto słodką wiśnię, świetnie się z nimi zgrały, dbając o soczystość, ale nie narzucając się. Rozgrzana ziemia, dodająca słodyczy karmelowego echa i lekką gorzkość zacnie się odnalazła. Orzechy laskowe i kakaowe ciastka "amerykanki" / pieguski, nutka palonego zboża i wręcz piwa dodały całości powagi.

Pomyślałam o śmietankowo-maślanej Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Belize - Peini 70 %, która była pełna owoców egzotycznych, karmelowo słodka, ale właśnie brakowało mi w niej głębi gorzkości. Czułam za to przypalonego murzynka i orzechy, co w zasadzie pasuje do niektórych wątków Beskidu. Beskid jednak lepiej ograł to kakao.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany